Kategorie

Kocia kołyska

  • Kod: 83-7298-433-6
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Vonnegut, Kurt
  • Cena w naszym sklepie: 17,00 zł
    Cena detaliczna: 19,00 zł

Kocia kołyska to powieść, w której fakt zastępuje miejsce fikcji, a fikcja staje się faktem. Narrator zamierza napisać książkę o wybuchu pierwszej bomby atomowej i życiu jej twórcy, doktora Feliksa Hoenikera. Tymczasem trafia na wyimaginowaną wyspę San Lorenzo, skąd obserwuje rzeczywistą zagładę Ameryki, która miała być tematem jego powieści.
Wariacje Vonneguta na temat ludzkiej pomysłowości i zamiłowania do zabaw i gier (doktor Hoeniker stworzył swoją bombę dla zabawy) obrazują kondycję naszej cywilizacji, w której ludzie wolą uciekać w fantazję i kłamstwa, zawierzyć choćby najbardziej nieprawdopodobnej religii niż zmagać się z rzeczywistością i prawdą.
Kocia kołyska jest jedną z najważniejszych pozycji w bogatym dorobku Kurta Vonneguta, urzekającą bogactwem pomysłów i komizmu.

"Brutalna satyra (…) wielka powieść komiczna."
"San Francisco Chronicle"

Rok wydania: 2004
Stron: 240
Format: 125/195
Oprawa: broszura
Pakowanie: 20
Tłumacz: Lech Jęczmyk

Fragment tekstu:

1
Dzień, w którym nastąpił
koniec świata


Możecie nazywać mnie Jonaszem. Moi rodzice nazwali mnie bardzo podobnie, bo dali mi na imię John.
Jonasz, John - choćbym miał na imię Sam, to i tak byłbym Jonaszem - nie dlatego, żebym ściągał na ludzi nieszczęście, ale dlatego, że coś, albo może ktoś, sprawia, że w określonym czasie zjawiam się nieomylnie w określonych miejscach. Zawsze znajduję jakieś powody do podróży i niezbędne środki transportu, czasem konwencjonalne, a czasem najzupełniej fantastyczne. I Jonasz, zgodnie z planem, zjawia się zawsze w odpowiednim czasie w wyznaczonym miejscu.
Posłuchajcie:
Kiedy byłem młodszy - dwie żony temu, ćwierć miliona papierosów temu, trzy tysiące litrów alkoholu temu…
Jednym słowem, kiedy byłem dużo młodszy, zacząłem zbierać materiały do książki pod tytułem Dzień, w którym nastąpił koniec świata.
Miała to być książka dokumentalna.
Miała to być relacja o tym, co porabiali różni wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę.
Miała to być książka chrześcijańska. Wówczas byłem chrześcijaninem.
Teraz jestem bokononistą.
Byłbym bokononistą i wtedy, gdybym tylko wcześniej spotkał kogoś, kto zapoznałby mnie z gorzko-słodkimi kłamstwami Bokonona. Jednak bokononizm nie był znany poza obrębem kamienistych plaż i raf koralowych, otaczających małą wysepkę na Morzu Karaibskim, Republikę San Lorenzo.
My, bokononiści, wierzymy, że ludzkość jest zorganizowana w zespoły, które - nie zdając sobie z tego sprawy - realizują Wolę Boga. Bokonon nazywa taki zespół karassem, a kan-kanem, czyli narzędziem, które wprowadziło mnie do mego karassu, stała się moja nigdy nie ukończona książka pod tytułem Dzień, w którym nastąpił koniec świata.

 


2
Przedziwny mechanizm


"Kiedy stwierdzacie, że wasze życie splata się z życiem innego człowieka bez jakiejś logicznej przyczyny - pisze Bokonon - człowiek ten najprawdopodobniej jest członkiem waszego karassu".
W innym miejscu Księga Bokonona powiada: "Człowiek wymyślił szachownicę, Bóg wymyślił karass". Oznacza to, że karass nie uwzględnia podziałów narodowych, instytucjonalnych, zawodowych, rodzinnych i klasowych.
Jest bezkształtny jak ameba.
W swoim Calypso Pięćdziesiątym Trzecim Bokonon zaprasza nas, abyśmy śpiewali razem z nim:

Pijak, który w parku śpi,
Królowa brytyjska,
Łowca, który tropi lwy,
I chiński dentysta,
Mędrek, przygłup, pracuś, leń,
Tyran i poddany,
Chcąc czy nie chcąc, tworzą ten
Przedziwny mechanizm.
Och, tak, właśnie tak!
W świecie rozsypani
Funkcjonują razem jak
Przedziwny mechanizm.

 


3
Głupota


Bokonon nigdzie nie ostrzega przed próbami ustalenia, kto wchodzi w skład naszego karassu i jakie zadanie zostało mu przydzielone przez Wszechmogącego Boga. Bokonon stwierdza po prostu, że wszelkie takie próby są z góry skazane na niepowodzenie.
W części autobiograficznej Księgi Bokonona znajdujemy przypowieść o głupocie wszelkiego udawania, że się wie i rozumie:

"Znałem kiedyś pewną damę z Newport w stanie Rhode Island, należącą do Kościoła episkopalnego, która zleciła mi zrobienie budy dla swego doga. Dama ta utrzymywała, że doskonale rozumie Boga i drogi Jego Opatrzności. Dziwiła się, że ktoś może być zaskoczony tym, co się zdarzyło, lub tym, co się zdarzy.
Mimo to, kiedy pokazałem jej projekt psiej budy, jaką chciałem zbudować, powiedziała:
- Przykro mi, ale nic z tego nie rozumiem.
- Niech pani to zaniesie mężowi albo swemu pastorowi, żeby przekazał to Panu Bogu - powiedziałem - i jeśli Pan Bóg znajdzie chwilę czasu, to na pewno potrafi wyjaśnić pani konstrukcję psiej budy w sposób zrozumiały nawet dla pani.
Przepędziła mnie wtedy. Nigdy jej nie zapomnę. Była przekonana, że Bóg znacznie bardziej kocha ludzi pływających na żaglówkach niż tych, którzy pływają motorówkami, a na widok dżdżownicy podnosiła wrzask.
Ta dama była głupia, ja też jestem głupi i głupi jest każdy, kto sądzi, że udało mu się przejrzeć zamiary Boga".

 


4
Pierwszy kontakt


Mimo to mam zamiar przedstawić w tej książce możliwie jak największą liczbę osób z mojego karassu i rozważyć wszystko, co może pomóc nam w zrozumieniu, jaki był, u Boga Ojca, sens całej tej awantury.
Nie chciałbym zajmować się tu propagowaniem bokononizmu, muszę jednak zacząć od pewnej przestrogi. Pierwsze zdanie Księgi Bokonona brzmi: "Wszystkie prawdy, które wam tutaj wyłożę, są bezwstydnymi kłamstwami".
Będąc bokononistą, muszę was przestrzec:
Człowiek, który nie potrafi zrozumieć, że użyteczna religia może być zbudowana na kłamstwach, nie zrozumie również i tej książki.
Amen.
Wracajmy zatem do mojego karassu.
Bez wątpienia wchodzi w jego skład troje dzieci doktora Felixa Hoenikkera, jednego z tak zwanych "ojców" pierwszej bomby atomowej. Sam doktor Hoenikker musiał być również członkiem mojego karassu, mimo że nie żył już, kiedy moje sinuki, czyli czułki mojego życia, zaczęły splatać się z czułkami jego dzieci.
Pierwszym z młodych Hoenikkerów, na którego natknęły się moje czułki, był Newton, najmłodszy z całej trójki. Z biuletynu mojej korporacji studenckiej "The Delta Ypsilon Quarterly" dowiedziałem się, że Newton Hoenikker, syn Felixa Hoenikkera, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, został członkiem-kandydatem mojej sekcji przy uniwersytecie w Cornell.
Napisałem do niego list następującej treści:

"Szanowny Panie Hoenikker!
A może raczej powinienem napisać "Drogi Bracie"?
Jestem członkiem Delta Ypsilon w Cornell i utrzymuję się z pisania. Obecnie zbieram materiały do książki związanej z pierwszą bombą atomową. Treść jej ma być ograniczona do wydarzeń, które zaszły szóstego sierpnia 1945 roku, czyli w dniu, kiedy zrzucono bombę na Hiroszimę.
Ponieważ Pański ojciec uważany jest powszechnie za jednego z głównych twórców bomby, byłbym niezwykle wdzięczny za wszelkie wspomnienia związane z tym właśnie dniem w domu Pańskiego ojca.
Ze wstydem przyznaję, że nie znam Pańskiej wybitnej rodziny tak, jak powinienem, i nie wiem, czy posiada Pan rodzeństwo. Jeżeli ma Pan braci i siostry, będę wielce zobowiązany za ich adresy, co umożliwi mi zwrócenie się do nich z podobną prośbą.
Zdaję sobie sprawę, że był Pan wtedy bardzo młody, ale to właśnie dobrze. W swojej książce kładę nacisk nie na techniczną, ale na ludzką stronę zagadnienia, tak więc wydarzenia tego dnia, oglądane oczami, przepraszam za wyrażenie, "oseska", będą jak najbardziej odpowiednie.
Stylem i formą może się Pan nie przejmować. Biorę to całkowicie na siebie. Proszę dostarczyć mi tylko nagie fakty.
Oczywiście przed publikacją prześlę Panu ostateczną wersję do wglądu.
Z braterskim pozdrowieniem
…"

 


5
List studenta medycyny


A oto, co odpowiedział Newton:

"Przepraszam, że tak długo nie odpisywałem na Pański list. Pomysł Pańskiej książki wydał mi się bardzo interesujący. Jednak kiedy rzucono bombę atomową, byłem tak mały, że nie sądzę, abym mógł w czymś Panu pomóc. Powinien Pan zwrócić się do mego brata i siostry, którzy są ode mnie starsi. Siostra nazywa się Conners i mieszka w Indianapolis, w stanie Indiana, na North Meridian Street 4918. Jest to również mój aktualny adres domowy. Myślę, że siostra chętnie Panu pomoże. Gdzie jest mój brat Frank, nie wiadomo. Zniknął zaraz po pogrzebie ojca dwa lata temu i odtąd nie mieliśmy o nim żadnych wiadomości. Nie wiemy, czy w ogóle jeszcze żyje.
Kiedy zrzucono bombę atomową na Hiroszimę, miałem sześć lat, tak więc wszystko, co pamiętam z tego dnia, opiera się na opowiadaniach innych.
Pamiętam, że bawiłem się na dywanie w jadalni przylegającej do gabinetu mego ojca. Było to w Ilium, w stanie Nowy Jork. Przez otwarte drzwi widziałem ojca. Był w pidżamie, w szlafroku. Palił cygaro i bawił się kawałkiem sznurka. Tego dnia nie poszedł do pracy i przez cały dzień chodził w pidżamie. Ojciec zostawał w domu, kiedy tylko miał na to ochotę.
Jak Panu zapewne wiadomo, cała właściwie kariera zawodowa mego ojca związana była z Laboratorium Badawczym Towarzystwa General Forge and Foundry w Ilium.
Kiedy przystąpiono do Operacji Manhattan, mającej na celu wyprodukowanie bomby atomowej, ojciec nie opuścił Ilium. Oświadczył, że nie weźmie udziału w pracach, jeśli nie będzie mógł pracować tam, gdzie zechce. Najczęściej oznaczało to pracę w domu. Jedyne miejsce, dokąd lubił jeździć, to był nasz domek kempingowy na przylądku Cod. Tam też umarł w Wigilię Bożego Narodzenia. To zapewne jest Panu również wiadome.
Tak więc w dniu, w którym zrzucono bombę, bawiłem się na dywanie przed gabinetem ojca. Moja siostra Angela mówi, że całymi godzinami potrafiłem bawić się małymi samochodzikami, naśladując odgłos motoru. Prawdopodobnie tamtego dnia robiłem to samo, ojciec zaś siedział w swoim gabinecie, bawiąc się kawałkiem sznurka.
Tak się składa, że wiem, skąd wziął ten sznurek. Może przyda się to do Pańskiej książki. Ojciec zdjął go z rękopisu powieści przysłanej przez pewnego więźnia. Była to książka o końcu świata w roku dwutysięcznym i nazywała się Rok 2000 po narodzeniu Chrystusa. Opowiadała o tym, jak zwariowani uczeni wyprodukowali straszliwą bombę, która zniszczyła cały świat. Kiedy wszyscy dowiedzieli się, że zbliża się koniec świata, odbyła się wielka orgia seksualna i wtedy, na dziesięć sekund przed wybuchem bomby, pojawił się sam Jezus Chrystus. Autor nazywał się Marvin Sharpe Holderness i w załączonym liście pisał ojcu, że jest w więzieniu za zabicie rodzonego brata. Przysłał ten maszynopis ojcu, ponieważ nie wiedział, jaki rodzaj materiału wybuchowego wsadzić do tej swojej bomby. Liczył na to, że ojciec mu coś zaproponuje.
Nie chcę powiedzieć, że czytałem tę książkę, kiedy miałem sześć lat. Znajdowała się ona u nas w domu przez długie lata. Zagarnął ją mój brat Frank ze względu na sprośne fragmenty. Frank chował ją w "sejfie" w swojej sypialni. W rzeczywistości nie był to żaden sejf, lecz po prostu stary otwór wentylacyjny z blaszanym wieczkiem. Frank i ja, kiedy byliśmy chłopcami, czytaliśmy opisy orgii chyba tysiące razy. Mieliśmy tę książkę przez lata, aż wreszcie znalazła ją Angela. Przeczytała i orzekła, że to brudy i zgnilizna. Spaliła ją razem ze sznurkiem. Angela zastępowała Frankowi i mnie matkę, bo nasza prawdziwa matka umarła przy moim urodzeniu.
Jestem prawie pewien, że ojciec wcale nie czytał tej książki. Myślę, że w całym swoim życiu nie przeczytał żadnej powieści ani nawet opowiadania, w każdym razie od czasu, kiedy przestał być chłopcem. Nie czytał również przychodzących do niego listów, gazet ani czasopism. Zapewne musiał czytać masę prasy technicznej, ale prawdę mówiąc, nie pamiętam, żeby ojciec czytał cokolwiek.
Jak już powiedziałem, jedyne, co go zainteresowało w tym maszynopisie, to sznurek. Taki już był ojciec. Nikt nie potrafił przewidzieć, co może go zainteresować. W dniu, w którym zrzucono bombę, interesował go sznurek.
Czy zna Pan przemówienie, jakie ojciec wygłosił po otrzymaniu Nagrody Nobla?
"Panie i panowie. Stoję teraz przed wami dlatego, że nigdy nie przestałem wałkonić się beztrosko niczym ośmiolatek w drodze do szkoły w wiosenny poranek. Pierwsza lepsza rzecz może sprawić, że zatrzymam się, popatrzę zdziwiony i czasem czegoś się dowiem. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Dziękuję".
To było całe przemówienie.
Tak więc ojciec przyglądał się przez chwilę pętli ze sznurka, a potem zaczął się nią bawić. Jego palce utworzyły ze sznurka figurę zwaną kocią kołyską. Nie mam pojęcia, gdzie ojciec się tego nauczył. Może od swojego ojca. Dziadek był krawcem, więc w dzieciństwie mego ojca nietrudno było o nitki i sznurki.
Po raz pierwszy w życiu widziałem ojca zajętego czymś, co można nazwać zabawą. Nigdy nie wykazywał zainteresowania dla sztuczek i gier, których przepisy wymyślali inni. W albumie z wycinkami, jaki prowadziła kiedyś Angela, był wywiad z tygodnika "Time", w którym ojciec, spytany, w jakie gry grywa dla rozrywki, odpowiedział: "Po co miałbym się zajmować wymyślonymi grami, kiedy wokół nas rozgrywa się tyle prawdziwych?"
Pewnie sam był zdziwiony, splótłszy ze sznurka kocią kołyskę, i możliwe, że przypomniało mu to dzieciństwo, bo nagle wyszedł ze swego gabinetu i zrobił coś, czego nigdy dotąd nie robił - zaczął bawić się ze mną. Do tego czasu nie tylko nie bawił się ze mną, ale chyba nigdy się do mnie nie odezwał.
Ukląkł na dywanie obok mnie, obnażył w uśmiechu zęby i podsuwał mi pod nos dziwnie przepleciony sznurek.
- Widzisz? Widzisz? Widzisz? - pytał. - Kocia kołyska. Widzisz kocią kołyskę? Widzisz, tu śpi kicia. Miau. Miau.
Pory na jego twarzy wydawały mi się wielkie jak kratery na księżycu. Z uszu i dziurek od nosa wyrastały mu kępki włosów. Z jego ust cuchnęło cygarami niczym z czeluści piekielnych. Z tej odległości ojciec był najobrzydliwszym stworem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Straszy mnie we snach do dzisiaj.
I wtedy ojciec zaśpiewał:

Lulaj, mój koteczku, na wysokim drzewie,
Drzewem wiatr kołysze, koteczka kolebie.
A jak gałąź pęknie - wtedy będzie pięknie -
Zwali się kołyska, koteczek i wszystko.
Wybuchnąłem płaczem. Zerwałem się i co sił w nogach uciekłem z domu.
Muszę kończyć. Jest już druga w nocy. Kolega obudził się i narzeka, że hałas maszyny do pisania nie daje mu spać".

 


6
Walki owadów


Newt wrócił do listu następnego dnia rano i oto, co pisał dalej:

"Rano następnego dnia. Piszę dalej wypoczęty jak ptaszek po ośmiu godzinach snu. W internacie panuje teraz cisza. Wszyscy oprócz mnie są na wykładach. Ja jestem szczególnie uprzywilejowany, bo nie muszę już chodzić na wykłady. W zeszłym tygodniu zostałem wylany. Byłem na kursie wstępnym medycyny. Mieli rację, że mnie wylali. Marny byłby ze mnie lekarz.
Jak skończę ten list, pójdę pewnie do kina. Albo jeśli pokaże się słońce, pójdę na spacer do jednego z wąwozów. Prawda, że są piękne? Niedawno do jednego z nich rzuciły się dwie dziewczyny, trzymając się za ręce. Nie przyjęto ich do korporacji, do której chciały należeć. Do Tri-Delt.
Wracajmy jednak do szóstego sierpnia 1945. Angela wielokrotnie mówiła mi, że bardzo uraziłem ojca, nie chcąc podziwiać kociej kołyski, nie chcąc bawić się z nim na dywanie i słuchać, jak śpiewa. Możliwe, że go uraziłem, ale nie sądzę, żeby odczuł to zbyt boleśnie. Jego w ogóle bardzo trudno było dotknąć. Ludzie nie mogli sprawić mu przykrości, ponieważ zupełnie go nie obchodzili. Pamiętam, jak kiedyś, mniej więcej na rok przed jego śmiercią, prosiłem, żeby opowiedział mi o matce. Niczego nie potrafił sobie przypomnieć.
Czy słyszał Pan słynną anegdotę o śniadaniu w dniu wyjazdu moich rodziców do Szwecji po odbiór Nagrody Nobla? Zamieścił ją kiedyś "Saturday Evening Post". Matka przygotowała uroczyste śniadanie. A kiedy sprzątała ze stołu, znalazła przy nakryciu ojca kilka monet: dwadzieścia pięć centów, dziesięć centów i trzy jednopensówki. Zostawił jej napiwek.
Tak więc, sprawiwszy ojcu przykrość, jeśli coś takiego w ogóle było możliwe, wybiegłem na podwórze. Biegłem tak nie wiadomo dokąd, aż zobaczyłem pod wielkim krzewem berberysu mego brata Franka. Miał wtedy dwanaście lat i nie zdziwiło mnie, że go tam zastałem. W upalne dni przesiadywał tam bez przerwy. Jak pies wyrył sobie dołek w chłodnej ziemi między korzeniami. Nigdy nie można było odgadnąć, co on tam chowa. Raz była to pornograficzna książka, innym razem butelka wina. W dniu, kiedy zrzucono bombę, Frank miał łyżkę i słoik. Nabierał na łyżkę różne owady, wrzucał je do słoika i zmuszał do walki.
Było to tak ciekawe, że natychmiast przestałem płakać, zapominając o ojcu. Nie pamiętam, co tam walczyło tego dnia, ale pamiętam inne walki, jakie organizowaliśmy później: jelonek przeciwko setce czerwonych mrówek, stonoga przeciwko trzem pająkom, czerwone mrówki przeciwko czarnym. Nie chciały walczyć, dopóki nie potrząsnęło się słoikiem. I Frank potrząsał, potrząsał, potrząsał.
Po chwili przyszła po mnie Angela. Uniosła gałąź i powiedziała:
- Aha, tutaj jesteście!
Spytała Franka, co on tu właściwie robi, a on odpowiedział: "Eksperymentuję". Frank zawsze tak odpowiadał, kiedy go pytano, co robi. Zawsze odpowiadał: "Eksperymentuję".
Angela miała wtedy dwadzieścia dwa lata. W wieku szesnastu lat, od śmierci matki, od mojego urodzenia, stała się faktyczną głową rodziny. Mawiała często, że ma trójkę dzieci - mnie, Franka i ojca. Nie było w tym żadnej przesady. Pamiętam zimowe poranki, kiedy przed wyjściem z domu Angela opatulała mnie, Franka i ojca, traktując nas zupełnie tak samo. Tyle że ja szedłem do przedszkola, Frank do szkoły, a ojciec do pracy nad bombą atomową. Pamiętam jeden taki poranek, kiedy zepsuło się ogrzewanie, rury pozamarzały i nie można było uruchomić samochodu. Siedzieliśmy wszyscy w aucie i Angela tak długo naciskała starter, aż wyczerpał się akumulator. I wtedy odezwał się ojciec. Wie Pan, co powiedział? Powiedział:
- Zastanawiam się, jak żółwie to robią.
- Co jak robią? - spytała go Angela.
- Zastanawiam się, czy kiedy wciągają głowę, to ich kręgosłupy kurczą się, czy wyginają.
Nawiasem mówiąc, Angela miała swój udział w wyprodukowaniu bomby atomowej i, jak mi się wydaje, historia ta nie została nigdy opisana. Może przyda się do Pańskiej książki. Od czasu tego zdarzenia w samochodzie ojciec tak zainteresował się żółwiami, że przestał pracować nad bombą atomową. Wreszcie pewne osoby związane z Operacją Manhattan przyszły do nas poradzić się Angeli, co robić. Powiedziała im, żeby zabrali ojcu żółwie. Następnej nocy zakradli się do pracowni ojca i zabrali terrarium z żółwiami. Ojciec ani słowem nie wspomniał o zniknięciu żółwi. Po prostu następnego dnia przyszedł do pracy i zaczął się rozglądać, czym by się tu zabawić i nad czym pomyśleć, i wszystko, czym można było się bawić i nad czym można było myśleć, miało jakiś związek z bombą.
Angela wyciągnęła mnie spod krzaka i spytała, co zaszło pomiędzy mną a ojcem. Powtarzałem tylko, że ojciec jest obrzydliwy i że go nienawidzę, i wtedy Angela uderzyła mnie w twarz.
- Jak możesz tak mówić o swoim ojcu? - powiedziała. - On jest jednym z największych ludzi na świecie! On dzisiaj wygrał wojnę! Rozumiesz? Wygrał wojnę!
I znowu mnie uderzyła.
Nie mam do niej o to pretensji. Dla Angeli ojciec był wszystkim. Nigdy nie miała chłopca. Nie miała przyjaciółek. Miała tylko jedno hobby. Grała na klarnecie.
Powtórzyłem jeszcze raz, że nienawidzę ojca, i Angela znowu mnie uderzyła. W tym momencie wylazł spod krzaka Frank i uderzył ją w brzuch. Musiało ją okropnie zaboleć, bo upadła i tarzała się po trawie. Kiedy wreszcie udało jej się złapać oddech, zaczęła z płaczem wzywać ojca.
- On i tak nie przyjdzie - powiedział Frank ze śmiechem.
Frank miał rację. Ojciec wytknął głowę przez okno, zobaczył, że Angela i ja tarzamy się z wrzaskiem po ziemi, a Frank stoi nad nami i ryczy ze śmiechu, po czym schował głowę z powrotem i później nawet nie spytał, co to była za awantura. Ludzie, to nie była jego specjalność.
Nie wiem, czy o coś takiego Panu chodziło. Czy to może się przydać do Pańskiej książki? Oczywiście, Pańska prośba, aby ograniczyć się tylko do dnia, w którym zrzucono bombę, w poważnym stopniu ograniczyła moje możliwości.
Istnieje wiele innych dobrych historii o moim ojcu i o bombie, nie związanych z tym właśnie dniem. Czy zna Pan na przykład anegdotę o pierwszej próbie z bombą w Alamogordo? Po wybuchu, kiedy stało się jasne, że Ameryka jest w stanie jedną bombą zmieść z powierzchni ziemi całe miasto, jeden z uczonych zwrócił się do ojca ze słowami:
- Od dzisiaj nauka wie, co to grzech.
I wie Pan, co na to ojciec? Spytał: "Co to jest grzech?"
Z poważaniem
Newton Hoenikker"

 

 

7
Wybitna rodzina


Newton dodał jeszcze trzy postscripta:

"PS. Nie mogę napisać "Z braterskim pozdrowieniem", ponieważ nie zostałem przyjęty do korporacji ze względu na słabe stopnie. Byłem tylko kandydatem, a teraz nawet tego zostałem pozbawiony.
PPS. Nazwał Pan naszą rodzinę "wybitną", i myślę, że byłoby chyba błędem, gdyby użył Pan tego określenia w swojej książce. Ja na przykład jestem karłem, mam cztery stopy wzrostu. A o moim bracie Franku słyszeliśmy po raz ostatni, kiedy był poszukiwany przez policję z Florydy, FBI i Departament Skarbu za przemyt samochodów z demobilu na Kubę. Tak więc jestem raczej pewien, że "wybitna" nie jest najodpowiedniejszym słowem. Określenie "znana" byłoby zapewne bliższe prawdy.
PPPS. Dwadzieścia cztery godziny później. Przejrzałem swój list i obawiam się, że czytając go, można odnieść wrażenie, że nic nie robię, tylko siedzę, oddaję się smutnym wspomnieniom i rozczulam się nad sobą. W rzeczywistości jestem szczęściarzem i w pełni zdaję sobie z tego sprawę. Wkrótce ożenię się z cudowną małą dziewczyną. Na świecie jest tyle miłości, że wystarczy dla wszystkich, trzeba tylko rozejrzeć się dokoła. Ja jestem tego najlepszym dowodem".

 

 


8
Romans Newta i Zinki


Newt nie zdradził mi wtedy, kto jest jego ukochaną, ale mniej więcej dwa tygodnie później cały kraj wiedział, że miała na imię Zinka - po prostu Zinka. Najwidoczniej nie miała nazwiska, tylko imię.
Zinka była liliputką, tancerką z zespołu Wielobarwnego Baletu. Tak się złożyło, że przed wyjazdem do Cornell Newt widział występ tego baletu w Indianapolis. A potem zespół przyjechał do Cornell. Po przedstawieniu mały Newt znalazł się za kulisami z bukietem najpiękniejszych róż o nazwie American Beauty.
Cała historia dostała się na łamy prasy, kiedy mała Zinka poprosiła o azyl polityczny w Stanach Zjednoczonych, po czym zniknęła wraz z małym Newtem.
Tydzień później Zinka zgłosiła się do swojej ambasady. Oświadczyła tam, że Amerykanie są zbyt materialistycznie nastawieni i że chce wrócić do kraju.
Newt schronił się w domu swojej siostry w Indianapolis. Prasa zamieściła jego lakoniczne oświadczenie, w którym stwierdził, że "Była to sprawa czysto osobista - sprawa uczucia. Niczego nie żałuję. To, co się stało, dotyczy wyłącznie Zinki i mnie".
Pewien wścibski amerykański reporter, zbierając w różnych środowiskach artystycznych wiadomości o Zince, odkrył, że nie miała ona dwudziestu trzech lat, jak utrzymywała.
Miała czterdzieści dwa lata i mogła być matką Newta.

 


9
Wiceprezes do spraw wulkanów


Nie szła mi jakoś praca nad książką o dniu, w którym zrzucono bombę.
Mniej więcej rok po opisanych wydarzeniach, na dwa dni przed Bożym Narodzeniem, trafiłem w poszukiwaniu materiałów do Ilium w stanie Nowy Jork, gdzie doktor Felix Hoenikker dokonał większości swoich odkryć i gdzie wyrośli mały Newt, Frank i Angela.
Przybyłem tu zobaczyć, co się da zobaczyć.
Wprawdzie w mieście nie pozostał nikt z żyjących Hoenikkerów, ale było tu wiele osób, które twierdziły, że znały dobrze starego i trójkę jego niesamowitych dzieci.
Umówiłem się na spotkanie z doktorem Asą Breedem, wiceprezesem firmy General Forge and Foundry, któremu podlegało Laboratorium Badawcze. Przypuszczam, że doktor Breed też wchodził w skład mojego karassu, mimo że poczuł do mnie niechęć od pierwszego wejrzenia.
"Sympatie i antypatie nie mają z tym nic wspólnego" - przestrzega Bokonon przed często popełnianym błędem.
- O ile wiem, był pan przełożonym doktora Hoenikkera przez cały niemal okres jego działalności naukowej - powiedziałem, telefonując do doktora Breeda.
- Tylko na papierze - odpowiedział.
- Nie rozumiem.
- Gdybym był w stanie rzeczywiście kierować pracą Felixa - powiedział - to równie dobrze mógłbym teraz kierować działalnością wulkanów, przypływami i odpływami oceanów oraz wędrówkami ptaków i lemingów. Ten człowiek to był żywioł i żaden zwykły śmiertelnik nie mógł mieć na niego wpływu.


10
Tajny agent X-9


Doktor Breed umówił się ze mną na rano następnego dnia. W drodze do pracy miał wpaść po mnie do hotelu, ułatwiając mi w ten sposób wejście na teren pilnie strzeżonego Laboratorium Badawczego.
Miałem więc wolny wieczór, z którym musiałem coś zrobić. Znajdowałem się w miejscu, w którym skupiało się całe nocne życie Ilium, w hotelu Del Prado. Bar hotelowy, zwany Salą Rybacką, pełnił funkcję miejscowego kurwidołka.
Tak się złożyło - tak się musiało złożyć, jak by powiedział Bokonon - że zarówno kurwa, koło której siadłem przy barze, jak i obsługujący mnie barman chodzili do szkoły z Franklinem Hoenikkerem, dręczycielem owadów, średnim dzieckiem i zaginionym synem słynnego uczonego.
Kurwa, która przedstawiła mi się jako Sandra, zaofiarowała mi rozkosze nieosiągalne nigdzie na świecie poza placem Pigalle i Port Saidem. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje, a ona była dość inteligentna, by przyznać, że ją również. Jak się później okazało, oboje przeceniliśmy swoją apatię.
Zanim jednak sprawdziliśmy siłę swoich pożądań, porozmawialiśmy sobie na temat Franka Hoenikkera, na temat jego ojca, trochę na temat Asy Breeda i firmy General Forge and Foundry, na temat papieża i kontroli urodzin, na temat Hitlera i Żydów. Rozmawialiśmy też o szarlatanach. Rozmawialiśmy o prawdzie. O gangsterach i biznesmenach. Rozmawialiśmy o niewinnych biedakach, których posłano na krzesło elektryczne, i o bogatych skurwysynach, którzy się z tego wykręcili. Rozmawialiśmy o bigotach, którzy nagle okazują się zboczeńcami. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach.
Krótko mówiąc, spiliśmy się.
Barman był bardzo miły dla Sandry. Widać było, że lubi ją i szanuje. Powiedział mi, że w szkole średniej Sandra była przewodniczącą pocztu sztandarowego ich klasy. Każda klasa, jak mi wyjaśnił, wybierała sobie barwy i następnie nosiła je z dumą aż do ukończenia szkoły.
- Jaki kolor wybraliście? - spytałem.
- Pomarańczowo-czarny.
- Bardzo dobry.
- Byliśmy tego samego zdania.
- Czy Franklin Hoenikker również należał do pocztu sztandarowego?
- On do niczego nie należał - powiedziała Sandra z pogardą. - Nie był członkiem żadnego komitetu, nie grał w żadne gry, nie umawiał się z dziewczętami. Nie sądzę, żeby w ogóle kiedykolwiek rozmawiał z dziewczyną. Nazywaliśmy go Tajnym Agentem X-9.
- X-9?
- Wie pan, zawsze zachowywał się tak, jakby był w drodze z jednego tajnego spotkania na drugie i nie wolno mu było odezwać się do nikogo.
- Może on rzeczywiście miał jakieś bardzo bogate tajne życie? - spytałem.
- Ależ skąd!
- Gdzie tam - uśmiechnął się szyderczo barman. - Był po prostu jednym z tych szczeniaków, którzy budują modele samolotów i przez cały czas trzepią kapucyna.