Kategorie

Droga rzadziej wędrowana

  • Kod: 83-7298-105-1
  • Dostępność: Jest
  • Autor: Peck, M. Scott
  • Cena w naszym sklepie: 31,00 zł
    Cena detaliczna: 35,00 zł

Droga rzadziej wędrowana od czasu pierwszego wydania przed dwudziestu pięciu laty wciąż zajmuje czołowe miejsca na prestiżowych listach bestsellerów; jest najbardziej poczytną książką o rozwoju duchowym człowieka (sprzedano ponad dwadzieścia milionów egzemplarzy w ponad trzydziestu językach). Jest napisana lekko, bez uciekania się do naukowej nowomowy, łatwych recept czy ogólnikowych sformułowań. Stawiając znak równości między rozwojem duchowym a psychicznym człowieka, dr Peck - psychiatra, myśliciel i terapeuta - stwierdza, że psychologia i religia uzupełniają się w procesie dążenia ku Pełni Człowieczeństwa. Autor przedstawia takie metody radzenia sobie z trudnościami codziennego dnia, dzięki którym można je skutecznie pokonywać, a zarazem osiągać coraz wyższe poziomy świadomości.

Rok wydania: 2003
Stron: 320
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 20
Tłumacz: Cezary Eugeniusz Urbański

Spis treści i fragment tekstu:

SPIS TREŚCI

 

 

Wstęp z okazji 25. rocznicy wydania Drogi rzadziej wędrowanej 90999
Wprowadzenie 90913

Część pierwsza
Dyscyplina

Problemy i cierpienie 90916
Odraczanie gratyfikacji 90919
Grzechy ojców 90922
Rozwiązywanie problemów i czas 90927
Odpowiedzialność 90933
Nerwice i charakteropatie 90935
Ucieczka od wolności 90940
Wierność rzeczywistości 90944
Przeniesienie: mapa nieaktualna 90947
Otwartość na wyzwania 90951
Zatajanie prawdy 90959
Zachowywanie równowagi 90963
Ożywcze działanie depresji 90969
Wyrzeczenie i odrodzenie 90972

Część druga
Miłość
Miłość zdefiniowana 90980
"Zakochanie się" 90983
Mit romantycznej miłości 90990
Więcej o granicach ego 90993
Uzależnienie 99197
Kateksja bez miłości 99104
"Poświęcenie się" 99110
Miłość nie jest uczuciem 99115
Trud uwagi 99119
Ryzyko straty 99130
Ryzyko niezależności 99133
Ryzyko zobowiązania 99139
Ryzyko konfrontacji 99150
Miłość jest zdyscyplinowaniem 99155
Miłość jest odrębnością 99161
Miłość i psychoterapia 99170
Misterium miłości 99181


Część trzecia
Rozwój i religia
Religia a widzenie świata  99186
Nauka jako religia  99194
Przypadek Kathy 99199
Przypadek Marcii 99210
Przypadek Theodore'a 99212
Wylewanie dziecka z kąpielą 99224
Naukowa wizja tunelowa 99228


Część czwarta
Łaska
Cud zdrowia 99238
Cud nieświadomego 99246
"Cud z Serendibu" 99257
Definicja łaski 99263
Cud ewolucji 99266
Alfa i Omega 99272
Entropia i grzech pierworodny 99275
Problem zła 99281
Ewolucja świadomości 99283
Natura władzy 99288
Łaska a choroba psychiczna:  mit Orestesa 99293
Opór wobec łaski 99301
Przyjęcie łaski 99311
Posłowie 99317

 

 

WSTĘP Z OKAZJI  25. ROCZNICY WYDANIA  DROGI RZADZIEJ WĘDROWANEJ

Jutro ktoś obcy będzie miał absolutną słuszność,
mówiąc to, cośmy myśleli i czuli przez cały czas.

RALPH WALDO EMERSON
esej O poleganiu na sobie

W  listach otrzymywanych od czytelników po opublikowaniu Drogi rzadziej wędrowanej najczęściej znajdowałem wyrazy wdzięczności za moją odwagę - nie za powiedzenie czegoś nowego, lecz za napisanie o sprawach, o których cały czas myśleli i które cały czas przeczuwali, a o których bali się mówić. Nie jestem pewien, czy "odwaga" jest w tym przypadku właściwym słowem. Wydaje mi się, że lepszym sformułowaniem byłoby "wrodzona skłonność do zapominania". Jedna z moich pacjentek niedługo po debiucie Drogi..., będąc na jakimś przyjęciu usłyszała urywek rozmowy między starszą kobietą a moją matką: "Musi być pani bardzo dumna ze swojego syna Scottiego", na co moja matka odpowiedziała z właściwą dla osób starszych rezerwą: "Dumna? Dlaczego? To nie moja zasługa, tylko jego umysłu. A poza tym - to dar".
Myślę, że moja matka nie miała racji, mówiąc, iż nie ma z tym nic wspólnego. Jednak uważam, że miała wiele racji co do autorstwa Drogi... - iż pod wieloma względami było ono darem.
Zwiastuny tego daru pojawiły się dość dawno. Moja żona Lily i ja przyjaźniliśmy się z pewnym młodym człowiekiem o imieniu Tom. Jego matka znała mnie od dawna, ponieważ gdy byłem dzieckiem, bawiłem się z jego starszymi braćmi. Na kilka lat przed wydaniem Drogi... Tom przyszedł do nas na kolację. Chwilowo zatrzymał się u swojej matki i przed naszym spotkaniem powiedział jej: "Mamo, jutro idę na kolację do Scotta Pecka. Pamiętasz go?". "Ależ tak - odpowiedziała. - To on był tym małym chłopcem, który zawsze mówił o sprawach, o których nie powinno się mówić".
Jak widać ów dar został mi dany rzeczywiście dość dawno temu, gdyż już w dzieciństwie było we mnie coś, co odróżniało mnie od większości moich rówieśników.
* * *
Ponieważ byłem autorem nieznanym, Droga... została opublikowana bez fanfar. Jej zaskakujący sukces przychodził stopniowo. Nie pojawiała się na krajowych listach bestsellerów przez pięć lat od jej pierwszego wydania w roku 1978. I cieszę się z tego. Gdyby odniosła sukces w jedną noc, nie wiem, czy okazałbym się na tyle dojrzały, by poradzić sobie z nieoczekiwaną sławą.
Droga... była "śpiochem" i dowiadywano się o niej głównie pocztą pantoflową. Informacje o niej rozchodziły się powoli kilkoma kanałami. Jednym z nich była wspólnota Anonimowych Alkoholików. Pierwszy list, który otrzymałem, zaczynał się od słów: "Drogi doktorze Peck, pan musi być alkoholikiem!". Autor listu nie mógł sobie wyobrazić, bym napisał taką książkę, nie będąc wieloletnim członkiem wspólnoty AA, którego choroba alkoholowa zmusiła do pokory.
Gdyby Droga... została opublikowana dwadzieścia lat wcześniej, wątpię, by ktokolwiek zwrócił na nią uwagę. Wspólnota AA, której działanie opiera się na Programie Dwunastu Kroków i do której należy wielu czytelników Drogi..., zaczęła przekształcać się w wielomilionową rzeszę ludzi podążających ścieżką duchowego rozwoju dopiero  w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W tym samym czasie również inne metody psychoterapii coraz bardziej się rozpowszechniały. Tak więc gdy w 1978 roku ukazało się pierwsze wydanie Drogi..., w Stanach Zjednoczonych było już na tyle dużo kobiet i mężczyzn potrzebujących wsparcia psychologicznego i duchowego, że zaczęto dość powszechnie zastanawiać się nad sprawami, "o których nie powinno się mówić". Wszyscy ci ludzie z niecierpliwością czekali na kogoś, kto wreszcie głośno o tych sprawach powie. Z tych przyczyn zainteresowanie Drogą... lawinowo narastało i nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Gdyby obecnie poproszono mnie o wygłoszenie wykładu dla czytelników moich książek, powiedziałbym im: "Nie jesteście typowymi przedstawicielami amerykańskiego społeczeństwa. Jednak wszyscy wykazujecie pewne cechy wspólne. Jedną z nich jest ta, iż wielu z was odbywało lub kontynuuje terapię na Programie Dwunastu Kroków, ewentualnie uczestniczy w innych formach psychoterapii. Myślę, że nie naruszę waszej anonimowości, prosząc o podniesienie ręki tych spośród was, którzy korzystali lub korzystają z takiej terapii". Jestem pewien, że 95 procent mojego audytorium podniosłoby ręce. "A teraz rozejrzyjcie się wokół siebie - powiedziałbym i kontynuowałbym wykład tymi słowy: - Ma to wiele implikacji. Jedną z nich jest fakt, że należycie do wielkiej rzeszy osób, które nie odpowiadają kulturowym stereotypom". Mówiąc tak, miałbym na myśli między innymi to, że oni od dawna "mówią o sprawach, o których nie powinno się mówić". I zgodziliby się z tym, gdybym wyjaśnił, co rozumiem przez "nieodpowiadanie kulturowym stereotypom" i podkreślał niezwykłą doniosłość tego faktu.
Kilka osób nazwało mnie prorokiem. Mogę zaakceptować ten górnolotny tytuł tylko dlatego, że wiele z nich wskazywało, iż prorokiem nie jest ktoś, kto widzi przyszłość, lecz ktoś, kto umie czytać znaki czasu. Droga... odniosła sukces, ponieważ była książką, która pojawiła się we właściwym czasie. To czytelnicy przyczynili się do sukcesu tej książki.
* * *
Gdy Droga... ukazała się po raz pierwszy dwadzieścia pięć lat temu, naiwnie myślałem, że od razu stanie się przedmiotem licznych recenzji w prasie ogólnokrajowej. Dzięki Bogu doczekała się tylko jednej recenzji, ale za to jakiej! Dużą część sukcesu mojej książki muszę przypisać Phyllis Theroux. Phyllie, będąca wspaniałą pisarką, była wtedy również krytykiem i przypadkiem natrafiła na egzemplarz sygnalny Drogi... w stosie książek w biurze wydawcy "The Washington Post". Przeczytawszy spis treści, zabrała książkę do domu  i po dwóch dniach zwróciła z żądaniem, by to jej pozwolono ją zrecenzować. Wydawca z wielkim oporem przystał na to, Phyllie zaś, jak sama później powiedziała, "postanowiła napisać taką recenzję, która uczyniłaby z mojej książki bestseller". I tak właśnie się stało. Tydzień po ukazaniu się jej tekstu Droga... znalazła się wśród bestsellerów "The Washington D.C. Bestseller List". Dopiero po wielu latach trafiła na ogólnokrajowe listy najpopularniejszych tytułów. Jednak to recenzja Phyllie zapoczątkowała niebywałe zainteresowanie moją książką.
Jestem wdzięczny Phyllie z jeszcze jednego powodu. Gdy książka zaczęła zyskiwać rozgłos, zapragnąłem uspokoić Phyllie, że nie przewróci mi się od tego w głowie i nie będę zadzierał nosa, na co ona odrzekła: "Sam wiesz, że to nie jest twoja książka".
Natychmiast zrozumiałem, co miała na myśli. Każde z nas wiedziało, że Droga... nie jest w sensie dosłownym Słowem Bożym i że nie pisałem jej pod dyktando. Sam ją napisałem i jest w niej wiele miejsc, w których mogłem użyć lepszych słów i sformułowań. Nie jest doskonała i to ja ponoszę za to odpowiedzialność. Jednak mimo pewnych usterek, a także zapewne dlatego, że była książką potrzebną, jestem przekonany, że pisząc ją w samotności mojego małego biura, otrzymywałem pomoc. Nie mogę wyrazić słowami, na czym ta pomoc polegała, lecz moje jej doświadczanie nie było niczym wyjątkowym. W rzeczy samej, Droga... poświęcona jest tej właśnie pomocy.

 

WPROWADZENIE

 

 

Idee prezentowane w niniejszej książce zrodziły się przede   wszystkim z mojej codziennej pracy z pacjentami walczącymi o uniknięcie lub uzyskanie wyższych poziomów dojrzałości. Z tej przyczyny zawiera ona fragmenty opisów rzeczywistych przypadków chorobowych.
Ponieważ tajemnica lekarska jest bezwzględnym wymogiem praktyki psychiatrycznej, imiona, nazwiska i niektóre szczegóły musiały zostać tak zmienione, by zachować anonimowość moich pacjentów, a jednocześnie zagwarantować autentyzm opisów naszych wspólnych doświadczeń. Mimo moich starań przytaczane historie mogły ulec pewnemu zniekształceniu ze względu na dokonane przeze mnie skróty. Psychoterapia rzadko kiedy trwa krótko, lecz ponieważ  z konieczności skupiałem się na najważniejszych faktach, czytelnik może odnieść wrażenie, że dramaturgia przypadków sprowadza się do kilku jasno zdefiniowanych odsłon. Są to naprawdę dramatyczne historie i w pewnych sytuacjach udaje się osiągnąć klarowny obraz, lecz czytelnik musi zdać sobie sprawę, że w trosce o zrozumiałość przypadków pomijałem wiążące się nieodłącznie z procesem psychoterapii długie okresy frustracji, niepewności i błądzenia po omacku.
Chciałbym też wytłumaczyć, dlaczego mówiąc o Bogu, używałem rodzaju męskiego; czyniłem tak, chcąc uprościć sposób wyrażania, a nie ze względu na przypisywanie Bogu określonej płci.
Jako psychiatra uważam, że na samym początku powinienem powiedzieć o dwóch założeniach. Po pierwsze, nie czynię rozróżnienia między umysłem i duchem, a co za tym idzie - między rozwojem duchowym a rozwojem psychicznym. Uważam, że są tożsame. Po drugie, zakładam, że rozwój duchowy jest procesem złożonym, żmudnym i trwającym przez całe życie. Jeżeli psychoterapia ma istotnie przyczynić się do tego rozwoju, to nie może być procesem ani szybkim, ani łatwym. Nie należę do jakiejś szczególnej szkoły psychiatrii czy psychoterapii: nie jestem freudystą, jungistą, adlerystą, behawiorystą czy gestaltystą sensu stricte. Uważam, że nie ma uniwersalnego, jednego, łatwego i skutecznego rozwiązania. Uważam też, że krótkotrwałe formy psychoterapii mogą być pomocne i nie należy ich dyskredytować, jednak  z założenia są bardzo powierzchowne i mogą pomóc tylko  w ograniczonym zakresie. Wędrówka drogą rozwoju duchowego trwa przez całe życie.
Chciałbym podziękować tym moim pacjentom, którzy obdarzyli mnie przywilejem towarzyszenia im w głównych etapach wędrówki tą drogą. Bo ich wędrówka była również moją i w tej książce prezentuję wiele z tego, czego razem się nauczyliśmy. Chciałbym również wyrazić wdzięczność i podziękować wszystkim moim nauczycielom i kolegom, a także mojej żonie Lily. Jej wkład - jako mądrej małżonki, matki, doświadczonej psychoterapeutki i dobrego człowieka - w powstanie tej książki jest nie mniejszy od mojego.

 

 

 

 

 

 

PROBLEMY I CIERPIENIE

 

 

Życie jest trudne.
   To wielka prawda, jedna z największych*. Dlatego jest prawdą wielką, bo gdy ją rzeczywiście poznamy, pójdziemy dalej. Gdy naprawdę przyjmiemy do wiadomości, że życie jest trudne - gdy rzeczywiście to zrozumiemy i zaakceptujemy - życie przestanie być trudne. Akceptacja tego, że życie jest trudne, sprawia, iż fakt ten przestaje się liczyć.
Większość ludzi nie w pełni dostrzega tę prawdę, że życie jest trudne. I dlatego częściej lub rzadziej, głośniej lub ciszej skarży się na problemy, na brzemię, jakie przyszło im nieść, i trudności, tak jakby życie powinno być łatwe. Wyrażają pogląd - głośno lub po cichu - że ich trudności są nieszczęściem, na które nie zasłużyli i które nie wiadomo dlaczego spotyka właśnie ich, ich rodzinę, plemię, klasę, naród, rasę, lub nawet cały rodzaj ludzki. Wiem coś o tym biadaniu, bo sam się na nim czasem przyłapuję.
Życie to ciąg problemów. Czy mamy zatem na nie narzekać, czy starać się je rozwiązać? Czy chcemy uczyć nasze dzieci ich rozwiązywania? Podstawowym systemem technik rozwiązywania problemów życiowych jest dyscyplina. Bez niej nic nie wskóramy. Częściowa dyscyplina pozwoli nam rozwiązać tylko część problemów, pełna - wszystkie.
Życie jest dlatego trudne, że konfrontacja z problemami  i ich rozwiązywanie jest procesem bolesnym. W zależności od swojej natury problemy wywołują w nas frustrację, urazę lub smutek, poczucie osamotnienia lub winy, żal, gniew, lęk, przerażenie, udrękę lub desperację. Są to nieprzyjemne uczucia - niekiedy porównywalne z największym bólem fizycznym. A ponieważ życie to nie kończący się ciąg problemów, więc jest ono zawsze trudne i pełne zarówno cierpienia, jak i radości.
Jednak to właśnie napotykane problemy i ich rozwiązywanie sprawia, że życie ma sens. Nasza umiejętność radzenia sobie z nimi jest probierzem odróżnienia sukcesu od porażki. Bo problemy wymagają od nas odwagi i mądrości, w rzeczy samej - one je współtworzą. Tylko dzięki problemom rozwijamy się psychicznie i duchowo. Chcąc wesprzeć czyjś rozwój duchowy, staramy się pobudzić i zmobilizować jego zdolność do rozwiązywania problemów. Jest to proces analogiczny do celowego stawiania rozmaitych zadań dzieciom w szkole. Uczymy się poprzez ból konfrontacji i rozwiązywania problemów. Benjamin Franklin powiedział: "To, co boli, kształci". Z tej przyczyny ludzie roztropni uczą się nie wpadać z powodu problemów w panikę, lecz stawiają im czoło i akceptują ból, jaki niesie z sobą ich rozwiązywanie.
Większość z nas nie jest tak roztropna. Z obawy przed bólem niemal każdy stara się unikać problemów. Odkładamy ich załatwienie na później, mając cichą nadzieję, że miną same. Ignorujemy je, zapominamy o nich lub zaprzeczamy ich istnieniu. Sięgamy po leki psychotropowe lub narkotyki, by znieczuliły nas na ból lub pomogły zapomnieć o jego przyczynach. Próbujemy problemy obchodzić, zamiast zmierzyć się z nimi. Usiłujemy ich uniknąć, zamiast je przecierpieć.
Właśnie ta tendencja do unikania problemów i związanego z nimi emocjonalnego cierpienia stanowi pierwotne podłoże większości chorób psychicznych. Wielu z nas w mniejszym lub większym stopniu ulega tej skłonności, toteż na ogół nie jesteśmy całkiem zdrowi psychicznie. W skrajnych przypadkach owo unikanie problemów i cierpienia związanego z ich rozwiązywaniem skłania niektóre osoby do fantazjowania  i ucieczki do świata urojonego, nie mającego nic wspólnego z rzeczywistością. Carl Gustav Jung ujął to w dosadnym,  a jednocześnie eleganckim zdaniu: "Nerwica jest zawsze substytutem uzasadnionego cierpienia"*. Ów substytut staje się w końcu bardziej bolesny niż uzasadnione cierpienie, którego uniknięciu miał służyć. Wówczas sama nerwica staje się najpoważniejszym problemem. Wielu usiłuje uwolnić się od niego, budując - warstwa po warstwie - kolejne nerwice. Niektórzy zdobywają się na odwagę stawienia czoła nerwicy i - zazwyczaj z pomocą psychoterapii - uczą się, jak doświadczać uzasadnionego cierpienia. Zawsze, kiedy unikamy uzasadnionego cierpienia, rezygnujemy z możliwości rozwoju, jaką daje nam rozwiązywanie problemów. Dlatego człowiek cierpiący na chroniczną chorobę psychiczną przestaje się rozwijać, a jego nie uzdrowiony duch więdnie.
Uczmy się sami i wpajajmy naszym dzieciom sposoby dbania o zdrowie psychiczne i duchowe. Mam na myśli zachęcanie siebie samych i naszych dzieci do uczenia się, że cierpienie jest niezbędne, do doceniania jego wartości, do bezpośredniej konfrontacji z problemami oraz doświadczania cierpienia towarzyszącego ich rozwiązywaniu.
Jak powiedziałem, dyscyplina jest podstawowym narzędziem rozwiązywania problemów życiowych. W kolejnych rozdziałach książki przekonamy się, że na to narzędzie składają się różne sposoby doświadczania bólu towarzyszącego rozwiązywaniu problemów. Gwarantują one uporanie się  z nimi, a zarazem stwarzają możliwość nauki i rozwoju duchowego. Ucząc się dyscypliny, uczymy się, jak cierpieć, a jednocześnie rozwijamy się.
Jakie techniki doświadczania bólu towarzyszącego konstruktywnemu rozwiązywaniu problemów składają się na to, co nazywam dyscypliną? Są nimi: odraczanie gratyfikacji, przyjęcie odpowiedzialności, wierność rzeczywistości i zachowywanie równowagi. Jak się przekonamy, techniki te nie są skomplikowane, a posługiwanie się nimi nie wymaga intensywnego treningu. Wręcz przeciwnie - są tak proste, że mogą je z powodzeniem stosować nawet dziesięcioletnie dzieci. Nierzadko jednak zdarza się, że prezydenci i królowie zapominają o nich - najczęściej na swoją zgubę. Problem tkwi nie tyle w ich złożoności, ile w braku woli ich stosowania.  A to dlatego, że służą konfrontacji z bólem, a nie jego unikaniu. Jeśli ktoś chce unikać uzasadnionego cierpienia, to nie będzie chciał z nich korzystać. Dlatego też, po ich omówieniu, w następnych rozdziałach przyjrzymy się bliżej woli ich stosowania, której źródłem jest miłość.

 

ODRACZANIE GRATYFIKACJI


Pewna trzydziestoletnia kobieta, specjalista od finansów, od   kilku miesięcy skarżyła się na skłonność do odkładania trudniejszych zadań służbowych na później. Zajęliśmy się uczuciami, jakich doświadcza w stosunku do pracodawcy, do autorytetów jako takich, a zwłaszcza do rodziców. Zbadaliśmy jej nastawienie do pracy i sukcesu, jak się ono ma do jej małżeństwa, tożsamości seksualnej, pragnienia rywalizacji z mężem oraz lęku wywoływanego tą rywalizacją. Mimo przeprowadzenia rutynowej i skrupulatnej psychoanalizy jej skłonność do ociągania się z realizowaniem zadań służbowych nie zmalała. Wreszcie pewnego dnia dotarliśmy do sedna sprawy.
- Czy lubi pani ciastka? - spytałem.
Odpowiedziała, że tak.
- A którą ich część najbardziej? - pytałem dalej.
- Oczywiście, że tę, która jest najsmaczniejsza! - zawołała z entuzjazmem.
- A w jaki sposób je pani ciastka? - drążyłem temat, mając świadomość, że mogę zostać uznany za psychiatrę, który pomylił się ze swoim powołaniem.
- Ma się rozumieć, że najpierw zjadam to, co najsmaczniejsze - odpowiedziała.
Zakończywszy analizę jej gustów smakowych, przeszedłem do analizowania jej nawyków w pracy i - tak jak przypuszczałem - okazało się, że codziennie pierwsze godziny pracy przeznaczała na realizację zadań "najłatwiejszych i najprzyjemniejszych", czyli tych, które gratyfikują, natomiast te, których nie lubiła, zostawiała na później. Zasugerowałem, by spróbowała zmusić się do wykonania najtrudniejszych zadań tuż po przyjściu do pracy, wówczas reszta dnia wyda się jej przyjemniejsza.
- Myślę, że trochę cierpienia na początku dnia pracy, po którym nastąpi kilka godzin zajęć ciekawszych, to bez wątpienia lepsze rozwiązanie niż chwila przyjemności na początek, a potem kilka godzin męki.
Zgodziła się ze mną, a będąc z natury osobą o silnej woli, zaprzestała odkładać najcięższą pracę na koniec dnia.
Odraczanie gratyfikacji jest procesem polegającym na planowaniu rzeczy przykrych i przyjemnych w taki sposób, by potęgować przyjemność przez to, że najpierw staje się wobec cierpienia, doświadcza go, a potem pokonuje jak przeszkodę. Jest to jedyny sensowny sposób na życie.
Tego sposobu planowania cierpienia i przyjemności w czasie dzieci uczą się stosunkowo wcześnie, niekiedy już w wie-ku pięciu lat. Zdarza się, że podczas zabawy w grupie rówieśników pięciolatek proponuje innemu dziecku, by pierwsze pobawiło się jakąś zabawką. Dzięki temu najpierw cieszy się nadzieją na zabawę, czekając na swoją kolej, a potem samą zabawą. Wielu sześciolatków je ciastka w sposób zaplanowany: najpierw to, co mniej smaczne, a na końcu to, co najsmaczniejsze. Podczas nauki w szkole podstawowej zdolność do odraczania gratyfikacji znajduje zastosowanie codziennie, zwłaszcza podczas odrabiania prac domowych. W wieku lat dwunastu niektóre dzieci potrafią już - bez ingerencji rodziców - odrobić lekcje, zanim zaczną oglądać telewizję. Po szesnastolatku można się spodziewać takiego zachowania i nie jest ono niczym nadzwyczajnym.
Jednak nauczyciele mający do czynienia z młodzieżą w tym wieku stwierdzają, że spora jej grupa odbiega pod tym względem od normy. Podczas gdy większość posiadła umiejętność odraczania gratyfikacji, u niektórych piętnasto- i szesnastolatków zdolność ta rozwinięta jest w niewielkim stopniu,  u pewnej grupy zaś w ogóle jej brak. Uczniowie ci sprawiają mnóstwo kłopotów. Mimo przeciętnego, a niekiedy wyższego stopnia inteligencji dostają słabe oceny, ponieważ nie pracują. Pod wpływem kaprysu uciekają z lekcji lub w ogóle porzucają szkołę. Są impulsywni, a cecha ta przenosi się także na sferę życia rodzinnego i towarzyskiego. Bardzo często wdają się w bójki, biorą narkotyki lub handlują nimi i miewają zatargi ze stróżami prawa. Ich dewizą jest: "Baw się teraz, zapłać potem". Wtedy rodzice wpadają w popłoch  i szukają pomocy psychologów i psychoterapeutów. Jednak często jest już za późno. Nastolatki obrażają się za wszelkie próby ingerowania w ich impulsywny styl życia. Nawet jeśli terapeucie uda się serdecznością, przyjacielskim stosunkiem i nieosądzającą postawą przezwyciężyć tę urazę, to i tak impulsywność młodych ludzi często uniemożliwia ich uczestnictwo w jakiejkolwiek sensownej formie psychoterapii. Nie przychodzą na umówione spotkania. Unikają rozmowy na temat ważnych i bolesnych zagadnień. Próby interwencji zazwyczaj kończą się fiaskiem, a oni sami porzucają szkołę i schodzą na manowce. Zawierają nieszczęśliwe małżeństwa, ulegają wypadkom, trafiają do szpitali psychiatrycznych lub do więzienia.
Dlaczego tak jest? Dlaczego większość młodych ludzi rozwija w sobie zdolność odraczania gratyfikacji, podczas gdy wielu innym to się nie udaje i nie sposób tego naprawić? Nauka nie potrafi tego wytłumaczyć. Nieznana jest rola czynników dziedzicznych. Na obecnym poziomie wiedzy nie można ustalić wpływu wszystkich czynników i sformułować bezsprzecznych wniosków. Jednak większość symptomów wskazuje na to, że czynnikiem decydującym jest wychowanie w rodzinie.

 

GRZECHY OJCÓW

Nie można powiedzieć, by w rodzinach dzieci bez wpojonej samodyscypliny nie panowała swoista dyscyplina. Przeciwnie - wobec tych dzieci często za byle przewinienie stosuje się surowe kary cielesne. Jednak taka dyscyplina nie ma żadnej wartości jako środek wychowawczy. A to dlatego, że jest dyscypliną niezdyscyplinowaną.
Tego typu dyscyplina nie ma żadnej wartości, ponieważ rodzice tych dzieci nie są zdyscyplinowani i stają się dla nich wzorcem braku samodyscypliny. Są rodzicami przekazującymi dzieciom: "rób, co mówię, a nie to, co robię". Nierzadko upijają się w obecności dzieci, biją się, nie zachowują umiaru, godności i zdrowego rozsądku. Bywają niechlujni. Obiecują i nie dotrzymują słowa. Ich własne życie jest chaotyczne, a czynione przez nich próby zaprowadzenia ładu w życiu ich dzieci nawet samym dzieciom wydają się bezsensowne. Jeśli ojciec bije matkę w obecności dzieci, to czy jest sens, by matka biła syna za to, że pobił swoją siostrę? Czy ma sens mówić mu, że powinien nauczyć się panować nad sobą? Małe dzieci nie mają okazji do porównań, więc w ich oczach rodzice są postaciami niemalże boskimi. Jeśli dziecko widzi, że rodzice na co dzień zachowują umiar, dyscyplinę, godność i potrafią kierować własnym życiem, to czuje, że tak właśnie należy postępować. Gdy zaś dzień w dzień jest świadkiem braku opanowania i samodyscypliny rodziców, będzie głęboko przeświadczone, że właśnie tak trzeba żyć.
Jednak dla dzieci ważniejsza niż przykłady czy wzorce jest miłość rodzicielska. Bo nawet jeśli życie rodzinne jest chaotyczne i niekonsekwentne, lecz dominuje w nim prawdziwa miłość, to dziecko może nauczyć się samodyscypliny. Zdarza się i tak, że rodzice o wysokich kwalifikacjach zawodowych - lekarze, prawnicy, działacze społeczni czy filantropi - wyznający surowe zasady moralne i dbający o pozory, lecz w swoim życiu nie kierujący się miłością, chowają dzieci równie niezdyscyplinowane, destrukcyjne i niezorganizowane jak dzieci z rodzin uznawanych za patologiczne.
Ostatecznie wszystko sprowadza się do miłości. Omówimy ją w części drugiej. Niemniej dla zachowania jasności wywodu warto w tym miejscu powiedzieć parę słów na temat miłości i jej ścisłego związku z dyscypliną.
To, co kochamy, ma dla nas szczególną wartość, a jeśli coś ma dla nas wartość, to poświęcamy temu czas i wiążemy  z tym swoje radości i troski. Przyjrzyjcie się nastolatkowi zakochanemu w swoim samochodzie i zwróćcie uwagę na to, ile czasu spędza na cieszeniu się nim, pucowaniu, reperowaniu i regulowaniu mechanizmów. Albo starszej osobie w ukochanym przez nią ogródku - ile czasu przeznacza na pracę w nim i zdobywanie wiadomości na temat pielęgnacji roślin. Tak samo jest z miłością do dzieci - podziwiamy je i troszczymy się o nie. Dajemy im swój czas.
Dobrze pojęta dyscyplina wymaga czasu. Jeśli nie możemy lub nie chcemy poświęcić go dzieciom, tracimy sposobność zbliżenia się do nich na tyle, by dostrzec subtelne sygnały świadczące o tym, że potrzebują one wsparcia w dążeniu do dyscypliny. Nawet gdy potrzeba dyscypliny przybiera formy tak wyraźne, że wdziera się do naszej świadomości, często nadal ją ignorujemy, bo łatwiej jest zostawić dzieci samym sobie i powiedzieć: "Dziś nie mam czasu ani siły, by się nimi zająć". W końcu - zmuszeni karygodnymi występkami potomstwa lub powodowani rozdrażnieniem - często brutalnie narzucamy dyscyplinę, płynącą bardziej z gniewu niż z rozwagi; nie staramy się zgłębić problemu czy choćby poświęcić odrobinę czasu na zastanowienie się, jaka forma dyscypliny byłaby najwłaściwsza.
Rodzice poświęcający swoim dzieciom czas nawet wtedy, gdy nie zmuszają ich do tego ewidentnie karygodne zachowania, dostrzegają owe ledwo uchwytne sygnały o potrzebie dyscypliny. Reagują delikatnym napomnieniem, naganą, zaleceniem, wskazówką czy pochwałą, aplikując te środki w sposób przemyślany i pełen troski. Będą obserwować, w jaki sposób dzieci jedzą ciastko, jak się uczą, kiedy dopuszczają się drobnych kłamstewek i w jakich sytuacjach uciekają od problemów, zamiast się z nimi zmierzyć. Poświęcają czas na dokonywanie drobnych zmian i korekt, słuchają tego, co dzieci im chcą powiedzieć i reagują na ich potrzeby. Zorientują się, gdzie należy zaostrzyć, a gdzie złagodzić dyscyplinę. Dadzą dzieciom jakąś książkę do przeczytania, opowiedzą coś, przytulą i pocałują, skarcą, ale nie zapomną o zasłużonej pochwale.
Rodzice miłujący stosują wobec swoich dzieci dyscyplinę skuteczniejszą niż rodzice, którzy swoich dzieci nie kochają. Jednak to nie wszystko. Poświęcając czas na obserwację  i myślenie o potrzebach latorośli, kochający rodzice często przeżywają katusze przed podjęciem jakiejś decyzji, przez co - w sensie dosłownym - cierpią na równi ze swoimi pociechami. A one to widzą; dostrzegają, że rodzice gotowi są cierpieć wraz z nimi i, choć mogą nie okazywać wdzięczności, myślą: "Skoro rodzice gotowi są cierpieć wraz ze mną, to znaczy, że cierpienie nie jest takie złe i nie powinienem od niego uciekać". Od tego zaczyna się samodyscyplina.
Ilość i jakość czasu poświęcanego przez rodziców dzieciom są dla tych ostatnich dowodem ich wartości. Niektórzy rodzice - z natury nie miłujący - starają się ukryć swój brak troski. Zapewniają dzieci o miłości, mechanicznie powtarzają, jak bardzo są im drogie, a jednocześnie nie poświęcają im wystarczająco dużo czasu. Dzieci takich rodziców nie dadzą się zwieść czczą gadaniną. Może nawet świadomie przywiązują uwagę do owych oświadczeń, pragnąc wierzyć, że są kochane, lecz podświadomie wiedzą, że słowa rodziców nie znajdują potwierdzenia w czynach.
Natomiast dzieci prawdziwie kochane - choć w momentach rozgoryczenia mogą narzekać, że są zaniedbywane - podświadomie zdają sobie sprawę ze swojej wartości dla rodziców. Świadomość ta znaczy więcej niż całe złoto świata. Gdy dziecko wie, że jest cenione, gdy naprawdę jest o tym głęboko przekonane, wówczas czuje się osobą wartościową.
Poczucie własnej wartości - przeświadczenie, że jest się wartościowym człowiekiem - stanowi podstawę zdrowia psychicznego i kamień węgielny samodyscypliny. Jest bezpośrednim skutkiem rodzicielskiej miłości. To przeświadczenie trzeba nabyć w dzieciństwie; niezmiernie trudno uzyskać je w wieku dojrzałym. I na odwrót: jeśli dziecko dzięki miłości rodzicielskiej rozwinie poczucie własnej wartości,  to jest prawie niemożliwe, by trudności życia dorosłego zniszczyły jego ducha.
Poczucie własnej wartości jest kamieniem węgielnym samodyscypliny, ponieważ jeśli ktoś uważa się za osobę wartościową, to będzie dbał o siebie pod każdym względem; samodyscyplina obejmuje również dbanie o siebie samego. Jako że dyskutujemy na temat odraczania gratyfikacji - planowania i zarządzania czasem - przyjrzyjmy się bliżej temu zagadnieniu. Jeżeli mamy poczucie własnej wartości, to czujemy, że nasz czas również jest cenny, a skoro go cenimy, staramy się go dobrze wykorzystywać. Wspomniana wyżej specjalistka od finansów, która odkładała najtrudniejsze zadania na później, nie ceniła swojego czasu. Gdyby było inaczej, nie pozwalałaby sobie na marnowanie większości dnia pracy. Nie bez znaczenia jest fakt, że w okresie dzieciństwa pozostawiano ją płatnym niańkom i opiekunkom, choć jej rodzice byliby w stanie zająć się nią, gdyby tylko chcieli. Jednak nie cenili jej. Nie chcieli się nią opiekować. Wzrastała w przeświadczeniu, że niewiele znaczy i że nie zasługuje na troskę, a więc sama również nie troszczyła się o siebie. Choć była wykształconą i inteligentną kobietą, musiała rozwinąć w sobie podstawy samodyscypliny, ponieważ brakowało jej realnej oceny własnej wartości i swojego czasu. Gdy wreszcie pojęła, że jej czas jest cenny, naturalną koleją rzeczy zaczęła dążyć do jego planowania, maksymalnego wykorzystania i dotrzymywania określonych terminów.
Te szczęśliwe dzieci, które doświadczają rodzicielskiej miłości i troskliwości, wejdą w dorosłość nie tylko z głębokim przeświadczeniem o własnej wartości, lecz będzie im również towarzyszyć poczucie bezpieczeństwa. Każde dziecko boi się porzucenia - i to nie bez powodu. Obawa przed porzuceniem pojawia się około szóstego miesiąca życia,  z chwilą, gdy dziecko zaczyna postrzegać siebie jako istotę odrębną od własnych rodziców. Wtedy zdaje sobie sprawę ze swojej całkowitej bezradności i uzależnienia od rodziców w każdej dziedzinie życia. Porzucenie jest dla niego równoznaczne ze śmiercią.
Większość rodziców - nawet jeśli w innych sytuacjach wykazuje ignorancję i gruboskórność - w tym przypadku reaguje z instynktowną wrażliwością na lęk dzieci przed porzuceniem, powtarzając dzień po dniu setki i tysiące razy: "Wiesz, że mamusia i tatuś nie pozostawią cię samego"; "Mamusia i tatuś na pewno wrócą i cię zabiorą"; "Mamusia i tatuś nigdy o tobie nie zapomną". Jeśli słowa te znajdują potwierdzenie w czynach, co miesiąc, co rok, aż do wieku doj-rzewania, to dziecko przestanie obawiać się porzucenia,  a dzięki stabilnej sytuacji nabierze głębokiego, wewnętrznego przeświadczenia, że świat jest miejscem bezpiecznym i że zawsze można liczyć na ochronę i opiekę. Mając wewnętrzne poczucie trwałego bezpieczeństwa otaczającego je świata, dziecko może dowolnie odraczać tę czy inną gratyfikację, pewne, że prędzej czy później nadarzy się odpowiednia okazja, by ją otrzymać.
Jednak nie wszystkie dzieci mają tak szczęśliwe dzieciństwo. Wiele spędza je w osamotnieniu: z powodu śmierci rodziców, porzucenia, zwyczajnego niedbalstwa lub - jak  w przypadku specjalistki od finansów - braku troski. Inne, choć nie porzucone w sensie dosłownym, nie otrzymały od rodziców zapewnienia, że nie zostaną opuszczone. Niekiedy rodzice, na przykład dążąc do wymuszenia dyscypliny najszybciej i najłatwiej jak tylko się da, posługują się otwartą lub zawoalowaną groźbą porzucenia, mówiąc: "Jeśli nie postąpisz dokładnie tak, jak chcę, przestanę cię kochać, a ty wiesz, co to znaczy!". Oznacza to, rzecz jasna, porzucenie  i śmierć. Rodzice tacy przedkładają kontrolę i dominację nad miłość, przez co chowają dzieci lękające się przyszłości. Dzieci opuszczone - zarówno w sensie psychologicznym, jak i dosłownie - wkraczają w dorosłość pozbawione głębokiego przeświadczenia, że świat jest miejscem pewnym i bezpiecznym. Postrzegając świat jako złowrogi i przerażający, ani myślą wyrzec się jakiejkolwiek doraźnej gratyfikacji, dającej poczucie chwilowego bezpieczeństwa, na rzecz większej gratyfikacji, czyli bezpiecznej przyszłości, gdyż ta jest dla nich wielką niewiadomą.
Podsumujmy. Aby dzieci mogły rozwinąć w sobie zdolność do odraczania gratyfikacji, powinny mieć wzorce samodyscypliny, poczucie własnej wartości i bezpieczeństwa egzystencji. Ten "posag" najłatwiej możemy zdobyć dzięki samodyscyplinie i konsekwentnej, prawdziwej trosce naszych rodziców. Są to najcenniejsze dary, jakie matka i ojciec mogą przekazać swoim dzieciom. Jeśli nam ich nie przekażą, możemy je zdobyć z innych źródeł, lecz wówczas skazani będziemy na uciążliwą walkę trwającą niejednokrotnie przez całe życie i często bezowocną.

 

ROZWIĄZYWANIE PROBLEMÓW I CZAS

Omówiwszy pobieżnie wpływ miłości rodzicielskiej lub jej braku na rozwój samodyscypliny, a zwłaszcza na zdolność odraczania gratyfikacji, prześledźmy teraz subtelny, aczkolwiek wielce destrukcyjny wpływ problemów z odraczaniem gratyfikacji na życie wielu dorosłych. Większość z nas rozwinąwszy w sobie tę umiejętność, zdoła przebrnąć przez szkołę średnią, uniwersytet i osiągając dojrzałość, nie trafi do więzienia. Jednak nikt z nas nie opanował jej doskonale, więc nasza zdolność do rozwiązywania życiowych problemów zazwyczaj jest niepełna.
Ja sam nauczyłem się dokonywać drobnych napraw, dopiero mając trzydzieści siedem lat. Przedtem prawie każda podjęta przeze mnie próba naprawy kranu, reperacji zabawek lub złożenia mebli do samodzielnego montażu według dołączonej, zawiłej instrukcji kończyła się niepowodzeniem i moją frustracją. Choć byłem absolwentem medycyny i nie najgorzej radziłem sobie jako urzędnik i psychiatra, to w dziedzinie techniki uważałem siebie za zupełne beztalencie. Byłem przekonany, że nie mam jakiegoś genu lub tajemniczej cechy odpowiedzialnej za zdolności techniczne. Pewnego dnia, gdy miałem trzydzieści siedem lat, udałem się na wiosenną prze-
chadzkę, podczas której napotkałem swojego sąsiada reperującego kosiarkę do trawy. Przywitawszy się z nim, powiedziałem: "Ojej, ale mi imponujesz. Ja niczego nie umiem  naprawić". Sąsiad odrzekł bez chwili wahania: "To dlatego, że nie przeznaczasz na to wystarczająco dużo czasu". Ruszyłem dalej, nieco poruszony prostotą, spontanicznością i stanowczością odpowiedzi sąsiada, który przemówił jak jakiś guru. "Może on ma rację?" - zapytywałem sam siebie. Uwaga sąsiada zapadła głęboko w moją pamięć i gdy nadarzyła się okazja dokonania drobnej naprawy, przypomniałem sobie, że trzeba po prostu przeznaczyć na nią wystarczająco dużo czasu.
W samochodzie jednej z moich pacjentek zaciął się ręczny hamulec. Powiedziała, że trzeba by zajrzeć pod deskę rozdzielczą, coś tam nacisnąć i prawdopodobnie udałoby się go odblokować, nie miała jednak pojęcia, co i jak. Ułożyłem się więc na podłodze obok przedniego siedzenia. Najpierw bez pośpiechu wybrałem najwygodniejszą pozycję, następnie zorientowałem się w sytuacji. Przez kilka minut tylko się przyglądałem. W pierwszej chwili dojrzałem jedynie plątaninę przewodów, rurek i prętów niewiadomego przeznaczenia. Stopniowo jednak udało mi się wypatrzyć zespół hamulcowy i szczegóły jego budowy. Po chwili zobaczyłem zapadkę, która uniemożliwia odblokowanie hamulca. Obejrzałem ją dokładnie i zorientowałem się, że trzeba ją popchnąć do góry. Tak też zrobiłem. Jeden prosty ruch, lekki nacisk palcem i problem został rozwiązany. Zdobyłem uprawnienia mechanika samochodowego!
W rzeczywistości nie mam potrzebnej wiedzy ani czasu na jej zdobycie, by móc naprawiać wszystkie awarie, ponieważ swój czas przeznaczyłem na specjalizację w dziedzinie wiedzy nie związanej z mechaniką. Nadal więc w razie potrzeby zwracam się do mechaników. Teraz jednak wiem, że to kwestia mojego wyboru i nie ciąży na mnie żadna klątwa, nie jestem genetycznie obciążony czy pozbawiony pewnych zdolności. Przekonałem się, że - tak jak wszyscy inni zdrowi psychicznie ludzie - potrafię rozwiązać każdy problem, jeśli poświęcę mu odpowiednio dużo czasu.
Jest to ważna kwestia, wielu ludzi bowiem nie poświęca zazwyczaj zbyt wiele czasu na rozwiązywanie licznych kwestii intelektualnych, społecznych i duchowych, podobnie jak ja nie poświęcałem go na rozwiązywanie problemów technicznych. Przed moim oświeceniem technicznym zajrzałbym pod deskę rozdzielczą samochodu pacjentki, zacząłbym szarpać kable, nie mając pojęcia, co robić, a potem - stwierdziwszy, że wszystko na nic - otrzepałbym ręce i oznajmił: "To przekracza moje możliwości".
Dokładnie tak zachowuje się wielu z nas w obliczu różnych problemów życia codziennego. Wspomniana na wstępie specjalistka od finansów była kochającą i oddaną, lecz raczej bezradną matką dwojga dzieci. Była na tyle czujna i uważna, by dostrzec, kiedy jej dzieci miały problemy emocjonalne lub jej metody wychowawcze nie sprawdzały się. Wtedy zawsze podejmowała działania dwojakiego rodzaju: albo robiła to, co w danym momencie przyszło jej do głowy - na przykład dawała dzieciom obfitsze śniadanie, kładła je wcześniej spać - nie zastanawiając się, czy taka zmiana rozwiąże zaistniały problem, albo przychodziła do mnie (specjalisty od napraw ludzkiej psyche) na kolejną sesję terapeutyczną, narzekając: "Nie umiem sobie z tym poradzić. Co mam robić?".
Owa kobieta, obdarzona przenikliwym i analitycznym umysłem, osiągałaby doskonałe wyniki w pracy zawodowej, gdyby tylko nie odkładała trudnych zadań na później. Natomiast w konfrontacji z problemami osobistymi postępowała bezmyślnie. Nie chciała poświęcić im czasu. Stanąwszy wobec problemu natury osobistej, czuła się zbita z tropu, chciała natychmiastowego rozwiązania, gdyż nie umiała cierpieć dyskomfortu przez czas potrzebny na znalezienie właściwego rozwiązania. Rozwiązanie stanowiło dla niej gratyfikację, lecz nie umiała odkładać jej dłużej niż na minutę lub dwie, wskutek czego jej decyzje zwykle okazywały się nietrafne,  a w rodzinie panował ciągły chaos. Dzięki swojej determinacji i stosowaniu się do moich wskazówek stopniowo zdołała nauczyć się samodyscypliny - poświęcania czasu na analizę problemów rodzinnych, dzięki czemu jej decyzje stały się przemyślane i skuteczne.
Nie mówimy o tajemniczej niemocy rozwiązywania problemów, którą dotknięci są ludzie cierpiący na zaburzenia psychiczne. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu zachowuje się jak wspomniana specjalistka od finansów. Któż mógłby z ręką na sercu powiedzieć, że zawsze poświęca wystarczająco dużo czasu analizie problemów oraz łagodzeniu napięć w swojej rodzinie? Kto ma taką samodyscyplinę, by w odniesieniu do problemów rodzinnych nigdy nie powiedzieć z rezygnacją: "To przekracza moje możliwości"?
Stając w obliczu jakiegoś problemu, często popełniamy jeszcze inny błąd - groźniejszy i bardziej destrukcyjny niż niecierpliwe dążenie do znalezienia łatwych i natychmiastowych rozwiązań. Jest nim żywienie nadziei, że problemy rozwiążą się same. Trzydziestoletni nieżonaty komiwojażer, uczestnik grupowej terapii w małym miasteczku, zaczął spotykać się z żoną innego członka tej grupy - bankiera, z którym była w separacji. Komiwojażer wiedział, że bankier jest osobnikiem krewkim i ma urazę do żony, że go porzuciła. Czuł się nie w porządku zarówno wobec grupy, jak i tego człowieka, ponieważ zataił przed nimi swój romans. Wiedział, że wcześniej czy później sprawa wyjdzie na jaw. Wiedział też, że jedynym rozwiązaniem byłoby zwierzenie się całej grupie i przetrzymanie ataku zdradzanego męża przy jej wsparciu. Nie uczynił tego jednak. Trzy miesiące później bankier rzeczywiście dowiedział się o romansie żony i - jak się należało spodziewać - wpadł we wściekłość. Wykorzystał ten fakt, by zaprzestać terapii. Kiedy grupa uświadomiła komiwojażerowi destruktywne działanie, ów odrzekł: "Wiedziałem, że jeśli o tym powiem, wywołam burzliwą dyskusję, a jeśli nie, to może uniknę awantury. Miałem nadzieję, że z czasem problem sam zniknie".
Problemy same nie znikają. Trzeba je rozwiązywać, bo  w przeciwnym razie będą nam przeszkadzać w rozwoju duchowym. Grupa dała komiwojażerowi do zrozumienia, że skłonność do unikania rozwiązywania problemów poprzez ignorowanie ich w nadziei, że same znikną, jest jego najpoważniejszym problemem. Cztery miesiące później, wczesną jesienią, komiwojażer popełnił kolejne głupstwo: z dnia na dzień rzucił pracę i założył własny warsztat naprawy mebli, dzięki czemu nie musiał podróżować. Grupa wyrażała obawy z powodu postawienia wszystkiego na jedną kartę, kwestionowała sensowność takiego posunięcia u progu zimy, lecz komiwojażer przekonywał, że zarobi wystarczająco dużo, by utrzymać firmę. Sprawa ucichła. Wtem - na początku lutego - oświadczył, że rezygnuje z terapii, gdyż nie stać go na opłacanie honorarium. Zbankrutował i musi rozejrzeć się za inną pracą. Przez pięć miesięcy odnowił tylko osiem sztuk mebli. Spytany, dlaczego wcześniej nie poszukał pracy, odpowiedział: "Już sześć tygodni temu zorientowałem się, że pieniądze się kończą, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, że sprawy zajdą tak daleko. Sytuacja nie wyglądała wówczas aż tak źle, ale teraz jest fatalna". Był to kolejny przykład jego skłonności do ignorowania problemów. Powoli zaczął dochodzić do wniosku, że dopóki nie wyzbędzie się tej skłonności, nie uczyni żadnych postępów - nawet z pomocą najlepszych psychoterapeutów.
Skłonność do niedostrzegania problemów jest przejawem niechęci do odraczania gratyfikacji. Jak już wyjaśniłem, stawianie im czoła jest bolesne. Dobrowolna, wczesna konfrontacja z problemami - nim zmuszą nas do tego okoliczności - oznacza odłożenie na później czegoś przyjemnego lub mniej bolesnego i zajęcie się czymś nieprzyjemnym i bardziej bolesnym. Jest to wybór cierpienia tu i teraz, z nadzieją na przyszłą gratyfikację, zamiast kontynuowania bieżącej gratyfikacji w nadziei, że przyszłe cierpienia nie będą konieczne.
Może się wydawać, że komiwojażer, który pozornie nie dostrzegał tak oczywistych problemów, był emocjonalnie niedojrzały lub psychicznie niedorozwinięty, lecz prawda jest bardziej złożona. Każdy z nas wykazuje w pewnym stopniu taką niedojrzałość. Pewien generał, dowódca armii, powiedział mi kiedyś: "Jednym z największych naszych problemów i - jak sądzę - każdej innej organizacji jest to, że większość dowódców biernie przygląda się problemom w swoich jednostkach i nie robi nic; jak gdyby miały same zniknąć, jeśli poczeka się wystarczająco długo". Ten generał nie mówił o osobach ociężałych umysłowo czy nienormalnych. Mówił o generałach i pułkownikach - dojrzałych mężczyznach o wysokich kwalifikacjach i dyscyplinie.
Rodzice też są dowódcami - przeważnie źle przygotowanymi do swej roli - i mają do wypełnienia zadanie równie złożone jak kierowanie przedsiębiorstwem czy dowodzenie kompanią. Zwykle obserwują problemy swoich dzieci (a także te, które wynikają z ich wzajemnych stosunków) całymi miesiącami, czy nawet latami, zanim podejmą jakieś skuteczne działanie, jeżeli w ogóle je podejmą. Potem, przychodząc do psychologa dziecięcego z problemem, który pojawił się pięć lat temu, mówią: "Myśleliśmy, że ono z tego wyrośnie". Wziąwszy pod uwagę złożoność procesu wychowawczego, trzeba przyznać, że decyzje rodzicielskie są trudne i że dzieci często "z tego wyrastają". Nie zaszkodzi jednak spróbować pomóc im wyrosnąć lub przynajmniej bliżej przyjrzeć się problemowi. Dzieci na ogół "z tego wyrastają", ale nie zawsze. Im dłużej ignoruje się problemy dzieciństwa, tym stają się one poważniejsze i trudniej znaleźć ich rozwiązanie.

 

ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Problemów życiowych nie można rozwiązać inaczej niż po przez ich rozwiązywanie. Choć stwierdzenie to może zakrawać na tautologiczną bzdurę lub banał, do większości ludzi wcale nie przemawia. Zanim rozwiążemy problem, musimy przyjąć za niego odpowiedzialność. Nie da się go rozwiązać, mówiąc: "To nie moja wina". Nie rozwiąże się problemu, łudząc się nadzieją, że ktoś inny zrobi to za nas. Tylko wtedy uporam się z problemem, kiedy stwierdzę: "To mój problem i ja jestem odpowiedzialny za jego rozwiązanie". Jednak wielu ludzi chowa głowę w piasek i wmawia sobie: "To ICH wina, że tak jest, to kompleks uwarunkowań społecznych, na który nie mam wpływu, to ONI powinni rozwiązać ten problem, bo gdyby tak WSZYSCY... Tak naprawdę nie mam z TYM nic wspólnego".
Czasem wręcz bawi smutny skądinąd fakt, do czego zdolni są ludzie w celu uniknięcia odpowiedzialności za własne problemy. Zawodowy sierżant stacjonujący na Okinawie, mający duże kłopoty z powodu nadużywania alkoholu, został skierowany na badania psychiatryczne i ewentualne leczenie. Zaprzeczał, jakoby był alkoholikiem, nie przyznawał się nawet, że alkohol jest jego problemem. Tłumaczył się:
- Na Okinawie nie ma wieczorem nic innego do roboty.
- Czy pan lubi czytać? - spytałem.
- No, tak. Lubię czytać.
- To dlaczego wieczorami nie czyta pan, zamiast pić?
- W koszarach jest za głośno, nie da się czytać.
- Dlaczego więc nie pójdzie pan do czytelni?
- Bo jest za daleko.
- Czy dalej niż bar, do którego pan chodzi?
- No wie pan, aż takim molem książkowym to ja nie jestem.
- A czy lubi pan łowić ryby? - spytałem następnie.
- Lubię.
- Dlaczego więc nie pójdzie pan na ryby, zamiast pić?
- Bo pracuję przez cały dzień.
- Nie może pan łowić wieczorem?
- Nie, na Okinawie nie łowi się ryb wieczorem.
- Łowi się - stwierdziłem. - Znam kilka tutejszych klubów, których członkowie łowią w nocy. Mogę panu dać parę adresów.
- Szczerze mówiąc, nie przepadam za wędkowaniem.
- Z tego, co pan mówi, wynika, że na Okinawie można zająć się czymś innym, jednak pan najbardziej lubi pić.
- Myślę, że tak.
- Jednak z powodu picia ma pan kłopoty, więc jest ono dla pana problemem, prawda?
- Ta przeklęta wyspa każdego wpędzi w alkoholizm.
Przez jakiś czas usiłowałem mu pomóc, ale sierżant ani trochę nie był zainteresowany tym, by w nadużywaniu alkoholu dopatrzyć się jakiegokolwiek problemu, który mógłby rozwiązać sam lub z moją pomocą. Powiadomiłem więc  z ubolewaniem dowódcę, że sierżantowi nie da się pomóc. Pił nadal, przez co w połowie służby został zwolniony z wojska.
W ambulatorium szpitalnym, także na Okinawie, poznałem młodą kobietę, która próbowała żyletką podciąć sobie żyły. Spytałem, dlaczego to zrobiła.
- Żeby skończyć ze sobą.
- Dlaczego chciała pani popełnić samobójstwo?
- Bo nie mogę już wytrzymać na tej cholernej wyspie. Musicie mnie odesłać do Stanów. Zabiję się, jeżeli dłużej tu zostanę.
- Dlaczego na Okinawie jest pani tak źle? - pytam.
Zaczęła płakać.
- Nie mam tu żadnych przyjaciół, cały czas jestem sama.
- Fatalnie. Jak to się stało, że z nikim pani się nie zaprzyjaźniła?
- Bo mieszkam w jakiejś cholernej dzielnicy, w której nikt nie mówi po angielsku.
- To dlaczego nie pojedzie pani do dzielnicy zamieszkanej przez Amerykanów lub do klubu żon żołnierzy zawodowych? Może tam znalazłaby pani przyjaciół?
- Bo mój mąż musi dojeżdżać do pracy samochodem.
- Nie mogłaby pani zawozić go do pracy, skoro czuje się pani samotna i znudzona przez cały dzień?
- Nie mogę. Ten samochód ma ręczną skrzynię biegów, a ja umiem prowadzić tylko samochody z przekładnią automatyczną.
- To dlaczego nie nauczy się pani prowadzić samochodu z ręczną skrzynią biegów?
Spojrzała na mnie z oburzeniem i stwierdziła:
- Na tych drogach? Pan chyba zwariował!

 

NERWICE I CHARAKTEROPATIE

Większość uczestników psychoterapii cierpi na tak zwaną   nerwicę lub charakteropatię. Mówiąc najprościej, podłożem jednej i drugiej są problemy z ustaleniem zakresu swojej odpowiedzialności. Oba te zaburzenia reprezentują odmienne sposoby odnoszenia się do świata i jego problemów. Nerwicowiec przyjmuje na siebie nadmierną odpowiedzialność, charakteropata zaś - zbyt małą. Nerwicowcy znalazłszy się w konflikcie ze światem, obarczają winą siebie. Natomiast charakteropaci popadłszy w konflikt, automatycznie zakładają, że to wina innych. Przypadki opisane w poprzednim podrozdziale należą do tej drugiej kategorii: sierżant o swój alkoholizm obwiniał Okinawę, a żona podoficera nie dostrzegała tego, że sama jest winna swojego osamotnienia. Natomiast inna znerwicowana kobieta - której też doskwierała samotność na Okinawie - narzekała: "Jeżdżę codziennie do klubu żon oficerów i staram się znaleźć przyjaciół, ale nie czuję się wśród nich dobrze. Sądzę, że inne kobiety mnie nie lubią. Chyba coś ze mną jest nie tak. Powinnam łatwiej zawierać przyjaźnie. Częściej wychodzić na miasto. Chciałabym zrozumieć, która z cech mojego charakteru sprawia, że jestem tak nielubiana". Ta kobieta przyjęła na siebie całą odpowiedzialność za swoją samotność, sądząc, że jest ona przez nią zawiniona.
Podczas terapii okazało się, że nie czuła się dobrze nie tylko w towarzystwie innych żon oficerów, lecz również  w towarzystwie swojego męża, ponieważ była od nich o wiele inteligentniejsza i ambitniejsza. Uzmysłowiła sobie, że jej samotność - aczkolwiek jest jej problemem osobistym - niekoniecznie jest przez nią zawiniona i nie jest spowodowana jakąś jej wadą. Zdecydowała się więc na rozwód, samotnie wychowując dzieci, ukończyła studia, została wydawcą magazynu i ponownie wyszła za mąż za osiągającego sukcesy kolegę po fachu.
Nawet sposób mówienia nerwicowców i charakteropatów jest zupełnie inny. Nerwicowcy zwykle używają takich sformułowań, jak: "powinienem", "nie powinienem", co wskazuje, że postrzegają siebie jako istoty niższego gatunku, nie stające na wysokości zadania lub zawsze dokonujące nietrafnych wyborów. Natomiast charakteropaci często używają zwrotów "nie potrafię", "nie mogę", "muszę", "byłem zmuszony", czym dają do zrozumienia, że nie mają żadnej możliwości wyboru, a ich zachowaniem kierują siły zewnętrzne nie podlegające ich kontroli. Nerwicowcy - jak łatwo się domyślić - są w porównaniu z charakteropatami bardziej podatni na psychoterapię, gdyż przyjmują na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje kłopoty, uświadamiając sobie, że mają problemy. Natomiast charakteropaci dużo trudniej poddają się psychoterapii, często ją wręcz uniemożliwiają, gdyż nie widzą, że źródłem problemu są oni sami. Są przeświadczeni, że to nie oni, lecz świat powinien się zmienić, przez co nie dostrzegają konieczności zmiany swojego myślenia. Jednak w rzeczywistości większość uczestników psychoterapii cierpi jednocześnie na nerwicę i charakteropatię. Mówi się, że mają nerwicę charakteru. Powoduje ona, że  w pewnych dziedzinach życia dokucza im poczucie winy, gdyż obarczają się odpowiedzialnością za coś, co od nich nie zależy. W innych zaś nie potrafią przyjąć właściwej odpowiedzialności za swoje postępowanie. Dopiero gdy poprzez psychoterapię uda się w końcu nerwicowej stronie osobowości pacjentów zaszczepić wiarę i ufność, można skłonić ich do zmiany sposobu myślenia i pozbycia się niechęci do przyjmowania odpowiedzialności.
Tylko nieliczni z nas nie są ani nerwicowcami, ani nie wykazują charakteropatii, i dlatego w zasadzie każdy może odnieść korzyść z psychoterapii, jeśli tylko zapragnie się jej poddać. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest trudność odróżnienia, za co jesteśmy, a za co nie jesteśmy odpowiedzialni. Jest to jeden z największych dylematów naszej egzystencji. Nigdy nie uda się nam go rozwiązać; przez całe życie zmuszeni będziemy określać i poddawać rewizji miejsce i zakres naszej odpowiedzialności w wartko płynącym nurcie zdarzeń. Jeśli owo określanie i rewizję wcześniejszych ustaleń prowadzić dogłębnie i rzetelnie, są one bolesne. Wymagają woli  i zdolności do cierpienia, gdyż polegają na dokonywaniu sumiennego obrachunku moralnego. Zdolność ta - czy też wola - wcale nie jest wrodzona. W pewnym sensie wszystkie dzieci wykazują charakteropatię przejawiającą się w tym, że mają instynktowną skłonność do zrzucania z siebie odpowiedzialności za wiele konfliktów, w których uczestniczą. Kłócące się rodzeństwo zawsze będzie się wzajemnie oskarżało o wywołanie konfliktu i żadna ze stron nie przyzna się do winy. Wszystkie dzieci przejawiają też nerwicę, ponieważ instynktownie biorą na siebie odpowiedzialność za doznawane deprywacje, choć jeszcze nie pojmują ich przyczyn. Dlatego dziecko nie kochane przez swoich rodziców raczej uzna, że nie zasługuje na miłość, niż że jego rodzicom brakuje zdolności kochania. Nastolatki, które nie mają powodzenia u płci przeciwnej lub nie sprawdzają się w sporcie, będą się raczej uważać za osoby gorsze niż za nieco odstające od normy czy zupełnie przeciętne, którymi zazwyczaj są. Tylko dzięki ogromnemu doświadczeniu oraz długiemu i udanemu dojrzewaniu osiągamy zdolność realistycznego widzenia świata, naszego miejsca w nim, a tym samym rzeczowej oceny naszej odpowiedzialności za siebie i wobec świata.
Rodzice są odpowiedzialni za wspieranie rozwoju swoich dzieci. Będą mieli tysiące okazji unaocznienia im ich skłonności do uchylania się od odpowiedzialności za własne postępowanie. Powinni je też pocieszać w sytuacjach przez nie niezawinionych. Jednak wykorzystanie tych okazji - jak już wspomniałem - wymaga od rodziców głębokiej wrażliwości na potrzeby dzieci oraz chęci poświęcenia czasu na trud ich zaspokajania. To z kolei wymaga od rodziców miłości  i gotowości przyjęcia na siebie odpowiedzialności za wsparcie rozwoju dziecka.
Tymczasem wielu rodziców - pomijając zwykłą nieczułość czy niedbalstwo - przeszkadza dzieciom w pomyślnym rozwoju. Nerwicowcy - ze względu na ich skłonność do przyjmowania odpowiedzialności - mogą być wspaniałymi rodzicami, jeśli ich nerwica ma postać stosunkowo łagodną  i jeśli nie przyjmują na siebie zbyt wielkiej odpowiedzialności, tracąc na to energię potrzebną do dobrze pojętego wypełniania rodzicielskich obowiązków. Natomiast charakteropaci zazwyczaj są fatalnymi rodzicami. Trwając w błogiej niewiedzy, często wpływają destruktywnie na swoje dzieci. Mówi się, że "nerwicowcy krzywdzą samych siebie", natomiast charakteropaci "krzywdzą wszystkich wokół".
Pierwszymi ofiarami charakteropatów są przede wszystkim ich dzieci. Podobnie jak w innych dziedzinach życia, tak i w obowiązkach rodzicielskich nie potrafią przyjąć na siebie właściwej dozy odpowiedzialności. Zazwyczaj zbywają swoje dzieci byle czym, zamiast poświęcić im wystarczająco dużo czasu i uwagi. Jeśli dzieci popełnią jakieś wykroczenie lub mają kłopoty w szkole, rodzice-charakteropaci automatycznie obarczają za to winą system szkolny lub inne dziecko, które - jak uparcie twierdzą - ma zły wpływ na ich latorośl.
Taka postawa jest jawnym ignorowaniem problemu. Rodzice ci, sami unikając odpowiedzialności, służą swoim dzieciom za wzór nieodpowiedzialności. W krańcowych przypadkach zdarza się, że rodzice-charakteropaci starając się uniknąć odpowiedzialności za własne życie, obarczają tą odpowiedzialnością swoje dzieci, czemu dają wyraz, mówiąc im: "Doprowadzacie mnie do choroby nerwowej", "Tylko ze względu na was nie zdecydowałam się na rozwód z waszym ojcem", "Matka przez was straciła nerwy", "To przez was piję", "Mógłbym skończyć studia i zrobić karierę, gdybym nie musiał na was zarabiać". W rezultacie rodzice przekazują dzieciom taką informację: "To wy jesteście odpowiedzialne za moje małżeństwo, moje zdrowie psychiczne, alkoholizm  i niepowodzenia życiowe". Skoro rodzice nie są w stanie przyjąć odpowiedzialności za swoje życie, dzieci częstokroć przyjmują tę odpowiedzialność na siebie i stają się nerwicowcami. W ten oto sposób rodzice-charakteropaci prawie zawsze wychowują dzieci z charakteropatią lub nerwicą. Wymierzają dzieciom karę za własne grzechy.
Charakteropaci są nieskuteczni nie tylko jako rodzice. Te same wady charakteru negatywnie rzutują na ich małżeństwo, przyjaźnie, życie zawodowe - na każdą sferę życia, za którą nie czują się odpowiedzialni. I tak być musi, gdyż - jak już powiedziałem - żadnego problemu nie da się rozwiązać, nie przyjmując na siebie odpowiedzialności za jego rozwiązanie. Nawet gdy charakteropaci winą za swoje problemy obarczają kogoś innego (małżonka, dziecko, przyjaciela, pracodawcę), czy też coś innego (złe wpływy, ICH, szkołę, drapieżny kapitalizm, społeczeństwo, system), to problemy i tak nie przestają istnieć. Owo zrzucanie winy niczego nie rozwiąże. Uchylając się od przyjęcia odpowiedzialności, odczuwają ulgę, lecz jednocześnie tracą możliwość rozwiązania życiowych problemów, a hamując swój rozwój duchowy, stają się ciężarem dla społeczeństwa. Swoim cierpieniem obarczają społeczeństwo. Aforyzm, którego autorstwo przypisuje się Eldridge'owi Cleaverowi, dotyczy nas wszystkich i jest zawsze aktualny: "Jeśli nie jesteś częścią rozwiązania, to jesteś częścią problemu".

 

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Psychiatra stawia diagnozę charakteropatii wtedy, gdy roz pozna u badanego stosunkowo szeroką sferę unikania odpowiedzialności. Jednak w pewnych sytuacjach prawie wszyscy staramy się uniknąć - często w sposób dość wyrafinowany - przykrej odpowiedzialności za własne problemy. Ja sam, mając trzydzieści lat, wyleczyłem się z drobnej charakteropatii dzięki Macowi Badgely'emu. Był on kierownikiem przychodni przy klinice psychiatrycznej, w której odbywałem właśnie praktykę. Moim kolegom praktykantom i mnie przydzielano coraz to nowych pacjentów. Poświęcałem im więcej czasu niż moi koledzy. Oni przyjmowali pacjentów raz  w tygodniu, dzięki czemu opuszczali szpital codziennie o wpół do piątej. Napawało mnie to rozgoryczeniem. Ja&

23,00 zł
25,90 zł
29,51 zł
32,90 zł