Kategorie

Bez twarzy

  • Kod: 83-7298-320-8
  • Dostępność: Jest
  • Autor: Cole, Martina
  • Cena w naszym sklepie: 35,00 zł
    Cena detaliczna:

Dwanaście lat temu Marie Carter została skazana za zabicie swoich dwóch przyjaciółek. Zapłaciła za ów czyn. Teraz wychodzi z więzienia. Czas wracać do domu. Ale życie nie stało w miejscu i Marie nie ma gdzie się udać. Rodzice się jej wyrzekli, przyjaciele porzucili, nawet dzieci nie chcą jej znać. Ale są ludzie, którzy ją obserwują, śledzą każdy ruch - wiedzą, że Marie pragnie zemsty. Bez twarzy to przejmująca powieść o przemocy i korupcji we wschodnim Londynie autorstwa jednej z najoryginalniejszych współczesnych powieściopisarek. Połączenie dramatu emocjonalnego i wstrząsającego realizmu składają się na ten trzymający w napięciu nowy bestseller Martiny Cole. MARTINA COLE napisała siedem wcześniejszych powieści, z których wszystkie przebojem wtargnęły na listy bestsellerów. Jej powieść Broken od razu znalazła się na drugim miejscu listy “Sunday Times", a całkowita sprzedaż jej książek przekroczyła dwa miliony. Na podstawie Dangerous Lady i The Jump nakręcono cieszące się olbrzymim powodzeniem seriale telewizyjne, a kilka innych powieści znajduje się w realizacji. Martina Cole ma syna i córkę i mieszka w Essex.

Rok wydania: 2003
Stron: 470
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Fragment tekstu:

WSTĘP
Często jestem pytana o tytuły moich książek. Pomysł na tytuł tej powieści przyszedł mi do głowy, kiedy gromadziłam do niej materiał. Rozmawiałam z bardzo miłą kobietą, którą znałam od dobrych kilku lat. Przez większość życia była prostytutką i łaskawie zgodziła się zapoznać mnie z najnowszym żargonem z branży ulicznej i podzielić się ze mną anegdotami ze swego dawnego życia zawodowego. W każdym razie kiedy rozmawiałyśmy nad butelką wina, powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę.
W swoim czasie była "dobrze płatną sztuką", jak sama się wyraziła. Ale potem, kiedy przybyło lat, zrobiło się trudniej, co jest nieuchronne u starzejących się kobiet, które sprzedają swoje ciało.
- Jesteśmy kobietami bez twarzy, Tina, nasze życie jest bez twarzy - powiedziała ze śmiechem. - Nasi klienci są bez twarzy. Gdyby facet wrócił dziesięć minut po tym, jak go obsłużyłam, to bym go nie poznała. Gdybyśmy się spotkali w supermarkecie, to tak, jakbyśmy się nigdy wcześniej nie widzieli.
Stąd tytuł mojej książki.
Później jej numer przestał odpowiadać i do tej pory nie udało mi się jej namierzyć. Słyszałam, że zmarła na AIDS. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest szczęśliwa. Była przezabawna i miło się z nią spędzało czas.
Ty wiesz, o kogo chodzi. Jeśli wpadnie Ci w ręce ta książka, to zadzwoń i daj znać, czy wszystko w porządku. Niech ta powieść będzie podziękowaniem dla Ciebie za wszystkie chwile, kiedy się razem serdecznie uśmiałyśmy.

 


KSIĘGA PIERWSZA

What do you get when you fall in love?
A guy with the pin to burst your bubble.
That's what you get, for all your trouble.
I'll never fall in love again.

            Hal David and Burt Bacharach


Wzajemne przebaczenie win wszelakich jest bramą raju.

            William Blake (1757-1827)

 


PROLOG
Usłyszała stukot kratki, ale nie otworzyła oczu. Wiedziała, że to Walker, strażniczka, ale nie była w nastroju do rozmowy.
Wciągnęła głęboko powietrze, i po raz ostatni pozwoliła, by przeniknął ją unoszący się w celi duszny, ciężki zapach. Po dwunastu latach i dziesięciu miesiącach odbywania kary nareszcie zwalniano ją do domu. A raczej na ulicę, bo nie miała domu. Nie miała przyjaciół, nie miała rodziny, nie miała nic z tych rzeczy, które dla innych kobiet były oczywistością. Dzieci nie chciały jej znać. Matka wyrzekła się jej. Nieliczni przyjaciele, których kiedyś miała, a było ich naprawdę niewielu, z upływem lat się powykruszali. Ale dało się to zrozumieć. Była skazaną przez sąd morderczynią. Podwójną morderczynią. Kobietą, która zabiła dwie przyjaciółki, nic więc dziwnego, że wśród pozostałych znajomych kontynuowanie znajomości budziło niejakie obawy.
Ponadto w więzieniu zamknęła się w sobie i inne kobiety to uszanowały. Jedna zaleta dużego wyroku: ludzie zostawiają cię w spokoju.
Uśmiechnęła się łagodnie, co zupełnie zmieniło jej wyraz twarzy. Skóra na wiecznie zmarszczonym czole wygładziła się. Wysokie kości policzkowe, przedmiot zazdrości niejednej klawiszki i więźniarki, naznaczały jej twarz nordyckim pięknem. Pełne, zakrzywione usta nadawały jej czegoś enigmatycznego, interesującego. Chłodne niebieskie oczy spozierały łagodniej niż zwykle, spoglądała nimi dziewczyna, którą była dwanaście lat wcześniej, kiedy weszła do więziennej celi, mimo swojego wieku doskonale świadoma, że traci lata, które powinny być w jej życiu najlepsze, najowocniejsze.
Pocałowała na pożegnanie dzieci, lecz tak naprawdę pożegnała się ze swoim życiem. Wiedziała jednak, że sama ściągnęła na siebie ten los. Sędzia nazwał ją bezduszną i zaburzoną emocjonalnie osobą. Miał rację. Już od nastoletności żyła w pijacko-narkotycznym widzie. Z drobnej złodziejki w dwóch prostych posunięciach zamieniłam się w prostytutkę, pomyślała z utkwionym gdzieś w oddali wzrokiem.
Jej matka miała rację. "Nic z ciebie nie będzie" - brzmiało jej ulubione powiedzenie.
Matka miała podstawy do takiej oceny. Było to w końcu typowe dla tej rodziny.
Drzwi zazgrzytały. Zmarszczyła brwi, mając świadomość, że powinna być już ubrana i gotowa do wyjścia. Siedziała jednak tak długo, że nie była pewna, czy poradzi sobie ze światem zewnętrznym. Nigdy nie traktował jej zbyt życzliwie.
Powędrowała wzrokiem po celi, która tego dnia była dla niej azylem. Czuła się tam bezpiecznie i swojsko.
Odsunęła od siebie tę myśl, wiedząc, że to naturalne uczucie. Powtarzała sobie bez końca, że kiedy wyjdzie na wolność, jej życie zacznie się od nowa.
Wiązała z tym wielkie nadzieje.
Pierwsze, co zrobi, to po dwunastu latach przerwy zobaczy się z dziećmi.
Usiadła i potoczyła wkoło oczami kobiety, która za chwilę odzyska wolność. Oczami, które umiały wwiercać się ludziom w dusze i dostrzegać, jacy naprawdę są. Oczami, które rozpaczliwie tęskniły za widokiem dzieci i łapczywie go sobie wyobrażały. Nie jako odległe wspomnienia, które trudno jej było umiejscowić, ponieważ ich młodość w większości upłynęła w czasie jej nieobecności - chciała zobaczyć ludzi, na których wyrośli, i wbrew wszystkiemu liczyła na to, że nie będą jej mieli za złe jej wyczynów. Że zrozumieją, że nie miała wpływu na to, co się z nimi działo. Że zrozumieją, że nie była wtedy zdolna do macierzyństwa i że nadal nie jest zdolna.
Dzieci o niczym nie decydują, kiedy przychodzą na świat. To zupełna loteria, jaką będą miały matkę, kiedy pożegnają się z ciepłem, przytulnością i wygodą macicy. Kochającą, zatroskaną o nie osobę, która będzie spełniała każde ich życzenie? Czy może egoistkę, która będzie miała do nich pretensje o zburzenie jej uporządkowanego życia? Dla większości kobiet dzieci są szokiem dla organizmu. Myśl o dziecku jest cudowna, rzeczywistość opieki nad niemowlęciem miażdżąca. Wysysają z ciebie wszystkie soki żywotne, uświadamiają ci, że już nigdy nie będziesz należała do siebie. Przez pół nocy nie dają ci spać, a potem przez cały dzień biegają po domu. Trzeba je karmić, uczyć, poświęcać im czas, wysiłek, pot i łzy.
Miała piętnaście lat, kiedy urodziła się Tiffany, i siedemnaście, kiedy przyszedł na świat Jason. Dwójka różnych dzieci z zupełnie innymi ojcami. Jednym czarnym, drugim białym. Jej siostra żartowała sobie z niej, że powinna się zgłosić do Wydziału Stosunków Rasowych jako żywa reklama harmonii międzyrasowej. Ale to wcale nie było zabawne.
Miała dwadzieścia jeden lat - wymakijażowana i z cyckami na wierzchu - kiedy pobiła na śmierć dwie inne prostytutki, z którymi mieszkała na dziko w Kensington.
Zamknęła oczy, żeby się odgrodzić od niechcianego widoku: widoku krwi po przebudzeniu. Wszędzie krew. Na ścianach, na drzwiach, nawet na suficie. Była umazana ich krwią. Miała ją w oczach, we włosach, na skórze.
Jak zwykle poczuła, że żółć podchodzi jej do gardła, a serce pompuje krew z taką prędkością, że robi jej się od tego słabo. Za każdym razem, kiedy jej serce tak biło, przypominała sobie, czego pozbawiła swoje przyjaciółki. Bo zabiła swoje przyjaciółki i właśnie to było w tym wszystkim najdziwniejsze.
Dlaczego to zrobiła?
Dlaczego nie mogła sobie przypomnieć, o co poszło?
Dlaczego, do cholery, tyle ćpała, że na zawsze wymazała sobie z pamięci całe dnie życia?
Pamiętała tylko, że jej życie wypełniały narkotyki, picie i jeden mężczyzna za drugim. Jak zdołała tak długo w ten sposób wytrzymać? Po dwunastu latach prawie nieskazitelnego prowadzenia się zobaczyła świat innymi oczami. Zobaczyła świat oczami normalnej osoby. Nie potrzebowała odlatywać. Nie potrzebowała tak bardzo się naćpać albo nachlać, żeby zwymiotować i nie wiedzieć o niczym aż do momentu, kiedy się obudzi pośród znajomego kwaśnego odoru.
Wiedziała jednak również, że jako "osadzona" żyje w sztucznym środowisku. Żadnych rachunków do płacenia, jedzenie i picie dostarczane w regularnych odstępach czasu. Od dwunastu lat nie zgasiła własnoręcznie światła. Z reguły o siódmej trzydzieści kładła się do łóżka i z braku telewizora jako stymulacji uciekała w lekturę.
Odwróciła się w stronę drzwi, słysząc, że zbliża się klawiszka.
- No, dziewczyno, wstawaj i wychodź. Zapomniałaś, co dziś za dzień?
Nie odpowiedziała, lecz starała się wyglądać na zajętą. Od tygodnia była już spakowana. Cały jej dobytek mieścił się w reklamówce. Przez dwanaście lat nikt jej nie odwiedził, nie przysłał listu.
Umyła twarz w zimnej wodzie, potem ubrała się szybko, po cichu. Usiadła na łóżku, położyła obok siebie reklamówkę i czekała na śniadanie, którego nie miała zamiaru jeść, chociaż cieszyła się, że będzie mogła wypić gorzką kawę.
Coś się w niej wyrywało na zewnątrz, do nowego istnienia. Chciała się włączyć w życie społeczeństwa jako jego produktywny członek. Z drugiej strony śmiertelnie ją przerażała perspektywa znalezienia się w realnym świecie, w którym będzie rozmawiała i obcowała z realnymi ludźmi. Ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzieli albo jeszcze gorzej, wiedzieli wszystko.
Ukryła twarz w dłoniach i westchnęła. Wzięła do ręki Biblię, która leżała na łóżku obok niej, i szeptała w kółko: "Przebacz mi, Boże, przebacz mi, Boże, przebacz mi, Boże".
Oczyma duszy znowu zobaczyła Caroline i Bethany, zmasakrowane i martwe, kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, co im zrobiła.
Jej przyjaciółka Caroline; jej najlepsza przyjaciółka Bethany.
Przerobiła je na krwawą miazgę kijem bejsbolowym i kluczem dynamometrycznym. Ale dlaczego? Pytanie to zadawała sobie sto razy dziennie.
Dlaczego?
Przez prawie trzynaście lat nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Kiedy w końcu wyszła z więzienia w Cookham Wood, na zewnątrz siąpił deszcz. Przez kilka chwil stała nieruchomo, rozkoszując się wilgocią na twarzy. Był to rodzaj zimnej mżawki, która przenika ubranie i skórę, rodzaj deszczu, którego ludzie nienawidzą, ale dla niej stanowił on dowód, że jest żywa i ma się dobrze.
Powlokła się na przystanek, mając świadomość, że jej ubranie nie prezentuje się zbyt szykownie. W kieszeni miała adres ośrodka resocjalizacyjnego. Wymacała palcami pieniądze obok kartki z adresem. Były brudne i zużyte.
Tak jak ona.
Minęły ją dwie młode dziewczyny. Nigdy wcześniej nie widziała takich ubrań i fryzur. Dziewczyny gapiły się na nią po chamsku. Zignorowała je, przypominając sobie czasy, kiedy podjęłaby rękawicę, odstraszyła je wulgarnym językiem i agresją. Teraz poszła dalej, nie zważając na spojrzenia i wymruczane pod nosem komentarze.
Wdychała mżyste powietrze, wciągała je głęboko w płuca. Uczucie, że jest na wolności, lecz samotna, było przyjemne. Z utęsknieniem czekała wieczoru, kiedy miała się znaleźć w anonimowym pokoju. Rozpaczliwie chciała być sama, znowu naprawdę sama. Chciała mieć warunki do tego, żeby móc spokojnie pomyśleć.
Zamiast tego wylądowała w pociągu. Nie chciała myśleć o tym, dokąd jedzie. Byłoby to zbyt bolesne.
Pochłaniała migające za oknem obrazki. Naprzeciwko niej siedziała kobieta z synkiem. Chłopiec był ładny i grzecznie się zachowywał. Patrzyła mu w twarz, jakby sądziła, że potrafi odczytać jego myśli.
Co robią w tym momencie jej dzieci? Czy ktoś z rodziny utrzymuje z nimi kontakt? Podpisała zgodę na oddanie ich pod stałą opiekę sądu i na tym się skończyło. Pracownicy ośrodka opiekuńczego nie chcieli jej nic powiedzieć oprócz tego, że dzieci są w dobrych rękach. Mówili, żeby o nich zapomniała, skłoniła głowę i z pokorą odsiedziała wyrok.
Wysiadła z pociągu i wzięła taksówkę. Znajome ulice wprawiły ją w nerwowy stan. Wytężała oczy, usiłując rozpoznać jakąś twarz czy sklep, w którym kupowała. Większość pubów zniknęła. Wszystko było inne. Rozstroiło ją to bardziej, niż przewidywała.
Zapłaciła taksówkarzowi i ruszyła wąską alejką w stronę domu swojego dzieciństwa. Było jej niedobrze ze strachu. Wielkim wysiłkiem woli zastukała do drzwi i patrzyła przez szybkę, jak jakaś kobieta przemierza korytarz. Jej tlenione blond włosy były jak magnes dla oczu gościa.
Drzwi otworzyły się. Jej matce odebrało mowę, a powitalny uśmiech zgasł na twarzy.
Patrzyły na siebie przez długie chwile.
- Dzień dobry, mamo…
Kobieta wyciągnęła rękę, jakby odganiała się od zła, a z jej twarzy przebijała nienawiść.
- Zjeżdżaj stąd, Marie, i już nigdy tutaj nie przychodź. Nie chcemy cię, nigdy cię nie chcieliśmy. Nic tylko przynosisz kłopoty.
Zatrzasnęła jej drzwi przed nosem.
Nogi się pod nią ugięły i usiadła na stopniu. Łzy mieszały się z deszczem, który padał teraz obficiej. Zatrzęsła się ze strachu, kiedy zagrzmiało, ale dalej siedziała i płakała, tak jak nie płakała już od lat; głębokie łkania wydobywały się z samych trzewi. Dźwięk samotny i rozdzierający. Głośny i przerażający. Ale drzwi nie otworzyły się ponownie.
Wiedziała, że już nigdy się nie otworzą.


ROZDZIAŁ 1
Louise Carter zapaliła papierosa i spojrzała na męża ze złością i odrazą. Z hukiem postawiła czajnik na blacie i włączyła do kontaktu. Zionęła jadem, jakiego od lat nie widział.
- Co za bezczelność, przyłazi tutaj po tych wszystkich kłopotach, które na nas ściągnęła! - Zauważył, że trzęsie jej się ręka trzymająca papierosa Embassy. - Nie mogę uwierzyć, że zrobiła coś tak chamskiego…
Kevin Carter wstał i przytulił do siebie swoją filigranową żonę.
- Uspokój się, wiedzieliśmy, że któregoś dnia to się zdarzy.
Nie cierpiał jej w takim stanie. Z upływem lat wrócili do w miarę normalnego życia. Wyskok ich córki, Marie, został zapomniany, przynajmniej pozornie. Znajomi przestali o niej wspominać i życie prawie wróciło do normy. Ale Lou bardzo ciężko to wszystko przeżyła. Tabletki, które stale łykała, dowodziły, że ją to złamało.
- Jak wyglądała?
Louise wyrwała się z jego objęć. Patrzyła na niego takim wzrokiem, jakby nagle zwariował, tak jak ich córka wiele lat temu, kiedy zabiła dwie przyjaciółki.
- Co to za popieprzone pytanie? Wyglądała na żywą, czego nie dało się powiedzieć o dwóch dziewczynach, które zmasakrowała na śmierć!
- Uspokój się, Louise. Kurczę, nie można zapytać? Znaczy, rozpoznałabyś ją? Przypomniałabyś sobie? Wiedziałabyś, kto to jest?
Przeciągnęła językiem po ustach i skinęła głową.
- Wszędzie bym tę zdzirę rozpoznała, ale była szczuplejsza, ładniejsza niż kiedykolwiek. I co zrobiła z tą urodą? Zasrana kurwa! Od małego zasrana kurwa…
Kevin ruchem ręki uciął słowa żony. Zbyt często je słyszał przez ostatnie kilkanaście lat, żeby odniosły jakikolwiek skutek. Chciał wyjść na zewnątrz i zobaczyć swoją córkę, ale wiedział, że wiąże się z tym zbyt wiele kłopotów.
Louise nigdy się po tym wszystkim nie pozbierała. Żadne z nich się nie pozbierało. Kevin chciał dowiedzieć się, czy u Marie wszystko w porządku, ale zamiast tego zrobił żonie herbatę i dał jej tabletkę.
Myśl, że Marie jest tak blisko, a on nie może z nią porozmawiać, zabolała go. Żadne słowa jego żony nie mogły zerwać więzów krwi, a Marie była z jego krwi.
Louise w tym momencie była jednak najważniejsza. Jej załamanie psychiczne doprowadziło do rozłamu w rodzinie, wszystko stało się takie trudne. Samobójstwo Marshalla całkiem ją dobiło. O tak, jego córka Marie niewątpliwie sporo nabroiła. Zamknął oczy, żeby zagrodzić drogę łzom.
Kevin Carter był potężnie zbudowanym mężczyzną. Przy metrze osiemdziesiąt wzrostu ważył sto pięć kilo. Kiedy był młody, boksował gołymi pięściami za pieniądze, a teraz miał mały zakład budowlany.
Carterowie byli szanowaną rodziną. Uśmiechnął się na tę myśl. To znaczy kiedyś byli. Potem walczyli o odzyskanie dobrego imienia. Syna nie mogli już jednak odzyskać. Louise po tylu latach codziennie chodziła na jego grób. Kiedy Marshall włożył sobie lufę pistoletu do ust i nacisnął cyngiel, Louise nieodwracalnie przekroczyła jakąś granicę. Jego czyn w pewnym sensie wydawał się brutalniejszy niż morderstwa popełnione przez Marie, ponieważ Marshall był trzeźwy i nie naćpany, a Marie tak się nafaszerowała prochami, że mogła się tłumaczyć, że nie wiedziała, co robi.
Syn i córka, straceni w odstępie kilku tygodni. Rozpad rodziny dokonał się w czasie, który innym rodzinom wystarczał na to, żeby pojechać na wakacje, wrócić i iść do pracy. Taka tragedia, a teraz Marie wróciła, jego Marie wróciła. Zastanawiał się, jakie kłopoty tym razem przyniesie. Bo przynosiła kłopoty od momentu, gdy nauczyła się mówić i chodzić.
Drzwi frontowe otworzyły się i oboje ze strachem spojrzeli w tamtą stronę.
Była to Lucy.
- Co się stało, czemu siedzicie po ciemku?
Bystre oczy drugiej córki zarejestrowały panujące w pokoju napięcie.
- Czyli poszła?
Głos Louise był pełen przerażenia.
- Kto? - dociekała Lucy. - Kto poszedł?
- Marie.
Na dźwięk imienia siostry twarz Lucy wykrzywiła się z obrzydzeniem. Obnażyła zęby i wyglądała niemal zwierzęco w swojej nienawiści.
- Tego nam jeszcze potrzeba! Mickey mi się oświadczył podczas lunchu, a ja zgodziłam się, ale teraz mogę mu chyba powiedzieć do widzenia, prawda?
Louise drgnęła.
- Nie bądź idiotką. Kazałam jej się wynosić. Już jej więcej nie zobaczymy, kochanie.
Lucy zarzuciła sobie skórzaną torbę na ramię i ruszyła ku schodom. Nie odpowiedziała matce, ale ciężki odgłos jej kroków mówił sam za siebie. Kiedy trzasnęły drzwi do jej pokoju, zabrzmiało to złowróżbnie.
- Czemu tu wróciła, Kev?
Westchnął.
- Nie wiem, kochanie. Pewnie poczuła zew krwi. W końcu jesteśmy jej rodzicami.
Louise wstała i rozbiła kubek o dno zlewu. To było przyjemne uczucie, rozbić coś. Miała wiele okazji, by się o tym przekonać.
- Mów za siebie, Kevinie Carter, do jasnej cholery. Ona jest dla mnie niczym - niczym!
Zaczynała go ogarniać złość.
- Niech będzie po twojemu, Lou. Zawsze tak było w tym zasranym domu, więc po co zmieniać stare przyzwyczajenia, no nie?
Porwał kurtkę wiszącą na oparciu krzesła kuchennego i wypadł na zewnątrz. Powoli szedł w stronę pubu, wytężając oczy i uszy w poszukiwaniu Marie. Nigdzie jej jednak nie było.
Trochę się ucieszył, trochę był zrozpaczony, bo strasznie chciał choćby ją zobaczyć i mieć pewność, że przeżyła cios, i że wszystko jest w porządku.
W pubie powoli popijał piwo. Miał wiele do przemyślenia.

Amanda Stirling uśmiechnęła się swobodnie do stojącej przed nią kobiety.
- Zaprowadzę panią, tak?
Marie poszła za nią słabo oświetlonym korytarzem. Był świeżo pomalowany, ale mimo to trącił rozkładem. Listwy podsufitowe były popękane i stare, cienki dywan miejscami poprzecierany. Marie odgrodziła się od tego widoku.
Weszła do pokoju, który okazał się niewiele większy od więziennej celi. Stało w nim jednoosobowe łóżko, biurko i szafa ubraniowa. Ściany były pomalowane na biało, a podłogę przykrywał ciemnoniebieski dywan. Kapa wyglądała na relikt z lat sześćdziesiątych: pomarańczowe kółka na zielonym tle.
Uśmiechnęła się nieśmiało w ramach podziękowania.
Amanda wzruszyła ramionami.
- Wiem, że to nic szczególnego, ale pokój jest czysty i tylko do pani dyspozycji.
- Podoba mi się, naprawdę.
Amanda uświadomiła sobie, że kobieta usiłuje poprawić jej samopoczucie, i uznała, że ją lubi. Wziąwszy pod uwagę, co o niej wiedziała, było to dosyć zaskakujące. Marie jakby to wszystko zrozumiała i znowu się uśmiechnęła.
- W biurze można sobie zrobić herbatę i kawę, a jakby pani miała ochotę poudzielać się towarzysko, to jest duża świetlica.
Marie jeszcze raz się uśmiechnęła i odwróciła. Amanda poczuła się odprawiona.
- Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, to jestem w biurze.
Kiedy Marie była już sama, zdjęła maskę i opadła bezwładnie na łóżko, które jęknęło pod jej ciężarem. Opasała się ramionami, jakby groził jej upadek.
Wszystko było takie nierealne.
Spojrzała na reklamówkę i westchnęła. Po dwunastu latach i dziesięciu miesiącach więzienia nie miała nic.
Nic.
Zajęła się robieniem herbaty, żeby odpędzić myśli, które pchały jej się do głowy. Dwadzieścia pięć minut później leżała w łóżku z książką w ręku przy zaciągniętych zasłonach. Nareszcie czuła się bezpiecznie. Przytulnie i bezpiecznie. Nie czuła się jednak wolna i zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie jej to dane.

Patrick Connor był czarny. Czarny, przystojny i bogaty. Kulturysta z olbrzymimi bicepsami, szerokim uśmiechem i kompletnie zaskakującymi niebieskimi oczami. Imię i nazwisko odziedziczył po irlandzkim dziadku. Uwielbiał patrzeć na zaszokowane miny ludzi, którym się przedstawiał. Te niebieskie oczy niewątpliwie były jego wielkim atutem.
Wyjął reklamówkę z Tesco pełną trawki i bez ceregieli wcisnął ją do torby z siłowni. Przewoził towar w ramach przysługi, ale chciał przy okazji załatwić swoją sprawę. Zamknął drzwi do mieszkania i poszedł do windy. Kiedy odjeżdżał nowiutkim bmw, popuścił myślom cugli.
Miał nową laskę, Corinne. Ładna mulatka, ale ciężko uzależniona od cracku. Właśnie tego mu było potrzeba. Miał zamiar odwiedzić ją później i sprawdzić, czy by się nie załapała na robotę. Sądził, że będzie się do tego rwała. Kokainistki przespałyby się za działkę z syberyjskim tygrysem. To w nich właśnie lubił.
Zadzwoniła komórka. Odebrał i swoim głębokim, matowym, pewnym siebie głosem zawołał:
- Siema!
Chwilę później zbladł i zjechał na bok, gwałtownie hamując ku konsternacji kierowcy samochodu jadącego za nim.
- Jesteś pewna?
Uliczny akcent natychmiast zamienił się w królewską angielszczyznę. Rozłączył się i zamknął oczy. Marie wyszła. Była na wolności. Na pewno będzie go szukała, a on, niech Pan Jezus mu wybaczy, nie miał jej nic do powiedzenia. A w każdym razie nic, co chciałaby usłyszeć.
Zawrócił i pojechał w stronę Silvertown. Potrzebował odpowiedzi na kilka pytań, i to zaraz.

Drzwi frontowe otworzyła Lucy.
- Kurwa, co tak długo?
Patrick wszedł do małego domu szeregowego, zasłaniając światło swoją masywną sylwetką.
- Nie martw się, nie ma ich. Tata zabrał ją do jej matki. Była cała roztrzęsiona. Marie tu przyszła i zapukała do drzwi.
Stali w kuchni naprzeciwko siebie.
Lucy była podobna do Marie, widać było po nich, że są siostrami, ale stanowiła jej rozwodnioną wersję. Nie miała tych samych gęstych blond włosów ani przenikliwych niebieskich oczu. Wydawała się ładna, dopóki nie stanęła obok niej Marie, wtedy jej uroda blakła. Nie była też szczególnie sympatyczna. Miała wiecznie naburmuszoną minę. Zawsze umiała grać mu na nerwach i z przyjemnością robiła to teraz.
- Kurwa! Kurwa! - Patrick mówił głębokim, niskim głosem.
- Będzie chciała wiedzieć, gdzie są dzieci. Co jej powiesz? - gnębiła go Lucy.
Wzruszył ramionami i milczał.
- Opieka społeczna może jej powiedzieć, Patrick. Teraz, kiedy wyszła, mogą uznać, że ma prawo wiedzieć. To w końcu jej dzieci.
Sarkazm nie uszedł jego uwagi, ale dalej nie reagował.
- A właściwie, czy ty wiesz, gdzie jest twój syn?
Nareszcie spotkał się z nią wzrokiem, ale nie podjął tematu.
- Skąd wzięłaś numer mojej komórki?
Lucy podniosła wzrok na sufit.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? Ta popieprzona franca wyszła na wolność i na pewno będzie nas wszystkich szukała. Znam ją jak nikt inny. Narobi kłopotów, ona inaczej nie umie, Patrick. Taka już jest.
- Czy ktoś od ciebie wie, gdzie oni są?
- Jasne, że nie. Mama o to zadbała. Ale nie wiem, jak tata. Marie zawsze była jego ulubienicą.
Gorycz w jej głosie nie uszła uwagi Patricka. Uśmiechnął się szeroko.
- Chciałem zadzwonić, ale jakoś nie mogłem się zebrać - powiedział durnowato.
Lucy spojrzała na niego z poważną miną.
- Będzie cię szukała, gwarantuję ci to. A wiesz, jaka ona jest, kiedy czegoś chce.
Parsknął śmiechem.
- Dwanaście lat w kiciu na pewno z niej to wszystko wytrzęsło. Uwierz mi, znam się na tym. Zmieniła się. Poza tym może nie chcieć zobaczyć się z dziećmi - stwierdził z nadzieją w głosie.
Lucy ponownie wywróciła oczami.
- Kretyn z ciebie zasrany, wiesz o tym? Jaka by nie była zła, kochała dzieci. Nawet ja muszę jej to przyznać.
Patrick milczał przez kilka sekund, po czym powiedział zaskoczonym tonem:
- Mogę tylko powiedzieć, że dziwnie to okazywała. Ciągle zostawiała je na pół dnia same. Chlała i ćpała na ich oczach. Masz rację, uwielbiała je.
- To ty ją nakłoniłeś do brania narkotyków, Patrick, i to ty zrobiłeś z niej prostytutkę. A jak już miała przez ciebie kompletnie napaprane w głowie, to mogłeś przynajmniej zaopiekować się swoim synem.
Znowu się roześmiał, tym razem ze szczerym rozbawieniem.
- Znalazła się moralistka! Jeśli naprawdę jest moim synem, to będzie umiał zadbać o siebie. Ja musiałem i wyszedłem na ludzi.
- Kwestia opinii, Patrick. W każdym razie uznałam, że należy cię ostrzec. No bo przypuśćmy, że Marie postanowi uregulować stare porachunki. Kto będzie pierwszy do odstrzału?
Lucy pozwoliła tym słowom wybrzmieć, po czym też się roześmiała.
- Podejrzewam, że okoliczne sklepy wciąż mają w ofercie kije bejsbolowe i klucze dynamometryczne.
Śmiała się, gdy wybiegł z domu.

Carole Halter usłyszała dzwonek u drzwi i spojrzała na zegar koło łóżka. Było dwadzieścia po dziewiątej rano. Zagrzebała się w ciepłej pościeli i zamknęła oczy.
Dzwonek znowu zadzwonił, a kiedy rozległ się łomot do drzwi, wyskoczyła naga z łóżka i pognała do drzwi frontowych. Otworzyła je szeroko, ukazując swoje ciało, które sporo już w życiu przeszło. Wulgaryzm, którym zamierzała bluznąć, zastygł jej na ustach, kiedy zobaczyła, kto przed nią stoi.
- Marie? Marie Carter?
Marie uśmiechnęła się do niej.
- Mogę wejść, Carole?
Po wejściu do mieszkania natychmiast opadły ją znajome zapachy: pot, smażone jedzenie, perfumy i wilgoć. Przywróciło ją to do rzeczywistości. Minęły lata, odkąd wdychała podobny stęchły smród, tyle że wtedy w ogóle go nie zauważała. U wszystkich znajomych unosił się ten sam kwaśny odór, przypominający mieszankę starych pierdnięć i alkoholowych wyziewów. Coś obrzydliwego.
Carole zobaczyła, że Marie pociąga nosem. Na ułamek sekundy wróciły dawne animozje. Potem przypomniała sobie, dlaczego od tak dawna nie widziała tej przyjaciółki i schowała ripostę do kieszeni.
- Kawy? - spytała swobodnym głosem, co wymagało od niej sporego wysiłku.
Marie uśmiechnęła się.
- Tak, proszę. Jeśli to nie za duży kłopot. Długa nocka?
Carole wzięła ze zniszczonej sofy podkoszulek i naciągnęła przez głowę. Zakrywał jej tyłek i grube uda.
- Pracowałam wczoraj wieczorem. Jestem teraz w klubie. Lepsze pieniądze.
Stawiając wodę, spoglądała na Marie. Czas obszedł się z jej starą przyjaciółką łagodniej, niż można się było spodziewać.
- Dobrze wyglądasz, Marie.
- Dziękuję, ty też.
Było to kłamstwo, ale płynące z życzliwych pobudek. Carole wyglądała okropnie: ciemne koła pod oczami, zmarszczki, sucha cera. Miała trzydzieści pięć lat, a wyglądała na pięćdziesiąt. Marie uświadomiła sobie, że Carole o tym wie, i próbowała zmienić temat.
- Jak dzieci?
Carole wzruszyła ramionami.
- Bernice posuwa jakiś czarnuch z Romford, ona ma dopiero siedemnaście lat, a LaToyah siedzi w Borstal. Złapali ją na okradaniu sklepu przy Oxford Street. Pobiła policjanta, który ją aresztował.
Carole wyszczerzyła zęby.
- Zawsze była z niej ostra kobieta. Złamała gościowi nos i rozbiła łuk brwiowy. Wsadzili ją, biedaczynkę. Jej córka jest w rodzinie zastępczej, odwiedzam ją co dwa tygodnie. Mili ludzie, duży dom i tak dalej. Niechby se zatrzymali tego zasrańca - a z Shaquille jest dupek przez duże D! - Zaśmiała się zachwycona, że jest taka dowcipna. - Trzy lata, a język prosto z rynsztoka.
- Tak samo jak jej matka w tym wieku. Pamiętam, że LaToyah dużo przeklinała.
Carole postawiła dwa kubki na zaśmieconym stole.
- Fakt. Pamiętasz, jak nazwała twoją Tiffany pizdą, a ta spuściła jej manto?
Znowu się roześmiała.
- Tiff wdała się w mamusię. Cicha woda.
Śmiech nagle zgasł w głosie Carole.
- Nie powinnam tutaj być - poinformowała ją Marie. - Zwolnili mnie warunkowo. Więc nie puść pary z ust, dobra?
Carole skinęła głową, zapalając papierosa.
- Jasne. Do końca życia będziesz na warunkowym. Zawsze tak jest po odsiadce za morderstwo, nie?
Marie potwierdziła ruchem głowy, ale nie odpowiedziała.
- Dobrze wyglądasz. Prawie się nie zmieniłaś.
Marie dosyć się już nasłuchała komplementów. Przeszła do rzeczy.
- Gdzie jest Patrick i co teraz robi?
Carole spodziewała się tego pytania.
- Nie miałaś od niego wiadomości? - spytała z niedowierzaniem. - Czarny buc! Chcesz powiedzieć, że przez tyle lat ten alfons nie kontaktował się z tobą?
Marie uśmiechnęła się szeroko.
- A co myślałaś? Ty do mnie ani razu nie napisałaś, ani mnie nie odwiedziłaś. Nikt mnie nie odwiedził.
Carole zaciągnęła się głęboko. Milczenie wisiało w powietrzu jak dym z papierosa.
- Rozumiem cię, Carole. To było dawno temu. I nie siedziałam za drobną kradzież, co? Dostałam ciężki wyrok i nie mam do nikogo pretensji. Swoje odsiedziałam i nie chcę się w nic pakować. Chcę tylko zobaczyć swoje dzieci.
- Czyli nie powiedzieli ci, gdzie są?
Marie pokręciła głową.
- Nie pytałam, a oni sami się z tym do mnie nie zgłosili. Tiffany ma dziewiętnaście lat, a Jason siedemnaście. Chcę się tylko dowiedzieć, czy wszystko z nimi w porządku. Ale nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, co robię. Sama zdecyduję, kiedy się z nimi zobaczę.
- Jeśli one będą chciały, chcesz powiedzieć.
- Otóż to. Więc gdzie ostatnimi czasy kręci się Patrick?
- Zrobił dużą karierę. Dalej jest alfonsem, ale na boku robi w narkotykach. Jest właścicielem siłowni i winiarni. Teraz to już tylko same blondyny i bmw. Wydaje mu się, że superfacet z niego.
Marie wyszczerzyła zęby.
- Czyli nic się tutaj nie zmieniło?
Carole śmiała się razem z nią, po raz pierwszy poczuła się swobodniej.
- Nie, nic się nie zmieniło, stara. Z tego, co wiem, to nie widuje się z Jasonem. Ostatni raz, jak cośkolwiek słyszałam, dzieci były w rodzinie zastępczej w Walii. Kilka lat temu widziałam się z twoją mamą.
- I co u niej?
Carole wzruszyła ramionami.
- To samo, co zwykle, zachowywała się jak królowa. Wiesz co, Marie? Straszna z niej franca.
Marie nie podjęła tego wątku.
- Gdzie jest ta siłownia?
- W Spitalfields. Nie da się przegapić, jest wielki brudny szyld z napisem "Siłownia Pata". W stylu z lat dziewięćdziesiątych. Z oknami, żeby mogli ćwiczyć i jednocześnie się popisywać.
Marie uśmiechnęła się.
- Jakoś mnie to nie zaskakuje.
Carole ścisnęła ją mocno za rękę.
- Zrobiło mi się lepiej na sercu, że cię widzę, kochanie. Musimy się gdzieś razem wybrać któregoś wieczoru. Złapać po kliencie jak za dawnych czasów.
Marie zabrała dłoń i pokręciła ze smutkiem głową.
- To byłoby dla mnie za dużo. Te dni minęły i nie chcę do nich wracać.
Carole zmarszczyła z zatroskaniem brwi.
- Jak zamierzasz żyć?
Marie wypiła łyk kawy, żeby dać sobie czas na zastanowienie się nad odpowiedzią.
- Pomogą mi znaleźć pracę, a później mieszkanie.
Carole zapaliła kolejnego papierosa i głośno wydmuchała dym.
- Mówisz mi, że pójdziesz pracować w fabryce za dwie stówki tygodniowo, chociaż mogłabyś więcej zarobić w jeden wieczór?
Marie skinęła głową.
- Zrobiłam dyplom w czasie odsiadki. I kurs komputerowy. Dam sobie radę bez stania na ulicy z cycami na wierzchu.
W zamierzeniu miał to być żart, ale nie wyszło. Wiedziała, że Carole jest kompletnie zszokowana.
- Ty zrobiłaś dyplom? Kurwa, z czego - z obciągania?
Marie zacisnęła powieki, zanim odpowiedziała.
- Nie, jeśli chcesz wiedzieć, to z literatury angielskiej. A potem zdobyłam uprawnienia pedagogiczne. Mogłabym uczyć, jeśli bym chciała.
Carole wyszczerzyła zęby.
- Wiem, że rozbijają się dzisiaj za nauczycielami, ale chyba nawet w slumsach by się dwa razy zastanowili, zanim by zatrudnili podwójną morderczynię, nie sądzisz?
Marie nie odpowiedziała, tylko na wskroś przewiercała Carole swoimi ciemnoniebieskimi oczami.
- Przepraszam, to nie było w porządku - pokajała się Carole.
Marie wstała.
- Może i tak, ale prawdziwe, a nawet ja nie zamierzam dyskutować z prawdą. Ale może nie będzie tak źle. Będziemy w kontakcie, co?
Carole skinęła głową.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to wal do mnie jak w dym.
- Wiem, stara. Dzięki.
Wychodząc z mieszkania, czuła na plecach wzrok przyjaciółki. Marie wiedziała, że popełniła błąd. Carole zawsze miała długi język i zanosiło się, że po kilku godzinach całe Silvertown będzie wiedziało o wizycie Marie. Ale nie miała innego pomysłu na to, gdzie się udać po informacje.
Spotkanie z Carole przypomniało jej o życiu, o którym chciała zapomnieć. Wsiadając do autobusu, wciąż czuła, że jej ubranie śmierdzi rozkładem.

Amanda siedziała w biurze ośrodka resocjalizacyjnego i patrzyła na Marie. Jako kurator sądowy widziała w swoim życiu sporo morderczyń, ale Marie Carter coś od nich wszystkich odróżniało.
Była opanowana, ale długa odsiadka z wszystkimi tak robi. Tu jednak było inaczej: kobieta, która stała przed Amandą, przestała naprawdę żyć. Odbębniała tylko niezbędne czynności życiowe i było to po niej widać. Przykro było na nią patrzeć.
- Jak tam w pośrednictwie pracy?
- Okej.
Amanda już dawno zdała sobie sprawę, że wywołanie jakiejś reakcji Marie graniczy z niemożliwością, więc zaczerpnęła głęboko tchu i skomentowała:
- Długo pani nie było.
- Spacerowałam. Już tak dawno nie miałam okazji się powłóczyć, pozaglądać do sklepów…
Urwała.
- Rozumiem. Jak się pani przystosowuje do życia?
- Dobrze. To dopiero początki.
Amanda skinęła pocieszająco głową.
- Potem będzie łatwiej. - Marie nie odpowiedziała. - Jest może coś, o co chciałaby mnie pani zapytać?
- O moje dzieci - odparła odruchowo Marie.
Amanda czekała na to pytanie. Była zaskoczona, że nie padło wcześniej. Znowu się uśmiechnęła, tym razem z zakłopotaniem.
- Skontaktowano się z nimi, ale oboje odmówili zobaczenia się z panią. Bardzo mi przykro…
Marie skinęła głową. Spodziewała się tego. Wstała i podniosła z podłogi torbę.
- Chyba jeszcze wyjdę i pochodzę, można? Rozejrzę się po okolicy.
- Oczywiście. Niech się pani napije kawy i rozpozna teren. Proszę pamiętać, że do wpół do siódmej musi pani być z powrotem.
Marie nie odwróciła się, żeby na nią spojrzeć i odpowiedzieć. Wyszła z biura, cicho zamykając za sobą drzwi.
Kiedy znalazła się na ulicy, po policzkach ciekły jej łzy, które ze złością starła. Fakt, że się tego spodziewała, nie ułatwiał sprawy. Olały ją. Własne dzieci ją olały.
I trudno im było mieć to za złe.

Lucy wyszła z pracy i skierowała się w stronę przystanku. Podjechał czerwony samochód i zobaczyła w oknie twarz Mickeya Watsona, swojego chłopaka.
- Zrobiłem coś nie tak, Lucy?
Głos miał przerażony, więc ogarnęły ją wyrzuty sumienia, że go tak potraktowała. Wsiadła i uśmiechnęła się do niego czule.
- To moja wina, Mickey. Coś się stało i martwię się o to.
- Co jest, kochanie? Mnie możesz powiedzieć.
Spojrzała na jego dużą, okrągłą twarz. Może nie oszałamiał urodą, ale był porządnym człowiekiem o dobrym sercu i tego właśnie chciała. Przy nim była miła - on tak na nią wpływał. Od dzieciństwa Lucy miała w sobie coś wrednego. Wiedziała o tym, ale to nic nie pomagało, a nawet pogarszało sprawę, ponieważ nie potrafiła stłumić w sobie skłonności do tego, żeby nienawidzić, i to nienawidzić głęboko, z całego serca.
- Marie wyszła. - Zobaczyła, że Mickey zmienił się na twarzy. - Twojej mamie to się nie spodoba, co, Mickey? Morderczyni znowu grasuje.
- Czyli z powrotem mieszka w domu?
Mickey był przerażony myślą o reakcji swojej matki i było to po nim widać.
- Ale z ciebie mięczak. Oczywiście że nie.
- To gdzie jest?
- Skąd mam, kurde, wiedzieć, gdzie mieszka? Nie chcę wiedzieć. Informuję cię, zanim kto inny to zrobi, i tyle.
- Dobra, uspokój się, Lucy, kurde.
- Nienawidzę jej, Mickey. Zrujnowała nam życie, a teraz jej się wydaje, że może sobie po prostu wrócić, jakby nic się nie stało.
- Przecież twoja matka nie zaproponuje jej pokoju u siebie w domu, co nie? Przez chwilę będzie ogólna sensacja, a potem wszyscy zapomną o całej sprawie.
Słyszała w jego głosie nadzieję i desperację.
- Tak myślisz?
Skinął energicznie głową.
- To nie ma wpływu na to, co jest między nami, prawda?
- Chyba nie. Ale twoja mama…
- Zajmiemy się tym w swoim czasie. - Pocałował ją w usta. - Przestań się martwić. Co ona może nam zrobić?
Lucy milczała. Dobrze wiedziała, do czego jest zdolna jej siostra, zwłaszcza kiedy dowie się o dzieciach, a było pewne, że się dowie. Marie zawsze umiała wyciągać wnioski z dostępnych informacji. Fakt, że przyszła pod ich dom, był bardzo wymowny. O ile Lucy znała swoją siostrę, to pałała ona żądzą zemsty. Lucy na jej miejscu też chciałaby się zemścić. O tak, załatwiłaby kilka starych porachunków, gdyby znalazła się w skórze Marie.
Nie podzieliła się jednak tą opinią z Mickeyem. Wszystko w swoim czasie, jak powiedział.
Nie mieli innego wyboru.