Dowódca "Sophie"

  • 83-7150-280-X
  • Autor: O'Brian, Patrick
  • Dostępność: Brak
  • 35,90 zł 32,00 zł
  • Niedostępny

Wznowienie.

Pierwsza książka z niezwykle wysoko ocenianego cyklu morskich opowieści historycznych.
Akcja powieści rozgrywa się na początku dziewiętnastego wieku. Główny bohater, Jack Aubrey, awansuje na dowódcę brygu "Sophie" i na pokładzie tego dwumasztowego żaglowca przeżywa wiele przygód podczas starć z flotą francuską. Jest tu nie tylko maksymalna możliwa w powieści historycznej dawka emocji i wartka akcja. Pojawiają się również elementy, które sprawiły, że Patrick O'Brian wyprzedza znacznie innych pisarzy, którzy mogliby z nim współzawodniczyć. Chodzi o opisy szczegółów życia na pokładzie wojennego żaglowca z czasów admirałą Nelsona, o opisy uzbrojenia, żywności, rozmów, stosunków panujących na okręcie, o przedstawienie atmosfery tamtych lat. O'Brian czyni to bezbłędnie, dba o zachowanie realiów epoki. Jego mistrzostwo ujawnia się też w umiejętności charakteryzowania postaci.

Rok wydania: 1997
Stron: 448
Oprawa: broszura

Wznowienie:
Rok wydania: 2004
Stron: 448
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 12
Tłumacz: Bernard Stępień

Fragment tekstu:


MARIAE LEMBI NOSTRIDUCI ET MAGISTRAEDO DEDICO


OD AUTORA
Pisząc o Royal Navy, Królewskiej Marynarce Wojennej z osiemnastego i początku dziewiętnastego wieku, nie można uniknąć pewnych niedoskonałości. Trudno jest w pełni dochować wierności tematowi, gdyż nieprawdopodobna wręcz rzeczywistość bardzo często wykraczała znacznie poza ramy wyobraźni. Nawet najbardziej bujna imaginacja nie może chyba stworzyć sceny, w której admirał Nelson, skacząc przez okno rufowej galeryjki ze swego pogruchotanego "Captaina", uzbrojonego w siedemdziesiąt cztery działa, przedostaje się na osiemdziesięciodziałowego "San Nicolasa" i pośpiesznie przechodzi na olbrzymiego "San Josefa" o stu dwudziestu działach. Później, jak admirał sam to opisuje: "na pokładzie hiszpańskiego okrętu pierwszej klasy, w ów może dość ekstrawagancki sposób, przyjąłem szpady od pokonanych Hiszpanów i przekazałem je Williamowi Fearneyowi, członkowi załogi mej paradnej łodzi. Ten zaś ze stoickim spokojem wziął je wszystkie pod pachę".
Stronice zapisane przez Beatsona, Jamesa, kartki "Naval Chronicle", archiwalne dokumenty Admiralicji w Public Record Office, biografie u Marshalla i O'Byrne'a pełne są opisów działań może mniej spektakularnych (Nelson był przecież tylko jeden), ale nie mniej brawurowych. Bardzo niewielu ludzi potrafiłoby wymyślić podobne wydarzenia, a jeszcze mniej umiałoby opowiedzieć je przekonywająco. Dlatego właśnie, aby opisać potyczki morskie w tej książce, sięgnąłem wprost do źródeł. Z bogactwa wspaniale rozegranych, szczegółowo opisanych walk i bitew wybrałem te, które najbardziej podziwiam. Przedstawiając owe zdarzenia, korzystałem z dzienników okrętowych, listów urzędowych, ówczesnych relacji i wspomnień bezpośrednich uczestników, tak by niczego nie przeinaczyć. Z drugiej jednak strony nie trzymałem się niewolniczo ścisłej chronologii. Dlatego prawdziwy znawca historii marynarki wojennej zauważy na przykład, iż akcja Sir Jamesa Saumareza w Cieśninie Gibraltarskiej została przeze mnie przesunięta w czasie i odbywa się dopiero po zakończeniu zbioru winogron. Ktoś taki zorientuje się też, że jedną z walk brygu "Sophie" w rzeczywistości stoczył zupełnie inny, lecz tak samo uzbrojony okręt. To prawda, pozwoliłem sobie na dużą swobodę. Pisząc, korzystałem z dokumentów, listów i poematów - krótko mówiąc, z czego tylko się dało. Starając się zachować wierność ogólnej prawdzie historycznej, pozmieniałem jednak nazwiska, miejsca wydarzeń i pewne drobne fakty, tak by dopasować je do wymogów mojej opowieści.
Istotne dla mnie jest to, że godni podziwu ludzie tamtych czasów: Cochrane'owie, Byronowie, Falconerowie, Seymourowie, Boscawenowie i liczni mniej słynni żeglarze, z których cech i przeżyć w pewien sposób ulepiłem postaci moich bohaterów, zostaną uszanowani dzięki opisom ich własnych czynów, a nie fikcyjnych wydarzeń. Moim zdaniem taka autentyczność to prawdziwy klejnot, echo naprawdę wypowiedzianych słów ma niewymierną wprost wartość.
Chcę też w tym miejscu podziękować za pomoc oraz cenne wskazówki otrzymane od cierpliwych, doskonale znających temat pracowników Public Record Office i National Maritime Museum w Greenwich. Składam również podziękowania dowódcy HMS "Victory" - nikt chyba nie mógłby być bardziej uprzejmy i pomocny w mojej pracy.

Patrick O'Brian

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wysokie, otoczone filarami wnętrze ośmiokątnej sali koncertowej w pałacu gubernatora w Port Mahon wypełniały pierwsze triumfalne takty kwartetu C-dur Locatellego. Stłoczeni pod ścianą muzycy, Włosi, byli jakby przyparci do muru ciasnymi rzędami małych, pozłacanych krzeseł. Grali z pełnym pasji przekonaniem. Powoli wspinali się ku przedostatniemu crescendo, ku przejmującej pauzie i ku głębokiemu, wyzwalającemu akordowi finałowemu. Przynajmniej część publiczności, siedzącej na owych pozłacanych krzesełkach, śledziła muzyczną wspinaczkę z równie jak muzycy intensywnym zaangażowaniem. Do tej grupy należało bez wątpienia dwu słuchaczy, którym wypadło zajmować miejsca tuż obok siebie, po lewej stronie w trzecim rzędzie. Mężczyzna, który siedział bardziej na lewo, mógł być pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. Jego potężna postać prawie zupełnie zakrywała krzesło, tylko gdzieniegdzie przeświecał niewielki skrawek pozłacanego drewna. Człowiek ów miał na sobie swój najlepszy strój - błękitną kurtkę z białymi wyłogami, błękitną kamizelkę, spodnie i pończochy porucznika Royal Navy, ze srebrnym medalem Nilu w klapie. Śnieżnobiały mankiet zapinanego na złote guziki rękawa poruszał się w takt melodii. Jasnobłękitne oczy, osadzone w bladoróżowej, teraz jednak mocno opalonej twarzy, wpatrzone były nieomal nieruchomo w smyczek pierwszych skrzypiec. Zabrzmiała wysoka nuta, potem krótka pauza, wreszcie zakończenie i pięść żeglarza uderzyła mocno w kolano. Powoli odchylił się do tyłu w swoim krześle, które zakrył zupełnie, westchnął z zadowoleniem i z uśmiechem zwrócił się w stronę sąsiada. Słowa: "Moim zdaniem bardzo zgrabnie zagrane, sir" ugrzęzły mu jednak w gardle. Spotkał chłodne, raczej wrogie spojrzenie tamtego i usłyszał złowrogi szept:
- Jeśli już koniecznie musi pan wybijać rytm, sir, proszę czynić to w takt muzyki, a nie o pół uderzenia do przodu.
Wyraz twarzy Jacka Aubreya natychmiast zmienił się od przyjacielskiego, szczerego zadowolenia w coś, co z powodzeniem określić by można jako pełną zakłopotania wrogość. Nie mógł zaprzeczyć, że rzeczywiście poruszał ręką w takt muzyki. Chociaż czynił to na pewno z perfekcyjną dokładnością, samo w sobie zachowanie takie nie było godne pochwały. Zarumienił się lekko i przez chwilę przyglądał się uważnie swemu sąsiadowi. Zdążył jeszcze powiedzieć:
- Wierzę… - i pierwsze nuty wolnej części przerwały mu w pół słowa.
Przeżuwająca nuty wiolonczela odegrała solo dwie frazy i rozpoczęła dialog z altówką. Tylko część umysłu Jacka zwracała na to uwagę, reszta zajęta była mężczyzną siedzącym obok. Ukradkowe spojrzenie pozwoliło mu stwierdzić, że był to mały, ponury człowieczek w podniszczonym czarnym płaszczu. Cywil. Trudno było określić jego wiek - nie tylko dlatego, iż twarz nieznajomego niczego nie zdradzała. Na głowie człowiek ów miał perukę, mocno poszarzałą, najwyraźniej zrobioną z cienkiego drutu i od dawna nie przypudrowaną. Mógł mieć równie dobrze dwadzieścia, jak i sześćdziesiąt lat. "W rzeczywistości jest chyba w moim wieku" - pomyślał Jack. - "Że też ten łajdak tak wygląda". Potem całą uwagę Jacka znów pochłonęła muzyka. Odnalazł główny temat utworu i śledził go cierpliwie w jego zmianach oraz urzekających ozdobnikach, aż do satysfakcjonującej, logicznej konkluzji. Nie myślał o swym sąsiedzie do końca części, starannie unikając też jakichkolwiek spojrzeń w kierunku nieznajomego.
Menuet sprawił, że głowa Jacka zakołysała się w ślad za natrętnym rytmem. Porucznik nie był jednak tego świadomy. Dopiero gdy poczuł, że jego ręka podryguje niespokojnie, gotowa unieść się w powietrze, wsunął szybko dłoń pod kolano. Taniec był żywy, przyjemny, nic więcej. Tuż po nim zaczęto grać zaskakująco trudny, prawie drażniący końcowy fragment, w którym kompozytor był jakby o krok od wypowiedzenia czegoś o niezwykle istotnym znaczeniu. Donośne dźwięki ucichły nagle, ustępując miejsca pojedynczemu szeptowi skrzypiec. Jednostajny szum przyciszonych rozmów, który nigdy nie ucichł zupełnie w tylnej części sali, zaczął coraz wyraźniej narastać. Wydawało się, że za moment całkowicie zagłuszy muzykę. Jakiś żołnierz wybuchnął stłumionym kaszlem i Jack ze złością rozejrzał się dookoła. Wtedy reszta kwartetu dołączyła do skrzypiec i instrumenty wspólnie dotarły do punktu, w którym mogło zabrzmieć coś wiekopomnego: teraz ważny był powrót do głównego muzycznego nurtu; dlatego gdy wiolonczela przyłączyła się swoim nieuchronnym i niezbędnym pom, pom-pom-pom, pom, Jack opuścił brodę na piersi i unisono z wiolonczelą zanucił: pom, pom-pom-pom, pom. Nagle czyjś łokieć wbił mu się między żebra i ktoś zasyczał mu prosto do ucha. Dopiero teraz zorientował się, że uniesioną wysoko dłonią porusza w takt muzyki. Opuścił rękę, zacisnął zęby i patrzył nieruchomo na swe stopy aż do chwili, w której zabrzmiały ostatnie dźwięki utworu. Wysłuchał dostojnego zakończenia i doszedł do wniosku, że daleko przekraczało ono prosty raczej wstęp, którego treść udało mu się przewidzieć. Niestety, nie mógł czerpać z tego żadnej przyjemności.
Podczas braw i ogólnego zamieszania sąsiad Jacka przyglądał mu się uważnie, raczej z całkowitą dezaprobatą niż niechęcią. Nie odzywali się, siedzieli sztywno ze świadomością swej obecności, podczas gdy pani Harte, żona komendanta, grała na harfie długi i trudny technicznie utwór. Jack Aubrey spojrzał w noc przez wysokie, wytworne okno. Na południowym wschodzie pojawił się Saturn - lśniąca kula na niebie nad Minorką. Takie szturchnięcie łokciem, kuksaniec, tak mocne i zamierzone, było prawie uderzeniem. Ani temperament Jacka, ani reguły honorowe nie pozwalały mu cierpliwie znosić jakiejkolwiek zniewagi. A jakaż zniewaga mogła być gorsza od uderzenia?
Ponieważ na razie Jack nie mógł się zdobyć na żadne działanie, jego gniew przerodził się w szczególną melancholię. Pomyślał znów o tym, że ciągle pozostaje bez okrętu, o wszystkich składanych mu, a potem łamanych obietnicach i o planach, które legły w gruzach, gdyż budowane były tylko na marzeniach. Przypomniał sobie, że jest dłużny aż dwieście dwadzieścia funtów swemu agentowi handlującemu pryzami, czyli statkami i ładunkami skonfiskowanymi na wojnie. Jack miał wkrótce zapłacić piętnastoprocentowe odsetki od tej sumy, tymczasem jego oficerska pensja wynosiła tylko pięć funtów i dwanaście szylingów miesięcznie. Myślał też o ludziach, których znał, młodszych od siebie, lecz mających więcej szczęścia lub pieniędzy, teraz już dowodzących brygami lub kutrami, a nawet awansowanych na dowódców dużych okrętów. Wszyscy oni zdobywali hiszpańskie statki: trabakale na Adriatyku, tartany w Zatoce Lwów, xebeki i settee wzdłuż całego hiszpańskiego wybrzeża. Sława, awanse i pieniądze z łupów…
Burza oklasków uświadomiła Jackowi, że występ już się zakończył. Mechanicznie klaskał w dłonie, wykrzywiając usta w wyrazie bezgranicznego zachwytu i uwielbienia. Molly Harte ukłoniła się z uśmiechem, uchwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się ponownie. Porucznik zaklaskał głośniej. Ona jednak dostrzegła, że Jack bądź to nie był aż tak bardzo zachwycony, bądź też słuchał niezbyt uważnie, i jej zadowolenie wyraźnie osłabło. Pomimo to nadal z promiennym uśmiechem przyjmowała komplementy od publiczności. Tego wieczora pani Harte wyglądała wspaniale w jasnobłękitnej atłasowej sukni z podwójnym sznurem pereł - pereł z "Santa Brigidy".
Jack Aubrey i jego sąsiad w wyświechtanym czarnym płaszczu prawie jednocześnie powstali z miejsc i przez chwilę przyglądali się sobie uważnie. Na twarzy porucznika, zamiast ostatnich nieprzyjemnych śladów wymuszonego zachwytu, znów pojawił się wyraz chłodnej, obojętnej niechęci.
- Nazywam się Jack Aubrey, sir - powiedział cicho. - Mieszkam w gospodzie "Pod Koroną".
- Ja nazywam się Maturin. Każdego poranka można mnie spotkać w kawiarni "U Joselito". Czy mógłby mnie pan przepuścić?
Przez moment Jack miał prawdziwą ochotę chwycić pozłacane krzesło i roztrzaskać je na głowie tego człowieczka o trupiobladej twarzy. Odsunął się jednak grzecznie na bok, dając przekonywający dowód dobrego wychowania. Nie miał zresztą innego wyboru - w przeciwnym razie zostałby najzwyczajniej popchnięty. Po krótkiej chwili ruszył, przeciskając się przez tłum postaci w czerwonych i błękitnych mundurach, z rzadka tylko poprzetykany czarnymi sylwetkami cywilów.
- Wspaniałe! Doskonale zagrane! Kapitalne! - zawołał ponad trzema rzędami głów, gdy udało mu się wreszcie dotrzeć w pobliże pani Harte. Pomachał ręką i wyszedł z sali. W holu wymienił uprzejmości z dwoma znajomymi oficerami marynarki.
- Wyglądasz, jakbyś był czymś bardzo przybity, Jack… - powiedział jeden z nich, ten, z którym kiedyś wspólnie jadali w mesie młodszych oficerów na "Agamemnonie". Drugim był wysoki podchorąży, kiedyś najmłodszy z wachty Jacka na "Thundererze", sztywny z racji tak uroczystej okazji i z powodu zbyt mocno nakrochmalonej koszuli, ozdobionej koronkowymi falbanami. Porucznikowi przyszło jeszcze pozdrowić sekretarza komendanta. Sekretarz odwzajemnił ukłon z uśmiechem, uniósł brwi i spojrzał na Jacka bardzo znacząco.
"Ciekawe, co teraz knuje ta wstrętna kreatura?" - rozmyślał Jack, idąc w stronę portu. Przypomniała mu się podłość i dwulicowość tego wpływowego człowieka oraz upokorzenie, jakiego doznał za jego sprawą. Pewien mały francuski statek piracki został już niemal obiecany Jackowi. Piękny, świeżo zdobyty, z nowym miedzianym poszyciem i okuciami. Z Gibraltaru przypłynął wtedy dziwnym trafem brat sekretarza i o objęciu tego dowództwa Jack Aubrey mógł tylko pomarzyć.
- Pocałujcie mnie w tyłek! - rzekł głośno, przypomniawszy sobie bezsilną uległość, z jaką przyjął wówczas tę wiadomość, połączoną z obietnicami bliżej nie określonych korzyści w dalszej przyszłości i z kolejnymi zapewnieniami o dobrej woli sekretarza. Miejsce tych nieprzyjemnych wspomnień zajęły teraz inne, znacznie świeższe. Jack przypomniał sobie swoje zachowanie na dzisiejszym koncercie. Pozwolił przejść obok siebie owemu małemu człowieczkowi bez jakiejkolwiek riposty. Nie potrafił znaleźć odpowiednio miażdżącej uwagi, która jednocześnie nie byłaby zbyt grubiańska. W rezultacie tych smętnych rozmyślań poczuł głębokie obrzydzenie do samego siebie, do człowieczka w czarnym płaszczu i do służby w królewskiej marynarce. Zbrzydła mu też aksamitna miękkość kwietniowej nocy, chór słowików w koronach drzew pomarańczowych i migoczące gwiazdy wiszące tak nisko, że zdawały się dotykać szczytów najwyższych palm.
Jack wynajmował pokój w gospodzie "Pod Koroną". Oberża ta pod pewnymi względami przypominała swą sławną imienniczkę w Portsmouth. Nad wejściem wisiał taki sam olbrzymi złoto-szkarłatny szyld, pozostałość po poprzednich brytyjskich okupacjach; budynek został wzniesiony około 1750 roku w najczystszym angielskim stylu. Pominąwszy dachówki, nie można było dopatrzyć się w tej budowli jakichkolwiek związków z architekturą śródziemnomorską. Na tym jednak wszelkie podobieństwa do Portsmouth się kończyły. Właściciel pochodził z Gibraltaru, obsługę stanowili Hiszpanie lub raczej hispanojęzyczni mieszkańcy Minorki. W środku pachniało oliwą z oliwek, sardynkami i winem. Nikt nawet nie myślał o eklerach, ciastkach czy choćby porządnej leguminie. Z drugiej strony w żadnym angielskim zajeździe nie było pokojówki tak podobnej do dojrzałej brzoskwini jak piękna Mercedes. To ona właśnie wbiegła na słabo oświetlony podest schodów i zawołała w stronę wchodzącego na górę Jacka:
- List, teniente*, ja zaraz go panu przynieść!
Chwilę później stała obok niego, szczerze uradowana i wyraźnie z siebie zadowolona. Aubrey zbyt dobrze jednak wiedział, że żaden adresowany do niego list nie może zawierać nic specjalnie przyjemnego. Dlatego odwzajemnił radość dziewczyny jedynie przelotnym spojrzeniem na jej biodra i wymuszonym uśmiechem.
- I pan kapitan Allen przyjść dla pana - dodała.
- Allen? Allen? Czegóż on, do diabła, mógł ode mnie chcieć?
Kapitan Allen był spokojnym, starszym mężczyzną. Jack wiedział o nim tylko tyle, że był amerykańskim lojalistą słynącym z niezmienności swego postępowania: zawsze zmieniał hals, niespodziewanie wykładając ster na zawietrzną, i nosił długą kamizelkę.
- Och, pewnie chodzi o ten pogrzeb… - domyślił się porucznik. - Składka.
- Pan smutny, teniente? - zapytała Mercedes, odchodząc w głąb korytarza. - Jaki pan biedny…
Jack wziął świecę ze stolika i ruszył w stronę swojego pokoju. Nie zawracał sobie głowy listem - zainteresował się nim dopiero po zdjęciu munduru i kołnierzyka. Najpierw podejrzliwie obejrzał przesyłkę ze wszystkich stron. Nieznana ręka napisała w adresie: Pan Kapitan Aubrey, Royal Navy.
- Jakiś cholerny głupiec. - Jack zmarszczył brwi i odwrócił list na drugą stronę. Czarna lakowa pieczęć była rozmazana i pomimo obracania jej pod różnymi kątami do światła nie można było rozpoznać herbu. - Nie wiem, czyj to może być znak - powiedział do siebie. - W każdym razie to na pewno nie stary Hunks. On nigdy nie pieczętuje tak swoich listów. - Hunks był jego agentem, wierzycielem, krwiopijcą.
Zdobywszy się wreszcie na odwagę, Aubrey złamał pieczęć i przeczytał list:

Od Jaśnie Szanownego Lorda Keitha, Kawalera Orderu Łaźni, admirała i głównodowodzącego okrętami oraz jednostkami pływającymi Jego Królewskiej Mości, odbywającymi służbę bądź w przyszłości przeznaczonymi do służby na Morzu Śródziemnym, itd., itd., itd.
Biorąc pod uwagę to, iż kapitan Samuel Allen został przeniesiony ze slupa Jego Królewskiej Mości "Sophie" na fregatę "Pallas" w związku ze śmiercią kapitana Jamesa Bradby'ego, postanawia się, co następuje:
Niniejszym zostaje pan odkomenderowany na pokład "Sophie" w celu objęcia obowiązków dowódcy tegoż okrętu. Od oficerów i załogi wspomnianego slupa oczekuje się pełnego posłuszeństwa i odpowiedniego szacunku wobec pana jako ich przełożonego. Pan zaś postępować ma zgodnie z ogólnymi drukowanymi Instrukcjami oraz wszelkimi rozkazami i wskazówkami, jakie od czasu do czasu będzie pan otrzymywał od wyższych od siebie rangą oficerów w służbie Jego Królewskiej Mości. Kto odmówi wykonania owych poleceń, czy to pan, czy którykolwiek z członków załogi, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i surowo ukarany.
Proszę traktować powyższe jako rozkaz dla pana.
Wydano na pokładzie okrętu flagowego
"Foudroyant"
na morzu, 1 kwietnia 1800 roku.

Dla szlachetnie urodzonego Johna Aubreya,
niniejszym mianowanego dowódcą
slupa Jego Królewskiej Mości "Sophie"
pod komendą admirała Thosa Walkera

Oczy objęły treść w jednej chwili, lecz umysł nie chciał czytać ani wierzyć. Policzki porucznika poczerwieniały. Z zaskakująco poważną i surową twarzą przeliterował całość linijka po linijce. Czytał coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie serce Jacka po brzegi wypełniła wszechogarniająca fala radości. Jego twarz poczerwieniała jeszcze bardziej, usta bezwiednie się rozchyliły. Roześmiał się głośno, uderzył dłonią w kartkę, poskładał list starannie, potem go rozłożył i ponownie przeczytał z najwyższą uwagą. Przez mrożącą krew w żyłach sekundę wydawało mu się, że cała ta otwierająca się przed nim na nowo rzeczywistość zawali się z hukiem, gdyż dopiero teraz dostrzegł ową nieszczęsną datę. Spojrzał na papier pod światło i z ulgą rozpoznał znak wodny Admiralicji, tę kotwicę nadziei; godną najwyższego respektu i wiary, realną jak skała Gibraltaru.
Nie umiał zachować spokoju. Chodząc szybko tam i z powrotem po pokoju, włożył mundur, potem go zdjął i chichocząc, wymamrotał kilka nie powiązanych ze sobą zdań.
- A ja się tak martwiłem… Cha, cha… Taki przyjemny mały bryg, znam go przecież dobrze… Cha, cha… Uważałbym się za najszczęśliwszego człowieka na ziemi nawet jako dowódca najpodlejszej łajby, nawet jako kapitan "Vulture", tego pływającego śmietnika… Jako kapitan jakiegokolwiek okrętu… Wspaniałe kaligraficzne pismo. I jaki dobry papier… To chyba jedyny w całej flocie bryg z pokładem rufowym: na pewno przyjemna kapitańska kabina… Doskonała pogoda. Jest tak ciepło… Cha, cha… Żeby tylko udało mi się zdobyć ludzi. To będzie największy problem…
   Jack był wprost niewyobrażalnie spragniony i głodny. Rzucił się w stronę dzwonka i nie czekając, aż koniec sznura przestanie się poruszać, wystawił głowę na korytarz i zawołał pokojówkę.
- Mercy! Mercedes! Och, nareszcie jesteś, moja droga! Co możesz mi przynieść do jedzenia? Do jedzenia. Jeść. Mangiare? Może pollo? Pieczone, zimne. I butelkę wina. Rozumiesz? Vino… Nie! Dwie butelki! I jeszcze coś, Mercy. Czy możesz potem przyjść i zrobić coś dla mnie? Chciałbym… desirer… żebyś przyszyła mi guzik. Szyć. Cosare…
- Dobrze, teniente - odpowiedziała Mercedes. Jej oczy poruszyły się żywo, a śnieżnobiałe zęby zalśniły w blasku świecy.
- Już nie teniente! - zawołał Jack, obejmując w żelaznym uścisku szczupłą kibić dziewczyny. - Kapitanie! Capitano. Cha, cha, cha!

Obudził się rano z głębokiego snu. Od razu był w pełni świadomy. Zanim zdążył otworzyć oczy, już cały umysł wypełniony miał myślami o otrzymanym awansie.
   "Nie jest to oczywiście okręt pierwszej klasy" - zauważył Aubrey w duchu. - "Któż jednak chciałby bezsensownego dowództwa na olbrzymim okręcie liniowym, bez najmniejszej szansy na samodzielną akcję? Gdzie ta "Sophie" teraz stoi? Za nabrzeżem amunicyjnym, przy kei obok "Rattlera". Muszę zaraz zejść na dół i obejrzeć mój okręt. Nie warto tracić ani minuty. Nie, nie. Nie należy tego robić. Lepiej się zapowiedzieć, tak żeby byli uczciwie uprzedzeni. Nie… Pierwsze, co powinienem zrobić, to pójść i podziękować, gdzie trzeba. Powinienem też spotkać się z Allenem. Poczciwy stary Allen… Muszę życzyć mu wszystkiego dobrego".
Pomimo tych planów Jack poszedł najpierw do sklepu mundurowego po drugiej stronie ulicy. Udało mu się tam powiększyć swój nieco bardziej teraz elastyczny kredyt do równowartości ciężkiego, masywnego epoletu, oznaki świeżo uzyskanej rangi. Sklepikarz umocował natychmiast nowy nabytek na lewym ramieniu swego klienta. Z wyraźnym zadowoleniem przyglądał się ostatecznemu rezultatowi, patrząc w podłużne lustro zza pleców przeglądającego się Jacka.
Zamykając za sobą drzwi sklepu, Aubrey dostrzegł po przeciwnej stronie ulicy, obok kawiarni, znajomą sylwetkę człowieczka w czarnym płaszczu. Przypomniawszy sobie wydarzenia poprzedniego wieczora, przeszedł szybko przez ulicę.
- Panie… Panie Maturin! Więc jednak się spotkaliśmy. Winien jestem panu przeprosiny. Obawiam się, że wczoraj na koncercie trochę poniosły mnie emocje. Mam szczerą nadzieję, że zechce mi pan wybaczyć. My, marynarze, tak rzadko mamy kontakt z prawdziwą muzyką… Nie wiemy, jak się zachować w eleganckim towarzystwie. Jeszcze raz serdecznie pana przepraszam.
- Ależ, mój drogi panie… - odparł ubrany na czarno mężczyzna. Na jego trupiobladej twarzy pojawił się niezdrowy rumieniec. - Moim zdaniem miał pan wszelkie prawo do najwyższych uniesień. Nigdy w życiu nie słyszałem lepiej grającego kwartetu. Takie zgranie, taka głębia wyrazu. Czy pozwoli pan zaprosić się na filiżankę gorącej czekolady lub kawy? Sprawiłby mi pan największą przyjemność…
- To bardzo miło z pańskiej strony - powiedział Jack. - Zgadzam się z przyjemnością. Szczerze mówiąc, jestem dziś od rana tak podekscytowany, że zapomniałem zupełnie o śniadaniu. Właśnie zostałem awansowany - dodał, wybuchając trochę wymuszonym śmiechem.
- Och! Doprawdy? Gratuluję panu z całego serca. Proszę do środka!
Widząc wchodzącego do kawiarni Maturina, kelner pomachał wskazującym palcem, w owym śródziemnomorskim geście negacji, naśladując jakby ruchy wahadła odwróconego do góry nogami. Maturin wzruszył na to ramionami.
- Znowu nic. Poczta idzie dzisiaj naprawdę bardzo powoli… - odezwał się do Jacka i zwracając się do kelnera w jego ojczystym języku, po katalońsku, powiedział: - Przynieś nam gorącą czekoladę, Jep. I trochę dobrze ubitej śmietany.
- Mówi pan po hiszpańsku? - Jack usiadł, odsuwając na boki poły swego płaszcza, by odsłonić szpadę. Uczynił to tak szerokim ruchem, iż przez chwilę całe pomieszczenie zdawało się być wypełnione błękitem. - To musi być coś wspaniałego. Znać hiszpański! Wiele razy próbowałem się uczyć. Tak samo z włoskim i francuskim. Nic mi nigdy z tego nie wychodziło. W zasadzie wszyscy oni mnie rozumieli, ale ja jakoś nie potrafiłem ich zrozumieć. Ci ludzie mówią zawsze tak szybko… Jestem tym kompletnie załamany. Obawiam się, że cały problem tkwi tutaj - rzekł, uderzając się palcami w czoło. - Podobnie wyglądała sprawa z łaciną, gdy byłem mały. Jak ja wtedy obrywałem od starego Pagana. - To wspomnienie tak szczerze go rozbawiło, że nawet kelner niosący czekoladę roześmiał się głośno i powiedział:
- Piękny mamy dzisiaj dzień, panie kapitanie. Naprawdę, bardzo piękny.
- Rzeczywiście piękny dziś dzień - zgodził się Jack, z życzliwością spojrzawszy w szczurzą twarz kelnera. - Bello soleil. To prawda. Nie zdziwię się, jeśli zacznie wkrótce wiać tramontana - dodał, schylając się i patrząc w górę przez okno, po czym odwrócił się w stronę Maturina. - Już dziś rano zauważyłem, że niebo na północnym wschodzie jest lekko zielonkawe. Pomyślałem sobie wtedy, iż nie będę zaskoczony, jeśli tramontana zawieje, jak tylko ucichnie morska bryza.
- To dziwne, że nie ma pan zdolności do nauki języków obcych - zauważył jego rozmówca, który nie miał w tej chwili nic ciekawego do powiedzenia o pogodzie. - Wydaje mi się, że ktoś o dobrym słuchu muzycznym nie powinien mieć większych trudności z nauką obcej mowy. Zawsze myślałem, iż obie te umiejętności idą ze sobą w parze.
- Z filozoficznego punktu widzenia ma pan zapewne rację - przyznał Jack. - Ze mną jest jednak tak, jak jest. Może dlatego, że mój słuch muzyczny nie jest wcale doskonały. Tak czy inaczej, bardzo kocham muzykę. Bóg jedyny wie, jak czasem ciężko jest mi znaleźć właściwą nutę.
- Pan gra, sir?
- Troszeczkę. Od czasu do czasu dręczę moje skrzypce.
- Tak samo jak ja! Zupełnie tak samo! Gdy tylko mam chwilkę wolnego czasu, próbuję pogrywać sobie na wiolonczeli.
- To prawdziwie szlachetny instrument - zauważył Jack i obaj panowie rozpoczęli dyskusję o Boccherinim, smyczkach i kalafonii. Rozprawiali tak z wielką przyjemnością aż do chwili, w której brzydki zegar ścienny, o podobnym do liry wahadle, zaczął wybijać godzinę. Aubrey opróżnił filiżankę i odsunął krzesło. - Myślę, że pan mi wybaczy. Mam jeszcze dzisiaj w planie kilka oficjalnych wizyt i rozmowę z mym poprzednikiem. Chyba jednak się pan nie obrazi, jeśli pozwolę sobie zaprosić pana dzisiaj na obiad?
- Przyjmuję pańskie zaproszenie z największą przyjemnością. - Maturin skłonił się nisko.
Stanęli przy drzwiach.
- Może umówilibyśmy się o trzeciej po południu "Pod Koroną"? - zaproponował Jack. - W marynarce rzadko udaje nam się jadać wcześniej. Ja o tej porze jestem już zawsze strasznie głodny i zły. Myślę jednak, że mi pan to wybaczy. Zmoczymy pędzel, a potem może pomuzykujemy sobie trochę, jeżeli to oczywiście panu nie przeszkadza.
- Czy pan widzi?! Dudek! - zawołał niespodziewanie towarzysz Jacka.
- Co to takiego?
- Ptak. Ten z podobnym do wachlarza pióropuszem i prążkowanymi skrzydłami. Dudek. Upupa epops. Tam! Tam na dachu. Tam! Tam!
- Gdzie? Gdzie? W jakim namiarze?
- Już odleciał. Od kiedy tu przybyłem, miałem nadzieję zobaczyć dudka. I proszę! W samym środku miasta! Port Mahon musi być szczęśliwym miejscem, skoro ma takich mieszkańców. Przepraszam pana. Chyba się przesłyszałem. Czyżby mówił pan coś o moczeniu pędzli?
- Och, tak! To takie gwarowe wyrażenie, którego używamy w Royal Navy. Pędzel to właśnie to… - wyjaśnił Jack, dotykając dłonią swego imponującego epoletu. - Kiedy zakładamy go pierwszy raz, moczymy go, czyli wypijamy butelkę wina. Czasem dwie butelki.
- Doprawdy? - Maturin w charakterystyczny dla cywilów sposób ze zdziwieniem pochylił głowę. - To ozdoba, oznaka stopnia wojskowego, jak mi się zdaje. Rzeczywiście, wygląda wspaniale. Czy nie zapomniał pan jednak o drugim ramieniu, sir?
- No cóż… - Jack roześmiał się. - Muszę przyznać, że chciałbym mieć już prawo do noszenia dwóch takich epoletów. Tymczasem życzę panu dobrego dnia i dziękuję za wyśmienitą czekoladę. Cieszę się bardzo, że zobaczył pan tego swojego bubka!
W pierwszej kolejności wypadało Jackowi złożyć wizytę starszemu kapitanowi, dowódcy marynarki wojennej w Port Mahon. Komendant Harte mieszkał w okazałej rezydencji należącej do niejakiego Martineza, hiszpańskiego kupca. Pokoje urzędowe znajdowały się po drugiej stronie dziedzińca. Przechodząc przez podwórze, Jack usłyszał dźwięki harfy. Muzyka ucichła na chwilę i rozległ się głuchy odgłos opuszczanych żaluzji - słońce już nieźle przygrzewało. Małe jaszczurki, gekony, zaczęły pośpiesznie zajmować swe miejsca na jaskrawo oświetlonych promieniami słonecznymi ścianach.
Kapitan Harte był niskim mężczyzną, w pewien sposób podobnym do lorda St Vincenta. Trzeba zresztą przyznać, że ze swej strony robił on wszystko, by jak najbardziej podkreślić to podobieństwo przez grubiańską nieuprzejmość wobec podkomendnych i przynależność do partii liberalnej. Trudno powiedzieć, czy Harte nie lubił Jacka z powodu aż nadto wyraźnej pomiędzy nimi różnicy wzrostu czy też podejrzewał go o romans ze swą żoną. Tak czy inaczej obaj panowie już od dawna za sobą nie przepadali.
- Gdzie pan się do diabła podziewał, panie Aubrey? - zawołał komendant na widok Jacka. - Spodziewałem się pana u siebie wczoraj wieczorem! Allen też czekał wczoraj na pana! Z prawdziwym zdumieniem dowiedziałem się, że w ogóle się pan z nim nie widział. Oczywiście życzę panu jak najlepiej - mówił z ponurą twarzą - lecz moim zdaniem w bardzo dziwny sposób obejmuje pan pierwsze samodzielne dowództwo. Allen jest teraz już dobre sześćdziesiąt mil stąd, a razem z nim wszyscy prawdziwi marynarze i oficerowie z "Sophie". Co zaś się tyczy ksiąg, pokwitowań i rachunków, musieliśmy je wszystkie jakoś uporządkować. To naprawdę niesłychane. Coś podobnego!
- Fregata "Pallas" wyszła w morze, sir?! - zawołał Jack zaskoczony.
- Odpłynęła o północy. - Kapitan Harte wypowiedział te słowa z nie ukrywanym zadowoleniem. - Nie może pan oczekiwać, że obowiązki służbowe zaczekają, aż załatwi pan jakieś swoje prywatne sprawy czy przyjemności, panie Aubrey. Zostałem ponadto zobowiązany do skierowania do służby w porcie części pozostawionych przez kapitana Allena ludzi.
- Dowiedziałem się o wszystkim dopiero wczoraj w nocy, a dokładnie między godziną pierwszą i drugą.
- Doprawdy? Zadziwia mnie pan. Jestem zdumiony. List z całą pewnością został wysłany o właściwej porze. Na pewno zawinili tu ludzie z pańskiej gospody. Nie można w żaden sposób polegać na tych obcokrajowcach. Zapewne jest pan uradowany awansem. Muszę przyznać, że naprawdę nie wiem, jak chce pan wyjść w morze, nie mając na pokładzie ludzi zdolnych wyprowadzić okręt z portu. Allen zabrał swojego porucznika, felczera i wszystkich najlepszych podchorążych. Ja zaś nie mogę dać panu nawet jednego człowieka nadającego się do czegokolwiek.
- No cóż… - smutnym głosem odparł Jack. - Muszę zatem, jak mi się wydaje, próbować radzić sobie jakoś z tym, co mam.
Sytuacja była oczywista. Każdy normalny oficer, mający możliwość zejścia z małego, starego i powolnego brygu na piękną fregatę, taką jak "Pallas", uczyniłby to bez wahania. Od zamierzchłych czasów obowiązywała też niepisana zasada, w myśl której kapitan zmieniający okręt mógł zabrać ze sobą sternika i załogę swojej łodzi, a także kilku innych żeglarzy. Jeśli nikt z przełożonych dokładnie się tym nie zainteresował, mogły tu zostać przekroczone zwyczajowo ustalone granice.
- Mogę przydzielić panu kapelana. - Komendant szydził z sadystycznym wręcz zadowoleniem.
- Czy on może umie stawiać i refować żagle albo sterować? - Jack starał się za wszelką cenę zachować spokój. - Jeśli nie, to proszę mi wybaczyć. Rezygnuję.
- W takim razie żegnam pana, panie Aubrey. Dziś po południu prześlę panu pańskie rozkazy.
- Do widzenia, sir. Mam nadzieję, że pani Harte jest u siebie. Muszę jej złożyć wyrazy uszanowania i pogratulować występu na wczorajszym koncercie. Sprawiła nam wszystkim prawdziwą przyjemność.
- Czyżby więc był pan w pałacu gubernatora? - zdziwił się kapitan Harte. Podła przewrotność tego pytania polegała na tym, że komendant doskonale znał odpowiedź. - Gdyby nie wałęsał się pan po nocy, mógłby pan wejść na pokład swojego slupa w sposób, jaki przystoi prawdziwemu oficerowi. Trudno pojąć, jak to możliwe, by młody człowiek wolał towarzystwo włoskich grajków i eunuchów od objęcia swego pierwszego samodzielnego dowództwa…!