Kategorie

Sunset Limited

  • Kod: 83-7298-461-1
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Lee Burke, James
  • Cena w naszym sklepie: 9,90 zł
    Cena detaliczna: 29,00 zł

Kolejne spotkanie z policjantem z Luizjany, Dave'm Robicheaux, znanym z powieści Droga purpurowych trzcin.
Jack Flynn lata temu został ukrzyżowany przez Ku Klux Klan, ale Robicheaux nigdy tego nie zapomniał. Podobnie jak dwoje dzieci Flynna. Kiedy zaczynają się mieszać w sprawy drobnego rzezimieszka Cool Breeze Broussarda, Robicheaux zastanawia się, dlaczego? Coś łączy Bourssarda z Flynnami, a całą trójkę z lokalnym magnatem Archerem Terrebonne. Życie ich wszystkich zatruwa coś związanego z odległą przeszłością.

"Jeśli ktoś nie zna jeszcze powieści Jamesa Lee Burke'a, powinien natychmiast iść do księgarni i kupić jedną. Tak to się zaczyna."
"Independent"

James Lee Burke jest autorem osiemnastu powieści, a w jedenastu spośród nich występuje Dave Robicheaux. J.L. Burke mieszka obecnie w Missoula w stanie Montana i New Iberia w stanie Luizjana. W latach 1989 i 1977 został nagrodzony Edgar Award, a w 1998 za Sunset Limited otrzymał nagrodę dla najlepszego pisarza kryminalnego CWA/The Macallan Gold Dagger.

Rok wydania: 2003
Stron: 286
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 20
Tłumacz: Jerzy Łoziński

Fragment tekstu:


1

Tylko dwa razy w życiu widziałem taki wschód słońca: raz w Wietnamie, kiedy "Skoczna Betty" startowała do nocnego patrolu i macki reflektorów przesunęły się po moich udach, a drugi, lata wcześniej w miasteczku Franklin w Luizjanie, gdy wraz z ojcem znaleźliśmy ciało działacza związkowego rozkrzyżowanego na drzwiach stodoły, z gwoźdźmi wbitymi w dłonie i kostki.
Na chwilę przed tym, jak słońce wyskoczyło ponad krawędź zatoki, wiatr, który przez całą noc pędził przed sobą spienione fale, nagle ucichł, a niebo zrobiło się białe i gładkie niczym wypolerowana kość, jakby powietrze wyzbyło się jakichkolwiek barw. Za rufą mewy kołysały się nad śladem po łodzi, spływały ku niemu i przysiadały na powierzchni coraz bardziej gładkiej, a od dołu pocętkowanej grzbietami ogończy.
Na wschodzie wisiały deszczowe chmury, słońce powinno się zatem ukazać niczym zamglone żółtko, stało się jednak inaczej. Nad horyzontem wybrzuszyło się czerwone światło, potem wzbiło się niczym płonący w środku krzyż, jakby ogień chciał przybrać ludzką postać, a woda nabrała ciemnej barwy krwi.
Być może to osobliwe światło pojawiło się tylko przypadkowo i nic nie miało wspólnego z powrotem do New Iberia Megan Flynn, która, jak grzech wyznawany w konfesjonale, szarpnęła naszymi sumieniami, a co gorsza - ożywiła dawne niesnaski.
W głębi serca wiedziałem jednak, że to żaden przypadek, a w każdym razie nie bardziej niż to, że ukrzyżowany na stodole mężczyzna był ojcem Megan, ona zaś czekała na mnie na przystani - gdzie miałem też kiosk ze sprzętem wędkarskim i przekąskami, piętnaście mil na południe od New Iberia - podczas gdy wraz z Clete'em Purcelem, kolegą z Wydziału Zabójstw w Pierwszym Dystrykcie Nowego Orleanu, wyłączywszy silnik mojej kabinówki, sunęliśmy przez hiacynty, a chmury, jasne niczym żółty kadłub łódki, nie pozwalały dojrzeć mułu.
Zaczynało kropić, ona miała na sobie pomarańczową aksamitną koszulę, spodnie khaki i sandały, na słomkowym kapeluszu ciemniały ślady kropel, rude włosy płonęły na tle posępnego nieba, a jej twarz promieniała uśmiechem, który zostawał w sercu niczym cierń.
Clete zastygł przy burcie, wpatrzony w nią, a potem wydął usta i powiedział:
- Uou!

Była jedną z tych kobiet, którym wystarczy rzucić przelotne spojrzenie, by zrodziło się w tobie uczucie, że zostałeś zaproszony do udziału w misterium jej życia.
- Gdzieś ją widziałem - powiedział Clete, szykując się do skoczenia na pomost.
- W zeszłym tygodniu w "Newsweeku" - mruknąłem.
- Jasne. Dostała Pulitzera albo coś takiego. Jakby wylatywała z okładki.
Na zdjęciu, ubrana w spodnie bojówki i T-shirt, z paskiem identyfikacyjnym wokół szyi, włosami rozwianymi przez pęd wiatru, a także z kamerą, której pasek przełożony miała przez przegub, wychylała się z brytyjskiego helikoptera, w dole zaś płonął serbski czołg, spowity w kłęby czarnego dymu.
Ja pamiętałem jednak inną Megan, nastolatkę o wyzywającym spojrzeniu, uciekającą wraz z bratem od przybranych rodziców w Luizjanie i Kolorado, aż wreszcie dorośli na tyle, by rozpłynąć się w wędrownej armii zbieraczy owoców i robotników dniówkowych, których ojciec, nieuleczalny radykał, przez lata bezskutecznie usiłował zorganizować.
Wyszedłem na pomost i ruszyłem w kierunku pikapa, aby cofnąć się wraz z przyczepą pod łódkę. Nie chciałem być nieuprzejmy. Lubiłem Flynnów, ale ostatecznie zawsze przychodziło zapłacić za ich przyjaźń i przebywanie w pobliżu tej kadzi społecznego gniewu, którą stało się ich życie.
- Nie cieszysz się, że mnie widzisz, Streak? - spytała.
- Zawsze się cieszę. Jak się masz, Meg?
Zerknęła ponad moim ramieniem na Clete'a Purcela, który przymocował rufę do przystani i zaczął wyciągać z kabiny chłodziarkę i wędki. Od słońca schodziła mu skóra z muskularnych barów i szerokiego karku. Kiedy podźwignął chłodziarkę, koszulka z trzaskiem rozpruła mu się na plecach. Uśmiechnął się do nas i wzruszył ramieniem.
- Co to, jakiś wodny goryl? - spytała.
- Normalny rybak, Meg. W zawodowych sprawach?
- Znasz Cool Breeze Broussarda? - spytała.
- Tak. Włamywacz i złodziejaszek.
- Mówi, że miejscowe więzienie jest gorsze od kibla. A dozorca to sadysta.
- Dawny strażnik odszedł. Jestem na urlopie. Nie znam nowego.
- Cool Breeze mówi, że więźniowie są kneblowani i kajdankami mocowani do krzeseł. Muszą siedzieć we własnych ekskrementach. Federalny Departament Sprawiedliwości traktuje te zarzuty poważnie.
- Więzienia to nie kurorty, Meg. Porozmawiaj z szeryfem. Nie jestem na służbie.
- Całe New Iberia. Srać na humanizm.
- Nara. Do zobaczenia gdzieś na mieście.
Poszedłem do pikapa. Wielkie krople bębniły w blaszany dach komórki.
- Cool Breeze uważa, że jesteś. Siedzi w separatce, bo zadarł z klawiszem. Powiem mu, że masz urlop.
- Posłuchaj, to nie miasto zabiło twego ojca.
- Jasne, ono mnie i brata pakowało do sierocińców, gdzie musieliśmy kolanami froterować podłogi. Powiedz temu swojemu irlandzkiemu przyjacielowi, że jest śliczny. Wpadnij kiedyś do nas z wizytą, Streak - powiedziała i piaszczystą ścieżką poszła do miejsca pod drzewami, gdzie zaparkowała samochód.
Na pomoście Clete wyciągał z chłodziarki pokruszony lód, puszki z napojami i cętkowanego pstrąga, który leżał na deskach nader sztywny i zimny.
- Słyszałeś kiedyś, żeby w więzieniu w Iberia aresztantów kneblowano i kajdankami przykuwano do krzeseł? - spytałem.
- O to jej chodziło? A może by się najpierw zainteresowała, za co się tam znaleźli?
- Powiedziała, że jesteś przystojniak.
- Naprawdę?
Spojrzał w kierunku sklepionej dębowej alejki, w której właśnie znikał samochód. Potem z trzaskiem otworzył budweisera, a mnie podał puszkę Dr. Peppera. Kiedy się uśmiechnął, blizna nad lewym okiem odrobinę się wygładziła.

Dozorca był kiedyś zwiadowcą w piechocie morskiej i nadal nosił włosy ostrzyżone na jeża i równiutko przycięte na karku. Był szczupły, muskuły grały pod skórą, a krok miał tak odmierzony i sztywny, jakby był na placu defiladowym. Otworzył celę w najdalszym rogu korytarza, opiął Williemu Cool Breeze Broussardowi kajdanki wokół pasa i przymocował je do kostek, a następnie trzymając łańcuch w jednym ręku, doprowadził go na próg sali odwiedzin, gdzie czekałem już ja.
- Boisz się, że na ciebie skoczy, Top? - spytałem.
- Mocny to on jest tylko w gębie.
Klawisz zamknął za nami drzwi. Cool Breeze wyglądał jak dwieście funtów miękkiej, czarnej czekolady wlanej do więziennego pasiaka. Czaszkę miał łysą i lśniącą od maści niczym wypolerowany róg, kąciki oczu lekko opadały. Trudno było uwierzyć, że to włamywacz odsiadujący czwarty wyrok.
- Nawet jak ci robią trochę kłopotów, Breeze, to przynajmniej nie brudzisz sobie prześcieradeł.
- I dlatego ta izolatka?
- Klawisz mówi, że sam się prosiłeś.
Przeguby miał unieruchomione kajdankami przymocowanymi do łańcucha w pasie. Poruszył się na krześle i zerknął kątem oka na drzwi.
- Byłem w Camp J w Angoli. Tutaj jest gorzej. Kluczyk pod spluwą kazał chłopakowi sobie obciągnąć.
- Breeze, nie chciałbym cię urazić, ale to nie w twoim stylu.
- Co?
- Kapować, nawet gdyby chodziło o najgorszego klawisza.
Oczy trochę mu się rozbiegały. Otarł czubek nosa o ramię.
- Siedzę za VCR, cała ciężarówa. Żeby było jeszcze gorzej, podciągnąłem ładunek z magazynu Giacano w Lake Charles. Muszę nabrać trochę dystansu do swoich problemów, najlepiej na Karaibach, chwytasz?
- Brzmi rozsądnie.
- Nie chwytasz. Giacanowie są podwiązani pod jakiegoś kolesia z Nowego Jorku, który robi podróbki filmów, może nawet parę setek patoli tygodniowo. Dlatego potrzeba im dużo taśm wideo, rozumiesz, Breeze Dostawa o Północy, nie?
- Sprzedajesz Giacanom ich własny towar? Breeze, ustalasz nowe standardy.
Lekko się uśmiechnął, ale opadające kąciki oczu nadawały jego twarzy melancholijny wyraz, jak u wyżła. Pokręcił głową.
- Nie, Robicheaux, ciągle nie chwytasz. Żaden z nich nie ma tyle sprytu. Zaczęli robić podróbki filmów kung-fu z Hongkongu. Ale za tym kung-fu jest forsa bardzo nieprzyjemnych facetów. Słyszałeś kiedyś o Triadach?
- Chodzi ci o China White?
- W ten sposób się to pierze, bracie.
Wyjąłem wizytówkę, dopisałem na niej numer domowy i numer komórki na przystani. Nachyliłem się i wsunąłem mu kartonik do kieszonki na piersi.
- Uważaj, jak siadasz, Breeze, a szczególnie na tego eks-komando.
- Może byś tak poznał głównego klawisza. Łatwo go złapać po piątej. Lubi wieczorną zmianę, kiedy już nie ma żadnych gości.

Brat Megan, Cisco, miał dom nad Bayou Teche, na południe od Loreauville. Był utrzymany w stylu Indii Zachodnich, parterowy, otoczony dębami, z szerokim balkonem wzdłuż jednej ściany, zielonymi okiennicami i zwieszającymi się z dachu donicami paproci. Cisco i jego przyjaciele z branży filmowej pojawiali się i znikali w rytm pór roku, polując na kaczki na mokradłach oraz łowiąc tarpony i golce w zatoce. Byli to ludzie, którzy okolice traktowali jako okazję do zabawy i nic więcej. Ich ekscytujące przyjęcia, których tylko błyski mogliśmy obserwować z szosy za zasłoną okalających posiadłość krzaków mirtowych, azalii i bananowców, stawały się legendami w naszej mieścinie.
Cisco zawsze stanowił dla mnie zagadkę. Był twardy jak jego siostra i podobnie jak ona odziedziczył urodę po ojcu, kiedy jednak napotkało się wzrok jego rdzawobrązowych oczu, wydawało się, iż szukają w tobie czegoś dla siebie samego niepojętego, ale już w następnej chwili jego uwaga ulatywała niczym balon na wietrze.
Kopał rowy irygacyjne i pracował w sadach w San Jaoquin, aby wylądować w Hollywood, jako oczytany włóczęga, który nagle z najwyższym zdumieniem stwierdził, że urodziwa twarz i rodowa odwaga mogą mu otworzyć drzwi do świata filmu, najpierw jako statyście, potem - dublerowi.
Nie potrwało długo, a zorientował się, że jest nie tylko odważniejszy od aktorów, których zastępuje, ale także inteligentniejszy od większości z nich. Przez pięć lat pomagał w pisaniu scenariuszy, potem z dwoma weteranami z Wietnamu stworzył niezależną grupę i razem nakręcili niskobudżetowy film o wędrownych robotnikach rolnych, który dostał nagrody we Francji i Włoszech.
Następny film miał już premierę w Stanach Zjednoczonych.
Teraz Cisco miał biuro na Sunset Boulevard, dom w Pacific Palisades i należał do magicznego świata, gdzie bugenwille i ocean w słońcu stanowiły symbole zdrowia i bogactwa, które zapewnić może południowa Kalifornia.
Był wczesny niedzielny wieczór, gdy z szosy zjechałem na wyżwirowany podjazd dochodzący do werandy. Trawnik był niebieskawozielony za sprawą szczególnego gatunku trawy, w powietrzu unosił się zapach nawozów sztucznych, między dębami i sosnami migotały zraszacze. Zobaczyłem go przy parkanie podwórka; na nagich barkach i ramionach odznaczały się mięśnie i żyły, skórę barwiła czerwień zachodzącego słońca, którego promienie przeświecały przez cyprysy.
Cisco jak zawsze był uprzejmy i gościnny, wyczuwało się jednak, że jest to bardziej wyuczone niż naturalne, bardziej jest barierą niż zaproszeniem.
- Nie, nie ma Megan. Musiała polecieć do Nowego Orleanu. Może ja będę mógł w czymś pomóc? - Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ciągnął: - Chodź do środka. Muszę się napić czegoś zimnego. Jak tutaj można żyć w lecie?
Meble w salonie były białe, podłogę pokrywały słomiane maty, pod sufitem wirowały wentylatory o drewnianych skrzydłach. Bez koszuli, bosy stanął przy barku i do wysokiej szklanki wrzucił lód i wiśnie, a potem zmieszał collinsa. Nad brzegiem żółtych spodni rude włosy wiły się niczym przygniecione druty.
- Chodziło o jej znajomego, który siedzi. Cool Breeze Broussarda - powiedziałem.
Pociągnął łyk. Wzrok miał zupełnie obojętny.
- Chcesz, żebym jej coś powtórzył?
- Faceta może rzeczywiście trochę źle traktowali w więzieniu, ale chyba główny jego problem to faceci z mafii w Nowym Orleanie. Tak czy owak, niech zadzwoni, jeśli zechce.
- Cool Breeze Broussard. Niezła ksywa.
- Może się pojawić w jednym z twoich filmów, co?
- Kto to wie - odpowiedział z uśmiechem.
Na jednej ze ścian wisiały fotosy z filmów Cisco, na drugiej zdjęcia, które były kamieniami milowymi kariery Megan: rów w Gwatemali wypełniony ciałami cywilów, zapadnięta twarz afrykańskiego dziecka, na której przysiadły wielkie muchy, żołnierze z Legii Cudzoziemskiej przycupnięci za workami z piaskiem, a nad nimi gejzer wybuchu moździerzowego.
O dziwo, fotografia, od której zaczęła się jej sława, a którą zamieścił "Life", znalazła się na samym dole, w rogu. Widać na niej było ujście ścieku do Missisipi, z którego wyskakiwał ogromny Murzyn w ociekającym brudem uniformie więzienia miejskiego w Nowym Orleanie. Ręce wyrzucił w górę, jakby dawał w ten sposób upust energii i sile, tyle że kula snajpera rozszarpała mu gardło, otaczając głowę krwawą mgłą, a usta rozwierając jak przy orgazmie.
Na zdjęciu obok pięciu umundurowanych policjantów spoglądało na ciało, skurczone po śmierci i anonimowe. Z przodu stał uśmiechnięty, ostrzyżony na jeża mężczyzna w cywilu i patrzył prosto w obiektyw, w ręku trzymając dorodne, nadgryzione jabłko.
- O czym myślisz? - spytał Cisco.
- Dość mało wyeksponowane miejsce.
- Skorzystaliśmy na tym oboje, ale on swoje zapłacił.
- Oboje?
- Pomagałem jej przy zdjęciu, kiedy gliniarze postanowili, że dobrze z niego zrobić ścierwo dla psów. Myślisz, że Hollywood to jedyny targ mięsny w okolicy? Gliniarze dostają dyplomy, a ten Murzyn wcześniej zdążył zgwałcić białą szesnastolatkę. Miałem zawiesić to zdjęcie na ścianie w domu za siedemset tysięcy dolarów. Z jakiegoś powodu nie spodobało się tylko córce, licealistce.
- Mhm. Chyba już będę szedł.
Przez drzwi werandowe zobaczyłem mężczyznę koło pięćdziesiątki, w szortach koloru khaki, sandałach i koszuli rozpiętej na zapadniętej piersi. Z gazetą usiadł w fotelu na biegunach i zapalił cygaro.
- To Bill Holtzner. Chcesz go poznać? - spytał Cisco.
- Kto taki?
- Kiedy siedem lat temu papież odwiedził studio, spytał go, czy ma może jakiś scenariusz. Poczekaj chwilę.
Chciałem go zatrzymać, ale za późno. Chyba jakoś umknęła jego uwadze obcesowość tego, iż ma poprosić o zgodę na przywitanie się ze mną. Widziałem, jak nachyla się nad facetem o nazwisku Holtzer i coś do niego mówi, podczas gdy tamten wydmuchuje dym z cygara i patrzy przed siebie. Potem Cisco wyprostował się i wrócił do środka, niezręcznie rozkładając dłonie i umykając ze wzrokiem.
- Bill ma teraz głowę zaprzątniętą pomysłem. Jest strasznie skupiony, zanim rozpoczną się zdjęcia.
Usiłował się roześmiać.
- Nieźle wyglądasz, Cisco.
- Sok pomarańczowy, otręby pszenne i codziennie trzy mile po plaży. Jedyny sposób.
- Powiedz Megan, że żałuję, iż jej nie spotkałem.
- Przepraszam za Billy'ego. To fajny facet, ale trochę ekscentryczny.
- Słyszałeś coś o podróbkach filmowych?
- Kosztują biznes kupę forsy. To jakoś związane z tym Broussardem?
- Trafiłeś w sedno.
Kiedy wychodziłem, mężczyzna w fotelu w zamyśleniu palił cygaro, założywszy nogę na nogę. Czułem na sobie jego taksujące spojrzenie. Kiwnąłem mu głową, ale nie odpowiedział. W półmroku koniec cygara płonął niczym węglik.

 

2

Nadzorca więzienia, Alex Guidry, mieszkał za miastem na dziesięcioakrowej końskiej farmie, bez drzew i cienia. Słońce jaskrawo odbijało się w blaszanych dachach zabudowań, żwirze i kałużach moczu wylewających się ze stajni. Podłużny dom z czerwonej cegły, u którego tylnego okna klimatyzacja warczała dwadzieścia cztery godziny na dobę, robił wrażenie fortecy zbudowanej tylko w tym celu, aby chronić przed żywiołami.
Jego rodzina pracowała w cukrowni pod Nowym Orleanem, ojciec sprzedawał Murzynom ubezpieczenia pogrzebowe, ale to wszystko, co o nim wiedziałem. Należał do tych dobrze zakonserwowanych starszych panów, których kojarzyło się z golfową fotografią w miejscowej gazecie, klubem wzajemnej adoracji i wielkodusznymi manierami, z których niewiele wynikało.
Czy jednak nie wiązała się z nim jakaś dawna, brzydka historia? Nie mogłem sobie przypomnieć.
W niedzielny wieczór zaparkowałem pikapa i koło zagrody z psami, których smycze jeździły po metalowym okręgu, poszedłem w kierunku pola do ujeżdżania. Za siatką rozszalały się dwa niemieckie owczarki, które rzucały się na siatkę z wyszczerzonymi kłami, a spod ich pazurów leciał deszcz odchodów zapieczonych na betonowej płycie.
Alex Guidry jeździł w kółko na czarnym wałachu; u obcasów skrzyły się gwiazdki ostróg. Szyja i boki konia lśniły od potu. Pod szarpnięciem Guidry'ego wodze werżnęły się w pysk konia.
- O co chodzi? - powiedział.
- Nazywam się Dave Robicheaux. Dzwoniłem wcześniej.
Miał na sobie brązowe bryczesy i obcisłą białą koszulkę polo. Zeskoczył z siodła, otarł twarz z potu ręcznikiem i rzucił go Murzynowi, który wyszedł ze stajni, aby przytrzymać konia.
- Chciał się pan dowiedzieć, czy ten Broussard był przykuty kajdankami do krzesła. No więc nie.
- Mówi, że robi pan tak z jego kolegami. I to na całe dni.
- Łże.
- Ale stosuje pan taką karę, prawda?
- Wobec tych, którzy są nieposłuszni, a izolatka na nich nie działa.
- Knebluje ich pan?
- Nie.
Potarłem kark i spojrzałem na owczarki. Miska z wodą leżała przewrócona, a muchy kłębiły się przy wejściu do budy, jedynego miejsca, gdzie można się było schronić przed skwarem.
- Ma pan tu dużo miejsca, nie można by wypuścić tych psów? - spytałem i spróbowałem się uśmiechnąć.
- Czy coś jeszcze, panie Robicheaux?
- Tak. Mam nadzieję, że nic się nie przytrafi Cool Breeze'owi w czasie, kiedy siedzi u pana.
- Będę o tym pamiętał. Niech pan zamknie furtkę za sobą.
Wsiadłem do samochodu i chrzęszczącą ścieżką pojechałem do ogrodzenia pod napięciem. Na pastwisku było kilka krów red angus, na ich grzbietach przysiadły białe czaple.
I wtedy sobie przypomniałem. Było to jakieś dziesięć, jedenaście lat temu; Alexa Guidry'ego oskarżono o zastrzelenie psa sąsiada. Guidry bronił się, że pies rzucił się na jego krowę i poranił jej brzuch, sąsiad jednak utrzymywał, że zwierzę złapało się w zastawione sidła i zostało zabite z czystej podłości.
Zerknąłem w lusterko; stojąc na lekko rozstawionych nogach, patrzył na mnie z drugiego końca ścieżki. Z ręki zwisała szpicruta.

W poniedziałek rano zjawiłem się jak zwykle w biurze szeryfa Iberia Parish*, wziąłem pocztę i zapukałem do gabinetu szefa.
Rozparł się w fotelu i uśmiechnął na mój widok. Policzki miał pokryte siecią niebieskich i czerwonych żyłek, tworzących jakby mapę wybuchów jego temperamentu. Zaciął się przy goleniu i na brodzie pozostał strzępek chusteczki higienicznej. Bezwiednie zaczął upychać koszulę za paskiem, nad którym wylewał się brzuch.
- Będziesz miał coś przeciwko temu, jak skrócę urlop o tydzień? - spytałem.
- Czy to ma coś wspólnego ze skargą Cool Breeze Broussarda do Departamentu Sprawiedliwości?
- Odwiedziłem wczoraj Alexa Guidry'ego. Dokąd my zajdziemy, kiedy takich facetów będziemy mieć jako naczelników więziennych?
- Ludzie specjalnie się nie pchają do takich zajęć - odrzekł szeryf i poskrobał się po czole. - W twoim pokoju czeka agentka FBI, Adrien Glazier. Znasz ją?
- Nie. A skąd wiedziała, że będę dzisiaj?
- Zadzwoniła najpierw do ciebie i powiedziała jej żona. Ja w każdym razie się cieszę, że jesteś. Trzeba zrobić porządek z tym gównem w więzieniu. Dziwną sprawę podrzucili nam z St. Mary Parish.
Otworzył kopertę, nałożył okulary i zaczął czytać faks. Oto historia, którą usłyszałem.

Siedemnastoletnia Murzynka Sunshine Labiche twierdzi, że przed trzema miesiącami, gdy księżyc otaczała deszczowa obwódka, a niebo pełne było pyłu z plantacji cukrowych, dwóch białych chłopaków zmusiło ją do zjechania na pobocze, potem wyciągnęli ją zza kierownicy, chwycili pod pachy, zawlekli na pole i tam na zmianę gwałcili, także analnie.
Następnego dnia rozpoznała obu na przedstawionych jej zdjęciach. Byli to bracia z St. Mary Parish, cztery miesiące wcześniej aresztowani pod zarzutem napadu na sklepik w New Iberia, ale wypuszczeni z powodu braku dowodów.
Tym razem powinni znaleźć się za kratkami na amen.
Tymczasem nie.
Obaj mieli alibi, a dziewczyna przyznała się, że przed zajściem paliła ze swoim chłopakiem cracka. Potem wycofała oskarżenie.
W niedzielne popołudnie samochód bez rejestracji zatrzymał się na farmie obu braci w St. Mary. Ojciec, który chory leżał we frontowym pokoju, obserwował nie wiedzących o tym gości przez szczelinę w okiennicach. Kierowca w zielonym uniformie, jak urzędnik szeryfa w Iberia Parish, i okularach przeciwsłonecznych został w samochodzie, podczas gdy drugi, cywil w panamie, wszedł na ganek i powiedział obu braciom, że w New Iberia odpowiedzą tylko na kilka pytań, a potem zaraz wrócą do domu.
- To potrwa nie dłużej niż pięć minut. My wiemy, że nie jechaliście do Iberia Parish, tylko po to, żeby napytać sobie biedy.
Braci nie zakuto w kajdanki; nawet pozwolono im wziąć ze sobą dwunastopak piwa, żeby mieli co popijać w trakcie jazdy.
Pół godziny później student z St. Louis University, który nocował na bagnach Atchafalaya, poprzez otaczające jego mieszkalną łódkę trzęsawiska i drzewa gumowca, zobaczył, jak po przeciwnej stronie zalanej wodą łąki zatrzymuje się na grobli samochód, z którego wysiedli dwaj chłopacy i dwaj mężczyźni, jeden w mundurze. Wszyscy trzymali w dłoniach puszki z piwem, wszyscy odsikali się z grobli na trzciny.
Wtedy obaj chłopacy, w dżinsach i kolorowych koszulach z obciętymi rękawami, zorientowali się, że coś jest nie w porządku. Odwrócili się i patrzyli w osłupieniu na swych towarzyszy, którzy cofnęli się i trzymali teraz pistolety w rękach.
Chłopacy usiłowali coś tłumaczyć, wyciągając przed siebie ręce, jak gdyby chcieli odepchnąć niewidzialnego napastnika. Mieli ogorzałe od słońca ramiona, tatuaże oraz irokezy postawione na wosk. Mężczyzna w mundurze wydał jakieś polecenie, wskazując ziemię. Kiedy nie zareagowali, podszedł drugi, niemal delikatnym gestem odwrócił ich w kierunku wody, a potem lekkim pchnięciem pod kolana rzucił obu na klęczki, jak gdyby aranżował manekina na wystawie. Potem stanął obok swego towarzysza. Jeden z chłopaków trwożliwie zerkał przez ramię, drugi szlochał z odrzuconą głową i zamkniętymi oczami; ręce zaciśnięte w pięści przywarły do ud.
Sylwetki obu mężczyzn czerniały na tle czerwonego słońca, które właśnie zachodziło za szczyt grobli. W powietrze wzbiło się stado kaczek i w tej samej chwili mężczyźni chwycili broń oburącz i zaczęli strzelać. Czy to z powodu złego oświetlenia, czy charakteru czynu, celowali niedokładnie.
Obaj chłopcy, szarpani pociskami, usiłowali się zerwać z kolan.
"A tamci bez przerwy strzelali", zeznawał świadek. "Zupełnie jakby ktoś kawałek po kawałku rozłupywał arbuza".
Kiedy rozwiał się dym, mężczyzna w panamie zaczął robić z bliska zdjęcia polaroidem.


- Świadek miał lornetkę - powiedział szeryf. - Twierdzi, że facet w mundurze miał na rękawie naszywkę biura szeryfa.
- Biały gliniarz mści gwałt na czarnej dziewczynie?
- Słuchaj, zajmij się tą panienką z FBI, dobra? - Widząc pytanie na mojej twarzy, dorzucił: - Ktoś wpycha jej szczotkę ryżową w dupę. - Wytarł palcami usta. - Cholera, ja to powiedziałem? Wiesz, chyba wrócę do pralni. Tam kiepski dzień znaczył, że ktoś oddał do prania skarpetki po kilku partiach golfa.

Przez szybę w drzwiach przyjrzałem się agentce FBI, Adrien Glazier. Odziana w jasnobłękitny kostium i białą bluzkę siedziała plecami do mnie, z nogami założonymi jedna na drugiej, i coś pisała w notatniku. Miała ostre, pochyłe pismo, ze spiczastymi literami, które przypominały mi ostrze nożyczek.
Kiedy stanąłem w progu, spojrzała na mnie zimnymi, niebieskimi oczyma, które mogły należeć do wikinga.
- Byłam wczoraj u Williama Broussarda. On chyba wierzy, że wyciągnie go pan z więzienia.
- Cool Breeze? Chyba nie jest tak naiwny.
- Naprawdę?
Czekałem. Miała matowe blond włosy, lekko kręcone i rozszczepione na końcach, nieprzyjazną twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi. Należała do tych osób, o których natychmiast wiedziało się, że mają pieczołowicie chroniony zasobnik gniewu, z którego w razie potrzeby korzystają tak jak inni z modlitwy. Uciekłem z oczyma.
- Przepraszam. Jak brzmi pytanie?
- Nie ma żadnego powodu, żeby sugerował mu pan, że możecie dobić jakiegoś targu.
Usiadłem za biurkiem i spojrzałem w okno, żałując, że nie mogę uciec w chłód poranka, na ulice skropione deszczem, między palmy kołyszące się na wietrze z szelestem. Wziąłem z blatu niepotrzebny spinacz, wrzuciłem do szuflady i zasunąłem ją. Przez cały ten czas Glazier nie spuszczała ze mnie oskarżycielskiego spojrzenia.
- A jeśli zwolni go prokurator? Dlaczego pani tak się tym interesuje?
- Ingeruje pan w federalne śledztwo. Jest pan zresztą z tego znany.
- Myślę, że chce mu pani wsadzić cojones w imadło. Trochę mu pani popuści, jak dostanie od niego coś na facetów, do których nie możecie się inaczej dobrać.
Postawiła obie stopy na podłodze i nachyliła się w kierunku biurka. Łokcie oparła na blacie, a jeden palec wycelowała mi w twarz.
- Megan Flynn to kurewska oportunistka. Jeśli tylko w niczym to jej osobiście nie szkodzi, paraduje jako Joanna d'Arc uciśnionych. Jeśli da pan jej i jej braciszkowi dmuchać sobie w kaszę, to jest pan głupszy, niż sądzą moi koledzy.
- Trochę pani przesadza.
Spod notatnika wyjęła kopertę i rzuciła ją na biurko.
- To zdjęcia faceta, który nazywa się Swede Boxleiter. Zrobiono je na dziedzińcu więzienia stanowego w Canon City, w Kolorado. To, czego na nich nie ma, to morderstwo, którego dokonał w biały dzień, podczas gdy kamera śledziła każdy jego krok. Oto jaki jest dobry.
Z twarzy przypominał marksistowskiego intelektualistę: krótko ostrzyżone żółte włosy, zbyt wielkie czoło i puszka czaszki, zapadłe policzki, zbiegające się wokół obscenicznie małych ust. Na wąskim nosie miał rogowe okulary, tułów opinała ukazująca żebra porwana koszulka tragarza.
Zdjęcia robiono teleobiektywem gdzieś z piętra czy z wieżyczki strażniczej. Przemieszczał się między współwięźniami, którzy odwracali się ku niemu niczym rybki czujące, iż nadpływa barakuda. W głębi, oparty o ścianę, na wpół leżał tłuścioch, który trzymając rękę w kroczu, opowiadał coś stojącym w półkolu towarzyszom. Wydęte przy mówieniu usta były czerwone od trzymanego w drugiej ręce lizaka. Mężczyzna, którego Swede Boxleiter właśnie mijał, trzymał za plecami owiniętą taśmą srebrzystą wstęgę, chwytającą słońce niczym heliograf. Kiedy Boxleiter się oddalił, tamten trzymał już ręce w kieszeni.
Na przedostatnim zdjęciu przy murze stał tłumek przywodzący na myśl prehistorycznych ludzi, którzy zbiegli się na brzeg jamy, aby oglądać agonię mamuta, a potem uczestniczyć we wspólnym spożywaniu pieczeni.
Na ostatnim widać było pusty dziedziniec, na którym grubas leżał z przeciętą grdyką, na której przysiadły bańki śliny i krwi, podczas gdy w kałuży krwi na jego piersi widniało owinięte taśmą ostrze.
- Boxleiter przyjaźnił się z Cisco Flynnem. Byli w tym samym poprawczaku w Denver. Może go pan spotka. Wyszedł trzy dni temu.
- Pani Glazier, chciałbym…
- Agent Glazier.
- W porządku. Przyjemnie się z panią rozmawia, ale… Dlaczego każde z nas nie miałoby się zająć swoimi sprawami?
- Bardzo pan dowcipny. - Wstała i spojrzała na mnie z góry. - Sprawa ma się tak. Hongkong wkrótce stanie się częścią Chin kontynentalnych. Jest parę osób, które chcielibyśmy posadzić, zanim trzeba będzie takie sprawy konsultować z Beijingiem. Jest pan w stanie spojrzeć trochę szerzej?
- Nie bardzo. Sama pani wie, jak to jest na prowincji. Poluje się na komary, sadza za kradzież świńskiego gnoju, taka robota.
Zaśmiała się pod nosem, cisnęła mi na biurko wizytówkę i wyszła, zostawiając drzwi otwarte, jakby chciała jak najmniej dotykać czegokolwiek w naszym biurze.

W południe piaszczystą dróżką nad strumykiem pojechałem do siebie na przystań. Poprzez dęby dostrzec mogłem na pagórku szeroki ganek i pokryty blachą dach mojego domku z purpurowymi kreskami. Rano znowu padało, więc cyprysowe deski w ścianach nabrały koloru ciemnej herbaty, ilekroć powiał wiatr, z koszyków z niecierpkami kapała woda. Alafair, moja adoptowana córka, którą jako małą dziewczynkę wydobyłem spod wraku samolotu, siedziała w czółnie po drugiej stronie strumyka i zarzucała wędkę.
Wszedłem na pomost i oparłem się o balustradę. Czułem słonawy zapach humusu, ryb, zatęchłej wody na bagnisku. Na skórze Alafair pręgami kładł się cień rzucany przez wierzbę nad brzegiem; niebieską bandaną spięła włosy tak czarne, że kiedy je czesała, migotały światłem. Urodziła się w nędznej wiosce na Salwadorze, rodzinę zamordował oddział śmierci, gdyż sprzedała buntownikom skrzynkę pepsi. Dzisiaj miała szesnaście lat i niemal zupełnie już zapomniała hiszpański i wspomnienia z dzieciństwa. Czasami jednak zrywała się w nocy z krzykiem i trzeba ją było delikatnie wydobywać ze snów pełnych butów maszerujących żołnierzy, wieśniaków, którym ręce w kciukach związano drutem za plecami, i trzasku zamka w pistolecie automatycznym.
- Zła pora i za dużo deszczu - powiedziałem.
- Tak?
Zarzuciła wędkę za plecy, machnęła, a potem ostrożnie opuściła robaka koło lilii wodnej. Na ostatek tak skręciła przegub, że robak z pluskiem uderzył o wodę i niemal natychmiast pojawił się zielonozłoty błysk okonia słonecznego, który wyskoczył nad powierzchnię wody z płetwą grzbietową nastroszoną i lśniącą oraz sterczącym z pyska haczykiem i spławikiem.
Alafair przytrzymała wędzisko, które mocno się ugięło, a następnie ściągając żyłkę lewą ręką, poprowadziła okonia między hiacyntami, aż wreszcie mogła wyciągnąć go z wody i szamoczącego się opuścić na dno czółna.
- Nieźle - powiedziałem.
- Miałeś jeszcze tydzień wolnego. Po co poszedłeś do pracy?
- Długa historia. Idę do środka.
- Nie, poczekaj.
Odłożyła wędkę na dno i powiosłowała do betonowego pomostu. Weszła do wody, trzymając w ręku żyłkę z sumikami i okoniem, a potem po drewnianych stopniach dostała się na pomost. W ciągu ostatnich dwóch lat zniknęły dziecięce fałdki, a jej twarz i figura nabrały dojrzałej kobiecości. Kiedy pomagała mi w kiosku, klienci zatrzymywali oczy na wszystkim z wyjątkiem Alafair.
- Była tutaj pani Flynn. Bootsie powiedziała mi, co stało się z jej ojcem. To ty go znalazłeś, Dave?
- Ojciec i ja.
- Ukrzyżowali go?
- To było dawno temu, Alf.
- I nigdy nie złapali tych, co to zrobili? To chore.
- Może i im się przytrafiło coś podobnego. Zwykle tak się dzieje.
- To za mało.
Miała rozpłomienioną twarz, jak gdyby wrzało w niej dawne wspomnienie.
- Pomóc ci przy skrobaniu ryb?
Spojrzała na mnie i wzrok jej złagodniał.
- A jeśli powiem "tak"?
Machnęła rybami tak, że przejechały po czubku mego buta.

- Megan chce, żebym załatwił jej wejście do więzienia i pozwolenie na robienie zdjęć? - spytałem Bootsie w kuchni.
- Chyba uważa, że wiele możesz.
Bootsie nachylona nad zlewem mocnymi pociągnięciami rąk szorowała tłuszcz z płyty piekarnika. Koszulka polo podjechała nad dżinsy, odsłaniając łagodną krągłość bioder. Nigdy nie widziałem kobiety, która miałaby piękniejsze włosy. Były koloru miodu, gdzieniegdzie przechodziły w karmel, a ich gęstość, a także sposób, w jaki je nosiła, czyniły jej twarz jeszcze bardziej różową i uroczą.
- Coś jeszcze? Audiencję u papieża?
Odwróciła się i wytarła dłonie w ręcznik.
- Jej chodzi o coś jeszcze, ale nie wiem, o co.
- Flynnowie to skomplikowani ludzie.
- Zawsze potrafią znaleźć sobie jakieś miejsce do wojenki. Nie daj się jej w coś wciągnąć, Streak.
Klepnąłem ją w pośladek, a ona cisnęła we mnie ręcznikiem, ale chybiła.
Obiad zjedliśmy na sekwojowym stole pod drzewem mimozy. Za stawikiem na końcu naszego podwórka sterczała u sąsiada trzcina cukrowa, wysoka, zielona, pocętkowana cieniami chmur. Rosnące nad strumieniem bambusy i barwinki kołysały się na wietrze, a ja od południa wyczuwałem deszcz i elektryczność.
- Co przyniosłeś w tej brązowej kopercie? - spytała Bootsie.
- Zdjęcia jednego z największych psychopatów więzienia stanowego w Kalifornii.
- Po co brałeś je do domu?
- Ja gdzieś już widziałem tego faceta, jestem pewien. Tylko nie mogę sobie przypomnieć gdzie.
- Gdzieś tutaj?
- Nie, gdzieś indziej. Głowa jak słonecznik, ale na dole szczęka taka wąziutka. Wstrętna agentka FBI powiedziała mi, że to kumple Cisco Flynna.
- Głowa jak słonecznik? Psychol? Kumpel Cisco Flynna?
- Tak.
- Wspaniale.
W nocy śnił mi się Swede Boxleiter. Przykucnął na tonącym w półmroku dziedzińcu więziennym i palił papierosa, a oprawka okularów połyskiwała w wilgotnym świetle z wież strażniczych. Świtało, unosił się zapach bylicy, woda przelewała się nad kamieniami w kanionie, las był zasłany igłami sosnowymi. W powietrzu unosił się mokry, czerwonawy pył, który nad granią gór jakby podtrzymywał księżyc zrobiony z pożyłkowanej kości słoniowej.
Ale Swede'a Boxleitera nie interesowały szczegóły górskiego otoczenia. Miarką jego życia i jego samego był wyraz oczu innych, strach na ich twarzach, napięcie, jakie potrafił stworzyć w celi czy w jadalni samym milczeniem.
Niepotrzebna mu więzienna śliwówka, narcystyczna przyjemność hantli ani nawet masturbacja, aby rozładować energię, która niespełniona mogła go budzić w nocy i kazać trwać w świetle księżyca, jakby znajdował się na monotonnej wyżynie, gdzie słychać tylko odgłosy zwierząt. Niekiedy uśmiechał się i wyobrażał sobie, jak opowiada więziennemu psychologowi, co naprawdę czuje, o przyjemności rozlewającej się po ścięgnach ramion, gdy chwyta ostrze zrobione na szlifierce z fragmentu kątownika, o czułości tej ostatniej chwili, gdy spogląda w oczy ofiary. O tamie, która puszczała w jego lędźwiach, niczym dno papierowej torby pod naporem wody.
Ale więziennym łapiduchom się nie ufało, a w każdym razie nie ufał im ktoś, kto był taki jak Swede Boxleiter i kto chciał jeszcze wrócić na ulicę.
W moim śnie powstał i dotknął księżyca, jak gdyby chciał go zniszczyć, ale tylko otarł brzeg końcem palca i spod ciemnych żyłek wydobył czysty blask srebra.
Usiadłem na łóżku, po skórze przesuwały się cienie wentylatora, a ja przypomniałem sobie, gdzie widziałem Swede'a Boxleitera.

Nazajutrz z samego rana udałem się do miejskiej biblioteki i zamówiłem numer "Life" ze zdjęciem śmierci czarnego gwałciciela, od czego zaczęła się jej kariera. Na stronie sąsiadującej z fotografią mężczyzny na darmo rwącego się z kanału do słońca było grupowe zdjęcie pięciu policjantów spoglądających na zwłoki. Na twarzy Swede'a Boxleitera, trzymającego w dłoni nadgryzione Red Delicious, przysiadł robaczywy uśmiech czysto osobistej przyjemności.
Nie, nie zamierzam pakować się w problemy Flynnów, powtarzałem sobie, ani zajmować się genetycznym maniakiem z więzienia w Kolorado.
Ciągle to sobie jeszcze powtarzałem, kiedy późnym popołudniem zadzwonił do kiosku legendarny pucybut z New Iberia, Mout' Broussard, i oznajmił, że jego syn właśnie zbiegł z więzienia Iberia Parish.

 


3

Cajunowie* mają kłopot z angielską głoską th i albo opuszczają h albo zamiast t mówią d. Dlatego też będący własnością całego miasteczka czyścibut Mouth Broussard zawsze funkcjonował jako Mout'. Przez dekady miał swoje stanowisko pod kolumnadą przed starym Frederic Hotel, pięknym, tynkowanym budynkiem, gdzie w środku były kolumny z włoskiego marmuru, sala balowa, bar z mahoniowym kontuarem i mosiężną poręczą, hol z palmami, automatami i maszynami do zakładów konnych, a także windą przywodzącą na myśl ptasią klatkę z polerowanego metalu.
Mout' przypominał stóg siana, zawsze w za dużym, szarym kitlu, z którego kieszeni sterczały szczotki i szmatki pokryte czarnymi i brunatnymi plamami. Pod dwoma schodkowymi krzesłami znajdowały się szafki, a w nich butelki z pastą w płynie, pudełka z woskiem i maściami, szczoteczki do zębów i metalowe szpikulce dentystyczne, którymi Mout' czyścił zakamarki i otwory butów. Szmatom potrafił nadać takie tempo i rytm, że niepodobna było tego oglądać bez podziwu i szacunku.
Mout' chwytał wszystkich przechodniów zdążających od stacji Southern Pacific do hotelu i dalej, pucował obuwie wystawione na noc na korytarz i gwarantował, że jeśli nie zobaczysz swego oblicza w czubku buta, otrzymasz pieniądze z powrotem. Czyścił obuwie całej ekipy kręcącej w roku 1929 Evangeline, czyścił obuwie orkiestry Harry'ego Jamesa, a także senatora Hueya Longa niedługo przed zamachem na niego.
- Mout', gdzie jest teraz Cool Breeze? - spytałem przez telefon.
- Myślisz, że co tera powiem?
- To po co do mnie dzwonisz?
- Cool Breeze mówi, że go zabiją.
- Kto taki?
- Ten biały z pudła. Nasłał na niego czarnego, żeby mu wbił druta do ucho.
- Będę u ciebie rano.
- Rano? No nic, dzienki, jasne.
- Mout', Breeze już od dawna idzie swoją drogą.
Nie odpowiadał. Czułem upał późnego lata i duszność powietrza wokół lampy.
- Mout'? - powtórzyłem.
- Tak, jasne, ale od tego wcale nie jest łatwiej. Nie, nie, ani troche.
Nazajutrz był słoneczny poranek. Pojechałem East Main pod żywym baldachimem dębów wzdłuż ulicy, minąłem City Hall, bibliotekę, kamienną kapliczkę z Matką Boską w miejscu, gdzie kiedyś stał dom George'a Washingtona Cable'a, minąłem chodniki porozsadzane korzeniami drzew, trawniki pełne hortensji, hibiskusów i filodendronów, gęstą ścianę bambusów okalających dziedziniec posiadłości z 1831 zwanej The Shadows, a potem dzielnicę handlową. Teraz byłem już po zachodniej stronie miasta z zaułkami, rynsztokami, szynami kolejowymi przecinającymi podwórka i chodniki, małymi, przypominającymi rzędy zepsutych zębów niemalowanymi domkami, gdzie w dziewiętnastym stuleciu kolejarze popijali piwo z prostytutkami, na werandzie przed wejściem zostawiając swe czerwone latarki.
Mout' sypał za domem ziarno gołębiom, które sfruwały na jego podwórko z drutów telefonicznych. Chodził zgięty w pasie, niebieskie oczy były zamglone kataraktą, jeden policzek pokrywały różowe i białe plamy, powodowane u kolorowych dziwną chorobą skóry. Barki miał jednak rozłożyste, a ramiona grubości rury kanalizacyjnej.
- Breeze uciekł w najgorszym momencie, Mout' - powiedziałem. - Być może prokurator by go zwolnił.
Otarł twarz niebieską szmatą, zsunął z ramienia torbę z ziarnem i klapnął na stary fryzjerski fotel, na którym zamontował parasol. Wziął z ziemi duży słoik napełniony gorącą kawą na mleku i napił się. Grube wargi przypominały suma.
- Jak był mały, chodził do kościoła ze mno i matko, w parku grał w piłke, roznosił gazety, ciskał kule w kręgielni obok białych chłopaków i nie było z nim kłopotów. To Nowy Orlean go odmienił. Razem z matko mieszkał w tym ich tanim osiedlu, a mnie powiedział, że on to nie będzie pucybytem, co to mu każdy może strzepnoć popiół cygarowy na głowe.
Mout' podrapał się po czole i wydał dźwięk przekłutej dętki.
- Zrobiłeś, co mogłeś - powiedziałem. - Może kiedyś coś w nim się zmieni.
- Teraz go zastrzelo, tak? - spytał.
- Nie, Mout', nikt w tym nie ma interesu.
- A ten klawisz, Alex Guidry? Zachodził tu, jak był w koliczu. Czarno dziewczyne na Hopkins można było dostać za trzy dolce. A potem se czasami stanie koło mojego miejsca, jak so dookoła czarne ludzie, wybierze sobie jednego i zacznie się na niego gapić, nie odpuści, gapi się tak do samego szpiku kości, aż ucieknie ten drugi z oczami. Tak, to było w tamte czasy. No i takiemu facetowi musieliście dać kić do prowadzenia.
A potem Mout' opisał ostatni dzień swego syna w więzieniu.

Strażnik, dawny zwiadowca w piechocie morskiej, przemaszerował korytarzem skrzydła izolatek i otworzył żelazne drzwi do celi Cool Breeza. Pałka kołysała się na rzemiennej pętli oplecionej wokół nadgarstka.
- Mister Alex powiedział, że wracasz do Głównego. Jak chcesz, rzecz jasna.
- Ja się zgadzam.
- To pewnie twoje urodziny?
- Dlaczego? - spytał Cool Breeze.
- No pomyśl.
- Pomyślałem, i co?
- I ty się dziwisz, dlaczego tu siedzicie? Jak myślisz, to aż słychać, jak cię boli.
Dozorca przeprowadził Breeze'a przez ciąg zbrojonych drzwi, które odsuwały się i zasuwały na hydraulicznych prowadnicach. W łaźni kazał się rozebrać i wziąć prysznic, potem dał pomarańczowy kombinezon i zamknął w przejściówce.
- Mister Alexa zawieszą, ale on najpierw chce ci się przysłużyć. Dlatego mówię, że to chyba twoje urodziny - powiedział dozorca. Pałka znowu się zakołysała. - Ja będę za niego, ja zostanę naczelnikiem. Możesz się zastanowić nad konsekwencjami.
O czwartej po południu przed celą Cool Breeze'a stanął Alex Guidry w lśniącym garniturze, czerwonym krawacie i wypucowanych czarnych butach kowbojskich. Stetson lekko uderzał o nogawkę.
- Trzeba zrobić zamiatanie i szorowanie. Chcesz?
- Mogę to zrobić.
- Nie będzie z tobą żadnych kłopotów?
- To nie mój styl, nie.
- Jak stąd wyjdziesz, możesz sobie gadać, co ci ślina na język przyniesie, ale jeśli masz do mnie jakieś żale, mów teraz.
- Ludzie widzą to, co trzeba.
Alex Guidry odwrócił dłoń i wpatrzył się w stwardniały kciuk. Zaczął coś mówić, ale potem pokręcił głową z niesmakiem, odwrócił się i odszedł, stukając skórzanymi podeszwami o posadzkę.
Cool Breeze spędził następny dzień na szorowaniu ścian i chodników metalową szczotką i ajaxem, a o piątej zgłosił się do magazynu, żeby zacząć zamiatanie. Dostał długą szczotkę, którą zmiatał opiłki, wióry i drzazgi w zgrabne kupki, te zbierał na śmietniczkę i wrzucał do kubłów. Mulat, którego złocista skóra była upstrzona piegami wielkimi jak dziesięciocentówki, przykrawał na pile sklejkę, która przy zetknięciu z zębami wydawała elektryczny wrzask.
Cool nie zwracał na niego uwagi, do chwili, gdy usłyszał, że sklejka odpada od piły. Odwrócił głowę z czystej ciekawości i zobaczył, że Mulat trzyma w zaciśniętej pięści zaostrzony na końcu kawałek drutu z wieszaka na ubrania, oprawiony w drewniany uchwyt rozrusznika kosiarki, i chce go wbić Breeze'owi w ucho, a poprzez nie - do mózgu.
Ostrze szpikulca rozorało Breeze'owi twarz od kości policzkowej do szczęki.
Chwycił rękę napastnika w obie dłonie, zaczął się z nim szarpać, aż obaj znaleźli się koło piły wirującej oliwnym blaskiem.
- Nie zmuszaj mnie do tego, nigger - powiedział.
Tamten nie chciał wypuścić broni, więc Cool Breeze wcisnął w piłę najpierw drut, a potem pięść i zamknięty w niej drewniany uchwyt; kość, metal, paznokcie i drzazgi trysnęły mu w twarz.
Ukrył się w zbiorniku betoniarki, gdzie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien zginąć. Czuł, jak samochód zwalnia przy bramie, słyszał, jak strażnicy obchodzą pojazd, wsuwając lusterka pod podwozie.
- Jeden nam zwiał. Nie masz go tam w tej bece, co? - spytał strażnik.
- Łatwo sprawdzić - odrzekł kierowca.
Rozległ się szczęk przekładni, samochód drgnął i zadygotał, a potem w czerni wielkie stalowe łopaty zaczęły miesić mokry cement niczym ciasto.
- Wiesz co, zjeżdżaj już z tym - powiedział inny ze strażników. - Nie wiem czemu, ale jakoś mi to przypomina moją starą w łazience.
Dwie godziny później na drodze budowanej na południowym skraju miasta Cool Breeze wypełzł z betoniarki i niczym odziany w ołowiany garnitur, z krwawiącym policzkiem zniknął między trzciną cukrową, której liście czerwono obrębiały ostatnie promienie słońca.

- Nie wierzę w to, Mout' - powiedziałem.
- Że facet chciał go załatwić?
- Że nadzorca to zmontował. Dostał zawieszenie, byłby pierwszym podejrzanym.
- Jasne, że to zrobił.
- Gdzie jest Breeze?
Mout' zarzucił worek na ramię i zaczął garściami ciskać ziarno w powietrze. Gołębie zawirowały wokół jego łysej, lśniącej czaszki niczym wielkie płaty śniegu.


Moją partnerką była detektyw Helen Soileau. W pracy nosiła spodnie i męskie koszule, rzadko się uśmiechała i nie robiła makijażu, a w rozmowie zawsze przybierała obronną postawę szermierza, z jedną stopą cofniętą w bok. Miała obwisłe policzki, twarde spojrzenie i włosy przylegające do czaszki niczym plastikowa peruka. Oparta obiema rękami o parapet w moim gabinecie przyglądała się ogrodnikowi przycinającemu trawnik przy chodniku. W czarnej, ręcznie robionej kaburze miała automat dziewięć milimetrów, do paska przypięte były kajdanki.
- Dzisiaj w więzieniu spotkałam Miss Nocnika 1962 - powiedziała.
- Kogo?
- Tę agentkę FBI, jak jej tam, Glazier. Jest przekonana, że we własnym więzieniu wystawiliśmy Cool Breeze Broussarda na odstrzał.
- A ty co myślisz?
- Ten Mulat to kawał durnia. Mówi, że pomylił Breeze'a z jakimś innym facetem, który usiłował go zabić za to, że posuwał jego siostrzyczkę.
- Wierzysz w to?
- Facet z kolczykami w sutkach? Czy ja wiem, niewykluczone. Zrobiłbyś coś dla mnie? - spytała.
- Co takiego?
Spróbowała, żeby to wypadło obojętnie.
- Lila Terrebonne zalała się w country clubie. Szef chce, żebym ją odwiozła do Jeanerette.
- Nie, dzięki.
- Nigdy jakoś za nią nie przepadałam. Nie wiem czemu, może dlatego, że się kiedyś na mnie zrzygała. Ostatecznie to twoja znajoma z AA.
- Nie dzwoniła do mnie po pomoc, Helen. Gdyby zadzwoniła, to co innego.
- Jak zacznie ze mną te swoje numery, to wyląduje w izbie wytrzeźwień. Nieważne, czy jej dziadek był senatorem, czy nie.
Poszła na parking. Siedziałem moment przy biurku, potem rzuciłem spinacz do kosza i opuściłem barierkę, zanim zdążyła wyjechać.

Lila miała ostre rysy twarzy, mlecznozielone oczy i żółte włosy, które wyblakły do koloru białego złota. Z lekkością podchodziła do swego burzliwego życia, nękanego przez kace i żonatych mężczyzn, a w nocnych klubach z chrapliwym śmiechem opowiadała o przymusie, za sprawą którego co dwa, trzy lata lądowała w szpitalu lub ośrodku odwykowym. Ilekroć ją trochę podkurowano, z nakazu sądu przez kilka tygodni uczestniczyła w spotkaniach AA. Podczas gdy inni opowiadali o duszach w drucie kolczastym, ona rozwiązywała krzyżówki albo wyglądała przez okno z łagodnym wyrazem twarzy, w którym nie było ani śladu pragnienia, skruchy, niecierpliwości czy rezygnacji. Była niczym osoba czekająca, aż wskazówki zegara ułożą się w określonym położeniu.
Nie pamiętam, by od chwili, gdy uzyskała pełnoletność, po dziś dzień nie była związana z jakąś plotką czy skandalem. Rodzice wysłali ją na Sorbonę, ale kiedy oblała kolejną sesję, wróciła na University of Southwestern Luisiana, gdzie chodziła z dziećmi tych, którzy nie mogli ich posłać do Luisiana State University w Baton Rouge. W dniu wręczania dyplomów członkowie drużyny futbolowej przykleili jej zdjęcia na automacie z kondomami w Provost's Bar.
Kiedy wkroczyliśmy z Helen do klubu, Lila siedziała przy stoliku w głębi sali, z głową spowitą dymem papierosowym i pustą szklaneczką w koniuszkach palców. Inne stoliki zajmowali golfiści i brydżyści, których wzrok starannie omijał Lilę usiłującą zachować godność w krępującej sytuacji. Biały barman i młody ciemnoskóry kelner od dawna już nie spoglądali w jej kierunku ani nie słyszeli, jak domagała się kolejnego drinka. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i smuga światła słonecznego chlasnęła w jej twarz niczym policzkująca dłoń.
- Przejedziesz się, Lila? - powiedziałem.
- A, Dave, jak się masz? Mam nadzieję, że nie dzwonili po ciebie, co?
- Byliśmy w sąsiedztwie. Chyba zostanę tutaj członkiem.
- Jasne, tego samego dnia, kiedy zapiszesz się do Republikanów. Na razie straszny z ciebie warchoł. Pomożesz mi wstać? Skręciłam sobie kostkę.
Wzięła mnie pod ramię i poprowadziła między stolikami, przy barze zatrzymała się, wyjęła z torebki dwadzieścia dolarów i starannie ułożyła je na blacie.
- Nate, to dla ciebie i tego miłego czarnego młodzieńca. Miło zobaczyć was znowu.
- Serdecznie zapraszamy, miss Lila, kiedy tylko będzie pani miała ochotę - odparł barman, unikając jej spojrzenia.
Na zewnątrz wystawiła twarz na wiatr i słońce, jak gdyby znalazła się w jakieś innej biosferze. Zamrugała, przełknęła głośno, a potem powiedziała niewyraźnie, jak gdyby udręczona bólem głowy.
- Wskocz na autostradę i zawieź mnie gdzieś, gdzie łamią stoły i ciskają butelkami w okna - powiedziała.
- A nie lepiej zamiast tego do domu?
- Dave, straszny z ciebie nudziarz.
- Szkoda, że nie umie pani poznać prawdziwych przyjaciół - odezwała się Helen.
- A ja cię znam? - spytała Lila.
- Tak, miałam zaszczyt obcierać panią z…
- Helen, zawieźmy Lilę do domu, a potem wracamy do pracy.
- Jasne. Nie ma sprawy - powiedziała Helen.

Wzdłuż Bayou Teche pojechaliśmy na południe do Jeanerette, gdzie Lila mieszkała w plantatorskiej rezydencji, zbudowanej w roku 1791 z glinianych cegieł wypalanych przez niewolników. Podczas Wielkiego Kryzysu jej dziadek, senator Stanów Zjednoczonych, płacąc robotnikom dolara za dzień, cegła po cegle przetransportował dom w górę rozlewiska delty z miejsca, gdzie stał pierwotnie w indiańskim rezerwacie Chitimacha. Dzisiaj wokół niego znalazły się: czternastoakrowy trawnik, dęby i palmy, niebieski basen, korty tenisowe, belweder w pomarańczowych pnączach męczennicy, dwa pięknie otynkowane domki gościnne, patio z wielkich, regularnych płyt, fontanna i krzewy meksykańskich róż.
Kiedy jednak skręciliśmy z szosy i zajechaliśmy dębową aleją przed front budynku, musieliśmy się stać świadkami widowiska, które powoduje niesmak i wstyd za bliźnich. Na trawniku powstał plan filmowy: drewniane budki i sklep z gankiem opartym na pustakach, wszystko zbudowane z wyschniętego drewna cyprysowego i zardzewiałych blach i przyozdobione markami Jax i Hadacol, tak by wyglądało to na przemysłowe osiedle z lat czterdziestych. Przed gankiem sklepu położono kawałek zakurzonego asfaltu. Na planie uwijało się chaotycznie kilka osób, których ciała lśniły od potu. Pod dębem stał stół, na którym pełno było jedzenia, za nim zaś zasiadł reżyser Billy Holtzner. Miejsce obok niego zajął, spokojny i rozluźniony, przyjaciel i wspólnik, Cisco Flynn, odziany w żółte spodnie i białą koszulkę.
- Widzieliście kiedyś, jak trzy małpy usiłują wypierdolić futbolówkę? - odezwała się z tylnego siedzenia Lila. - Ja bym ich natychmiast rozpędziła na cztery wiatry, ale tatuś ma słabość do pewnych typów. Tylko czekać, aż zacznie chodzić w różowych spodniach.
- Podwieziemy cię do wejścia. Możemy powiedzieć, że nawalił twój samochód i cię podrzuciłem.
- Nie wygłupiaj się. Wysiądźcie i zjedzcie coś przynajmniej.
Jej twarz przywiodła mi na myśl niebo po przejściu gwałtownej burzy: bezchmurne i pełne drapieżnych ptaków.
- Czy pomóc pani wejść? - spytała Helen.
- Ach, cóż za miła propozycja. Nie, nie, dam sobie radę sama. Bardzo przyjemne spotkanie, prawda?
Wysiadła i natychmiast poleciła czarnemu służącemu, aby przyniósł jej schłodzone martini.
Helen zaczęła zawracać, ale nagle stanęła, w osłupieniu wpatrując się w to, co działo się pod dębem.
Billy Holtzner w szortach khaki z obwisłymi kieszeniami, sandałach, lawendowych skarpetkach i czyściutkiej koszuli, której starannie podwinięte rękawy odsłaniały sflaczałe ramiona, zwołał wszystkich ludzi i stał teraz w ich kręgu. Jeśli nie liczyć wątłego zarostu na policzkach i brodzie, jego ciało wydawało się zupełnie pozbawione włosów, jakby wydepilowane. Wszyscy - robotnicy, technicy, aktorzy, scenarzyści i sekretarka - stali szeroko uśmiechnięci, niektórzy ukrywając strach, inni wspinając się na czubki palców, aby lepiej wszystko widzieć, podczas gdy on przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą, aż wreszcie wybrał sobie kogoś.
- No i jak, byłeś grzecznym chłopcem? Mieliśmy tutaj różne plotki. No chodź, nie wstydź się. Dobrze wiesz, gdzie go wsadzić.
A potem dorosły mężczyzna, który najpewniej miał żonę, dziewczynę, dzieci, który walczył na wojnie albo kiedyś wierzył, że jego życie jest warte szacunku i miłości, wsadził koniec nosa między kciuk i palec wskazujący Billy'ego Holtznera, aby ten nim potargał.
- No jak, nie było tak źle, co? Ale, ale, widzę, że ktoś usiłuje się wymknąć. Oj, Johnny, Johnny…
- Skąd oni ich wszystkich wzięli? - prychnęła Helen.
Cisco podszedł do nas z pogodną twarzą i chęcią wyjaśnień w oczach.
- Bawcie się dobrze, Cisco - rzuciłem w jego kierunku, a do Helen: - Jazda!
- Nie musisz mi tego dwa razy powtarzać - powiedziała, podczas nawrotu spoglądając przez ramię. Ciemnozielone cienie liści przemykały po szybie.