Dziewczyna z perłą - okładka filmowa

  • 83-7298-613-4
  • Autor: Chevalier, Tracy
  • Dostępność: Brak
  • 23,90 zł
  • Niedostępny

W połowie swojej kariery znany holenderski artysta Johanes Vermeer namalował studium dziewczyny w turbanie i z kolczykiem z perłą. Często nazywano ją holenderską Moną Lizą. Co takiego Vermeer zrobił kobiecie, która od ponad trzystu lat patrzy na nas z obrazu "Dziewczyna z perłą"? Dlaczego raz wydaje się radosna, innym razem smutna. Przeczytaj historię opowiedzianą przez Tracy Chevalier (autorkę znaną także z książki Spadające anioły), a zrozumiesz, czym jest chorobliwe uzależnienie od piękna. W powieści Tracy Chevalier prawda i fikcja splatają się, tworząc zadziwiająco spójną wizję zmysłowego i artystycznego przebudzenia, widzianego oczami dziewczyny, która stała się inspiracją dla malarza.
W zeszłym roku dużym uznaniem na świecie cieszyła się ekranizacja tej powieści. Przez jakiś czas wydawało się, iż ten kameralny film nie trafi do polskich kin. Na szczęście ostatnio sytuacja się zmieniła, zapewne dzięki dużemu rozgłosowi wokół osoby Scarlett Johansson. Wyróżniono ją niedawno nagrodą BAFTA dla najlepszej aktorki za rolę w Między słowami, ale trzeba pamiętać, iż w tym roku miała do tej nagrody w tejże kategorii jeszcze drugą nominację: za umiejętności aktorskie właśnie w Dziewczynie z perłą, a na tym nie koniec, bowiem za tę samą rolę otrzymała nominację do "Złotego Globu", w kategorii najlepsza aktorka dramatyczna. Dystrybutorem filmu jest ITI Cinema, a obraz pojawi się na ekranach kin 21 maja 2004.

Rok wydania: 2004
Stron: 217
Oprawa: broszura
Format: 125x183
Pakowanie: 30
Tłumacz:  Krzysztof Puławski

Fragment tekstu:

Ojcu poświęcam

1664
Matka nie powiedziała mi o tej wizycie. Później wyjaśniła, że nie chciała, żebym się zdenerwowała. Zdziwiło mnie to, ponieważ uważałam, że zna mnie dobrze. Ci, co przyszli, uznali, że jestem spokojna. Nie płakałam jak dziecko. Tylko matka mogła zauważyć, że mocniej zaciskam szczęki, a moje i tak wielkie źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej.
Kroiłam właśnie warzywa w kuchni, kiedy usłyszałam głosy przed naszymi drzwiami: kobiecy - jasny niczym wypolerowany mosiądz i męski - niski i ciemny jak deski stołu, przy którym pracowałam. Rzadko słyszeliśmy w domu podobne głosy. Były w nich bogato zdobione dywany, książki, perły i futra.
Ucieszyłam się, że wcześniej tak porządnie wyszorowałam schody.
Głos matki, jak garnek albo dzban, zaczął się przybliżać od przedpokoju. Szli do kuchni. Przesunęłam pokrojone pory na miejsce, położyłam nóż na stole, wytarłam ręce w fartuch i ścisnęłam mocno wargi, żeby je wygładzić.
Moja matka weszła pierwsza i rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie. Za nią pojawiła się kobieta, która musiała się schylić, żeby wejść do środka. Była bardzo wysoka, wyższa niż towarzyszący jej mężczyzna.
Wszyscy w mojej rodzinie, nawet ojciec i brat, byli niscy.
Mimo spokojnego dnia kobieta wyglądała tak, jakby przywiał ją tu wiatr. Czepek miała przekrzywiony, wystawały spod niego drobne jasne loczki przypominające pszczoły, które co jakiś czas próbowała odpędzić. Kołnierz źle leżał i nie był tak wykrochmalony, jak trzeba. Kiedy odrzuciła poły opończy, zauważyłam, że pod jej ciemnoniebieską suknią rozwija się dziecko, które powinno urodzić się tuż przed końcem roku albo jeszcze wcześniej.
Twarz kobiety przypominała owalny półmisek, czasami lśniący i piękny, a czasami powleczony śniedzią. Jej oczy wyglądały jak dwa brązowe guziki, co było rzadkie w zestawieniu z blond włosami. Chciała pokazać, że przygląda mi się uważnie, ale nie potrafiła się skoncentrować. Jej wzrok wciąż błądził po kuchni.
- Więc to jest ta dziewczyna - rzekła nagle.
- To moja córka, Griet - potwierdziła matka, a ja skłoniłam się im z szacunkiem.
- No cóż, nie za duża. Czy jest przynajmniej silna? - Kiedy odwróciła się, żeby spojrzeć na mężczyznę, zawadziła opończą o leżący na stole nóż. Nóż spadł z trzaskiem i obrócił się parę razy na podłodze.
Kobieta krzyknęła.
- Catharino - upomniał ją spokojnie mężczyzna. Mówił tak, jakby miał w ustach cynamon. Jego żona potrzebowała chwili, żeby się uspokoić.
Podniosłam nóż i wytarłszy ostrze w fartuch, odłożyłam na stół. Ponieważ zawadziłam nim o warzywa, musiałam jeszcze poprawić marchewkę.
Mężczyzna patrzył na mnie oczami szarymi jak morze. Twarz miał pociągłą i kanciastą, o stałym wyrazie, w przeciwieństwie do żony, której twarz przypominała płomień świecy. Nie nosił brody ani wąsów, co mnie ucieszyło, ponieważ dzięki temu wyglądał schludniej. Miał na sobie czarną opończę i białą koszulę z pięknym koronkowym kołnierzem. Kapelusz przykrywał wło-sy o barwie wymytych deszczem czerwonych cegieł.
- Co robisz, Griet? - spytał.
Zdziwiło mnie to pytanie, ale wiedziałam, że lepiej tego nie okazywać.
- Kroję warzywa, panie. Na zupę.
Zawsze układam warzywa w kole tak, że każde ma w nim odpowiednie miejsce, niczym kawałki tortu. Tym razem było ich pięć: czerwona kapusta, cebula, pory, marchewka i rzepa, przy czym okrągły środek wypełniała marchewka. Żeby je tak uformować, użyłam tępej części ostrza.
Mężczyzna postukał palcem w stół.
- Czy w tej kolejności wkładasz je do zupy? - zapytał, oglądając koło.
- Nie, panie… - zawahałam się. Nie potrafiłam wyjaśnić, skąd taki układ warzyw. Po prostu czułam, że tak właśnie powinny leżeć, ale bałam się to powiedzieć.
- Widzę, że oddzieliłaś odcienie bieli - rzekł, wskazując kawałki rzepy i cebuli. - A dlaczego pomarańczowy i fioletowy nie są obok siebie?
Wziął do ręki kawałek kapusty i marchewki i potrząsnął nimi, jakby to były kości do gry.
Zerknęłam na matkę, która skinęła lekko głową.
- Bo te kolory się kłócą, kiedy są obok siebie, panie.
Uniósł brwi, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- A czy ułożenie tych warzyw zajmuje ci dużo czasu?
- Nie, panie - odparłam nieco zmieszana. Nie chciałam, żeby uznał mnie za nieroba.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch. To moja siostra Agnes zajrzała ukradkiem do kuchni i potrząsnęła głową, słysząc moją odpowiedź. Rzadko zdarzało mi się kłamać. Spuściłam głowę.
Mężczyzna obrócił się lekko i Agnes zniknęła. Zaraz też odłożył kawałki marchewki i kapusty do pozostałych warzyw. Kapusta trafiła do cebuli. Chciałam sięgnąć i położyć ją na właściwym miejscu, ale się powstrzymałam. Jednak on zauważył mój ruch. Chciał mnie w ten sposób sprawdzić.
- No, dosyć już tego gadania - rzekła kobieta. Mimo że denerwowało ją to, iż poświęcał mi uwagę, to na mnie skierowała swój gniew. - Zaczyna od jutra, prawda? - Popatrzyła jeszcze na męża, zanim wyszła z pokoju.
Za nią wyśliznęła się moja matka. Mężczyzna spojrzał raz jeszcze na warzywa, a potem skinął mi głową na pożegnanie i ruszył za kobietami.
Kiedy matka wróciła, siedziałam przy tym, co miało stać się zupą. Czekałam, aż zacznie mówić. Kuliła ramiona, jakby chroniąc się przed mroźnym wiatrem, mimo lata i ciepła panującego w kuchni.
- Masz jutro zacząć pracę jako ich służąca. Jeśli będziesz się starać, dostaniesz osiem stuiverów dziennie. Będziesz też u nich mieszkać.
Zacisnęłam usta.
- Nie patrz tak na mnie, Griet - poprosiła matka. - Wiesz, że ojciec stracił pracę i nie mamy wyjścia.
- A gdzie mieszkają?
- Przy Oude Langendijck, niedaleko skrzyżowania z Molenpoort.
- W Zakątku Papistów? Więc są katolikami?
- Powiedzieli, że będziesz mogła przychodzić do domu na niedziele.
Matka zebrała rękami kawałki rzepy wraz z drobinami kapusty i cebuli i wrzuciła to wszystko do stojącego na ogniu garnka. Zniszczyła w ten sposób pasy, które tak uważnie ułożyłam.


Wspięłam się po schodach do ojca. Siedział z przodu poddasza, tuż przy oknie, wystawiając twarz do słońca. Teraz mógł widzieć już tylko jego blask.
Ojciec zajmował się malowaniem kafli. Jego ręce wciąż no-siły niebieskie ślady po amorkach, pannach, żołnierzach, statkach, dzieciach, rybach, kwiatach i zwierzętach, którymi ozdabiał białe powierzchnie. Jednak pewnego dnia wybuchł piec do wypalania i pozbawił go oczu oraz pracy. I tak miał szczęście - dwaj inni mężczyźni zginęli.
Usiadłam obok i wzięłam go za rękę.
- Słyszałem - rzekł, zanim otworzyłam usta. - Wiem wszystko. - Po tym, jak stracił oczy, znacznie polepszył mu się słuch.
Nie miałam do powiedzenia nic, co nie byłoby wyrzutem.
- Przykro mi, Griet. Chciałbym, żeby spotkał cię lepszy los. - Miejsce zszyte przez medyków, tam, gdzie były jego oczy, nabrało nagle pełnego smutku wyrazu. - Ale to porządny i sprawiedliwy człowiek. Będzie cię dobrze traktował. - Nawet nie wspomniał o kobiecie.
- Jak możesz być tego pewny, ojcze? Czy znasz go?
- Nie wiesz, kim jest?
- Nie.
- Pamiętasz obraz, który widzieliśmy parę lat temu w ratuszu, który van Ruijven wystawił zaraz po tym, jak go kupił? Przedstawiał widok Delftu od strony Rotterdamu i bramy Schiedam. Znaczną jego część zajmowało niebo, a słońce złociło się na murach budynków…
- A w farbach był piasek, żeby ściany i dachy wyglądały na prawdziwe - dodałam. - A na wodzie leżały długie cienie i najbliżsi nas ludzie byli tacy mali.
- Właśnie. - Oczodoły ojca rozszerzyły się, jakby wciąż miał oczy i w tej chwili oglądał obraz.
Pamiętałam go dobrze. Pomyślałam wówczas, że tyle razy stałam w tym miejscu i nigdy nie widziałam takiego Delftu jak ten malarz.
- To był obraz van Ruijvena, prawda?
- Tak, on jest jego właścicielem. - Ojciec zaśmiał się. - Ale namalował go Johannes Vermeer. To właśnie jego pracownię będziesz sprzątać.


Do tych paru rzeczy, które ze sobą wzięłam, matka dołożyła jeszcze czepek, kołnierz i fartuch, żebym je mogła prać co drugi dzień i w ten sposób wyglądać czysto i schludnie. Dała mi też ozdobny, szylkretowy grzebień w kształcie muszli, który należał do mojej babki, zbyt wykwintny jak na potrzeby służącej, i modlitewnik, który miał mi pomagać w zalewie katolicyzmu.
Podczas pakowania wyjaśniła mi, dlaczego mam służyć u Vermeerów.
- Wiesz, że twój nowy pan jest mistrzem gildii św. Łuka-sza i pełnił tę funkcję w zeszłym roku, kiedy twój ojciec miał wypadek?
Skinęłam głową, wciąż poruszona tym, że będę pracować dla takiego artysty.
- Gildi<%-1>a dba o swoich ludzi najlepiej, jak potrafi. Pamiętasz, że ojciec wpłacał co tydzień pewną sumę? Otóż te pieniądze dostają ci, którzy są w potrzebie. Tak jak my w tej chwili. Niestety, teraz pomoc się kończy, a przecież Frans wciąż jest czeladnikiem. Dlatego nie mamy wyboru. Nie przyjmiemy przecież pieniędzy na dobroczynność, skoro możemy się bez nich obejść. I kiedy twój ojciec usłyszał, że Vermeer potrzebuje służącej, która mogłaby sprzątać pracownię bez przestawiania czegokolwiek, natychmiast wspomniał o tobie. Miał nadzieję, że twój nowy pan zdecyduje się nam pomóc, skoro zna naszą sytuację.
Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co powiedziała.
- Jak można sprzątać, niczego nie przestawiając?
- To jasne, że będziesz mogła przestawiać rzeczy, ale musisz je potem odstawiać na miejsce. Żeby wyglądały na nietknię-te. Tak jak robisz to teraz przy ojcu, kiedy on nie widzi.
Po tym, jak ojciec stracił wzrok, nauczyliśmy się odkładać wszystko na miejsce, żeby mógł znaleźć to, czego akurat szukał. Jednak co innego zadowolić ślepca, a co innego - malarza.


Po tej wizycie nie usłyszałam ani słowa od Agnes. Kiedy położyłam się przy niej, milczała, chociaż nie odwróciła się do mnie plecami. Leżała, patrząc w sufit. Kiedy zdmuchnęłam świece, zrobiło się tak ciemno, że nie mogłam nic dostrzec. Wówczas obróciłam się do niej.
- Wiesz, że nie chcę odejść. Po prostu muszę.
Cisza.
- Potrzebujemy pieniędzy. Nic nie mamy, od kiedy ojciec przestał pracować.
- Osiem stuiverów za tydzień to wcale nie tak dużo - powiedziała szorstkim głosem, jakby miała pajęczyny w gardle.
- Będziemy mieli za to chleb. I jeszcze coś do chleba. To wcale nie tak mało.
- Będę się czuła samotna. Zostawisz mnie samą jak palec. Najpierw Frans, a teraz ty.
Właśnie Agnes najbardziej z całej rodziny martwiła się, kiedy Frans musiał opuścić dom w zeszłym roku. Żyli ze sobą jak pies z kotem, ale kiedy odszedł, to właśnie ona chodziła całymi dniami nadąsana. Była najmłodsza z nas trojga, miała zaledwie dziesięć lat, i do tej pory zawsze mogła liczyć na towarzystwo kogoś z rodzeństwa.
- Prz<%-1>ecież mama i tata zostaną z tobą. Będę was odwiedzać w niedziele. A poza tym, wiedziałaś przecież, że Frans zostanie czeladnikiem. - Od lat mówiło się o tym, że po skończeniu trzynastu lat brat rozpocznie terminowanie. Ojciec oszczędzał, jak mógł, żeby opłacić naukę. Lubił mówić, że kiedy syn nauczy się innych tajników zawodu, będą mogli razem założyć manufakturę.
Teraz ojciec siedział przy oknie i nigdy nie mówił o przy- szłości.
Po wypadku Frans przyszedł na dwa dni do domu. Później już nas nie odwiedzał. Ostatnio widziałam go w manufakturze, gdzie pracował jako czeladnik. Wyglądał na zmęczonego i całe ręce miał poparzone od wyciągania kafli z pieca. Powiedział, że pracuje od świtu do nocy i czasami jest zbyt zmęczony, żeby coś zjeść.
- Ojciec nigdy nie mówił, że będzie tak ciężko - mruknął niechętnie. - Zawsze twierdził, że to termin zrobił z niego człowieka.
- Być może - powiedziałam. - Być może zrobił z niego to, czym jest teraz.


Kiedy następnego dnia rano zbierałam się do odejścia, ojciec podszedł do drzwi, wodząc ręką po ścianie. Uściskałam mamę i Agnes.
- Ani się nie obejrzysz, jak będzie niedziela - pocieszyła mnie matka.
Ojciec dał mi coś zawiniętego w chusteczkę.
- Żeby przypominało ci o domu - rzekł. - I o nas.
To był mój ulubiony, zrobiony przez niego kafel. Inne, które trzymaliśmy w domu, miały jakieś wady - były wyszczerbione, nierówne albo zamazane ze względu na zbyt wysoką temperaturę pieca. Ten jeden ojciec zachował jako świadectwo swego kunsztu. Przedstawiał dwie proste figurki: chłopca i starszą dziewczynkę. Dzieci nie bawiły się, jak to zwykle bywa, ale szły przed siebie. Bardzo przypominały mnie i Fransa w czasie wędrówki. Zapewne ojciec myślał o nas, kiedy malował ten obrazek. Chłopiec wyprzedził trochę dziewczynkę, lecz właśnie się odwrócił, żeby jej coś powiedzieć. Miał taką minę, jakby chciał coś zbroić, i zmierzwione włosy. Dziewczynka nosiła czepek tak jak ja, nie wiążąc go pod brodą lub na karku jak wiele innych dziewcząt. Najbardziej lubiłam biały, z podwijanym rąbkiem i opadającymi końcami, który nie tylko zakrywał całe włosy, ale i twarz, gdy się patrzyło z boku. Był sztywny, ponieważ gotowałam go razem z ziemniaczanymi obierkami.
Zaczęłam się oddalać od domu, niosąc rzeczy zawinięte w fartuch. Było jeszcze wcześnie, sąsiadki polewały schody na ze-wnątrz i ulicę wodą, a następnie szorowały stopnie do czysta. Teraz miała się tym zająć Agnes, podobnie jak innymi moimi obowiązkami. Będzie miała mniej czasu, by bawić się na ulicy i przy kanałach. Jej życie też się zmieni.
Ludzie pozdrawiali mnie, patrząc ciekawie. Nikt nie pytał, dokąd idę, ani nie starał się mnie pocieszyć. Nie było takiej potrzeby. Wszyscy wiedzieli, co się dzieje, kiedy mężczyzna traci pracę. Dopiero później będą mogli opowiadać o małej Griet, która została służącą, i o jej ojcu, który już nie może zadbać o rodzinę. Jednak nikt się nie będzie cieszył. Przecież to samo może się zdarzyć i u nich.
Przez całe życie chodziłam tą ulicą i nigdy nie myślałam o tym, że za plecami mam rodzinny dom. Kiedy jednak skręciłam, znikając z oczu rodziny, nagle zrobiło mi się lżej. Zaczęłam rozglądać się dookoła. Poranek był jeszcze chłodny. Gładka szarobiała powierzchnia nieba wisiała nad Delftem niczym prześcieradło, a słońce nie wspięło się wystarczająco wysoko, żeby rozproszyć cienie. Lustrzane wody kanału, przy którym szłam, lśniły bielą, naznaczoną lekko zielenią. Kiedy słońce zaświeci jaśniej, nabiorą jednak ciemniejszej barwy mchu.
Siadywałam tutaj wraz z Fransem i Agnes i rzucaliśmy do wody różne rzeczy, kamyki, kawałki drewna czy kafli, wyobrażając sobie to, w co trafialiśmy. Nie ryby, ale twory naszej wyobraźni, wielookie, pokryte łuską istoty z rękami i płetwami. Frans wymyślał najciekawsze monstra. Agnes najbardziej się bała. A ja zwykle przerywałam zabawę, zbyt pochłonięta rzeczywistym wyglądem przedmiotów, by jeszcze wyobrażać sobie coś, co nie istnieje.
Na kanale znajdowało się parę łodzi płynących na rynek. Nie był to jednak dzień handlowy, kiedy kanał tak się zapełniał, że trudno było dojrzeć wodę. Jedna z łodzi wiozła ryby rzeczne do straganów przy moście Jeronymousa. Inna zanurzyła się głęboko z powodu ładunku cegieł. Mężczyzna, który odpychał ją żerdzią od dna, pozdrowił mnie głośno. Skinęłam głową, odwracając się tak, żeby zasłonić twarz rąbkiem czepka.
Przeszłam przez most, a następnie skręciłam na rynek, nawet teraz pełen ludzi, którzy załatwiali różne sprawy: kupowali mięso w hali rzeźnickiej, chleb u piekarza albo szli ważyć drewno do Domu Wagi. Dzieci załatwiały sprawy rodziców, czeladnicy - mistrzów, a służące - domów, w których pracowały. Wozy zaprzężone w konie przejeżdżały z hałasem po bruku. Po prawej stronie miałam ratusz z pozłacanym wejściem i twarzami z białego marmuru, spoglądającymi w dół ze zworników okien. Po lewej, Nieuwe Kerk, Nowy Kościół, gdzie mnie ochrzczono szesnaście lat temu. Jego długa, wąska wieża przywodziła mi na myśl kamienną klatkę dla ptaków. Ojciec zabrał nas kiedyś na jej szczyt. Nigdy nie zapomnę widoku Delftu, jaki się stąd rozpościerał. Te małe, ale wyraźne budynki z cegły, spadziste czerwone dachy i zielone kanały pozostaną na zawsze w mej pamięci. Spytałam wtedy ojca, czy wszystkie miasta w Holandii wyglądają tak samo, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Nigdy nie był w innym mieście, nawet w Hadze, do której można było dojść pieszo w ciągu dwóch godzin.
Przeszłam na środek rynku. To właśnie tutaj ułożono z kamieni ośmioramienną gwiazdę w kole. Każde jej ramię wskazywało inną część Delftu. Często myślałam o niej jako o centrum miasta i mojego życia. Bawiliśmy się tutaj z Agnes i Fransem, od kiedy mogliśmy przybiegać na rynek. Nasza ulubiona zabawa polegała na tym, że jedno z nas wybierało ramię gwiazdy i podawało naz- wę jakiegoś miejsca lub rzeczy, a potem wszyscy zaczynaliśmy tego szukać. Mógł to być bocian, kościół, taczka albo kwiatek. W ten sposób poznaliśmy niemal całe miasto.
Nigdy jednak nie biegaliśmy do Zakątka Papistów, gdzie mieszkali katolicy. Dom, w którym miałam pracować, znajdował się tylko dziesięć minut drogi od mojego. Zaledwie tyle czasu, żeby zagotować garnek wody! A jednak nigdy go nie widziałam.
Nie znałam żadnego katolika. W Delfcie nie było ich znowu tak wielu. Żaden nie mieszkał na naszej ulicy i nie korzystał z naszych sklepów. Miasto godziło się na ich obecność, ale nie wolno im było  praktykować w ostentacyjny sposób. Ich nabożeństwa miały skromny charakter i odbywały się w budynkach, które nie przypominały świątyń.
Ojciec, który pracował z katolikami, opowiadał, że niczym się od nas nie różnią. A jeśli, to tylko tym, że są mniej poważni. Lubią jedzenie, picie, piosenkę i zabawę. Mówił to tak, jakby im zazdrościł.
Teraz wybrałam to ramię gwiazdy, którego zawsze unikałam. Szłam wolno, ponieważ nie chciałam opuścić znajomego bruku. Przeszłam przez most nad kanałem i skręciłam w lewo w Oude Langendijck. Po mojej lewej stronie kanał biegł równolegle do ulicy, oddzielając ją od rynku.
Przy skrzyżowaniu z Molenpoort, na ławce przed otwartym domem, siedziały cztery dziewczynki. I to siedziały według wzrostu; pierwsza i najstarsza z dziewczynek mogła być w wieku Agnes, a najmłodsza miała pewnie ze cztery lata. Jedna ze środkowych trzymała na kolanach niemowlaka, na tyle dużego, że już zapewne raczkował, a niedługo powinien zacząć chodzić.
Pięcioro dzieci, pomyślałam. I szóste w drodze.
Najstarsza dziewczynka wydmuchiwała bańki przez muszelkę przymocowaną do rurki, podobną do tych, które robił nam ojciec. Pozostałe podskakiwały, starając się je złapać. Tylko dziewczynka z niemowlakiem nie bardzo mogła brać udział w zabawie, chociaż siedziała tuż obok najstarszej siostry. Również najmłodszemu dziecku udało się złapać zaledwie parę mydlanych baniek. Przedostatnia co do wieku i wzrostu dziewczynka była najszybsza i bez problemu chwytała bańki w dłonie. Miała też najbardziej rzucające się w oczy włosy, w ceglastym kolorze domu, przed którym siedziały. Blond loczki dwóch młodszych dziewczynek przypominały fryzurę ich matki, a miedziane włosy najstarszej - ojca.
Patrzyłam, jak jasnoruda dziewczynka klasnęła, próbując złapać kolejną bańkę nad szarymi i białymi płytkami ułożonymi w ukośnych rzędach przed domem. Wiele nosiło już ślady wilgoci. Z tą będą kłopoty, pomyślałam.
- Staraj się łapać bańki wyżej nad ziemią. Inaczej trzeba będzie znowu szorować płytki - powiedziałam.
Najstarsza odsunęła rurkę od ust. Cztery pary oczu spojrzały na mnie w taki sam sposób, nie pozostawiając wątpliwości, że mam do czynienia z siostrami. Ich twarze nosiły różne cechy rodziców: szare lub brązowe oczy, kanciaste rysy. Nawet ruchy były szybkie i niecierpliwe.
- Czy jesteś naszą nową służącą? - spytała najstarsza.
- Miałyśmy ciebie wyglądać - wtrąciła jasnoruda, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
- Cornelio, idź po Tanneke - poleciła jej najstarsza.
- Ty idź, Aleydis - Cornelia zwróciła się do najmłodszej, która zastygła, wpatrując się we mnie wielkimi, szarymi oczami.
- Dobrze, ja pójdę. - Najstarsza zdecydowała, że moje przybycie jest jednak ważnym wydarzeniem.
- Nie, nie! Ja! - Cornelia wyskoczyła przed siostrę i pobiegła do domu, zostawiając mnie ze spokojniejszymi dziewczynkami.
- Czy to wasz braciszek, czy siostrzyczka? - Wskazałam wiercące się na kolanach dziecko.
- Braciszek - odparła dziewczynka głosem delikatnym niczym puchowa poduszka. - Ma na imię Johannes i nie wolno mówić na niego Jan - dodała, jakby powtarzała to do znudzenia.
- Rozumiem. A jak ty masz na imię?
- Lisbeth. A to jest Aleydis. - Najmłodsza uśmiechnęła się do mnie. Obie miały na sobie schludne, brązowe ubranka, z białymi fartuszkami i czepeczkami.
- A starsza siostra?
- Maertge. Tylko nie mów do niej Maria, bo to imię naszej babci, Marii Thins. Ten dom jest jej własnością.
Niemowlę zaczęło płakać, więc Lisbeth podrzuciła je parę razy na kolanie.
Spojrzałam na dom. Był na pewno wspanialszy niż nasz, ale nie tak, jak się obawiałam. Miał dwa piętra i mansardę, a nasz tylko jedno i to niewielkie poddasze. Stał na rogu Molenpoort, więc był nieco szerszy niż pozostałe domy. Wyglądał też na mniej ściśnięty niż inne domy w Delfcie, stojące jeden przy drugim, z kominami i frontami dachów w kształcie stopni, odbijającymi się w zielonych wodach kanałów. Okna parteru były bardzo wysokie, a na pierwszym piętrze znajdowały się trzy przeszklone, położone blisko siebie powierzchnie, zamiast dwóch, co stanowiło normę.
Od frontu widać było tuż za kanałem wieżę Nowego Kościo-ła. Pomyślałam, że to nic przyjemnego dla katolików. Kościół, do którego nigdy nie wejdą.
- Więc to ty jesteś nową służącą? - usłyszałam głos za plecami.
Stojąca w drzwiach kobieta miała szeroką twarz, naznaczoną śladami przebytej ospy. Jej nos wyglądał jak kartofel, a obfite wargi układały się w małe usta. Jej oczy były jasnobłękitne, przypominały dwa kawałki nieba. Miała na sobie szaro-brązową suknię z białym staniczkiem, mocno zawiązany czepek i, nie tak czysty jak mój, fartuch. Blokowała sobą niemal całe przejście tak, że Maertge i Cornelia musiały się przepychać na zewnątrz. Poza tym patrzyła na mnie, stojąc ze skrzyżowanymi na piersi rękami, jakby szykowała się do walki.
Czuje się zagrożona, pomyślałam. Będzie mnie terroryzować, jeśli na to pozwolę.
- Mam na imię Griet - odparłam, patrząc jej prosto w oczy.
Kobieta przestąpiła z nogi na nogę.
- Wobec tego chodź do środka - powiedziała po chwili.
Przesunęła się do mrocznego wnętrza, pozwalając mi wejść.
Przestąpiłam próg.
Po tym pierwszym zetknięciu z nowym domem pamiętałam głównie obrazy. Zatrzymałam się tuż za drzwiami, ściskając swój węzełek, i patrzyłam. Już wcześniej widziałam różne malowidła, ale nigdy tyle w jednym miejscu. Naliczyłam aż jedenaście. Największe przedstawiało dwóch walczących, niemal nagich mężczyzn. Ponieważ nie znałam żadnej przypowieści biblijnej na ten temat, zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest jakiś katolicki motyw. Inne obrazy przedstawiały bardziej znajome rzeczy: leżące owoce, krajobrazy, statki na morzu, ludzi… Wyglądały tak, jakby namalowali je różni malarze. Starałam się zgadnąć, które wyszły spod pędzla mojego nowego pana. Jednak żaden z nich jakoś mi do niego nie pasował.
Później dowiedziałam się, że namalowali je inni malarze. On rzadko trzymał w domu swoje obrazy. Był przecież nie tylko artystą, ale też marszandem, i w całym domu, nie wyłączając mojej sypialni, pełno było malowideł. Ponad pięćdziesiąt, cho-ciaż ich liczba zmieniała się w zależności od tego, jak szedł handel.
- Chodź, nie ma co się gapić po próżnicy. - Moja przewodniczka poprowadziła mnie długim korytarzem, który wiódł aż na tyły domu.
Przeszłyśmy kawałek, kiedy kobieta gwałtownie skręciła w lewo. W pokoju, na przeciwległej ścianie, wisiał większy ode mnie obraz, przedstawiający Chrystusa na krzyżu. U stóp krzyża stała Matka Jego, Maria Magdalena i św. Jan. Starałam się za bardzo nie gapić, ale zadziwiły mnie temat i wielkość obrazu.
- Katolicy nie różnią się tak bardzo od nas - twierdził ojciec, ale w naszych domach i kościołach nie było takich malowideł. Teraz miałam je oglądać codziennie.
Zawsze później w myślach nazywałam ten pokój "pokojem ukrzyżowania" i nigdy nie czułam się w nim swobodnie.
Obraz tak bardzo mnie zaskoczył, że nie zauważyłam siedzącej w kącie starszej kobiety.
- No i co, dziewczyno? - zaczęła, a ja obróciłam się w jej stronę. - To dla ciebie coś nowego, prawda?
Siedziała na wygodnym krześle i paliła fajkę. Zęby, w których trzymała cybuch, zbrązowiały od tytoniu, a palce miała poplamione inkaustem. Poza tym, jej czarna suknia, koronkowy kołnierz i wykrochmalony biały czepek lśniły czystością. Mimo surowej, pomarszczonej twarzy, w jej orzechowych oczach widać było rozbawienie.
Staruszka wyglądała tak, jakby miała przeżyć wszystkich dokoła.
Jest matką Cathariny, pomyślałam nagle. Nie chodziło mi tylko o kolor oczu i siwy lok, który wysuwał się spod czepka tak jak jej córce. Kobieta wyglądała na taką, która potrafi zająć się osobami mniej zaradnymi od niej - na przykład Cathariną. Od razu zrozumiałam, dlaczego przyprowadzono mnie właśnie do niej, a nie do córki.
Choć nie wykazała większego zainteresowania moją osobą, wiedziałam jednak, że bacznie mnie obserwuje. Kiedy zmrużyła oczy, zrozumiałam, że zna również moje myśli. Obróciłam się tak, żeby zakryć twarz rąbkiem czepka.
Maria Thins puściła dym z fajki i wydała z siebie zduszony śmiech.
- Tak jest, nie powinnaś z nikim dzielić się swoimi myślami. Więc masz pracować dla mojej córki… Cóż, właśnie wyszła do sklepu. Tanneke pokaże ci wszystko i powie, co będziesz robić.
- Tak, pani. - Skinęłam głową.
Tanneke, która stała obok staruszki, ruszyła jak burza. Pospieszyłam za nią, czując na plecach spojrzenie Marii Thins. Znowu usłyszałam jej śmiech.
Tanneke zaprowadziła mnie najpierw na tyły domu, gdzie znajdowała się kuchnia, pralnia, a także dwie komórki. Z pralni wychodziło się na małe podwórko, gdzie wisiały wyprane białe rzeczy.
- Najpierw trzeba to wyprasować - powiedziała Tanneke.
Nic nie odrzekłam, chociaż wyglądało na to, że słońce nie zdążyło jeszcze należycie wybielić prania.
Następnie powiodła mnie do jednej z komórek i wskazała na dziurę w podłodze z wystającą drabiną.
- Tam będziesz spała - oznajmiła. - Rzuć tam teraz swoje rzeczy, potem się rozpakujesz.
Niechętnie cisnęłam węzełek, myśląc o kamykach, które wrzucałam z Agnes i Fransem do kanałów po to, żeby dosięgły potworów. Moje rzeczy uderzyły głucho o brudną podłogę. Poczułam się jak jabłoń, która traci owoce.
Poszłam za Tanneke korytarzem, w którym znajdowały się wejścia do wszystkich pomieszczeń. Było ich znacznie więcej niż w naszym domu. Minęłyśmy pokój Ukrzyżowania i weszłyśmy do innego, położonego na przodzie domu, w którym znajdowały się łóżeczka, nocniki, krzesełka i mały stolik z naczyniami, świecznikami i szczypcami do objaśniania świec. Dookoła leżały porozrzucane ubranka.
- To sypialnia dziewczynek - mruknęła Tanneke, być może zawstydzona tym bałaganem.
Cofnęła się, a następnie weszła do dużej komnaty. Słońce, które wpadało przez frontowe okna, słało się na posadzce wyłożonej szarymi i czerwonymi płytkami.
- Duży pokój - oznajmiła. - Śpią w nim państwo.
Nad łóżkiem znajdował się baldachim z zielonego jedwabiu. Poza tym stała tutaj wyłożona mahoniem komoda, a także przystawiony do okna stół z jasnego drewna z obitymi skórą hiszpańskimi krzesłami. Jednak znowu moją uwagę przykuły wiszące tu obrazy. Było ich więcej niż gdzie indziej. Naliczyłam po cichu aż dziewiętnaście. Większość stanowiły portrety, jak mi się zdawało, członków obu rodzin. Zobaczyłam też Matkę Boską i jednego z trzech królów, kłaniającego się Dzieciątku. Te religijne malowidła wzbudziły we mnie niepokój.
- Teraz na górę. - Tanneke weszła pierwsza na strome schody, a następnie położyła palec na ustach.
Wspinałam się najciszej, jak mogłam. Kiedy znalazłam się na górze, dostrzegłam zamknięte drzwi. W środku było cicho, ale wiedziałam, że on tam jest.
Stałam, patrząc na te drzwi. Bałam się poruszyć w obawie, że za chwilę się otworzą.
Tanneke pochyliła się w moją stronę i szepnęła:
- Będziesz tam sprzątać. Młodsza pani wszystko ci później wyjaśni. A te pokoje - wskazała drzwi na tyłach - należą do mojej pani. Tylko ja mogę tam wejść i sprzątać.
Zeszłyśmy cichutko na dół. Kiedy z powrotem znalazłyśmy się w pralni, Tanneke wskazała wielką górę brudnych ubrań.
- Zajmiesz się też praniem. - Mieli w tym spore zaległości i wiedziałam, że na początku będzie mi ciężko. - W kuchni jest zbiornik z wodą, ale lepiej brać wodę z kanału. W tej części miasta nadaje się do prania.
- Czy wszystko to robiłaś sama, Tanneke? - spytałam cicho. - Całe gotowanie, sprzątanie i pranie należało do ciebie?
Od razu stało się jasne, że użyłam właściwych słów.
- I część zakupów - stwierdziła dumna z siebie. - Oczywiście, większością zajmuje się młoda pani, ale kiedy jest w cią- ży, często brakuje mięsa i ryb. A rzadko nie jest - dodała szeptem. - Ty też będziesz chodzić do hali rzeźnickiej i na targ rybny. To należy do zakresu twoich obowiązków.
To powiedziawszy, zostawiła mnie z praniem. Wraz ze mną w domu znajdowało się teraz dziesięć osób. W tym dziecko, które brudzi więcej niż wszyscy pozostali. Będę zatem prała codziennie z dłońmi popękanymi od mydła i wody, twarzą czerwoną od pary, plecami bolącymi od ciągłego dźwigania mokrych ubrań i rękami poparzonymi żelazkiem. Jednak byłam nowa i młoda, i właśnie tego należało się spodziewać.
Ubrania powinny moczyć się cały dzień, zanim będzie je można wyprać. W komórce z piwnicą znalazłam dwie cynowe misy i miedziany czajnik. Wzięłam misy i wyszłam z nimi przed dom.
Dziewczynki siedziały na ławce. Teraz Lisbeth robiła bańki, a Maertge karmiła Johannesa maczanym w mleku chlebem. Cornelia i Aleydis łapały bańki. Kiedy się pojawiłam, wszystkie przerwały i spojrzały na mnie ciekawie.
- Jesteś nową służącą, prawda? - powiedziała jasnoruda dziewczynka.
- Tak, Cornelio.
Cornelia podniosła kamyk i rzuciła go przez ulicę do kanału. Jej ramiona były podrapane, co znaczyło, że pewnie drażniła się z kotem.
- Gdzie będziesz spała? - spytała Maertge, wycierając zabrudzone palce w fartuszek.
- W piwnicy.
- O, to fajne miejsce. Chodźmy się tam pobawić!
Wbiegła do środka, ale zaraz się zatrzymała. Kiedy nikt za nią nie pobiegł, wróciła, marszcząc brwi.
- Aleydis, pokażesz mi, gdzie mogę nabrać wody? - poprosiłam, wyciągając dłoń do najmłodszej dziewczynki.
Podała mi rączkę i uniosła główkę. Oczy miała jak dwie lśniące monety. Przeszłyśmy przez ulicę, a za nami Cornelia i Lisbeth. Aleydis pokazała mi schody, które prowadziły wprost do wody. Kiedy tak się wychylałyśmy, ścisnęłam ją mocniej za rękę, jak to zawsze robiłam z Fransem i Agnes blisko wody.
- Odsuń się od krawędzi - poleciłam.
Aleydis cofnęła się posłusznie, ale Cornelia ruszyła za mną, kiedy zaczęłam schodzić.
- Cornelio, czy chcesz mi pomóc nosić wodę? Jeśli nie, to wróć do siostry.
Spojrzała na mnie i zrobiła najgorsze, co mogła zrobić. Gdyby się nadąsała albo zaczęła krzyczeć, wiedziałabym, że ją okiełznałam. Ale ona zaczęła się śmiać.
Wyprostowałam się i uderzyłam ją w twarz. Zaczerwieniła się, ale nie wybuchnęła płaczem. Następnie wbiegła po schodach na górę. Aleydis i Lisbeth patrzyły na mnie z powagą.
I wtedy poczułam, że tak właśnie będzie z jej matką, z tą tylko różnicą, że Catharinie nie będę mogła wymierzyć policzka.
Napełniłam misy i wniosłam je na górę. Cornelia zniknęła. Maertge wciąż siedziała z Johannesem. Zaniosłam pełną misę do pralni i rozpaliłam ogień. Wlałam wodę do czajnika i postawiłam go na palenisku.
Kiedy wyszłam, zobaczyłam wciąż lekko zaczerwienioną Cornelię. Dziewczynki puszczały bączki na szarych i białych płytkach. Żadna nie popatrzyła w moją stronę.
Nigdzie na brzegu nie było drugiej miski. Kiedy spojrzałam dalej, zobaczyłam, że unosi się odwrócona na wodach kanału. Nie dosięgnęłabym jej ze schodów.
- Tak, będą z tobą kłopoty - mruknęłam.
Rozejrzałam się dokoła, szukając kija, którym mogłabym ją przyholować, ale niczego nie znalazłam. Napełniłam pierwszą miskę i wzięłam ją do domu, obracając się tak, żeby dziewczynki nie widziały mojej twarzy. Ustawiłam ją na ogniu obok czajnika, a potem znowu wyszłam, tym razem z pogrzebaczem.
Cornelia rzucała kamieniami w miskę, pewnie z nadzieją, że zdoła ją zatopić.
- Jeśli nie przestaniesz, dostaniesz jeszcze raz - zagroziłam.
- Powiem mamie. Służące nas nie biją. - Cornelia rzuciła kolejny kamień.
- Czy mam powiedzieć babce, co zrobiłaś?
Na twarzy Cornelii pojawił się strach. Szybko też wyrzuciła swoje kamyki.
Od strony ratusza nadpłynęła łódź. Natychmiast poznałam mężczyznę z żerdzią. Dostarczył już cegły i teraz jego łódź unosiła się znacznie wyżej. Mężczyzna uśmiechnął się na mój widok.
- Przepraszam, czy może mi pan podać tę miskę? - spytałam, oblewając się rumieńcem.
- O, jak czegoś chcesz, to nawet na mnie patrzysz. To miła odmiana.
Cornelia obserwowała mnie z zaciekawieniem.
- Nie mogę dosięgnąć tej miski. Może… - Z trudem przełknęłam ślinę.
Mężczyzna pochylił się i wyłowił miskę. Następnie wylał z niej wodę i wyciągnął miskę w moim kierunku.
- Dziękuję, dziękuję bardzo!
Nie puścił miski.
- Czy to wszystko? Nie dostanę nawet buziaka?
Wychylił się jeszcze bardziej i złapał mnie za rękaw. Uwolniłam się jednak i wyrwałam mu miskę.