Kategorie

To, co najlepsze w SF t. 4

  • Kod: 83-7150-949-9
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Hartwell, David G. [red.]
  • Cena w naszym sklepie: 29,90 zł
    Cena detaliczna:

Kolejny tom najlepszych opowiadań SF, wybranych spośród tekstów, które ukazały się w amerykańskich oraz angielskich (i nie tylko) magazynach, zbiorach i antologiach w 1997 roku. Tradycyjnie znalazły się w nich m.in. utwory nominowane do najważniejszych nagród literackich w dziedzinie fantastyki, włącznie z laureatami tych nagród.

Rok wydania: 2004
Oprawa: broszura
Stron: 480
Format: 115/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: zbiorowe

Fragment tekstu:


Książka ta jest fikcją literacką. Postaci, zdarzenia oraz dialogi są tworem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych zdarzeń lub osób, żywych bądź zmarłych, jest zupełnie przypadkowe.

 


Dla Henry'ego G. Hartwella (1907-1998), dobrego ojca, który zmarł w roku 1998. Był inżynierem elektrykiem dumnym ze swego dyplomu z MIT, a w młodości radiowcem pasjonatem, nie ufającym magazynom Hugo Gernsbacka, ponieważ pewne mechanizmy nie działały jak należy. Dopóki się nie postarzał, rzadko czytywał beletrystykę dla przyjemności. To on zaszczepił mi miłość do nauki i technologii.

 


Podziękowania

Ta część nie zmieniła się od zeszłego roku. Istnienie "Locusa" i "Tangents" czyni układanie rocznej antologii łatwiejszym i dziękuję obu tym czasopismom za wkład, jaki mają na polu doceniania opowiadań SF wydawanych każdego roku. Wdzięczny jestem też wydawcom czasopism SF za to, że w 1998 roku toczyli tę nierówną walkę, by pozostać na rynku i nadal publikować prozę.

 

Wstęp

Ten rok był kolejnym wspaniałym rokiem dla opowiadań SF. Według mej oceny, ukazało się więcej niż kiedykolwiek dobrych zbiorów w Anglii, Australii i Kanadzie. A każde z czasopism literackich też opublikowało parę dobrych tekstów. Muszę więc powtórzyć me stwierdzenie, tym razem z naciskiem: ta antologia jest wyborem najlepszych opowiadań opublikowanych w 1998 roku. Moim zdaniem, mógłbym zapełnić jeszcze dwa albo trzy tomy podobnej objętości i dopiero wówczas twierdzić, że zebrałem to, co najlepsze - prócz wszystkich nowel.
Wierni czytelnicy tych antologii zauważą na pewno brak kilku znajomych nazwisk, pozwolę sobie więc zauważyć, że autorzy ci nie przestali pisać, a ich dzieła są równie doskonałe jak w poprzednich latach. Wierzę, że wybór spośród najlepszych, kiedy niemożliwym jest pomieszczenie ich wszystkich w jednym bardzo obszernym tomie, oznacza prezentowanie różnych wspaniałych pisarzy, wobec tego niektórych wykluczyłem, aby zrobić na tej ograniczonej przestrzeni miejsce dla innych.
Główny powód wyboru do antologii: ta książka pełna jest science fiction - każde opowiadanie w niej zamieszczone to SF, a nie coś innego. Wysoko cenię horror, fantasy, historię alternatywną, pogranicze oraz postmodernizm. Ale tutaj wybrałem science fiction. Zamierzeniem tegorocznej antologii jest skupienie się całkowicie na SF, by czytelnikom, którzy poszukują tego gatunku, zapewnić porządny zbiór.
Po roku 1997, który uznałem za przeciętny, jeśli idzie o nowele, 1998 był lepszy: pojawiło się piętnaście albo i więcej dobrych nowel - ale rok ten był co najmniej równie dobry dla innych krótkich form. "SF Age" i "Asimov's" miały dobry rok; są bez wątpienia na szczycie i posiadają podobne gusta w tym, co publikują. W "F&SF" oraz "Interzone" pojawiło się mniej prozy SF, ale za to fenomenalnej, i kilka naprawdę niezłych opowiadań w odnowionym "Amazing". "Analog" okazał się nierówny, drukując i najlepsze, i najgorsze opowiadania. Kanadyjski "On Spec" i australijski "Eidolon" prezentują doskonałych pisarzy i świetne opowiadania, czasami SF, a niekiedy horror i fantasy, podobnie jak w "Interzone".
Wśród wartych uwagi antologii SF pojawiły się: Starlight 2 pod redakcją Patricka Nielsena Haydena (to chyba najlepszy pojedynczy zbiór SF i fantasy), Bending the Landscape: Science Fiction pod redakcją Nicoli Griffith i Stephena Pagela (kolejny dobry zbiór opowiadań pisanych przez gejów i lesbijki), Dreaming Down Under pod redakcją Jacka Danna i Janeen Webb (imponujący zbiór najnowszych australijskich autorów SF i fantasy, wydany na tegoroczny konwent World SF w Melbourne), Arrowdreams pod redakcją Johna Dupuis i Marka Shainbluma (poświęcone wizjom historii alternatywnej Kanady), najnowszy tom z serii Man-Kzin Wars pod redakcją Larry'ego Nivena i najnowszy tom serii Writers of the Future.
Podsumowując, w tym roku znów wydano ponad sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt, a może nawet sto naprawdę dobrych opowiadań SF, bez wątpienia wystarczających, by wypełnić kilka antologii tego, co najlepsze, a ja miałem bogaty wybór. Aby uzyskać więcej informacji, szczególnie comiesięczne szczegółowe omówienie wielu dobrych opowiadań, należy czytać doskonałe recenzje opowiadań Marka Kelly'ego, drukowane w "Locusie".
Niestety "Tangents", drugie główne źródło recenzji i komentarzy na temat opowiadań, wychodził w roku 1998 nieregularnie i z opóźnieniem, choć niedawno utworzono jego stronę internetową; może recenzje będą się na niej ukazywać o czasie.
Czynię dalsze spostrzeżenia co do tematów i prądów w SF oraz uwagi na temat mocnych stron każdego zawartego tu opowiadania we wstępach do nich. Wyruszamy więc na spotkanie z tym, co najlepsze w SF tego roku. Proszę za mną.

David G. Hartwell

tłumaczyła Joanna Wołyńska

 

 


RAPORT O STANIE RYNKU
(Market Report)
Alexander Jablokov
Alexander Jablokov opublikował swoje pierwsze opowiadanie w roku 1985, a pierwszą powieść (Carve the Sky) w roku 1991. Jest on jednym z najciekawszych twórców literatury SF, którzy zdobyli uznanie w latach dziewięćdziesiątych. Jak dotąd ukazało się pięć jego powieści (najnowsza, wydana w roku 1998, nosi tytuł Deepdrive) oraz kilka sporadycznie pisanych opowiadań. Najlepsze fragmenty jego prozy zebrano w tomie The Breath of Suspension (1994). Jablokov jest członkiem bostońskiego klubu autorów SF, którym kieruje David Alexander Smith. Skupieni wokół tego klubu pisarze opracowali antologię Future Boston (1994), w której znalazły się utwory napisane przez członków tej grupy. Encyclopedia of Science Fiction określa twórczość Jablokova jako "różnorodną" i charakteryzującą się "dużym zacięciem badawczym", z czego wynika, iż "mamy do czynienia z początkiem błyskotliwej kariery na polu SF". Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z magazynu "Asimov's", podobnie jak kilka innych pomieszczonych w tym tomie utworów. Wygląda na to, że właśnie ten magazyn publikuje więcej opowiadań SF niż inne, w których poczesne miejsce zajmują różnego rodzaju odmiany fantasy. Miniony rok był dla "Asimov's" wyjątkowo dobry. A poniższe opowiadanie jest jedynym, które wyszło spod pióra Jablokova w 1998 roku.

 

 

 


Wyśliznąłem się ze sztucznego chłodu wynajętego pojazdu i upał środkowo-zachodniego wieczoru owinął mi się wokół twarzy niczym mokra iguana. W nie skoszonej trawie przed domem moich rodziców błyskały świetliki, a cykady trzeszczały niestrudzenie pośród cichych zabudowań. Miejscowość Old Oak Orchard powstało tak niedawno, że nie figurowała jeszcze na mojej najnowszej CD-ROM-owej mapie i musiałem się trochę natrudzić, by ją w ogóle znaleźć.
Mój ojciec otworzył drzwi, zanim zdążyłem wcisnąć guzik dzwonka.
- Bert. - Wpatrywał się w jakiś punkt za moimi plecami. - Och. A gdzie jest…
- Stacy nie przyjechała ze mną. - Po drodze z lotniska próbowałem coś wymyślić, ale nie mogłem wymyślić niczego sensownego. - Ja i Stacy… No… Pojawiły się pewne kłopoty.
- Tak się mówi, gdy małżeństwo się rozpada. - Głos ojca był ostrożny i neutralny. - Wejdź, proszę, do środka. Ugoszczę cię w namiocie.
Tata miał na sobie niemodne już płócienne szorty i rozciągnięty T-shirt, na którym widniała reklama portalu internetowego. Skóra ojca była ciemna i stwardniała, jak to na emeryturze. Wyglądał, jakby właśnie się obudził.
- Mówiłem mamie, że przyjadę…
- Jasne. - Wziął moją walizkę i zataszczył ją do hallu. - Najpewniej przybiła do drzewa karteczkę z informacją, a ja jej nie zauważyłem.
Nie wiem, dlaczego zawsze czekałem na wyjaśnienia. Tata nigdy niczego nie dopowiadał. Miałem po prostu sam wszystko zrozumieć i przez całe życie próbowałem sprostać temu zadaniu.
- Lulu! - ojciec zaanonsował renegata. - Przyjechał Bert.
Wzdrygnąłem się, gdy przeciągał moją skórzaną walizkę przez szynę rozsuwanych drzwi, by zanieść ją na podwórze za domem. A tam, na trawie, stał rozświetlony niebieski namiot. Benzynowa lampka rzucała żółte światło na stolik ukradziony z pobliskiego zajazdu. Pod blatem wisiał jeszcze urwany łańcuch.
- Lulu! - krzyknął ojciec, a potem szeroko się do mnie uśmiechnął. - Pewnie robi przegląd ogrodu. Mamy… No wiesz… Ślimaki. Zjedz tymczasem pomidory.
Podwórko nie kończyło się na ogrodzie. Za trawnikiem znajdował się teren porośnięty gęsto drzewami. Od czasu do czasu światła reflektorów z autostrady rozjaśniały od spodu liście klonów, ale ja i tak niewiele widziałem.
- Dobra. - Usiadłem przy stoliku. - Jak ci się powodzi, tato?
Popatrzył na mnie z ukosa, jakby nie był pewien, czy mówię poważnie.
- Mnie? Och, znakomicie. Nigdy nie czułem się lepiej. Życie w tej okolicy bardzo mi służy. Już dawno powinienem był się tutaj sprowadzić.
Powtarzanie frazesów było podstawową strategią obronną ojca. Otaczał się szybko warownym murem, na który natykały się moje pytania, zanim jeszcze zdążyłem je zadać.
- Jakieś kłopoty? - spytałem. - Z mamą? - W mojej rodzinie subtelność nie popłaca.
- A jak tam twoje szybkobieżne życie w wielkim mieście?
- Pracujemy nad kilkoma sprawami. Można to nazwać okresem przygotowawczym.
Małżeństwo moich rodziców również było okresem przygotowawczym. Ja byłem tylko prowizorką, która okazała się czymś trwałym. Słowo daję, przez całe moje dzieciństwo co rano byli zdumieni, widząc, jak schodzę do nich na śniadanie. Nawet teraz ojciec patrzył na mnie, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, kim jestem.
- Dobrze, tato, na początek ci powiem, że moje kłopoty ze Stacy biorą się z tego, że pracujemy w tym samym zawodzie…
- A wiesz - powiedział ojciec - że oczy twojej matki są ciągle niebieskie, a przy tym najciemniejsze, jakie dane mi było widzieć.
- To prawda. Oczy mamy są cudowne.
- Tak, zawsze mówiłem, że jej oczy są chabrowe. Ona ma chabrowe oczy.
Oczy Stacy były brązowe, ale stwierdziłem, że ojca to nie zaciekawi.
- Chabry to inaczej bławatki. - Zrozumienie tego zajęło mi wiele lat.
- Zgadza się.
- Ktoś mówił mi swego czasu - ciągnąłem ten wątek - że tam, gdzie można znaleźć bławatki, na przykład na polach kukurydzianych, słychać w nocy, jak rośnie kukurydza. A w letnią noc, taką jak ta, rośnie podobno bardzo szybko.
- Słychać to tylko wtedy, gdy jest zupełnie cicho - odrzekł ojciec. - A ty nie lubisz ciszy, prawda, Bert? - Szukał już pretekstu do kłótni. - Ciszą nie można handlować.
- I tu się mylisz - odparłem. - Można kupić nagranie rosnącej kukurydzy w dziale z płytami w stylu ambient. Podział komórek. Szelest liści. Jakieś robaki chrupią te liście. Takie cichutkie wodniste chrupanie. Jak mały ozdobnik muzyczny.
- A ty puszczasz to w swoim domowym kinie. Z tą całą kwadrofonią i resztą badziewia? Nalewasz sobie szklankę piwa, siadasz wygodnie i jesteś odprężony?
- Ambientu się nie słucha, tato. To po prostu przepływa wokół ciebie i przez ciebie. W nowoczesnym życiu chodzi o to, by nigdy nie koncentrować się tylko na jednej rzeczy. Coś takiego byłoby bardzo nużące. Wrzucasz więc do odtwarzacza płytę z kukurydzą, z wiatrem owiewającym tumanami piasku sfinksa, ze śniegiem, który pada na lodowcu szelfowym Rossa, z relaksującymi odgłosami gromady lemingów, które wpadają do oceanu. A potem bierzesz na kolana laptopa, by popracować na arkuszu kalkulacyjnym. Na wielkim ekranie telewizyjnym miga właśnie jakiś mecz. W ten sposób możesz błyskawicznie doświadczyć uczucia jedności.
- A tobie się to udaje? - zapytał łagodnie ojciec. Normalnie nigdy tak nie mówił.
- Co?
- Ta jedność. To, co niby jest twoim celem.
- Zdarzyło się kiedyś, że byłem już bardzo blisko i…
- Bertram! Nareszcie przyjechałeś! - Zawiązywała właśnie pasek na swoim białym flanelowym szlafroku, jakby dopiero co wyszła z łazienki. Miała krótko obcięte włosy i wyglądała naprawdę wspaniale. Zresztą zawsze była piękna, nawet gdy przecierała zaspane oczy, nawet gdy miała bose stopy. Dostrzegłem, że ciągle malowała sobie paznokcie u nóg. - Franklin, miałeś ulokować go w namiocie, prawda?
- Prawda - odrzekł ojciec.
Mama objęła mnie, a potem pociągnęła za rękaw kurtki.
- Czy nie jest trochę za ciepło na wełniane ubrania?
- To kurtka z tropiku - odrzekłem. - Z gabardyny.
- Tropiki to nic w porównaniu z Illinois w sierpniu. - Wypowiedziawszy tę uwagę, mój ociec zniknął w garażu.
- Franklin ma rację. Połóż to tutaj. - Spośród rododendronów wystawała końcówka klimatyzatora, a obok niej stał w pionowej pozycji stary kufer.
Pozbawiono mnie kurtki, zdjęto mi krawat i po chwili siedziałem przy ukradzionym stoliku ze szklanką schłodzonego soku malinowego w dłoni. Matkom takie sztuczki wychodzą bez najmniejszego wysiłku. Ojciec natomiast powitał mnie kłótnią, ale on w taki sposób zwykł oznajmiać mi, że jestem już w domu.
- Wyłączyli prąd, mamo? - spytałem.
- Ależ skąd - zaśmiała się. - A myślisz, że skąd mam ten lód w kostkach? My teraz tak po prostu żyjemy. Przecież jesteśmy na wsi.
Po tej miłej chwili relaksu zauważyłem, że na podwórkach innych zabudowań również rozbito obozowiska: namioty, stoliki, wędzarnie na mięso i szklarnie. Chociaż było już późno, słyszałem przytłumione odgłosy rozmów i czułem unoszący się znad ognisk dym. Na tym przedziwnym osiedlu nie działo się chyba najlepiej, coś tu wyraźnie szwankowało. Powinienem był zrozumieć to w chwili, gdy matka podawała mi sok malinowy; jej spokój oznaczał, że sprawy mają się źle.
Kiedy byłem dzieckiem, zdarzały się okresy pełnej stabilizacji. Na przykład przez kilka lat mój ojciec pracował w sklepie zoologicznym, sprzedając rybki akwariowe i spaniele rozentuzjazmowanym dzieciakom, które traciły zainteresowanie zakupionymi tam pupilami, gdy tylko przyniosły je do domu. Mieszkaliśmy w podmiejskim domu z ogrodem i zawsze mogłem powiedzieć kolegom, jak mój ojciec zarabia na życie. Poza tym programy, które oglądałem w telewizji, były adresowane do ludzi żyjących w takich właśnie warunkach.
Jednak w tamtym okresie mama niewiele się mną zajmowała. Najczęściej jadaliśmy obiady z torebek i puszek albo w barach typu fast-food. Matka sądziła, że zapewniła mi bezpieczeństwo i że mogłem sam o siebie zadbać.
W tamtych czasach ojciec próbował zbudować podwodny domek na dnie zatopionego kamieniołomu, a do wody zamierzał wrzucić piranie. To właśnie wtedy matka piekła dla mnie placek jabłkowy i na składanym przepierzeniu w moim pokoju malowała scenki z wiejskiego życia. Zawsze też dbała o to, by w moich niesfornych wspomnieniach panował idealny porządek.
- Prawda, zapomniałem - odrzekłem matce.
Kostki lodu brzęczały w mojej pustej szklance, którą mama ponownie wypełniła sokiem.
- O czym zapomniałeś, Bertramie?
- Że ty i ojciec możecie wprowadzić zamęt w życie każdej normalnej i dobrze zorganizowanej społeczności. A ja, wjeżdżając tutaj, już myślałem, że wreszcie ustatkowaliście się na dobre i będę spokojnie was odwiedzać. To przecież przemiła miejscowość, ten Old Oak Orchard.
Mama popatrzyła na rozświetlone namioty sąsiadów.
- Tak, to miła miejscowość. Czy słyszysz i czujesz, jak pieczyste z wołów i kozłów syczy i ocieka tłuszczem na pradawnych kamieniach ofiarnych? Czy słyszysz, jak kapłani intonują smutne chorały i wykutymi z brązu sztyletami podrzynają gardła rogatemu bydłu? Czy właśnie to przyprawia cię o niepokój?
- Najdroższa Lulu. - Ojciec złamał gałązkę forsycji, wynosząc z garażu ciężki pakunek. Matka wzdrygnęła się odruchowo. - Straszysz chłopaka tym całym biblijnym bydłem rogatym. Chodzi o krowy, Bert, jeśli nie zdążyłeś się zorientować. Krowy rasy hereford. Poza tym, Lulu, wiesz, że tak naprawdę nie zależy nam na… tym, o czym mówiłaś. Nie w tym rzecz, moja droga.
- Chyba zgodziliśmy się już, że w tej sprawie się nie zgadzamy, Franklinie. - Na ramionach matki dostrzegłem zadrapania, a jeden z palców był usztywniony. Zarówno mnie, jak i ojca, zaniepokoił ton matki.
Ojciec uniósł lekko namiot.
- Płócienny, Bert. Z białego drelichu. Cholernie ciężki. Wiesz, w Arizonie widziałem kiedyś myśliwych z takim namiotem. Jeździli konno i smażyli całą masę ziemniaków na wielkiej żeliwnej patelni o ponad półmetrowej średnicy. Z kumplem zjedliśmy wtedy resztki tego świństwa. Ci ludzie mieli ogromne strzelby i polowali na łosie. A ich spluwy wyglądały jak armaty.
Słyszałem już tę historię, ale o namiocie wspomniał po raz pierwszy. Być może potrzebował jakiegoś konkretu, który uwiarygodniłby jego opowieść. Ojciec rozbijał teraz namiot, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Wiedziałem, że nie powinienem mu pomagać. Walczył więc ze skomplikowanym systemem rurek i linek. Trochę się przy tym pokaleczył i zrobiło się cicho. Słyszałem nawet, jak oddycha przez nos.
- No dobrze, Bertram - zachichotała mama. - W ogrodzie Lopezów nie wypatrzysz bożków o zwierzęcych głowach, więc przestań się wreszcie gapić. Ja tylko… żartowałam.
Wystawiała mnie na próbę. Zauważyła nieobecność Stacy, ale nie miała zamiaru o to zapytać. Byłem jednak pewien, że wcale jej to nie martwi.
- Zrobiło się późno, Lulu. - Ojciec patrzył na matkę zgłodniałym wzrokiem. Mężczyźni nie powinni spoglądać w ten sposób na swoje żony, a w szczególności na matki własnych synów.
- Tak - odrzekła. - Czas iść do łóźka.
Ta wymiana zdań wyglądała jak wypalenie fajki pokoju. Toczyli z sobą wojnę, a mój przyjazd przyczynił się do pojednania. Wchodząc za ojcem do namiotu, mama uśmiechnęła się do mnie przez ramię. Znałem to chyba od zawsze. Rodzice znikali za drzwiami sypialni i przekręcali klucz w zamku. Zdarzało się to czasami w środku dnia, a czasem gdy siedziałem w niewygodnych butach w naszym pokoju gościnnym, czekając, aż wybierzemy się razem na rodzinną wizytę. I nie mogłem nawet włączyć telewizora.

Zbudziłem się, chociaż właściwie nie spałem. Było cicho i ciągle jeszcze ciemno. Poczułem pragnienie. Przeszedłem przez trawnik w kierunku tylnych drzwi. Powietrze było cudowne, klimat terenów podmiejskich. Gwiazdy świeciły dziwnie jasno, a Mleczną Drogę wymazałbym najchętniej gąbką.
Rozsuwane drzwi do kuchni nie były zamknięte. W dzieciństwie zawsze wolałem wodę z kuchni od wody z łazienki i mama zawsze schodziła po nią na niższe piętro. Skrzypiały pod nią schody, a słysząc to, wiedziałem, że mama mnie kocha. Ojciec zaś szedł do łazienki, robił potworny raban, tak by uświadomić mi, że nie pofatygował się do kuchni, a potem wracał i mówił, że mamy najwspanialszą kuchnię na świecie. Gdybym był wtedy bardzo spragniony, z pewnością bym mu uwierzył.
W kuchni było ciemno. Wymacałem brzeg stołu, a potem z trudem dobrnąłem do zlewu. Na tle okna odcinały się zarysy dużego kranu. W zlewie była woda i coś jeszcze. Woda nie była jednak spieniona. Szklanki powinny być w szafce nad zlewem.
Nagle coś zasyczało. Przez chwilę myślałem, że to klimatyzator, chociaż w kuchni było gorąco. A potem ujrzałem oczy.

- A cóż ona tam trzyma w pysku? - zapytał ojciec. Jego spojrzenie utkwiło w miejscu nad kuchennymi szafkami, tam gdzie padał cień rzucany przez lampę. - Mysz? Czy u nas są myszy? A może to kret? Prawdziwy czy… zrekonstruowany?
- Franklin - rzekła matka.
Z niewielkiego słoika wyciągnęła dla mnie ciasteczko. Upieczono je zapewne kilka godzin wcześniej, być może wtedy, gdy lądowałem w O'Hare. Paski czekolady jeszcze nie stężały i owijały mi się wokół języka. Leżałem na parkiecie i nie chciało mi się z niego podnosić.
Wyświetlacz na białej zmywarce oznajmiał: CZYSTE. Symbolem były dymiące zgliszcza miasta. Wyciągnąłem rękę i obróciłem pokrętło. BRUDNE uwidoczniło się jako to samo miasto jeszcze nie zniszczone, spowite w opary smogu. Smog należy do ulubionych żartów ekologicznych mojego ojca. Jest jednym z symboli zamierzchłych lat sześćdziesiątych, którego używa jako argumentu w różnych sporach.
Tym razem w głosie mojej matki ojciec dosłyszał ton ostrzegawczy. Przyklęknął przy mnie. Zatrzeszczały mu kolana.
- Przepraszam cię, Bert - powiedział. - Chyba powinienem był cię o tym poinformować.
- Niby o czym? O tym, że w zlewie macie zwierzęta?
- To była kuna.
Wspomniane zwierzątko mignęło mi przez chwilę, gdy z jakimś gryzoniem w pysku przeskakiwało z szafki na szafkę. Wyglądało jak ogromna łasica. Oczy tego stworzenia błysnęły odbitym światłem w moim kierunku. Te oczy…
- Kuna? - Nie patrzyłem już na nią. Żaby w zlewie zabrzęczały niskim głosem. W pokoju gościnnym zahuczała sowa. Przeróżne stworzenia przypatrywały się nam spoza kręgu światła. Kiedy byłem dzieckiem i nie chciałem sam wyjść z pokoju po wodę, bałem się, że świat na zewnątrz tak właśnie wygląda.
- Gwoli ścisłości, jest to wymarły już okaz zwierzęcia z rodziny łasicowatych - powiedział ojciec. - Zniknęły z powierzchni ziemi w okresie, gdy lodowce wycofały się z Ameryki Północnej. Przeprowadzamy eksperymenty z hodowlą i dlatego przenieśliśmy się do Old Oak Orchard. Sterujemy regresją DNA u zwierząt, które wymarły w epoce plejstocenu, i wprowadzamy ich kod genetyczny w komórki rozrodcze spokrewnionych z nimi gatunków.
- O Boże. Tato, pamiętasz ten okres, gdy hodowałeś żółwie morskie, by urządzać na nich przejażdżki w uzdrowisku na Aleutach?
Był to państwowy kurort, w którym goszczono niezbyt majętnych Aleutczyków. Pamiętam jedynie gęste chmury, skały i wielkie ociężałe żółwie pokryte skorupiakami, a także spowijającą wszystko jednolitą szarość. Nie przypominam sobie, by te żółwie w ogóle miały jakieś głowy. Moje rozrywki ograniczały się wtedy do kolekcjonowania wodorostów. Wszystko to skończyło się zamieszkami wywołanymi przez miejscową ludność, która sporo zainwestowała w przybrzeżne knajpki i wytworne kasyna. Obwiniano ojca o to, że przejażdżki na żółwiach pośród lekko wzburzonych i lodowatych fal morskiej wody nie przyciągnęły do uzdrowiska wielu turystów. Większość tych żółwi ugotowano w ich własnych skorupach podczas popijawy na kamienistej plaży. Spośród rozświetlonej pomarańczowymi ogniskami mgły dobiegały biesiadujących pełne aprobaty poszczekiwania lwów morskich, podczas gdy mama i ja odpływaliśmy naszym świetnie uszczelnionym czółnem. Gdy tam mieszkaliśmy, mama przyrządzała dla mnie moje ulubione hamburgery i usypiała mnie przesłodką kołysanką w języku, którego nie znałem.
- Nie mieliśmy dość kapitału, do tego to się sprowadza. - Ojcu nie podobało się to, że ten temat w ogóle wypłynął. - Błąd nie był natury biologicznej.
- Nie, pewnie, że nie…
- Jesteś osłabiony, Bertramie. - Matka przytrzymała mnie za ramiona, a ja spróbowałem usiąść prosto. - Za mało spałeś.
Pachniała olejkiem do opalania, chociaż jeszcze nawet nie świtało. To chyba jakiś krem kolagenowy. Byłem zadowolony, że moja matka chciała w dalszym ciągu być młoda. Refleksja ta przyniosła mi ukojenie. Zwierzątko z rodziny łasicowatych zniknęło w cienistych zakamarkach i już się nie pojawiło.
*
Nie dosmażona i rozrzedzona jajecznica oznaczała zazwyczaj, że sprawy mają się raczej źle. Tego zaś poranka, w naturalnym świetle sączącego się przez okna dnia, przygotowane przez mamę danie przypominało mi obłoki. Rozejrzałem się po domu, lecz nie dostrzegłem jego nocnych lokatorów, którzy zapewne pochowali się w szafkach i kredensach.
- Czy ojciec znowu gra ci na nerwach? - spytałem. Sok miał metaliczny smak, a przyrządzono go na bazie koncentratu pomarańczowego. Istniała więc może jakaś nadzieja.
- A czy kiedykolwiek tak nie było? - Na twarzy mamy pojawił się uśmiech. - Ale tym razem ja również gram mu na nerwach. Nie chciałam tu przyjechać i dałam temu wyraz. Kto porzuciłby spokojne osiedle na rzecz tego wygnajewa, nawet po to, by hodować tu wymarłą faunę? W gruncie rzeczy nie różni się to od wyroku skazującego na dożywotnią grę w golfa, nie sądzisz?
Nie wyjawiłem jej, jak bardzo uradował mnie widok tej miejscowości, która zdawała się roztaczać wokół siebie aurę niewzruszonej stabilizacji. Wolałbym sytuację, w której jajecznica byłaby jeszcze bardziej wodnista, lecz moje bezpieczeństwo nie stałoby pod znakiem zapytania.
- Znalazłam sobie jednak zajęcie i wiem już, co robić, żeby czuć się tu dobrze. A to, jak się pewnie domyślasz, doprowadza twego ojca do szału. Nie podchodzę do tego w sposób właściwy. Nie bawię się tu tak, jak należy. - Wyciągnęła pudełko z przegródkami, na których zaznaczone były kolejne dni tygodnia, i zaczęła wypełniać je czerwonymi, żółtymi i zielonymi pigułkami. Rytm zbliżającego się tygodnia został w ten sposób wyraźnie określony.
- A jak w takim razie się bawisz, mamo?
Uniosła ciemnozieloną tabletkę.
- Jak myślisz, czy moje ciało wytwarzało kiedyś taką substancję, a potem to się skończyło? I który gruczoł może za nią odpowiadać?
Pigułka pobłyskiwała matowym światłem, niczym zbiornik ze skroplonym tlenem na statku kosmicznym w jakimś filmie science fiction.
- Nie mam pojęcia.
- Wiesz, jak te wszystkie plejstoceńskie świrusy spiknęły się w końcu z sobą? Należeli kiedyś do jednej grupy dyskusyjnej w Inernecie. Wymieniali się radami co do hodowli, podrzucali sobie najnowsze dane na temat istniejących sekwencerów i inkubatorów DNA. A potem niektórzy z nich postanowili się osiedlić w jednym miejscu i podjąć się pracy nad większym projektem. Przybyli tutaj wszyscy razem. Są wśród nich ludzie bardzo bogaci.
- To całkiem nowe zjawisko - powiedziałem. - Transformacja społeczności wirtualnych w realnie istniejące wspólnoty. Dzięki takim cudownym krokom wstecz moja praca jest bardzo ciekawa.
Matka westchnęła.
- Wiem, że w tych czasach matki nie potrafią wyjaśnić, na czym polega praca ich synów, a oni reagują na to wściekłością. Gdybyście jednak mieli normalne zawody, na przykład: księgowy, zapaśnik, prezenter prognozy pogody czy jakiś…
- Zapaśnik?
- Wtedy mogłybyśmy po prostu je nazwać i ludzie wiedzieliby, o co nam chodzi.
- Nazwałem wyraźnie zajęcie, którym paramy się Stacy i ja. Eksperymentujący demografowie - tak możesz o nas mówić. Nie jest to określenie doskonałe, ale z braku innych powinno wystarczyć.
I, proszę bardzo, wypowiedziałem te dwa złowieszcze słowa. Mama zacisnęła usta, zresztą może tylko dlatego, że nie smakował jej sok.
- Nie jesteś przecież kimś takim.
- Nie, mamo. - Wiedziałem, że w moim głosie zabrzmiał smutek. - Nie jestem kimś takim. Już nie jestem.
- Och, Bertramie. - W oczach miała łzy. - Nie wiem, kto kogo rzucił, ale ona nie jest już z tobą, prawda?
- W najmniejszym stopniu. To samo mogę powiedzieć o mojej pracy.
- Ona tak wiele dla ciebie znaczyła… - Mama nigdy nie lubiła Stacy, ale wiedziała, co może zranić jej syna.
- Nasze ostatnie zadanie… - powiedziałem. - To ona się nim zajęła, ja jej tylko asystowałem. Spisała się świetnie, naprawdę świetnie. Pokazałem jej, jak zlokalizować potencjalnie samookreślające się grupy ludzi… A ona znalazła ciekawą grupkę nastolatków: warstwę niezadowolonej ze stanu rzeczy młodzieży z wielu szkół średnich w całym kraju. Mówi się, że to jedynie marketing na wielką skalę, ale to wcale nie stąd biorą się największe zyski, już nie stąd. Te małolaty nie postrzegają siebie jako jednej grupy, ale ja… To znaczy… Stacy stwierdziła na podstawie kupowanych przez nich towarów, czytanych czasopism, odwiedzanych stron w Internecie, słuchanej przez nich muzyki i pochłanianych narkotyków, że oni czegoś poszukują. Czegoś, czego jeszcze nie znaleźli. A więc ona im to dała.
- Co niby? - Mama nie mogła ukryć swej ciekawości.
- Przeszłość. Prawdziwą, odległą przeszłość. Wystarczyło dobre posunięcie marketingowe, by młodzi zaczęli zamawiać krzemienne końcówki włóczni, dystrybutory pigułek antykoncepcyjnych w kształcie paleolitycznych posążków płodności albo graffiti z podobiznami mamutów. Chodziło co prawda tylko o tę jedną grupę młodzieży, ale zainteresowanie było wystarczające. Ich pokoje wyglądały pewnie jak Altamira lub Lascaux. Kiedy ta moda się skończy, nawet za darmo nie będziemy mogli rozdać tych wszystkich cudeniek z paleolitu, ale to nas czeka dopiero… w przyszłości.
Moja matka podniosła się i przeczesała dłonią swoje krótkie siwe włosy. Nie wyglądała już młodo i nie mogłem się co do tego oszukiwać. Moja matka była starą kobietą. A jednak w jej oczach dostrzegłem błysk, którego nie było tam od lat. Miała podrapane ręce, a skóra na dłoniach mamy była już wyraźnie zrogowaciała, jakby przez dłuższy okres ciężko pracowała na świeżym powietrzu. Nigdy nie zajmowała się ogrodem i, w rzeczy samej, ogrodu za nowym domem nie było, choć spodziewałem się go tam znaleźć.
- Myślisz, że straszny z ciebie mądrala? - W głosie matki słyszałem zgorzknienie.
- Mamo, ja…
- Pogadaj z ojcem. To znaczy, spróbuj porozmawiać z nim serio. Nie wiesz jeszcze wszystkiego o życiu.
Mama wyszła z kuchni. Kilka minut później usłyszałem, jak otwiera się furtka na podwórze. Wychyliłem głowę przez kuchenne okno, lecz nie zdążyłem zobaczyć, dokąd udała się moja matka. Usiadłem więc, by wypić kolejną filiżankę kawy. Spod zlewozmywaka wychynęła głowa stworzenia, które przypominało borsuka. Osobnik ów zauważył mnie i z powrotem ukrył się pod zlewem, a drzwiczki kliknęły swym magnesowym zatrzaskiem.

[…]


fragment opowiadania w tłumaczeniu Lesława Halińskiego