W Orient Expressie bez zmian

  • 83-7298-269-4
  • Autor: Mills, Magnus
  • Dostępność: Brak
  • 19,90 zł
  • Niedostępny

Jest trochę "złotą rączką", człowiekiem potrafiącym naprawić wszystko, tak przynajmniej zdaje się myśleć pan Parker, ale cóż to ma za znaczenie, skoro już niebawem będzie siedział w ekspresie sunącym na wschód, do Indii, albo jeszcze dalej, tysiące kilometrów od tych mokrych, wyspiarskich łąk. Tylko skończy ten jeszcze jeden drobiazg, o który prosił pan Parker.
To wcale nie były wakacje, na pewno nie takie, jakie sobie zaplanował. W pewien deszczowy poniedziałek z turystami, którzy raptem zniknęli z kempingu, znikło też słońce, znikła ciepła woda w natryskach, zaopatrzenie w miejscowym sklepie, a nawet dobre piwo w pubie. Mimo to wydawało się, że ma dość pracy i różnych zajęć, by nie przejmować się tak drobnymi niedogodnościami - jak choćby odrabianie zadań domowych dla córki pana Parkera. A jeśli chodzi o zapłatę, to czy warto łamać sobie nad tym głowę? Na wszystko przyjdzie czas. Jednocześnie jednak zaczął się wtapiać w lokalną społeczność, powoli stawał się "jednym z nich" w pubie, na farmie, nad jeziorem. Cóż więc szkodzi odwlec wyprawę na Daleki Wschód?
W swej prześmiewczej, ale też i pełnej przestróg powieści o pracy i kapitale, niewinności i doświadczeniu, a także prostocie i naiwności, Magnus Mills prowadzi nas po ścieżkach dobrze już wydeptanych w Poskramianiu bydła - wiodących przez wiejskie bezdroża, gdzie ani gotówka, ani bezrobocie nie są w cenie - i czyni to w sobie tylko znany, niezwykły, zachwycający sposób.

Rok wydania: 2003
Stron: 212
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 20
Tłumacz: Paweł Laskowicz

Fragment tekstu:

W 1965 roku Magnus Mills nie skończył jedenastej klasy i trafił pod opiekę Kuratorium Oświaty w Gloucestershire. Pracował później jako operator niebezpiecznych maszyn w Wielkiej Brytanii i Australii, aż wreszcie znalazł zatrudnienie jako kierowca autobusowy w Londynie. Jego pierwsza powieść Poskramianie bydła zdobyła w 1999 roku McKitterick Prize i była nominowana za najlepszy debiut do Whitbread First Novel Award, a także słynnej Booker Prize. Przetłumaczono ją na szesnaście języków.
W swej prześmiewczej, ale też i pełnej przestróg powieści o pracy i kapitale, niewinności i doświadczeniu, a także prostocie i naiwności, Magnus Mills prowadzi nas po ścieżkach dobrze już wydeptanych w powieści Poskramianie bydła - wiodących poprzez wiejskie bezdroża, gdzie ani gotówka, ani bezrobocie nie są w cenie - i czyni to w sobie tylko znany, niezwykły, zachwycający sposób.

 

 

Kochanej mamie

 


1
- Pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli złapię pana przed wyjazdem - oznajmił. - Bo pan dzisiaj wyjeżdża, prawda?
- Nie miałem zamiaru - odparłem.
- W poniedziałki wyjeżdżają prawie wszyscy.
- Właściwie… postanowiłem zostać jeszcze przez tydzień. Pogoda nie jest najgorsza.
- Zatem pan zostaje?
- Jeśli można.
- Oczywiście - zapewnił. - Może pan zostać, jak długo zechce.
Od dawna zastanawiałem się, kiedy przyjdzie po zapłatę. W ostatnich dniach kilka razy widziałem, jak obchodził pole namiotowe i zbierał opłaty, ale mnie omijał z jakiegoś powodu. Dopiero teraz, szóstego dnia, zrobił pierwsze podejście. Wyszedłem z namiotu, bosy, i prowadziliśmy rozmowę dalej.
- Ładnie tu.
- O, tak - przytaknął. - Nam też się tutaj podoba. Choć… spędziłem tu całe życie, oczywiście, i nie bardzo wiem, jak wygląda gdzie indziej.
- Pewnie nie.
- Ale wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, mówią, że tu jest pięknie.
- Nic dziwnego.
Otworzył dłoń i dopiero teraz zauważyłem, że w ręce trzyma drewnianego śledzia od namiotu.
- To pański? - zapytał.
- Nie - odparłem. - Ja mam metalowe śledzie.
- A tego pan nie chce? Będzie zapasowy.
- Na pewno jest czyjąś własnością.
- E… nikogo już nie ma - wzruszył ramionami. - Wszyscy wyjechali.
Rozejrzałem się uważnie.
- Rzeczywiście, ma pan rację. I szkoda, że wyjechali.
- Parę kropel deszczu i ludziska biorą nogi za pas. Potem wraca słońce i żałują, że wyjechali.
- Zawsze jest tak samo?
- Prawie. To co? Bierze pan?
- Dobra. - Wziąłem śledzia. - Dziękuję.
- Mógłby pan zapłacić teraz część należności?
- Och, oczywiście. Ile jestem winien?
Na jego twarzy pojawił się urzędowo uprzejmy uśmiech.
- Funt za dobę.
- Zatem sześć funtów?
- Sześć nocy, sześć funtów. Zgadza się.
- Oczywiście. - Sięgnąłem do tylnej kieszeni, wydobyłem z niej pięciofuntowy banknot, wręczyłem mu go i zacząłem szukać w kieszeni drobnych.
- To chyba trochę drogo, prawda? - zagadnął nagle. - Ledwie jedna osoba, namiot i motocykl.
- Dlaczego, to przyzwoita cena - odparłem.
- Właściwie, skoro zostaje pan jeszcze przez tydzień, należałaby się mała zniżka.
- Może być funt za dobę - powtórzyłem, wręczając mu resztę zapłaty.
- No, dobrze - kiwnął głową. - Zatem niech tak będzie.
Ponieważ transakcja została zawarta, spodziewałem się, że wypowie parę uprzejmości i zacznie się teraz szykować do odejścia. Ale on schował pieniądze, przestąpił leniwie z nogi na nogę i spojrzał w niebo.
- Wakacje? - zapytał.
- Niezupełnie - odpowiedziałem. - No, coś w tym rodzaju.
Uśmiechnął się.
- To znaczy?
- Cóż, jakby to powiedzieć… Coś między jednym a drugim. Pracowałem przez całe lato, żeby zimą pojechać na Wschód.
- Na wschodnie wybrzeże?
- Och, nie - zaprzeczyłem. - Nie to miałem na myśli. Na Wschód za granicę. Wie pan, Turcja, Persja, a potem jeszcze dalej, do Indii.
- Rozumiem… - Pokiwał znacząco głową, patrząc na mój motocykl. - Pojedzie pan tym pojazdem?
- Nie, raczej nie - odparłem. - Na zdecydowanej części planowanej przez mnie trasy można już skorzystać z linii kolejowej.
- Doprawdy? O, to chyba bardzo wygodne?
- Owszem, tak mi się wydaje.
Spojrzał na mój namiot.
- Co w takim razie sprowadza pana w te strony kraju?
- Wie pan… - Zawiesiłem na chwilę głos. - Zawsze lubiłem patrzeć na jeziora, więc pomyślałem, że pierwszych parę tygodni warto będzie spędzić właśnie tutaj.
- I co? Spodobało się panu nasze jezioro?
- To, co widziałem, bardzo.
- Świetnie. Dzisiaj też gdzieś się pan wybiera?
- Jeszcze nie wiem, co dziś będę robił.
- Zauważyliśmy, że prawie codziennie gdzieś pan wyjeżdża.
- Naprawdę?
- Tak. Z naszego okna wszystko widać.
Trochę mnie to zaskoczyło. Kiedy przyjechałem, na polu przebywało już bardzo dużo ludzi. Wydawało mi się, że aż do dnia dzisiejszego pozostawałem nie zauważony. W końcu nic dziwnego, miałem tylko mały namiot i motocykl. Tymczasem niektóre rodziny, które przyjeżdżały w ciągu tygodnia, rozstawiały potężne namioty, rozpościerające się na całe połacie pola biwakowego, a między namiotami ganiały hordy krzyczących dzieci. W porównaniu z nimi ja właściwie w ogóle nie zajmowałem tu miejsca. Mimo to sporo czasu zabrało mi znalezienie na tyle rozsądnie położnego skrawka ziemi, by nie dać się zadeptać. Poprzedniego wieczoru, na wieść o nadchodzącym zachmurzeniu, nastąpił masowy exodus, ale dopiero nad ranem się zorientowałem, że zostałem ostatnim gościem. Dookoła widniały tylko wyblakłe place pożółkłej, spłaszczonej trawy, jakie pozostawiły po sobie namioty. Można było przypuszczać, że to brak innych gości spowodował nagłe zainteresowanie właściciela moją osobą. Okazało się jednak, że obserwował mnie od samego początku.
Na wzmiankę o oknie obaj równocześnie spojrzeliśmy w kierunku domu stojącego powyżej, na niewielkim wzniesieniu. Za domem można było dostrzec szary zarys olbrzymiej stodoły i innych budynków gospodarczych, a jeszcze dalej rysowały się odległe górskie zbocza porosłe trawą. Teraz wszystko tonęło w słońcu, ale po wczorajszym deszczu wiedziałem, że nie zawsze tak to wyglądało.
Kiedy tak staliśmy, napawając oczy pięknym widokiem, przyszła mi do głowy myśl.
- Właściwie miałem dzisiaj zamiar wynająć łódkę.
- Och, naprawdę?
- Tak, ale zawsze, kiedy schodzę na przystań, to budka, gdzie wynajmuje się łodzie jest zamknięta.
- To już końcówka sezonu.
- Pewnie ma pan rację.
- Nie mam jednak wątpliwości, że coś tu pan dla siebie znajdzie.
Po tych słowach uśmiechnął się, skinął lekko głową i ruszył wolnym krokiem w kierunku domu.
- Miło było pana poznać - powiedziałem za nim, a on tylko podniósł dłoń.
Odprowadziłem go wzrokiem, a potem zanurzyłem rękę w plecaku w poszukiwaniu pieczonej fasoli w puszce i zacząłem przygotowania do śniadania. Żadna filozofia; miałem ledwie palnik i rondelek. I fasolkę. Podgrzałem ją i skonsumowałem w kowbojskim stylu, czyli prosto z rondelka. Potem poszedłem do kranu, gdzie umyłem naczynie i nabrałem trochę wody do zaparzenia herbaty.
Czekając, aż woda się zagotuje, usiadłem na trawie i zacząłem się zastanawiać, czym się dzisiaj zająć. To bodaj jedyny mankament tego miejsca; piękne pejzaże, świeże powietrze i w ogóle. Tyle że nie wiadomo, co robić poza "podziwianiem", czego zresztą, prawdę mówiąc, miałem już trochę po dziurki w nosie. Kilkakrotnie objechałem motocyklem okolicę, wzdłuż brzegów jezior i przez drogi górskie trawersujące zbocza, ale przecież istniała granica przyjemności, które mogłem czerpać z takich wypraw, zwłaszcza biorąc pod uwagę sznury samochodów poruszających się zderzak w zderzak wszędzie tam, gdzie akurat postanowiłem wyruszyć. Z pewnością teraz, gdy turyści rozjechali się do domów, drogi nie byłyby już tak zatłoczone, jednak mało mnie pociągała perspektywa spędzenia kolejnego dnia na siedzisku motocykla. Wybór był tylko jeden: spacer. W każdym kierunku biegły stąd ciągnące się przez doliny szlaki. Większość z nich zniszczona była przez stada owiec, ale wiele tych traktów, podobno, pochodziło jeszcze z czasów rzymskich. Przeczytałem gdzieś, że po tutejszych szlakach można wędrować przez okrągły rok i nigdy po raz drugi nie wkroczy się na tę samą ścieżkę. To robiło pewne wrażenie, ale z drugiej strony perspektywa niespotkania na szlaku żywej duszy należała do mniej przyjemnych stron całodziennego spacerowania po górach. Tak więc zrezygnowałem i z tego planu.
Ponieważ jednak moje zapasy pieczonej fasoli ulegały wyczerpaniu, i tak musiałem pieszo pójść brzegiem jeziora, by zaopatrzyć się w prowiant na następne dni. Jakieś dwa kilometry dalej na północ leżała osada o nazwie Millfold, gdzie znajdował się sklep, dwa puby, budka telefoniczna i kościółek. Upodobałem sobie jeden z pubów, "Juczny Koń", i spędzałem tam każdy wieczór, głównie obserwując przewijających się przez lokal ludzi. Tym razem jednak nie miałem zamiaru zostawać na południowym drinku. Nie chciałem, by cały dzień rozdrobnił się w przyćmieniu alkoholowym. Postanowiłem kupić zapas puszek z fasolą i zastanowić się, co robić dalej z dobrze rozpoczętym dniem.
Podjąłem to postanowienie, mieszając ostrożnie herbatę w rondelku, gdy nagle moje oko przyciągnął jakiś odległy ruch. Betonową dróżką, prowadzącą z domu na wzniesieniu, schodziła kilkunastoletnia dziewczyna w szkolnym mundurku. Spojrzałem na zegarek. Minęło właśnie wpół do dziewiątej. W ostatnim tygodniu co dzień widziałem ją, jak idzie przez usiane namiotami pole biwakowe do głównej bramy. Tam zatrzymywała się i czekała cierpliwie, ze szkolną torbą tańcującą u stóp. Dotychczas nie zwracała na mnie uwagi, patrząc prosto przed siebie, jednak tym razem spojrzała ku mnie, a ja pomachałem odruchowo w jej kierunku. Dziewczyna również mi pomachała. Herbata była gotowa. Ostrożnie napełniłem swój blaszany kubek i dodałem mleka. Parę chwil później, kiedy znowu spojrzałem w stronę bramy, dziewczyny już nie było. Nad żywopłotem widziałem za to dach oddalającego się niebieskiego minibusa.


Przy wejściu do budynku z natryskami widniał wypisany skromnymi literami napis: "Kemping Hillhouse - właściciel: T. Parker".
Wziąwszy ciepły prysznic, zamknąłem namiot i ruszyłem w drogę brzegiem jeziora. Wyszedłem przez główną bramę, przeciąłem szosę i doszedłem do innej bramy prowadzącej na drugie pole. Jeszcze wczoraj druga furtka była szeroko otwarta i uwiązana łańcuchem do płotu, bez przeszkód udostępniając każdemu dojście do jeziora. Była otwarta nawet późnym wieczorem, kiedy wracałem z pubu. Teraz jednak ten sam łańcuch służył do zamknięcia bramy, co było oczywistym znakiem, że sezon turystyczny zakończył się na dobre. Przeszedłem przez płot i przecinając pole słabo wydeptaną ścieżką, mijając po drodze kilka omszałych drzew, doszedłem do brzegu jeziora, gdzie na wodzie kołysały się łodzie. Było ich siedem. Każda inna, każda nazwana, a wszystkie uwiązane w szeregu, jedna do drugiej, jakieś pięćdziesiąt metrów od brzegu. Zielona drewniana szopa, jak zwykle, świeciła pustką, drzwi były zamknięte, jak głosiła stara wywieszka, "do odwołania". Mimo to stanąłem na dłuższą chwilę przy pomoście, w nadziei, że ktoś się pojawi. Nikt jednak się nie pojawił, toteż po kilku minutach patrzenia na falującą wodę, powoli ruszyłem w dalszą drogę. W końcu dotarłem na północny kraniec jeziora, przeszedłem przez wąską furtkę i wydostałem się na opustoszały parking samochodowy i dalej na skwer, przy którym znajdowały się dwa puby i sklepik.
Sklepikarz stał w drzwiach z założonymi rękami, uniesioną twarzą i wydawał się zażywać kąpieli słonecznej. Nad główną witryną jego sklepu znajdował się szyld: "Hodge".
- Dobry! - powitał mnie sklepikarz, kiedy podszedłem. - Nie na motocyklu?
- E… - odpowiedziałem. - Wolałem się przejść.
- To pan jest ten jegomość, co to mieszka jeszcze u Tommy'ego Parkera, prawda?
- Prawda.
- Rzeczywiście pan nie wyjeżdża?
- Nie. Postanowiłem zostać trochę dłużej.
- Aha! Rozumiem.
Zrobiłem krok naprzód, a sklepikarz najpierw odwrócił się, by wejść przede mną do sklepu, ale w progu nagle jakby zmienił zamiar, zatrzymał się i stanąłem przed nim niemal pierś w pierś. Spojrzał w niebo beztroskim wzrokiem.
- Niezła pogoda, co nie?
- Owszem, bardzo przyjemna - zgodziłem się, również zadzierając głowę.
Chyba zadowoliła go odpowiedź, bo usunął się i wpuścił mnie do wnętrza. Po chwili wszedł za mną i prześlizgnął się za kontuar.
- No, więc… Czym mogę służyć?
- Potrzebuję tylko paru rzeczy - zacząłem. - Na początek sześć puszek pieczonej fasoli.
- Jasne - przytaknął. - Z pana przecież fasolowy smakosz, no nie?
- Tak, wie pan, jak się ma fasolę, to nie trzeba się martwić o jedzenie.
- Dobrze powiedziane. Nie ma lepszego wynalazku nad fasolę - oświadczył, stawiając puszki na ladzie. - Jest sześć!
- Jaja są świeże? - Wskazałem palcem pudełko.
- Jakżeby inaczej.
- To dobrze. Wezmę pół tuzina.
Poprosiłem jeszcze litr mleka w kartoniku i zapłaciłem.
Kiedy wręczał mi resztę, zapytał nagle:
- Nie chce pan sprzedać swojego motocykla?
- Nie. Raczej nie - odparłem trochę zaskoczony.
- Zauważyłem, że to wczesny model.
- Tak. Właściwie prototyp.
- Ale nie na sprzedaż, co?
- Nie.
- No, ale gdyby jednak, to Tommy mógłby go dobrze panu sprzedać. Zna się chłop na rzeczy.
- Naprawdę?
- O tak! Ciągle czymś handluje.
- Jasne - kiwnąłem głową. - Na pewno będę pamiętał, jeśli raptem zmienię zdanie.
Rzucił mi trochę niedowierzające spojrzenie, ale nie przejąłem się tym zbytnio, bo wydawało mi się, że odniósł się do mnie zbyt familiarnie. W końcu byłem tylko turystą, który zatrzymał się w okolicy na kilka dni i akurat robi zakupy. Tymczasem on zachowywał się tak, jakby chciał poznać historię mojego życia.
Wyszedłem ze sklepu i ruszyłem w poprzek skweru. Bez specjalnego powodu postanowiłem sobie, że na kemping wrócę szosą. Pomyślałem, że może przejrzę potem silnik w motocyklu, przeczyszczę go i wypoleruję chrom. Pomysł nie wydawał się zły, zważywszy na utrzymującą się ładną pogodę. Przy pubie "Juczny Koń" stała ciężarówka browaru z dostawą piwa; kierowca ładował do środka kilka pustych beczek po piwie. Przy ciężarówce uwijał się jeden z barmanów, który, kiedy go mijałem, skinął głową na powitanie.
- Witam, witam, jak się mamy? - zapytał przyjaźnie.
- Nie narzekam - odpowiedziałem, nie zwalniając kroku, i zastanawiając się, jak teraz, po sezonie, potoczy się w miasteczku codzienne życie, bo choć słońce grzało, a ptaki radośnie ćwierkały, to poza mną nie było wokół żywej duszy.
Zatrzymałem się przy kościele, podziwiając grubość i wytworność otaczającego go muru. Kiedy stałem, podjechał pick-up z pustą przyczepą. Za kierownicą siedział pan Parker.
- Podwieźć pana?
Prawdę mówiąc, w tak piękny dzień powinienem odmówić i pójść pieszo, ale chyba nie miałem ochoty.
- Dziękuję - powiedziałem, sadowiąc się obok niego.
Kiedy ruszyliśmy, odezwał się po krótkiej chwili milczenia:
- Przepraszam, ale chciałem zapytać o pana ostatnią pracę.
- Słucham.
- Czym się pan zajmował?
- Niczym szczególnym. Pracowałem w fabryce.
- Ale!
- Naprawdę - potwierdziłem. - Po prostu w fabryce.
- Takim molochu z kominami i tak dalej?
- Był jeden komin.
- Myślałem, że wszystkie fabryki miały być dawno zamknięte.
- Ta nie - odparłem. - Przeciwnie. Prosperowała zupełnie dobrze.
- To gdzieś na południu?
- Na południowym zachodzie, jeśli chodzi o ścisłość.
- Ale pan pochodzi z południa, prawda?
- No… właściwie to z części centralnej.
- Większość ludzi, którzy się tutaj pojawiają, pochodzi z północnego wschodu.
- Zauważyłem.
- Oczywiście nie wszyscy, no ale większość.
- Tak.
Marsz z kempingu do sklepu zajął mi blisko godzinę, licząc mały odpoczynek przy przystani z łodziami i wizytę w sklepie, tymczasem powrót był sprawą kilku minut. Szybko dotarliśmy przed bramę, gdzie Parker zatrzymał samochód. Wrzucił jałowy bieg, zaciągnął hamulec i siedział przez chwilę, stukając palcami o kierownicę.
- Co produkowała ta pańska fabryka? - zapytał.
- Fabryka to może jednak zbyt wiele powiedziane - wyjaśniłem. - Prowadziła recykling beczek po ropie. Wie pan, trzeba było je oczyścić, zedrzeć starą farbę, zlikwidować wgniecenia, na nowo pomalować.
- Potem je odsprzedawano?
- Właśnie.
- I mówi pan, że na tym zarabiali?
- Z tego, co wiem, całkiem nieźle.
- Mam na górnym podwórzu takie stare beczułki. Kupiliby je ode mnie?
- Nie wiem. Ile pan tego ma?
- Może z dziesięć. Zebrałem je z budowy.
- Cóż, nie pracowałem tam zbyt długo, ale prawdę mówiąc, wydaje mi się, że jakaś setka pojemników może dopiero przedstawiać pewną wartość.
- O! - Kiwnął głową. - Jasne.
- Trzeba tam pojechać wyładowaną ciężarówką, inaczej nie warto.
- Pewnie ma pan rację. - Znowu zaczął stukać palcami w kierownicę. - A wcześniej czym się pan zajmował?
- Pracowałem w hurtowni z farbami.
- Malował pan?
- Właściwie sprzedawaliśmy tylko farbę w aerozolu.
- Żadnych pędzli?
- Żadnych.
Minęła dłuższa chwila.
- Ale malować pan potrafi? - zapytał wreszcie.
- Oczywiście - odpowiedziałem. - Choć dawno już nie malowałem.
- Tak… Jeśli pan zechce, miałbym tu dla pana małą fuchę.
- Tak? - zdziwiłem się. - To znaczy?
- Trzeba pomalować tę bramę.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na bramę; zwykła stalowa brama z krągłych prętów pustych w środku, zawieszona na betonowych słupach i… pomalowana na czerwono.
- Wygląda na świeżo pomalowaną - wyraziłem swą wątpliwość.
- Ale na zły kolor - powiedział zdecydowanie. - Powinna być zielona, a nie czerwona.
- Aha… Cóż, jeśli pan chce… mogę ją pomalować.
- Ile pan weźmie?
- Nie zależy mi za bardzo na pieniądzach.
- No, ale za darmo chyba pan nie pracuje, prawda?
- Zróbmy tak - rzuciłem myśl - ja pomaluję bramę, a pan nie zainkasuje ode mnie za dalsze biwakowanie.
- Na pewno to pana urządza?
- Najzupełniej. Przynajmniej będę miał jakieś zajęcie. Lubię malować.
- Zatem umowa stoi - oznajmił pan Parker. - Kiedy będzie pan gotowy, proszę przyjść do mnie, dam panu farbę, pędzle i co tam potrzeba.
- Jasne.
Wysiadłem i przez chwilę odprowadzałem wzrokiem pick-up, który oddalił się w kierunku domu pana Parkera. Gdy tylko samochód odjechał, uderzyło mnie, że chyba jednak dałem się okpić. Prawdopodobnie powinienem był zażądać piątaka. I tak pewnie podarowałby mi resztę opłaty. W końcu sam jeden nie zajmowałem wiele miejsca na polu namiotowym. Było już jednak za późno, by cofnąć zobowiązanie, a z drugiej strony niezbyt mi to przeszkadzało. Właściwie dobrze i przyjemnie jest zrobić coś pożytecznego. Kiedy rozlokowałem w namiocie zakupione produkty, zaraz udałem się do domu Parkerów. Kemping znajdował się na w miarę równym terenie, jednak tuż za budynkiem z łazienkami betonowy chodnik, prowadzący do domu Parkera, zaczynał się piąć stromo pod górę. Przez dłuższy odcinek obrastał go z obu stron rzadki, ciernisty żywopłot; potem chodnik wychodził na żwirowy placyk. Podchodząc stromizną, zdawałem sobie sprawę, że pole namiotowe, chodnik i placyk są znakomicie widoczne z okien domu. Po chwili minąłem niższy narożnik domu i stanąłem przed drzwiami, chrzęszcząc żwirem pod obcasami.
- O, jak szybko! Widać, że panu zależy - usłyszałem z góry.
Podniosłem głowę. Pan Parker stał na bocznej werandzie, na szczycie jakichś szarych, betonowych schodów.
- Mogę zacząć choćby teraz - odpowiedziałem.
- Miło mi to słyszeć.
Będąc na podwórzu, od razu zauważyłem, że budynek gospodarczy, który z dołu brałem za stodołę, był zwykłą, dużą szopą skleconą z pofałdowanej blachy, pełniącą zapewne funkcje magazynu. Stał naprzeciwko domu, na dość wysokiej, fundamentowej platformie wtopionej w nachylenie zbocza. Od frontu znajdowały się ogromne dwuskrzydłowe drzwi, a na samą platformę prowadziła pochyła, betonowa rampa. Beton był też użyty do zbudowania podstawy pod starą, zieloną pompę paliwową, umiejscowioną tuż koło szopy. Patrząc dookoła, zacząłem się zastanawiać, ile cementu wlano w to zbocze, by stanął dom. Można było pomyśleć, że jest tu wszędzie, niczym rodzaj tutejszej, nietypowej skały.
Koło stalowej szopy stała furgonetka morris, która zdawała się tu tkwić od wieków. Spostrzegłem też parę kamiennych dobudówek, poddasze na siano, a z boku jednoizbowy domeczek, najwyraźniej niezamieszkany. Wyższa część posesji ogrodzona była po prostu płytami gipsowymi, z furtką wychodzącą na drugie podwórze, gdzie zobaczyłem ustawione równo blaszane beczki. Widać, właśnie to miejsce pan Parker nazywał "górnym podwórzem".
Nie miałem jednak sposobności, by dalej prowadzić obserwację najbliższej okolicy. Po krótkiej chwili pojawił się przy mnie pan Parker.
- Świetnie! - powitał mnie. - Chodźmy więc do szopy poszukać jakiejś farby.
Poprowadził mnie do jednej z dobudówek i pchnął drzwi. W środku zobaczyłem ustawione na rzędach półek dziesiątki puszek z farbą, niektóre stare, niektóre nowe, nawet nie otwierane, a jeszcze inne otwarte, ale niedawno. Wybrał jedną z nich, podał mi i sięgnął do drugiej półki po wąski pędzel. Rozwarł drzwi jeszcze szerzej i światło padło na tył wnętrza, oświetlając kolejne puszki farb.
- No dobrze, wszystko mamy. - Odwrócił się do mnie. - Pan wie, jak szczelnie zamknąć puszkę po malowaniu, prawda?
- Hm… przykro mi, ale raczej nie.
- To dziwne. - Podniósł brwi. - Przecież pracował pan w sklepie z farbami.
- Tak, ale jak mówiłem, sprzedawaliśmy tylko farby w aerozolu. Farba wydobywała się pod ciśnieniem z rurki.
- Ach tak. - Podrapał się po głowie. - No cóż, to proste. Kiedy skończy pan malować, dociska pan jak najmocniej wieczko, mocno i dokładnie, i odwraca pan całą puszkę do góry nogami na pół minuty.
- Wszystko jasne.
- Kiedy postawi ją pan z powrotem normalnie, już jest szczelnie zamknięta. Proste, prawda?
- Proste.
Puszka, którą trzymałem w ręku nie była jeszcze otwarta. Nie widziałem też na niej żadnej etykiety.
- Skąd pan wie, jaki to kolor?
- To zieleń.
- Ale skąd pan wie, że to zieleń?
- To puszki z budowy - wyjaśnił. - Wszystkie nie oznakowane puszki to zieleń.
Rozejrzałem się. Zielona była pompa, zielone były dwuskrzydłowe drzwi do blaszanej szopy.
- Ładny kolor.
- Ja już nie mogę na niego patrzeć - westchnął. - Ale nie mam wyboru.


Kwadrans później stałem przy bramie. Zdjąłem z puszki wieczko, starannie wymieszałem farbę i przystąpiłem do pracy. Wjazd na kemping był szeroki co najmniej na pięć metrów. Chodziło zapewne o to, aby nikt z nadciągających turystów nie mógł przeoczyć pola namiotowego. Dla mnie oznaczało to wyłącznie dużo malowania. Postanowiłem działać metodycznie; zacząć od zawiasów, potem zająć się zewnętrzną częścią bramy, by w końcowej fazie pomalować wszystko od środka.
Krótko po tym, jak rozpocząłem pracę, ulicą przejeżdżał pan Parker swoim pick-upem z przyczepą. Mijając mnie, zwolnił, przyjrzał się uważnie postępującej robocie, ale nic nie powiedział.
Zupełnie tak samo zachowywali się wszyscy inni przejeżdżający kierowcy. Ruch nie był wielki, ale ci, którym zdarzyło się tędy jechać, zwalniali i zerkali ciekawie, kto maluje frontową bramę pana Parkera. Zastanawiało mnie, czy dość fachowo wyglądam. Raczej należało w to wątpić. Obok fachowca stałaby najpewniej firmowa furgonetka z zapaćkaną farbami drabiną na dachu, z otwartymi drzwiami i włączonym głośno radiem. Prawdopodobnie też fachowiec miałby na sobie kombinezon roboczy, tymczasem ja byłem ubrany w zwykłe dżinsy i T-shirt, a cały mój ekwipunek składał się ledwie z pędzla i puszki z farbą. Amator jak się patrzy. A w każdym razie ktoś, kto wziął sobie na głowę robotę, nie mając innego zajęcia. Mimo to dziwiło mnie zainteresowanie, jakie wywoływała moja obecność wśród przygodnych kierowców. Przecież w szczycie sezonu tysiące turystów przewija się przez tutejsze okolice i miejscowi powinni być przyzwyczajeni do widoku obcych. Tymczasem wystarczy, by nieznana figura malowała ogrodzenie w miejscowym gospodarstwie, a natychmiast staje się centrum uwagi mieszkańców całej okolicy.
Wcale mi to nie przeszkadzało. W końcu samochodów nie było zbyt wiele, mijały mnie z pewnej odległości, a poza tym przyjemnie łamały monotonię pracy. Zanosiło się na to, że wszystko potrwa o wiele dłużej, niż się spodziewałem, i choć doceniałem przebywanie na słońcu i świeżym powietrzu, to coraz bardziej zaczynały mi dokuczać trudno dostępne narożniki i ostre zagięcia. Pracowałem właśnie nad jakimś skośnym pałąkiem, kiedy zza żywopłotu dobiegło mnie hałaśliwe klekotanie. Obejrzałem się i zobaczyłem nadjeżdżający wolno stary pick-up, wyładowany pustymi butelkami po mleku. Mijając mnie, samochód jeszcze bardziej zwolnił i kilkanaście metrów dalej stanął. Klekotanie ustało. Po chwili zazgrzytała skrzynia biegów, zawarczał silnik i samochód wolniutko zaczął cofać się w moim kierunku.
Wyszedł z niego mężczyzna w płóciennym, brązowym kombinezonie.
- Och - powiedział, patrząc na bramę. - Tommy zlecił panu tę robotę, prawda?
- Zgadza się - odpowiedziałem, nie przerywając pracy.
- Tak… Pewnie trzeba było bramę pomalować…
- Pewnie tak.
- Lepiej będzie, jeśli najpierw pomaluje pan od zewnątrz, a dopiero potem od środka.
- Tak właśnie robię.
Mężczyzna skręcił zabawnie głowę i spojrzał uważnie wzdłuż ogrodzenia.
- A tak, słusznie - przyznał. - Ma pan rację.
Akurat malowałem brzeg półotwartej bramy, mając łatwy dostęp do obu jej stron. Mężczyzna zbliżył się i stanął przy mnie, przypatrując się moim ruchom.
- Nieźle panu idzie - powiedział wreszcie po pewnym czasie. - Zna się pan na rzeczy.
- Dzięki - odpowiedziałem.
- Choć… swoją drogą, postawiłbym ją bliżej… Tommy jest w domu?
- Nie. Wyjechał.
- Mówił, kiedy wróci?
- Nie mnie.
- Muszę z nim pogadać i to dosyć pilnie.
- Uhm…
- E… nic ważnego, po prostu muszę się z nim zobaczyć.
- Mam mu przekazać, że pan o niego pytał?
- Nie, nie - odparł. - Sam go znajdę.
- Jasne.
Zamilkł na chwilę. Kiedy na niego spojrzałem, zobaczyłem, że patrzy w stronę mojego namiotu. Kucałem już od dłuższego czasu, więc wstałem, by rozprostować zdrętwiałe kolana.
- Pan tu biwakuje? - zapytał.
- Tak, jeszcze tylko przez kilka dni.
- Nie chciałby pan mleka?
- E… szkoda fatygi.
- Ależ nie, pod namioty też dostarczam mleko.
- Właściwie to zaopatruję się w sklepie.
- U Hodge'a?
- Tak - potwierdziłem. - Właśnie tam.
- Ale on sprzedaje mleko w kartonach. Ja mam w butelkach, prosto od krowy.
- Tak… Wie pan, sęk w tym, że niedługo tu zabawię.
- Ach tak…
- Ale bardzo dziękuję.
- Nie ma za co. Proszę dać mi znać, jeśli zmieni pan zdanie.
- Jasne.
- No, to ja już pójdę.
- To do widzenia.
- Do widzenia.
Wrócił do samochodu i odjechał, machając do mnie ręką przez otwarte okno. Wróciłem do malowania. Został mi do końca już tylko mały fragment. Pchnąłem bramę, by ustawić ją szerzej otwartą. Kiedy zrobiłem ruch, brama uderzyła w puszkę, która przewróciła się, rozlewając zieloną farbę na beton. Zakląłem, szybko podniosłem i postawiłem puszkę. Zacząłem zbierać farbę pędzlem i nakładać ją na nie pomalowane jeszcze fragmenty bramy. Jednocześnie zastanawiałem się, jak doszło do wypadku. Przez całe popołudnie zwracałem szczególną uwagę na to, gdzie stawiam puszkę, właśnie po to, by nie stało się to, co się stało. Mimo tych zapobiegliwości i ostrożności, miałem oto pod nogami szeroką, zieloną plamę. Wtedy przypomniałem sobie słowa mleczarza: "Postawiłbym ją tu bliżej". Nie zauważyłem, co wówczas zrobił, ale musiał ruszyć puszkę. Nie sądzę, żeby celowo przesunął ją tam, gdzie łatwo było ją przewrócić, ale po prostu w ogóle nie powinien był jej ruszać. Dokończyłem szybko malowanie i natychmiast zabrałem się do wycierania zapaćkanego betonu. Jasnozielona plama rozlewała się już na długość co najmniej metra. Robiła fatalne wrażenie.
Nie mogłem jej tak zostawić. Nie przed głównym wjazdem na posesję pana Parkera. Po namyśle postanowiłem przemalować plamę w duży kwadrat. Kawałkiem kredowego kamienia zaznaczyłem kontury kwadratu. Aby uzyskać proste linie, posłużyłem się zwykłym kijkiem namiotowym jako linijką. Potem dokładnie i ostrożnie zacząłem zamalowywać wyrysowaną figurę. Kiedy skończyłem, farba na pomalowanej bramie zdążyła już wyschnąć. Cofnąłem się parę kroków i spojrzałem na swe dzieło, zastanawiając się, czy postąpiłem słusznie, czy jednak nie. Jedno było pewne; na zmartwienia było cokolwiek za późno. Umyłem pędzel i poszedłem zrobić herbatę. Uświadomiłem sobie, że od dobrych kilku godzin nie miałem nic w ustach. Otworzyłem puszkę fasoli, a po posiłku stwierdziłem, że nadszedł czas na odpoczynek.
Jakieś dwadzieścia minut później pod główną bramę zajechał niebieski minibus, ten sam, który pojawił się nad ranem. Wysiadła z niego ta sama dziewczyna w szkolnym mundurku. Pomachała komuś we wnętrzu oddalającego się samochodu i ruszyła betonowym chodnikiem w stronę domu. Tym razem w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi. Kiedy znikła z pola widzenia, podszedłem do bramy, by sprawdzić, czy nie zostawiła śladów na świeżo pomalowanym, zielonym kwadracie.
Ale nie.


Zapadał zmierzch, kiedy w oddali zobaczyłem zbliżającą się parę reflektorów. Po chwili przed bramą zatrzymał się samochód. Po zarysie kształtu poznałem, że to pick-up pana Parkera, znowu z przyczepą, jednak tym razem wyładowaną czymś pękatym. Kiedy samochód ruszył po wzniesieniu do domu, wziąłem ręcznik i poszedłem wziąć natrysk. Kierowałem się ku słabemu, żółtawemu światłu, które rzucała stara lampa zawieszona nad wejściem do męskiej łazienki. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że w drodze do łazienki towarzyszyła mi blada łuna rozlicznych gazowych lampek, ustawionych na stoliczkach przed namiotami, i cichy gwar toczących się rozmów. Jednak tego wieczoru byłem na kempingu sam jeden. Szedłem boso po trawie, samotnie, wśród gęstniejącej ciemności. Kiedy wszedłem do łazienki, oślepiło mnie fluorescencyjne światło, które rozjaśniało kafelki i mdławe ściany, czyniąc wnętrze dość zimnym i surowym. Kiedy moje oczy przywykły do jasności, wybrałem jedną z kabin, wszedłem i sięgnąłem ręką, by odkręcić kurki. Ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem, że choć kurki są w pełni odkręcone, to woda wcale nie leci. Spróbowałem, jak ma się sytuacja w kabinie obok, ale wcale nie przedstawiała się inaczej. Już chciałem sprawdzić trzecią kabinę, gdy nagle woda trysnęła ze wszystkich natrysków równocześnie. Wydawała się dość ciepła, więc wskoczyłem czym prędzej do pierwszej lepszej kabiny i zacząłem się namydlać. Woda nie była tak przyjemnie gorąca, jak w poprzednie dni, ale wystarczała na szybki prysznic. Jednak już po pół minuty zaczęła się robić chłodna. Szybko zacząłem spłukiwać mydło. Kiedy wyskakiwałem z kabiny, leciała już tylko zimna woda. Stałem, myśląc, co się dzieje, gdy nagle weszła do łazienki dziewczyna z minibusa ze szczotką, wiadrem i ścierkami.