Czarne światło

  • 83-7298-651-7
  • Autor: Hand, Elizabeth
  • Dostępność: Brak
  • 29,90 zł
  • Niedostępny

Wszyscy byliśmy odjechani. Nasi sławni rodzice ignorowali nas albo rozpieszczali, zajmując się wymienianiem między sobą psychiatrów, agentów, narkotykowych dealerów i małżonków. Ochraniały nas całe mile lasów i gór, odgraniczając od miasta na południu z jego bezładnymi przedmieściami. Samo Kamensic strzegło nas przed wszechobecną ciemnością…

Czarne światło to książka, na którą nieustannie rosnące grono fanów Elizabeth Hand długo czekało. To najbardziej dojrzała, chwytająca za serce i poruszająca powieść. Trzeba dać się jej porwać.
Charlotte "Lit" Moylan jest dzieckiem sławy, tak jak otaczający ją przyjaciele w leżącym tuż za miastem Kamensic. Dziewczyna, której rodzice to słynny Wujek Cosmo z serialu Opowieści z Baru Zbrodniarzy oraz nagradzana za rolę Livii Prentiss w soap operze matka, przygotowuje się do ostatniej dzikiej imprezy przed wyjazdem na uniwersytet i wkroczeniem w dorosłość.
Charlotte nie jest odosobniona w przygotowaniach, ponieważ całe miasto szykuje się na przyjęcie. Oto do Kamensic wraca Axel Kern, legendarny reżyser, który wdarł się do Hollywood dzięki Warholowskiej scenie z "czarnym światłem", zamierzając ponownie otworzyć podwoje swej wspaniałej posiadłości Bolerium. Jednakże to szczególne przyjęcie nie będzie zwykłe. To impreza z okazji Halloween, która zostanie okrzyknięta wydarzeniem dekady… a może nawet stulecia.
Zaproszenia otrzymują wszyscy mieszkańcy miasteczka, młodzież i staruszkowie, sławy i zwykli ludzie. Lit, córka chrzestna Kerna, z pewnością się tam pojawi w towarzystwie najlepszych przyjaciół, Ali i Hillary'ego. Dodatkowo towarzyszył im będzie przybysz, Jamie, mając u boku tajemniczego ojca, a na twarzy smutny uśmiech.
Jednakże w ciągu dnia pojawiają się coraz bardziej niepokojący goście. Daje się ich dostrzec na skraju lasu i tuż po zmroku: wielki rogacz, który powinien wyginąć przed tysiącleciami, rogaty, odziany w krew mężczyzna i zapomniany bóg, którego pragnieniem jest zdradzić dziewczynie to, co sama chce rozpaczliwie usłyszeć. Albowiem krąg znajomych Kerna sięga znacznie poza Hollywood, a nawet poza teraźniejszość… W rozbrzmiewających echem komnatach Bolerium szykuje się straszliwa konfrontacja dwóch starożytnych sił: Malandanti i nieśmiertelnych, którzy przysięgli za wszelką cenę powstrzymać przeciwników, nie bacząc na żadne ofiary.
Nawet, jeśli miałyby to być Młodość, a na pewno Niewinność.
Jak żaden pisarz od czasów J. D. Salingera, Elizabeth Hand zaklęła w tej porywającej opowieści o młodej kobiecie u progu dorosłości obraz czystej grozy i niewypowiedzianej obietnicy pierwszego zmierzchu młodości i ostatecznego świtu.

Elizabeth Hand, zdobywczyni nagród Nebula i World Fantasy, jest autorką Długiej nocy zimowej, Przebudzenia księżyca oraz wydanej ostatnio Glimmering. Mieszka w Maine.

Rok wydania: 2005
Stron: 348
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Ewa Ligięza

Fragment tekstu:

Dla Johna Clute'a, który pomógł mi w nakreśleniu mapy Kamensic oraz Kathleen Hart, Anne Wittman i Steve'a Plaushina, którzy tam ze mną mieszkali

 

Samotny, dumałem na wzgórzu o tym, co jest prawdziwe. Moim oczom objawiło się zdumiewające piękno. Usłyszałem pewną opowieść. Gdybym rzeczywiście ją przeżył, a nie utkał z ciemności, czarnej gałęzi i jasnego blasku, który wypełzał na niebo zza wielkiego okrągłego wzgórza; gdybym naprawdę ją przeżył, to wówczas byłbym w stanie myśleć o wszelkich innych cudownych, ślicznych i okropnych rzeczach. Tymczasem ogarnęła mnie tęsknota. Drżałem, rozpalony i trząsłem się z zimna. Spojrzałem w dół, na miasto, tak ciche i spokojne niczym biały obrazeczek, wciąż myśląc nad tym, czy to mogła być prawda.

Arthur Machen: Biali ludzie

 


Część pierwsza
DEKADY


1. Helter Skelter
Moja matka utrzymywała, że uczestniczyła w kręceniu Widzialnej ciemności, kiedy to Axel Kern strzelił z rewolweru w powietrze. Ponoć nie zagrzewał aktorów do pracy, tylko zdenerwował się, ponieważ inspicjentka wciąż podawała mu niewłaściwe strony. Moja matka rzeczywiście przez bardzo krótki czas pracowała u Kerna jako inspicjentka, zanim zaczęła grać dochodową rolę Livii w Niebezpiecznych losach, której nie porzuciła już do końca kariery. Powątpiewanie w jej słowa było nierozsądne, tak samo jak okazywanie zaciekawienia tą anegdotką, powtarzaną za każdym razem, gdy poruszano temat artystycznych temperamentów, a to się często zdarzało w naszej rodzinie.
Ojciec przyjaźnił się z Kernem, zanim ten został sławnym reżyserem. Gdy urodziłam się w 1957 roku, Kerna poproszono na ojca chrzestnego. Kiedy byłam dzieckiem, nadal bywał w naszym domu, a moi rodzice często jadali obiad w Bolerium, jego rozległej, niszczejącej posiadłości na szczycie góry Muscanth. Ale wraz z upływem czasu Kern coraz rzadziej zostawał na dłużej w Kamensic, a kiedy miałam kilkanaście lat, od dawna już go nie widziałam. Wiele go łączyło z moim ojcem. Byli kumplami od kieliszka i kolegami z luźno stowarzyszonej, nieformalnej grupki opojów z Broadwayu i Hollywood. Większość już nie żyje i z pewnością ich nałogi wyszły już z mody, może poza wyjątkiem veteris vestigia flammae. Tylko Kern przeskoczył z wdziękiem ze starego Hollywood do nowego, które w tamtych czasach wcale nie mieściło się w Hollywood, tylko w Nowym Jorku. Mieszkanie w mieście oznaczało obcowanie z Radykalnym Szykiem, Fabryką Andy'ego Warhola i Nowym Jorkiem Czarnego Światła.
Mój ojciec chrzestny zawsze szukał swojej wielkiej szansy. Kiedy przez krótką chwilę pod koniec lat sześćdziesiątych wydawało się, że przemysł filmowy wraca na stałe do Nowego Jorku, gdzie przecież powstał na początku wieku w magazynach i na bruku 14 Wschodniej Ulicy - cóż, wówczas Axel także się przeprowadził i zamieszkał w narożniku bloku w Bowery, który najtrafniej można było określić mianem zapadłej ruiny. W środku widać było obnażone belki i poplamione rdzą dźwigary, a zapadłe, bielone sufity ukazywały wnętrzności budynku: spróchniałe i zżarte przez korniki odłamki desek i dębowe krokwie. Budynek nawiedziła plaga szkodników, szczurów, myszy, robactwa i zdziczałych kotów. Jednakże pod tymi krokwiami żyli też i ludzie - odpadki ze strumienia niskobudżetowych eksperymentalnych produkcji, które Axel realizował w mieście. Niektórzy ciągnęli za Axelem aż z Zachodniego Wybrzeża, ale większość z nich rekrutowała się z młodych ludzi, żyjących na ulicach lub w dziesięciopiętrowych wieżowcach bez wind w części miasta, którą od nobilitacji dzieliły całe lata świetlne. Wśród nich obecni byli fani spidu, wraz z takimi noms du cinema jak Joey Face i Elektryczny Aksamit albo pasożyty funduszy powierniczych w rodzaju "Całuśnej" Caresse Hardwick i jej kochanki Angelique, wraz z bukietem męskich i damskich cichodajek o imionach inspirowanych kwiatami: Liatra, CeCe Anemon i Mglista Koniczyna. Byli tak młodzi i tak liczni, że Rex Reed ochrzcił miejsce pracy Axela Przedszkolem. Nazwa przyjęła się.
W filmach nakręconych wówczas przez Axela - Skag, Dziwak, Dom śpiących królewien - widać, że wielu z nich dopiero co skończyło gimnazjum. Na pewno Joey Face i CeCe byli starsi ode mnie zaledwie o parę lat. Spod makijażu Bonne Bell wyzierał trądzik. Wszyscy nieumiejętnie stosowali eyeliner. Żadne z nich nie zaliczało się do piękności, z wyjątkiem Całuśnej Hardwick, która cechowała się delikatnymi jak u charta kośćmi i ekscentrycznością solidnie opartą na prastarych nowoangielskich pieniądzach. Axela najwyraźniej pociągały w nich cnoty młodości i apetyt, na przykład na jedzenie (cudownie opasła Wanda LaFlame), amfetaminę i heroinę (Całuśna, Joey, Page, Franchini) i seks (wszyscy). Axel obrósł w Hollywood legendą ze względu na talent do realizacji filmu poniżej budżetu. To był wyczyn, zważywszy, że takie filmy jak Saragossa albo Ty również przybędziesz kapały od zbytkownych kostiumów i scenografii przedstawiających Malagę z czasów Inkwizycji albo piętnastowieczną Wenecję. Później reżyser zasłynął w Nowym Jorku eksperymentem, uruchamiając na sześć godzin bez przerwy na zrujnowanym strychu czynszówki kamerę Super 8. Zaowocowało to krzykliwie archaicznym filmem, przypominającym Satyricon Felliniego.
Tylko raz odwiedziłam Przedszkole. Byłam tam w wieku dwunastu lat na przyjęciu bożonarodzeniowym. Tradycyjnie to moi rodzice wydawali przyjęcia w naszym domu w Kamensic. Były to imprezy dla bogaczy, na których podawano śliwkowy pudding, a dzieci biegały w aksamitnych sukienkach i miniaturowych garniturkach. Dorośli pili grzańca tak suto zakrapianego brandy, że wystarczyła szklanka, by zwalić z nóg, grali w rozpustną ciuciubabkę i kalambury, a także wyśpiewywali melodie z przedstawień i kolędę Wessex Mummer's Carol. Axel Kern zwykle gościł na świątecznych spotkaniach, ale przed rokiem 1969 osiadł w Przedszkolu i chciał tam wydać swoje własne przyjęcie. Zgodnie z ówczesnym pogańskim duchem było to święto zimowego przesilenia, a nie uroczystość Bożego Narodzenia, ale w rzeczywistości nikt nie potraktował imprezy nawet w taki sposób. To był zwykły raut.
Działo się to, zanim mój ojciec odniósł komercyjny sukces jako telewizyjny wujek Cosmo. Podpisał kontrakt na letni sezon w Avalon Shakespeare Theater w Connecticut, a matka akurat wzięła nieczęsty urlop od Niebezpiecznych losów, jako że grana przez nią Livia zgoliła swe kruczoczarne loki i wstąpiła do klasztoru urszulanek we francuskiej wsi. Narodziny nowej dekady, gdy rok 1969 z łabędzim śpiewem przeszedł w rok 1970, obiecywały niemalże tyle samo, co początek nowego stulecia. Prezenterzy radiowi przeglądali hity minionych dziesięciu lat, poddając je analizie, jakby były kartami tarota. Na lekcjach wychowania oglądaliśmy ziarniste filmy, ukazujące nastolatków po LSD, którzy wpatrywali się jak zahipnotyzowani w płomienie świecy ("patrz, jaki piękny, niebieski kwiat!"), a potem fiksowali i zawijano ich w kaftany bezpieczeństwa, by wsadzić do karetki. Moi rodzice zapewne myśleli o przyjęciu u Axela Kerna jako o doświadczeniu antropologicznym, ale też obowiązku społecznym. Tak więc odłożyli na późniejszy termin swoje doroczne spotkanie i wszyscy razem pojechaliśmy do mieszkania Axela przy ulicy Chrystie, przepełnieni nadzieją na przygodę w mieście.
Ale Przedszkole okazało się odrażające. Nawet mojemu ojcu, który, bądź co bądź, wegetował z Axelem w zrujnowanym magazynie w Londynie w dzielnicy East End, kiedy współpracowali przy Wieku ignorancji, ledwo udało się ukryć obrzydzenie na widok połamanych mebli i przepełnionych śmietników, umykających po klatkach schodowych szczurów i długowłosych młodzieńców, którzy kiwali się po kątach. Ale mimo wszystko ani on, ani moja matka stamtąd nie wyszli. Wówczas myślałam, że dorośli są w ten sposób lojalni, tak jak w przypadku gry w brydża ze znienawidzonymi ludźmi albo przyjmowania ról w sztukach, o których i tak wiadomo, że czeka je klapa.
Natomiast ja byłam przerażona. Nieco poprawiło mi humor to, że wraz z upływem czasu pojawiało się coraz więcej przyjaciół moich rodziców z Kamensic. Ale nikt z nich nie przyprowadził swoich dzieci. Nie pojawił się tam żaden z moich przyjaciół, a to już było dziwne. Ludzie w Kamensic nie chronili zwykle swego potomstwa przed grozą bohemy, o której reszta kraju dowiadywała się jedynie za pośrednictwem ostrożnych artykułów w "Life".
Przedszkole zajmowało dwa najwyższe piętra budynku, w którym niegdyś mieściła się przetwórnia śledzi. W środku cuchnęło śniętymi rybami i moczem. Starożytna klatkowa winda powiozła nas w górę. Liny nośne skrzypiały. W końcu wypuściła nas do wielkiego, najwyraźniej pustego pomieszczenia. Nagie deski podłogi pokrywała warstwa papierosowego popiołu o takiej grubości, że zdawało się, iż podłogę obito szarym pluszem.
Zastaliśmy już tam paru ludzi, ale nazwanie ich "gośćmi" było przesadą. Ewidentnie zajęli się procesem odpełzania z miejsca jakiegoś okropnego wypadku, do którego musiało dojść gdzieś poza zasięgiem wzroku. W kącie leżały rozwalone dwie kobiety, mając na sobie niewiele więcej prócz srebrnych peruk Lady Godivy. Jedna z nich marszczyła brwi i dźgała palcem w szereg krwawych punkcików na ramieniu przyjaciółki.
- Może doktora? - pytała, ale druga kobieta milczała. - Może doktora?
Pośrodku pomieszczenia leżał, jęcząc, chłopak w czarnych od brudu dżinsach. Tak spuścił spodnie, że widziałam jego włosy łonowe. Moi rodzice również to dostrzegli, ale wznieśli jedynie do góry oczy (potępiając go nieco) i pogonili mnie do następnego pokoju.
Odczuwało się, że ktoś się starał stworzyć świąteczną atmosferę. Ściany pomalowano na czarno i obwieszono różnobarwnymi światełkami. Ku podłodze chyliła się wyskubana choinka. Wyglądała tak, jakby miała za chwilę upaść. Przy ścianie ustawiono stół. Stała za nim kobieta w obcisłej, obszytej cekinami sukni. Najwyraźniej pełniła rolę barmanki. Stereo wyło Come Stay with Me. Dzieloną sofę okupował mniej więcej tuzin ludzi.
- Cóż - stwierdził mój ojciec, unosząc jedną szczeciniastą brew - ciekawe, czy goście pozwolą nam dołączyć do swoich tradycyjnych, bożonarodzeniowych zabaw?
- Leonard! Audrina! - Przez pokój szedł, witając moich rodziców, mężczyzna w marynarce Nehru i haremowych pantalonach. - Tak się cieszę…
Kiedy mężczyźni wymieniali uściski, a matka przekazywała na ręce gospodarza miskę tupperware z domowym sosem z siei, podeszłam, by przyjrzeć się choince. Zabrakło na niej światełek i bombek, za to obwieszono ją zwisającymi na drucianych haczykach skrętami z marihuaną. Przyjrzałam się im z powątpiewaniem: czy rzeczywiście były prawdziwe? A jeśli tak, to czy nikt nie bał się policji? Poza skrętami wisiało tam coś na kształt łańcucha choinkowego. Był to wykonany bez finezji pomarańczowy pasek, nafaszerowany pigułkami Miltown, czarnymi kapsułkami amfetaminy i kilkoma aspirynami Saint Joseph's Baby, dodanymi najwyraźniej tylko dla efektu kolorystycznego.
- Szukasz, co ci zostawił Święty Mikołaj? - pisnął za moimi plecami dziecięcy głos. - Wygląda na to, że byłaś grzeczna.
Obejrzałam się, zakłopotana. Ujrzałam dziewczynę w wieku moich opiekunek z New Canaan. Jednakże patrycjuszowskie rysy twarzy tej dziewczyny - zadarty nos, ostra broda - prawie zupełnie znikły pod warstwą tuszu i nikotyny. Dziewczyna była okropnie chuda i miała przycięte po chłopięcemu, czarne włosy. Jej twarz pokrywały grube smugi czernidła, więc wyglądała, jakby dopiero co się obudziła i kłykciami wygoniła sen z oczu. Nosiła króciutką, jaskrawą, błękitną sukienkę bez rękawów i długie, dyndające kolczyki w kształcie ryb. Miała małe, brudne, poznaczone żółtymi plamami dłonie. Jej paznokcie były tak potwornie obgryzione, że wyglądały jak postrzępione kawałki celofanu, przyklejone na czubkach palców. Z ramienia dziewczyny zwisała pozszywana ze skrawków materiału torba. Kiedy nieznajoma pochyliła się w moją stronę, poczułam powiew jakichś ostrych chemikaliów, może benzyny albo oparów farby.
- Hej, wiesz co, to nie jest dobre miejsce dla dziecka. - Uśmiechnęła się, obnażając białe ząbki. - Nie chcę cię stąd wywalać, ale może zadzwonię po mamę albo tatę, żeby cię stąd zabrali?
Wskazałam na drugi koniec pomieszczenia.
- Stoją tam.
- Tak? No to fajowo, fajowo. - Przesuwała w palcach kolczyk. Najwyraźniej o mnie zapomniała. Po minucie wzruszyłam ramionami i obróciłam się, chcąc odejść.
- Pa - powiedziałam.
- Oj! - Zdumiona popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się do mnie blado i przepraszająco. - Miło się gadało. Pa pa.
Pomachała mi po dziecięcemu. Myślałam, że sobie gdzieś pójdzie, ale dziewczyna pozostała na miejscu, w cieniu żałosnej choinki. Robiła wściekłe miny w kierunku swoich bosych, brudnych stóp.
- Charlotte? Och, Charlotte, tutaj jesteś…
Podniosłam wzrok z poczuciem winy. Matka objęła mnie ramieniem. Wyglądała niestosownie elegancko w czarnej sukni, z plastikowym kieliszkiem szampana w jednym ręku, a papierosem w drugim.
- Lit, kochanie, zajmiesz się sobą przez minutę? Musimy z tatusiem coś zrobić…
Okazało się, że moich rodziców namówiono do wspięcia się na górę w towarzystwie kilku innych wybrańców, w celu obejrzenia najnowszego dzieła Axela. Był to undergroundowy film, inspirowany sztuką The Story of Venus and Tannhäuser autorstwa Aubreya Beardsleya. Grano ją krótko w teatrzyku na ulicy MacDougal, zanim nie przeklął jej między innymi kardynał Spellman. Teatr w końcu został zamknięty przez Miejski Departament Zdrowia Nowego Jorku.
A teraz moja matka, pomimo jej liberalnego podejścia do innych aspektów edukacji, wcale nie zamierzała mi pokazać tej sztuki.
- Skarbie, wiem, że wcale tu nie jest miło, a ty się nudzisz. Powinniśmy pomyśleć o zabraniu z nami Hillary'ego. Sama nie wiem, czemu nigdy nie myślimy o takich rzeczach. Tak mi przykro…
Matka westchnęła i pogładziła mnie po włosach, uśmiechając się przelotnie do przechodzącego obok znajomego producenta.
- My naprawdę musimy to zobaczyć. Axel uważa, że można z tego zrobić prawdziwy film. Najwyraźniej jest tam rola dla twojego ojca, choć tylko Bóg wie, co mógłby tam zagrać, skoro chyba wszyscy aktorzy są nago. A teraz zjedz trochę siei. Sami ją przynieśliśmy, więc wiadomo, że nic ci nie grozi. Może schowasz się gdzieś w kąciku i poczytasz sobie przez godzinkę, dobrze, skarbie? - Wzięła moją twarz w ręce i pocałowała mnie w brew. - No, już. Do zobaczenia, kochanie…
A więc wędrowałam po Przedszkolu samotnie. Po kilku minutach poczułam się pewniej. Nudziłam się coraz bardziej, więc zrezygnowana usiadłam na popielatym bloku pod olbrzymim obrazem, przedstawiającym kobiecy but. Uczestniczyłam już w tylu przyjęciach dla dorosłych w Kamensic, że wiedziałam, iż dorośli sami się dziwnie zachowują, ale byłam też na tyle młoda, że w rzeczywistości nie miałam pojęcia, na co tak naprawdę patrzę.
A przed moimi oczami rozgrywała się ponura scena uliczna, pełna wyrzutków i nastoletnich uciekinierów, których jakimś cudem ktoś uniósł w powietrze, a potem rzucił dziesięć pięter nad nawierzchnią Bowery. Sąsiedzi z Kamensic odpłynęli w dal, niczym doskonale ubrane kukiełki przesuwające się nad brudną sceną. Obok mnie przez jakieś piętnaście lub dwadzieścia minut grał zespół złożony z ogłuszających gitar i wiolonczeli, dzierżonej przez brodacza w różowej sukni. Później widziałam, jak brodacz pieścił się z jakąś kobietą. Wszystko nagrywano na kamerę. Siedziałam na swoim popielatym bloku i niczym kot wgapiony w mysią dziurę wpatrywałam się w drzwi, za którymi znikli moi rodzice. Wokół mnie pęczniał tłum, aż wydawało się, że za chwilę nikt nie zdoła się ruszyć. Nagle pomieszczenie opustoszało. Zostałam sama. Wystraszyłam się. Czyżby pozostali goście musieli stąd wyjść? A jeśli tak, to czy moich rodziców wzięto jako zakładników i uwięziono w labiryncie dziwacznych pomieszczeń wypełnionych ludźmi o złych manierach?
Przeraziłam się. Z oddali dobiegł mnie śmiech i wibrujące echo tłuczonego szkła. Poderwałam się z krzykiem i wybiegłam przez drzwi, gdzie po raz ostatni widziałam matkę.
Znalazłam się w wąskim korytarzu z nagą, betonową posadzką i pomalowanymi na czarno ścianami i sufitem. Na boki odchodziły inne korytarze, do których wiodły drzwi o powykrzywianych progach i spróchniałych framugach. Niektóre z otworów obwieszono światełkami, a jeden nawet drutem kolczastym. Ruszyłam pierwszym korytarzem i niemalże natychmiast wpadłam do pomieszczenia, na którego podłodze wiły się ciała. W kącie za kamerą Super 8 stał chudy młodzieniec w marynarskiej koszulce w paski i śledził wszystko oślepiającym światłem. Kiedy tkwiłam tam, wahając się, na progu, chłopiec podniósł na mnie wzrok.
- Hej - powiedział i zmarszczył brwi. - Ledwo…
Obróciłam się i uciekłam.
Idąc wzdłuż korytarza, wciąż widziałam to samo: zaciemnione pomieszczenia, oświetlone stuwatowymi żarówkami i pracujące bez wytchnienia ręczne kamery skupione na ludziach, którzy tańczyli, kopulowali, albo po prostu siedzieli z pustym wzrokiem pośrodku pomieszczeń, jednakowo pozbawionych mebli. Zupełnie nie wiedziałam, gdzie się znalazłam, aż mój niepokój zamienił się w zupełną panikę.
Gdzie podziali się moi rodzice?
Ręce mi się spociły, więc wytarłam je w moją aksamitną sukienkę, która stopniowo zaczynała przypominać mokry zamsz. Moje krótkie włosy przycięte schludnie i wyczesane przed świętami, teraz zesztywniały od brudu, śmierdziały papierosami i kuchennymi zapachami. Wydawało mi się, że każdy mijany pokój wypełniają sami nieznajomi. Jednakże poza jedną postacią za kamerą, która władczo skinęła mi głową, nikt na mnie nie zwrócił uwagi. Czułam, jak w oczach wzbierają mi łzy, więc zagryzłam usta. Nie chciałam się rozpłakać. Wtem koszmarny korytarz skończył się.
- Och, błagam - mruknęłam.
Przede mną wyrosły wysokie drzwi, pomalowane tą samą błyszczącą czarną emalią, co reszta Przedszkola. Stałam o parę cali od nich. Wstrzymałam oddech i wsłuchałam się. Cisza. Zza pleców dobiegały mnie niewyraźne głosy. Przerzucano się imionami: "Bobbie? Czy ktoś widział Bobbiego? Gdzie on jest?". Aż nagle ryknęła muzyka.

Oto… nadchodzi… Król… Słońce…
Sięgnęłam ręką po metalową gałkę.
- Auć!
Była rozpalona do czerwoności. Cofnęłam rękę i ostrożnie potarłam dłonią drzwi. Martwiłam się, że po drugiej stronie szaleje pożar. Jednakże same drzwi były chłodne. Zapukałam cicho, ale poza głuchym metalowym hukiem nic nie usłyszałam. Owinęłam dłoń fałdą sukienki, ostrożnie przekręciłam gałkę i zajrzałam do środka.
Pustka. Zerknęłam w tył, na mroczny korytarz, a potem weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi.
Znalazłam się w długim pomieszczeniu o wysokim suficie. Pokój nie różnił się zbytnio od opuszczonego przeze mnie przed chwilą korytarza, tyle że znajdowały się tu tylko jedne drzwi, te, przez które weszłam. Wotywna świeczka, umieszczona na białym spodeczku na podłodze, paliła się chwiejnym płomieniem. Ogień zdawał się nieproporcjonalnie duży, a przez to mój cień rósł i malał, kiedy zbliżałam się do świecy. Przyklęknęłam przy niej, by ogrzać dłonie i rozejrzałam się wokół.
- Zielony - szepnęłam. - Zielony pokój…
Taką miał barwę. Nie panowała tu trupia zieleń rodem z betonowych klatek schodowych, której można było spodziewać się w takim miejscu, ale miękka zieleń paproci, cętkowana w miejscach, gdzie liznęło ją światło. Kolor tak mnie ucieszył po bezkresnej czerni Przedszkola, że omal nie wybuchnęłam głośnym śmiechem. Wstałam, podeszłam do ściany i dotknęłam jej, niemalże spodziewając się, że poczuję wilgotne ciepło liści. Ale nie, napotkałam tylko chłodną i gładką farbę. Przeszłam powoli wzdłuż pokoju, przesuwając dłonią po murze. Świeca nadawała wszystkiemu dziwny, aksamitny połysk. Mój podskakujący cień potęgował jeszcze niesamowite wrażenie. Poczułam się tak, jakbym znalazła się w jednym z tych czarodziejskich kręgów, rosnących za naszym domem w Kamensic, złożonych z wysokich paproci, które budowały nad głową zakrzywiony, zielony dach.
Gdzieś rozległ się dziwny dźwięk. Brzmiał tak cicho, że dopiero po kilku minutach uświadomiłam sobie jego istnienie. Był to miękki, jednostajny szum. Początkowo myślałam, że ktoś zostawił odkręcony kurek w sąsiedniej łazience. Ale gdy dotarłam do drugiego końca pokoju, dźwięk rozbrzmiał donośniej. Zdałam sobie sprawę, że to nie szum wody, lecz liści na wietrze. To nie był odgłos łagodnego wietrzyku, ale szarpiącego drzewami niespokojnego i brutalnego nocnego wichru.
Zdumiona, zadarłam głowę. Pokój nie miał okien ani świetlików. Prowadziły do niego tylko jedne drzwi - te, którymi weszłam. Na dolnym Manhattanie panowała sroga zima - tam też nie było liści. A mimo to dźwięk rozlegał się tak natrętnie blisko, że omal wyobraziłam sobie jego chłodny oddech na szyi.
"To jakiś film" - pomyślałam. "Gdzieś tu po prostu kręcą film…".
Stałam tak przez minutę, zasłuchana, a potem się obróciłam. Ze świeczki wotywnej został tylko ogarek. Znalazłam się już pośrodku pokoju, gdy dostrzegłam coś na przeciwnej ścianie. "Jeszcze jeden obraz - pomyślałam - taki jak nieco dziwaczne płótno, przedstawiające but". Malowidło było wielkie, więc dziw, że go nie zauważyłam, wchodząc, ale za to w odróżnieniu od innych obrazów, porozwieszanych w różnych częściach Przedszkola, ciężko się było od razu zorientować, co przedstawia. Nie widniała na nim słynna twarz ani but, ani pudełko Cracker Jack. Obraz miał nieregularne, nierówne krawędzie. Na płótnie wirowały brązy, czerń i głęboka rdzawa czerwień. Podeszłam blisko, aż w końcu stanęłam przed nim i zmarszczyłam brwi.
To nie było malowidło. A raczej, nie mogłam określić go mianem jedynie obrazu. Na ścianie widniał olbrzymi plaster skały, wysoki może na dziesięć stóp i dwa razy szerszy. Wyglądał tak, jakby nie został na ścianie zawieszony, ale wystawał z niej. Nie widziałam nigdzie gwoździ ani drutów. Na podłodze nie stało nic, co mogło podtrzymywać tak wielki ciężar. Powierzchnia skały była pofałdowana, wilgotna i gładka, choć nierówna. Ostrożnie przesunęłam dłonią w górę dzieła. Wielka, zakrzywiona skała zdawała się ożywać pod dotykiem. Przypominała mi gładki bok konia lub byka. Zatrzymałam się, gdy dotarłam do środka kamienia.
Zobaczyłam, że coś tam namalowano, używając kolorów tak podobnych do naturalnych odcieni skały, że o mało co przeoczyłabym malunek. Przedstawiał postać mojego wzrostu, narysowaną zupełnie bez zachowania proporcji, z poplątanymi i umieszczonymi pod groteskowymi kątami kończynami. Przygarbiona postać wyciągała dziwacznie przed siebie ramiona. Przykrótkie, jak u karła, ręce zaznaczono zamazanymi, ciemnymi liniami, sugerując, że porastało je futro. Jednakże same dłonie były ludzkie, a pokryte futrem nogi także kończyły się ludzkimi stopami. Jedna z nich była dziwnie skrócona. Narysowano ją niestarannie, albo chciano pokazać, że stworzenie zostało zranione.
Reszta istoty sprawiała po prostu okropne wrażenie. Pasiasty, falujący grzbiet należał do konia, a długi ogon kończył się białym punkcikiem jak u lisa. Między nogami zwisał smukły zakrzywiony kształt. Wiedziałam, że symbolizował penisa. Skrzywiłam się i odwróciłam wzrok, próbując dojrzeć twarz stwora.
A była ona jeszcze gorsza. Wyzierające z kamienia oblicze przypominało szkaradną maskę wyrastającą wprost z ramion. Głowa kształtem przypominała jeleni łeb. Z czoła istoty wyrastały dwa asymetryczne kręte rogi. Zamiast pyska namalowano tylko długą, czarną szramę symbolizującą nos lub usta, która wiodła do naszkicowanych poniżej kresek oznaczających grzywę.
Ale najbardziej przeraźliwe okazały się oczy stwora: wielkie, okrągłe i wgapione w obserwatora. Tęczówki zaznaczono trupią bielą, a źrenice wyglądały jak czarne punkciki. Dwóch pustych okręgów nie łagodziły żadne rzęsy ani powieki, nic, co mogło nadać im najlżejsze pozory ludzkości. Te oczy mogły należeć do węża lub sowy. Tak patrzyłaby czaszka. Zaczęłam drżeć i na chwiejnych nogach ruszyłam ku drzwiom.
Wtedy ją zobaczyłam.
- Cześć - powiedziała. Miała niski, zmysłowy głos, jakby mówiła do siebie samej. Lecz jej oczy - szerokie, o intensywnym spojrzeniu, przypominające ślepia stwora na obrazie, tyle że okolone zielenią pływających w ciemnej wodzie liści - wpatrywały się we mnie. - Wiesz, zamierzałam ci coś powiedzieć - ciągnęła, machinalnym ruchem drapiąc się po głowie. - Ale zapomniałam, a potem, no wiesz… - Potrząsnęła ręką. - Znikłaś. I zaczęłam się martwić…
Tkwiła w przeciwległym krańcu pomieszczenia, oparłszy się o ścianę. Nie stała wcale w pobliżu drzwi - lecz jakże inaczej mogła dostać się do środka? Nigdzie nie było drugiego wejścia. Ale byłam pewna, że usłyszałabym ją przecież albo zobaczyła, kiedy otwierały się drzwi. Odgłos wiatru, szeleszczącego w liściach, wzmagał się i cichł, gdy rozglądałam się wokół w panice. Dziewczyna wciąż się we mnie wpatrywała. Po chwili osunęła się na podłogę, mając u boku zszytą ze skrawków materiału torbę.
- Hej - pokiwała na mnie dłonią. - Podejdź do mnie…
Zawahałam się. A potem podeszłam. W końcu miałam jedynie dwanaście lat, a ona była starsza, choć nie na tyle, by sprawiać wrażenie niebezpiecznej. Kiedy szłam po pokoju, czułam, że przerażający, kamienny stwór śledzi mnie spojrzeniem. Jednakże powstrzymałam się od zerknięcia przez ramię. Zacisnęłam powieki i ostrożnie drobiłam kroczki, aż znalazłam się po przeciwległej stronie. Wtedy otworzyłam oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie i przestałam się bać, zupełnie, jakby uśmiechnęła się do mnie jedna z moich przyjaciółek, sympatycznie, bez złych zamiarów i w jakiś sposób porozumiewawczo.
- Wiem, kim jesteś - rzekła. Pochyliła się i poklepała podłogę, jakby ubijała poduszkę na sofie. Siadłam obok niej, próbując tak ułożyć sukienkę, by się nie zabrudziła. Wciąż uważałam, żeby nie spojrzeć na malowidło na przeciwległej skale. - Piękna - powiedziała, gładząc moją sukienkę. Ponownie uśmiechnęła się do mnie czarująco. - Jesteś tą córką chrzestną. Charlotte. Prawda?
- Tak - odparłam, wzruszywszy ramionami.
Wyglądała na zadowoloną. Zaczęła bawić się rąbkiem swojej sukienki. Metaliczny niebieski materiał pruł się. W niektórych miejscach tak się przetarł, że można było przejrzeć go na wylot.
- Wiesz, skąd się o tym dowiedziałam? - Miała suche, popękane usta. Oblizywała je nieustannie, aż pokazał się strumyczek krwi. - Bo ja też nią jestem. Wiedziałaś o tym?
- Nie - odparłam nieśmiało.
Skinęła głową.
- A więc jesteśmy w pewien sposób spokrewnione. Prawda? To dlatego chciałam z tobą porozmawiać. Z powodu tego, co nam się przytrafia. Tak, byś też wiedziała. - Pochyliła się ku mnie i ponownie poczułam wstrętny, chemiczny odór. - Nikt nie rozumie Axela. Ludzie myślą, że go rozumieją. Oglądają filmy i czytają bzdety o nim, ale nikt tak naprawdę o niczym nie wie. Poza mną. - Wzięła mnie za rękę i otworzyła ją. Śledziła linie na dłoni tak samo, jak moja przyjaciółka Ali, gdy bawiłyśmy się we wróżenie. Dziewczyna podniosła wzrok i skupiła go na ścianie naprzeciwko. Wbrew sobie też tam spojrzałam, a potem szybko opuściłam wzrok. Wskazała malowidło na skale. - Widzisz to - powiedziała. To nie było pytanie. - Mało kto je widzi. Wiesz, co to jest?
- Nie - odszepnęłam.
- Autoportret. - Kiedy spojrzałam na nią z powątpiewaniem, potrząsnęła głową. - Nie mój. Jego.
Jakoś to mi dodało pewności. Poza tym pochlebiło mi, że zwraca na mnie uwagę i mówi do mnie tak, jakbym była jej przyjaciółką, a nie małą dziewczynką. Pomyślałam o dziwacznych dziełach sztuki, kolekcjonowanych przez niektórych przyjaciół moich rodziców i brzydkich obrazach, które widziałam tu i tam w Przedszkolu. Zaryzykowałam i jeszcze raz zerknęłam na malowidło na skale.
- Naprawdę?
- No pewnie. - Zniżyła głos. - Powinnaś zobaczyć też parę innych. To znaczy, pewnie nie powinnam o tym mówić, bo jesteś jeszcze na to za młoda - ale, cóż, niektóre z nich są bardzo seksowne. Stanowczo tylko dla dorosłych. - Zachichotała. - To jedna ze zdumiewających cech Axela. Te wszystkie malowidła, wiesz? Wszystkie są tak jakby ukryte w publicznych miejscach. Filmy, obrazy, książki i inne rzeczy, które zbiera - wszyscy myślą, że to jakieś śmieci - ale one mają swój cel. Starannie gromadzi tu różne przedmioty. Tak samo robi w innych domach… Na przykład w Swarthmore czytałam książkę o wiedźmach. Uważam, że to się właśnie tu dzieje. Mam na myśli te wszystkie rzeczy, które są jego własnością, te manuskrypty i kolekcja… no, niektórych seksownych rzeczy… wszystko jest prawdziwe. I wiesz, co jeszcze, Charlotte? - Położyła dłonie na moich kolanach i przysunęła twarz, aż dzieliły ją od mojej tylko centymetry. - My też jesteśmy prawdziwe - szepnęła. Miała entuzjastyczny wyraz twarzy. Otworzyła szeroko oczy. - Ja, Precious, Joey, CeCe i Page… wszyscy jesteśmy tacy, jak mówimy. Tak jak i ty, Charlotte. Tak jak i ty… - Odsunęła się, potrząsając głową. Wyglądała na pogrążoną w kompletnym błogostanie. - Czyż to nie zdumiewające? Cała energia, wibracje całego świata, skupiają się dokładnie tutaj, na nas. Wszystko, co się wokół dzieje, nadejście nowej ery, napływ niesamowitej energii i kompletny przewrót, wszystko wywołujemy właśnie my! Charlotte, to się dzieje dokładnie teraz, a my, ty i ja, siedzimy w samym środku. Ale czad, co?
Skrzyżowała ręce na piersiach. Brudny niebieski materiał wzdymał się między jej palcami. Próbowałam wyglądać tak, jakbym wiedziała, o czym mówi. Coś mi tam świtało - widziałam to i owo w telewizji i przeglądałam "Life". Słyszałam piosenki w radiu i czytałam kradzione egzemplarze "Rolling Stone", "Creem" i "Circus", a także "Vivę" i Dziecko Rosemary. Wiedziałam, że ludzie uważali, iż coś się niebawem wydarzy.
A kiedy widziałam zdjęcia ludzi takich jak ta dziewczyna, albo mijałam ich na ulicy, wspaniale różnobarwnych, obwieszonych okultystyczną biżuterią, z płonącymi jak ogarki oczami jak pawie pióra, z lekko rozchylonymi ustami, jakby właśnie dostrzegli coś niewypowiedzianie cudownego, czego nazwy nigdy nie poznam - cóż, wtedy i ja uważałam, że coś się wydarzy.
Rozmarzyłam się, ale dziewczyna dźgnęła mnie palcem. Niemalże wyskoczyłam ze skóry.
- Ale należy to zrobić we właściwy sposób. Poprzednio zawsze wszystko szło źle. Nikt niczego nie zrobił prawidłowo. Ale teraz tak nie będzie… - Zrobiła śmieszną, trzpiotowatą minę i potrząsnęła głową, aż zatańczyły jej długie, rozmigotane kolczyki. - Bo ja jestem silna. Tak silna, że właśnie to ja wykonam wszystko prawidłowo! A wtedy, Charlotte, będziesz mogła mnie odwiedzać w niedziele!
Zaśmiała się i klasnęła w dłonie - tylko raz, jakby uznała, że udała jej się wspaniała sztuczka. Spojrzałam na nią podejrzliwie. Nie byłam pewna, czy się ze mnie nie naśmiewa, ale jej zadowolenie wyglądało na prawdziwe.
- W niedziele? - spytałam.
- To tylko żart. Słuchaj, czy wiesz, co się tutaj dzieje? Ludzie przybywają i zostają przez jakiś czas, a Axel rośnie coraz bardziej w siłę. Mówię ci, to się dzieje już od tysiąca lat. Nie tutaj, nie w tym budynku, ale - no wiesz, że wszyscy myślą, że to era Wodnika? Cóż, to tylko część. Jedynie czubek góry lodowej…
Nagle obróciła się i zaczęła szperać w torbie. Poluzowała sznurki i grzebała w środku.
- Gdzie to jest? Boże, nigdy mi się nie udaje nic znaleźć… nie znoszę tego! - krzyknęła i wysypała zawartość.
Na podłogę lunął deszcz zdumiewających przedmiotów. Pudełka zapałek, bransoletki Lucite, złote kolczyki w kształcie kół, paczki papierosów, pogniecione i całe, kołonotatnik, różany różaniec, niezliczone fiolki z pigułkami, srebrna buteleczka, słomki do napojów, monety i zwitki banknotów, spięta gumkami książka adresowa oraz kulki z gazet. Gapiłam się, zdumiona, ale dziewczyna po prostu prychnęła niecierpliwie i odgarnęła większość przedmiotów na bok. Z niezwykłą delikatnością szperała w niewielkiej kupce pyłu i rozrzuconych luzem pigułek, aż w końcu wzięła czarną kapsułkę i wrzuciła ją do ust. Potem zaczęła wygładzać na podłodze wycinki z gazet.
"Wyląg potworów w Przedszkolu. Oskarżenie o pornografię".
"Premiera Skag zrobiła furorę. "Oto przyszłość filmu" - ogłasza reżyser Kern".
"Dziewczyna i chłopak w jednym: Precious Bane gromi Cannes".
Wyciągnęłam szyję, by przyjrzeć się prześwietlonemu zdjęciu Axela Kerna, eskortującego przez policyjną barykadę wystraszoną, wymalowaną przesadnie blondynkę, ale dziewczyna z powrotem zgarnęła wycinki do torby.
- Masz - rzekła, dźgając pojedynczą zgniecioną kolumnę. - Przeczytaj to.