Kategorie

Błękitna suknia

  • Kod: 83-7298-324-0
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Holman, Sheri
  • Cena w naszym sklepie: 12,90 zł
    Cena detaliczna: 29,90 zł

Pierwsze dzieło Sheri Holman, Skradziony język, historia ufnej wiary oraz zdrady, które miały miejsce podczas średniowiecznej pielgrzymki; stała się międzynarodowym bestsellerem.
W swojej drugiej powieści Holman wprowadza nas w grzeszny świat prostytucji w industrializującej się Anglii oraz w mroczne tajemnice dziewiętnastowiecznej medycyny. Błękitna suknia, która nawiązuje do dzieła Iaina Pearsa Którędy droga?, jak również do prac Caleba Carra, to historyczny dreszczowiec, pobrzmiewający nader współczesnym tonem.
Piętnastoletnia Gustyna jest prostytutką. Wynajmuje od właściciela swego mieszkania piękną błękitną suknię, która pozwala jej zdobywać klientów pośród przedstawicieli wyższych sfer. Obawiając się, by nie pozbawiła go dochodów ze stręczenia i nie uciekła wraz z tym pięknym strojem, sutener wynajmuje pozbawioną skrupułów starą niewiastę, znaną jako "Oko", by śledziła ją w mrocznych zaułkach Sunderlandu. Gustyna - za dnia pomocniczka garncarza, a nocą wytworna ulicznica - prostytuuje się, by zapewnić utrzymanie swemu jedynemu dziecku, które przyszło na świat z odrażającym kalectwem.
Chirurg Henry Chiver jest więźniem własnej przeszłości. Wplątany w osławioną sprawę Burke'a i Hare'a, których zamordowano w Edynburgu w ramach procederu dostarczania ciał studentom szkół medycznych, ucieka do Sunderlandu, by zacząć nowe życie. Ma tam kochającą narzeczoną, wpływowego wuja, a także… szkołę medyczną, której studentom bezustannie brakuje trupów do przeprowadzania autopsji.
Henry i Gustyna trafiają na siebie w East Endzie, nędznej i przeludnionej dzielnicy Sunderlandu, gdzie akurat panuje najgorszy od czasów Wielkiej Zarazy pomór. Gustyna dostarcza ciał medykom aż do chwili, gdy chciwość Henry'ego, której towarzyszy jego obsesyjne zainteresowanie jej dzieckiem, popycha ją do złamania wiążącej go z nim umowy. I tak oto w szczytowym momencie rozprzestrzeniania się pomoru Gustyna, pragnąc za wszelką cenę zwyciężyć w walce o obecne i przyszłe życie swego jedynego dziecka, zmuszona jest zwrócić się do swego śmiertelnego wroga, "Oka".

Wolna od pruderii i lekceważąca pewne przyjęte wartości, Błękitna suknia opowiada o tych, którzy stali się ofiarami postępu medycyny. Napisana z intelektualnym zacięciem, które zniewala czytelnika od pierwszej do ostatniej strony, książka ta, to przedsięwzięcie iście dickensowskie.

"Wciągająca lektura… kształcąca, dowcipna, inteligentna i refleksyjna".
Kate Atkinson

"Rzecz dickensowska, w najlepszym znaczeniu tego słowa…To jedna z tych powieści historycznych, które wywołują owo szczególne poczucie gniewnej pasji, dające czytelnikowi coś więcej niż tylko umysłową rozrywkę…"
Margaret Forster

Rok wydania: 2004
Stron: 412
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Zbigniew T.Gieniewski

Fragment tekstu:


Matce, mojej najlepszej przyjaciółce


PODZIĘKOWANIA
Pragnę je wyrazić miastu Sunderland w Anglii, które było zimą tak zachwycające i tak dalekie od ponurego obrazu, w jakim zostało odmalowane w tej książce; bibliotekarzom, którzy wielce okazali się pomocni podczas zbierania materiału historycznego, a spośród których na szczególną moją wdzięczność zasłużyli sobie: zespół działu historii miasta Sunderland, doktor Lesley Gordon z działu zbiorów specjalnych Uniwersytetu w Newcastle, Michael North z Nowojorskiej Akademii Medycznej oraz członkowie serwisu katalogowego VICTORIA. Wczesną inspiracją oraz nieocenionym źródłem informacji dla tej powieści stała się dla mnie nadzwyczajna wręcz książka Ruth Richardson, Śmierć, sekcja zwłok oraz nędza. Szczególna moja wdzięczność należy się niezrównanej Molly Friedrich, która jest zarazem moją agentką i wielką przyjaciółką; Elisabeth Schmitz, wydawczyni tak oddanej sprawie i wspaniałej, iż lepszej nie sposób sobie życzyć; całej grupie współpracowników w Aaron Priest Agency, Morganowi oraz wszystkim członkom zespołu Grove/Atlantic. Serdecznie ściskam pomocną dłoń memu przyjacielowi i jednemu z pierwszych czytelników, Danowi Smetance, jak również wszystkim innym, którzy przeżyli mękę wczesnych redakcji tekstu, a byli nimi: George Green, Julia Crowe, Bill Tipper, Lindsey Tate, moja ciotka Marilyn tudzież moja mama, która wyróżniła się tym, że z własnej swej woli wszystko czytała dwukrotnie. Lara Farina i Matt Morgan dbali o to, bym podczas całego tego procesu nie odeszła od zmysłów i należycie się odżywiała, Gary Morris zaś, David Conrad i Gini Sikes dołożyli starań, abym przez cały ten okres była na troszkę większym rauszu, niż to było absolutnie niezbędne. Za stałe podnoszenie mnie na duchu zasłużyli sobie także na mą wdzięczność: mój ojciec Gene oraz moja siostra Shannon.
Podobnie jak moja pierwsza książka, i jak wszystkie, które jeszcze napiszę, Błęktina suknia wszystko zawdzięcza memu najdroższemu życiowemu partnerowi, Seanowi Redmondowi, który zarazem zarabia na mój codzienny chleb i matkuje rodzinnemu gniazdu, jest kochającym redaktorem tudzież podręcznym geniuszem. Ale wiedz, że i ja mam na ciebie Oko…

 

I
PRACA
PAŹDZIERNIK 1831


"Grób: miejsce, w którym składa się zmarłych,
by tam czekali na przybycie studenta medycyny".
Ambrose Bierce, Słownik Szatana

 

I
DZIEWCZYNA I JEJ CIEŃ

Chłopcy na Low Quay znają sto sposobów na to, by sprzedać podłą rybę.
Na przykład, do cebrzyka z żywymi węgorzami dodadzą cztery zdechłe, a wtedy przeciętny nabywca nie potrafi odróżnić w kłębiącej się mętnej wodzie żywych od zdechłych. Albo na przykład śmierdzącą makrelę posmarują odrobiną terpentyny i tak ją wypolerują krajem koszuli, że będzie błyszczała jak świeża. Pod koniec dnia można ich przyłapać na tym, że pod nabrzeżem wdmuchują powietrze do brzuchów chudych dorszy, by wyglądały na tłuste i mięsiste. Współczuć trzeba niefortunnej rodzinie, która po ich rozcięciu zobaczy, że w tych z pozoru smakowitych rybach więcej było powietrza niż mięsa. Ale przecież taki chłopiec musi zarobić na życie, toteż gdy zmuszony jest macać wokół siebie rękoma w błotnistej wodzie ustępującego pływu, by wyławiać marnoty, wyrzucane za burty trawlerów, trudno mu się dziwić, jeśli posuwa się do takich drobnych sztuczek, żeby wypracować swoją dzienną normę.
Najwięcej widzi się tych nadużyć w sobotnie wieczory, gdy targowe stragany rozstawiają się wzdłuż Low Street. Sprzedawcy pomarańczy potajemnie je podgotują, by przybrały na objętości, choć dobrze wiedzą, że po takim zabiegu owoc już po jednym dniu od zakupu sczernieje; sprzedawcy wiśni przydadzą wagi wystawionym na sprzedaż łubiankom, wyłożywszy je przed napełnieniem liśćmi kapusty. Nie wszyscy oni są z gruntu nieuczciwi, lecz prawie wszyscy wolą sprzedać swój towar po zapadnięciu zmroku, kiedy w blasku świec jego niedoskonałości nie są już tak widoczne, a równocześnie po całym dniu pracy wzrok kupujących nie jest już tak wnikliwy. W Sunderlandzie większość robotników otrzymuje wypłatę właśnie w sobotni wieczór, toteż mają oni w kieszeniach pieniądze na faszerowane mięsem ciasteczka i na ziemniaki w mundurkach, które grzeją się w beczkowych piecach; kupią więc za dwa pensy porcję tłustego śledzia oraz gorącego zawijańca. Pośród targowego tłumu krążą synalkowie szynkarzy, wręczając tace z piwem niewiastom, które je uprzednio zamówiły na rodzinne kolacje, a po drodze zatrzymuje tych młodych roznosicieli tylu spragnionych mężczyzn, że muszą biec do tawerny po więcej trunku. W sobotni wieczór, gdy ulice wręcz zasypane są stosami czerwonej kapusty, purpurowych jabłek i jaskrawozielonych porów, a pomiędzy tym wszystkim stoją stragany mieniące się tęczowymi muszlami ostryg - każdy czuje się bogaczem. Tym bardziej że wiadomo, iż w niedzielę będzie się jadło mięso, a jeśli po ulubione kotlety pójść do zaprzyjaźnionego rzeźnika, to ten szczodrym gestem wyciągnie jeszcze do stałego klienta rękę, na której spoczywać będzie niczym prezent świeżo wycięte z zarżniętego wieprzka serce.
Sobotni wieczór oznacza też, że do pracy trzeba będzie iść dopiero w poniedziałek; w niedzielę można więc pograć w karty lub udać się na podmiejskie wrzosowiska, albo też - jeśli by komuś ciążyło na duszy poczucie jakiejś winy - obmyć twarz i pomaszerować do kościoła. Ktoś być może będzie miał ochotę po prostu sobie podrzemać, co też i zdarza się w większość niedziel, kiedy popija się tradycyjną popołudniową herbatę na stołku koło kominka i oto uświadamia sobie człowiek, jakie to przyjemne uczucie tak po prostu siedzieć i wpatrywać się w ogień, aż w jakiejś chwili głowa opada na piersi, a kubek wyślizguje się z palców. Jednakże sobotniego wieczoru jesteś ożywiony i chciałbyś zażyć jakiejś rozrywki. Oto zawitały do miasta dwa nowe przedstawienia. Tematem jednego jest choroba - cholera - o której wszyscy mówią, wszelako drugi zdaje się o wiele bardziej pociągający. Jest to jedyny w swoim rodzaju spektakl Les Chats Savants: dobrze już znana w pryncypalnych miastach Europy, sławna Menażeria Mądrych Kotów Signora Capellego, Których Zdolność Uczenia Się Tudzież Inteligencja Niezawodnie Wszystkich Zdumiewają. I bez wątpienia byłbyś owym przedstawieniem nader przyjemnie zdumiony, zwłaszcza w porównaniu z nieporównanie mniej przyjemnym zdumieniem, jakiego doznasz jutro, kiedy się niezawodnie okaże, iż połowa śliwek, które dziś kupiłeś, już zgniła.
Torujesz sobie drogę pośród straganów, ustawionych wzdłuż Low Street, która prowadzi cię ku teatrowi na Sans. Po twojej prawej rzeka Wear wije się wężową czarną wstęgą pomiędzy właściwym Sunderlandem a dobrze oświetloną Monkwearmouth na przeciwległym brzegu. Uświadamiasz sobie, że z powodu kwarantanny na rzece jest mniej statków niż zwykle i że jest to zabójcze dla wszystkich, od flisów, którzy spławiają węgiel z Newcastle, po garncarzy, którzy potrzebują gliny dostarczanej z Dorset. Pocieszasz się myślą, że bez względu na to, co nastąpi, przynajmniej waszej lokalnej fabryce zapałek nie zabraknie surowca. Od dziesięciu już lat pokrywasz czubki tych maleńkich drewienek fosforem i ani razu jeszcze się nie zdarzyło, żeby choć na jeden dzień ustały dostawy. Wprawdzie opary fosforu przeżerają ci z wolna kość szczękową, nadając jej tak przerażający widok, że nie masz odwagi popatrzeć na siebie w lustrze, jednakże dzisiejszego sobotniego wieczoru myślisz tylko o tym, żeby zobaczyć choć parę arcymądrych kotów, a nie o tym, jak świecą w mroku twoje ręce i twarz.
Przed wejściem do tego tandetnego teatru, do którego dzieci i służbę wpuszczają za pół ceny - jak gdyby nie dość było tego, że i tak mają oni łatwiejsze życie - natrafiasz na jakieś straszliwe zamieszanie. Służące z przeraźliwym piskiem wskakują w objęcia woźniców, a mali chłopcy raz za razem tłuką stopami w ziemię na podobieństwo Indian odbywających modlitewny taniec o deszcz.
To te przeklęte żaby. Wylazły z rzeki, w której przez całą tę mokrą i ciepłą jesień nic tylko pieprzyły się i składały ikrę, i tyle ich się z tego pieprzenia i zapładniania narobiło, że najpierw zapełniły całe strome brzegi, a potem wdarły się do miasta. Kupcy z Low Street znajdowali mokre zielone żabki, które dusiły się w ich mące, a pastorowi z kościoła Trinity zdarzały się nawet w winie mszalnym.
Wczorajszego wieczoru słyszałaś, jak właściciel domu, w którym mieszkasz, wyklinał żaby, co mu chórem zaczęły kumkać w piwnicy, aż w końcu posłał tam na polowanie swoją fretkę. Dziś wygląda już na to, że całe to żabstwo zaczęło się kierować w stronę szykowniejszej części miasta: wkraczają do Bishopwearmouth, trzeciej z kolei, i to nie tylko bez wątpienia najbogatszej, ale i wyżej położonej dzielnicy na południu Sunderlandu. No i dobrze, myślisz sobie. Niech trochę tego plugastwa z dna rzeki rozpełznie się po świecie możnych. Niech się paru szacownych adwokatów budzi w środku nocy i tak samo, jak się tobie to aż nazbyt często przydarza, leży bezsennie i zamartwia się, że oto Pan zesłał nowożytną egipską plagę, żeby zniszczyła to miasto.
Popatrzcie tylko, jak ci wykwintni lokaje, wydelikacone służące i dziatwa szamocą się, dźgając parasolami w ziemię i tupiąc obutymi w kalosze nogami, żeby przepędzić żaby, o wiele bardziej przecież wystraszone niż oni sami! A potem wznieście oczy ku niebu, z westchnieniem wydobądźcie z kieszeni te pięć pensów, które zdzierają od was za wstęp, żeby swoje ciężko zarobione pieniądze oddać wypacykowanej różem sprzedawczyni biletów i wejść do środka… Ale nie, najmocniej przepraszam, jeszcze momencik…
Bo przecież, moja droga malowaczko zapałek, zanim znikniesz nam z oczu na co najmniej dwie godziny, musisz jeszcze uprzejmie zastanowić się nad pytaniem, które mogłoby się w pierwszej chwili zdać zgoła niedorzeczne, a jednak okaże się w końcu nader sensowne: Czy gdyby to tobie przyszło napisać tę historię - pomińmy na chwilę ten drobny fakt, iż jesteś niepiśmienna - to wybrałabyś ten właśnie sobotni wieczór jako odpowiedni moment, by przedzierając się przez chmarę skaczących żab do tandetnego teatrzyku, przedstawić przyszłym czytelnikom bohaterkę twojej opowieści? Gdyby dane ci było mieć do dyspozycji całą ziemię i dowolność wyboru któregoś z jej miejsc i okoliczności historycznych; gdybyś pisząc swą skromną powieść, mogła w niej przywrócić do życia na przykład Kleopatrę lub cesarzową Józefinę, to czy kazałabyś im stąpać pomiędzy żabami w nędznym Sunderlandzie, zamiast wydobyć ze swej wyobraźni całe garści zielonych szmaragdów, by usłać nimi drogę - powiedzmy - w Zanzibarze? Wydaje się nam, że raczej nie. Jesteś wszak zapewne postacią o subtelnym i wyrafinowanym smaku, gdyby to więc od ciebie rzecz ta zależała, któż by się ośmielił wyrazić przekonanie, iż niniejsza książka nie stanie się urzekającą opowieścią o pokrywaczce zapałczanych główek, której produkty tak zachwycają króla Obojga Sycylii, że natychmiast oddaje do jej dyspozycji swój pałac, dekoruje go na jej cześć mnogością wspaniałych pereł, a następnie nakłania brytyjską rodzinę królewską, by zapewniła jej dostatek pojemników z kwarcem i fosforem? Gdybyś to ty wiodła tę opowieść, to z pewnością nie obawialibyśmy się w niej niesmacznych rzeczy w rodzaju morderstwa lubo też podłej zdrady, albowiem takie nikczemności sprzeczne są z twoją naturą. Ale cóż, moja droga zapałczarko. Narastające w tobie już od paru chwil podejrzenie jest, niestety, słuszne: to nie jest twoja historia, ale nasza, z której to przyczyny zostałaś przywołana właśnie w to miejsce, poprowadzona przez nadbrzeżne targowisko i nakłoniona do obejrzenia Uczonych Kotów, a nie wystawianej niedaleko nudnawej sztuczki o cholerze. Wiedz przy tym, że postąpiliśmy tak tylko dlatego, by mieć sposobność przedstawienia czytelnikom prawdziwej bohaterki naszej opowieści, która oto, jeśli się za siebie obejrzysz, właśnie się ku tobie zbliża ulicą Sans, uważnie stawiając stopy na ruchliwym żabim dywanie.
Niech cię to zbytnio nie przygnębia, droga przyjaciółko; nie wszystkim dane jest odgrywać role pierwszoplanowe. Choć więc to akurat ciebie spotkaliśmy pierwszą, ani trochę nie czujemy się zobowiązani do podążania tropem twojego ciężkiego żywota. Do fabryki. Z powrotem do domu. A co trzeci wieczór - do szynku na ciepławe piwo. Gdyż to ten właśnie proces powtarza się w twym życiu ad nauseam. Wszelako i tobie wyznaczona została w tej historii pewna rola, którą - choć nie jest duża - ktoś jednak odegrać musi. Otóż, przywiedliśmy cię tutaj po to, byś mogła nam opisać naszą bohaterkę, my sami bowiem zanadto jesteśmy od niej oddaleni w czasie i przestrzeni, by przedstawić ją z niezbędną wyrazistością. A zatem, droga przyjaciółko, zechciej łaskawie zaspokoić nurtującą nas ciekawość. Śliczna jest czy pośledniej urody? Młoda czy stara? Pierwsze wrażenia mają to do siebie, że trudno się od nich potem uwolnić, staraj się przeto być w swym opisie jak najdokładniejsza.
Zacznij od jej twarzy.
Mówisz, że jest szczupła, ale dobrze uformowana? Nie ma więc perkatego nosa i pucołowatych policzków, w odróżnieniu od bardzo wielu sunderlandzkich dziewcząt, których praprzodkowie przywędrowali ze Szkocji lub dopłynęli do tych brzegów - och, ładnych już parę wieków temu! - z żywiącej się wieprzowiną Saksonii? Ach! Ma zatem urodę bardziej galijską - jeśli można się poważyć na użycie tego terminu jako komplementu w piętnaście zaledwie lat po Waterloo - a zatem brwi zarysowane w delikatne łuki, w miarę prosty nos oraz duże oczy o niemal granatowej barwie. Na jej lekko zapadniętych policzkach widnieją delikatne piegi; można by się założyć, że dziedziczne, jako że z pewnością piegi, które by się pojawiły po spędzeniu słonecznego dnia nad morzem, nie kontrastowałyby tak wyraziście z bielą skóry. Gdyż ta dziewczyna jest bez wątpienia  b a r d z o  blada. Jej twarz oraz obnażone ramiona mają kolor schłodzonego mleka, które w wiadrze sprawia wrażenie lekko niebieskawego; jej skóra odznacza się ową szczególną, niejako emanującą światło bladością, którą wielkie damy, jak mówi plotka, osiągają dzięki zażywaniu maleńkich dawek arszeniku. Jej skóra - to skóra dziewczyny nigdy nie wystawiającej się na działanie dziennego światła.
A włosy? Co powiesz o jej włosach? Z takiej skóry powinna wyrastać albo niemal czarna grzywa, albo płomiennoruda, kulista czupryna. Wcale nie, powiadasz? Ma włosy blond, i to niemal tak jasne jak jej skóra, a przy tym uczesane w nader skomplikowaną fryzurę (modnisie nadały jej nazwę "apollo"): splecione w warkocze, ułożone zostały następnie na czubku głowy w rodzaj korony, z której spływają małe, swobodnie skręcające się na skroniach blond loczki. Gdyby takie ornamenty zdobiły fryzurę szlachetnej damy, to układałyby się one w pozłociste strzały, słane na cześć zabójcy Pytona, wszelako na naszej bohaterce są to gołębio pierzaste, przyczerwienione loczki, które rozdzielają szczytową koronę, dopełniając wrażenia kulistości całej koafiury.
Wprawia nas jednak to wszystko w niejakie zakłopotanie. Czyżby bohaterka naszej opowieści nie była damą? Mamyż śledzić przebieg tej historii w towarzystwie jakiejś najzwyklejszej sunderlandzkiej dziewuchy, nie zapraszanej na wykwintne przyjęcia i przywykłej do diety opartej na gotowanych ziemniakach i piwie, podczas gdy w jakiejś innej powieści mielibyśmy do czynienia z krewetkami i szampanem? Ale dobrze. Powiedziałaś nam już, że odznacza się bladością damy i układa sobie włosy zgodnie z najnowszą modą. Zechciej nam przeto teraz opowiedzieć, w co jest ubrana. Jej strój z pewnością pozwoli nam się upewnić co do tego, jaka to osoba.
Suknię ma błękitną. Doprawdy, dokładność określenia godna mężczyzny. Ale jaki to odcień błękitu?
Zgoda, ma się rozumieć, że w godniejszych uwagi latach my także chadzaliśmy na spektakle, na których nimfy i wodne rusałki tęsknie wypatrywały śmiertelnych mężczyzn, a syreny czesały swe długie włosy i podziwiały swoją piękność w błyszczących zwierciadłach. Wtedy barwnie opisałabyś nam dekoracyjne elementy owego teatralnego morza: bałwany z cyjankowego jedwabiu, pokryte lazurem pomniejsze fale z tektury, pośród których upięte są ultramarynowe sieci z wplątanymi w nie pławikonikami i rozgwiazdami; wszystko to miałoby reprezentować jakiś wodny raj. Zamknijmy więc oczy i poddajmy się twoim refleksjom. Ach, jakimż to wszystko wieje orzeźwiającym chłodem, podczas gdy my tu na widowni pocimy się na przedstawieniu, odbywającym się w upalny letni wieczór, i podglądamy ów podmorski świat, poznając hierarchię postaci, na czele z despotycznym królem tudzież z chórami jego buntowniczych cór; jakiż to przebogaty i dziwny naszym oczom świat, który jednak zarazem tak radośnie i szczęśliwie pozostaje zgodny z politycznymi sprawami naszego własnego. Teraz już pozostaje nam tylko do owego chłodnego, oślepiająco połyskliwego błękitu dodać kolor sztucznego nieba, w pełni doceniając talent malarza, który potrafił sięgnąć w swoje własne dzieciństwo i wydobyć z głębi pamięci doszczętnie już wytępiony modry odcień, który połyskiwał nad rzeką Wear, zanim zbudowano nad nią fabryki. Tak, droga przyjaciółko, my również jesteśmy już w wieku wystarczająco dojrzałym na to, aby ten kolor pamiętać. Wystarczająco już jesteśmy dorośli, by oprócz niego pamiętać także bardzo wiele innych rzeczy.
Wróćmy jednak do stroju naszej bohaterki. Do nader skomplikowanego błękitu jej sukni moglibyśmy za twoim wskazaniem dodać jeszcze szeroko rozdęte, udźcowego kształtu rękawy, które rozchodzą się od nagich ramion, i gustownie dobrany pasek, spinający jej szczupłą talię; wszystko to razem stwarza ów kształt odwróconego trójkąta, tak popularny wśród współczesnych kobiet. Ozdóbmy jeszcze całość tiulem i bielą, która rozwiewa się w trzech bufiastych wiązaczach od kolan po kostki, dopełnijmy całości obrazu paroma schodzącymi jedna po drugiej w dół obręczami, a otrzymamy obraz dziewczyny, którą przyrównać można do obfitego, fantazyjnego weselnego tortu. To chodzący kandyzowany owoc. To kuszący przysmak. A mimo to wciąż pozostaje w nas niepewność. Skoro jednak z całą pewnością jedynie najwytworniejsza dama mogłaby sobie pozwolić na tak szczególną suknię, to co się w tym wszystkim nie zgadza?
Dziewczyna zdaje się mała.
I to wszystko, droga zapałczarko? Wszak filigranowość jest teraz modna! Nie robi już dzisiaj dobrego wrażenia neogrecki wzorzec niewiasty wysokiej i gibkiej, który niegdyś tak w całej Europie popularnym uczynił dwór francuski. Teraz trzeba nam fantazji romantyków, ulotnej zwiewności strojów fałszywych pasterek oraz dodatków wziętych ze Wschodu! Jesteśmy światową potęgą, ale zarazem jesteśmy z pasterska prości! Walczyliśmy w Egipcie i podbijamy Indie; stworzyliśmy technologie, które pozwalają nam wprowadzać do naszych ubiorów elementy wzięte z całego świata, lecz przecie tęsknimy za prostotą dawnych czasów. Każdy zdałby się mały w porównaniu z tak potężnym imperium jak nasze.
Oto jednak mówisz nam: stop. Toż jeśli chcecie się ode mnie domagać opisu bohaterki tej opowieści, to wypada wam zaufać moim ocenom. Filigranowość może nam być dana, ale łatwo ją też sztucznie wytworzyć. Temu tutaj dziewczęciu - bo nie ma wątpliwości, iż nie może ona mieć więcej niż szesnaście lat - filigranowość została narzucona. Ma się wrażenie, że jest ona pod tą suknią fizycznie niedorozwinięta, jeśli nie karłowata; jej ramionka są aż przygnębiająco chude, a opinającego ją paska nie da się wręcz zacisnąć wokół jej kibici. Buciki, ten zawsze pewny dowód stopnia zamożności, wystając spod sukni, okazują się ubłoconymi i zdartymi roboczymi kamaszkami.
Czy możliwe zatem, abyśmy się pomylili, wybierając sobie bohaterkę opowieści? Może błędnie określiliśmy datę lub miejsce, albo nawet epokę? Czyżby nie było poza nią nikogo - zapewne wyżej postawionego w hierarchii społecznej - kto by mógł przyjść z pomocą naszej książce, uwalniając ją od pewnej nijakości? Rozejrzyj się raz jeszcze, droga przyjaciółko. Odejdź od teatralnej kasy i po prostu wyjrzyj zza rogu, by się upewnić, że nikogo takiego nie przeoczyliśmy.
Dlaczego się wycofujesz? Co takiego dojrzałaś w tych cieniach?
I oto już biegniesz z powrotem do teatru. I w dodatku twierdzisz, że wywiązałaś się ze swojego obowiązku! Daliśmy ci sposobność uczestniczenia w naszej opowieści, a ty zamiast tego wolisz się skryć w tłumie bezimiennych widzów, którzy jedzą zawinięte w brudne chusteczki kanapki i okrągłymi, pożółkłymi zębami wyciągają korki z butelek z piwem. Powiedz przynajmniej, jak jej na imię? Zapytaj o to ją samą! Ale oto już zapalają się lampy i na scenę wbiega pierwsza zdezorientowana śnieżna pantera, w pelerynie alchemika i w czarnym stożkowym kapeluszu na łbie, ty zaś, droga zapałczarko - bo widzimy cię, jak z wahaniem zatrzymałaś się w przejściu - zmagasz się w duchu sama ze sobą. Jest sobotni wieczór. Pragnęłaś tylko zobaczyć parę uczonych kotów i nie chciałaś mieć nic do czynienia z całą tą piekielną sprawą. Ale przecież znałaś tę dziewczynę, prawda? Po wzburzonym wyrazie twojej twarzy, kiedyś zerknęła w te cienie, zorientowaliśmy się, że ją rozpoznałaś. Jak jej na imię?
Na scenę wkracza na tylnych łapach lwica z kwadratową czapką uniwersyteckiego profesora na łbie. Chwieje się, przystając w tej nienaturalnej dla siebie pozycji, podczas gdy pomiędzy jej łapami kręci ósemki szara kocica o sparszywiałej sierści, co wywołuje na widowni ryki.
Gustine. Na imię ma Gustine.
Dzięki ci, miła malowaczko zapałek. Bo rozumiesz, w istocie mamy pewną możliwość widzenia rzeczy, faktem jest jednakowoż, że nie zawsze ufamy temu swojemu widzeniu, gdy chodzi o szczegóły. Dziwna to zdolność patrzenia i widzenia, kiedy wyraźniej dostrzega się tych, którzy znajdują się bliżej nas; kiedy są od nas oddaleni zaledwie o parę tygodni lub miesięcy. Jak na przykład ty. Albo ta przywołująca na myśl rzepę niewiasta, która śledzi naszą bohaterkę. Ta, na której widok zaraz się odwróciłaś i uciekłaś. Choć tobie objawiła się ona może tylko jako złowrogi cień, przesuwający się po ziemi, to my widzimy ją całkiem wyraźnie.
Oto na wprost nas Gustine i jej cień skręcają w lewo w High Street.
Zaczął właśnie siąpić tłustawy deszczyk, który jeszcze bardziej śliskimi czyni kamienie bruku, i tak już zdradliwie pokryte opadającymi z dębów liśćmi. Gustine oddala się teraz od teatru, kierując się ku ciemnej linii sklepików z tkaninami i wełną, piekarniami, księgarniami i składami piśmienniczymi, które ciasno tulą się do siebie, wspólnymi siłami stawiając czoło chłodnej i słotnej nocy. Turkocą na bruku koła powozów i dorożek, których woźnice nie powściągają koni, by dowiedzieć się, cóż to sprawiło, że po dziewiątej wieczorem ta godnie odziana niewiasta samotnie kroczy przez wyludniony kwartał miasta, nie mając płaszcza ani nawet parasolki. Już tylko nieliczni kupcy - którym nie śpieszno wracać do domu, gdzie czeka ich kolejny wieczór przebiegający pod znakiem gotowanej cebuli i lektury Biblii - z ociąganiem zamykają swe sklepy, jeszcze zaglądając przez ciemne okna do środka, jak gdyby nurtowała ich pewność, iż zapomnieli ze sobą zabrać czegoś nader ważnego. Dostrzegłszy w szlifowanej szybie odbicie przechodzącej w świetle gazowej latarni niewieściej postaci, jeszcze przez parę chwil z rozmysłem nie odchodzą, przypatrując jej się i z rozmarzeniem myśląc, jak to by dobrze było, gdyby któregoś wieczoru opuszczając sklepik, uczynili to akurat w chwili, gdy ona przechodzi, co dałoby im sposobność przypadkowego zderzenia się z jej jędrnym, gorącym ciałem. A oto Gustine podciąga kraj sukni i strząsa przylgniętą do niego żabę.
Powiadają ludzie, że cała ta plaga żab spowodowana została jakimś zaburzeniem atmosfery; tym samym, które jeszcze w październiku przynosiło burze z grzmotami i błyskawicami, jak również zachowało tak niezwykle ciepłą, jak na ten miesiąc, pogodę. Mówią też, że cholera będzie nieuchronnym następstwem tej pogody. Gustine popatruje w górę, jako że przypuszczalnie to tam właśnie powinna zaobserwować ową atmosferę. Zastanawia się nad tym, czy którejś nocy cholera po prostu nie spadnie wraz z deszczem. Zastanawia się też i nad tym, czy cholerze udałoby się przebić nawet przez te ciężkie szare chmury na bezksiężycowym niebie; chmury, których sprawcami są działające bez wytchnienia kominy Sunderlandu.
Za plecami Gustine przystaje także jej cień i również zwraca spojrzenie ku niebu.
- Niech to diabli! - Dziewczyna odwraca się i wrzeszczy do prześladującej ją kreatury: - Czy mogłabyś łaskawie odpieprzyć się ode mnie?
Po czym podciąga suknię i kłusem przemierza High Street. Skręca z niej w prawo, następnie w lewo, i jeszcze raz w prawo, robiąc wszystko, co w jej mocy, by zgubić za sobą tę staruchę; tę starą sukę, która każdego wieczoru podąża za nią krok w krok. Doprawdy, interesy już i tak źle idą z powodu kwarantanny; jeszcze tylko tego jej trzeba, żeby ciągnęła się za nią ta wiedźma.
Tymczasem jej cień nie pobiegł za nią, jako że cienie nigdy nie muszą biegać; one wszak z samej swej natury są nieodłączne i niepodzielnie związane ze swymi właścicielami. Cienie nie myślą, nie sprzeciwiają się i nie spierają. Nigdy nie martwią się o to, że zostaną zgubione lub pozostawione przez swych właścicieli. Cienia nie można przekupić ani też nie można mu się wymknąć jak jakiemuś zwyczajnemu tajniakowi; trwa przy tobie od chwili przyjścia na świat aż po zgon, a nawet i potem, gdyż jedynie on może towarzyszyć ci tam, gdzie już nikt inny nie jest zdolny podążać: do trumny, w której pozostanie z tobą aż do chwili, gdy ostatecznie zagwożdżą jej wieko.
Przemoczona, błękitna szczurzyca.
Starucha kroczy z pochyloną głową, jakby wietrzyła trop, a przecież prawie wcale nie ma zmysłu węchu ani też smaku, a tak jest już wiekowa, że ledwie słyszy. Deszcz przykleił jej siwe włosy do policzków na podobieństwo bokobrodów, ona jednak wcale tego nie czuje. Idzie ze zwieszoną głową, wpatrując się we własne buty, pewna tego, że zaniosą ją wszędzie, gdzie będzie trzeba, a przy tym idzie całkiem szybko, jak na kobietę w jej wieku (który zresztą, w zależności od zapytanej o to osoby, może zostać uznany za jakikolwiek pomiędzy sześćdziesiątym a osiemdziesiątym trzecim rokiem życia). Ma na sobie luźną suknię z brązowej wełny, przewiązaną na piersiach brudną chustą, a włosy ściągnęła z tyłu w tym szczególnym staroświeckim, choć bliżej nieokreślonym stylu. Nic ją, od lekko zgarbionych pleców po małpio owłosione ramiona, nie odróżnia od jakiejkolwiek innej starej kobiety na East Endzie aż do chwili, gdy ujrzysz jej twarz o sflaczałej skórze w kolorze rzepy. Wystarczyłoby ci bowiem jedno spojrzenie, by sobie uświadomić, czemu ów pozostający w tyle cień zawdzięcza tak niezachwiany spokój i pewność siebie. Co wzbudza w Gustine taką obawę. I co sprawiło, że biedna zapałczana robotnica, ujrzawszy ją w pobliżu tandetnego teatru - cofnęła się w największym przerażeniu. To mianowicie, iż cień ma Oko.
Nie oczy bynajmniej, lecz właśnie Oko: pojedynczy szary karbunkuł, który na przestrzeni wielu lat wessał w siebie z jej pozostałych czterech zmysłów każdziuteńką cząstkę ich mocy, przekształcając różnorodne odczucia słuchu, dotknięcia i nawet węchu w jedną, najwyższą zdolność odczuwania; w to Oko, tak czujne i tak spotęgowane, że nigdy się nie męczy i nie potrzebuje ani chwili snu, przeto nic nie ujdzie jego uwagi. Oko widzi nawet to, że nikt nie ukradł, dajmy na to, jakiegoś jabłka. Nawet to, że nikt nie podłubał w nosie, nikt nie uderzył swej żony ani nikt nie podsunął pod stołem swemu psu jakiegoś kęsa. Jakże szczęśliwy byłby Jeremy Bentham, stwierdzając, że oto po sunderlandzkim East Endzie krąży żywy, oddychający powietrzem Panopticon, który jakby od niechcenia rozpędza kopnięciami walczące pomiędzy sobą bezpańskie psy, bez najmniejszego obrzydzenia przechodzi przez czarne kałuże ludzkich szczątków i gnijącej żywności, całą uwagę swego niezrównanego widzenia skupiając tylko na swoim więźniu - owej ładniutkiej, młodziutkiej dziewczynie, zamkniętej w pięknej błękitnej sukni.
Uwagi Oka nie ujdzie ani deszcz, wirującymi strużkami cieknący pomiędzy nierównymi kamieniami bruku High Street, ani uwięziona na ceglanej wysepce samotna zielona żabka, której nie starcza odwagi, by przeskoczyć ponad spływającym wodą rynsztokiem, ani oślizgłe czubki warzyw, walające się na pustym targowisku, zamkniętym z powodu niepogody o dwie godziny wcześniej niż zwykle. Oko jest zdolne wyczuć nawet najnieznaczniejsze poruszenia w kałużach, spowodowane szaleńczym stukotaniem butów Gustine, która przed Okiem ucieka.
Żwawa szczurzyca. Błękitna szczurzyca.
Ludzie wygadują setki najróżniejszych historyjek na temat tego, jak cień stracił swoje drugie oko. Tylko najstarsi mieszkańcy miasta mogliby jeszcze pamiętać czasy, gdy na twarzy staruchy widniało po lewej stronie nosa drugie oko, a nie zniekształcony płat purpurowej skóry, lecz wszyscy oni są już martwi. Toteż ci, których jeszcze nie było na świecie, kiedy ona już była dorosła, opowiadają, jak owo lewe oko zostało wydłubane przez jej zazdrosnego kochanka, który przyłapał ją na tym, że zerknęła na innego mężczyznę. Ci mniej romantyczni mówią, że podczas pożaru Nowego Teatru, w 1781 roku, wpadł jej do tego oka okruch żaru i że słuszna to była dla niej kara za to, że tam w ogóle o tak późnej porze nocy przebywała. Swego czasu ludzie wierzyli, iż sama sprzedała swoje oko Diabłu za butelkę jałowcówki, jednakże obecnie najbardziej rozpowszechniona teoria głosi, że wybił jej to oko swoją szablą odyniec, który miał się jakoby natknąć na nią na podmiejskich wrzosowiskach, w chwili gdy przykucnęła za potrzebą. Nikt nie wie na pewno, jak doszło do tego, że stała się Okiem, oprócz niej samej, a ponieważ od tak dawna milczy, to większość ludzi przypuszcza, że nawet ona już nie pamięta, jak to się stało.
Co  wiadomo o tej kobiecie, przez co bardziej edukowanych chłopców zwanej Oczodołem, Złym Okiem lub Szarą Siostrą, ale przez większość po prostu Okiem? Na pewno to, że żyje w domu pod numerem 9 przy Mill Street od chwili jego zbudowania, a zapewne będzie tam żyła jeszcze długo po tym, jak się cały ten budynek wokół niej rozpadnie; następnie to, że właściciel tego domu tak długo będzie znosił fakt, iż przebywa ona pod jego dachem, jak długo będzie śledziła jego kosztowną suknię, co da mu pewność, że dziewczyna, która w tej sukni występuje, nie ukradnie jej ani nie zastawi w lombardzie; wreszcie to, że podczas ostatnich dwóch lat nie było takiej nocy, podczas której można by było jedną z członkiń tej pary zobaczyć samą; dziewczyna i jej cień, suknia i Oko - nieodłączne - przemierzają ulice Sunderlandu. Wszystkie inne pogłoski, jak ta, że złodzieje trupów Burke i Hare kupili od staruchy przepis na wytwarzanie ciastek faszerowanych ludzkim mięsem, lub ta, że to Szara Siostra była odpowiedzialna za spowodowanie w siedemdziesiątym piątym roku w Domu Zgromadzeń Metodystów paniki, podczas której tak wiele dzieci straciło życie… cóż, to już jedynie pozbawione podstaw plotki, czego zresztą wszyscy są świadomi.
Wróćmy do Gustine, która próbuje starej wiedźmie uciec. Dobiegłszy do skrzyżowania High i Bridge Street, zwalnia. Mija jedną po drugiej rozstawione w równych odstępach latarnie gazowe, a im dalej idzie w kierunku zachodnim, tym szersze stają się uliczki, aby na koniec stać się ulicami.
Przed trzydziestoma pięcioma laty zbudowano wielki most Wearmouth, dzięki któremu geograficzne centrum miasta przeniosło się bardziej na zachód. Jeszcze nie tak dawno cała ta okolica była niczym więcej jak tylko pastwiskami; dzisiaj jeden za drugim budują się nowe sklepy. Mężczyźni, których twarze skryte są pod parasolami, a którzy wracają przez most z Monkwearmouth, obrzucają Gustine uważnymi spojrzeniami. Jest taka, na jaką wygląda, czy też po prostu to czyjaś nieuważna młodsza siostra, zaskoczona przez deszcz, na który nie była przygotowana? Brzuchaty i wąsaty mężczyzna w zielonym garniturze ze szkockiej wełny zwalnia i chwyta jej spojrzenie.
- Zbłądziła panienka? - pyta.
- Tak mi się właśnie zdaje, proszę pana - odpowiada Gustine z przepraszającym uśmiechem. - Mógłby mi pan wskazać drogę do Silver Street?
- Ach, bardzo się już od niej oddaliłaś! - on na to. - Musisz zawrócić w stronę East Endu.
- Och! - wykrzykuje cicho Gustine ze zmartwioną minką.
- A pewna jesteś tego adresu, panienko? - Najwyraźniej nieźle sytuowany mężczyzna odchrząknął, a policzki zaczynają go palić z podniecenia. - Bo to bardzo niebezpieczna dzielnica.
- Tak? - Teraz już Gustine jest nie tylko zmartwiona; wygląda na zalęknioną.
- I to jeszcze jak, panienko!
- Mój brat… - Zająknięcie. - Przyjaciele mojego brata wydają tam o dziesiątej przyjęcie z okazji jego urodzin. Powiedziałam im, że o tej porze jestem już zwykle w łóżku, a jutro rano, wie pan, trzeba iść do kościoła, ale… Tak nalegali, że się w końcu zgodziłam.
Mężczyzna w zielonym garniturze zerka na zegarek, po czym spogląda na niebo, które nie zapowiada poprawy pogody. Deszcz rozpadał się już na dobre, a ta śliczna panienka nie ma parasolki. Powinien jej zaproponować swoją eskortę. Z drugiej strony, on także gdzieś się udaje. Do miasta zawitało nowe przedstawienie, w którym występują jakieś bardzo mądre koty - czytał o tym w gazecie - i kto wie, czy już nie jest na nie spóźniony.
- Przepraszam, że zabrałam panu czas - mówi Gustine, wyczuwając jego zakłopotanie. - I dziękuję za pomoc.
Obraca się w prawo i zaczyna schodzić w dół, zmierzając ku mrocznemu brzegowi rzeki.
- Panienko! - krzyczy brzuchaty wąsacz. - To nie w tę stronę, co trzeba!
Ona go jednak najwyraźniej nie słyszy, gdyż wygląda na to, że przyśpieszyła kroku. Jak może nie zdawać sobie sprawy z tego, że schodzi prosto ku rzece? Mężczyzna rzuca się więc w pościg i dogania ją przy kamiennych słupach, już w cieniu wielkiego mostu.
Każde angielskie miasto jest z czegoś sławne, czy to będzie katedra, czy też duch albo przepis na dżem jeżynowy. Co do nas, to w 1793 roku - dobre dwadzieścia lat przed narodzinami Gustine, a na trzydzieści pięć lat przed momentem, w którym Sunderland zyskało w kraju sporą sławę pierwszego miasta w Brytanii, które padło ofiarą cholery - byliśmy absolutnie pijani miłością do naszego nowego, wielkiego mostu z lanego żelaza: najdłuższego i bez wątpienia najwyższego ze wszystkich tego rodzaju mostów w całej Anglii. Nasze miasto jakoś sobie dawało radę, od czasu gdy czcigodny Bede złożył swe śluby u Świętego Piotra w Monkwearmouth, ale tak naprawdę stanęliśmy na własnych nogach, dopiero gdy podniósł głowę Napoleon. Cała Anglia znalazła się wówczas w stanie pogotowia; flota potrzebowała okrętów, a do ich budowy niezbędni byli ludzie. W ciągu paru lat nasza mieścina stała się sławna jako królowa stoczni: cała rzeka zapełniła się wszelkiego rodzaju statkami - od solidnych bojowych okrętów po na łapu-capu sklecone jednostki, których jedynym zadaniem było zatonięcie dla zysku z ubezpieczenia. Nasi sunderlandzcy flisacy spławiali na barkach węgiel, dostarczając go maszynom nowego wieku - wieku industrializacji. Młoty biły w giętkie drewno; schnące konopie do uszczelniania kadłubów, rozwieszone na drewnianych rusztowaniach drogi linowej, pachniały w całej, bogatej wówczas, wschodniej części miasta. Miasto rozrastało się po obu stronach rzeki Wear: zarówno Sunderland właściwe, graniczące z bogatym Bishopwearmouth, jak też i Monkwearmouth, na drugim brzegu, gdzie znajdowały się naturalne doki stoczniowe. Oczywiste było, że rozkwitającemu i bogacącemu się miastu potrzebny jest most - i to spektakularnie nowoczesny. Trzeba było uchwały parlamentu oraz nadzwyczajnego pomysłu inżynierskiego, żeby wznieść most z lanego żelaza o długości osiemdziesięciu metrów i wysokości dwudziestu pięciu; za to teraz w Sunderlandzie każde dziecko, z Gustine włącznie, potrafi z pamięci wyrecytować słynne zobowiązanie, złożone w kamieniu węgielnym: "W czasie gdy szaleńcza furia obywateli Francji, która prowadzi do aktów skrajnej deprawacji, zakłóca pokój Europy żelazną wojną - my, społeczność Sunderlandu, mająca szczytniejsze cele, postanawiamy połączyć strome i skaliste brzegi Wear żelaznym mostem".
I oto teraz pod tymże wielkim mostem Wearmouth mężczyzna w zielonym garniturze zadziera suknię Gustine aż po jej ramiona i majstruje przy swoich spodniach.
- Nikomu o tym nie mów - mówi. - To potrwa tylko parę chwil.
- Proszę tego nie robić - szepcze Gustine, bez przekonania odpychając go od siebie. - Ja jeszcze nigdy…
- Jesteś taką małą trzpiotką, że prędzej czy później musiało ci się to przydarzyć.
I wąsaty brzuchacz, naprowadzając swój członek palcami, dźga ją nim po udach. Za nim widać ognie pieców wytwórni butelek; wzdłuż brzegu rzeki mgła wznosi z kanałów w górę smród zdechłych ryb. Mężczyzna trafia wreszcie do celu, a Gustine odwraca głowę i patrzy na rzekę, która leniwie niesie ze sobą wzdęte ciało padłej owcy, które wznosi się i opada niczym czyjaś wygodna, sprężysta otomana.
Kiedy skończył, otrząsa swój narząd i wyciera go płócienną chusteczką.
- Chodźmy - mówi. - Odprowadzę cię na Silver Street.
- Nie potrzebuję iść na Silver Street - mówi Gustine.
- Och, daj spokój! - jęczy brzuchacz. - Nie bądź taka.
- Chcę tylko, żebyś mi zapłacił, i pójdę swoją drogą.
- Wiedziałem! - Wąsacz spluwa i wściekle kopie ziemię. - Nie poczęstowałaś mnie przynajmniej brzydką chorobą, co?
- Płać. - I dziewczyna podsuwa mu dłoń. - Ja nie zajmuję się dobroczynnością.
- Wszystkie ubrane jak wielkie damy - warczy mężczyzna w zielonym garniturze, wymacując w spodniach sakiewkę. - Człowiek nie może już nawet rozróżnić, kto kim jest.
Zauważcie, przyjaciele, jak zachowuje się człowiek honoru, kiedy chodzi o interesy. Gdyby Gustine pojawiła się, powiedzmy, w jego biurze rachunkowym i poprosiła go o zaliczkę w wysokości takiej samej małej sumy, jakiej się teraz domaga, ten sam mężczyzna odliczyłby je z wielką grzecznością, kładąc na jej dłoń jeden błyszczący pens po drugim, a na pożegnanie obdarzyłby ją sympatycznym mrugnięciem. On przecież uwielbia pomagać ładnym kobietom, a gdyby jeszcze przy okazji drzwi do pokoju były zamknięte, ona zaś nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przez chwilę pofiglować, to cóż, on i to uwielbia, a przy tym znany jest z tego, że w takiej sytuacji dorzuci jej jeszcze dodatkowego pensa, z tym że już z własnej kieszeni. Kiedy jednak kobieta domaga się od niego uczciwej zapłaty za uczciwie wykonaną usługę, to jak się ów człowiek zachowuje? Zauważcie: z nadętą miną wysupłuje z sakiewki dwie wytarte monety, czeka, aż dziewczyna wyciągnie po nie rękę i gdy jest pochylona - częstuje ją gwałtownym pchnięciem, po którym Gustine stacza się ze skarpy ku rzece.
- Ja się nie dam wykorzystywać, ty mała dziwko! - ryczy, wspinając się niezdarnie po błotnistej pochyłości i brudząc kolana swych zielonych spodni ze szkockiej wełny za każdym razem, gdy zdarzy mu się poślizgnąć. Niech diabli wezmą te kurwy. Wszystkie wystrojone i wyperfumowane. Jakim sposobem je rozpoznać?
Już prawie udało mu się z powrotem wspiąć na ulicę, gdy nagle poczuł na karku chłodny cień i zatrzymał się jak wryty.
Godny politowania, głupi szczur, któremu się zdawało, że zdoła umknąć Oku. Dobrze widziała, jak ten wypasiony szczur wbija zęby w kark biednej błękitnej szczurzycy, jak jej dosiada i drze pazurami jej futerko, z dzikim entuzjazmem wykorzystując ją dla własnej przyjemności. A potem próbuje umknąć do swojej nory. Podły jesteś, szczurze, myśli Oko. Żeby tak uciekać?
Czerwone płomienie pieców wytwórni butelek oblewają jej twarz piekielnym blaskiem. Wiedz, szczurze, że ta mała ma swoją strażniczkę i obrończynię. Która przez cały czas patrzy na suknię. I która teraz patrzy na samą siebie, chwytającą cię za gardło, szczurze, i potrząsającą tobą wściekle, dopóki jej wreszcie nie podasz swojej szczurzej sakiewki. Wtedy bierze z niej cztery szylingi, bo taka jest stawka sukni; ani mniej, ani więcej. Resztę zostawia i odrzuca ci sakiewkę. Po czym patrzy, jak upokorzony wspinasz się po skarpie, dysząc i kaszląc, wołając konstabla lub jakiegokolwiek, do jasnej cholery, policjanta; i patrzy, mając spokojną pewność, że na mile całe nie ma nikogo, kto by cię usłyszał.
Teraz Oko ciężkim krokiem idzie wzdłuż brzegu. Spostrzega w końcu pod mostem błękitną plamkę sukni - na pół w wodzie, na pół w czarnym błocie, które doszczętnie zabrudziło suknię. Nie spodoba się to jej właścicielowi. Kiedy podchodzi bliżej, widzi, że małej szczurzycy nic się nie stało. Że intensywnym wzrokiem wpatruje się w coś, co znalazło się koło niej.
Zdechły szczur. Koło dwóch metrów wzrostu, w wełnianej czapeczce, brązowych spodniach i ubłoconej białej koszuli. Jego szeroko otwarte, niewidzące oczy patrzą w górę rzeki, ku statkom, które bezradnie stoją na granicy kwarantanny.
- Patrz, co znalazłam! - Podniecona Gustine podskakuje, klaszcząc w dłonie. - Chodźmy opowiedzieć Henry'emu!