Czarny krzyż

  • 83-7150-991-X
  • Autor: Lawhead, Stephen
  • Dostępność: Brak
  • 39,00 zł
  • Niedostępny
Wielka Krucjata odbyła się tak dawno, że już o niej zapomniano. Tak sądzi Duncan, którego ojcem był Murdo, aż do chwili, gdy zjawia się jego zaginiony przed laty krewny. To powracający w ojczyste strony stryj. Pokryty bliznami i duchowo wypalony w następstwie spędzonych na Ziemi Świętej lat opowiada o skarbach, których bogactwo przechodzi wszelkie wyobrażenie. Choć święta relikwia, Żelazna Włócznia, została odzyskana, to istnieje jeszcze jedna, nawet świętsza, którą trzeba odnaleźć. Poprowadziła ona niegdyś krzyżowców do największego zwycięstwa, potem wszakże w tajemniczych okolicznościach zaginęła. Stryj Duncana twierdzi, iż jest to czarny krzyż - wyślizgana podczas niezliczonych modlitw i po wielekroć splamiona krwią pozostałość prawdziwego krzyża. Krucyfiks ma tak samo wielkie znaczenie dla starożytnej wiary Célé Dé, jak i dla początków chrześcijaństwa. Gdy Duncan doznaje straty tak dotkliwej, że niewielu mężczyzn potrafiłoby ją znieść, wyrusza wzorem ojca z pielgrzymką do Bizancjum. Duncan podąża śladami Białego Kapłana, wkraczając na drogę znaną tylko nielicznym i zabójczą dla każdego, czyje serce nie jest czyste. Bram Ziemi Świętej strzeże potężny i tajemniczy zakon templariuszy. Owi groźni strażnicy dzierżą w swych dłoniach klucz do czegoś więcej niźli tylko los Duncana; to klucz do przeznaczenia całego Zachodu.

Rok wydania: 2003
Stron: 494
Oprawa: broszura
Format: 135/205
Pakowanie: 20
Tłumacz: Zbigniew Gieniewski

Fragment tekstu:

10 listopada 1901, Pafos, Cypr

Wezwanie zastało mnie przy biurku. Doręczono mi właśnie popołudniową pocztę - nasz biurowy goniec włożył do odpowiedniej skrzyneczki równo złożony pakiet - toteż mechanicznie rozcinając zaklejone koperty, nie zwróciłem uwagi na tę, z której wypadła mała kartka kremowego papieru; sama jednakowoż kartka natychmiast przyciągnęła mój wzrok. Obróciwszy ją, znalazłem na drugiej stronie słowo "Dzisiaj" i natychmiast całe moje ciało sprężyło się w fotelu; przeszedł mnie dreszcz i poczułem, jak mój żołądek nieprzyjemnie się kurczy. Wyrwało mi się bolesne westchnienie, po czym osunąłem się na oparcie fotela, trzymając przed sobą mały arkusik na całą długość wyciągniętej ręki, jak gdybym chciał oddalić od siebie nieuniknioną konieczność, zawartą w tym jednym krótkim, acz złowieszczym słowie.
Bo też prawdę mówiąc, sporo czasu upłynęło od ostatniego spotkania Wewnętrznego Kręgu, przeto poddałem się już zapewne swego rodzaju wewnętrznemu zgnuśnieniu; to pilne i całkiem niespodziewane wezwanie naruszyło porządek mej uładzonej codzienności. Wpatrywałem się więc przez długą chwilę w to bulwersujące ową codzienność słowo, zmagając się z instynktowną chęcią udania wobec samego siebie, iż w ogóle go nie zobaczyłem, a wreszcie śpiesznie odłożyłem kartkę na samą krawędź biurka, pomiędzy resztę korespondencji, aby dać sobie szansę zapomnienia o jej istnieniu.
W końcu jednak górę wzięła ciekawość, jak również mocno we mnie ukształcone poczucie obowiązku. Pogodziwszy się z wyrokiem losu, przywołałem dzwonkiem jednego z podręcznych i posłałem go do mej małżonki z pośpiesznie skreślonymi przeprosinami za czekający ją samotny wieczór, gdyż najwyższej wagi obowiązki pozwolą mi wrócić do domu dopiero późną nocą; niech więc uda się na spoczynek, nie czekając na mnie. Zerknąwszy jeszcze do osobistego kalendarzyka, stwierdziłem z niejaką ulgą, iż tego właśnie wieczoru w domu naszym miało się odbyć spotkanie uczonych dam, które utworzyły Kobiecy Instytut na rzecz Upowszechniania Wiedzy i Wstrzemięźliwości; organizacji starszych i pełnych najlepszych chęci pań, które postanowiły dać upust przepełniającym je uczuciom macierzyńskiej opiekuńczości, podejmując walkę o naprawę społeczeństwa poprzez szerzenie czytelnictwa oraz abstynencji (w kwestii alkoholu jedyne odstępstwo czyniąc dla sherry).
Działalność ta bez wątpienia bardzo wzniosłym poświęcona była celom, jednak obrady tych pań miały niewypowiedzianie nudny przebieg, toteż dzięki tej konstatacji moje początkowe niezadowolenie z otrzymanego wezwania przerodziło się nieomal w radosne uniesienie: byłem zachwycony, mając prawdziwą wymówkę, która pozwoli mi uniknąć cierpień, jakich - sądząc po dotychczasowych tego rodzaju doświadczeniach - przysporzyłby mi wieczór do tego stopnia nieciekawy, że aby go zorganizować, trzeba się było wspiąć na wyżyny sztuki arcynudziarstwa.
Wolny zatem od tego uciążliwego domowego obowiązku, ujrzałem przed sobą całą paletę sposobów spędzenia tego wieczoru. Pomyślałem o zjedzeniu kolacji w klubie, ostatecznie jednak postanowiłem poprzestać na podwieczorku, aby pozostawić sobie dużo czasu na podróż dorożką do kaplicy, w której przy takich uroczystych okazjach spotykają się członkowie naszej tajnej grupy. Z niemal dziecinnym podnieceniem przebierałem w duchu pośród licznych możliwości: na Hanover Street otwarto kilka nowych restauracji, które z dawna już zamierzałem wypróbować, a był też w pobliżu pewien pub, który polecał mi jeden z mych podwładnych; słowem - spuszczony z małżeńskiej smyczy, opracowywałem program wieczoru.
Gdy wybiła godzina zakończenia pracy, jeszcze przez jakiś czas pozostałem przy biurku, by dokończyć parę drobnych spraw, aż zyskałem pewność, że nikogo już nie było, kto by choć tylko przypadkiem mógł wyśledzić, dokąd się udaję; uważam, że nie zaszkodzi w takich przypadkach, jakkolwiek są rzadkie, zachować tego rodzaju ostrożność. Czynię to w istocie bardziej ku własnej rozrywce niż z prawdziwej potrzeby, jednakże mam zarazem w pamięci zachowanie tajemnicy Wewnętrznego Kręgu, którego w żadnym razie nie chciałbym wystawić na niebezpieczeństwo.
Wypiwszy w Wallace Arms kufelek porteru, udałem się do restauracji Aleksandra, mieszczącej się na najbliższym rogu ulicy. Spożyłem tam dość smacznego królika w sosie musztardowym, popiwszy go pierwszorzędnym czerwonym winem, po czym wezwałem dorożkę. Jak na tę porę roku, wieczór był wyjątkowo ciepły i przyjemny, kazałem więc dorożkarzowi opuścić budę i rozkoszowałem się powietrzem, które owiewało mnie w trakcie jazdy przez miasto i potem, pośród otwartych pól. Następnie umówiłem się z woźnicą na drogę powrotną i gdy odjechał, pieszo przebyłem ostatnią milę, dzielącą mnie od kaplicy.
Gdy znalazłem się już w jej pobliżu, spostrzegłem kogoś, kto podążał tą samą drogą przede mną; rozpoznałem De Cardou, jednakże nie zakrzyknąłem za nim, gdyż zwykliśmy unikać zwracania na siebie uwagi w miejscach publicznych. Nawet Bracia niższych szczebli wtajemniczenia mają zalecone, by nie rozpoznawać się na ulicy, a jeśli skrupulatnie przestrzegają tego nakazu, to nabyta w ten sposób wewnętrzna dyscyplina może im w przyszłości pomóc we wspinaniu się po szczeblach hierarchii Bractwa; co się tyczy członków Wewnętrznego Kręgu, jest to wręcz konieczność, dyktowana niezbędniejszą dziś niż kiedykolwiek potrzebą czasów, w jakich żyjemy.
Wyznaję, iż wszystkie te tajemne reguły bardzo zdają mi się odległe od szczerej prostoty życia na greckiej wysepce, na której obecnie się znajduję. W otoczonym zalanymi światłem słońca górami Pafos łatwo jest zapomnieć o zbierających się na Zachodzie chmurach przyszłej burzy, choć złowieszcza zapowiedź na przysłowiowym murze widoczna jest dla każdego, kto zechce ją odczytać. Nawet ja, choć najmłodszy spośród członków naszego szacownego i świątobliwego zakonu, dostrzegam oznaki, które niewidoczne były jeszcze rok czy dwa lata temu, a w ostatnim czasie coraz wyraziściej wróżą nadciągające niebezpieczeństwo. Gdybym kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do znaczenia naszego Bractwa, to dziś już z pewnością nie przyszłyby mi one do głowy.
Nasze spotkanie tamtego wieczoru tyleż było uroczyste, co i w kwestii owego zagrożenia pouczające. Zebraliśmy się w Gwiezdnej Komnacie, która - co tylko nam było wiadomo - mieściła się pod prezbiterium, ona bowiem najlepsze stwarzała warunki do debatowania. Zajęliśmy wyznaczone nam miejsca przy okrągłym stole, odprawiliśmy wstępne rytualne obrządki i modły, po czym Genotti rozpoczął właściwe obrady sprawozdaniem ze stanu interesów Bractwa w Ameryce Południowej i z pogarszającego się tam klimatu politycznego, który wymagał naszej interwencji.
- Choć w dalszym ciągu obowiązuje traktat pokojowy, zawarty w pierwszych miesiącach ubiegłego roku pomiędzy Chile a Brazylią - stwierdził Genotti w swym przemówieniu - to wciąż mamy do czynienia z próbami jego naruszenia. Doszło do mej wiadomości, iż agenci, pozostający na usługach niebezpiecznej frakcji anarchistów, znanej pod nazwą Caldero, planują atak na siedzibę chilijskiego prezydenta. Ma być następnie rozgłoszone, iż atak ten zorganizowany został z inicjatywy Brazylii, co ponownie doprowadziłoby do otwartego konfliktu pomiędzy oboma państwami.
Z kolei zabrał głos Evans, nasz Numer Dwa, który wyraził zaniepokojenie, jakie ów stan rzeczy wywołał w naszym stowarzyszeniu, i poprosił Genottiego o poparcie dla jego w tym względzie stanowiska.
- Uważam z całą pewnością, że powinniśmy ostrzec otoczenie prezydenta, aby przedsięwzięte zostały niezbędne środki zapobiegawcze. Radziłbym także, by - jeśli Bractwo wyrazi na to zgodę - wyasygnować pieniądze na wyszkolenie naszego tajnego agenta, który wkradłby się do samego jądra Caldero i doprowadził do jego samozniszczenia.
W zwyczajnej sytuacji tego rodzaju projekt wywołałby długą dyskusję na temat sposobów wprowadzenia takiego planu w życie, tym razem jednak, zanim do niej doszło, powstał Pemberton i podziękował Genottiemu za jego przemyślenia, powodowane troską o Bractwo.
- Co rzekłszy - oświadczył, nadając przy tym swemu głosowi ton pogrzebowej mowy - stwierdzić muszę, iż coraz bardziej oczywiste się staje, że nie możemy bez końca kontynuować strategii ingerowania w wewnętrzną politykę innych państw. Jest to postępowanie niebezpieczne i potencjalnie destruktywne z punktu widzenia generalnych celów, które stawia sobie Wewnętrzny Krąg; choćby dlatego, że tego rodzaju mieszanie się w wewnętrzne sprawy niepodległych krajów może rodzić w nas silną, a zarazem niepostrzeżoną pokusę zboczenia z obranej przez nas głównej drogi działania.
Tu Pemberton, wyniosły i dostojny w swej czerwonej szacie, ozdobionej na wysokości serca złoceniem w kształcie krzyża, potoczył spojrzeniem po zebranych, jak gdyby chciał się upewnić, że został dokładnie zrozumiany.
- Co więcej, panowie, staje się też coraz bardziej oczywiste, iż sprawy tego świata toczą się w nowym i niemal przerażającym kierunku. Co się zaś nas samych tyczy, to nie możemy łudzić się nadzieją, że pozostaniemy całkowicie uodpornieni na potężniejący, demoralizujący wpływ, jaki niektóre rządy wywierają na całe narody, które zamieszkują naszą planetę. W Ameryce Południowej wrze, Europa Wschodnia znalazła się na równi pochyłej, która prowadzi ku anarchii i chaosowi, a w licznych częściach tego świata niebo przesłonięte jest chmurami wojen.
Tu począł nasz mądry przywódca cytować jeden za drugim niezaprzeczalne przykłady, ukazując nam przy tym nie tylko fizyczny, dostrzegalny stan rzeczy, ale i nieogarniony rozmiar zła, które się za nim czai, gotowe w każdej chwili napaść na niczego się nie spodziewający świat.
- Nowe zagrożenia wymagają nowych strategii, moi panowie. Krótko mówiąc, stoimy przed koniecznością obmyślenia i zastosowania nowych metod; takich, które pozwolą nam przetrwać. Musimy się przygotować do nowożytnej krucjaty.
Następnie przystąpił do wykładu swego rodzaju planu bitwy, wedle którego winniśmy od tego wieczoru postępować. Gdy skończył, wszyscyśmy, Strażnicy Świętego Światła i Ścieżki Prawdy, po kolei wstawali, aby ponowić święte przyrzeczenia i oświadczyć swą gotowość do uczestnictwa w tej nowej wyprawie krzyżowej.
Nasz odwieczny wróg zbroi siebie i swych niezliczonych popleczników w coraz to przemyślniejsze i potężniejsze środki masowej zagłady, toteż i nam, obrońcom Świętego Światła, przyszło owego wieczoru skutecznie uzbroić się do walki. Przywołaliśmy na pamięć nieśmiertelnego ducha Célé Dé - ową starożytną dzielność celtyckich krzyżowców, którzy niegdyś ramię w ramię maszerowali do bitwy - i przyrzekliśmy pójść za ich przykładem.
Albowiem wybuchnie wojna. Jest ona nieuchronna i nieunikniona. Tymczasem jednak, spoglądając na połyskliwe cypryjskie morze, wdychając kwietnie pachnącą, oszałamiającą prawie morską bryzę, czując w tym samym stopniu ciepło słońca, co i łagodne tchnienie czułej miłości mej tkliwej małżonki, będę się jeszcze rozkoszował ostatnimi muśnięciami delikatnych skrzydeł ducha tamtego człowieczeństwa, które już odpłynęło w niebyt i nigdy nie powróci.
Co jutro trzeba zrobić, do jutra musi poczekać. Dopóki zatem słońce jeszcze świeci, będę się rozkoszował jego blaskiem, wbrew czającemu się wokół mnie złu tego świata.

 

 

 

 

1


Dzień Świętego Jerzego
Anno Domini 1132

Najdroższa moja Caitríono,
stało się to, co mogło się stać najgorszego. Jak powiedziałby stary Pedar: "Stoję bez odrobiny wiatru".
Moje wspaniałe marzenie obróciło się w zgliszcze i popiół. Unicestwione zostało w zabójczym upale jakiejś bezimiennej syryjskiej pustyni wraz z ośmioma tysiącami wspaniałych rycerzy, których jedyną zbrodnią było dochowanie wierności upartemu, aroganckiemu młokosowi. Płakałbym po nich, gdyby nie to, że ja także, równie uparty i pyszny jak ten nierozważny młodzieniaszek, pójdę wkrótce ich śladem na tamten świat.
Saraceni zapewniają mnie, że jestem szacownym gościem Kalifa Kairu; w istocie jest to jedynie uprzejma forma uświadomienia mi, iż jestem jeńcem uwięzionym w jego siedzibie. Traktują mnie dobrze; przyznać muszę, że odkąd znalazłem się na Ziemi Świętej, nie spotkałem się z równie uprzejmym i grzecznym obejściem. Nie zmienia to jednakowoż faktu, iż nie mogę opuścić pałacu, dopóki nie spotkam się z kalifem; to on osobiście postanowi o moim losie. Co do mnie, to aż za dobrze wiem, jakie to będzie postanowienie.
Jakkolwiek jednak będzie, to w obecnej chwili wielki kalif ściga na południu swych nieprzyjaciół i nieprędko jeszcze spodziewany jest z powrotem. Mam dzięki temu czas i swobodę, by spisać, co się da, o naszym wielkim i szlachetnym przedsięwzięciu, abyś wiedziała, dlaczego ojciec twój zaryzykował wszystko, co w swym życiu kochał najbardziej, pragnąc wykorzystać jedyną szansę na zdobycie czegoś, co wartością swą przewyższa wszystko inne.
Część z tego, co tu napiszę, już jest ci znana. Nawet jednak gdyby cię coś nudziło, to proszę, abyś nie zaniechała lektury, pamiętając, że jest to coś w rodzaju mego testamentu, który nie tylko dla ciebie samej, serce moje, jest przeznaczony, ale i dla tych, którzy przyjdą po nas. Z pomocą Bożą, zanim nadejdzie koniec, wszystko zostanie opowiedziane.
Czas tedy zacząć. Od czego? Niech to będzie ów dzień, gdy Torf-Einar powrócił ze świata umarłych.

Ja i dziadek twój Murdo byliśmy w kościele, nadzorując zatrudnionych przy jego budowie robotników. Poprzedniego lata zakupiliśmy ładunek obrobionych kamieni na łuki i progi i teraz w każdej chwili spodziewaliśmy się przybycia statku, który miał go dostarczyć.
Dziadek twój i opat Emlyn pochyleni byli nad ustawionym na podworcu stołem, rozpatrując przygotowane przez brata Paulusa plany budowy, gdy przybiegł od pól jeden z zakonników, by nas powiadomić, że właśnie jakiś statek wpływa do zatoki. Szybko tedy zebraliśmy grupę ludzi na jego przyjęcie i udaliśmy się na brzeg.
Ujrzeliśmy niewielki - przeznaczony do przybrzeżnej żeglugi - stateczek, który jednakże nie pochodził z żadnej z wysp Orkadów. Nie był to także jeden z kutrów rybackich króla Sigurda, jak to niektórzy przypuszczali. Majtkowie wprowadzili go na płytkie wody za pomocą wioseł i w chwili gdy dotarliśmy do zatoki, właśnie starali się przenieść na brzeg jakiś ładunek. Trzech członków załogi na pokładzie i czterech w wodzie nie bez wysiłku opuszczało za burtę deskę, na której znajdował się ów bagaż, najwyraźniej ciężki, gdyż widać było, z jakim trudem starają się go utrzymać nad powierzchnią wody.
- To pewnie kupcy z Irlandii - wyraziła przypuszczenie jedna z przybyłych z nami niewiast. - Ciekawam, co też takiego do nas przywieźli.
- Wygląda to jak kupa jakichś starych łachów - rzekła inna na to.
Majtkowie przenieśli wreszcie ładunek nad burtą i brodząc w wodzie, podążali do brzegu. Gdy podeszli bliżej, zobaczyłem, iż deska stanowiła w istocie rodzaj noszy, do których przywiązane było ludzkie ciało. Położywszy u naszych stóp tłumok okrytych szmatami kości, żeglarze pośpiesznie zawrócili ku statkowi, jak gdyby wielce zadowoleni z tego, iż udało im się uporać z narzuconym im uciążliwym obowiązkiem. Pomyślałem sobie, że znieśli z pokładu ciało jakiegoś martwego żeglarza, być może jednego z własnych towarzyszy, który zmarł na morzu; zaledwie jednak złożyli je na ziemi - domniemane ciało zaczęło się prężyć i gwałtownie poruszać wątłymi kończynami, czemu towarzyszyły wrzaski:
- Rozwiążcie mnie! Podnieście mnie na nogi!
Wszyscyśmy się cofnęli; jeden tylko Murdo podszedł bliżej i przypatrzył się z bliska podrygującej kupie łachmanów.
- Torf? - powiedział, pochylając się jeszcze niżej. - Czy to ty, Torfie-Einarze?
Na co ku powszechnemu zdumieniu prawie-ciało odrzekło:
- A któż by inny? Rozwiąż mnie, powiadam, i postaw mnie na nogi!
- Boże w niebiesiech! - zakrzyknął Murdo. - Byłażby to prawda?!
Po czym przywołał ruchem ręki mężczyzn, mówiąc:
- Szybko! To mój zmartwychwstały brat! Pomóżcie mi go odwiązać!
Poskoczyłem ku niemu wraz z opatem i paroma innymi, zaczem uwolniliśmy z więzów mego dawno utraconego stryja. Powrócił on z Ziemi Świętej, gdzie żył od czasu Wielkiej Pielgrzymki. Wraz z drugim pod względem wieku braci twego dziada, Skulim, wstąpił on wówczas do armii Baldwina z Bouillon, a ten w nagrodę za dobrą służbę przydzielił im ziemie w Edessie, na których odtąd pozostawali.
Na pytania o los swych braci Murdo nieodmiennie odpowiadał, że obaj zmarli w poszukiwaniu wielkiej fortuny na Ziemi Świętej, toteż przez wszystkie lata aż do owej chwili całkowicie byłem przekonany, iż tak się właśnie stało. Bo jakże zresztą mogło być inaczej? Nigdy nie dali znaku życia: ani listu, ani nawet słowa pozdrowienia, przesłanego za pośrednictwem któregoś z powracających pielgrzymów, do czego wiele przecie przez wszystkie te lata mieliby sposobności. Dlatego właśnie w tamtej chwili Murdo powiedział, iż Torf-Einar zmartwychstał. W samej rzeczy tak właśnie poniekąd było: nikt wszak nie spodziewał się go spotkać ani na tym, ani na tamtym świecie.
Aż oto nagle go zobaczyliśmy. Co do mnie, to wydał mi się niewiele więcej niż tylko szkieletem, i to w dodatku obdarzonym bardzo niemiłym charakterem, ale przecie niewątpliwie żywym. Z rzekomej jego wielkiej fortuny nie ostała się wszelako choćby jedna zaśniedziała srebrna łyżeczka. Człek, którego ujrzałem na prymitywnych drewnianych noszach, znacznie był podobniejszy do pokrytych wrzodami żebraków, chroniących się pod murami klasztoru w Kirkjuvágr, niż do wielkiego Pana Zza Mórz; możesz mi wierzyć, iż nawet najpodlejszy świniopas takiego wielmoży świetniejsze by od niego robił wrażenie.
Rozwiązaliśmy go tedy, aby się niezwłocznie przekonać, z jakiej przyczyny zniesiono go na brzeg na desce: skóra jego nóg pokryta była jeden przy drugim ropiejącymi wrzodami. Nie był w stanie chodzić, a w samej rzeczy nie miał nawet siły, aby się podnieść do pozycji siedzącej. Mimo to wszakże protestował przeciwko więzom i tak długo się miotał, aż uwolniliśmy go od sznurów.
Murdo przysiadł wówczas przy nim na piętach.
- Po cóżeś wrócił po wszystkich tych latach? - zapytał.
- Wróciłem, żeby umrzeć w domu - odparł Torf-Einar. - Myślisz, że pozwoliłbym złożyć się do grobu na tej zapomnianej przez Boga ziemi?
- Ziemia Święta zapomniana przez Boga? - zadziwił się na to Emlyn, kręcąc w zdumieniu głową.
Pomarszczona twarz skrzywiła się w pogardliwym grymasie, po czym Torf splunął.
- Ziemia Święta! Świński chlew lepszy jest dla zdrowia, a gniazdo wężów przyjaźniejsze człowiekowi niż to przeklęte miejsce.
- A co z twoimi wielkimi włościami? - zapytał Murdo. - Co z ogromnymi bogactwami?
- Szczać na te włości! - warknął Torf-Einar. - I szczać na te bogactwa! Niech je sobie zatrzymają ci poganie. Niech każdego z nich zapłodni nasienie dwugłowego demona. Niech plaga spadnie na tę czarnogębą rasę i niech ich wszystkich diabli porwą do piekła!
W takie popadł podniecenie, że znowu zaczął się miotać, przeto Murdo rzekł śpiesznie:
- Leż spokojnie, Torfie. Jesteś teraz pomiędzy swoimi. Tu nic cię złego nie spotka.
Zanieśliśmy go do dún, starając się po drodze jak najmniej przysporzyć starcowi cierpień. Mówię "starcowi", gdyż takim mi właśnie się wydał, choć w rzeczywistości zaledwie o kilka lat był starszy od mego ojca; wszelako życie spędzone na ciągłym wojowaniu, a zapewne także na rozpuście, takich dokonało w nim spustoszeń, iż niemal pozbawiło go ciała. Jego spalona na czarno przez bezlitosne saraceńskie słońce skóra była spękana i poryta niczym zużyta uprząż; resztkę włosów stanowiło parę posiwiałych kępek; oczy były bezustannie zmrużone, a kończyny tyloma pokryte bliznami po ranach, iż przypominały sękate tyczki. W sumie, ten przystojny niegdyś wielki pan wyglądał teraz niczym obgryziona kość, którą ktoś wyrzucił na kupę gnoju.
Przyniósłszy stryja do fortecy, ułożyliśmy go w głównej komnacie. Murdo polecił, by mu wygotowano jakieś wyrko, które następnie ustawiono w pobliżu kominka; otoczono je przepierzeniem, aby w tej samej mierze odgrodzić Torfa od panującego tam ruchu, co i innym oszczędzić jego żałosnego widoku.
Zakrzątnęły się przy nim niewiasty, przygotowując dlań pożywienie i picie, jako też lepsze odzienie; to ostatnie zadanie było zresztą najłatwiejsze, sierść bowiem najbardziej wynędzniałego psa prezentowałaby się lepiej niż to, co Torf miał na sobie. Matka moja chciała wprawdzie, aby go przed wniesieniem pod jej dach wykąpano, on jednak ani o tym nie chciał słyszeć. Gdy przyszła doń służka z ciepłą wodą i małym mydełkiem, najpierw obrzucił ją tak okropnymi wyzwiskami, że biedna dziewczyna uciekła od niego z płaczem, a następnie przywołał niebiosa na świadka swej przysięgi, iż następnej kąpieli zażyje dopiero w dniu, gdy będą go grzebali.
W końcu Murdo nakazał, aby pozostawiono go w spokoju; Ragna zmuszona była usłuchać, wszelako zabroniła swoim służebnym obsługiwać Torfa i oświadczyła, że skoro najwidoczniej nie jest on człowiekiem zdolnym do okazania zwykłej ludzkiej uprzejmości, to będą mu usługiwali chłopcy stajenni. Potem wszakże spostrzegłem, że jednak najczęściej to ona sama się nim zajmowała.
Okazało się wkrótce, iż jego zapowiedź, że wrócił do domu, aby umrzeć, była jak najbardziej prawdziwa. Z wrzodów stale wyciekała ropa, a wraz z nią resztki sił, jakie mu jeszcze pozostały. Gdy pierwszego wieczoru po przybyciu Torfa-Einara zdarzyło mi się przejść obok miejsca, gdzie stało jego przygotowane z polecenia ojca legowisko, dosłyszałem coś, co zdało mi się zwierzęcym skomleniem. Podkradłszy się bliżej, spojrzałem na niego i zobaczyłem, że spał, wszelako skorzystał z tego jeden z psów, który zlizywał wydzielinę z jego odsłoniętych nóg. Ból, jaki mu to sprawiało, wyrywał jęki z piersi nieszczęśnika.
Wybacz mi, Jezu, jednakże nie zdobyłem się na to, aby przy nim pozostać; odszedłem, pozostawiając go na pastwę bolesnych snów.
W ciągu paru następnych dni wiele się dowiedziałem o życiu na Wschodzie. Choć bardzo chory, jednak chętnie rozmawiał Torf z każdym, kto gotów był wysłuchiwać jego podsycanej gorączką gadaniny. Przejęty współczuciem, podjąłem się przynoszenia mu wieczornych posiłków, aby ulżyć matce w jej nużących przy nim zajęciach, gdy zaś jadł, pozostawałem przy jego posłaniu. Bardzo wiele się podczas takich posiedzeń dowiedziałem o jego życiu w księstwie Edessy, jak również i o tym, co przydarzyło się biednemu Skuliemu.
Albowiem książę Baldwin dotrzymał danego słowa i odwdzięczył się im obu za dobrą służbę nadaniem ziem. Bynajmniej też nie okazał się przy tym skąpy: bracia otrzymali sąsiadujące ze sobą włości, by móc dzięki temu stworzyć jedną wspólną dziedzinę, którą się pomiędzy sobą dzielili.
- Nad naszą fortecą w Khemil górował pałac, w którym znajdowało się pięćdziesiąt komnat - pochwalił się Torf pewnego wieczoru, gdy karmiłem go wieprzowym rosołem i czarnym chlebem. Jego zęby były spróchniałe i gryzienie sprawiało mu ból, toteż musiałem najpierw pokawałkować chleb i rozmiękczając go w rosole, podawać mu do ust drobne kęsy, które łagodnie przeżuwszy, mógł następnie przełknąć. - Słyszysz? Pięćdziesiąt komnat!
- To w istocie bardzo wiele - stwierdziłem; był widocznie tak chory, że miało mu się prawo trochę plątać w umyśle.
- Mieliśmy sześćdziesięciu ośmiu służących i czterdzieści służebnych. Nasz skarbiec miał ściany grubości męskiego torsu, nadto otoczone żelaznymi klamrami, tak że aby go otworzyć, trzeba było dwóch mężczyzn. Wnętrze miało rozmiary spichlerza i od środka wyłożone było kamiennymi płytami. - Zamilkł na chwilę, by przeżuć kolejną porcję chleba. - Bóg mi świadkiem, że w pierwszym okresie pomieszczenie to zawsze całe, aż po sufit, zapełnione było skarbami.
Podejrzewałem, że zmyśla, aby te wielkie, wyimaginowane bogactwa uczyniły jego historię nie aż tak bardzo żałosną, przeto gardziłem nim w duchu za tak głupią przesadę. Okazało się wszelako, droga moja Cait, że to ja okazałem się tamtego wieczoru głupcem, a nie on.
Kiedy bowiem sam przybyłem na Wschód, odkryłem, iż jego opowieść była prawdziwa. Na własne oczy widziałem pałace, przy których ten z Khemil zdawałby się skleconą z wikliny oborą, jak też i skarbce większe od sali biesiadnej twego dziada, wypełnione taką ilością zagrabionego złota i srebra, że sam diabeł z zazdrością musiałby patrzyć na tak niezmierzone bogactwo.
Tamtego wszakże wieczoru nie uwierzyłem w ani jedno słowo z jego majaczeń. Karmiłem go, od czasu do czasu wtrącając stosowną uwagę, głównie jednak siedziałem i słuchałem, starając się omijać wzrokiem jego spustoszone chorobą, zniszczone ciało.
- Był na naszej ziemi sad: setki grusz, trzy wielkie gaje oliwne i jeden figowy. Oprócz głównej naszej fortecy w Khemil, władaliśmy także w granicach naszych włości dwiema wioskami oraz targowiskiem. A jako że przez południowe tereny naszych włości przebiegała droga z Edessy do Aleppo, otrzymaliśmy także prawo pobierania myta. Krótko mówiąc, było to wspaniałe miejsce. Przez pierwszy rok rządziliśmy tam niczym królowie. Jerozolima padła, przeto mieliśmy swój udział w łupach. W samej Edessie książę Baldwin doszedł do wielkiej władzy i jeszcze większego bogactwa. Pod jego rządami staliśmy się - wraz z kilkudziesięcioma innymi nam podobnymi krzyżowcami - wasalami, jemu samemu tylko ustępującymi godnością. A przy tym przez cały ten pierwszy rok ani razu nie musieliśmy wyciągnąć mieczy z pochew, jeśli zaś dosiadaliśmy koni, to po to jedynie, by polować. Spożywaliśmy najlepsze potrawy, pijaliśmy najlepsze wina i kontentowaliśmy się ulepszaniem naszej dziedziny. Aż nagle Skuli zmarł, powalony febrą. Bo, zapamiętaj to sobie, pustynie Wschodu to wylęgarnia wszelkich chorób i wszelkiego rodzaju pomorów. Przez sześć dni brat mój trzymał się życia, ale siódmego śmierć go pokonała. Tego samego dnia, gdy go grzebałem - tego samego, zważ sobie - dotarła do Edessy wieść, że umarł też i Godfrey. Także na febrę. Chyba że była to może trucizna…?
Zamilkł, pogrążywszy się we własnych myślach. By go nakłonić do podjęcia zwierzeń, zapytałem:
- Kim był ten Godfrey?
Przymrużywszy jedno oko, przyjrzał mi się podejrzliwie.
- Czyżby Murdo nigdy ci o niczym nie opowiadał?
Na co odparłem z oburzeniem:
- Mój ojciec bardzo wiele mi opowiedział o Wielkiej Pielgrzymce!
Torf wykrzywił wargi w wyrazie lekceważenia.
- Nic ci nie opowiedział, jeśli nie wiesz, że Godfrey z Bouillon był pierwszym królem Jerozolimy.
W istocie dobrze wiedziałem, kim był Godfrey, choć prawda, że nie od ojca: Murdo nader rzadko opowiadał o krucjacie. Wszelako bez przerwy opowiadał o niej opat Emlyn. Pamiętam, jak siadywałem u jego stóp, wsłuchując się w opowieści o przygodach, które przeżyli obaj na Ziemi Świętej. Brat Emlyn, jak ci to dobrze wiadomo, umiał opowiadać, toteż nigdy nie miałem dosyć jego historii. Wiedziałem tedy od niego także o Godfreyu, Obrońcy Świętego Krzyża, i o jego niepomiernym szaleństwie.
Tamtej nocy wszakże bardziej ciekawiło mnie to, co wiadomo było Torfowi, toteż wolałem mu nie ujawniać swej własnej wiedzy i rzekłem:
- Czyli że Godfrey był bratem Baldwina.
- I nie tylko. Był to najdzielniejszy mąż, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się spotkać. Na polu bitwy stawał się najprawdziwszym lwem; nikt nie potrafił mu sprostać. Tylko że kiedy nie walczył przeciw niewiernym, to nie wstawał z kolan, bezustannie się modląc. W sumie mógłby kto rzec, że był to święty człowiek.
Torf zamilkł na chwilę, jak gdyby rozpamiętując wielkość księcia, po czym dodał:
- Godfrey był ostatnim osłem.
Po wszystkim, co rzekł był wcześniej, bardzo mnie zaskoczyło to stwierdzenie, przeto spytałem:
- Dlaczego?
Ponownie przeżuł trochę zmoczonego chleba, po czym ruchem dłoni poprosił o miskę; wysiorbawszy głośno cały rosół, odstawił ją i opadł na plecy.
- Dlaczego?
Przypatrywał mi się przez chwilę swym kpiącym spojrzeniem.
- Przypuszczam, że należysz do tych, którzy myślą teraz o Godfreyu jak o świętym, co?
- Nic podobnego! - zapewniłem go.
- Dobry to był mąż, zapewne, ale żaden święty - rzekł wówczas z odcieniem goryczy w głosie. - Niech mnie diabli wezmą, jeślim widział kogoś, kto by z oślego uporu tyle co on popełnił pomyłek. I to jedną po drugiej, a przy tym tak szybko, jakby się bał, że nie zdąży ich wszystkich popełnić. Żołnierz był z Godfreya pierwszorzędny, ale żeby być królem, na to już nie starczało mu rozumu. Najlepszy dał tego dowód przy okazji Żelaznej Włóczni.
Przywołanie przez niego tego miana niepomiernie mnie, jak możesz to sobie wyobrazić, zdumiało. Próbowałem nie dać po sobie niczego poznać, on wszakże domyślił się, iż znana mi była ta sprawa.
- Widzę, że coś ci jednak ojciec opowiedział, tak?
- Trochę - odparłem, choć nie całkiem zgodnie z prawdą: Murdo ani razu nie wspomniał o Świętej Włóczni; także i w tej sprawie jedynym źródłem odrobiny wiedzy, jaką posiadłem, był opat Emlyn.
- A powiedział ci, jak ten wielki dureń w tej samej chwili, gdy święta relikwia dostała się w jego ręce, oddał ją cesarzowi?
Torf zaśmiał się ze wzgardliwą drwiną, jednakże śmiech ten zaraz przeszedł w kaszel.
- Nie - odrzekłem. - Tego mi ojciec nigdy nie opowiedział.
- Tak właśnie uczynił! Na Chrystusa przysięgam, że tak postąpił - prychnął pogardliwie Torf. - Tylko Godfrey mógł się pozbyć tak bezcennej rzeczy. Cóż za bezrozumny głupiec! I w dodatku nie tylko było to jego pierwsze posunięcie jako władcy Jerozolimy, ale jeszcze żadnej mu to, wierzaj mi, nie przyniosło korzyści.
Po czym opowiedział mi, jak to natychmiast po zaakceptowaniu wyboru na króla Jerozolimy Godfrey dał się nakłonić podstępnemu posłowi cesarza do przekazania mu zdobytej w Antiochii przez krzyżowców Świętej Włóczni, dzięki której zachodnie rycerstwo pokonało wstrętnych mahometan. Zaczem uświadomiwszy sobie, jak niegodnym byłoby czynem oddanie cesarzowi najświętszej relikwii chrześcijaństwa, nowy władca Jerozolimy umyślił sobie oddać ją na przechowanie papieżowi Urbanowi.
- Był to dlań jedyny sposób, aby uniknąć wojny z cesarską armią - przyznał Torf, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewała wrogość - ponieważ w wojnie takiej nie mielibyśmy żadnych szans: wycięliby nas w pień. Byłaby to po prostu rzeź, jako że nie masz wojska, które stanęłoby do walki z Nieśmiertelnymi, a ostałby się z niego ktoś, kto mógłby zdać sprawę z takiej bitwy.
Wydało mi się, iż w rzeczy samej Godfrey postawiony został przez zachodnich wielmożów w nadzwyczaj trudnym położeniu, toteż podzieliłem się z Torfem tą opinią.
- Ba! - Zabrzmiało to jak splunięcie. - Grecy to przebiegłe diabły, które podstępność piją z mlekiem matki. Godfrey powinien był wiedzieć, że nigdy nie uda mu się ich przechytrzyć.
- Wydaje mi się wszakże, iż jego plan był dość prosty - odrzekłem na to. - Nie widzę w nim konieczności używania jakichś chytrych podstępów. Dlaczego zatem zamysł ten się nie powiódł?
- Bo posłał włócznię do Jaffy, za całą ochronę przydzielając jej zaledwie garstkę rycerzy, którzy wpadli w zasadzkę Seldżuków. Gdyby był poczekał parę dni, świętą relikwię eskortowałaby odpowiednia liczba zbrojnych, jako że większość rycerstwa zbierała się do odpłynięcia z Ziemi Świętej; Turcy nie zdołaliby mu wówczas ukraść włóczni.
- A więc to Turcy ją zdobyli?
- Czyż nie to właśnie powiedziałem? - odburknął Torf zgryźliwie. - Oczywiście, że wpadła w ręce tego złodziejskiego plemienia!
- Zdawało mi się, że powiedziałeś, iż Godfrey oddał ją cesarzowi!
- Chciał oddać ją cesarzowi - warknął poirytowany starzec. - Gdybyś nauczył się słuchać z zamkniętymi ustami, zamiast bez przerwy paplać, to mógłbyś się naprawdę czegoś dowiedzieć, mój chłopcze.
Nazywał mnie chłopcem, mimo iż miałem już wówczas żonę i dziecko. Przypuszczam, że albo w rzeczy samej zdawałem mu się bardzo młody, albo też podkreślał w ten sposób niepomierny dystans, jaki nas dzielił. W każdym razie obiecałem mu, że postaram się milczeć, aby mógł bez przeszkód kontynuować swą opowieść.
- Wielce okazałbyś się łaskawy - warknął drwiąco. - Powiedziałem, że Turcy zabrali Świętą Włócznię, i pewnie do dzisiaj pozostawałaby w ich rękach, gdyby nie to, iż Bohemond podejrzewał Godfreya o jakąś idiotyczną sztuczkę, toteż postanowił w tajemnicy przed nim śledzić losy relikwii. Kiedy rycerze Godfreya wyjechali z Jerozolimy, książę Antiochii zaraz się o tym dowiedział i ruszył za nimi w pościg.
Wiadomo bowiem, że Bohemond z Taranto również był wtajemniczony w sprawę Świętej Włóczni. To tenże sam Bohemond, który wynajął do swej służby oddział króla Magnusa, aby wzmocnić własne, mocno przerzedzone szeregi. Dzięki jego przyjaźni Magnus odnosił wielkie korzyści z wojny, a z kolei dzięki Magnusowi nasz ród włada teraz na ziemiach Caithness.
Wszelako Torf był tego wszystkiego nieświadom. Mówił dalej:
- Godfrey i Baldwin wrogo odnosili się do Bohemonda, a zatem także i do jego wasala Magnusa.
Tu przerwał i rozejrzawszy się po naszej obszernej i dobrze urządzonej sali biesiadnej, rzekł:
- Z tego, co widzę, wynika, że król bardzo był dla was łaskaw. Ano, trzeba się zaprzyjaźniać z kim można, nieprawdaż?
- Zapewne tak.
- Zapewne tak! - Torf zaśmiał się drwiąco na moją odpowiedź. - Powiedziałem prawdziwie i dobrze o tym wiesz. Na tym świecie trzeba umieć korzystać z każdej nadarzającej się okazji. Stawia się na coś lub na kogoś i ma się nadzieję, że przyniesie to wygraną. Gdybym to ja był na miejscu twojego ojca, może bym zrobił to samo, co on. Toteż wcale nie mam mu tego za złe.
- Jestem pewien, że podskoczy z radości, kiedy to usłyszy - mruknąłem na to.
I całkiem niepotrzebnie, ponieważ usłyszawszy to, Torf zaklął szpetnie i oświadczył, że rzygać mu się chce na sam mój widok. Widząc, w jak okropny wpadł nastrój, odszedłem, lecz kładąc się tego wieczoru do łóżka, zastanawiałem się, czy kiedykolwiek jeszcze usłyszę od niego to, co było mu wiadomo o Żelaznej Włóczni.