Kategorie

Buffy - Postrach wampirów: Zaginiony pogromca; cz. IV: Grzechy pierworodne

  • Kod: 83-7298-387-9
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Golden, Christopher
  • Cena w naszym sklepie: 5,00 zł
    Cena detaliczna: 15,00 zł
Joayce Summers nie żyje. Spike został zabity, Faith - niesforny Pogromca - również odeszła. Południowa Kalifornia została opanowana przez wampiry. A królem wampirów jest Giles. Buffy może winić jedynie samą siebie za tę ponurą wizję przyszłości, będącą rezultatem jej zaniedbania i małostkowej zazdrości. Musi zebrać wewnętrzne siły, aby zniszczyć demona, mieszkającego w ciele jej najbardziej zaufanego mentora. Z pomocą Willow i młodych Pogromców Buffy musi przywołać wszystkie swoje umiejętności, zniszczyć twierdzę wampirów i powrócić do swojego ciała w przeszłości… lecz najpierw ma inne zadanie - musi rozpoznać swój błąd i zapobiec mu, błąd, który spowodował nieszczęście jej najbliższych…

Rok wydania: 2003
Stron: 172
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 20
Tłumacz: Piotr Maksymowicz

Fragment tekstu:


Rozdział 1
- W porządku. Idziemy.
Buffy poprowadziła ich korytarzem w kierunku klatki schodowej, która wiodła do podziemi ratusza. Zadrżała, świadoma otaczającego ją zewsząd elektrycznego potencjału. Spośród wszystkich okropności, jakich doświadczyła w roli Pogromcy, Rupert Giles był zapewne najbardziej niebezpiecznym przeciwnikiem, nie tylko ze względu na jego inteligencję, ale przede wszystkim dlatego, że Buffy go kochała.
Na zewnątrz było już zupełnie widno. Promienie porannego słońca oświetlały miasto, w którym grupy operacyjne atakowały gniazda Kakchiqueli, wampirów lojalnych wobec Gilesa. Komunikacja z innymi jednostkami zamarła na kilka minut, gdy wszystkie grupy rozwinęły natarcie na pełną skalę. Buffy sama pomagała opracować ten plan, więc wiedziała, że siedliska krwiopijców są poukrywane w przeróżnych miejscach, a tam, gdzie to okaże się konieczne, wampiry będą atakowane pojedynczo. Stosunek sił przedstawiał się na niekorzyść Rady, ale słońce dawało ludziom niezbędną przewagę.
Taką przynajmniej żywili nadzieję. Buffy czuła, że walka okaże się bardziej zacięta, niż ktokolwiek gotów był wcześniej przyznać. Jednak gdyby udało się jej zabić Gilesa, koniec nastąpiłby bardzo szybko. Bez swojego króla wampiry popadłyby w rozsypkę, każdy zacząłby działać na własny rachunek, tak jak to miało miejsce, zanim pojawił się Giles.
Kiedy zaatakowali ratusz, Willow za pomocą czarów spaliła część Kakchiqueli. Płomienie uruchomiły system przeciwpożarowy na parterze budynku, wielebny Christopher Lonergan zaś - który był zarówno współpracownikiem Rady, jak i katolickim księdzem - wypowiedział rytualne słowa, zmieniając tryskające strumienie w święconą wodę. Wampiry wrzeszczały i uciekały, lecz woda była wszędzie. Ciała bestii zaczęły skwierczeć i dymić, by po chwili zamieniać się w nicość.
Lonergan miał bardzo wyspecjalizowaną umiejętność, polegającą na psychicznym wyczuwaniu obecności wampirów. Teraz, na górze, prowadził resztę grupy, przeszukując po kolei wszystkie pomieszczenia ratusza i niszcząc po drodze wszystkie napotkane Kakchiquele. Mieli stopniowo przenosić się na wyższe piętra i w razie zlokalizowania Gilesa, natychmiast zawiadomić Buffy.
Byli tylko we czwórkę - Buffy, Willow, Xander i Oz - lecz to w zupełności wystarczyło. Kiedyś uważała, że skuteczna walka Pogromcy polegała na działaniu w pojedynkę. Teraz rozumiała, jak głupie było takie myślenie. To powinno być właśnie tak. Absolutnie.
Przy wyjących syrenach alarmowych i włączonych zraszaczach systemu przeciwpożarowego minęli drzwi do wind. Nad drzwiami do piwnicy znajdowała się czerwona tabliczka z napisem WYJŚCIE. Buffy nawet nie dotknęła ręką klamki. Po prostu kopnęła metalowe drzwi na wysokości zamka. Rozległ się metaliczny trzask i całe skrzydło otworzyło się z głośnym hukiem.
Buffy szybko spojrzała do góry, po czym ruszyła na dół. Oz nie odstępował jej na krok, wciągając nosem powietrze. Za nim szła Willow, a całą grupę zamykał Xander, pilnujący tyłów. Z jego ramienia zwisała podwieszona na pasku kusza, jednak tymczasem sięgnął do kabury u pasa po inną broń - glocka kalibru 9 milimetrów.
Na dole znajdowały się kolejne drzwi. Ścianę zdobiła ogromna litera B, lecz żadnych innych oznakowań tam nie było. Ani strażników. W ogóle nic niezwykłego. Buffy zatrzymała się na ostatnim stopniu, czując na plecach wilgotny i ciepły oddech wilka. Oz zaczął intensywnie wąchać powietrze, po czym wydał niski pomruk.
- Ja też to czuję - skinęła głową Buffy.
- Co? - odezwała się Willow.
- Nawet nie wiem, jak to nazwać. Prąd. Jak elektroniczny odstraszacz owadów na podwórku Xandera.
- Elektryczność - szepnęła Willow.
- Właśnie.
Willow minęła Oza, delikatnie głaszcząc go po karku. Chwilę przyglądała się drzwiom, następnie spojrzała na Xandera.
- Jestem już trochę zmęczona - powiedziała mu. - Jeśli upadnę, złap mnie.
- Zawsze - odpowiedział beznamiętnie. Było to proste stwierdzenie faktu.
- Hej - odezwała się Buffy. - Może ja to zrobię, jeśli…
- Nie - rzekła szybko Willow. - Ty musisz dowodzić. Po prostu bądź gotowa.
Buffy uśmiechnęła się lekko.
- Nie ma sprawy. Ale zróbmy to mimo wszystko.
Willow odetchnęła głęboko, wykonała rękami tajemnicze ruchy w powietrzu, wyszeptała może ze cztery słowa w jakimś języku, przypominającym grekę. Buffy poczuła falę straszliwego, przenikającego do szpiku kości zimna, która przetoczyła się tuż obok niej, wywołując drżenie ciała.
Drzwi momentalnie obrosły lodem. Rozległy się trzaski - to przechodzący przez nie i wokół nich prąd elektryczny wywoływał liczne spięcia. Willow zakołysała się lekko, po czym wyciągnęła gwałtownie rękę, opierając się o ścianę. Buffy i Xander chcieli ją podtrzymać, lecz po chwili Willow otrząsnęła się. Oz, minąwszy ich, podszedł do drzwi. Z jego paszczy wydobył się głośniejszy i bardziej przerażający charkot.
- Oz - powiedziała Buffy.
Wilk odwrócił się. Podwijając wargi, obnażył swe błyszczące zębiska. W jego oczach nie było widać właściwej ludziom inteligencji, lecz Buffy wiedziała, że przynajmniej częściowo zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół nich dzieje.
- Giles jest mój - powiedziała.
Nabrała głęboko powietrza, stanęła przed oszronionymi drzwiami, wreszcie skoczyła na nie, wyprowadzając wysokie kopnięcie. Lód rozpadł się na tysiące kawałeczków. Drzwi już nie było. Weszli do środka.
W piwnicy było ciemno, jeśli nie liczyć bursztynowego światła lamp awaryjnych, zamocowanych na ścianach. Z pewnością nie tutaj znajdowało się gniazdo Gilesa. Były również inne korytarze prowadzące do tego miejsca, inne drzwi po drugiej stronie obszernej celi, jednak to było główne pomieszczenie. Kiedyś na pewno znajdował się tu wielki magazyn.
W pewien sposób nadal tu istniał.
Pół tuzina Kakchiqueli o połyskujących pomarańczowo oczach podniosło głowy i warknęło ostrzegawczo. Jednak ci strażnicy nie mogli przysłonić widoku na to, co znajdowało się za nimi.
Z rur biegnących pod sufitem zwisały nietoperze. Na podłodze pod nimi siedział w kajdanach, przykuty łańcuchami do wmurowanych w beton żelaznych klamer, bóg nietoperzy - Camazotz. Jego zielone, ospowate ciało było obrzydliwie wzdęte, jak pijawka, która obżarła się do tego stopnia, że mogła w każdej chwili pęknąć. Pod tą groteskową masą cielska ledwie widać było zniszczone skrzydła. Do ciała opuchniętego demona przyssało się siedem wampirów, które ciągnęły z niego jak nowo narodzone kociaki, pobierając moc i energię z krwi więźnia.
Buffy wzdrygnęła się, czując mdłości.
- Co za obrzydlistwo.
Na dźwięk jej głosu pożywiające się wampiry uniosły głowy, ukazując ubrudzone krwią pyski. Strażnicy stanęli wokół nich. Camazotz zaczął zawodzić - wysokim, ostrym jękiem, od którego poczuła zimny dreszcz. Zrozumiała, że bóg nietoperzy zwariował.
Tuż przy niej stanął Xander.
- Gilesa tu nie ma. Załatwmy to szybko.
Strażnicy rzucili się na nich, połyskując oczami i obnażając kły.
- Czytasz w moich myślach - odparła Buffy. Chciała go ostrzec, ostrzec ich wszystkich, że demoniczna energia tkwiąca w Kakchiquelach czyniła je silniejszymi i szybszymi od zwykłych wampirów, postanowiła jednak nic nie mówić. W końcu oni o tym wiedzieli. Przez kilka lat walczyli z żołnierzami Gilesa.
- Macie czelność? - warknął jeden z Kakchiqueli. Ukazując kły, natarł na Buffy.
- Mamy czelność - odparła ostro.
Nie sięgnęła po miecz, który zwisał w pochwie na jej plecach. Kiedyś użyła go, by wytoczyć krew z Angela. Dopiero niedawno Giles zakradł się do siedziby Rady i przyniósł jej miecz w podarunku, jakby chciał ją sprowokować, by za jego pomocą pozbawiła go życia. Buffy postanowiła, że użyje broni, kiedy nadejdzie właściwy moment.
Ale teraz nie musiała tego robić.
Wykonała unik, omijając wyciągnięte łapy wampira, po czym kopnęła go w podbródek. Trafiła piętą tak silnie, że zadrgały jej wszystkie kości, a wampir jedynie zachwiał się na nogach. Jego oczy zapłonęły mocniejszym blaskiem. Eleganckim ruchem, niczym baletnica, Buffy cofnęła się o krok, by wyprowadzić boczne kopnięcie. Trafiła go w głowę, rozległ się trzask pękającej potylicy. Potwór zwalił się na twarz. Buffy wbiła w plecy wampira kołek z siłą, dzięki której rozsunął kości i wbił się w serce. Po chwili z Kakchiquela został tylko obłok pyłu.
- Mamy czelność - szepnęła do siebie.
Tuż obok przyjaciele Buffy ruszyli do akcji z wprawą, która ją jednocześnie zachwyciła i zawstydziła. Cała czwórka znakomicie się rozumiała, a jednak Buffy pomyślała o czasach, kiedy jako Pogromca usiłowała ich odsunąć od swojego życia, jakby cierpiała na rozdwojenie jaźni; jakby naprawdę można było oddzielić Buffy od Pogromcy. Jak na ironię, taka właśnie postawa doprowadziła ją do obecnej sytuacji - jej dziewiętnastoletnia dusza została przeniesiona w przyszłość i znalazła się w ciele o pięć lat starszej Buffy.
Teraz była dumna ze swoich przyjaciół, nie wyobrażała sobie, by mogła wdać się w walkę, nie mając ich u swego boku.
Willow nakreśliła w powietrzu tajemnicze znaki, wypowiedziała magiczne zaklęcia w jakimś prastarym języku z pewnością siebie, jakiej pozazdrościła jej sama Buffy. Rude włosy miała związane w długi koński ogon, który poruszał się przy jej każdym, pełnym gracji ruchu. W pomieszczeniu dało się odczuć nagłą falę chłodu, gdy jeden ze strażników zmienił się w bryłę lodu. Inny stanął w płomieniach, chciwie liżących jego ubranie z cichym pomrukiem ognistej satysfakcji.
Siedem wampirów, które były przyssane do zwalistego, owrzodzonego ciała Camazotza, teraz ocknęło się z błogostanu, w którym tkwiły. Sprawiały wrażenie przepełnionych energią, jaką wyssały ze swojego byłego pana, a obecnego żywiciela. Buffy zawsze zastanawiała się, skąd pochodzi nadzwyczajna, demoniczna energia Kakchiqueli, dająca im siłę, szybkość, podświetlająca ich oczy. Teraz zobaczyła wszystko sama.
Pasożyty, nasycone mocą boga nietoperzy, z pomrukiem świeżej energii, ruszyły, by dołączyć do strażników, walczących z intruzami.
W piwnicy rozległ się odgłos strzałów i Buffy poczuła subtelną zmianę ciśnienia w swoim ciele i w uszach. Nietoperze zwisające z rur na całym suficie zaskrzeczały głośno, niektóre nawet zerwały się do lotu, ale po chwili uspokoiły się.
Buffy odwróciła się i ujrzała, jak Xander strzela raz po raz ze swojego glocka. Kule nie mogły ich zabić, więc używał broni palnej, aby je zranić, zdezorientować. Po chwili włożył pistolet do połyskującej, skórzanej kabury i chwycił kuszę, która zwisała na pasku z jego ramienia.
Buffy usłyszała ryk, dobiegający z lewej strony, więc szybko obejrzała się, oczekując ataku. Ale ten wściekły odgłos nie pochodził od któregoś z pozostałych wampirów. To był Oz. Na oczach Buffy odgryzł głowę jednego z wartowników. Wyraźnie słyszała wywołujący mdłości trzask łamanych kości, rozrywanego ciała, a chwilę potem ujrzała, jak wampir zmienia się w kupkę szarego popiołu. Tymczasem wilkołak, połyskując pazurami, już ruszył w kierunku demonów, które pożywiały się Camazotzem.
Dwa z nich skoczyły na Buffy, która wykonała natychmiastowy unik. W całym swoim życiu nigdy nie była w lepszej formie fizycznej. Jej mięśnie zadrgały, gdy poruszyła się ze śmiertelną precyzją skalpela. Serią uderzeń na kilka bezcennych sekund wytrąciła wampiry z równowagi. Jednym z nich była blondynka o bladej cerze, która tak się rozeźliła, że sięgnęła prosto do gardła Buffy.
Ta dopuściła ją do ataku i zaraz poczuła na szyi mocny uścisk, uniemożliwiający jej oddychanie. Z uśmiechem wbiła kołek między żebra napastniczki, która poczuwszy ból jeszcze szerzej otworzyła swoje świecące ślepia. Po chwili został z niej tylko pył.
Drugim z nacierających był łysy samiec o skórze koloru miedzi. Chwycił Pogromcę za włosy i pociągnął. Buffy nie starała się przeciwstawić jego sile, ale wykorzystała impet szarpnięcia. Gdy ciągnął ją do tyłu i w dół, pochyliła się jeszcze bardziej i wykonała pełne salto w powietrzu. Zaskoczony puścił ją, ale zanim to nastąpiło, jeszcze raz szarpnął boleśnie, aż z jej głowy zaczęła płynąć krew. W ręku Kakchiquela zostały kępki włosów Buffy, która tymczasem wylądowała na betonowej podłodze za jego plecami.
Łysy wampir odwrócił się do niej ze zdumioną miną, a wtedy uderzyła go szybko dwa razy w twarz, odtrąciła na boki jego ręce i wbiła kołek przez klatkę piersiową prosto w jego serce. Kiedy został z niego wirujący obłok popiołu, rozległ się wyraźny trzask, jakby nagle uwolniła się cała energia, jaką był wyssał z Camazotza.
Gdy odwróciła się, pochylona, gotowa do walki, ujrzała, jak Xander strzela z kuszy. Bełt trafił w cel i po chwili jeden z krwiopijców zniknął. Ostatniego z nich nie było w zasięgu wzroku, więc pomyślała, że Xander musiał zabić ich obu.
Odgłosy walki odbijały się rezonansem w piwnicy, lecz teraz brzmiały bardziej jak echo. Buffy wyczuła, że to już niemal koniec. Gotowa wykończyć pozostałe przy życiu wampiry odwróciła się i zobaczyła, że Oz i Willow osaczyli dwa Kakchiquele, które przycupnęły za korpulentnym, wijącym się ciałem Camazotza. Bóg nietoperzy był przykuty łańcuchami do podłogi, wydając z siebie dźwięki przypominające to kwilenie kota, to złowrogie prychanie. Buffy pomyślała, że może wcale nie jest taki zwariowany, jak pierwotnie sądziła.
Oz skoczył ponad ciałem Camazotza na jednego z Kakchiqueli, przecinając ogromnym pazurem tatuaż w kształcie nietoperza na jego twarzy.
Willow zajęła się jego kompanem i uniosła ręce, jej ubranie zaś zaszeleściło poruszone niewidzialnym podmuchem, jaki często występował, gdy rzucała urok.
Buffy odprężyła się nieco i zastanowiła nad kolejnym ruchem, czyli połączeniem sił z Lonerganem i jego grupą w celu kontynuowania poszukiwań Gilesa. Zaczęła szukać wzrokiem Xandera, aby powiedzieć mu, by skontaktował się drogą radiową z Lonerganem.
W tym momencie wyczuła instynktownie jakieś niebezpieczeństwo i szybko spojrzała z powrotem na Willow. Ostatni z pożywiających się Kakchiqueli pobiegł wzdłuż ciała Camazotza, zapewne w nadziei, że wykorzysta go jako tarczę chroniącą go przed czarami. Willow rzeźbiła dłońmi przedziwne kształty w powietrzu, intonując zaklęcie.
Buffy domyśliła się, co zaraz nastąpi, więc zawołała ostrzegawczo, jednak było już za późno.
Wampir przeskoczył ponad masywnym ramieniem Camazotza.
Willow rzuciła czar.
Jednak nie trafił on Kakchiquela, lecz potężny, żelazny łańcuch, którym prawe ramię Camazotza było przytwierdzone do betonowej podłogi. Ciężki łańcuch zmienił się w lodową bryłę, która po chwili rozpadła się w drobne kawałki przy wtórze obrzydliwego i przerażającego śmiechu boga nietoperzy. Mając jedną wolną rękę, demon zaczął siadać, szarpiąc łańcuchy, i usiłował się uwolnić.
- Cholera - zaklęła Buffy. - Tylko tego nam teraz brakowało.


Bar The Bronze leżał w gruzach. Materiały wybuchowe wysadziły całą ścianę zewnętrzną, rozrzucając fragmenty murów i pył na podłodze, miażdżąc jedną stronę estrady. Światło słoneczne wdarło się do środka. Siedem czy osiem wampirów stanęło w płomieniach tak szybko, że Anna Kuei - Pogromca - nie zdążyła ich dokładnie policzyć. To było stosunkowo niewielkie gniazdo, lecz w budynku znajdowały się jeszcze inne Kakchiquele, w kuchni, magazynach, pomieszczeniach biurowych.
Znajdowały się albo już ich tam nie było.
Teraz wyczołgała się spod prowizorycznie zbudowanej sceny, ocierając krew z oczu. Gdy uniosła wzrok, ujrzała Wesleya, który szedł przez bar ze swoją starą, samopowtarzalną kuszą w rękach. Inni członkowie grupy przeszukiwali gruzowisko, zaglądając za ladę i pod blaty stołów. Gdy Wesley zauważył Annę, na jego ozdobionej brodą twarzy pojawiła się ogromna ulga.
- Och, Anno - powiedział i skierował się szybko w jej stronę. - Kiedy nigdzie nie mogłem cię zobaczyć… - Urwał, koncentrując spojrzenie na jej czole, gdzie widniała pokaźna cięta rana.
- Myślałeś, że nie żyję?
Zakłopotany spuścił wzrok.
- Muszę przyznać, że obawiałem się najgorszego.
Zadrżała za całym ciele. Więc zabrakło ci wiary we mnie?, pomyślała, jednak nie ośmieliła się spytać na głos. Bała się odpowiedzi. Wesley miał różne, czasem śmieszne maniery, ale był doświadczonym żołnierzem i genialnym strategiem z naprawdę niezwykłą wiedzą o świecie nadprzyrodzonym. Był nie tylko Obserwatorem, lecz na krótko był Obserwatorem zaginionego Pogromcy, Buffy Summers, a także Faith, czyli Marnotrawnej.
Faith. Na samą myśl o niej, Anna poczuła w sercu silne emocje - ciepłe wspomnienia, nieugiętą godność i rozpacz. Ona - starszy Pogromca - nigdy nie skrywała swej przeszłości. Lecz gdy Sunnydale padło, Marnotrawna wróciła na scenę i bez reszty poświęciła się walce z Kakchiquelami. Faith była najodważniejszą osobą, jaką Anna kiedykolwiek spotkała. Chociaż trochę drażniła Wesleya, było oczywiste, że Faith głęboko szanowała Wesleya Wyndam-Pryce'a.
- Anno? - ponaglił ją wyraźnie zaniepokojony Wesley. Dotknął rany na jej czole, aż syknęła z bólu. - Na pewno wszystko w porządku? Nie szumi ci w głowie?
- Nie - odparła szybko. - Przepraszam. Nic mi nie jest. Ja tylko… - Wskazała gestem scenę. - Usłyszałam, jak coś tam się rusza w ciemnościach pod estradą. Gdy tam wlazłam, reszta była prosta… zdradzały ich świecące oczy. Ale było ciasno i przez chwilę myślałam, że mnie już mają.
Wesley nie uśmiechnął się, nie starał się jej pocieszyć. To nie było w jego stylu. Zamiast tego skinął aprobująco głową i klepnął Annę w ramię.
- No, ale jesteś. Dobra robota, Anno.
Schowała kołek do skórzanej pochwy u paska. Inni członkowie grupy wciąż sprawdzali wszystkie ciemne zakamarki zniszczonego klubu. Cofnęła się w kierunku zaplecza, aby służyć im pomocą. Dzięki temu przestała myśleć o śmierci, walce, siłach zła.
Mimo odbytych treningów Anna nie miała prawie żadnego doświadczenia na polu walki. Cztery wampiry, które zabiła w ciągu ostatnich pięciu minut, to było więcej, niż kiedykolwiek dotąd widziała jednocześnie w jednym miejscu. A teraz znalazła się w samym sercu batalii, określanej przez niektórych pracowników Rady jako największą operację przeciw wampirom od wielu stuleci. Po prostu bała się, chociaż nigdy nie dałaby tego po sobie poznać w obecności Wesleya.
Faith niegdyś wierzyła w nią, a teraz podobną nadzieję pokładał w niej Wesley.
Anna Kuei nie chciała sprawić im zawodu.
Coś poruszyło się na ciemnej galeryjce, z której roztaczał się widok na cały klub. Miejsce to już wcześniej sprawdzili dwaj członkowie grupy, lecz Anna doskonale wiedziała, co oznacza ten odgłos. Szelest ubrania, ktoś poruszający się w ukryciu, brzuch węża sunący po spalonym piasku pustyni.
Napięła mięśnie. Odszukała wzrokiem schodki i sięgnęła do pochwy po drewniany kołek. W The Bronze zapadła kompletna cisza, gdy Obserwator i pozostali obecni zauważyli skradającego się Pogromcę.
- Anno? - odezwał się Wesley.
Podeszłą do podnóża schodów. Znowu usłyszała ten sam dźwięk. Jakiś stwór chował się gdzieś, być może pod stołem, ukrywając się w resztkach cienia. Śmiercionośne światło słońca było zbyt blisko.
- Złaź - powiedziała Anna twardym, lodowatym głosem, chociaż każdy nerw w jej ciele wydawał się napięty do granic wytrzymałości ze strachu i podniecenia.
Z donośnym stukiem przewrócił się jeden ze stołów na galeryjce. W ciemności uniosła się jakaś postać, która narzuciła sobie na ramiona zakurzony obrus, następnie stanęła na krześle, na barierce balkonu, by w końcu skoczyć na betonową podłogę baru.
Wampir, okrywszy głowę, wylądował w miejscu, gdzie padały promienie słońca i przykucnął. Wesley wystrzelił bełt z kuszy, jednak chybił, gdyż cel był ruchomy. Któryś z członków grupy strzelił kilka razy z pistoletu i po chwili wampir syknął z bólu, gdy jedna z kul przeszyła mu ramię. Jednakże to trafienie jedynie wzmogło impet Kakchiquela, który płynnym ruchem odchylił się ku wyjściu w desperackiej próbie ucieczki.
Anna puściła się biegiem przez bar, wskoczyła na jeden ze stołów i kopnęła w locie wampira w tył czaszki. Ten stracił równowagę i z rozpędu wypadł przez ogromną dziurę w ścianie, lądując na chodniku przed barem.
W promieniach słońca.
Usiłował wsunąć się pod obrus, ale jedną z jego nóg już objęły płomienie. Jęcząc, stwór usiłował wstać.
Anna zerwała mu obrus z głowy. Kakchiquel zawarczał, obnażył kły, jednocześnie przerażony i wściekły, a słońce błyszczało na charakterystycznym czarnym tatuażu w kształcie nietoperza, zdobiącym jego twarz. Stanął w ogniu, który ogarnął jego ubranie, włosy zajęły się niczym dobrze naoliwiona pochodnia. Płomienie trawiły go, w końcu nastąpiła mała eksplozja i wampir zmienił się w tuman popiołu, przypominający konfetti w czasie sylwestrowej zabawy.
Przez chwilę spoglądała na ten popiół, który zawirował na chodniku, a podmuch wiatru zabrał ze sobą szczątki stwora. Anna zadrżała. To był jej jedyny cel, zabijanie wampirów oraz innych demonów nocy. Jednak widok ten napawał ją obrzydzeniem.
Usłyszała chrzęst kroków na pokrytym odłamkami gruzu chodniku i odwróciła się. Zobaczyła Wesleya, który właśnie nałożył słuchawki radiotelefonu.
- Tak, pani Haversham. Zaraz będziemy - mówił. Po chwili spojrzał na nią. - Chyba już tu skończyliśmy, prawda, Anno?
Inni rozeszli się po domach sąsiadujących z The Bronze. Mieli wytyczne, aby sprawdzić, czy nie ma tam połączenia z głównym gniazdem wampirów. Anna miała jednak wrażenie, że pozbyli się już kłopotów, więc twierdząco kiwnęła głową do Wesleya.
- Pani Haversham poinformowała mnie, że grupa w hotelu Pacifica popadła w tarapaty. Reszta naszego zespołu będzie kontynuować wyznaczoną misję, ale my mamy wspomóc tamtych.
Serce Anny wciąż biło przyspieszonym tempem z powodu podekscytowania, a zarazem przerażenia tym, czego właśnie doświadczyła. Musiała jednak przyznać się samej sobie, że to uczucie było całkiem miłe.
- Chodźmy - powiedziała.
Razem wsiedli do jednego z dżipów, jakie ich grupa miała do dyspozycji. Silnik zawarczał i pojazd zatrząsł nią tak mocno, że całym ciałem poczuła jego moc. W drodze do przemysłowej enklawy na północ od miasta Wesley na bieżąco przekazywał jej komunikaty, które docierały do niego przez słuchawki. Dwie spośród pięciu grup wyruszyły już, aby wykonać kolejne zadanie. Ich własny zespół miał wkrótce zrobić to samo. Jednak dwie drużyny - jedna w nowym liceum, a druga w hotelu Pacifica - napotkały zacięty opór w swoim pierwszym miejscu przeznaczenia.
To były jedynie słowa - do momentu, gdy dotarli na parking przy Pacifica. Teren wokół hotelu pokrywały trawniki, przed samym wejściem zaś znajdowało się obszerne miejsce na pojazdy. Sam budynek - podobnie jak inne starsze domy w tej okolicy - z elementami stylu hiszpańskiego, miał jednak aż cztery piętra i był wyłożony sztukaterią w pastelowej barwie mandarynki. Według wszelkich reguł gmach powinien być od dawna opuszczony, lecz według słów Wesleya hotel funkcjonował do czasu opanowania Sunnydale przez wampiry. Z punktu widzenia Anny było to miejsce odwiedzane przez turystów, których nie stać było na pobyt nad oceanem, agentów nieruchomości, którzy skrycie przyjeżdżali tu dwa razy w tygodniu ze swoimi sekretarkami, miejsce, gdzie odbywały się drugorzędne konferencje miłośników science fiction.
Ale teraz było inaczej.
Teraz jedynymi gośćmi w hotelu były wampiry.
Wokół głównego wejścia została wysadzona ogromna dziura, w której stał zaklinowany szary dżip o wypalonym nadwoziu. Wciąż jeszcze dymił. Na chodniku leżało kilka białych kombinezonów przeciwsłonecznych, jakie Kakchiquele nosiły w ciągu dnia. Teraz puste trzepotały na wietrze, gdyż po ich właścicielach pozostała jedynie kupka pyłu.
Członków grupy operacyjnej nigdzie nie było widać, z wyjątkiem mężczyzny i kobiety, którzy stali za zielonym transporterem wojskowym, krzycząc do swoich mikrofonów.
Wesley podjechał do nich. Gdy dżip zatrzymał się, spojrzeli na przybyłych z wyraźną wdzięcznością. Anna wyskoczyła z pojazdu i pobiegła do nich. Wesley podążył jej śladem. Kobietą okazała się Terri Blum. Mężczyzny Anna nie znała.
- Co się stało? - spytała szybko.
Mężczyzna spojrzał na nią.
- To Pogromca - powiedziała do niego Terri.
- Bogu dzięki - odetchnął z ulgą, przyglądając się Annie i Wesleyowi. - Nasza sytuacja jest następująca: w tym gnieździe przebywało o wiele więcej wampirów, niż przewidywaliśmy. Wygląda na to, że oczekiwały naszego ataku. Rozprzestrzeniły się po całym hotelu i znacznie przewyższają nas liczebnością. Moja grupa jest w środku, ale mamy już trzy ofiary, a być może jest ich więcej.
Cała trójka spoglądała na Annę, która po chwili skierowała swój wzrok na Wesleya. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było znaleźć się w tym budynku. Nie chciała nawet na niego patrzyć. W wyobraźni jednak ujrzała mężczyzn i kobiety, którzy poszukiwali w ciemności wampirów, ujrzała połyskujące oczy dwóch Kakchiqueli pod sceną w The Bronze, i zrozumiała, że musi tam pójść.
- W porządku - odezwała się. Wykonała zwrot i ruszyła ku wejściu do ozdobnie pomalowanego hotelu. Po chwili spojrzała przez ramię na Wesleya. - Idziesz?
Uśmiechnął się.
- Za nic nie chciałbym tego opuścić.