Kategorie

Tropikalne zwierzę

  • Kod: 83-7298-734-3
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Gutierrez, Pedro Juan
  • Cena w naszym sklepie: 29,90 zł
    Cena detaliczna:

Pedro Juan, główny bohater i narrator Brudnej trylogii o Hawanie, znów się pojawia i ma teraz pięćdziesiąt lat. Chce napisać powieść, ale wciąż brakuje mu odwagi, by ją zacząć. Cały jego czas pochłaniają pisarskie projekty i malarstwo. Pedro Juan jest pozbawionym skrupułów pícaro z powieści łotrzykowskiej (trochę podstarzałym) o dość szczególnej etyce, którą umie dopasować do swoich gustów i potrzeb. Ma romans z dwiema całkowicie różnymi kobietami: z czterdziestoletnią Szwedką, Anetą, którą poznał dzięki promocji swoich książek, i trzydziestoletnią Mulatką, Glorią, obdarzoną bogatym doświadczeniem życiowym i wyznającą dość szczególną filozofię.

W 2000 roku powieść Tropikalne zwierzę zdobyła Premio Alfonso García-Ramos, nagrodę przyznawaną przez radę miejską Teneryfy i wydawnictwo Anagrama. Zapewniła też Gutiérrezowi rozgłoś i poczesne miejsce wśród twórców nowej powieści latynoamerykańskiej.

Rok wydania: 2005
Stron: 316
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 16
Tłumacz: Piotr Fornelski

Fragment tekstu:

- Lubię sprytne, szykowne dziewczyny, kute na cztery nogi i grzeszne do szpiku kości.
- Takie oskubią człowieka do czysta - zauważył Randall obojętnie.
- Jasne. Jakby mnie nikt nigdy nie oskubał. A to, co się teraz dzieje, jak pan nazwie?*
Philip Marlowe w Żegnaj, laleczko, Raymond Chandler


Tylko my, mnisi z tamtych czasów, znamy prawdę, lecz niekiedy powiedzieć ją oznacza stos.
Notatki do Imienia róży, Umberto Eco

 


Powieść ta jest fikcją. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych zdarzeń lub osób jest czysto przypadkowe.
P.J.G.

 


IOGNISTY WĄŻ

1
Pewien szwedzki uniwersytet chciał mnie zaprosić na cykl seminariów, który zwykł organizować każdego roku na wiosnę. Nie bawią mnie seminaria, a tym bardziej literackie, ale była to okazja, żeby poznać Szwecję za friko. Z jakiegoś powodu, nad którym nie chce mi się teraz zastanawiać - chyba po prostu ci, od których zależał mój wyjazd, nie lubili szwedzkiej socjaldemokracji - ta moja skandynawska wycieczka nie doszła do skutku. Wtedy właśnie zaczęły się telefony i korespondencja między mną i Agnetą, która koordynowała te wszystkie seminaria. Z czasem nasze kontakty stawały się coraz cieplejsze. Trwało to już rok. Wysłałem jej kilka moich wierszy. Zamówiła przez pocztę Brudną trylogię o Hawanie. Otrzymała ją z Barcelony. Odkąd zaczęła czytać te moje opowiadania, dzwoniła już do mnie codziennie. Mówiąc przez telefon, zacinała się, jąkała i wszystko powoli nabierało coraz bardziej intymnego charakteru.
Dzięki szczęśliwemu skrzyżowaniu dróg w 1998 roku Boże Narodzenie mogłem spędzić w Alpach razem z moją przyjaciółką fotografką. Mieszkaliśmy w drewnianym domu w górach. Zupełnie jak w romantycznym powieścidle, ale to nie jest żadna bujda. Było właśnie tak: szare, pochmurne i wietrzne popołudnie, wypiłem kilka whiskies, a moja przyjaciółka robiła mi zdjęcia. Alkohol uderzył mi do głowy i zacząłem się rozbierać. U mnie już tak jest: zawsze mi staje, gdy ktoś na mnie patrzy i jestem na golasa. Tym bardziej gdy wiem, że mnie fotografują. To normalne. Zdjęcia bardzo fajnie wyszły: ja goły na śniegu i ze sterczącym kutasem. Wyglądałem tak młodzieńczo, a moje ego było tak prężne i atrakcyjne, że nie mogłem się powstrzymać i jedno z tych zdjęć wysłałem Agnecie jako prezent na Gwiazdkę.
Jestem uwodzicielem. Wiem. Są notoryczni alkoholicy, ludopaci, ludzie uzależnieni od kofeiny, nikotyny albo marihuany, kleptomani i tak dalej, ja zaś nałogowo uwodzę. Czasem aniołek, którego w sobie noszę, próbuje mnie wziąć w karby i mówi: "Pedrito, nie bądź taki skurwysyn. Nie widzisz, że przez ciebie te kobiety cierpią?" I wtedy zawsze odzywa się diabełek: "Rób tak dalej! Przynajmniej przez chwilę są szczęśliwe. Ty zresztą też. Nie przejmuj się".
To nałóg. Wiem, że taki sam, jak wszystkie inne. Niestety, nie ma Klubu Anonimowych Uwodzicieli. Może by mi coś pomógł, choć wcale nie jestem taki pewien. Przypuszczam, że wynajdywałbym tysiące pretekstów, żeby nie chodzić na spotkania, gdzie z kamienną twarzą i z ręką na Biblii musiałbym wobec wszystkich bezczelnie deklarować: "Nazywam się Pedro Juan. Jestem uwodzicielem. Dziś mija dwadzieścia siedem dni, odkąd nikogo nie uwiodłem".
W marcu byłem już z powrotem w Hawanie. Żyłem sobie bardzo spokojnie i malowałem. Eksperymentowałem na materiałach z odzysku. To znaczy na śmieciach, które zbierałem po ulicach. Miałem mnóstwo surowca. Po południu piłem rum, paliłem cygaro i uwodziłem jakąś Murzynkę albo Mulatkę. Ja je naprawdę uwielbiam. Nie będę tutaj pisał, że Murzyni są jakąś lepszą rasą, bo byłoby to faszyzmem na odwrót, ale mocno wierzę, że powinniśmy się mieszać. Krzyżować. Tworzyć coraz więcej Mulatek i Mulatów. Krzyżowanie się ras jest zbawienne i właśnie dlatego tak bardzo lubię Murzynki. No dobrze, może nie tylko dlatego, bo gdy człowiek się pieprzy, za cholerę nie myśli o zbawianiu świata. Mam jednak dwie córki, fantastyczne Mulatki, które są potwierdzeniem tej tezy.
No więc już w marcu Agneta zaczęła ze Sztokholmu organizować dla mnie następny wyjazd do Szwecji. Ona umie działać sprawnie i skutecznie, ale teraz wyczuwałem u niej pewne wzburzenie. Wiersze, opowiadania z Trylogii i moje gołe zdjęcie wśród alpejskich śniegów musiały jakoś wpłynąć na funkcjonowanie jej neuronów. Dzwoniła do mnie niemal codziennie i mówiła mi zawsze coś w tym stylu: "Wczoraj całą noc nie mogłam spać. Kompletnie zburzyłeś mi spokój. Czy to wszystko, co piszesz, jest prawdą?"
Ja wtedy odpowiadałem: "Tak. Ja mam słabą wyobraźnię".
A ona: "Och, Pedro Juan, ale przyjedziesz na wiosnę? Wszystko jest już przygotowane. Przyjedziesz?"


2

Zawsze dzwoniła do mnie o ósmej rano według hawańskiego czasu. O drugiej po południu w Sztokholmie. Punktualnie jak w zegarku. Pewnego marcowego poranka usłyszałem telefon. Nie spałem już od godziny, ale wciąż nie wstawałem z łóżka. Z trzema poduszkami pod głową czytałem Nieśmiertelność Kundery. Agneta przerwała mi na stronie 69, gdy doszedłem do miejsca, gdzie była mowa o represji, brutalności i pysze, jakie rodzi władza: "Goethe! - Napoleon uderzył się ręką w czoło. - Autor Cierpień młodego Wertera! Podczas kampanii w Egipcie spostrzegł, że jego oficerowie czytają tę książkę. Bardzo go to zirytowało. Obsztorcował oficerów, że tracą czas na takie głupoty, i raz na zawsze zabronił im czytać powieści. Jakichkolwiek! Niech czytają powieści historyczne, bo z nich jest dużo większy pożytek".
Ja w przeciwieństwie do Agnety czytałem książkę o powolnym rytmie, wręcz filozoficzną. Czytałem ją w rzadkich momentach ciszy i wewnętrznego spokoju, jakimi mogłem dysponować w tym szczególnie hałaśliwym i chaotycznym mieście. Tutaj nic nie jest trwałe, wszystko zmienia się w zawrotnym tempie.
Na jej pytania mam tylko jedną banalną odpowiedź: "Gdy mieszkasz w takim miejscu jak to, nie możesz pisać w tempo lento. Tutaj wszystko rozpada się w rękach. Nic nie trwa dłużej niż przez chwilę, więc wciąż musisz iść i szukać czegoś nowego. I tak codziennie". Ona milczy. Oboje to lubimy. Ludzie milczą i cieszą się takim milczeniem tylko wtedy, gdy są obok siebie. Międzynarodowe połączenia kosztują. Nikt nie wydaje pieniędzy, żeby sobie pomilczeć przez telefon. My to robimy, i za darmo, bo Agneta dzwoni ze swojego biura na uniwersytecie. To taka zmysłowa gra. Ona jest przy jednym końcu drutu, ja przy drugim. Nic nie mówimy. Łączy nas milczenie. Wreszcie ona przerywa ciszę i wypełnia pustkę tym samym co zawsze pytaniem: "Przyjedziesz na wiosnę?"


3

Krótko rozmawialiśmy. Góra pięć albo sześć minut. Kiedy wracam do książki, cały czas myślę o tempie. Człowiek pisze tak, jak żyje. To nieuniknione. Spokojne tempo lento jest idealne dla sposobu, w jaki swój materiał postrzega pisarz europejski, który żyje w wielowarstwowej, długo gromadzonej i już schyłkowej kulturze. Żyje na końcu czegoś: na końcu jakiegoś okresu albo epoki. Jego patrzenie jest patrzeniem kogoś, kto doszedł już do celu i teraz usiadł na chwilę, by spokojnie pomyśleć o swojej długiej i pełnej przygód drodze.
Ja natomiast należę do społeczeństwa, które wciąż wrze, wije się w konwulsjach, a jego przyszłość jest niepewna i absolutnie nieprzewidywalna. Żyję w miejscu, gdzie jeszcze pięćset lat temu ludzie mieszkali w jaskiniach, chodzili nago, polowali, łowili ryby i dopiero od niedawna znali ogień. A na dodatek mieszkam w dzielnicy czarnych. Wśród Murzynów, którzy jeszcze przed stu laty byli niewolnikami. I bardzo niewiele od tamtej pory osiągnęli. Za mało jak na sto lat bez kajdan.
Tak więc moje życie jest nieustannym eksperymentowaniem między jedną a drugą nicością. Czasem są to zawrotne i bardzo brutalne eksperymenty. Mojego pisania nie mogę sztucznie oddzielać od tego, co robię i myślę. Być może, gdybym mieszkał w Sztokholmie, moje życie byłoby nieśpieszne, szare i monotonne. Otoczenie jest decydujące. Jedyne, co mogę zawsze robić - w Sztokholmie, w Hawanie czy gdziekolwiek indziej - to tworzyć swoją własną przestrzeń. Nie mogę czekać, aż ktoś mi da wolność. Wolność trzeba sobie stworzyć samemu. Jak? Każdy sam też musi to odkryć. Ja swoją wolność tworzę, pisząc, malując, próbując patrzeć normalnie na świat, radząc sobie w dżungli jak wiecznie czujne zwierzę i broniąc przed obcymi mego prywatnego życia. Dla człowieka najważniejsza jest wolność. Wewnętrzna i zewnętrzna. Żeby odważył się być sobą w każdej sytuacji. Z wolnością jest jak ze szczęściem: nigdy się jej nie osiąga. Nigdy się jej nie ma w pełni. Człowiek jest zawsze tylko w drodze ku niej. Idzie w ślad za wolnością i za szczęściem. I na tym polega życie. Więcej nie możemy żądać. Jeszcze kilka lat temu, i to od dawna, moje życie było spętane przez systemy, pojęcia, przesądy, uprzedzenia i decyzje, na które nie miałem wpływu. Wszystko to było zbyt kategoryczne i autorytarne. W ten sposób nigdy nie byłem w stanie tak naprawdę dojrzeć. Żyłem jak dziecko w kojcu, chronione i izolowane od świata, żeby nie mogło wyrobić sobie mięśni ani rozwinąć umysłu. Potem wszystko rozpadło się przede mną. Rozpadło się we mnie. Z hukiem. Byłem wtedy o krok od samobójstwa. Albo od obłędu. Musiałem coś w sobie zmienić, żeby nie skończyć jako szaleniec albo trup. Bo przecież chciałem żyć. Po prostu żyć. Żyć bez tych wszystkich problemów. Może przez chwilę być nawet szczęśliwy. I pozbyć się tej całej udręki. Bez tego się nie da: człowiek musi przestać się dręczyć. Może wystarczy zmienić punkt widzenia. Trzeba w pełni być obecnym tam, gdzie się akurat jest. Nie można ciągle uciekać.
Odłożyłem Nieśmiertelność. Zszedłem po schodach i na chwilę usiadłem na Malecónie twarzą do morza. Była sobota i około wpół do dziewiątej rano. Wszędzie spokój i cisza. Gdzieś obok słyszałem tylko policyjne radio: "Dwadzieścia cztery zero dwadzieścia cztery. Dwadzieścia cztery zero dwadzieścia cztery. Dwadzieścia cztery zero dwadzieścia cztery, zgłoś się. Odbiór. Praaaakkkk. Słyszę, dwadzieścia cztery. Praaaakkkk…"
Postanowiłem wrócić do domu. Miałem ochotę na kawę. To chyba lepsze, niż siedzieć dalej na Malecónie i wpatrywać się w morze. Przeszedłem parę metrów i natknąłem się na tych naszych debili, którzy właśnie żegnali się w bramie. To takie małżeństwo. Oboje są mongoloidalni, a przynajmniej na pograniczu. Coś u nich jest nie tak, nie wiadomo co, ale na pewno nie są normalni. Brakuje im jakiejś klepki. Srają na schodach i swymi idiotycznymi wrzaskami dają w kość wszystkim sąsiadom. Wszedłem do holu naszego staroświeckiego budynku. Kiedyś był to luksusowy i drogi apartamentowiec. Powstał w 1927 roku, ma schody z białego marmuru, przestronne i komfortowe mieszkania, windę z kratami z polerowanego brązu, fasadę w bostońskim stylu oraz drzwi i okna z mahoniu. Teraz to wszystko jest w kompletnej ruinie. Winda i schody śmierdzą moczem i gównem. Na chodniku przed bramą jest wyrwa, z której na ulicę płyną ekskrementy. Dokoła wszyscy palą marihuanę, a na ciemnych schodach trwają nieustanne seksualne orgie. Wiele mieszkań zostało podzielonych na mniejsze i tam, gdzie dawniej mieszkały trzy osoby, teraz gnieździ się ich dziesięć albo i piętnaście. Cysterna na wodę ciągle jest pusta. Woda nie dochodzi, nikt nie wie dlaczego, i wciąż musimy ją nosić we wiadrach z hydrantu przed domem. Normalka. Tak samo jest w całej dzielnicy. Brud, smród i ogólne zaniedbanie.
Próbuję uciec od tej apokalipsy. Przynajmniej myślą i duchem. Niestety, moja materia wciąż musi tkwić wśród tych ruin.
Debilka weszła za mną do windy. Nacisnąłem guzik na siódme i popatrzyłem na nią. Było ciemno. W tej naszej windzie zawsze jest ciemno jak w grobie. Nie ma żarówek. Ludzie je kradną. W ogóle można mówić o szczęściu, jeśli przez kilka dni winda chodzi bez awarii. W każdym razie trochę się widzieliśmy w ciemnościach, ta głupkowata dziewczyna i ja. Bezmyślnie i na pół żartem powiedziałem:
- Och. Elenita, wyglądasz na szczęśliwą.
Natychmiast podeszła do mnie. Chwyciła mnie za ramię i poczułem na sobie jej wielkie i masywne piersi. Wydawała z siebie jakieś dziwne dźwięki: coś jakby "oghn, oghn". Och, ale miała te piersi! Twarde, obfite, o ostrych i sterczących sutkach. Chwyciłem je prawą ręką i zacząłem ugniatać. Lewą rękę wsunąłem jej między nogi. Nie miała majtek pod lekkim i spranym szlafrokiem. Ale fajnie! Elenita ma jakieś dwadzieścia pięć lat i pochodzi z prawdziwej mieszanki ras: skrzyżowali się w niej Mulaci, Murzyni, biali, Chińczycy i chyba nie brakło też kogoś z Jamajki albo z Haiti. Nieprawdopodobny melanż. Końcowy produkt mógłby być bardzo udany, gdyby nie ten defekt w mózgu, który ją sytuuje na skraju debilizmu. Czegoś musiało zabraknąć w koktajlu. Właściwie nie mówi, tylko chrząka. Przypuszczam, że z myśleniem też jest u niej kiepsko. Poza tym ma chyba jakąś seksualną obsesję, nie wiem. Kiedy sięgnąłem ręką jej krocza, czekała tam na mnie cudowna niespodzianka: mnóstwo włosów. Cała puszcza, choć raczej nie dziewicza. W środku szeroka szpara, wilgotna i pachnąca. Dokładnie tak. Wsadziłem w nią palec i pogrzebałem nim trochę. Po chwili całą dłoń miałem mokrą. Ścisnąłem łechtaczkę. Elenita jęknęła. Powąchałem palce. Ładny zapach. Przyjemny i delikatny. Nie wyczuwało się w nim żadnego brudu. Prawdziwa pokusa dla języka. Opuściłem rękę i jeszcze raz wetknąłem palec. Elenita jęczała coraz głośniej i z kolei ona chwyciła mnie przez spodnie za kutasa. Była wyraźnie podniecona, a ja też miałem potężną erekcję. Zacisnęła rękę i zaczęła mnie masować, pochrząkując przy tym jak prosię: "Oghn, oghn". Jednak nie było czasu na nic więcej. Rozklekotana winda nagle zadygotała i stanęła. Ze zgrzytem otworzyła się krata. Siódme piętro. Wysiadłem i nawet się nie pożegnałem z tą debilką, która pojechała z powrotem na dół. Mieszka na trzecim. Wspiąłem się po schodach, które prowadzą na dach, gdzie jest ta moja buda. Nagle przyszło mi do głowy, że ta dziewczyna może mieć syfa, AIDS-a albo na przykład gruźlicę. Cholera jasna! Czemu zawsze muszę być taki? Chyba powinienem umyć ręce, ale na górze nie było wody i nie chciało mi się zjeżdżać znów na dół i iść do ulicznego hydrantu. Na szczęście jej nie całowałem w tej windzie.
Pomyślałem, że zrobię sobie kawę, ale odeszła mi ochota. Byłem strasznie zmęczony. Zwaliłem się na łóżko. Nagle znalazłem się w jakichś ogromnych i ciemnych halach, gdzie robotnicy spawali stalowe blachy. Wszędzie iskry i błyski elektrycznych łuków. Wyglądało, że jestem w stoczni. To była jedna z moich pierwszych prac, kiedy miałem siedemnaście lat. Pomocnik spawacza w stoczni remontowej. Zatrudnili mnie na nocną zmianę, od dwunastej do ósmej. Trwało to niespełna rok, ale wystarczyło za dwadzieścia lat. Nie chcę o tym pamiętać, bo czułem się wtedy jak zasrany niewolnik. Do dziś w nocnych koszmarach wraca do mnie obraz tych cholernych doków, gigantycznych statków i iskier tryskających spod palnika. W kącie zobaczyłem małpę. Chyba niedawno urodziła, bo do brzucha przyssała jej się cała gromada małpiątek. Samiec próbował się do niej zbliżyć, ale go odganiała, bo była bez reszty pochłonięta produkowaniem mleka dla swojego potomstwa. Nie chciała nic wiedzieć o gościu. Pogłaskałem odrzuconego samca. Przysunął się do mnie i wtedy zacząłem go jeszcze bardziej pieścić. Dotknąłem jego członka. Stał mu. Pomasowałem go trochę. Małpiszon przywarł do mnie i nie ruszał się. Był szczęśliwy. W końcu wytrysnął. Zmoczył mi całą rękę. Miał strasznie dużo spermy. Jeszcze przez chwilę siedzieliśmy obok siebie. Czuliśmy nawzajem swoją bliskość. I tyle. Później już nic nie pamiętam. Chyba jeszcze spałem jakiś czas, a potem się zbudziłem.


4

Trzy dni później Agneta znów do mnie zadzwoniła. Wysłała mi już zaproszenie. Żebym mógł wyjechać, potrzebuję jakiejś instytucji, która mnie zaprosi, pokryje wszystkie koszty - w tym opłatę za zgodę na wyjazd, za wizę i za ubezpieczenie - weźmie za mnie prawną odpowiedzialność i zagwarantuje, że nie będę się wałęsał po Szwecji jako emigrant. Wszystko jest pod kontrolą, wszystkie formalności muszą być dopełnione.
Agneta rozwija całą swoją wrodzoną skuteczność. Najpierw informuje mnie o podjętych w mojej sprawie krokach, potem się rozluźnia. W ostatni weekend była z przyjaciółką na koniach. Mówię jej, że powinna częściej szukać sobie jakichś rozrywek. Cały czas tylko pracuje. Wczoraj dostałem od niej list, który wysłała dobre kilka tygodni temu. W środku był grafik wycięty z jakiegoś dziennika z 28 stycznia. Sverige har blivit kallt. W Karesuando temperatura spadła do minus czterdziestu dziewięciu. W Sztokholmie jest minus czternaście. Grubość pokrywy śnieżnej waha się od 51 do 94 centymetrów. Dobrze, że teraz tam nie jestem. Rozmawiamy o pogodzie tutaj. Świeci słońce, morze jest błękitne i spokojne, dwadzieścia cztery stopnie. Unikam nieprzyjemnych tematów. Lepiej jest rozmawiać o koniach, wycieczkach na rowerze, o moim english training albo o obrazach. W sumie jednak niewiele mówimy. Agneta co chwilę milknie. Może po prostu nie ma o czym opowiadać.
- Skończyłaś już książkę?
- Och, nie. Mogę ją czytać tylko w weekendy.
- Dlaczego?
- Nie mogę po niej zasnąć. Mam dużo pytań do ciebie, Pedro Juan. Całe mnóstwo. Gdybym czytała ją w tygodniu, nie byłabym w stanie pracować. Ta twoja książka za bardzo mnie wzburza.
- Ach…
Później znów trochę maluję. W tych dniach jest akurat spokój i cisza, więc korzystam, że mogę się skoncentrować. Do tego jeszcze samotność. Możliwe, że człowiek pisze i maluje nie tylko po to, żeby stworzyć sobie pewien obszar wolności, lecz również dlatego, by poczuć, że coś przy nim jest. Tu nie chodzi o to, żeby przerwać samotność. Nie, wcale nie. Samotność będzie zawsze. Wciąż ją czuję, dotykam jej, rozmawiam z nią. Stanowi część mojego życia. Samotność jest nieunikniona. I pomaga. Jeszcze bardziej się koncentruję. Jestem bardziej sobą, kiedy jesteśmy razem, samotność i ja. Uwielbiamy się nawzajem. Nie mógłbym żyć bez samotności.
Obecnie maluję tylko w szarościach, czerniach, ochrach i sepiach. Nie chcę nic wiedzieć o czerwieni. Ani tym bardziej o błękicie, zieleni i żółci. Maluję i równocześnie jestem coraz bardziej wściekły. U mnie jest tak zawsze. Malowanie wyzwala we mnie gniew i ten gniew miesza się z samym malowaniem. Malowanie i gniew to dwie antagonistyczne siły, nie mogą istnieć bez siebie. Kochają się i nienawidzą. A zresztą nie wiem. To wszystko jest bardzo pokomplikowane i od dawna już nie próbuję zrozumieć, na czym polega ich związek.
Koło południa zaczyna mocno wiać. Niebo momentalnie się chmurzy. Morze już nie jest spokojne. W niecałe pół godziny pogoda radykalnie się zmienia. Fale z hukiem rozbijają się o mur Malecónu i rozpylają sól na miasto. Zamykam okna. Tutaj na dachu wieje jak cholera. Muszę dobrze zabezpieczyć okna. Związuję je od środka. Wiatr i deszcz atakują coraz wścieklej. Przez okna zaczyna się wdzierać do mieszkania woda. Rozlewa się po podłodze aż do kąta, w którym zwykle maluję. Zbieram wszystkie swoje malarskie przybory i kładę je na łóżku. Pozwalam wodzie płynąć. Później się nią zajmę, gdy przejdzie nawałnica. Wiatr napiera z północy, a drzwi mego mieszkania wychodzą na wschód. Uchylam je i patrzę na burzę, która szaleje nad morzem i miastem. Światło latarni na El Morro niemal zupełnie ginie za kurtyną deszczu. Wszystko jest szare i temperatura coraz bardziej spada. Robi mi się zimno. Z portu wychodzi w morze jakiś czerwony statek. Kontenerowiec. Niewielki: na pokładzie ma tylko szesnaście kontenerów. To jego wyjście jest naprawdę dramatyczne: mozolnie i powoli przedziera się pod wiatr przez fale. Maszyny pod pokładem są chyba o krok od eksplozji, ale statek dzielnie stawia czoło furii Karaibów. Kapitan postanowił utrzymać fason przed załogą. Chciał pokazać, że jego statek jest może mały, ale mocny i odważny. Mógł przeczekać burzę i nie wypływać z portu, ale prawdziwy marynarz tak nie robi. No i oto teraz mały czerwony stateczek w strumieniach szarego i lodowatego deszczu walczy ze sztormem i z falami, które przelewają się przez jego pokład i rozbijają z hukiem o kontenery. Piękny widok. Mały, dzielny, czerwony wojownik, który całą siłą swych mięśni walczy, by dumnie i na przekór szkwałowi wyjść z portu. Wściekły i oszalały żywioł atakuje, próbuje go wywrócić, ale gość się nie poddaje, tylko wbija pazury i prze twardo przed siebie.
Ze studni wewnętrznego podwórka dochodzi do mnie brzęk bransoletek Glorii. Gloria klnie i wymiata wodę z mieszkania. Jej krzyki mieszają się z głosem jakiegoś faceta, który drze się na cały regulator. Roberto Carlos, José José, nie wiem. Jakiś piosenkarz. U niej w domu zawsze ktoś taki musi się wydzierać. I zawsze o tym samym: o miłości i rozczarowaniu. Chyba też zalało jej mieszkanie, bo okna nie wytrzymały. Te jej bransoletki są jak dzwonki. Meksykańskie srebro, tak mi się wydaje. Lubię ich słuchać: brzmią zwłaszcza wtedy, gdy Gloria myje garnki albo sprząta. Ciągle je słyszę. Mieszkam w takiej budzie na dachu. Ja i jeszcze paru innych sąsiadów, o których nie chce mi się gadać. Ani oni mnie nie obchodzą, ani ja ich. Ten dach jest jakby ósmym piętrem budynku. Gloria mieszka pode mną, na siódmym. Razem ze swoją matką i synem oraz radiem i magnetofonem, które nigdy nie milkną. Do tego jeszcze przez jej mieszkanie przewalają się tabuny krewnych. Przyjeżdżają i wyjeżdżają. Kuzyni, siostrzeńcy, chrześniacy, wujowie, ciotki, szwagrowie, szwagierki, bracia, zięciowie, teściowe, sąsiedzi wujków, pasierbowie sióstr, narzeczone kuzynów, dzieci siostrzeńców oraz ich małżonkowie i potomstwo. Istna menażeria. Zjeżdżają się z całej Kuby: do lekarza, w interesach albo pokurwić się trochę. Zarobią parę dolarów, natychmiast je wydadzą, pomieszkają kilka dni i znikają. Pojawiają się następni. Mieszkanie Glorii to kompletny chaos. Kupa ludzi i wciąż ta muzyka. Na ful. Bolera, salsa i meksykańskie rancheras. Kochałem cię, a ty mnie zostawiłaś. Odtąd wciąż ciebie szukam, choć ty mnie nie chcesz znać. Dlaczego każesz mi tak barrrrdzo cierpieć? Dlaczego, poooowiedz mi. Muzyka musi być. Feliciano, Gloria Stefan, Luis Miguel, Mark Anthony, Ricky Martin, Ana Gabriel, La India, Rocío Dúrcal, Juan Luis Guerra. I rum. Dużo rumu. Za to pieniędzy nigdy nie ma. A raczej pojawiają się i natychmiast znikają. Potem znów są i znów ich nie ma. No i jeszcze papierosy. Kłęby dymu, salsa i rum. Tłumy ludzi. Wchodzą, wychodzą, jedzą, srają, zatykają klozet i w pół godziny zużywają tę odrobinę wody, która rano pojawia się w zbiorniku. Później już cały dzień nie ma wody. To wszystko jest rodzina. Ogromna rodzina: biali, czarni, żółci, Mulaci, Indianie i wszystkie możliwe kombinacje.
Wygląda, że deszcz nie tak prędko ustanie. Wciąż przez okna zalewa mi mieszkanie. Lubię patrzeć, jak tony wody walą się na morze i miasto. Gloria dalej macha miotłą jak oszalała. Wciąż słychać brzęk jej bransoletek. Niewiele myśląc, wychylam się za mur i krzyczę w studnię podwórza: "Gloria! Gloria!" Nie słyszy mnie. Jeszcze raz wołam w strugach lodowatego deszczu. W parę sekund jestem kompletnie mokry. Woda spływa mi od karku aż do stóp. W końcu Gloria mnie słyszy. Wystawia głowę przez okno i patrzy do góry. Wystarczy, że popatrzymy na siebie, i już wszystko wiemy. Uśmiecham się, a ona potakuje głową. Ociekając wodą, idę do drzwi na klatkę schodową. Nasz taras na dachu ma osobne wejście. Po chwili Gloria jest już na górze. Ma dwadzieścia dziewięć lat. Ja - pięćdziesiąt. Jest bardzo szczupłą i ciemną Mulatką, trochę niższą ode mnie. Włosy ma czarne i sztywne jak druty. Do tego malutkie piersi i idealne ciało bez grama zbędnego tłuszczu. Jędrne i sprężyste. Jest miła, pogodna, ma olśniewający uśmiech, lecz równocześnie jest cholernie cwana. Porusza się spokojnie i zarazem prowokacyjnie: gdy idzie, nigdy nie zapomina pokręcić swoim zgrabnym tyłeczkiem. To taka typowa uliczna dziewczyna z Hawany Centrum. Gdyby żyła tutaj dwieście lat temu, byłaby taka sama. Mogłaby się nazywać Cecilia Valdés*. Podobnie by kombinowała, radziła sobie w życiu i tworzyła swoją własną moralność na prywatny użytek. Gloria bardzo mi się podoba. Szczególnie pociąga mnie w niej sposób, w jaki zawsze potrafi być wolna. Gdy jakieś wymysły czy konwencje społeczne przeszkadzają jej żyć, po prostu je odrzuca. Bez wahania. Bierze całą tę kupę norm, zasad i nakazów, po czym spokojnie odkłada ją na bok. I idzie dalej. Robi swoje.
Wszystko między nami zaczęło się trzy lata temu od zwykłego flirtu. Teraz już zupełnie straciliśmy głowę. To szaleństwo. Nie chodzi tylko o seks. Z każdym dniem coraz bardziej się kochamy. Poznajemy się coraz lepiej. Chciałbym napisać powieść, w której byłaby główną bohaterką. Chyba mam już nawet tytuł: Dużo serca. Gloria na szczęście o wszystkim mi opowiada. Przede mną niczego się nie wstydzi.
- Pedro Juan, ty jesteś kompletny wariat.
- Ja…? Ha, patrzcie, kto mi to mówi!
- Zalało mi całe mieszkanie. W środku jest więcej wody niż na zewnątrz.
- A twoja matka? To kaleka czy co?
- Ach…
- Nie, nie, żadne ach. Niech ruszy tyłek. Może wziąć miotłę i wygarnąć wodę.
- Dobrze, kochanie, daj już spokój.
Za dwie minuty jesteśmy już nadzy w łóżku. Na rozgrzewkę robimy sześćdziesiąt dziewięć. Gloria zawsze bardzo pachnie pod brzuchem. To taki ostry zapach, trzeba go lubić. Jest Mulatką, ale pachnie jak Murzynka. Wprost cudownie. Nie mogę się oderwać. Oboje zapamiętale pracujemy językami. Gloria to sama jędrność i energia. Kiedyś ćwiczyła gimnastykę i przez wiele lat tańczyła w klubie Palermo. Jest obłędna. Kiedy w nią wchodzę, traci głowę. Mówi wszystko, co jej przyjdzie na myśl, i nigdy nie jestem pewien, czy to prawda czy kłamstwa. Wie, że lubię takie opowieści. Te jej historie porno. Podnosi wysoko nogi, chwyta je rękami, przyciąga do siebie i mówi: "Do końca, kurwa, wsadź go do końca, ty chuju, spuść się we mnie. Och, tak, tak, niech mnie boli, skąd ty masz takiego wielkiego? Aj, zaraz wyjdzie mi przez pępek, nie, to niemożliwe, co ty robisz? To tortura. Tak, głębiej, niech mnie boli. Tak, ty jesteś mój, idź dalej, ja zwariuję. On jest u ciebie chyba coraz większy i grubszy. Tak, do końca, wsadź mi do końca, ty skurwysynu! Niech mnie boli, kurwa, niech mnie boli!" I wchodzę w nią twardo, do końca, głębiej już nie mogę. Ja to lubię. Lubię w nią wejść, przeć i dalej już nie móc. Raz, drugi, trzeci. Rżniemy się jak dzikusy. Jak ogier z klaczą. Zbieram w ustach ślinę i pluję na nią. Czuje moją ślinę na twarzy i krzyczy: "Tak, kurwa, pluj na mnie, pluj! Możesz mnie bić, ty skurwysynu, bo jestem twoją niewolnicą! Bij mnie, bij mnie, czym chcesz, jestem twoja! Zwariowałeś, jesteś wariat, ale tak, idź głębiej, spuść się! Spuść się, ty wariacie! Chcę cię mieć w sobie, spuść się, na co czekasz? Spuść się, już, teraz…!"
Nie chcę jeszcze kończyć. Wyciągam kutasa. Powstrzymuję się. Chwila przerwy. Potem znów go wsadzam. Gloria ma kolejny orgazm. Który to już? Sama chyba nie wie. Raz po razie dochodziła. Kiedy traci głowę, nie wie, co mówi ani robi. Ja cały czas się kontroluję. Wsadzam w nią kutasa i zaraz wyciągam, żeby nie skończyć za szybko. Nie wiem, ile to trwa. Godzinę? Półtorej? Kiedy czuję, że nie wytrzymam już dłużej, pytam: "No co? Chcesz, żebym się spuścił? Już nie mogę czekać… Och, kurwa, masz, masz! Bierz do końca!" Ona jeszcze bardziej rozwiera nogi, potem je przyciąga rękami i krzyczy: "Tak, spuść się, ale do środka! Głębiej, jeszcze głębiej, niech czuję, jak się spuszczasz!" No wiec to robię. Tryskam raz i drugi. Potem trzeci. Ach, już nie mogę więcej. Wyciągam z niej kutasa i kładę się na wznak na łóżku. Ona jak zwykle wysysa ze mnie ostatnie krople spermy. Jest nienasycona. Na tym punkcie ma kompletnego bzika. Umie to robić jak nikt inny. Cudownie. Jestem w siódmym niebie. Potem opadam na łóżko. Spuszczam się do końca i jestem groggy. Znokautowany. Nie słyszę nawet, jak mnie wyliczają. Nic. KO. Potrzebuję czasu, żeby wrócić do siebie. A potem się czuję największym macho na świecie. Jak byk, który przed chwilą wspiął się na krowę. Dawniej niepokoiła mnie czasem ta myśl: dlaczego jesteśmy jak dzikie bestie, kiedy się pieprzymy? Dlaczego zapominamy o naszej kondycji cywilizowanych ludzi? Rozmawiałem o tym kiedyś z moim przyjacielem, bardzo wykształconym i kulturalnym facetem. Powiedział mi: "Jasne, że musimy czuć się jak zwierzęta. W takich sytuacjach nie możesz udawać, że jesteś jabłonią albo kamieniem. Jesteśmy zwierzętami. Problem tylko, że nie wypada o tym pamiętać: że jesteśmy zwykłymi zwierzętami. A ściśle mówiąc, ssakami".
Jeśli jest akurat rum, strzelamy sobie po bańce i po kilku minutach otrząsam się z nokautu. Ale na ogół nie mamy rumu ani niczego w tym rodzaju. Jesteśmy tylko ona i ja. Dwoje wariatów, którzy się kochają. Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Od seksu. Nie chcieliśmy niczego więcej. Podobaliśmy się sobie. Pomału jednak robiło się coraz goręcej. Czasem Gloria przychodzi do mnie na górę, kładzie się ze mną do łóżka i całą noc śpimy razem. To dobrze móc z kimś spać. Mieć koszmary albo zwykłe sny. Rano budzić się obok kogoś. Być nagim i dotykać równie nagiego ciała. Zaczynać dzień od wzajemnych pieszczot. Czasem budzę się i przez godzinę lub dłużej mam potężną erekcję. Nie próbuję jednak w nią wsadzać kutasa: wystarcza mi sama jej bliskość. Gdy jest w nastroju, rzuca dla mnie muszle na tablicę i przepowiada mi przyszłość. Na ogół trafnie. Czasem przynosi mi talerz z jakimś jedzeniem. Gotuje fatalnie. Wszystko, co zrobi, jest po prostu niesmaczne. To niewiarygodne: w łóżku jest mistrzynią, ale ludzkie oczy nie widziały równie kiepskiej kucharki, jak powiedziałby Krzysztof Kolumb.
No dobrze. Chcę tylko powiedzieć, że niepostrzeżenie stajemy się sobie coraz bliżsi. Samotność jest okropna. Jeżeli człowiek może się przywiązać do psa albo kota, które są przecież głupimi zwierzętami, to jak tu nie pokochać takiej gorącej i zepsutej kobiety? To jest właśnie u niej najfajniejsze: to jej kompletne zepsucie, brak wstydu i pogarda dla wszelkich norm. Nieprawdopodobna z niej dziwka. Jeśli kiedyś zdecyduję się napisać jej biografię, nie wiem, jak to zrobię, bo wszyscy gotowi pomyśleć, że chciałem napisać ostre porno. Nikt nie uwierzy, że to autentyczna opowieść o cudownej kobiecie, która owija się wokół mnie i kusi jabłkiem. Hipnotyzuje mnie i trzyma w swojej władzy, aż wreszcie nad naszymi głowami pojawia się anioł z gorejącym mieczem i wypędza nas z raju.