Mroczna studnia.

  • 83-7150-983-9
  • Autor: Weis, Margaret; Hickman, Tracy
  • Dostępność: Brak
  • 39,00 zł
  • Niedostępny
Pierwsza księga trylogii “Niezrównanego Kamienia". Wystraszony dzieciak, Gareth, zostaje chłopcem do bicia nieposłusznego księcia Dagnarusa. Chłopcy zaprzyjaźniają się i dorastają razem. Dagnarus, przyszły Czarny Władca, uczy się sztuki wojennej, a Gareth, przyszły mag, zgłębia tajniki magii, aby zostać czarodziejem i jego doradcą. W tym świecie najważniejszą rolę odgrywają magiczne tunele, które mogą zjednoczyć wszystkie rasy i skrócić odległości między krainami. Budzą one też jednak wielką zazdrość, ponieważ skupiają się w królestwie ludzi rządzonym przez ojca Dagnarusa. Wejść do korytarzy strzegą rycerze obdarowani przez bogów magiczną mocą i specjalnymi zdolnościami. Aby ułagodzić pozostałe rasy, król prosi bogów o Niezrównany Kamień, magiczny klejnot, który po podzieleniu umożliwi innym rasom mianowanie własnych strażników tuneli. Kiedy jednak Dagnarus sam postanawia zostać rycerzem, bogowie czynią go kimś niesłychanym - rycerzem ciemności zwanym Władcą Pustki. Upojony nowo nabytą mocą Dagnarus planuje użyć potęgi Pustki i podbić królestwo. Pokój można ocalić tylko dzięki połączeniu kawałków Niezrównanego Kamienia…

Rok wydania: 2003
Stron: 547
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Ewa Jurewicz

Fragment tekstu:


Podziękowania niech przyjmą:Joy Marie Ledet za ilustracje otwierające części i rozdziały;Alan Gutierrez za ilustracje tytułowe;oraz Stephen Daniele za mapy.

 

 

PODZIĘKOWANIA

Od lat, od chwili, kiedy rozpoczęliśmy współpracę nad projektem Dragonlance, opowiadaliśmy rozmaite historie artyście fantasy Larry'emu Elmore'owi. Pewnego dnia coś nam opowiedział. Historię o cudownej krainie, gdzie wojownicy dobra, odziani w magiczne srebrzyste zbroje, walczą z krwiożerczymi wojownikami, których przeklęte zbroje są czarne niczym dno otchłani ciemności. W świecie tym smoki walczą z ogromnymi istotami zwanymi bahkami. Elfy wiodą życie poświęcone honorowi i mieczowi. Orkowie żeglują po morzach w pirackich statkach. Krasnoludy przemierzają rozległe równiny na kudłatych kucykach. Ludzie budują zamki z tęczy. Czarodzieje czerpią magiczną moc z powietrza i ziemi, z ognia i wody, z ciemności Próżni.
Oczarował nas świat stworzony przez Larry'ego Elmore'a. Zapragnęliśmy poznać ludzi tam mieszkających i podzielić się ich przygodami z tymi spośród was, którzy także lubią poznawać obcy, tajemniczy i cudowny świat fantasy. Tak oto wizja Larry'ego Elmore'a ożyła w niniejszej książce - pierwszym tomie trylogii Kamienia Władzy.
Tych, którzy chcieliby przeżyć własne przygody w tej krainie, zapraszamy do świata gry o Kamieniu Władzy, stworzonej przez Lestera Smitha i Dona Perrina.
Na koniec, w imieniu wszystkich osób zaangażowanych w ten projekt, dziękujemy ci, Larry, za stworzenie tego świata i zaproszenie nas do wspólnego przeżywania w nim przygód.

Margaret Weis i Tracy Hickman

 

 

 


CHŁOPIEC DO BICIA
Chłopiec wpatrywał się w zamek. W świetle poranka jego białe marmurowe ściany lśniły od pyłu wodnego unoszącego się z siedmiu wodospadów tryskających po obu stronach zamku, czterech od północy i trzech od południa. Wokół ścian zamku migotały i tańczyły tęcze. Wieśniacy wierzyli, że tęcze są delikatną materią utkaną przez wróżki; niejeden już głupi młodzik znalazł śmierć w kotłujących się wodach, gdy próbował je pochwycić.
Ale chłopiec był mądrzejszy. Wiedział, że tęcze są niematerialne, zrobione z samego blasku słonecznego i wody. Prawdziwe jest tylko to, co istnieje zarówno w ciemności, jak i w świetle. Chłopiec nauczył się wierzyć wyłącznie w to, co prawdziwe i namacalne.
Chłopiec patrzył na zamek beznamiętnie; nie budził w nim ani dobrych, ani złych uczuć, a jedynie coś w rodzaju obojętnego fatalizmu, jaki często widuje się u dręczonych psów. Oczywiście chłopca nie dręczono szczególnie w życiu, chyba że dręczeniem można nazwać ignorowanie. Właśnie miał opuścić rodziców i dom rodzinny, by rozpocząć nowe życie, powinien więc być zasmucony, wystraszony i drżący. Nic podobnego jednak nie czuł. Był tylko zmęczony po długiej drodze i było mu nieprzyjemnie gorąco w nowych, drażniących skórę wełnianych pończochach.
Stał z ojcem przed bramą osadzoną w wysokim zewnętrznym murze. Za bramą znajdował się dziedziniec, a za dziedzińcem niezliczone schody wiodły w górę do zbudowanego nad urwiskiem zamku. Okna zamku wychodziły na zachód, na jezioro Ildurel, od wschodu zaś wspierał się mocno o skałę. Jego najwyższe wieżyczki sięgały do poziomu rzeki Hammerclaw, płynącej ze wschodu na zachód, której wartkie wody, spadając z urwiska, tworzyły tęcze.
Zamek miał ściany z białego marmuru - chłopiec widział raz podobiznę zamku na uczcie, zrobioną z cukru - i był wysoki na kilka pięter. Ile dokładnie, chłopiec nie mógł policzyć, ponieważ zamek rozpościerał się na całej powierzchni urwiska. Takie mnóstwo wieżyczek sterczało w każdą stronę, tyle blanków jeżyło się pod każdym możliwym kątem, tak wiele okien o małych, ołowianych szybkach błyszczało w słońcu, że na ten widok kręciło mu się w głowie. Chciał się bawić cukrowym zamkiem i matka mu na to pozwoliła, ale następnego ranka odkrył, że zamek zjadły myszy.
Teraz patrzył zachwycony na zamek. Ten nie był zrobiony z cukru i na pewno nie zjedzą go myszy, ani nawet smoki. Zwrócił uwagę na jedno skrzydło zamku - wschodnie, wychodzące na cztery wodospady. Na jego szczycie tkwiła otoczona balkonem wieżyczka, większa niż wszystkie inne. Jak powiedział mu ojciec, był to balkon króla. Jedynie król Tamaros, błogosławiony przez bogów, miał prawo przechadzać się po nim.
Chłopiec pomyślał, że król musi widzieć stamtąd cały świat. A jeśli nie cały świat, to przynajmniej całe wielkie miasto Vinnengael. On sam widział je prawie w całości, stojąc tylko na stopniach pałacu.
Vinnengael zbudowano na trzech poziomach. Najniższy był równy z poziomem ciągnącego się aż po horyzont jeziora; nawet z balkonu króla jego przeciwny brzeg był ledwo widoczny. Drugi poziom miasta zbudowano na szczycie klifu wyrastającego z pierwszego poziomu. Trzeci zaś leżał na kolejnym klifie, wznoszącym się z drugiego poziomu. Pałac stał na trzecim poziomie. Naprzeciwko pałacu, za chłopcem, po przeciwnej stronie ogromnego marmurowego dziedzińca znajdowała się Świątynia Magów.
Świątynia i pałac - serce królestwa i jego głowa - były jedynymi dużymi budowlami na trzecim poziomie. Od północy, tuż przy pałacu stały koszary. Po stronie południowej na skalistym wzniesieniu ulokowały się eleganckie domy zagranicznych ambasadorów.
Zbrojni pilnujący zewnętrznej bramy rzucili znudzone spojrzenie na przechodzącego mężczyznę z chłopcem. Chłopiec wyciągnął szyję, chcąc się przyjrzeć ogromnej żelaznej kracie opatrzonej rzędami groźnych zębów. Chętnie by się zatrzymał w nadziei ujrzenia śladów krwi, gdyż dobrze znał historię Nathana z Neyshabur, jednego z bohaterów Vinnengael, który rozkazał opuścić kratę, mimo że sam pod nią stał. Odpierał wrogów królestwa i nie ustąpił z placu boju, nawet gdy spadały na niego straszliwe zęby bramy. Nathan z Neyshabur żył i poległ kilka stuleci temu, kiedy miasto i zamek - choć nie tęcze - były jeszcze młode. Było więc mało prawdopodobne, by jego krew wciąż kapała z kraty, jednak chłopiec mimo wszystko poczuł się rozczarowany.
Ojciec szarpnął go za kaptur, kazał mu przestać się gapić jak ork na jarmarku i pociągnął za sobą.
Przemierzyli ogromny dziedziniec i weszli do właściwego zamku, gdzie chłopiec natychmiast się zagubił. Na szczęście ojciec - dworzanin króla - dobrze znał drogę. Powiódł chłopca w górę po marmurowych schodach, w głąb marmurowych korytarzy, wokół marmurowych posągów, wśród marmurowych kolumn, aż doszli do przedpokoju, gdzie ojciec pchnął chłopca na drewniane rzeźbione krzesło, a sam wezwał sługę.
Chłopiec przyglądał się wysokiemu sufitowi zabrudzonemu sadzą z rozpalanych zimą kominków i ścianie naprzeciwko, na której wisiał kobierzec przedstawiający psy o długich tułowiach, długich pyskach i uszach, niepodobne do żyjących wówczas psów, oraz ludzi zwróconych w jedną stronę, polujących na jelenia, który - sądząc po jego minie - świetnie się tym wszystkim bawił, chociaż tkwiło w nim sześć strzał.
Do przedpokoju wszedł jakiś człowiek: dość młody, niezadowolony, ponury mężczyzna odziany w zapinaną tunikę w bogate wzory z wysokim kołnierzem, z długimi, powiewającymi rękawami. Jego nogi widoczne od połowy łydki w dół były grube, a kostki miał prawie tak szerokie jak stopy. Nosił pończochy różnych kolorów - jedną czerwoną, a drugą niebieską - dobrane do czerwono-niebieskiego deseniu na tunice. Mysiego koloru włosy miał zaczesane do tyłu zgodnie z modą panującą wśród ludzi i skręcone w loki na karku. Był też gładko ogolony.
Ojciec chłopca nosił podobny strój, choć na tunikę narzucił jeszcze opończę. Jego strój miał barwy zielone i niebieskie. Chłopiec ubrany był tak samo jak ojciec, tyle że jego strój przykrywała peleryna z kapturem, ponieważ była już jesień i znacznie się ochłodziło. Mężczyzna zamienił kilka słów z ojcem, po czym zwrócił spojrzenie na chłopca.
- Więc jak ci na imię?
- Gareth, lordzie szambelanie.
Szambelan zmarszczył nos.
- Chyba nigdy nie widziałem brzydszego dziecka.
- Każde dziecko wydawałoby się brzydkie w porównaniu z Jego Wysokością - rzekł ojciec chłopca.
- To prawda, panie - odparł szambelan. - Jednak ten tutaj chyba specjalnie się o to starał.
- Jego Wysokość i mój syn są w tym samym wieku, co do dnia - urodzili się tej samej nocy. Jej Wysokość życzyła sobie…
- Tak, tak. Znane mi są życzenia Jej Wysokości - przerwał szambelan, wywracając oczami i wtykając kciuki za szeroki skórzany pas, jakby chciał powiedzieć, że uważa życzenia Jej Wysokości za garniec gówna. Skrzywił się do chłopca. - Nic się chyba na to nie poradzi. Jakbym miał za mało kłopotów. Gdzie reszta przyodziewku chłopaka? Nie liczysz chyba, panie, na to, że będziemy go ubierać?
- Mój zaufany wnosi rzeczy tylnymi drzwiami - odparł chłodno ojciec chłopca. - Nie liczyłeś chyba, panie, na to, że będziemy je ciągnąć na taczce ulicami miasta.
Dwaj mężczyźni zmierzyli się lodowatymi spojrzeniami. W końcu szambelan wystawił jedną grubą nogę w spiczastym bucie przed drugą i skłonił się w pas.
- Do usług, panie.
Ojciec chłopca także "zrobił nogę", jak się mówiło, podtrzymując w pasie płaszcz, aby nie zamiótł brudnej podłogi.
- To ja jestem do usług, panie.
Chłopiec, zgrzany i spocony, stał okryty peleryną i przyglądał się jeleniowi ze sterczącymi w boku sześcioma strzałami, z bardzo zadowoloną miną wyrzucającemu w górę kopyta.
- Zatem chodź ze mną, Gareth - rzekł szambelan zrezygnowanym tonem. - Pożegnaj się z ojcem - dodał obojętnie.
Gareth skłonił się ojcu na sposób dworski, jak go uczono. Ojciec pospiesznie pobłogosławił chłopca i odszedł szybko do swoich obowiązków przy Jego Wysokości. Ani ojciec, ani syn nie odczuwali smutku przy tym rozstaniu. Prawdę mówiąc, chłopiec ostatnio widział ojca pół roku temu. Jako członek dworu będzie prawdopodobnie widywał swoich szlachetnie urodzonych rodziców częściej niż kiedykolwiek w dzieciństwie.
Szambelan położył ciężką rękę na ramieniu chłopca i poprowadził go przez pałacowe komnaty.
- To są prywatne pokoje rodziny królewskiej - wyjaśnił szambelan dźwięcznym głosem. - Od dziś będzie to także i twój dom. Zostać wybranym na chłopca do bicia Jego Książęcej Mości to wielki zaszczyt. Mam nadzieję, że jesteś tego świadomy.
Gareth nie był w tej chwili świadomy niczego poza ciężką ręką mężczyzny wciskającą go w marmurową podłogę, tak aż zabolało go ramię.
- To wielce pożądane stanowisko - ciągnął szambelan z naciskiem. - Kandydatami było wielu świetnych młodzieńców, szesnastoletnich, a nawet starszych. Wielce pożądane - powtórzył.
Gareth wiedział, że to prawda. Ojciec, matka i nawet niania wbijali mu to bez ustanku do głowy, aż stało się niejako częścią jego ciała, niczym smoła wżarta w dłonie kowala. Chłopiec do bicia ponosił karę za księcia, ponieważ księcia, wybranego przez bogów, nie mogła dotknąć w gniewie ręka śmiertelnika. Dorastali wspólnie, naturalnie więc chłopiec do bicia i jego rodzina ciągnęli korzyści z takiego układu.
Gareth zdawał sobie też sprawę, że nie zasługiwał na ten zaszczyt. Jego ojciec był lordem, ale niezbyt ważnym, a matka damą dworu królowej. Jego rekomendację stanowił tylko zbieg okoliczności: on i młody książę urodzili się tej samej nocy.
Jej Królewska Wysokość pochodziła z Dunkargi, królestwa na zachodzie. Podobno ludzie z Dunkargi wierzyli, że na ich życie wpływ mają gwiazdy. Gareth wiedział, że to bzdura; ojciec mu to powiedział. Jak odległe, zimne iskierki wielkości pyłku mogły wpływać na ludzkość? Jednak rodzice Garetha skrzętnie wykorzystali fakt, że królowa Emillia wierzyła w zainteresowanie gwiazd jej losem.
Usłyszawszy o poszukiwaniu chłopca do bicia, matka Garetha napomknęła królowej, że tylko dziecko urodzone pod tymi samymi gwiazdami co książę mogło być uważane za godne, aby dzielić los księcia. Królowej spodobała się ta myśl i wezwała nadwornego astrologa, którego sprowadziła z sobą z Dunkargi. Gładząc pieszczotliwie wypełnioną monetami sakiewkę, darowaną mu przez ojca Garetha, nadworny astrolog potwierdził, że tak jest w istocie. Jako że Gareth był jedynym dzieckiem szlachetnego rodu urodzonym tej samej nocy co książę (ojciec Garetha zapewnił o tym astrologa), został wybrany.
W wieku dziewięciu lat Gareth miał przybyć na dwór i podjąć swoje obowiązki, które polegały na ponoszeniu kary za przewiny księcia. Idąc przez pałac, Gareth wspominał opowieść, którą jego matka często przypominała - jak to królowa dowiedziała się, iż jedna z jej dam dworu również jest brzemienna i wkrótce urodzi, kazała związać nogi jego matce, aby żadne dziecko w niczym nie wyprzedziło królewskiego syna. Szczęśliwie bóle matki Garetha ustąpiły - pewnie ze strachu - bo inaczej Gareth nie szedłby teraz po pałacowej posadzce. Matka zaczęła ponownie rodzić po narodzinach księcia i w trzy godziny później Gareth przyszedł na świat. Jego pierwszy płacz zagłuszyły huki fajerwerków.
Matka Garetha oddała go mamce tej samej nocy, kiedy się urodził, by od razu wrócić do obowiązków damy dworu. Wychowywał się w wiejskiej posiadłości ojca, głównie pod okiem sług, którzy zależnie od kaprysu albo chłopca rozpieszczali, albo zaniedbywali.
I właśnie dlatego po czterech latach rodzice Garetha podczas jednej z rzadkich wizyt u syna z niezadowoleniem przekonali się, że ich dziecko jest rozpuszczonym urwisem, równie brudnym i niedouczonym jak pierwsze z brzegu chłopskie dziecko w podobnym wieku. Ojciec Garetha posłał po swoją dawną piastunkę, która odeszła na emeryturę, by pomagać mężowi w tkaniu sukna. Teraz była wdową; z radością przekazała warsztat dorosłym synom i powróciła do szlachetnego domu.
Zajęła się Garethem, nauczyła go czytania, pisania oraz manier potrzebnych, gdy będzie dość duży, aby objąć swoje stanowisko na dworze. W tej chwili Gareth tęsknił za nianią o wiele bardziej niż za matką czy ojcem. Po spełnieniu swojego zadania została odesłana do rodziny.
- Modlisz się, paniczu Gareth? - zapytał znienacka szambelan.
- Tak, panie - odrzekł Gareth cicho; były to pierwsze słowa, które wymówił.
- Więc pomódl się teraz, młodzieńcze. Módl się do bogów, abyś spodobał się Jego Książęcej Wysokości, bo jeśli nie, Jej Królewska Mość pozbędzie się ciebie bez względu na gwiazdy.
Gareth wyjrzał spod fałd kaptura i ponownie wpatrzył się w poczernione sadzami sklepienie. Bogowie byli gdzieś tam, poza sadzą i marmurem. Podobnie jak tęczy, bogów nie można było dotknąć. Gareth nie sądził, żeby zanadto się nim interesowali. Poza tym jedyne, o co mógł się teraz modlić, to powrót do domu, a to bardzo rozgniewałoby jego rodziców, dlatego Gareth uznał, że już lepiej wcale się nie modlić.
Pałac wywołał w głowie Garetha wielki zamęt. Zdawało mu się, że spaceruje po nim przez większość swojego życia, a w rzeczywistości minęła ledwie godzina od chwili, kiedy przeszedł przez główną bramę. Miał pokochać pałac, jego chłodne, spokojne piękno, tajemne alkowy i ukryte przejścia, lecz miało to nastąpić dużo później, gdy już przestanie tęsknić za domem i bać się zasypiania w obcym miejscu, gdy już nauczy się poruszać po pałacu, co zajmie mu niemal rok. Na razie jednak pałac był dla niego ogromny, zimny, pełen pustych korytarzy, które wiodły do ogromnych, zimnych, przesiąkniętych zapachem dymu drzewnego pokoi wypełnionych masywnymi, ciężkimi meblami.
- Jego Wysokość jest tutaj, w pokoju zabaw - rzekł szambelan.
Po obu stronach dużych drewnianych drzwi stali dwaj gwardziści - ochrona księcia. Gareth widywał Gwardię Królewską tylko podczas parad, a i wówczas jedynie z daleka. Zakuci w lśniące zbroje wydali mu się teraz olbrzymami, groźnymi istotami, które obejrzały go dokładnie, wpychając ręce pod aksamitny dublet i zaglądając nawet do wnętrza jego butów.
Gareth stał nieruchomo i potulnie poddawał się tej upokarzającej czynności. Kiedyś w przeszłości pewien nieprzyjacielski wódz przysłał na dwór swego młodego syna uzbrojonego w sztylet, aby zabić następcę tronu.
- Jest czysty - powiedział gwardzista i otworzył drzwi.
Szambelan skinął głową i ponownie ujmując Garetha za ramię, wprowadził go do pokoju zabaw. Na progu szambelan pochylił się i wyszeptał ostro:
- Nie dotykaj zabawek Jego Wysokości. Nie patrz na książki Jego Wysokości. Nie wierć się, nie dłub w nosie, nie gap się, nie puszczaj bąków, nie wyglądaj przez okno. Nie odzywaj się, dopóki ci nie każą. Nie siadaj w obecności księcia i nigdy nie odwracaj się do niego tyłem, bo to straszliwa obelga. Jeśli musisz wyjść za potrzebą, poproś księcia o pozwolenie. Kiedy będziesz odbierać lanie, krzycz głośno i płacz, żeby dać Jego Wysokości poznać, jak bardzo bolesne są dla niego baty.
Odrętwienie ogarniające dotąd Garetha ustąpiło miejsca rozpaczy. Gdyby bogowie byli w tej chwili gdzieś w pobliżu, Gareth pomodliłby się - nie o to, by opuścić pałac, bo znalezienie drogi do wyjścia wydawało mu się rzeczą niemożliwą, lecz by po prostu umrzeć na miejscu.
Nie mógł patrzeć na wszystkie otaczające go cudeńka - wspaniałe zabawki ze wszystkich stron Loerem. Nie zainteresowały go półki pełne książek, chociaż uwielbiał czytać - w kółko czytał dwie książki ojca, które ten otrzymał w darze, ale nigdy do nich nie zajrzał. Gareth nie widział nawet Jego Wysokości, gdyż oczy chłopca do bicia pełne były łez. Zdołał tylko dreptać u boku szambelana i nie przewrócić się o rozsypane na podłodze zabawki.
Dłoń szambelana pchnęła go na podłogę.
- Jego Wysokość Dagnarus, książę Vinnengael.
Gareth padł na kolana, pomny nauk ojca. Zdawało mu się, że ktoś do niego podszedł i obejrzał go, niby świnię na targu.
- Odejdź - odezwał się władczy już wówczas głos.
Gareth oczywiście pomyślał, że książę zwraca się do niego. Usłuchał z wielką radością. Zerwał się na równe nogi, gotów dać drapaka. Jednak jakaś dłoń - dłoń księcia - chwyciła go za rękaw i mocno przytrzymała.
- Kazałem ci odejść - powtórzył książę, a Gareth zrozumiał, że książę mówi do szambelana.
- Ale Wasza Wysokość nic nie wie o tym chłopcu…
- Zmuszasz mnie, abym wydał rozkaz po raz trzeci? - zapytał książę z niebezpieczną nutką w głosie, na dźwięk której Gareth zadrżał.
- Jak Wasza Wysokość rozkaże - rzekł szambelan, kłaniając się bardzo nisko i wychodząc tyłem z pokoju. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że podłogę zaścielały koniki na biegunach, małe okręty, rydwany, zabawkowe tarcze oraz włócznie.
Zamknął drzwi i Gareth został sam z księciem.
Mrugając pełnymi łez oczami, zobaczył go i w tej samej chwili poczuł przed nim lęk.
Obaj chłopcy byli wówczas równi wzrostem, chociaż w latach męskich Dagnarus miał być wyższy. Książę był grubokościsty, dlatego szczuplejszemu Garethowi wydawał się większy. Rude włosy księcia - barwy liści klonowych jesienią - gęste i puszyste, ostrzyżono krótko wokół twarzy, jak nakazywała ówczesna moda. Jasną skórę na nosie obsypywały piegi - była to jedyna skaza na nieskazitelnej cerze.
Miał zielone oczy ze złocistymi punkcikami, duże i błyszczące, otoczone rudawymi rzęsami, które wyglądały jak pozłacane. Odziany był w zielony dublet i pończochy, co podkreślało rudość włosów i pogłębiało zieleń oczu. Był zgrabny, mocno zbudowany i - jak na dziecko - miał wyjątkowo silne ręce.
Zielone oczy zmierzyły każdy cal postaci chłopca do bicia, przypatrując mu się o wiele dokładniej niż gwardziści przed drzwiami. Gareth pamiętał o wszystkim, czego nie wolno mu było robić, ale nikt jeszcze mu nie powiedział, co powinien zrobić. Nieszczęśliwy, zgrzany, przestraszony i upokorzony kulił się przed tym spokojnym, pewnym siebie, pięknym dzieckiem, a widząc swoje braki odbijające się w tych cudownych oczach, ponownie zapragnął umrzeć.
- Jak ci na imię, chłopcze? - zapytał Dagnarus, a choć głos jego wciąż brzmiał władczo, nie był nieuprzejmy.
Gareth nie mógł odpowiedzieć, gdyż w gardle dławiły go łzy.
- Jesteś niemy czy głuchy, chłopcze? - zapytał książę. Nie był zniecierpliwiony ani złośliwy, po prostu chciał się dowiedzieć.
Gareth potrząsnął głową i zdołał wykrztusić swoje imię. Zbierając resztki odwagi, uniósł głowę i ostrożnie zerknął na księcia.
Wyciągnąwszy rękę, Dagnarus dotknął twarzy Garetha i potarł jego policzek. Cofnął rękę, spojrzał na swoje palce, a następnie na chłopca do bicia.
- Nie schodzi - powiedział książę.
- Nie, Wasza… Wasza Wysokość - wyjąkał Gareth. - Mam to od urodzenia. To klątwa.
Inne znane Garethowi dzieci albo z niego szydziły, albo od niego uciekały. Dagnarus nie zrobił nic podobnego. Nigdy od niczego nie uciekał. I zawsze patrzył prawdzie prosto w twarz, choćby była nie wiadomo jak szpetna.
- Klątwa? - powtórzył Dagnarus.
Zielone oczy zaświeciły. Książę pociągnął Garetha do dwóch krzeseł, które stały przy dziecięcym stoliku. Ze stolika zepchnięto kilka książek, żeby zrobić miejsce dla miniaturowej katapulty, z której książę strzelał ziarnkami grochu w mur zbudowany z klocków. Wzrok Garetha spoczął zachłannie na książkach. Dangarus z dumą popatrzył na katapultę.
W tej chwili obaj się określili.
Dagnarus usiadł. Pamiętając o otrzymanych wskazówkach, Gareth nadal stał.
- Opowiedz mi o klątwie - rozkazał Dagnarus. Nigdy nie prosił, wszystko było rozkazem.
Gareth zaczął nieśmiało.
- Tak, Wasza Wysokość. To się stało, kiedy moja matka…
- Dlaczego nie siadasz? - przerwał książę.
- Powiedziano mi, że nie wolno, Wasza Wysokość.
- Kto ci powiedział? Ten wielki idiota? - Książę prychnął lekceważąco na wspomnienie szambelana. - Nie zwracaj na niego uwagi. Ja zawsze tak robię. Siadaj na tym krześle.
- Tak, Wasza Wysokość. - Gareth usiadł na brzegu. - To się stało, kiedy moja matka…
- I nie mów do mnie "Wasza Wysokość" - powiedział książę.
Gareth spojrzał na niego bezradnie
- Nazywaj mnie Dagnarusem - rzekł książę. Położył dłoń na dłoni Garetha i dodał: - Będziesz moim przyjacielem.
I w tej chwili Gareth pokochał go, jak jeszcze nigdy nie kochał nikogo ani niczego.
- A teraz - Dagnarus usadowił się i skrzyżował ramiona na piersi - opowiedz mi o klątwie.
- To się stało, kiedy moja matka nosiła mnie w brzuchu… - zaczął Gareth. Ta historia należała do jego najwcześniejszych wspomnień i znał ją na wyrywki. Początkowo mówił nieśmiało i z wahaniem, ale widząc zainteresowanie słuchacza, nabrał pewności siebie i teraz opowiadał z przejęciem. - Poszła na jarmark, po sprawunki dla królowej, twojej matki, panie, a tam na rogu siedziała żebraczka. Poprosiła moją matkę o monetę na jedzenie. Matka nie miała żadnych monet, a jedyne pieniądze, jakie miała przy sobie, należały do królowej. Matka powiedziała to żebraczce i poszła dalej, a wtedy żebraczka ją przeklęła. Na to ja zacząłem mocno kopać w brzuchu i matka zrozumiała, że żebraczka jest czarownicą i że jej klątwa spadła na mnie. Matka wezwała straż miejską, która aresztowała czarownicę. Związano jej ręce i nogi i wrzucono do rzeki, gdzie przez długi czas nie tonęła. Zdaniem matki to dowodzi, że była czarownicą. Ludzie zaczęli rzucać w czarownicę kamieniami, aż w końcu utonęła. Akuszerka kazała matce pić herbatkę z owoców róży, żeby zmyć klątwę, ale to nic nie pomogło. Urodziłem się z tym na twarzy.
Lewe oko Garetha otaczało dużych rozmiarów purpurowe znamię, które wpełzało na czoło i na lewy policzek. Jego nijakie brązowe włosy przycięto w grzywkę, aby przysłonić tę część znamienia, ale wokół oka i na policzku nie dało się go ukryć.
Nie pamiętał już, ile wywarów, maści, roztworów i kremów na polecenie matki stosowali słudzy, żeby pozbyć się przeklętego znaku z jego twarzy. I chociaż od kilku z nich zeszła mu skóra, znamienia nie dały rady usunąć. Jedna pomysłowa służąca próbowała nawet zszorować je piaskiem. Na szczęście niania usłyszała krzyki Garetha i wybawiła go z opresji.
- Czy ludzie się z ciebie wyśmiewają? - zapytał Dagnarus, wpatrując się w znamię.
Zwykle Gareth nie lubił, kiedy mu się przyglądano, ale książę zachowywał się inaczej, nie szydził i nie śmiał się. Był po prostu ciekawy.
- Czasami, Wasza Wysokość - przyznał Gareth.
- Już więcej nie będą - oświadczył stanowczo Dagnarus. - Zabronię im. A jeśli ktoś to zrobi, masz mi natychmiast powiedzieć. Każę go ściąć.
Książę się popisywał. Gareth nie był zupełnie nieświadomy, jak wygląda życie na dworze. Nawet on wiedział, że dziewięcioletni książę nie ma władzy nad życiem i śmiercią innych. Jednak Gareth poczuł się wzruszony i zadowolony, jeśli nie z powodu obietnicy, to z faktu, że wreszcie stał się dla kogoś ważny.
- Dziękuję, Wasza Wysokość, ale to nieważne i nie chciałbym, żeby ktoś stracił głowę, ponieważ…
- Tak, tak. - Dagnarus machnął ręką.
Miał niewielką zdolność koncentracji i chociaż słuchał uważnie, kiedy coś go interesowało, niecierpliwie ucinał każdą rozmowę, która go znudziła.
- Nie podoba mi się imię "Gareth" - oznajmił.
- Przykro mi, Wasza Wy…
Książę uniósł podbródek, spojrzał.
- Dag… narusie - powiedział Gareth. Zrobił pauzę między sylabami, gdyż szczerze się obawiał, że książę zmieni zdanie i rozkaże mu powrócić do oficjalnej formy.
Dagnarus uśmiechnął się. Uśmiech wydobył złociste punkciki w jego zielonych oczach, od czego zalśniły na podobieństwo topazów i szmaragdów.
- Będę cię nazywał Łata - oznajmił.
Gareth skłonił głowę. Chwila była uroczysta niczym chrzest.
- Znasz swoje obowiązki, Łato? Będziesz otrzymywał chłostę, kiedy zechcą mnie ukarać. - Książę odwrócił się do swoich zabawek i naciskając palcem, poruszył w górę i w dół ramię katapulty. - Wiesz o tym, Łato, prawda? - powtórzył. - Powiedzieli ci to?
- Tak, Dagnarusie - odparł Gareth, czując się odrobinę nieswojo z nowym imieniem.
- Będą cię bić, ponieważ żaden zwykły śmiertelnik nie śmie podnieść ręki na swojego króla. Sądzą, że kiedy ciebie obiją, to ja poczuję wyrzuty sumienia i przestanę być nieposłuszny. Tak myślą.
Skrzywił się, a jego zielone oczy pociemniały. Złociste iskierki znikły niby klejnoty ginące pod powierzchnią nieruchomej wody. Bawił się katapultą, przetaczając ją na małych drewnianych kółkach.
- Ale to na nic - przemówił surowym głosem. - Mówię ci to od razu, Łato. Przykro mi będzie patrzeć, jak cię biją, oczywiście, ale oni chcą mnie zmusić do robienia rzeczy, których nie chcę robić. - Zielone oczy skierowane na Garetha były ciemne i spokojne. - Nawet gdyby mieli cię za to zabić, Łato.
To oświadczenie było inne od poprzednich przechwałek. To powiedział dziwnym, niedziecięcym głosem, głosem wyzbytym niewinności, głosem świadomym znaczenia wypowiadanych słów.
- Możesz teraz odejść, jeśli chcesz, Łato - dodał Dagnarus - Nie będziesz miał przez to kłopotów. Powiem królowej, mojej matce - wymówił to słowo z lekkim skrzywieniem warg - że cię nie chciałem. Nie potrzebuję towarzysza.
Gareth rozejrzał się po pokoju, ale nie widział cudownych zabawek, książek, gwardzistów w otwartych drzwiach pilnujących, aby chłopiec do bicia nie udusił Jego Wysokości, ani sług czających się w pobliżu, by zaspokoić najdrobniejsze życzenie księcia. Gareth widział jego samotność, wyraźnie i jasno niczym słońce. Widział ją jak lustro odbijające jego własną samotność. Widział skaczącego wesoło jelenia ze strzałami.
- Jeśli zechcą mnie zbić, Dagnarusie - powiedział nieśmiało Gareth - będą musieli mnie najpierw złapać.
Złociste klejnoty roziskrzyły się, zielone oczy zalśniły i książę roześmiał się w głos. Taki zawadiacki był ten śmiech, że szambelan, który wyczekiwał w korytarzu - mając nadzieję na bójkę, by móc powiedzieć Jej Królewskiej Mości jako pierwszy, iż on, szambelan, był temu przeciwny od samego początku - wetknął głowę w drzwi.
- Czy cię wzywaliśmy? Wynoś się stąd, stary pryku! - krzyknął Dagnarus i rzucił w niego drewnianym klockiem.
Nabrawszy odwagi, Gareth również rzucił w szambelana klockiem. Nie dorzucił jednak, gdyż zamachnął się za słabo i bez przekonania. Klocek Dagnarusa został rzucony znacznie celniej i umiejętniej; nie trafił w mężczyznę tylko dlatego, że szambelan w porę zatrzasnął drzwi.
Dagnarus otworzył jedną z książek, wielki, oprawny w skórę tom ze złoconą okładką. Karty były welinowe ze złotymi brzegami. Gareth nieśmiało podziwiał książkę. Patrzył z zachwytem i lękiem na jeden z obrazków w książce - walczącego ze smokiem rycerza w bajecznej zbroi, jakby żywcem wyjętego z opowieści na dobranoc jego niani. Rozpoznał w tomie księgę napisaną przez magów, którzy spisują wielkie czyny herosów przeszłości i wykorzystują je w nauczaniu.
- Chcesz przeczytać tę opowieść? - zapytał Gareth tęsknie.
- Nie - skrzywił się wzgardliwie Dagnarus. Zamykając niecierpliwie księgę, położył na niej kolejny tom. - To będzie nasza forteca. - Umieścił przed nią katapultę i przygotował się do strzelania. - Pobawimy się w wojnę.