Kategorie

Praska orgia

  • Kod: 83-7298-451-4
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Roth, Philip
  • Cena w naszym sklepie: 6,50 zł
    Cena detaliczna: 19,00 zł

Amerykański powieściopisarz Nathan Zuckerman w połowie lat siedemdziesiątych trafia do Pragi, pogrążonej w głębokim cieniu, rzucanym przez wszechwładny w tej części Europy Związek Radziecki, w poszukiwaniu niepublikowanych rękopisów pewnego zamęczonego w latach II wojny światowej pisarza żydowskiego. W kraju, krępowanym gorsetem totalitarnego komunizmu, odkrywa trudną sytuację pisarzy podlegających zinstytucjonalizowanym prześladowaniom. Jednocześnie u tych prześladowanych pisarzy dostrzega dziwnie perwersyjną odmianę heroizmu.
Praska orgia, składająca się z dziennikarskich zapisków Zuckermana z jego pobytu wśród tych degradowanych przez państwo intelektualistów, to zaskakujące interludium w przemyślnie skomponowanym opus magnum Philipa Rotha o nieprzewidywalnych skutkach uprawiania sztuki.

Przez literaturę amerykańską przetoczyła w przedostatniej dekadzie XX wieku prawdziwa fala utworów, opartych na osobistym najczęściej zetknięciu z problemami Europy Wschodniej, m.in. Praska orgia Philipa Rotha.
Ta krótka powieść stanowi niejako apendyks do obszernej trylogii, której bohaterem jest sławny współczesny pisarz nowojorski, Nathan Zuckerman. Apendyksem i zwieńczeniem, choć - jak pokazała następna powieść, Counterlives - nie zamknięciem całego cyklu.
Praska orgia dzięki swej środkowo-europejskiej scenerii pozwala Zuckermanowi spojrzeć na siebie z zewnątrz. Nie jest to spojrzenie całkiem serio, taka już bowiem natura Zuckermana, że - mówiąc słowami Rotha - "jego uwikłanie w komizm wynika z wciąż ponawianych zabiegów o ucieczkę z tegoż uwikłania komicznego".
Największym osiągnięciem Rotha w Praskiej orgii jest prawdopodobnie wplecenie wielu ludzkich losów w tak krótki tekst. Są to przede wszystkim losy Czechów - czy prawdziwe, czy skłamane, nigdy nie wiemy, jak nie może tego wiedzieć kilkudniowy gość. Do tego dodać trzeba losy przyszłe, potencjalne, łącznie z kafkowską nieco, ale przecież z drugiej strony prawdopodobną wizją własnego losu.

Rok wydania: 2004
Stron: 88
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 40
Tlumacz: Jan Zieliński

Fragment tekstu:


Pierwsze wydanie tej książki ukazało się nakładem Niezależnej Oficyny Wydawniczej, Warszawa 1988.

 

…z notatników Zuckermana
Nowy Jork, 11 stycznia 1976

- Pańska powieść - mówi - jest bezwzględnie jedną z pięciu, góra sześciu książek mojego życia.
- Proszę zapewnić pana Sisovsky'ego - zwracam się do jego towarzyszki - że należycie mi pochlebił.
- Pochlebiłeś mu należycie - mówi ona do niego. Kobieta koło czterdziestki, jasne oczy, szerokie kości policzkowe, ciemne włosy surowo rozdzielone przedziałkiem - tragiczna, zastanawiająca twarz. Błękitna żyłka nabrzmiewa jej niebezpiecznie na skroni, gdy tak siedzi przycupnięta na brzeżku kanapy, prawie bez ruchu. Cała na czarno jak książę Hamlet. Ślady znacznego wytarcia na siedzeniu czarnej aksamitnej spódniczki jej żałobnego stroju. Mocne perfumy, oczka w pończochach, nerwy napięte. On jest młodszy, może o dziesięć lat: nabity, krępy, mocny, jego szeroka twarz z kartoflanym nosem ma złowieszczą moc pięści w rękawicy. Widzę go, jak pochyla czoło i rozbija głową drzwi. Ale długawe włosy są ujmujące, gęste, jedwabiste, włosy o niemal orientalnej czerni i połysku. Ma na sobie szary garnitur z lekko błyszczącego materiału, marynarkę skrojoną wysoko pod pachami i nieco opiętą na karku. Spodnie ściśle przylegają do nieproporcjonalnie dużej dolnej części tułowia - piłkarz w długich spodenkach. Spiczaste białe buty przydałoby się oddać do szewca; biała koszula jest znoszona, a górne jej guziki rozpięte. Trochę ulicznik, trochę szlifibruk, a zarazem trochę chłopczyk z dobrego domu. Podczas gdy angielski kobiety ma silny akcent, jego jest tylko lekko niedoskonały, mówi zaś z taką swobodą, dziwnie elegancko wymawiając z oksfordzka samogłoski, że sporadyczne potknięcia składniowe odbieram jako zręczny chwyt, ironiczną grę, która ma przypomnieć Amerykaninowi, iż jego gość jest w końcu tylko emigrantem, od niedawna zanurzonym w żywiole języka, który opanował był z taką biegłością i wdziękiem. Pod płaszczykiem okazywanych mi względów wyczuwam w nim siłę, siłę ogiera dorównującą jego gwałtowności.
- Proszę go namówić, żeby mi opowiedział o  swojej książce - mówię do niej. - Jaki miała tytuł?
Ale on nadal mówi o mojej.
- Kiedyśmy przylecieli z Rzymu do Kanady, pierwszą książką, jaką kupiłem, była pańska. Dowiedziałem się, że miała tu, w Ameryce, posmak skandalu. Kiedy pan uprzejmie zgodził się mnie przyjąć, poszedłem do biblioteki, żeby się dowiedzieć, jak Amerykanie odbierali pańską rzecz. Interesuje mnie to ze względu na recepcję mojej wśród Czechów, która również miała posmak skandalu.
- Jakiego rodzaju skandalu?
- Przepraszam - mówi - nie zamierzam porównywać naszych dwóch książek. Pańska jest tworem geniusza, gdy moja to zero. Kiedy studiowałem Kafkę, los jego książek w rękach specjalistów od Kafki wydał mi się bardziej groteskowy od losu Józefa K. Aura skandalu stwarza nowy, groteskowy wymiar i należy teraz do pańskiej książki, tak samo jak idiotyzmy kafkologii należą do Kafki. Podobnie zakaz druku mojej książeczki stwarza wymiar, jakiego wcale nie planowałem.
- Dlaczego pańska książka została zakazana?
- Brzemię głupoty, jaką pan musi znosić, jest większe niż brzemię zakazu druku.
- To nieprawda.
- Obawiam się, że prawda, cher maître. Pomniejsza pan znaczenie swego powołania. Zaczyna pan wierzyć, że nie istnieje licząca się kultura literacka. Stanowczo dostrzegam u pana egzystencjonalne osłabianie własnego stanowiska. To wielka szkoda, ponieważ w rzeczywistości napisał pan arcydzieło.
A przy tym wcale nie mówi, co mu się tak podoba w mojej książce. Może tak naprawdę wcale mu się ona nie podoba. Może jej nie czytał. W jego uporczywym drążeniu tematu jest sporo subtelności. Zrujnowany emigrant nie przestaje litować się nad sukcesem Amerykanina. O co mu chodzi?
- Ale to pana - przypominam mu - pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Ja zaś pomimo skandalu zostałem obficie - osobliwie - wynagrodzony. Wszystkim - od adresu na górnej East Side po wpływ na uwalnianie za poręczeniem zasługujących na to morderców. Oto potęga, jaką u nas daje człowiekowi skandal. Natomiast pan został najdotkliwiej ukarany. Konfiskata książki, zakaz druku, wyrzucenie pana z ojczyzny - cóż może być bardziej brzemienne i głupie? Cieszę się, że ceni pan moją książkę, ale nie wchodźmy w grzecznościowy układ cher maître, dobrze mon cher ami? Co pan napisał, że wywołało to taki skandal?
- Powiedz mu, Zdenek - wtrąca kobieta.
- Cóż tu dużo mówić? Dla nich satyryczny uśmiech jest gorszy od jawnego fanatyzmu ideologicznego. A ja się śmiałem. Oni są ideologami. Nienawidzę ideologów. Stąd się wzięła cała obraza majestatu. I stąd wzięła się moja wątpliwość.
Proszę go, by mi wyjaśnił, o jaką wątpliwość chodzi.
- Ogłosiłem jedną krótką nieszkodliwą satyrę w Pradze w roku 1967. Rosjanie wpadli w odwiedziny w roku 1968 i od tego czasu nic nie opublikowałem. Nic tu nie ma do dodania. Interesują mnie te idiotyczne recenzje pańskiej książki, jakie czytałem w bibliotece. Nie to, że są idiotyczne, to rzecz bezdyskusyjna. Chodzi o to, że ani jednej nie można nazwać inteligentną. Czyta się takie rzeczy w Ameryce i zgroza człowieka ogarnia na myśl o przyszłości, o świecie, o wszystkim.
- Zgroza na myśl o przyszłości, nawet o świecie, to rozumiem. Ale o "wszystkim"? Wystarczy współczuć autorowi, że ma głupich recenzentów, a ma pan przyjaciela do grobowej deski, Sisovsky, ale teraz, kiedy ten cel został osiągnięty, niech mi pan opowie o swojej wątpliwości.
- Powiedz mu o swojej wątpliwości, Zdenek!
- Ale jak? Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w tę wątpliwość. Nie wiem, czy mam w ogóle jakieś wątpliwości. Choć sądzę, że powinienem je mieć.
- Dlaczego? - pytam.
- Pamiętam okres przed inwazją Pragi - mówi Sisovsky. - Mogę przysiąc, że ani jedna recenzja pańskiej książki nie miałaby szans ukazać się w Pradze w latach sześćdziesiątych - ich poziom jest za niski. I to pomimo faktu, że w myśl uproszczonych pojęć to my byliśmy państwem stalinowskim, a Stany Zjednoczone krajem wolności intelektualnej.
- Zdenek, on nie chce słuchać o tych recenzjach, on chciałby poznać twoją wątpliwość!
- Uspokój się - mówi on do niej.
- Ten człowiek zadał ci pytanie.
- Właśnie na nie odpowiadam.
- Więc odpowiedz. Odpowiedz. Przecież już ci powiedział, żeś mu należycie pochlebił!
Włochy, Kanada, teraz Nowy Jork - ma już dość i jego, i tej włóczęgi. Kiedy on gada, jej oczy zamykają się automatycznie, a palec dotyka nabrzmiałej żyły na skroni - jakby przypominała sobie inną nieodwracalną stratę. Sisovsky pije moją whisky, ona odmówiła nawet herbaty. Chciałaby ruszyć, przypuszczalnie w drogę powrotną do Czechosłowacji, przypuszczalnie na własną rękę.
Przerywam jej - zanim zaczęła krzyczeć - i zwracam się do niego:
- Czy mógł pan pozostać w Czechosłowacji pomimo konfiskaty książki?
- Tak. Ale obawiam się, że gdybym został w Czechosłowacji, wszedłbym na drogę ustępstw. Nie mogłem pisać, nie mogłem występować publicznie, nie mogłem nawet odwiedzać przyjaciół, żeby mnie nie wzywano na przesłuchania. Próbować coś robić, cokolwiek, znaczy narażać swoje dobro oraz dobro swojej żony, dzieci i rodziców. Mam tam żonę. Mam dziecko i starzejącą się matkę, która dość się nacierpiała. Człowiek wybiera rezygnację, ponieważ zdaje sobie sprawę, że nic nie da się zrobić. Nie ma skutecznego oporu przeciw rusyfikacji mej ojczyzny. Fakt, że cały naród nienawidzi okupacji, na dłuższą metę nic nie pomaga. Wy, Amerykanie, myślicie w kategoriach rok, dwa; Rosjanie myślą stuleciami. Instynktownie wiedzą, że żyją w długim trwaniu i że czas należy do nich. Są o tym głęboko przekonani i mają rację. Prawda wygląda tak: z upływem czasu ludność stopniowo godzi się ze swym losem. Minęło osiem lat, prześladuje się tylko pisarzy i intelektualistów, tłumi się tylko literaturę i filozofię - wszyscy inni są zadowoleni, zadowoleni nawet ze swej nienawiści do Rosjan, a przeważnie żyje im się lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Sama skromność nakazuje zostawić ich w spokoju. Trudno lamentować nad zakazem druku, nie zastanowiwszy się, czy nie przemawia przez nas tylko własna próżność. Nie jestem wielkim geniuszem jak pan. Ludzie mogą czytać Musila i Prousta, i Manna, i Nathana Zuckermana, dlaczegóż mieliby czytać mnie? Moja książka była skandalem nie tylko z powodu satyrycznego uśmiechu, ale dlatego, że w 1967 debiutowałem, mając dwadzieścia pięć lat. Nowe pokolenie. Przyszłość. Ale moje "pokolenie przyszłości" lepiej niż inne dogadało się z Ruskimi. Miałem zostać w Czechosłowacji i użerać się z nimi o moje książeczki - w imię czego? Dlaczego kolejna moja książka ma być taka ważna?
- Sołżenicyn widzi te kwestie zupełnie inaczej.
- Tym lepiej dla niego. W imię czego miałem płacić najwyższą cenę za próbę wydania kolejnej książki z podtekstem satyrycznym? Cóż bym osiągnął, walcząc i narażając siebie oraz swoich bliskich? Niestety, podobnie jak nie ufam szaleńczej próżności, nie mam też zaufania do rezygnacji. Nie mówię o innych, postępują tak, jak muszą - ale o sobie. Nie jestem człowiekiem odważnym, ale nie umiałbym być skończonym tchórzem.
- Czy to z kolei nie forma próżności?
- Mówiąc ściśle - jestem bez reszty człowiekiem wątpliwości. W Czechosłowacji, gdybym pozostał, owszem, mógłbym znaleźć jakąś pracę i przynajmniej mieszkać w ojczyźnie, czerpiąc z tego jakąś siłę. Tam mogę przynajmniej być Czechem - ale nie mogę być pisarzem. Tymczasem na Zachodzie mogę być pisarzem, ale nie Czechem. Tutaj, gdzie nie liczę się zupełnie jako pisarz, jestem tylko pisarzem. Ponieważ zaś straciłem te rzeczy, które nadają życiu sens - ojczyznę, język, przyjaciół, rodzinę, wspomnienia itede - tutaj pisanie jest dla mnie wszystkim. Z kolei to, co umiem napisać, traktuje niemal wyłącznie o życiu  tam, i tylko tam może odnieść zamierzony przeze mnie skutek.
- A zatem od brzemienia samej konfiskaty jeszcze cięższe są wątpliwości, jakie ona budzi…
- We mnie. Tylko we mnie. Eva nie ma wątpliwości. W niej jest tylko nienawiść.
Eva nie posiada się ze zdumienia.
- Nienawiść? Do czego?
- Do wszystkich, którzy cię zdradzili - mówi do niej Sisovsky. - Do wszystkich, którzy cię opuścili. Nienawidzisz ich i pragniesz ich nagłej śmierci.
- Nie myślę o nich nawet przez sekundę.
- Pragniesz, żeby smażyli się w piekle.
- Zupełnie o nich zapomniałam.
- Powinienem panu opowiedzieć, kto to jest Eva Kalinova - on zwraca się do mnie. - Takich rzeczy się nie mówi, ale z kolei byłoby śmieszne, żeby pan nie wiedział. A mnie osobiście upokarza taka sytuacja, że ja domagam się od pana uczestnictwa w wielkim dramacie moich wątpliwości, gdy Eva siedzi obok nas jak byle kto.
- Uwielbiam siedzieć jak byle kto - mówi ona. - Nie musisz o mnie opowiadać.
- Eva - mówi on - jest największą praską interpretatorką Czechowa. Niech pan się wybierze do Pragi i tam zapyta. Nikt temu nie przeczy, nawet reżim. Po niej nie było innej Niny, innej Iriny ani Maszy.
- Nie chcę tego słuchać - mówi ona.
- Kiedy Eva wsiada do praskiego tramwaju, ludzie ją oklaskują. Cała Praga się w niej kocha, odkąd ukończyła osiemnaście lat.
- To dlatego napisali na ścianie: "kurwa Żydówa"? Bo się we mnie kochają? Nie opowiadaj głupstw. To dawno minęło.
- Niedługo będzie znów grała - zapewnia mnie Sisovsky.
- Jak ktoś chce być aktorką w Ameryce, nie może mówić po angielsku tak, że ludzi głowa boli.
- Usiądź, Evo.
Ale jej kariera się skończyła. Nie potrafi usiąść.
- Nie można wyjść na scenę i mówić po angielsku tak, że nikt cię nie rozumie! Kto ci da na to angaż? Zresztą nie chcę już występować w teatrze - mam dość tego bycia sztuczną osobą. Znudziło mnie udawanie tych wszystkich Irin i Nin, i Masz, i Sasz. To się stało żenujące dla mnie i dla innych. A w ogóle to należymy do ludzi, którzy zanadto popuszczają wodze wyobraźni. Za dużo czytamy, za dużo przeżywamy, za dużo fantazjujemy - mamy niewłaściwe zachcenia! A ja się cieszę, że wszystkie sukcesy mam już za sobą. Zresztą sukces spływa na osobę, nie na grę. Jaki z niego pożytek? Czemu on w ogóle służy? Tylko egomanii. Breżniew dał mi szansę: mogę być zwykłym, przeciętnym nikim i wykonywać prawdziwą pracę. Sprzedaję sukienki - a ludzie bardziej potrzebują sukienek niż głupich, wzruszających interpretatorek Czechowa!
- A czego - pytam - potrzebują interpretatorki Czechowa?
- Być w życiu innych takimi, jakimi są na scenie, a nie na scenie takimi, jakimi ktoś sobie wyobraża, że są w życiu innych! Potrzebują też wyzbyć się swego egoizmu, swoich odczuć, swoich póz i swojej sztuki! - Bliska płaczu dodaje: - Przynajmniej ja się tego wyzbyłam.
- Evo, opowiedz mu o żydowskich demonach. On jest amerykańskim specjalistą od żydowskich demonów. Panie Zuckerman, ją prześladują żydowskie demony. Evo, musisz mu opowiedzieć o wiceministrze kultury i o tym, co mu się przydarzyło, kiedy porzuciłaś męża. Eva była żoną kogoś, o kim nawet nie słyszeliście w Ameryce, ale jest to ulubieniec całej Czechosłowacji. Najpopularniejsza persona świata estrady. Co tydzień można go oglądać w telewizji. Wszystkie matki płaczą, kiedy śpiewa morawskie piosenki ludowe. Dziewczyny mdleją, kiedy przemówi do nich swoim strasznym głosem. Słyszy się go w szafach grających, słyszy się go w radio, zewsząd dobiega ten straszny głos, co ma być głosem dziarskiego Cygana. Jeśli jesteś żoną tego człowieka, nie musisz się o nic martwić. Możesz grać wszystkie główne role w Teatrze Narodowym. Możesz mieć olbrzymie mieszkanie. Możesz jeździć na wszystkie wycieczki zagraniczne. Jeśli jesteś żoną tego człowieka, oni zostawiają cię w spokoju.
- On także zostawia cię w spokoju - mówi Eva. - Dlaczego mi dokuczasz, Zdenku? Nie chcę być ironiczną postacią z ironicznej czeskiej opowieści. Na wszystko, co się dzieje w Czechosłowacji, tutaj wzruszają ramionami i mówią: "Istny Szwejk, istny Kafka". A ja mam obu po dziurki w nosie.
- Niech mi pani opowie o swoich żydowskich demonach - mówię.
- Nie mam żadnych demonów - odpowiada, patrząc z wściekłością na Sisovsky'ego.
- Eva zakochała się w niejakim panu Polaku i porzuciła dla niego męża. Ale jeśli jesteś kochanką Polaka - mówi Sisovsky - o n i  nie zostawiają cię w spokoju. Pan Polak miał wiele kochanek i żadnej z nich nie zostawili w spokoju. Eva Kalinova jest żoną Zasłużonego Artysty Czechosłowackiej SR, ale go porzuca, żeby się związać z agentem syjonistycznym i burżuazyjnym wrogiem ludu. To dlatego na ścianie teatru napisali: "kurwa Żydówa", dlatego wysyłali jej pocztą wiersze o tym, że się puszcza, i karykatury Polaka z wydatnym semickim nosem. Dlatego piszą do ministra kultury listy, potępiające ją i żądające odsunięcia jej od sceny. Dlatego wezwano ją do wiceministra kultury. Kobieta, która rzuca takiego wielkiego Zasłużonego Artystę, takiego nudnego, sentymentalnego egoistę jak Petr Kalina dla takiego Żyda i pasożyta jak Pavel Polak, sama nie jest więcej warta od Żydówki.
- Proszę cię - mówi Eva - przerwij tę historię. Wszyscy inni cierpią za przekonania, za zakazane książki, za przywrócenie w Czechosłowacji demokratycznych porządków - cierpią za swoje zasady, za swój humanitaryzm, za swą nienawiść do Rosjan, a w tej okropnej historii ja jedna cierpię z powodu miłości!
- "Czy pani wie", mówi do niej oświecony wiceminister kultury, "czy pani wie, pani Kalinova" - ciągnie Sisovsky - "iż co drugi obywatel uważa, że pani naprawdę jest rodowitą Żydówką?" Eva odpowiada mu bardzo oschle - bo Eva potrafi być bardzo oschłą, bardzo piękną, bardzo inteligentną kobietą, kiedy się nie złości na ludzi albo kiedy się bardzo boi - więc mówi bardzo oschle: "Drogi panie wiceministrze, już w szesnastym wieku moją rodzinę prześladowano w Czechach za protestantyzm". Ale to go nie powstrzymuje - wiedział o tym wcześniej. Mówi zatem: "Niech mi pani powie - dlaczego mając zaledwie dziewiętnaście lat, zagrała pani w teatrze rolę Żydówki Anny Frank?" A Eva odpowiada: "Zagrałam tę rolę, ponieważ mnie wybrano spośród dziesięciu młodych aktorek. Każda z nich dałaby wszystko, żeby zagrać". "Młodych aktorek", pyta wiceminister, "czy młodych Żydówek?"
- Błagam cię, Zdenku, nie mogę słuchać mojej śmiesznej historii! Nie mogę także słuchać twojej śmiesznej historii! Bebechy mi się przewracają na myśl o wysłuchiwaniu naszej historii, na samą myśl o tym, że mamy swoją historię! Tamto była Europa, tu jest Ameryka! Wzdragam się na samą myśl o tym, że byłam tamtą kobietą!
- "Młodych aktorek", pyta wiceminister, "czy młodych Żydówek?" A Eva odpowiada: "Cóż to za różnica? Niektóre zapewne były Żydówkami. Ale ja nie jestem". "No, dobrze", mówi on Evie. "Dlaczego zatem grała pani tę rolę przez dwa lata, jeśli nie była pani, już wówczas, co najmniej sympatykiem syjonizmu?" Eva odpowiada: "Grałam Żydówkę w Iwanowie Czechowa. Grałam Żydówkę w Kupcu weneckim Szekspira". To go wcale nie przekonuje. Fakt, iż Eva chciała grać Żydówkę nawet w sztuce Czechowa, gdzie takiej roli trzeba szukać ze świecą, w przekonaniu wiceministra wcale nie przemawia na jej korzyść. "Przecież każdy rozumie", tłumaczy mu Eva, "że to są tylko role. Jeśli co drugi obywatel będzie myślał, że jestem Żydówką, wcale się nią przez to nie stanę. Kiedyś mówiono, że mam w sobie krew cygańską; wielu zapewne wierzy w to do dzisiaj z powodu tego głupiego filmu, jaki zrobiłam z Petrem. Ale, panie wiceministrze", mówi Eva, "każdy zarazem wie, jako rzecz prawdziwą i niepodważalną, że nie jestem jednym ani drugim: jestem aktorką". On ją poprawia: "Aktorką, pani Kalinova, która lubi grać Żydówki, która gra je doskonale - t o  właśnie każdy wie. Każdy wie, że nikt w naszym kraju lepiej od pani nie potrafi zagrać Żydówki". "A nawet gdyby tak było? Czy to jest dzisiaj w tym kraju przestępstwem?" Teraz już Eva krzyczy i, oczywiście, płacze. Cała się trzęsie. To sprawia, że on staje się dla niej nagle miły, zdecydowanie milszy niż na początku. Na uspokojenie proponuje jej koniak. Wyjaśnia, że nie mówił o kwestiach prawa. Nie mówił nawet w swoim imieniu. On sam był bardzo wzruszony, kiedy w roku 1956 widział Evę w roli małej Anny Frank. Płakał na przedstawieniu - nigdy tego nie zapomni. Jego wyznanie doprowadza Evę do szaleństwa. "Więc o czym pan mówił przedtem?", pyta go. "O odczuciach narodu", odpowiada wiceminister. "O odczuciach wielkiego narodu czeskiego. Dość byłoby opuścić Petra Kalinę, Zasłużonego Artystę, i zostać kochanką syjonisty Polaka, ale naród nie może pani tego wybaczyć, ponieważ pamięta, że od lat grała pani na scenie Żydówki". "To nie ma najmniejszego sensu", mówi mu Eva. "To niemożliwe. Naród czeski kochał Annę Frank, kochał mnie za to, że ją grałam!" Wtedy on wyciąga z akt wszystkie te sfałszowane listy oburzonych widzów - tak samo sfałszowane, jak napisy na budynku teatru. To przesądza sprawę. Teatr Narodowy wyrzuca Evę. Wiceminister jest tak z siebie zadowolony, że opowiada wszem wobec, jak załatwił dziwkę Polaka i pokazał temu krnąbrnemu Żydłakowi, kto tu rządzi. Jest przekonany, że kiedy wieści o jego postępku dotrą do Moskwy, otrzyma order za bezwzględność i antysemityzm. Rosjanie mają specjalny złoty order za tego rodzaju zasługi. Tymczasem traci posadę. Kiedy o nim słyszałem po raz ostatni, był zastępcą redaktora naczelnego w wydawnictwie publikującym literaturę religijną. Wyrzucono go za to, jak potraktował Evę Kalinovą, ponieważ naród czeski naprawdę kocha Annę Frank i ponieważ ktoś wysoko u góry chciał się pozbyć głupiego wiceministra. Oczywiście dla Evy byłoby lepiej, gdyby zamiast wyrzucać wiceministra, przywrócono jej pozycję czołowej aktorki Teatru Narodowego. Ale nasz system sprawiedliwości społecznej nie jest jeszcze dostatecznie rozwinięty. Łatwiej karze, niż przywraca do łask.
- U nich nic nie idzie łatwiej - mówi Eva. - To dlatego, że jestem taka słaba. Że jestem głupia i nie umiem się bronić przed tymi wszystkimi potworami! Płaczę, trzęsę się, potem ulegam. Sama sobie zasłużyłam na to, co ze mną zrobili. W dzisiejszym świecie zawracać sobie głowę mężczyzną! Powinni skrócić mnie o głowę. To by dopiero była sprawiedliwość!
- A teraz - mówi Sisovsky - Eva jest z innym Żydem. W jej wieku. Teraz dopiero doprowadziła się do kompletnego upadku.
Ona wybucha po czesku, on jej odpowiada po angielsku.
- Jest niedziela - mówi do niej - co będziesz robiła w domu? Napij się, Eviczko. Napij się whisky. Korzystaj z życia.
Znów po czesku - ona błaga go o coś albo mu wymyśla, albo wymyśla sobie samej. On odpowiada po angielsku, nadal bardzo łagodnym tonem:
- Rozumiem. Ale Zuckermana to interesuje.
- Idę! - zwraca się do mnie Eva. - Muszę już iść! - I wychodzi z pokoju.
- Cóż, ja zostaję… - mruczy on i opróżnia szklankę. Zanim zdążyłem wstać, by doprowadzić ją do wyjścia, drzwi mego mieszkania otwarły się i zamknęły z trzaskiem.
- Ponieważ to pana interesuje - mówi Sisovsky, kiedy mu nalewam kolejną whisky - powiedziała, że idzie do domu, a ja spytałem, co będziesz robiła w domu, a ona powiedziała: "Mam dość twojego rozumu, mam dość swojego ciała, mam śmiertelnie dość tych nudnych historii".
- Chciałaby usłyszeć nową historię.
- Tak naprawdę to chciałaby usłyszeć nowego mężczyznę. Dzisiaj się wścieka, ponieważ uważa, że przyprowadziłem ją tutaj ze sobą tylko po to, żeby ją panu pokazać. Ale co ja mam robić - zostawiać ją samą w naszym pokoju, żeby się powiesiła? W niedzielę? Jeśli tu, w Nowym Jorku, wybieramy się gdzieś i jest tam mężczyzna, zawsze oskarża mnie o to samo. "Jaka jest rola tego mężczyzny?" - pyta. Dochodzi do dramatycznych scen, kiedy nazywa mnie sutenerem. Jestem sutenerem, bo ona chce mnie rzucić i boi się mnie rzucić, ponieważ w Nowym Jorku byłaby sama i byłaby nikim.
- A nie może wrócić do Pragi?
- Lepiej dla niej nie być Evą Kalinovą tutaj, niż nie być Evą Kalinovą tam. W Pradze Eva dostałaby furii, gdyby zobaczyła, kogo obsadzono w roli pani Arkadiny.
- A tutaj dostaje furii, sprzedając sukienki.
- Nie - mówi on. - Sukienki nie stanowią problemu. Tylko niedziele. Niedziela nie jest najlepszym dniem w tygodniu emigranta.
- Dlaczego oni was oboje wypuścili?
- Wypuścić ludzi, którzy chcą wyjechać z kraju, to ostateczne wyjście. Ci, którzy nie chcą wyjechać, mają siedzieć cicho. A ci, którzy nie chcą wyjechać i nie zamierzają siedzieć cicho, kończą w więzieniu.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że przy tym wszystkim jest pan jeszcze Żydem.
- Z wyglądu przypominam matkę, która była Czeszką. Ojciec był Żydem. Nie tylko Żydem, ale, podobnie jak pan, Żydem piszącym o Żydach, jak pan był przez całe życie opętany semityzmem. Napisał o Żydach setki opowiadań, tylko żadnego nie wydrukował. Mój ojciec był introwertykiem. Uczył matematyki w gimnazjum w naszym prowincjonalnym miasteczku. Pisał dla siebie. Czy pan zna jidysz?
- Jestem Żydem anglojęzycznym.
- Opowiadania mego ojca były pisane w jidysz. Aby je móc przeczytać, nauczyłem się języka żydowskiego. Nie umiem mówić. Nigdy nie miałem okazji porozmawiać z ojcem w jidysz. On zmarł w 1941. Zanim jeszcze rozpoczęły się deportacje Żydów, pewien nazista przyszedł do nas do domu i zastrzelił go.
- Dlaczego właśnie jego?
- Ponieważ nie ma z nami Evy, mogę panu opowiedzieć. To moja kolejna nudna europejska historia. Jedna z jej ulubionych. W naszym miasteczku był oficer gestapo, który lubił grać w szachy. Kiedy zaczęła się okupacja, wywęszył, że mój ojciec był szachowym mistrzem okręgu, i co wieczór sprowadzał go do siebie. Ojciec był chorobliwie nieśmiały w stosunkach z ludźmi, nawet ze swymi uczniami. Ponieważ jednak wierzył, że moja matka i mój brat będą chronieni, jeśli on będzie grzeczny dla tego oficera, szedł na każde wezwanie. I rzeczywiście byli chronieni. Wszystkich Żydów w naszym miasteczku stłoczono w osobnej dzielnicy żydowskiej. Dla innych sprawy pogarszały się z dnia na dzień, mojej rodzinie było to oszczędzone. Przez ponad rok nikt ich nie nękał. Ojciec nie mógł dłużej uczyć w gimnazjum, ale otrzymał zezwolenie na udzielanie korepetycji i dzięki temu mógł zarabiać. Wieczorami, po kolacji, opuszczał dzielnicę żydowską i szedł do oficera gestapo na partię szachów. Ale w miasteczku stacjonował też inny oficer gestapo. Ten z kolei miał pod swoją pieczą dentystę Żyda. Dentysta leczył mu zęby. Rodzinę tamtego również zostawiono w spokoju, a on sam mógł nadal prowadzić praktykę. Pewnej niedzieli, zapewne bardzo przypominającej dzisiejszą, obaj oficerowie gestapo poszli razem do knajpy i upili się, podobnie jak my, dzięki pańskiej gościnności, upijamy się bardzo przyjemnie. Doszło do sprzeczki. Oficerowie się przyjaźnili, więc była to naprawdę poważna kłótnia, skoro ten, który grywał w szachy z moim ojcem, tak się zdenerwował, iż poszedł do domu dentysty, wyciągnął człowieka z łóżka i go zastrzelił. Na to drugi hitlerowiec tak się wściekł, że poszedł do naszego domu i zastrzelił mego ojca, a także brata, który miał osiem lat. Wezwany przed niemieckiego komendanta miasta, morderca mojego ojca wyjaśnił: "On mi zastrzelił Żyda, więc i ja mu zastrzeliłem Żyda". "Ale dlaczego zastrzeliliście dziecko?" "Z czystej wściekłości, panie pułkowniku". Obaj otrzymali reprymendę i ostrzeżenie, żeby się to nie powtórzyło. I tyle. Ale i reprymenda to było coś. Żadne prawo nie zabraniało wówczas strzelania do Żydów w ich domach ani nawet na ulicy.
- A pańska matka?
- Matka ukryła się na wsi. Tam ja przyszedłem na świat, dwa miesiące później. Żadne z nas z wyglądu nie przypominało ojca. Mój brat zresztą też nie, po prostu nie miał szczęścia w swoim krótkim życiu. My oboje przeżyliśmy.
- A dlaczego pański ojciec, mając żonę Aryjkę, pisał opowiadania w jidysz? Czemu nie po czesku? Przecież do uczniów w gimnazjum musiał mówić po czesku.
- Niech Czesi piszą po czesku. Mój ojciec ożenił się z Czeszką, ale nigdy nie uważał się za Czecha. Żyd, który się żeni z Żydówką, może w domu zapomnieć, że jest Żydem. Żyd, który się żeni z Aryjką jak moja matka, ma na co dzień przed oczyma jej twarz, która mu o tym przypomina.
- Nie pisał też po niemiecku?
- Wie pan, nie byliśmy Niemcami sudeckimi ani też praskimi Żydami. Oczywiście niemiecki był mu bliższy niż czeski, z powodu jidysz. Dbał o to, by mój brat dobrze się nauczył niemieckiego. Sam czytał Lessinga, Herdera, Goethego i Schillera, ale jego ojciec nie był nawet Żydem małomiasteczkowym jak on, był Żydem ze wsi, wiejskim sklepikarzem. Z Czechami tacy Żydzi mówili po czesku, ale w rodzinie mówiło się tylko po żydowsku. To wszystko jest w opowiadaniach ojca: bezdomność, bezgraniczna bezdomność. Jedno opowiadanie nosi tytuł: Język ojczysty. Tylko trzy strony, o chłopczyku żydowskim, który mówi książkową niemczyzną, czeskim bez wrodzonego akcentu i jidysz ludzi od siebie prostszych. Bezdomność Kafki, jeśli wolno mi tak powiedzieć, była niczym w porównaniu z bezdomnością mego ojca. Kafka miał przynajmniej we krwi wiek dziewiętnasty - jak wszyscy prascy Żydzi. Kafka przynajmniej należał do literatury. Mój ojciec do niczego nie należał. Gdyby przeżył, przypuszczalnie bardzo bym się przeciw niemu buntował. Myślałbym sobie: "Dlaczego ten człowiek jest taki samotny? Dlaczego jest smutny i zamknięty w sobie? Powinien włączyć się do rewolucji - nie siedziałby wówczas z głową w dłoniach, zastanawiając się, gdzie jest jego miejsce".
- Na całym świecie synowie słyną ze wspaniałomyślnych myśli o własnych ojcach.
- Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku i napisałem do pana, powiedziałem Evie: "Jestem krewnym tego wielkiego człowieka". Myślałem wtedy o ojcu i o jego opowiadaniach. Odkąd przyjechaliśmy z Europy, przeczytałem pięćdziesiąt amerykańskich powieści o Żydach. W Pradze nie miałem pojęcia o tym niewiarygodnym zjawisku, o jego rozmiarach. W międzywojennej Czechosłowacji mój ojciec był dziwadłem. Gdyby nawet chciał wydać swoje opowiadania, gdzie miałyby się ukazać? Gdyby nawet wydał wszystkie dwieście opowiadań, nikt nie zwróciłby na nie uwagi - ze względu na temat. Ale w Ameryce mój ojciec stałby się słynnym pisarzem. Gdyby wyemigrował, zanim się urodziłem, gdyby przyjechał do Nowego Jorku w latach trzydziestych, odkryłaby go jakaś życzliwa dusza i miałby dostęp do najlepszych pism. Teraz byłby czymś więcej niż jeszcze jednym zamordowanym Żydem. Przez całe lata nie myślałem o ojcu, teraz co chwila zastanawiam się, co on by zrobił z Ameryką, którą ja oglądam. Miałby dziś siedemdziesiąt dwa lata. Ten potencjalny wielki pisarz żydowski jest dziś moją obsesją.
- Jego opowiadania są naprawdę takie dobre?
- Nie przesadzam, mówiąc o jego mistrzostwie. Był głębokim, wspaniałym pisarzem.
- Jak to? Szolem Alejchem? Izaak Babel?
- Mogę panu tylko powiedzieć, że był eliptyczny, pokorny, nieśmiały, wszystko na swój sposób. Umiał być porywczy, umiał być kwiecisty, umiał być erudytą - umiał wszystko. Nie, to nie jest jidysz Szolema Alejchema. To jest jidysz Flauberta. Jego ostatnia rzecz, dziesięć króciutkich opowiadań o hitlerowcach i Żydach, to najsmutniejszy komentarz do najgorszej z możliwych doli, jaki zdarzyło mi się czytać. Mówią o rodzinie niemieckiego oficera, z którym wieczorami grywał w szachy. O jego pobytach w tym domu, o tym, jak tamci byli dla niego czarujący. Nazwał je Opowiadania o szachach.
- Co się stało z tymi opowiadaniami?
- Zostały w Pradze, razem z moimi książkami. A moje książki w Pradze są u mojej żony. A moja żona niezbyt za mną obecnie przepada. Przeze mnie stała się pijaczką. Nasza córka przeze mnie zwariowała i przeze mnie mieszka ze swoją ciotką. Policja przeze mnie nie daje spokoju mojej żonie. Wątpię, czy jeszcze kiedyś zobaczę opowiadania mojego ojca. Matka prosi czasem moją żonę o opowiadania swojego męża, a żona wylicza jej wszystkie moje zdrady małżeńskie. Pokazuje matce zdjęcia wszystkich moich kochanek, nago. Niestety, to także zostawiłem wraz z książkami.
- Czy ona może zniszczyć opowiadania pańskiego ojca?
- Nie, nie. Tego nie mogłaby zrobić. Olga też jest pisarką. W Czechosłowacji jest bardzo znana z tego, że pisze, z tego, że pije, i z tego, że każdemu pokazuje pipkę. Polubiłby pan Olgę. Kiedyś była bardzo piękna, miała piękne długie nogi i szare kocie oczy, a jej książki też kiedyś były piękne. Jest wzorem kobiety uległej. Tylko mnie się sprzeciwia. Olga zrobi wszystko, czego zażąda każdy inny mężczyzna. I zrobi to dobrze. Gdyby miał pan odwiedzić Pragę i gdyby spotkał pan Olgę, i gdyby Olga miała się w panu zakochać, dałaby panu nawet opowiadania mojego ojca, jeśli zabrałby się pan do rzeczy w odpowiedni sposób. Ona kocha kochać. Zrobi wszystko z miłości. Amerykański pisarz, sławny, atrakcyjny, amerykański geniusz, który bezwstydnie nie zachowuje amerykańskiej niewinności - gdyby on poprosił o opowiadania mojego ojca, Olga by mu je dała, jestem tego pewien. Jedyna kwestia, to nie przespać się z nią za wcześnie.
Praga, 4 lutego 1976