Kategorie

Ród Korrinów

  • Kod: 83-7298-203-1
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Herbert, Brian & Anderson, Kevin J.
  • Cena w naszym sklepie: 39,00 zł
    Cena detaliczna:

Ród Korrinów stanowi wspaniałe zwieńczenie Preludium do Diuny. Rozpoczyna się wojna, która zadecyduje o losie trzech rodów, a jej stawką jest nie jedna czy dwie planety, lecz cały wszechświat.
Z cesarskiej planety Kaitain Cesarz Padyszach Szaddam IV bez litości atakuje wszystkie planety, które nie podporządkowują się jego władzy. Jest przekonany, że już niebawem tylko on będzie dysponował syntetyczną przyprawą, co umocni jego absolutną władzę. Na Diunie Liet-Kynes, który pozyskał sobie zaufanie Wolan, kieruje atakami na ciemiężących planetę Harkonnenów. Żyjący na Kaladanie książę-banita Rhombur Vernius jest wreszcie gotowy stanąć do walki o wyzwolenie swej planety spod okupacji Tleilaxan. Wszelako główne starcie, to które zmieni przyszłość świata, rozegra się między dwiema centralnymi postaciami: Letem Atrydą z Kaladanu i Vladimirem Harkonnenem z Giedi Primy.
Brian Herbert i Kevin J. Anderson stworzyli arcydzieło. Pasjonująca opowieść, którą rozpoczął światowy bestseller Ród Atrydów, a rozwijał Ród Harkonnenów, teraz prowadzi nas na próg Diuny, książki uhonorowanej nagrodami Hugo i Nebula, a stanowiącej największy w dziejach bestseller literatury fantastycznonaukowej, osiągając nakład piętnastu milionów egzemplarzy.

Rok wydania: 2003
Stron: 468
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Ładysław Jerzyński

Fragment tekstu:


Dla naszych żon,JANET HERBERT i REBECKI MOESTY ANDERSON,za ich duchowe wsparcie, pasję, cierpliwość i miłość,które okazywały nam w każdej chwili realizacjitego długiego i skomplikowanego przedsięwzięcia

 

Podziękowania
Penny Merritt pomagała w wykorzystaniu literackiego dziedzictwa jej ojca, Franka Herberta.
Nasi wydawcy, Mike Shohl, Carolyn Caughey, Pat LoBrutto i Anne Lesley Groell, przy kolejnych wersjach tego tekstu podsuwali nam bardzo cenne uwagi, dzięki czemu mógł on uzyskać swój ostateczny kształt.
Catherine Sidor z Wordfire, Inc. jak zawsze niestrudzenie przepisywała dziesiątki mikrokaset i setki stron w tempie dyktowanym przez dość szaleńczy rytm naszej pracy. Nie dość, że nie pozwoliła nam kompletnie zwariować, to jeszcze wzbudzała w innych fałszywe przekonanie, że jesteśmy osobami dobrze zorganizowanymi.
Diane E. Jones była pierwszą, doświadczalną - by tak rzec - czytelniczką, która szczerze opowiadała nam o swoich wrażeniach i podsuwając pomysły, przyczyniła się do tego, że książka stała się lepsza.
Robert Gottlieb i Matt Bialer z Trident Media Group oraz Mary Alice Kier i Ann Cottle z Cine/Lit Representation podtrzymywali nas na duchu swym niezmiennym przekonaniem co do wartości naszego przedsięwzięcia.
Ron Merritt, David Merritt, Byron Merritt, Julie Herbert, Robert Merritt, Kimberly Herbert, Margaux Herbert i Theresa Shackelford z The Herbert Limited Partnership zarazili nas swoim entuzjazmem i służyli przykładem, jeśli chodzi o szacunek dla wspanialej wizji Franka Herberta.
Pamięć należy się Beverly Herbert, która przez ponad czterdzieści lat darzyła miłością i pomagała swemu mężowi, Frankowi Herbertowi.
A nade wszystko podziękować musimy Frankowi Herbertowi, którego geniusz wykreował uzupełniany przez nas wszechświat.

 

 

 

 

 


Oś obrotu Arrakis znajduje się pod kątem prostym do promienia jej orbity. Planeta nie jest kulista, lecz wydłużona, szersza na równiku, a wklęsłymi łukami zwęża się ku biegunom. Można odnieść wrażenie, że jest jakimś starodawnym, sztucznym tworem.

z raportu Trzeciej Cesarskiej Komisji Arrakis

W świetle dwu księżyców sunących po zapylonym niebie wolańscy wojownicy przemykali po pustynnych skałach. Twardzi ludzie nawykli do surowego świata stapiali się z kamienistym otoczeniem, jakby wykuci byli z tego samego tworzywa.
Wszyscy członkowie zbrojnego oddziału razzia złożyli tę samą przysięgę.
"Śmierć Harkonnenom".
Panowała cisza przed świtem. Stilgar, wysoki dowódca z czarną brodą, kocimi ruchami podążał na czele swej starannie dobranej grupy. "Musimy się poruszać niczym nocne cienie. Cienie z ukrytymi sztyletami".
Uniósł dłoń, aby wszyscy przystanęli. Wsłuchał się w puls pustyni, pozwalając zmysłom podążyć daleko w ciemność. Jego na wskroś niebieskie oczy czujnie badały skałę wypiętrzającą się na tle nieba niczym gigantyczny wartownik. Światło przesuwało się zgodnie z ruchem obu księżyców i cienie na skale płynnie zmieniały swój rozkład.
Zaczęli wspinać się w górę kamiennej skarpy, nawykłymi do mroku oczami wyszukując wysokie stopnie wyrżnięte w skale. Teren wydawał się dziwnie znajomy, chociaż Stilgar był tutaj po raz pierwszy. Ojciec dokładnie opisał mu drogę do siczy Hadis, kiedyś jednej z największych ukrytych siedzib, dawno jednak porzuconej.
"Hadis…" Słowo to pochodziło ze starej wolańskiej pieśni, mówiącej o życiu i sposobach przeżycia na pustyni. Jak większość Wolan, historię tę miał dokładnie wyrytą w pamięci: historię zdrady i bratobójczej walki między zensunnickimi Wędrowcami z pierwszych pokoleń żyjących tutaj, na Diunie. Legenda utrzymywała, że wszystkie najważniejsze wydarzenia związane były z tą świętą siczą.
"Teraz jednak Harkonnenowie zbezcześcili naszą pradawną siedzibę".
Każdy z ludzi Stilgara ze wstrętem myślał o tym świętokradztwie. Każdego zamordowanego przez Wolan Harkonnena upamiętniało w siczy Czerwonego Muru nacięcie na kamiennej płycie, a dzisiejszej nocy na pewno nadarzy się okazja, aby wykonać następne żłobienia.
Stilgar szedł teraz krętą ścieżką, a za nim wił się szereg jego podkomendnych. Musieli się spieszyć. Wkrótce nastanie świt, a oni jeszcze tyle mieli do zrobienia.
Tutaj, z dala od ciekawskich oczu ludzi Cesarza, baron Harkonnen w pustych komorach siczy Hadis ukrywał jeden ze swych nielegalnych zapasów przyprawy. Ogromne sterty drogocennego melanżu nigdy nie pojawiły się w żadnym oficjalnym raporcie przesyłanym Szaddamowi. Władca niczego nie podejrzewał, ale niemożliwe, by Harkonnenowie ukryli swe poczynania przed oczami pustynnych ludzi.
W leżącej na pustyni wiosce Bar Es Raszid, u podnóża długiej grani, znajdowała się stacja nasłuchu Harkonnenów, a na skale nieustannie czuwały ich warty. Dla Wolan nie była to żadna przeszkoda, gdyż jeszcze przed wiekami zbudowali wiele tajemnych kominów i sekretnych wejść do podziemnych grot.
Stilgar wypatrzył niemal nieczytelny znak i zaczął rozglądać się za zamaskowanym wejściem do siczy. W półmroku dostrzegł ciemniejszą plamę pod nawisem. Na czworakach podpełzł do zimnego i wilgotnego otworu, pozbawionego hermetycznej grodzi.
"Marnotrawstwo".
W środku… żadnych świateł, żadnych oznak straży. Położył się na brzuchu i wymacał nogą nierówny stopień, potem następny i jeszcze jeden… Kiedy stanął na dnie groty, w miejscu, gdzie korytarz skręcał w lewo, zauważył żółtawą poświatę. Uniósł rękę, ostrzegając tych, którzy schodzili za nim.
Przed sobą zobaczył starą misę. Gdy wyjął zatyczki nosowe, poczuł zapach surowego mięsa. Przynęta na małe drapieżniki? Pułapka? Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu czujników. Czyżby uruchomił już bezgłośny alarm? Z daleka doleciał go odgłos kroków i pijacki głos:
- Dawaj, załatwimy następnego.
Stilgar i dwaj inni Wolanie bezszelestnie skoczyli w boczny tunel i wyszarpnęli mlecznobiałe krysnoże. W zamkniętej przestrzeni pistolety maula byłyby zbyt głośne. Gdy cuchnąca przyprawowym piwem para wartowników Harkonnenów przeszła obok nich, Stilgar i Turok rzucili się na nich od tyłu.
Zanim którykolwiek z mężczyzn zdołał wydać z siebie głos, Wolanie podcięli im gardła i natychmiast zatkali rany gąbczastymi tamponami, aby nie utracić nawet kropli drogocennej krwi. Stilgar chwycił jeden z laserobinów, drugi podał Turokowi.
Ciemne wojskowe jarzyce kołysały się pod stropem. Członkowie razzia zaczęli skradać się korytarzem w kierunku serca starej siczy. Kiedy przechodzili nad tunelami, którymi przesyłano przedmioty do wewnątrz sekretnych pieczar i na zewnątrz, poczuli cynamonowy zapach melanżu, który od tego miejsca stale się nasilał. Jarzyce były tu nastawione na barwę jasnopomarańczową, a nie żółtą.
Wojownicy Stilgara pomrukiwali na widok przytwierdzonych do ścian ludzkich czaszek i gnijących ciał, wywieszonych tam jako trofea. Stilgar poczuł, jak rośnie w nim gniew. Mogli to być wolańscy wojownicy albo wieśniacy porwani przez Harkonnenów dla zabawy. Idący obok niego Turok zerkał na boki, jakby nie mógł się już doczekać kolejnego wroga.
Stilgar ostrożnie prowadził oddział. Teraz słyszeli już obce głosy i dźwięki. Dotarli do małej wnęki z niską kamienną balustradą, pod którą rozpościerała się ogromna grota. Stilgar wyobraził sobie tysięczne rzesze pustynnych ludzi, którzy przewijali się dawniej przez tę jaskinię, przed Harkonnenami, przed Cesarzem… i zanim przyprawa - melanż - stała się najdrogocenniejszą substancją we wszechświecie.
Na środku groty stała okolona rampą ośmiokątna, granatowo-srebrna konstrukcja, a wokół niej rozstawiono identycznego kształtu, ale mniejsze jej kopie. Jedną z nich - jeszcze nie ukończoną - otaczały rozrzucone części z plasmetalu, między którymi uwijało się siedmiu robotników.
Kryjąc się w cieniu, spiskowcy bezszelestnie zsunęli się po wąskich schodach na dno jaskini. Turok i jeszcze jeden z Wolan, każdy ze zdobyczną bronią, zajęli miejsca w górnych wnękach, aby mieć na oku całą grotę. Troje ludzi Stilgara wskoczyło na rampę, zniknęło, a potem jeden z nich pojawił się, dając Stilgarowi znak ręką. Pod błyskawicznymi ciosami krysnoży sześciu strażników padło bezgłośnie.
Teraz nie musieli już się kryć. Dwóch Wolan skierowało na przerażonych robotników lufy pistoletów maula i kazało im iść na górę. Ci posłuchali, wzruszając ramionami i mrucząc coś pod nosem, jakby niespecjalnie ich obchodziło, pod czyimi znajdują się rozkazami.
Wolanie przeszukali sąsiednie korytarze i w jednym znaleźli pomieszczenie, w którym ponad dwudziestu strażników spało między walającymi się na podłodze butelkami po piwie przyprawowym. Powietrze w tym pomieszczeniu przesycała woń melanżu.
Z zaciśniętymi zębami Wolanie wpadli do środka, wywijając klingami i kopiąc, jednak zadając ciosy tylko tak, by powodowały ból, ale nie śmierć. Otumanionych Harkonnenów rozbrojono i wypchnięto na środek wielkiej sali.
Czując pulsowanie krwi w skroniach, Stilgar spoglądał ze zmarszczonymi brwiami na stłoczonych wrogów. "Za przeciwnika zawsze chciałoby się mieć kogoś godnego, ale dziś nie ma tu nikogo takiego". Nawet tutaj, w silnie strzeżonej grocie, ludzie barona - najpewniej bez jego wiedzy - raczyli się dobrem, którego mieli strzec.
- Najchętniej zamęczyłbym ich na śmierć - warknął Turok. - I to powoli. Widziałeś, co zrobili z jeńcami.
Stilgar podniósł dłoń.
- To może poczekać. Na razie zapędzimy ich do roboty.
Gładząc ciemną brodę, przeszedł się kilka razy przed rzędem wylęknionych strażników. Ze strachu pocili się tak, że zapach potu zaczął przebijać się przez silną woń przyprawy. Za radą przewodzącego im Lieta-Kynesa powiedział spokojnym, dobitnym głosem:
- Przyprawę zgromadzono tu z pogwałceniem prawa cesarskiego. Cały znajdujący się tu melanż zostanie skonfiskowany, a wiadomość o nim przekazana na Kaitain.
Jako świeżo upieczony Cesarski Planetolog, Liet udał się w podróż na Kaitain, aby spotkać się z Cesarzem Padyszachem Szaddamem IV. Droga do cesarskiego pałacu wiodła przez wiele galaktyk i ktoś, kto jak Stilgar znał tylko pustynię, nie potrafił sobie wyobrazić, jakie są to odległości.
- I mówi to jakiś tam Wolanin? - prychnął na pół jeszcze pijany dowódca straży, kapitan, niski człowieczek o wysokim czole i obwisłych policzkach.
- Tak mówi Cesarz, gdyż w jego imieniu zabieram to, co mu się prawnie należy.
Niebieskie oczy Stilgara wwierciły się w tamtego. Kapitan był jednak zbyt pijany, by się bać. A może nie słyszał jeszcze, co Wolanie robili z pojmanymi Harkonnenami? W takim razie niebawem będzie miał okazję, aby się przekonać. Stilgar cofnął się o krok, a jego miejsce zajął Turok.
- Rozładować silosy! - warknął, a ci z robotników, którym wystarczyło na to sił, z satysfakcją przyglądali się, jak Harkonnenowie prężą się na baczność. - Niedługo po towar zjawią się tu nasze ornitoptery.

W miarę jak pustynia roziskrzała się w promieniach wstającego słońca, Stilgar czuł rosnący niepokój. Pojmani Harkonnenowie harowali nieprzerwanie, ale chociaż upłynęło już kilka godzin, zostało im jeszcze trochę roboty. Ten rajd trwał już zbyt długo, z drugiej jednak strony mieli tyle do zdobycia…
Pod czujnym wzrokiem Turoka i towarzyszy, stojących z bronią gotową do strzału, Harkonnenowie ładowali pakunki melanżu na przenośniki, które miały ponieść skarb do wyjścia jaskini, skąd inni przenosili go na lądowisko. Zapas był tak olbrzymi, że na pewno pozwalał na zakup całej planety.
"Po co baron zgromadził takie bogactwo?"
W południe, zgodnie z planem, od wioski Bar Es Raszid dobiegł ich huk eksplozji. To drugi oddział razzia zaatakował posterunek obserwacyjny Harkonnenów.
Cztery nieoznakowane ornitoptery wyleciały zza skalnej grani i zawisły w powietrzu, łopocząc mechanicznymi skrzydłami, a ludzie Stilgara naprowadzali je na płyty podporowe. Gdy tylko osiadły, uwolnieni robotnicy i wolańscy komandosi natychmiast zaczęli do nich ładować dwukrotnie skradziony skarb.
Operacja zbliżała się ku końcowi.
Stilgar wyprowadził strażników na grań wznoszącą się nad pokrytymi kurzem barakami Bar Es Raszid. Po godzinach wytężonej pracy i rosnącego lęku kapitan był już całkiem trzeźwy, spocony i - przerażony. Stilgar popatrzył na niego z pogardą.
Bez słowa wyciągnął krysnóż i rozpłatał tamtego od miednicy aż po mostek. Kapitan zachłysnął się powietrzem, a jego krew i wnętrzności wylały się na słońce.
- Co za marnotrawstwo - usłyszał za sobą mruknięcie Turoka.
Pozostali Harkonnenowie w panice rzucili się do ucieczki, ale Wolanie skoczyli na nich, niektórych zwalając z grani, innych zabijając krysnożami. Ci, którzy śmiało potrafili przyjąć swój los, ginęli szybko i bez bólu, tchórze męczyli się dłużej.
Robotnikom o zapadniętych oczach kazano załadować do luków ornitopterów wszystkie ciała, także szczątki rozpięte na ścianach. W zgonsuszniach siczy Czerwonego Muru - dla współplemienców - zostanie z nich wyciągnięta każda kropla drogocennej wody. W zbezczeszczonej siczy Hadis znowu zapanuje nienaturalna cisza.
Ostrzeżenie dla barona.
Załadowane ornitoptery niczym ciemne ptaki wzbijały się kolejno w czyste niebo, a oddział Stilgara ruszył z powrotem w piekącym słońcu. Zadanie zostało wykonane.
Kiedy tylko baron Harkonnen dowie się o kradzieży przyprawowego skarbu i utracie strażników, zemści się na biednych mieszkańcach Bar Es Raszid, chociaż ci w niczym nie zawinili. Stilgar postanowił, że wszystkich ich zabierze ze sobą do bezpiecznej, odległej siczy.
Tam razem z robotnikami przedzierzgną się w Wolan albo zostaną zabici. Jeśli zważyć na to, jak nędzne pędzili tu życie, właściwie wyświadczał im przysługę.
Kiedy Liet-Kynes powróci z wyprawy na cesarski Kaitain, na pewno z radością dowie się o wyczynie Wolan.

 


Ludzkość zna tylko jedną naukę: naukę niezadowolenia.

Cesarz Padyszach Szaddam IV,dekret wydany w odpowiedzi na poczynania rodu Moritanich

"Proszę o wybaczenie, Najjaśniejszy Panie".
"Błagam o łaskę, Najjaśniejszy Panie".
Większość codziennych obowiązków śmiertelnie nudziła Cesarza Szaddama Korrino IV. Zasiadanie na Tronie Złotego Lwa z początku było całkiem podniecające, kiedy jednak teraz spoglądał na cesarską salę audiencyjną, odnosił wrażenie, że sykofanci tak ciągnęli do władzy, jak karaluchy do lukru. Głosy petentów wpływały mu jednym uchem, a wypływały drugim, kiedy przesuwał się w ich szpalerze, jednym okazując przychylność, innym nie.
"Chodzi mi tylko o sprawiedliwość, Najjaśniejszy Panie".
"Poświęć mi chwilkę swego drogocennego czasu, Najjaśniejszy Panie".
Kiedy był następcą tronu, jakżeż pragnął na nim zasiąść. I oto teraz jednym pstryknięciem palców mógł uszlachcić najmarniejszego prostaka, niszczyć światy i obalać w proch Wysokie Rody, ale jednocześnie stwierdzał, że nawet jako Cesarz Znanego Wszechświata nie może rządzić tak, jakby chciał. Na jego decyzje usiłowali wpływać doradcy ciągnący w najróżniejsze strony. Gildia Kosmiczna miała swoje interesy, a Zjednoczony Nadzór nad Aktywnym Handlem, handlowy konglomerat powszechnie znany jako ZNAH, swoje. Kojąca jednak była wiedza, że inne rody użerają się między sobą równie zażarcie, jak prowadzą walki podjazdowe z nim.
"Proszę, wysłuchaj mojej sprawy, Najjaśniejszy Panie".
"Litości, Najjaśniejszy Panie".
W pierwszych latach panowania pomogły mu Bene Gesserit. Teraz jednak czarownice - włącznie z jego żoną - zaczęły spiskować za jego plecami, rozplatając cesarski kobierzec i wprowadzając weń swoje wzory.
"Błagam, proszę, wysłuchaj mojej prośby, Najjaśniejszy Panie".
"Chodzi mi o drobiazg, Najjaśniejszy Panie".
Kiedy jednak Projekt Amal - sekretna produkcja syntetycznej przyprawy na Ix - zostanie wreszcie ukończony, na co czekał od tylu lat, wtedy zmieni też oblicze całego Cesarstwa. "Amal". Jakże magicznie brzmiało to słowo. Ale słowa to jedna sprawa, a rzeczywistość - druga.
Ostatnie raporty z Ix były bardziej niż pomyślne. Ponoć eksperymenty przeklętych Tleilaxan zakończyły się ostatecznie sukcesem, teraz więc musiał tylko czekać na ostateczny dowód i próbki. Przyprawa… Wszystkie struny poruszające mechanizmem Cesarstwa były z niej skręcone. "Już niebawem będę miał własne, niezależne źródło, a wtedy, jak dla mnie, Arrakis może pogrążyć się w niepamięci".
Mistrz Badań, Hidar Fen Ajidica, nie ośmieliłby się blefować, niemniej jednak przyjaciel Szaddama z czasów chłopięcych, o obcym mu filozoficznym nastawieniu, hrabia Hasimir Fenring, pojechał na Ix, aby zobaczyć wszystko na własne oczy.
"Mój los jest w twoich rękach, Najjaśniejszy Panie".
"Niechaj szczęście nie opuszcza naszego najmiłościwszego Cesarza!"
Siadając na tronie, Szaddam pozwolił sobie na tajemniczy uśmieszek, który napełnił serca pieczeniarzy niepokojem.
Za jego plecami dwie niewiasty o skórze koloru miedzi, pokrytej złotymi jedwabnymi łuskami, wbiegły po schodach i zapaliły dwie pochodnie. Trzaskające płomienie, niebieski i zielony, były tak intensywne, że nie można było długo się w nie wpatrywać. Rozległ się ich syk, a w powietrzu rozszedł się zapach ozonu, jak przed burzą.
Przy całej tej pompie i ceremonialności dotarł do sali tronowej z godzinnym opóźnieniem i nawet dobrze się stało, bo w ten sposób dał przynajmniej do zrozumienia tej płaszczącej się zgrai, jak ważne są dla niego te audiencje. Petenci natomiast musieli zjawić się dokładnie o wyznaczonej porze, spóźnieni bowiem nie byli wpuszczani do sali.
Szambelan dworu, Beely Ridondo, zaczął rozstawiać przed tronem aparaturę akustyczną, a gdy ta była już gotowa, rozległ się dźwięczny ton, od którego zatrzęsły się podstawy pałacu. Ridondo, łysy, z wysokimi łukami brwiowymi, najpierw przeczytał długą listę tytułów i imion Szaddama, następnie obwieścił początek audiencji, po czym tyłem wspiął się po stopniach, ani razu się nie zachwiawszy.
Z powagą na twarzy Szaddam pochylił się nieco i rozpoczął następny dzień tronowania. Ranek przebiegał niestety zgodnie z oczekiwaniami: wraz z nie kończącą się listą durnych drobiazgów. Zmuszał się, by wyglądać tak, jak powinien wyglądać dobry władca: pełen współczucia, wyrozumiałości, ale też i obiektywizmu. Zadbał już o to, aby dobrane grono historyków utrwalało nawet najmniejsze aspekty jego władania.
Po krótkiej przerwie Ridondo przeszedł do spraw ogólnocesarskich. Już po kilku łykach wzmocnionej kawy przyprawowej Szaddam poczuł, jak wstępują w niego ożywcze siły. Przynajmniej raz zrobiona jak należy. Misternie zdobiona filiżanka, jedyna w swoim rodzaju w całym wszechświecie, wykonana była z materiału tak delikatnego, że wydawał się nie grubszy od skorupki jajka. Po wykorzystaniu bezzwłocznie ją tłuczono, aby nikt nie miał sposobności skorzystać z tego samego naczynia, co Cesarz.
- Najjaśniejszy Panie? - Ridondo spoglądał na swojego władcę, przestawszy recytować z pamięci długie nazwiska. Nie był wprawdzie mentatem, ale naturalna pamięć pozwalała mu ze znaczną biegłością rozeznawać się w skomplikowanych sprawach Cesarstwa. - Pewien przyjezdny, który właśnie zjawił się na Kaitain, prosi o jak najszybsze przyjęcie.
- Zawsze im tak spieszno. Z jakiego rodu?
- Nie należy do Landsraadu, Najjaśniejszy Panie. Nie jest też przedstawicielem Gildii ani ZNAH-u.
Szaddam prychnął.
- Szambelanie, sprawa jest chyba jasna. Nie mogę marnować czasu na przyjmowanie prostaków.
- To nie jest prostak, Najjaśniejszy Panie. Nazywa się Liet-Kynes i przybył z Arrakis.
Szaddam nie posiadał się z oburzenia: co za bezczelność. Ledwie taki postawi nogę na Kaitain, a zaraz chciałby być przyjęty przez Cesarza Miliona Planet!
- Jak będę miał ochotę porozmawiać z pustynnym włóczęgą, to go wezwę.
- Najjaśniejszy Panie, to twój Cesarski Planetolog. Twój ojciec kazał jego ojcu zbadać na Arrakis sprawę przyprawy. Nadeszło stamtąd wiele raportów.
Szaddam ziewnął.
- Jeśli dobrze pamiętam, wszystkie nudne jak flaki z olejem. - Teraz przypominał już sobie ekscentrycznego Pardota Kynesa, który większość czasu spędził na Arrakis, mniej poświęcając się swym obowiązkom, a bardziej interesując się krajowcami. Zbratał się z nimi, woląc piasek i poniewierkę od luksusów Kaitain. - Pustynia przestała mnie interesować.
"Szczególnie teraz, gdy amal jest już w zasięgu ręki".
- Rozumiem twoje zastrzeżenia, Najjaśniejszy Panie, ale urażony Kynes może zacząć podburzać miejscowych robotników. Nie wiemy przecież, jakie ma pośród nich wpływy. Gdyby nakłonił ich do generalnego strajku, spadłaby produkcja przyprawy, baron Harkonnen domagałby się wsparcia w postaci sardaukarów, a wtedy…
Szaddam uniósł wypielęgnowaną dłoń.
- Dosyć. Rozumiem, o co ci chodzi. - Szambelan zawsze miał skłonność do udzielania bardziej szczegółowych informacji, niż Szaddam by sobie życzył. - Przyjmę go, ale najpierw otrzep go trochę z kurzu.

Ogrom pałacu cesarskiego zrobił wprawdzie na Liecie-Kynesie wrażenie, ale tak naprawdę cenił on inny rodzaj wielkości. Nic nie mogło rywalizować z wielkim bezkresem Diuny. Widział nadciągającą kurzawę koriolisa. Jechał na ogromnym piaskalu. Obserwował, jak gorzeją małe skierki życia roślinnego w zupełnie niesprzyjającym temu otoczeniu.
Nikt, kto zasiada w fotelu, nawet najcenniejszym, niczego takiego nie przeżyje.
Skórę miał aż lepką od olejków, którymi zlano go od stóp do głów, jego włosy pachniały kwiatowymi perfumami, a ciało wionęło nienaturalnymi dezodorantami. Wolanie uważali, że piasek oczyszcza ciało i umysł. Kiedy wróci z Kaitain, natychmiast wytarza się na szczycie wydmy, a potem stanie wyprostowany, aby oczyścił go wiatr.
Ponieważ uparł się, że wystąpi w misternym destylozonie, najpierw kombinezon rozłożono na części, aby sprawdzić, czy nie ukryto w nim żadnej broni lub urządzeń podsłuchowych, a następnie każdy jego detal oczyszczono i dokładnie obejrzano. Dopiero wtedy mógł na powrót nałożyć swój strój. Kynes wątpił, by najważniejsze urządzenia działały po tym wszystkim prawidłowo, więc chyba będzie musiał zrezygnować z tego kombinezonu. Cóż za marnotrawstwo.
Ponieważ jednak był synem wielkiego proroka Pardota Kynesa, Wolanie uznają za wielki zaszczyt przygotowanie dla niego nowego destylozonu. I jemu, i im chodziło ostatecznie o to samo: powodzenie Diuny, ale tylko Kynes mógł stanąć przed Cesarzem i nakłonić go do podjęcia odpowiednich decyzji.
"A ci ludzie z Cesarstwa rozumieją tak niewiele".
Prążkowana narzuta powiewała za nim, a chociaż tutaj wydawała się dziwacznym dodatkiem do ubioru, on szedł w niej dumnie niczym w królewskiej pelerynie.
Szambelan zapowiedział go okrzykiem krótkim jak szczeknięcie, jak gdyby był urażony tym, że nie ma długich imion i tytułów do recytowania. Liet-Kynes kroczył po posadzce w butach temag, nawet nie starając się stawiać ich lekko i wdzięcznie. Zatrzymał się u stóp tronu i nie kłaniając się, zaczął hardo:
- Cesarzu Szaddamie, muszę z tobą porozmawiać o przyprawie i Arrakis.
Dworzanie nie wierzyli własnym uszom. Szaddam zesztywniał, bez wątpienia urażony.
- Bardzoś pewny siebie, mój planetologu, a na dodatek głupi. Ośmielasz się przypuszczać, że nic nie wiem na temat spraw tak żywotnych dla mego Cesarstwa?
- Ośmielam się przypuszczać, Najjaśniejszy Panie, że ród Harkonnenów karmi cię fałszywymi informacjami, aby ukryć swoje poczynania. - Szaddam uniósł rude brwi i nadstawił ucha, całą uwagę skupiając teraz na planetologu, który ciągnął: - Niczym dzikie psy, rozszarpują tę planetę na strzępy. Ciemiężą miejscową ludność, wyznaczają tak wielkie kwoty obowiązkowych dostaw przyprawy dla każdej załogi, że nawet normy dla niewolników na Poritrin czy Giedi Primie nie dają się z tym porównać. W licznych raportach pisałem o tych okrucieństwach, podobnie jak wcześniej mój ojciec. Przedstawiłem także dalekosiężny plan, dotyczący hodowli traw i krzewów, który mógłby się przyczynić do zmiany oblicza Diuny, to znaczy Arrakis, tak by stało się przyjazne dla ludzi. - Umilkł, ale tylko po to, aby zaczerpnąć tchu. - Ponieważ nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, zakładam, że nie czytałeś, Najjaśniejszy Panie, żadnego z tych sprawozdań.
Szaddam chwycił za oparcia Tronu Złotego Lwa. Pochodnie po obu jego stronach zahuczały, ale była to tylko słaba imitacja ognia w otwartej paszczęce Szej-huluda.
- Wiele do mnie dociera materiałów, planetologu, a mój czas jest ograniczony.
Sardaukarowie z gwardii postąpili kilka kroków, słysząc w głosie władcy nieprzyjazny ton.
- Tyle że większość z nich jest bez znaczenia w porównaniu z produkcją przyprawy, czyż nie tak? - Odpowiedź Kynesa zaszokowała Szaddama i wszystkich słuchaczy. Gwardziści byli gotowi do wkroczenia do akcji. Jakby niepomny niebezpieczeństwa, Kynes ciągnął: - Prosiłem o nowy sprzęt oraz zespoły botaników, meteorologów i geologów. Prosiłem o ekspertów od studiów nad kulturą, aby pomogli mi zbadać, dzięki czemu Wolanie potrafią tak dobrze radzić sobie tam, gdzie Harkonnenowie ponoszą tak ogromne straty.
Szambelan miał już tego dosyć.
- Mości planetologu, mówisz takim tonem, jakbyś wysuwał żądania. Cesarzowi się nie rozkazuje, to on decyduje, co jest istotne i jak wielkodusznie rozdzielać cesarskie zasoby.
Ale Kynes nie zamierzał się ugiąć ani przed władcą, ani przed jego totumfackim.
- Ale nic nie jest ważniejsze dla Cesarstwa od przyprawy. A ja proponuję Cesarzowi rozwiązanie, po którym przejdzie do historii jako dalekowzroczny władca, nawiązujący do szczytnej tradycji następcy tronu Raphaela Korrino.
Na tę bezczelną wypowiedź Szaddam zerwał się na równe nogi, co rzadko mu się zdarzało podczas audiencji.
- Dość już tego! - Miał ochotę natychmiast nakazać egzekucję, ale rozum zwyciężył, chociaż z trudem. Może jednak jeszcze potrzebować tego gbura, a poza tym, kiedy już wyjaśni sprawę amalu, jakże przyjemnie będzie skazać tego durnia, aby z bliska przyglądał się, jak obumiera jego ukochana planeta. Oschłym tonem dorzucił: - Nasz cesarski Minister do Spraw Przyprawy, hrabia Hasimir Fenring, powinien w ciągu tygodnia powrócić na Kaitain. On zbada zasadność twoich sugestii i doradzi mi, co powinienem uczynić.
Sardaukarowie chwycili Kynesa za łokcie, obrócili i szybko wyprowadzili z sali. Nie usiłował się opierać, tym bardziej że znał już najważniejszą odpowiedź. Cesarz Szaddam był zaślepiony i nie widział dalej niż czubek swojego nosa, a taki człowiek, obojętne iloma planetami by rządził, nie zasługiwał na szacunek.
Wolanie sami będą musieli zatroszczyć się o Diunę i do diabła z całym Cesarstwem!

 


Na pół żywi domagają się tego, czego im brak… ale kiedy im to dać, boczą się, gdyż za nic nie chcą się przyznać do swojej niewystarczalności.

przypisywane świętej Serenie Butler,z Apokryfów dżihadu

W sali bankietowej Zamku Kaladan elegancko ubrana służba usiłowała zachowywać się normalnie, chociaż ich książę był tylko cieniem dawnego siebie.
Kamiennymi korytarzami przemykały wystrojone kobiety. W każdej niszy paliły się świece roztaczające muszkatowy zapach. Ale nawet najwyborniejsze potrawy przygotowane przez kucharzy, najpiękniejsza porcelana i najbardziej wyszukane sztućce czy najłagodniejsza muzyka nie mogły rozproszyć smutku, który spowił siedzibę Atrydów. Każdy służący czuł ból Leta, ale nikt nie mógł mu w żaden sposób pomóc.
Lady Jessika siedziała w fotelu z rzeźbionego drewna elakkijskiego blisko końca stołu, co podkreślało jej pozycję oficjalnej książęcej konkubiny. Miejsce u szczytu stołu zajmował jej ciemnowłosy kochanek, Leto Atryda, wysoki, dumny, uprzedzająco grzeczny wobec pojawiających się z coraz to nowymi propozycjami służących.
Przy stole wiele, aż za wiele, było pustych miejsc. Aby nie pogłębiać bólu Leta, Jessika dyskretnie usunęła mały fotel sporządzony dla sześcioletniego Victora, jego nieżyjącego syna. Pomimo lat szkolenia Bene Gesserit, Jessika nie potrafiła przebić się przez zasłonę bólu Leta i z tego powodu cierpiała. Tyle miałaby mu do powiedzenia, gdyby zechciał jej wysłuchać.
Naprzeciw siebie zasiedli przy stole mentat Thufir Hawat i poznaczony bliznami przemytnik, Gurney Halleck. Gurney, który, gdy była po temu pora, zabawiał towarzystwo śpiewem i grą na balisecie, teraz przygotowywał się wraz z Thufirem do tajnej wyprawy na Ix, podczas której chcieli wykryć luki w systemie defensywnym Tleilaxan.
Thufir był bardzo przydatnym uczestnikiem takiej wyprawy z tego względu, że jego podobny do komputera mózg mógł w każdej chwili sypnąć setkami planów i możliwych zagrożeń. Gurney natomiast znakomicie potrafił zakradać się tam, gdzie się go najmniej spodziewano, i wychodzić z największych tarapatów. Ta dwójka powinna poradzić sobie tam, gdzie innym się nie udało…
- Jeszcze trochę tego kaladańskiego białego - powiedział mistrz miecza Duncan Idaho i uniósł kielich. Służący pospieszył z butelką kosztownego miejscowego trunku, a Duncan dopóty trzymał wyciągniętą rękę, dopóki złocisty płyn nie napełnił naczynia. Ruchem drugiej dłoni zatrzymał służącego, upił długi łyk i jeszcze raz kazał napełnić puchar.
Zapadła niezręczna cisza. Leto wpatrywał się w rzeźbione drzwi, jakby oczekiwał jeszcze kogoś. Jego oczy przypominały kawałki przydymionego lodu.
"Wybucha powietrzny żaglowiec, płomienie…"
"Rhombur straszliwie poraniony i poparzony, Victor zabity…"
A potem miał się dowiedzieć, że wszystko zaplanowała jego zazdrosna konkubina, Kailea, która potem, nie mogąc znieść bólu i wyrzutów sumienia, rzuciła się z wieży Zamku Kaladan…
Pojawiła się kuchmistrzyni, z dumą niosąc wielki półmisek.
- Mój książę, oto potrawa przygotowana specjalnie na twoją cześć.
Tłusta pararyba owinięta w kruche, aromatyczne liście. Różowawe mięso naszpikowano łodygami rozmarynu, ciemne jagody jałowca lśniły na brzegach niczym klejnoty. Chociaż kuchmistrzyni podała Letu najsmaczniejszą część, książę nawet nie drgnął i dalej wpatrywał się w drzwi.
Na dźwięk kroków i lekkiego pomruku silników Leto wstał z wyrazem oczekiwania i troski na twarzy. Krokiem lekkim, jakby miała skrzydełka u stóp, do sali weszła Tessja, siostra Bene Gesserit. Rozejrzała się po sali, spojrzała na krzesła, kamienną podłogę w miejscu, gdzie usunięto dywan, i z aprobatą kiwnęła głową.
- Robi bardzo duże postępy, książę, ale musimy być cierpliwi.
- I tak nikt z nas nie prześcignie go w cierpliwości - odparł Leto, a na jego obliczu pojawił się cień nadziei.
Z mechaniczną precyzją, na którą składało się zginanie mięśni poruszanych elektrofluidami, naciąganie szigarutowych ścięgien i cieniutkich włókien nerwów, książę Rhombur Vernius wsunął się do sali. Na jego pokrytej szwami twarzy, połączeniu naturalnej i sztucznej skóry, widać było najwyższe skupienie, a na czole lśniły krople potu. Miał na sobie krótki, luźny kaftan, na którym połyskiwała purpurowo-miedziana spirala, dumny herb upadłego rodu Verniusów.
Tessja zrobiła ruch w jego kierunku, ale uniósł palec z gładkiego metalu i polimerów, domagając się, by pozostała na miejscu.
Eksplozja powietrznego żaglowca zamieniła Rhombura w strzęp ciała: spłonęły kończyny i pół twarzy, zniszczeniu uległa większość organów. Przeżył jednak - w tym udręczonym strzępie tlił się żar po dawnym płomieniu. Teraz ów żar umieszczono w mechanizmie uformowanym na wzór człowieka.
- Szybciej nie potrafię, Leto.
- Nigdzie nam się nie spieszy. - Serce księcia przepełniał podziw dla przyjaciela. Kiedyś wspólnie łowili ryby, grali, sączyli trunki i opracowywali plany na całe dekady. - Nie chciałbym, żebyś upadł i zniszczył coś cennego, na przykład stół.
- Bardzo zabawne, nie powiem.
Leto przypominał sobie, jak podli Tleilaxanie uparcie zabiegali o genetyczne próbki Atrydów i Verniusów, w momencie jego największej zgryzoty posuwając się nawet do szantażu. Złożyli mu szatańską ofertę: w zamian za poharatany, ale ciągle żywy korpus Rhombura zaproponowali wyhodowanie gholi - organizmu sklonowanego z martwych komórek - z jego synka Victora.
Głęboka była ich nienawiść do Atrydów, ale jeszcze większa do Verniusów, dawnych władców Ix, których obalili. Chcieli skompletować DNA Atrydów i Verniusów. Mając do dyspozycji ciała Victora i Rhombura, mogliby stworzyć dowolną liczbę ghol, klonów, assassinów, sobowtórów.
Leto odrzucił ich propozycję, zatrudnił natomiast doktora Suk, Wellingtona Yueha, specjalistę od protez zastępujących żywe organy.
- Bardzo dziękuję za wyprawienie na moją cześć wieczerzy. - Rhombur przebiegł wzrokiem po zastawie i sztućcach. - Przepraszam, że wszystko wystygło.
Leto złożył dłonie i zaczął klaskać, Duncan i Jessika przyłączyli się do niego, uśmiechając się ciepło. Jessika za pomocą wyczulonego zmysłu obserwacyjnego dostrzegła we wzroku księcia ślad tłumionych łez.
Posępny doktor Yueh kroczył obok swego pacjenta, śledząc wskazania na trzymanym w dłoni czytniku, który nieustannie rejestrował impulsy wysyłane przez cybernetyczne systemy Rhombura. Szczupły doktor wydął wargi, tak że wyglądały jak pąk kwiatu, i oświadczył z zadowoleniem:
- Znakomicie. Funkcjonujesz jak należy, chociaż jest jeszcze kilka parametrów, które należy lepiej zsynchronizować.
Obiegł żwawo pacjenta, obserwując wszystkie detale, podczas gdy on stawiał powolne, przemyślane kroki.
Tessja odsunęła fotel dla Rhombura. Syntetyczne nogi były masywne i silne, ale poruszały się bez wdzięku. Ramiona zwisały bezwładnie wzdłuż boków i wydawało się, że okrywa je zbroja. Rhombur uśmiechnął się na widok świeżo podanej ryby.
- Pachnie bardzo zachęcająco. - Powoli, metodycznie odwrócił głowę i spytał: - Doktorze Yueh, czy mogę zjeść odrobinę?
Doktor Suk pogładził długie wąsy.
- Ale tylko odrobinę. Nie należy przeciążać twego układu trawiennego, książę.
Rhombur spojrzał na Leta.
- Możesz się nie obawiać, czy wystarczy dla ciebie.
Opadł powoli na fotel, a wtedy usiadła i reszta towarzystwa. Leto uniósł kielich z winem, zastanawiał się nad jakimś toastem, speszony upił trochę i powiedział niepewnie:
- Tak mi… przykro, że cię to spotkało, Rhomburze. Te protezy… nie mogłem zrobić nic więcej.
Na pozszywanej twarzy Rhombura pojawiła się mieszanina wdzięczności i zdziwienia.
- Na szkarłatne piekła, Leto, jakżeż możesz przepraszać?! Jak zaczniesz rozpamiętywać wszystko, za co chciałbyś uczynić odpowiedzialnym ród Atrydów, wszyscy zwariujemy, z tobą na czele. - Uniósł mechaniczne ramię i pokręcił przegubem. - Całkiem nieźle. Co mówię, wspaniale. Doktor Yueh to prawdziwy geniusz. Nie powinieneś się z nim rozstawać. - Doktor z trudem usiłował ukryć zadowolenie z komplementu. - W końcu kto jak kto, ale ja, obywatel Ix, potrafię docenić cuda techniki, których teraz sam jestem żywym przykładem. I myślę, że może właśnie ja najbardziej się do tego nadaję.
Podczas lat spędzonych na wygnaniu książę Rhombur bez nadmiernego zapału zajmował się wspieraniem ruchu oporu na swojej ojczystej planecie, wysyłając tam materiały wybuchowe i urządzenia wykorzystywane w akcjach sabotażowych, co finansował Leto.
Teraz, chociaż był już tylko strzępem człowieka, wzmocnił się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Każdego dnia mówił o konieczności odzyskania Ix i tak się tym pasjonował, że Leto, a czasami nawet konkubina Tessja, musieli go uspokajać.
Leto w końcu zgodził się na ryzykowne przedsięwzięcie: Gurney i Thufir mieli udać się na Ix, aby rozeznać się w sytuacji. Nie chodziło o to, czy w ogóle przeprowadzić atak, lecz tylko i jedynie o to: kiedy.
- Nie lekceważ, książę, siły Rhombura - powiedziała z naciskiem Tessja. - Sam wiesz najlepiej, ile jej potrzeba, aby przetrwać trudne chwile i z bólem żyć dalej.
Jessika nie mogła się powstrzymać od uczucia podziwu dla swojej siostry zakonnej. Przez lata spędzone z Rhomburem na Kaladanie, Tessja zachęcała go, aby wsparł działania spiskowców na Ix, co pozwoliłoby mu odzyskać tron. Także potem, po wypadku, nie odstępowała go na krok.
Gdy odzyskał przytomność i zobaczył ją przy sobie, wyszeptał:
- Dziwię się, że nie odeszłaś.
- Będę przy tobie, jak długo będziesz mnie potrzebował.
To ona zajęła się przystosowaniem pomieszczeń i sprzętów do nowych potrzeb Rhombura, bardzo wiele czasu poświęciła też ćwiczeniom, które miały go wzmocnić.
- Kiedy książę Rhombur poczuje się lepiej - powtarzała - poprowadzi mieszkańców Ix do zwycięstwa.
Ale Jessika nie wiedziała, czy ta kobieta o brązowych włosach idzie za głosem serca, czy też wypełnia tylko instrukcje w sekrecie przekazane jej przez zwierzchniczki zakonne. Przez całe dzieciństwo Jessika była całkowicie posłuszna swojej nauczycielce i mentorce, Wielebnej Matce Gaius Helenie Mohiam. Wykonywała każde, nawet najbardziej drakońskie, polecenie, karnie uczyła się wszystkiego, co jej nakazano.
Teraz jednak zakon żądał, aby jej geny zmieszały się z genami księcia. Bez żadnych niedomówień polecono jej uwieść Atrydę i powić mu córkę. Gdy Jessika poznała dziwne i wzbronione jej uczucie miłości do ciemnowłosego księcia, w odruchu buntu opóźniała moment zajścia w ciążę. A kiedy na Leta spadła tragedia, jaką była śmierć Victora, na przekór żądaniom zakonu ośmieliła się począć syna. Mohiam poczuje się zdradzona i oszukana, ale przecież będzie jeszcze czas i na córkę, czyż nie?
Rhombur poruszył się w fotelu, zgiął lewe ramię i powoli wsunął sztywne palce do kieszeni kaftana, by powoli czegoś poszukać. Wreszcie wyjął kawałek papieru i starannie go rozwinął.
- Znakomite panowanie nad napędem - zauważył Yueh. - Robisz to o wiele lepiej, niż się spodziewałem. Ćwiczysz, książę?
- Bez ustanku. - Rhombur uniósł kartkę. - Każdego dnia przypominam sobie coś nowego. Naszkicowałem, najlepiej jak potrafię, kilka tajnych przejść na Ix. To może się przydać Gurneyowi i Thufirowi.
- Inne wejścia okazały się zbyt niebezpieczne - powiedział Thufir. Przez całe dekady szpiedzy usiłowali przedrzeć się przez zapory Tleilaxan, ale tych kilku agentów, którym udało się wśliznąć do wnętrza, nigdy nie powróciło.
Rhombur podczas długiej rekonwalescencji dokopał się jednak w zasobach pamięci do bardzo dawnych wspomnień. Miał nadzieję, że nie wszystkie z rozwiązań podjętych przez Verniusów zostały odnalezione przez obecnych władców Ix i znajdą sposób wniknięcia do umocnionej niczym warownia planety.
Rhombur nakłuł na widelec duży kawałek ryby, ale pochwyciwszy upomnienie we wzroku lekarza, odłożył go na talerz i pokroił na mniejsze fragmenty.
Leto zerknął na swe niewyraźne odbicie w polerowanych ścianach z niebieskiego obsydianu.
- Jak wilki gotowe rzucić się na członka stada, który okaże słabość, tak niektóre z Wysokich Rodów tylko czyhają, aż mi się powinie noga. Na przykład Harkonnenowie.
Od czasu katastrofy powietrznego żaglowca Leto nie chciał już w milczeniu znosić niesprawiedliwości. Tak samo jak Rhombur chciał zmienić sytuację na Ix.
- Całe Cesarstwo musi zobaczyć, że ród Atrydów nic nie stracił ze swojego znaczenia.

 


Kiedy staramy się ukryć swe najgłębsze pragnienia, zdradza nas własne ciało.

z nauk Bene Gesserit

Odwiedziny u umierającej Prawdomówczyni Lobii w jej surowej celi napełniały lady Anirulę bólem. "Ach, droga przyjaciółko, zasłużyłaś sobie na lepszy los!"
Ostatnimi laty wiekowa siostra bardzo podupadła na zdrowiu, kurczowo jednak trzymała się życia. Zamiast wracać do znajomych sal szkolnych na Wallach IX, Lobia uparła się, że do końca będzie wypełniać swoje powinności przy Tronie Złotego Lwa. Osłabło ciało, ale sprawny pozostał przenikliwy umysł, jej - jak to określała - "najcenniejszy dobytek". Jako cesarska Prawdomówczyni, Lobia bezbłędnie demaskowała wszystkie kłamstwa i krętactwa, jakimi usiłowano usidlić Szaddama IV, chociaż ten rzadko doceniał jej usługi.
Wymizerowana niewiasta spoglądała teraz na Anirulę, która stała w kręgu cienia jarzycy i próbowała ukryć łzy. Staruszka była nie tylko siostrą z tego samego zakonu: była też najbliższą powierniczką Aniruli w całym pałacu, przenikliwą, fascynującą osobą, z którą dzieliła myśli i sekrety. A teraz umierała.
- Jeszcze wydobrzejesz, Matko Lobio. - Od plastonowych ścian nieogrzewanego pokoju ciągnął przenikający do szpiku kości ziąb. - Wydaje mi się, że powoli odzyskujesz siły.
Odpowiedź przypominała szelest zeschłych liści:
- Nigdy nie kłam Prawdomówczyni… a zwłaszcza Prawdomówczyni Cesarza. - Często powtarzała to upomnienie. W jej przekrwionych oczach skrzyły się wesołe iskierki, chociaż pierś unosiła się z trudem. - Czy niczego nie udało mi się ciebie nauczyć?
- Nauczyłam się, że jesteś bardzo uparta. Dlaczego nie pozwoliłaś mi wezwać Sióstr Leczniczych? Yohsa na pewno by cię wyleczyła.
- Moje życie nie jest już potrzebne zakonowi, moja droga, cokolwiek ty sama byś o tym myślała. I co, czy mam teraz zacząć szydzić z twoich nierozsądnych emocji, czy oszczędzisz nam obu tak niezręcznej sytuacji? - Lobia zakasłała, a potem poddała się regułom letargu bindu. Dwa głębokie oddechy, chwila intensywnego skupienia - i znowu oddychała lekko niczym młódka. - Nie jest nam pisana nieśmiertelność, chociaż głosy w Pamięci Innych mogłyby sugerować coś innego.
- Wydaje mi się, Matko, że chcesz się tylko trochę podroczyć ze mną.
Często pływały razem w podziemnych kanałach pałacowych basenów. Wpatrzone czujnie w siebie rozgrywały intensywne gry strategiczne, o których wyniku decydowały subtelne drobiazgi. Anirula za nic nie chciała tego stracić.
Chociaż Prawdomówczyni mieszkała w ociekającym bogactwem pałacu, w jej celi ściany były nagie, a parkietu podłogi nie pokrywał żaden dywan. Lobia kazała usunąć wszystkie malowidła, drogie, importowane kobierce i kotary z pryzmatycznych muślinów.
- Takie wygody rozpraszają umysł - powiedziała kiedyś. - Kiedy przywiązujesz się do przedmiotów, oznacza to stratę czasu i energii.
- Ale czy to nie umysł stworzył te udogodnienia? - spytała wtedy Anirula.
- Tak, wyższe władze ludzkiego umysłu potrafią tworzyć cudowne rzeczy, ale ci, którzy żyją na niższych jego poziomach, pragną ich dla nich samych. A mnie nie pociągają te niższe piętra.
"Jakże będzie mi brakować rozmów z nią…"
Głęboko zasmucona Anirula zastanawiała się, czy Cesarz w ogóle zauważył nieobecność wiekowej kobiety. Od bardzo dawna Lobia należała do najzręczniejszych Prawdomówczyń, była zdolna wychwycić najmniejszą zmianę chemizmów skóry, najdrobniejsze odchylenie głowy, drgnięcie warg, zmianę intonacji…
Choć reszta ciała pozostała nieruchoma, powieki Lobii uniosły się gwałtownie.
- Już czas - powiedziała.
Trwoga zapiekła w sercu Aniruli niczym rozżarzony węgiel. "Nie mogę się lękać. Strach zabija umysł. Strach jest małą śmiercią, która niesie ze sobą unicestwienie".
- Rozumiem, Matko - wyszeptała. - Jestem gotowa ci pomóc.
"Stawię mu czoło. Pozwolę, aby zalał mnie i przelał się przeze mnie".
Walcząc ze łzami, ze wszystkich sił starając się zachować należny Bene Gesserit niewzruszony spokój, Anirula nachyliła się i dotknęła czołem skroni sędziwej Prawdomówczyni, jakby w ten sposób zastygała w modlitwie. Zanim Lobia będzie mogła odejść, należało dokonać jeszcze jednej ważnej rzeczy.
W tym rozległym, a tak samotnym pałacu Aniruli będzie brakować rozmów z nią i jej przyjaźni, ale nie do końca utraci obecność Prawdomówczyni.
- Udziel mi się, Lobio. Jest we mnie dość miejsca na wszystkie twoje wspomnienia.
Czuła podniecenie i zgiełk w głębinach swojej świadomości, w Pamięci Innych, gdzie znajdowały się genetycznie zapisane doświadczenia wszystkich jej poprzedniczek. Jako Kwisatz Matka, szczególnie łatwo przyjmowała dawne myśli i życia, datujące się na wiele generacji wstecz. Wkrótce dołączy do nich Lobia.
Pod dotykiem czoła pulsowała tętnica skroniowa. Wyrównały się rytmy serca, otworzyły umysły… i zaczął się przepływ, jakby runęła tama. Lobia wlewała swe życie w Anirulę, przekazując wspomnienia, każdy aspekt swojej osobowości, najmniejszy nawet skrawek wieloletniego doświadczenia.
Przyjdzie dzień, kiedy Anirula przekaże te informacje swojej następczyni, ta z kolei swojej - w ten sposób odkładała się zbiorowa pamięć zakonu żeńskiego, potencjalnie dostępna dla wszystkich Bene Gesserit.
Nastąpiło przeciągłe, jakby długo wstrzymywane westchnienie i ciało Lobii stało się bezwładne. Teraz jej wieloletnie doświadczenie żyło w Aniruli razem z innymi głosami. Kiedy przyjdzie odpowiednia pora, Kwisatz Matka będzie mogła przyzwać wspomnienia Lobii i znowu przez chwilę będą razem…
Usłyszała z boku cichy głos, zerknęła i natychmiast jej twarz przybrała wyraz całkowitej obojętności. Żadna z sióstr nie mogła być świadkiem słabości drugiej, nawet gdy jej przyczyną była bolesna strata. W drzwiach stała urodziwa młoda akolitka. Skłaniając głowę, powiedziała:
- Ważna wizyta. Musisz się pospieszyć, moja pani.
Anirula sama była zdziwiona tym, jak beznamiętnie wyrzekła słowa:
- Siostra Lobia nie żyje. Należy zawiadomić Matkę Przełożoną, że Cesarzowi potrzebna jest nowa Prawdomówczyni.
Rzuciła ostatnie, pożegnalne spojrzenie na nieruchome ciało Lobii i bezszelestnie opuściła jej celę. Akolitka spojrzała na nią ze zdumieniem, ale przyjęła informację do wiadomości i poprowadziła Anirulę do eleganckiego gabinetu, gdzie czekała już Wielebna Matka Mohiam: siwa, z zapadłymi policzkami, odziana w tradycyjną czarną abę.
Zanim Mohiam zdążyła otworzyć usta, Anirula beznamiętnie powiadomiła ją o śmierci Lobii. Jej rozmówczyni nie okazała zdziwienia.
- Ja także przywiozłam dawno oczekiwaną nowinę, lady Anirulo, która może w jakiś sposób zrekompensuje tę stratę. - Mówiła w starym, dawno zapomnianym języku, tak by podsłuchane słowa nie były zrozumiane. - Jessika wreszcie jest brzemienna. Urodzi potomka księciu Atrydzie.
- Długo zwlekała z wypełnieniem polecenia, ale w końcu stało się.
Twarz Aniruli rozjaśniła się na myśl o nowych perspektywach.
Po tysiącleciach realizacji misternych planów wielkie zamierzenie Bene Gesserit miało się spełnić. Córka dojrzewająca teraz w łonie Jessiki stanie się matką Kwisatz Haderach, mesjasza, który będzie uważnie sterowany przez zakon.
- A już myślałam, że to dzień nieodwołalnie naznaczony smutkiem i poczuciem straty.