Wieniec z trawy

  • 83-7150-843-3
  • Autor: McCullough, Colleen
  • Dostępność: Brak
  • 39,90 zł
  • Niedostępny

Kolejny po Pierwszym w Rzymie tom sagi opisującej klęskę jednej z pierwszych w dziejach prób stworzenia i utrzymania demokracji - republiki rzymskiej. Kariera Gajusa Mariusza - zwycięskiego wodza i sześciokrotnego konsula Rzymu - chyli się ku upadkowi. Jednak ubiega się on raz jeszcze o rzecz niesłychaną, o przepowiedziany mu siódmy konsulat - co prowadzi do starcia z olśniewającym możliwościami i ciężko doświadczonym przez los Lucjuszem Korneliuszem Sullą, kiedyś prawą ręką Mariusza, dziś jego najgroźniejszym rywalem. Wśród wojny domowej, rzezi i konspiracji ci dwaj ludzie walczą o polityczną dominację; muszą też zmierzyć się z siłami, które zagrażają samemu istnieniu Rzymu - rebelią sprzymierzonych państw italskich i machinacjami barbarzyńskiego zdobywcy ze Wschodu.

Rok wydania: 2003
Stron: 888
Oprawa: broszura
Format: 135/205
Pakowanie: 10
Tłumacz: Marek Michowski

Fragment tekstu:

NOTA DO CZYTELNIKA

Chcąc rzucić nieco światła na świat starożytnego Rzymu, włączono do tej książki kilkanaście map i ilustracji. Spis map i ilustracji na stronie 926 przedstawia ich rozmieszczenie. Główne postacie przedstawiono na stronach 13-14. Nota od autorki mieści się na stronach 855-856. Zainteresowani tłem historycznym Wieńca z trawy znajdą na stronach 857-858 spis konsulów sprawujących władzę w tym okresie, a na stronach 859-925 słownik objaśniający niektóre słowa łacińskie i nieznane terminy i nazwy.

GŁÓWNE POSTACIE

NOTA: Nawiasy zawierają informacje biograficzne, w klamrach podano używane w tej książce imiona albo zdrobnienia imion postaci. Wszystkie daty są sprzed naszej ery.

Cepion
Kwintus Serwiliusz Cepion [Cepion]
Liwia Druza, jego żona (siostra Marka Liwiusza Druzusa)
Kwintus Serwiliusz Cepion Młodszy [Cepion Młodszy], jego syn
Serwilia Starsza [Serwilia], jego starsza córka
Serwilia Młodsza [Lilla], jego młodsza córka
Kwintus Serwiliusz Cepion (konsul 106), jego ojciec, wsławiony sprawą Tolosańskiego Złota
Serwilia Cepionia, jego siostra
 
Cezar
Gajus Juliusz Cezar
Aurelia, jego żona (córka Rutylii, siostrzenica Publiusza Rutyliusza Rufusa)
Gajus Juliusz Cezar Młodszy [Cezar Młodszy], jego syn
Julia Starsza [Lia], jego starsza córka
Julia Młodsza [Ju-ju], jego młodsza córka
Gajus Juliusz Cezar [Dziadek Cezar], jego ojciec
Julia, jego siostra
Julilla, jego siostra
Sekstus Juliusz Cezar, jego starszy brat
Klaudia, żona Sekstusa
 
Druzus
Marek Liwiusz Druzus
Serwilia Cepionia, jego żona (siostra Cepiona)
Marek Liwiusz Druzus Neron Klaudianus, jego adoptowany syn
Kornelia Scypionia, jego matka
Liwia Druza, jego siostra (żona Cepiona)
Mamerkus Emiliusz Lepidus Liwianus, jego rodzony brat, oddany w adopcję
 
Mariusz
Gajus Mariusz
Julia, jego żona (siostra Gajusa Juliusza Cezara)
Gajus Mariusz Młodszy [Mariusz Młodszy], jego syn
 
Metellus
Kwintus Cecyliusz Metellus Pius [Prosiak]
Kwintus Cecyliusz Metellus Numidyjski [Świnka-Szczecinka], (konsul 109, cenzor 102), jego ojciec
 
Pompejusz
Gnejusz Pompejusz Strabon [Pompejusz Strabon]
Gnejusz Pompejusz [Pompejusz Młodszy], jego syn
Kwintus Pompejusz Rufus, jego daleki kuzyn
 
Rutyliusz Rufus
Publiusz Rutyliusz Rufus (konsul 105)
 
Skaurus
Marek Emiliusz Skaurus, prynceps senatu (konsul 115, cenzor 109)
Cecylia Metella Dalmatyńska [Dalmatyka], jego druga żona
 
Sulla
Lucjusz Korneliusz Sulla
Julilla, jego pierwsza żona (siostra Gajusa Juliusza Cezara)
Elia, jego druga żona
Lucjusz Korneliusz Sulla Młodszy [Sulla Młodszy], jego syn (z Julilli)
Kornelia Sulla, jego córka (z Julilli)
 
Bitynia
Nikomedes II, król Bitynii
Nikomedes III, jego starszy syn, król Bitynii
Sokrates, jego młodszy syn
 
Pont
Mitrydates VI Eupator, król Pontu
Laodike, jego siostra i żona, pierwsza królowa Pontu (zm. 99)
Nysa, jego żona, druga królowa Pontu (córka Gordiosa z Kapadocji)
Ariarates VII Filometor, jego siostrzeniec, król Kapadocji
Ariarates VIII Euzebes Filopator, jego syn, król Kapadocji
Ariarates X, jego syn, król Kapadocji

 

- Najbardziej poruszającą rzeczą od ponad roku - powiedział Gajus Mariusz - był ten słoń, którego Gajus Klaudiusz pokazał na ludi Romani.
- Prawda, że był cudowny? - ożywiła się Elia, sięgając do misy wielkich zielonych oliwek sprowadzanych z Hiszpanii Dalszej. - Chodził na tylnych nogach! A tańczył na wszystkich czterech! Siadał na biesiadnym łożu i chwytał trąbą jedzenie!
Lucjusz Korneliusz Sulla zwrócił się do żony z pogardliwym wyrazem twarzy:
- Czemu wszystkich tak urzekają zwierzęta udające ludzi? Słonie to najszlachetniejsze w świecie stworzenia, ale zwierzę Gajusa Klaudiusza Pulchera jest parodią zarówno słoni, jak i ludzi!
Chwila ciszy, która nastąpiła po tych słowach, była prawie niezauważalna, ale wszyscy biesiadnicy odczuli ją z przykrością. Potem Julia odwróciła ich uwagę od oszołomionej Elii, roześmiawszy się wesoło.
- Daj spokój, Lucjuszu Korneliuszu! Ten słoń był absolutnym faworytem całego tłumu! I ja go podziwiałam, taki był sprytny i pracowity, a kiedy zadarł trąbę i zatrąbił do wtóru bębnów, był wprost zdumiewający! Poza tym - dodała - nikt nie miał mu niczego za złe.
- Mnie się szczególnie podobał jego kolor. - Aurelia poczuła, że powinna wesprzeć Julię. - Był różowy!
Lucjusz Korneliusz Sulla zignorował ich wysiłki, obracając się do Publiusza Rutyliusza Rufusa i o coś go zagadując.
Julia westchnęła ze smutkiem.
- Chyba już pora nam odejść, Gajusie Mariuszu, i dać wam cieszyć się winem. Czy pozwolisz?
Mariusz wyciągnął do niej dłoń nad wąskim stołem dzielącym łoże od krzesła Julii. Uniosła swoją, by uścisnąć dłoń męża, i postarała się nie okazać smutku na widok jego skrzywionego uśmiechu. To już tak dawno, a ta twarz wciąż nosi ślady zdradzieckiego udaru! Lojalna i kochająca żona nie przyznawała jednak nawet przed sobą, że ten udar zmienił trochę charakter Gajusa Mariusza. Nad wyraz łatwo zapalał się teraz gniewem i był zbyt sztywny w kontaktach z nieprzyjaciółmi.
Wstała, z uśmiechem przeznaczonym tylko dla niego uwolniła dłoń z uścisku Mariusza i położyła ją na ramieniu Elii.
- Chodź, moja droga. Pójdziemy do dzieci.
Elia wstała, Aurelia również. Trzej mężczyźni nie podnieśli się, chociaż przerwali rozmowę na czas odejścia kobiet. Mariusz skinął na służących, by wynieśli krzesła z jadalni, a potem zniknęli i oni. Pozostały tylko trzy biesiadne łoża ustawione w kształt litery C. Dla wygody w rozmowie Sulla przeniósł się z miejsca przy Mariuszu na puste łoże naprzeciw Rutyliusza Rufusa. Obaj widzieli teraz Mariusza i siebie nawzajem.
- Tak więc Świnka-Szczecinka wraca w końcu do kraju - powiedział Sulla, kiedy upewnił się, że jego nie lubiana druga żona nie może już tego usłyszeć.
Mariusz poruszył się niecierpliwie na środkowym łożu, marszcząc brwi, mniej groźnie jednak niż dawniej, bo długotrwały paraliż nadawał lewej połowie tego grymasu nieco żałobny wyraz.
- Jakiej spodziewasz się po mnie odpowiedzi, Lucjuszu Korneliuszu? - spytał w końcu.
Sulla zaśmiał się krótko.
- Czemu miałbym spodziewać się innej niż uczciwa? To, co powiedziałem, nie było jednak pytaniem, Gajusie Mariuszu.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Wymaga to jednak odpowiedzi.
- To prawda - rzekł Sulla. - Zgoda, ujmę to inaczej. Jak się czujesz, gdy Świnkę-Szczecinkę odwołują z wygnania?
- Cóż, nie śpiewam radosnych peanów. - Mariusz przeszył Sullę spojrzeniem. - A ty?
"Oddalają się z wolna od siebie", pomyślał Publiusz Rutyliusz Rufus. Trzy lata temu - nawet dwa lata temu - nie prowadziliby tak napiętej i ostrożnej rozmowy. Co się stało? I z czyjej winy?
- Tak i nie, Gajusie Mariuszu. - Sulla spoglądał w głąb swego pucharu. - Nudzę się - powiedział przez zaciśnięte zęby - a sprawy mogą przybrać interesujący obrót, kiedy Świnka-Szczecinka wróci do senatu. Nie miałem okazji oglądać przedtem tych starć tytanów, jakie toczyliście ze sobą.
- Co do tego, Lucjuszu Korneliuszu, czeka cię rozczarowanie. Kiedy Świnka-Szczecinka przybędzie do Rzymu, mnie tu nie będzie.
Sulla i Rutyliusz Rufus naraz usiedli.
- Nie będzie cię w Rzymie? - pisnął Rutyliusz Rufus.
- Nie będzie mnie w Rzymie - powiedział Mariusz i wyszczerzył zęby z ponurą satysfakcją. - Przypomniałem sobie właśnie ślub złożony Wielkiej Bogini przed pokonaniem Germanów, że jeśli zwyciężę, odbędę pielgrzymkę do jej sanktuarium w Pesynuncie.
- Gajusie Mariuszu, nie możesz tego zrobić! - wykrzyknął Rutyliusz Rufus.
- Mogę, Publiuszu Rutyliuszu, i zrobię!
Sulla opadł na plecy, śmiejąc się.
- Lucjusz Gawiusz Stychus! - powiedział.
- Kto? - Rutyliusz Rufus zawsze był gotów odbiec od tematu, jeśli była okazja do plotek.
- Nieboszczyk siostrzeniec mojej nieboszczki macochy. - Sulla wciąż uśmiechał się szeroko. - Przed laty wprowadził się do mojego domu, który wtedy należał do macochy. Miał zamiar pozbyć się mnie, niszcząc tę czułość, jaką miała dla mnie Klitumna. Myślał, że gdy obaj będziemy przebywać w jej domu, uda mu się przedstawić mnie w złym świetle. Wyjechałem więc z Rzymu. Osiągnął tyle, że przedstawił w złym świetle wyłącznie siebie, i to bardzo skutecznie. Klitumna miała go dość prawie natychmiast. - Sulla obrócił się na brzuch. - Wkrótce potem zmarł - powiedział z zadumą i westchnął, wciąż się uśmiechając. - Zniweczyłem wszystkie jego plany.
- Jest więc nadzieja, że i Kwintus Cecyliusz Metellus uzna swój powrót za wątpliwe zwycięstwo - powiedział Mariusz.
- Piję za to - rzekł Sulla i wychylił kielich.
Zapadła cisza, którą niełatwo było rozproszyć. Zabrakło dawnej zgody, której nie przywróciły słowa Sulli. Publiusz Rutyliusz Rufus pomyślał, że może owa dawna zgoda wynikała z jej użyteczności na polu bitwy, nie zaś ze szczerej i głębokiej przyjaźni. Czy jednak mogli zapomnieć o tych wszystkich latach, kiedy walczyli z zewnętrznymi wrogami Rzymu? Jak mogli pozwolić zrodzonemu w Rzymie rozgoryczeniu zatrzeć wszystko, co się działo przedtem? To trybunat Saturnina położył kres dawnemu życiu, to Saturnin, który chciał być królem Rzymu - i ten nieszczęsny udar Mariusza. Potem powiedział sobie: "Nonsens, Publiuszu Rutyliuszu! Obydwaj oni są ludźmi stworzonymi do wielkich rzeczy. Nie należą do tych, co lubią siedzieć w domu, nie sprawując wtedy żadnego urzędu. Dajcie im następną wojnę, w której będą razem walczyć, albo jakiegoś Saturnina wszczynającego rewolucję, a zaczną mruczeć niczym para kotów myjących sobie nawzajem pyszczki".
Czas oczywiście uciekał. On sam i Gajus Mariusz byli już po sześćdziesiątce, a Lucjusz Korneliusz Sulla miał czterdzieści dwa lata. Nie mając zwyczaju zaglądać w zwodnicze głębie zwierciadła, Publiusz Rutyliusz Rufus nie był pewien, jak on sam znosi niedogodności swego wieku, ale wzrok go jeszcze nie zawodził na tę odległość, z której patrzył na Gajusa Mariusza i Lucjusza Korneliusza Sullę.
Gajus Mariusz przytył na tyle, że przydałaby mu się nowa toga. Jak zawsze był z niego wielki chłop, utrzymujący dobrą formę i proporcjonalnie zbudowany. Przyrost wagi rozłożył się na ramiona, kark, biodra i uda, a także na muskularny z wyglądu brzuch. Dodatkowa masa ciała wygładziła mu do pewnego stopnia twarz, która stała się większa, krąglejsza i z wyższym czołem, dzięki przerzedzeniu się włosów. Rutyliusz Rufus z rozmysłem nie dostrzegał paraliżu lewej strony twarzy, skupił się zamiast tego na tych zdumiewających brwiach, tak samo wielkich, gęstych i nieposłusznych jak zawsze. W iluż to rzeźbiarzach brwi Mariusza budziły burze artystycznych oszołomień! Przyjmując zamówienie na pomnik Mariusza dla jakiegoś miasta albo placu proszącego się o monument, rzeźbiarze Rzymu czy Italii wiedzieli, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Ale ten wyraz zgrozy na widok brwi Mariusza pojawiał się zawsze na twarzach sławnych Greków wysyłanych przez Ateny czy Aleksandrię, by wykonali podobiznę owego męża, najczęściej chyba rzeźbionego z ludzi od czasów Scypiona Afrykańskiego! Każdy starał się, jak mógł, ale nawet malowana na desce czy na płótnie twarz Gajusa Mariusza stawała się zawsze tylko tłem dla jego brwi.
Tymczasem zaś najlepszy portret starego druha, jaki Rutyliusz Rufus widział w życiu, został narysowany węglem czy sadzą na ścianie jego własnego domu. Było to tylko kilkanaście kresek; pojedyncza zmysłowa krzywa sugerująca pełną dolną wargę, swego rodzaju błysk w oku - jak się komuś udało zmusić czerń do błyskania? - i nie więcej niż dziesięć kresek na każdą z brwi. A jednak był to Gajus Mariusz jak żywy, z całą swą dumą i inteligencją, jego prawdziwy, nieposkromiony charakter. Jak jednak opisać tę formę sztuki? Vultum in peius fingere… Złośliwa karykatura, ale tak dobrze narysowana, że złośliwość przemieniła się w prawdę. Niestety, zanim Rutyliusz Rufus obmyślił sposób zdjęcia tynku ze ściany bez pokruszenia go na tysiąc kawałków, spadł ulewny deszcz i najlepszy z portretów Gajusa Mariusza przestał istnieć.
Żaden jednak malarz bazgrzący po murach bocznych uliczek nie zdołałby zrobić niczego takiego z Sullą. Pozbawiony magii barw Sulla byłby tylko jednym z tysiąca przystojnych mężczyzn o regularnej twarzy, regularnych rysach i tej wrodzonej rzymskości, której Gajus Mariusz nigdy w sobie nie miał. Oglądany jednak w kolorze był niepowtarzalny. W wieku lat czterdziestu dwóch nie zdradzał żadnych oznak rzednięcia włosów - i to jakich włosów! Ani rudych, ani złotych, gęstych, wijących się, być może nieco za długich. I te oczy niczym lód z lodowca, koloru najbledszego błękitu, z obwódkami ciemnoniebieskimi niczym burzowa chmura. Dziś wieczorem jego cienkie, uniesione w górę brwi były brunatne, tak jak i długie gęste rzęsy. Publiusz Rutyliusz Rufus widywał go jednak wcześniej w warunkach polowych, wiedział więc, że dziś wieczór użył on swoim zwyczajem stibium. W rzeczywistości brwi i rzęsy Sulli były tak jasne, że widać je było tylko dzięki niezwykłej białości jego skóry, prawie pozbawionej pigmentu.
Kobiety traciły dla Sulli rozsądek, cnotę, rozum. Porzucały ostrożność, doprowadzały do szału swych mężów, ojców i braci, paplały i chichotały, kiedy przechodząc, rzucił na nie okiem. Jakiż to zdolny i inteligentny człowiek! Znakomity żołnierz, któremu wszyscy mogli pozazdrościć dzielności, sprawny administrator i niemalże doskonały organizator. A jednak kobiety były jego zgubą. Tak przynajmniej myślał Publiusz Rutyliusz Rufus, którego miła, lecz pospolita twarz i mysi kolor włosów nie pozwalały odróżnić od miliardów innych mężczyzn. Sulla nie był kobieciarzem ani pożeraczem serc niewieścich. O ile Rutyliuszowi Rufusowi było wiadomo, zachowywał się zawsze z godną podziwu powściągliwością. Bez wątpienia jednak każdy, kto chce wspiąć się na szczyt rzymskiej drabiny politycznej, nie powinien mieć twarzy jak Apollo. Ludzie przystojni i pociągający kobiety budzili nieufność i byli traktowani jak lekkoduchy, zniewieścialcy albo potencjalni przyprawiacze innym rogów.
W zeszłym roku Sulla starał się o wybór na pretora. Wszystko zdawało się przemawiać na jego korzyść. Miał ogromne zasługi wojenne, które wszem wobec rozgłoszono, bo Gajus Mariusz dopilnował, by wyborcy dowiedzieli się, ile wart był dla niego Sulla jako kwestor, trybun i w końcu legat. Nawet Katulus Cezar, który nie miał powodu, by kochać Sullę po owym zamieszaniu w Galii italskiej, kiedy to Sulla wzniecił bunt, by uratować armię Katulusa przed zniszczeniem, wystąpił i chwalił jego służbę w Galii italskiej w roku, w którym ponieśli klęskę germańscy Cymbrowie. Potem, podczas tych niewielu dni, gdy Lucjusz Apulejusz Saturninus zagrażał państwu, to właśnie Sulla, niestrudzony i skuteczny, nakłonił Gajusa Mariusza, by położył temu kres. Kiedy zaś Mariusz wydał rozkaz, Sulla go wykonał. Kwintus Cecyliusz Metellus Numidyjski - którego Mariusz, Sulla i Rutyliusz Rufus nazywali Świnką-Szczecinką - zanim udał się na wygnanie, powtarzał wszystkim znajomym, że pomyślny koniec wojny z królem Jugurtą zawdzięczamy wyłącznie Sulli, a Mariusz bezprawnie przypisuje sobie tę zasługę. Tylko bowiem dzięki samotnym działaniom Sulli został pojmany Jugurta, a każdy wie, że wojna w Afryce trwałaby nadal, gdyby uszedł wolno. Kiedy Katulus Cezar i kilku innych konserwatywnych przywódców senatu zgodziło się ze Świnką-Szczecinką, że zasługę zakończenia wojny z Jugurtą należy przypisać Sulli, gwiazda Sulli zdawała się wznosić, a jego wybór na jednego z sześciu pretorów wydawał się pewny. Do tego należało dodać godne podziwu zachowanie Sulli - skromność, odmawianie sobie zasług, rzetelność. Do samego końca kampanii wyborczej utrzymywał, że pojmanie Jugurty należy przypisać Mariuszowi, on sam działał zaś pod komendą Mariusza. Takie zachowanie pochwalają zwykle wyborcy, a lojalność wobec dowódcy jest wysoko ceniona na Forum.
A jednak, gdy wyborcy centurialni zgromadzili się w saepcie na Polu Marsowym i centurie, jedna po drugiej, ogłaszały swój wybór, nazwisko Lucjusza Korneliusza Sulli - tak bardzo arystokratyczne i tak bardzo odpowiednie - nie znalazło się wśród sześciu wymienionych. By zaś do niesprawiedliwości dodać obrazę, niektórzy z wybranych mieli tak samo mierne osiągnięcia, jak mierne było pochodzenie ich przodków.
Dlaczego? Zaraz po głosowaniu wszyscy związani z Sullą zadawali mu to pytanie, on jednak nic nie odpowiadał. Wiedział jednak, dlaczego. Nieco później Rutyliusz Rufus i Mariusz także poznali tajemnicę Sulli.
Przyczyna jego klęski miała nazwisko: Cecylia Metella Dalmatyńska, zaledwie dziewiętnastoletnia. I żona Marka Emiliusza Skaurusa, pryncepsa senatu, który był konsulem w roku pierwszego pojawienia się Germanów, cenzorem w roku, w którym Metellus Numidyjski Świnka-Szczecinka wyruszył do Afryki na wojnę z Jugurtą, i przywódcą kurii od czasów swego konsulatu, czyli od siedemnastu lat. To syn Skaurusa miał poślubić Dalmatykę, ale popełnił samobójstwo po odwrocie Katulusa Cezara spod Trydentu, przyznając, że okazał się tchórzem. A Metellus Numidyjski Świnka-Szczecinka, opiekun swej siedemnastoletniej bratanicy, wydał ją pośpiesznie za Skaurusa, choć między mężem a żoną było czterdzieści lat różnicy.
Nikt oczywiście nie pytał Dalmatyki, co myśli o tym związku, a i ona sama na początku nie była tego pewna. Wydawała się nieco oszołomiona ogromem auctoritas i dignitas swego męża i rada z opuszczenia burzliwego domu Metellusa Numidyjskiego, gdzie rezydowała wówczas i jego siostra, której seksualne inklinacje i histeryczne zachowanie były prawdziwą udręką dla współmieszkańców. Dalmatyka z miejsca zaszła w ciążę (w wyniku czego auctoritas i dignitas jej męża wzrosły jeszcze bardziej) i urodziła Skaurusowi córkę. Wtedy właśnie na jakimś przyjęciu wydanym przez jej męża poznała Sullę i ich wzajemne oczarowanie okazało się głębokie, trwałe i unieszczęśliwiające.
Świadom niebezpieczeństwa, jakie sobą przedstawiała, Sulla nie zrobił niczego, by pogłębić znajomość z młodą żoną Skaurusa. Ona jednak uważała inaczej. Kiedy pogruchotane ciała Saturnina i jego przyjaciół spalone zostały z wszystkimi honorami należnymi obywatelom rzymskim, a Sulla zaczął krążyć po Forum i po mieście, dając się poznać i rozpoczynając starania o zdobycie pretury, Dalmatyka również zaczęła krążyć po Forum i po mieście. Dokądkolwiek poszedł Sulla, tam pojawiała się i Dalmatyka, zawoalowana i kryjąca się za jakimś cokołem czy kolumną, pewna, że nikt jej nie spostrzega.
Sulla bardzo szybko nauczył się unikać miejsc w rodzaju Portyku Margaritaria, gdzie istotnie można było spotkać kobiety z dobrego domu najniewinniej w świecie nawiedzające sklepy jubilerskie. To ograniczyło szanse Dalmatyki na rozmowę z nim, ale jej postępowanie było dla Sulli wskrzeszeniem dawnego i straszliwego koszmaru - tych dni, gdy Julilla pogrzebała go pod lawiną miłosnych listów, które wsuwała ze swą dziewczyną przy każdej okazji w zanadrze jego togi, w sytuacjach, w których nie śmiał zwracać uwagi widzów na ich poczynania. Cóż, tamto zakończyło się małżeństwem, całkowicie nierozwiązywalnym związkiem confarreatio, który przetrwał - gorzki, natarczywy, upokarzający - aż do jej samobójczej śmierci, a był jednym z wielu epizodów w nie kończącej się procesji kobiet pragnących go poskromić.
Sulla zapuścił się więc w wąskie, cuchnące i zatłoczone uliczki Subury, by zwierzyć się, czego bardzo w tej chwili potrzebował, swej jedynej prawdziwej przyjaciółce - Aurelii, szwagierce jego zmarłej żony Julilli.
- Co mam robić? Jestem w pułapce, Aurelio; to znowu Julilla! Nie mogę się od niej uwolnić!
- Cały kłopot w tym, że one nie mają nic do roboty - powiedziała z ponurą miną Aurelia. - Mają niańki do swoich dzieci, spotkania z przyjaciółkami, dobieranymi głównie dla ich talentów do plotkowania, mają krosna, z których nie zamierzają korzystać, i mają zbyt puste głowy, by znaleźć pocieszenie w książkach. Większość z nich nie kocha mężów, bo małżeństwa zawarto z wyrachowania - albo ich ojcowie szukali politycznego poparcia, albo ich mężowie potrzebowali posagów czy też dobrze urodzonych żon. Po roku takiego życia dojrzewają do jakiejś miłosnej intrygi - westchnęła. - Mimo wszystko, Lucjuszu Korneliuszu, w miłości mają swobodę wyboru, a czy ją mają w innych dziedzinach? Mądrzejsze spośród nich zadowalają się niewolnikami. Najgłupsze to te, które się zakochują. I tak jest, niestety, w tym przypadku. Ta biedna głupia mała Dalmatyka postradała rozum! A ty jesteś tego przyczyną.
Zagryzł wargę i ukrył swe myśli, wpatrując się we własne dłonie.
- Nie chciałem tego.
- Ja to wiem! Czy jednak podobnie sądzi Marek Emiliusz Skaurus?
- Bogowie, on przecież chyba nic nie wie!
- Powiedziałabym, że wie aż za wiele - parsknęła Aurelia.
- Czemu więc do mnie nie przyszedł? Czy to ja mam iść do niego?
- Właśnie o tym myślę - powiedziała właścicielka czynszowej insuli, powiernica wielu ludzi, matka trojga dzieci, żona nieobecnego męża, stale zajęta, nigdy nie wścibska.
Siedziała zwrócona bokiem do swego roboczego stołu, rozległej przestrzeni pokrytej całkowicie zwojami papieru, kartkami i pudłami na książki, nie był to jednak bałagan tylko świadectwo rozlicznych zajęć i ogromu pracy.
Sulla pomyślał, że jeśli ona mu nie pomoże, to na nikogo nie może już liczyć, bo jedyna inna osoba, do której mógłby się udać, nie była w tej sytuacji godna zaufania. Aurelia to tylko przyjaciółka, Metrobiusz zaś był także kochankiem z wszystkimi uczuciowymi problemami, jakie wiązały się z tą rolą, i dodatkowymi komplikacjami wynikającymi z jego płci. Kiedy poprzedniego dnia widział się z Metrobiuszem, młody Grek zrobił jakąś złośliwą uwagę o Dalmatyce. Sulla był wstrząśnięty i dopiero wtedy zrozumiał, że o nim i o Dalmatyce musi mówić cały Rzym, bo świat Metrobiusza był bardzo oddalony od świata, w którym on sam się teraz obracał.
- Czy mam się spotkać z Markiem Emiliuszem Skaurusem? - spytał znowu.
- Wolałabym, żebyś spotkał się z Dalmatyką, ale nie widzę sposobu. - Aurelia zacisnęła usta.
Sulla ożywił się.
- Czy nie mogłabyś jej tu zaprosić?
- Oczywiście, że nie! - oburzyła się Aurelia. - Lucjuszu Korneliuszu, jak na człowieka o trzeźwym umyśle, nie popisujesz się rozsądkiem! Czy nie rozumiesz? Marek Emiliusz Skaurus z pewnością kazał śledzić żonę. Twoją białą skórę ratuje dotąd jedynie brak dowodów na poparcie jego podejrzeń.
Wyszczerzył zęby, ale nie w uśmiechu. Opuścił na chwilę maskę i Aurelia ujrzała kogoś, kogo nie znała. Ale - czy naprawdę tak było? Może raczej chodziło o kogoś, kogo wyczuwała już dawniej, ale nigdy przedtem nie widziała. Kogoś pozbawionego cech ludzkich, potwora o długich szponach wyjącego do księżyca. Po raz pierwszy w życiu ogarnęło ją przerażenie.
Jej widoczne drżenie spłoszyło potwora. Sulla znów przywdział maskę.
- Więc co mam robić, Aurelio? Co mogę zrobić?
- Kiedy ostatnio o niej mówiłeś - trzeba przyznać, że to było przed dwoma laty - powiedziałeś, że ją kochasz, chociaż spotkaliście się tylko raz. Całkiem jak Julillę, nieprawdaż? I dlatego tym trudniej to znieść. Ona oczywiście nie wie nic o Julilli, poza tym że miałeś kiedyś żonę, która się zabiła - a to zwiększa jeszcze twoją atrakcyjność. To sugeruje, że jesteś niebezpieczny dla kobiety, która cię pozna i pokocha. Cóż za wyzwanie! Nie, obawiam się, że biedna mała Dalmatyka wpadła beznadziejnie w twoje sieci, choćby i zarzucone mimowolnie. - Przez chwilę zastanawiała się w milczeniu, potem zaś podniosła wzrok. - Nic nie mów i nic nie rób, Lucjuszu Korneliuszu. Zaczekaj, aż Marek Emiliusz Skaurus przyjdzie do ciebie. Dzięki temu wydasz się zupełnie niewinny. Dopilnuj jednak, żeby nie znalazł żadnych dowodów niewierności, choćby i pośrednich. Zakaż swej żonie wychodzić z domu, kiedy w nim przebywasz, na wypadek gdyby Dalmatyka przekupiła kogoś z twych sług, by ją wpuścił. Kłopot w tym, że ty nie rozumiesz kobiet ani ich zbytnio nie lubisz. Nie wiesz zatem, jak sobie radzić z ich najgorszymi wybrykami - one zaś budzą w tobie to, co najgorsze. Jej mąż musi przyjść do ciebie. Bądź dla niego uprzejmy, błagam! Będzie rozdrażniony, jak to starszy człowiek, który ma młodą żonę. Nie rogacz, ale tylko dzięki twej obojętności. Musisz więc zrobić wszystko, co w twej mocy, żeby nie urazić jego dumy. Mimo wszystko jego wpływy dorównują wpływom Gajusa Mariusza - uśmiechnęła się. - Wiem, że on nie zgodziłby się na to porównanie, ale taka jest prawda. Jeśli chcesz zostać pretorem, nie możesz go obrazić.
Sulla przyjął jej radę, ale niestety nie w pełni, i zyskał sobie wroga, bo nie był uprzejmy ani pomocny, ani nie starał się nie urazić dumy Skaurusa.
Przez szesnaście dni po jego rozmowie z Aurelią nic się nie działo, poza tym że wypatrywał szpiegów Skaurusa i zadbał o to, by mu nie dać żadnych dowodów niewierności. Wśród przyjaciół Skaurusa i jego własnych uśmiechano się skrycie i wymieniano znaczące spojrzenia. Zapewne zawsze tak było, tylko przedtem tego nie dostrzegał.
Najgorsze było to, że nadal pragnął Dalmatyki - albo ją kochał, albo był przez nią opętany, albo wszystko to naraz. Jeszcze raz Julilla; ten ból, ta nienawiść, to pragnienie zadawania ciosów każdemu, kto stanął mu na drodze. Od marzeń o kochaniu się z Dalmatyką przechodził w mgnieniu oka do marzeń o skręceniu jej karku i przyglądaniu się, jak kona w plamie księżycowego światła w Cyrcejach… nie, nie, tamto zdarzyło się, kiedy zabił swą macochę! Zaczął otwierać ukrytą szufladę w szafce mieszczącej maskę jego przodka, Publiusza Korneliusza Sulli Rufinusa, flamena Dialis. Wyjmował buteleczki z truciznami i pudełko z białym proszkiem… tak zabił Lucjusza Gawiusza Stychusa i siłacza Herkulesa Atlasa. Grzyby? Tak zabił swą kochankę - skosztuj tego, Cecylio Dalmatyńska!
Upłynęło już jednak sporo czasu od śmierci Julilli, przybyło mu doświadczenia i lepiej poznał samego siebie. Nie mógłby zabić Dalmatyki, tak samo jak nie był zdolny zabić Julilli. Z kobietami ze szlachetnych starych rodów nie było innej możliwości, niż doczekać gorzkiego końca. Pewnego dnia doprowadzą z Dalmatyką do końca to, czego w tej chwili nie śmiał rozpocząć.
Potem zjawił się Marek Emiliusz Skaurus i zastukał do jego drzwi, tych samych drzwi, których dotykały kiedyś dłonie tak wielu umarłych i które wciąż ociekały jadem nienawiści. To dotknięcie zatruło duszę Skaurusa i odtąd myślał już tylko o tym, że rozmowa będzie trudniejsza, niż przewidywał.
Usadzony na krześle dla klientów ów dzielny starszy pan przyglądał się spokojnej twarzy swego gospodarza jasnymi zielonymi oczami, które zadawały kłam pobrużdżonej twarzy i pozbawionej włosów czaszce. Jakżeby pragnął nie przybywać tu i nie musieć zniżać swej dumy do tej sytuacji rodem ze złej farsy.
- Sądzę, że wiesz, dlaczego tu jestem, Lucjuszu Korneliuszu - powiedział, zadzierając podbródek i patrząc wprost przed siebie.
- Myślę, że wiem - odrzekł Sulla i zamilkł.
- Przychodzę przeprosić cię za zachowanie mojej żony i zapewnić cię, że dopilnuję, by więcej nie sprawiała kłopotu.
A więc zrobił to! I przeżył, nie umarł ze wstydu. Wydawało mu się jednak, że w chłodnym i beznamiętnym spojrzeniu Sulli dostrzega cień wzgardy, być może wyimaginowanej, a jednak to właśnie uczyniło Skaurusa wrogiem Sulli.
- Bardzo mi przykro, Marku Emiliuszu. - Powiedzże coś, Sullo! Ułatw to staremu głupcowi! Nie pozwól mu siedzieć tu z poszarpaną na strzępy dumą! Pamiętaj, co mówiła Aurelia! Jednak właściwe słowa nie chciały się nasunąć. Ich zaczątki mieszały się w jego umyśle, a odrętwiały język milczał.
- Lepiej będzie dla wszystkich w to wmieszanych, jeśli opuścisz Rzym - rzekł w końcu Skaurus. - Jedź do Hiszpanii. Słyszę, że Lucjusz Korneliusz Dolabella potrzebuje wsparcia.
Sulla zamrugał z przesadnym zdziwieniem.
- Czy tak? Nie sądziłem, że sprawy aż tak źle stoją. Nie mogę jednak, Marku Emiliuszu, wyrwać się stąd i jechać do Hiszpanii Dalszej. Mam za sobą dziewięć lat w senacie, czas więc starać się o wybór na pretora.
Skaurus zdławił gniew, starając się nadal być miłym.
- Nie w tym roku, Lucjuszu Korneliuszu - powiedział. - W następnym albo za dwa lata. W tym roku powinieneś wyjechać z Rzymu.
- Marku Emiliuszu, ja nie zrobiłem nic złego! - Zrobiłeś, Sullo! Robisz to właśnie teraz, pragnąc pognębić tamtego! - Mój termin minął trzy lata temu, mój czas ucieka. Powinienem stawać do wyborów, muszę więc zostać w Rzymie.
- Przemyśl to sobie, proszę - rzekł Skaurus, wstając.
- Nie mogę, Marku Emiliuszu.
- Jeśli staniesz do wyborów, nie przejdziesz, zapewniam cię, Lucjuszu Korneliuszu. Nie przejdziesz też w następnym roku ani za dwa lata, ani za trzy - powiedział spokojnym tonem Skaurus. - Tyle ci mogę obiecać, wierz mi! Wyjedź z Rzymu.
- Bardzo żałuję, Marku Emiliuszu. Muszę jednak zostać w Rzymie i stanąć do wyborów - odrzekł Sulla.
I na tym stanęło. Choć auctoritas i dignitas pryncepsa senatu Marka Emiliusza Skaurusa doznały uszczerbku, zachował aż za wiele wpływów, by uniemożliwić wybór Sulli na pretora. Inni, pośledniejsi od niego, miernoty i głupcy, a mimo to pretorzy, zobaczyli swe nazwiska wpisane w fasti.

To od swojej siostrzenicy Aurelii dowiedział się o tym Publiusz Rutyliusz Rufus, który z kolei przekazał opowieść Gajusowi Mariuszowi. Było rzeczą oczywistą, że prynceps senatu Skaurus przeciwstawiał się wyborowi Sulli na pretora, mniej oczywiste było jednak, dlaczego tak się stało. Niektórzy utrzymywali, że przyczyną była namiętność, jaką zapłonęła do Sulli Dalmatyka, ale po długich dyskusjach uznano powszechnie to wyjaśnienie za niedostateczne. Skaurus dał dziewczynie dość czasu (jak mówił), by sama zrozumiała swój błąd, a potem załatwił z nią tę sprawę (grzecznie, lecz stanowczo, jak mówił), i nie robił z tego sekretu wobec przyjaciół ani na Forum.
- Że też musiało się to biedactwu przytrafić! - zwierzał się kilku senatorom, upewniwszy się, że mnóstwo innych kręci się w pobliżu. - Wolałbym, żeby wybrała kogoś innego niż zwykłego sługusa Gajusa Mariusza, ale to podobno przystojny chłop.
Było to dobrze wyreżyserowane, tak dobrze, że eksperci z Forum i członkowie senatu uznali związki Sulli z Gajusem Mariuszem za prawdziwy powód przeciwstawienia się Skaurusa kandydaturze Sulli. Po bezprecedensowych sześciu konsulatach gwiazda Mariusza przygasła. Najlepsze dni miał już za sobą i nie zdołał nawet uzyskać wystarczającego poparcia, by ubiegać się o wybór na cenzora. Oznaczało to, że Gajus Mariusz, tak zwany Trzeci Założyciel Rzymu, nigdy nie stanie w szeregu najdostojniejszych mężów konsularnych, z których wszyscy byli cenzorami. Gajus Mariusz był według rzymskiego schematu skończony, stał się raczej osobliwością niż zagrożeniem i nikt powyżej klasy trzeciej nie wznosił już okrzyków na jego cześć.
Rutyliusz Rufus dolał sobie wina.
- Naprawdę wybierasz się do Pesynuntu?
- Dlaczego nie?
- Po co? Mogę zrozumieć Delfy albo Olimpię, albo Dodonę. Ale Pesynunt? To gdzieś w środku Anatolii - we Frygii! To dziura zabita deskami, najbardziej zacofana w świecie! Nie ma tam kropli dobrego wina ani porządnej drogi przez setki mil. Na lewo i na prawo same pastuchy, a dzikusy z Galacji kłębią się na granicy. Słowo daję, Gajusie Mariuszu! Czy tak ci pilno zobaczyć Battakesa w złotej szacie i z klejnotami wplecionymi w brodę? Wezwij go znów do Rzymu! Jestem pewien, że będzie zachwycony, mogąc odnowić znajomość z naszymi matronami, które nie przestały jeszcze opłakiwać jego wyjazdu.
Zanim Rutyliusz doszedł do końca tej pełnej żaru wypowiedzi, Mariusz i Sulla śmiali się w najlepsze i znikło nagle napięcie towarzyszące im tego wieczoru. Znów czuli się ze sobą swobodnie i znów się zgadzali.
- Chcesz się przyjrzeć królowi Mitrydatesowi - powiedział Sulla tonem bynajmniej nie pytającym.
Mariusz uśmiechnął się, unosząc brwi.
- Dość niezwykłe stwierdzenie! Czemu tak sądzisz, Lucjuszu Korneliuszu?
- Bo cię dobrze znam, Gajusie Mariuszu. Stary z ciebie niedowiarek! Ślubowałeś chyba tylko to, że skopiesz tyłki legionistom i ich trybunom wojskowym. Jest tylko jeden powód, dla którego ciągnąłbyś swe tłuste cielsko w głąb dzikiej Anatolii. Chcesz na własne oczy zobaczyć, co się dzieje w Kapadocji i co król Mitrydates ma z tym wspólnego. - Sulla uśmiechał się rozradowany jak rzadko.
Mariusz zwrócił się z niepokojem do Rutyliusza Rufusa:
- Mam nadzieję, że nie wszyscy tak mnie znają na wylot jak Lucjusz Korneliusz!
Teraz z kolei uśmiechnął się Rutyliusz Rufus.
- Bardzo wątpię, żeby ktoś się czegoś domyślił. Ja pierwszy ci uwierzyłem, stary niedowiarku!
Mariusz zwrócił się mimowolnie (albo tak się wydawało Rutyliuszowi Rufusowi) do Sulli i na powrót zaczęli omawiać jakąś nową wielką strategię.
- Kłopot w tym, że wcale nie możemy polegać na naszych źródłach informacji - mówił z ożywieniem Mariusz. - Chodzi o to, że nikt godny zaufania nie był tam od lat - nikt, na kim mógłbym polegać. Co my właściwie wiemy?
- Bardzo niewiele. - Sulla był całkowicie pochłonięty rozmową. - Zorganizowano kilka wypadów w głąb Galacji, króla Bitynii Nikomedesa od zachodu i Mitrydatesa od wschodu. Potem przed kilku laty Nikomedes poślubił matkę małego króla Kapadocji, chyba sprawowała wtedy regencję, i zaczął używać tytułu króla Kapadocji.
- Tak było - potwierdził Mariusz. - Chyba uznał to za niefortunny pomysł, kiedy Mitrydates doprowadził do jej zamordowania i znów osadził chłopca na tronie. Nie ma już króla Kapadocji Nikomedesa! - Zaśmiał się cicho. - Jak też on mógł przypuszczać, że wyjdzie z tego cało, skoro zamordowana królowa była siostrą Mitrydatesa!
- A jej syn nadal tam panuje jako - ach, te ich dziwaczne imiona! Jakiś Ariarates?
- Ariarates VII, dla ścisłości - potwierdził Mariusz.
- Jak myślisz, co się tam dzieje? - spytał Sulla, którego ciekawość została pobudzona wykazaną przez Mariusza znajomością zawiłych wschodnich stosunków.
- Nie jestem pewien. Zapewne nic, poza zwykłymi kłótniami Nikomedesa z Bitynii z Mitrydatesem z Pontu. Bardzo mnie jednak intryguje ten młody król Pontu, Mitrydates. Chciałbym się z nim spotkać. Ma dopiero trzydzieści lat, Lucjuszu Korneliuszu, a już opanował najpiękniejsze kraje wokół Morza Euksyńskiego, mając na początku sam tylko Pont. Dreszcz mnie przenika, bo czuję, że przysporzy on Rzymowi kłopotów.
Czując, że najwyższy czas włączyć się do rozmowy, Publiusz Rutyliusz Rufus z hałasem postawił pusty puchar na stoliku i wykorzystał okazję.
- Chodzi ci o to, że Mitrydates ma na oku naszą rzymską prowincję Azję - rzekł, kiwając głową z mądrą miną. - Czemu nie miałby jej pragnąć? To bardzo bogaty kraj i najbardziej cywilizowane miejsce w świecie. Ten kraj był grecki, odkąd Grecy są Grekami! W prowincji Azji żył i tworzył Homer, wyobrażacie sobie?
- Łatwiej bym to sobie wyobraził, gdybyś zaczął przygrywać na lirze - zaśmiał się Sulla.
- Bądźże poważny, Lucjuszu Korneliuszu! Król Mitrydates chyba nie na żarty myśli o naszej rzymskiej prowincji Azji i my też nie dworujmy z tego.
Nie na żarty, dworować; Rutyliusz Rufus przerwał, podziwiając swój kunszt słowa, i stracił szansę zapanowania nad rozmową.
- Nie ma chyba wątpliwości, że Mitrydates jest owładnięty myślą o zapanowaniu nad naszą prowincją Azją - powiedział Mariusz.
- To jednak człowiek Wschodu - rzekł Sulla. - Wszyscy ci wschodni królowie boją się Rzymu. Nawet Jugurta, o wiele bardziej otwarty na Rzym niż jakiś wschodni król, nawet on bał się Rzymu. Przypomnijcie sobie tylko, ile zniewag zniósł Jugurta, zanim zdecydował się na walkę z nami. Zmusiliśmy go do tej wojny.
- Ach, myślę, że Jugurta zawsze planował tę wojnę - oświadczył Rutyliusz Rufus.
- Nie zgadzam się z tym - odparł Sulla, marszcząc brwi. - On chyba marzył o wojnie z nami, ale tylko marzył. To my zmusiliśmy go do wojny, kiedy Aulus Albinus wtargnął do Numidii w poszukiwaniu łupu. Tak właśnie zaczynają się zwykle wszystkie nasze wojny. Jakiś żądny złota dowódca, który nie powinien kierować nawet pochodem przedszkolaków, otrzymuje władzę nad rzymskimi legionami i wyrusza szukać zdobyczy - nie dla Rzymu, ale dla siebie. Karbon i Germanie, Cepion i Germanie, Sylan i Germanie - ta lista nie ma końca.
- Odchodzisz od tematu, Lucjuszu Korneliuszu - zauważył uprzejmie Mariusz.
- Rzeczywiście, przepraszam! - Bynajmniej nie speszony Sulla uśmiechnął się z oddaniem do swego dawnego dowódcy. - Tak czy inaczej, sytuacja na wschodzie jest chyba bardzo podobna do sytuacji w Afryce, zanim Jugurta zdecydował się na wojnę z nami. Wiemy wszyscy, że Bitynia i Pont to odwieczni wrogowie, wiemy też, że zarówno król Nikomedes, jak i król Mitrydates marzą o ekspansji, co najmniej w głąb Anatolii. W Anatolii leżą dwa bogate kraje, na które obaj królowie mają ochotę - Kapadocja i nasza rzymska prowincja Azja. Kto posiada Kapadocję, ten ma łatwy dostęp do Cylicji i bogactwo ziem uprawnych. Posiadanie rzymskiej prowincji Azji zapewnia nieograniczony dostęp do Morza Środkowego, pół setki znakomitych portów i na dodatek bajecznie bogate zaplecze. Któryż król nie chciałby sprawować władzy w obu tych krajach!
- Nikomedes nie martwi mnie wcale - przerwał mu Mariusz. - Musi trzymać się Rzymu rękami i nogami, i wie o tym. Nie sądzę też, żeby - na razie - coś groziło naszej rzymskiej prowincji Azji. Chodzi o Kapadocję.
Sulla skinął głową.
- Zgadzam się. Prowincja Azja jest rzymska. A król Mitrydates nie różni się chyba od reszty swoich wschodnich kolegów i nie wyzbył się strachu przed Rzymem na tyle, by napaść na naszą prowincję, choćby i była fatalnie rządzona. Kapadocja nie jest jednak rzymska. Leży w naszej sferze wpływów, ale Nikomedes i młody Mitrydates przyjmują chyba, że jest zbyt odległa i mało ważna dla Rzymu, by o nią toczyć wojny. Z drugiej strony, zachowują się jak złodzieje, kryjąc się za jakimiś marionetkami i krewniakami.
- Nie nazwałbym ukradkowym postępkiem małżeństwa starego króla Nikomedesa z królową regentką Kapadocji - mruknął Mariusz.
- Zgoda, ale to nie trwało długo, nieprawdaż? Król Mitrydates był tak oburzony, że zamordował własną siostrę! Osadził jej syna na tronie Kapadocji szybciej, niż zdołałbyś powiedzieć: "Lucjusz Utracjusz".
- Niestety, to Nikomedes jest naszym oficjalnym przyjacielem i sprzymierzeńcem, a nie Mitrydates - powiedział Mariusz. - Szkoda, że nie było mnie w Rzymie, kiedy się to wszystko działo.
- Ach, daj spokój! - oburzył się Rutyliusz Rufus. - Królowie Bitynii noszą oficjalnie tytuł "przyjaciela i sprzymierzeńca" od ponad pół wieku! Podczas naszej ostatniej wojny z Kartaginą także i król Pontu był oficjalnym przyjacielem i sprzymierzeńcem. Ojciec tego Mitrydatesa stracił jednak szanse na przyjaźń z Rzymem, kupując Frygię od ojca Maniusza Akwiliusza. Rzym nie utrzymuje odtąd stosunków z Pontem. Nie można zresztą czynić "przyjaciółmi i sprzymierzeńcami" dwóch poróżnionych ze sobą królów, chyba że taki status zapobiega wojnie między nimi. W przypadku Bitynii i Pontu senat uznał, że nadanie tytułów obu królom pogorszy tylko ich stosunki. Wyróżniono Nikomedesa, bo Bitynia ma lepsze notowania niż Pont.
- Nikomedes to stary głupiec! - oświadczył zniecierpliwiony Mariusz. - Rządzi od ponad pół wieku, a nie był już dzieckiem, kiedy odsunął od tronu swego tatę. Ma chyba ponad osiemdziesiąt lat i tylko pogarsza sytuację w Anatolii.
- Zachowując się jak stary głupiec, bo chyba to masz na myśli. - Tej uwadze towarzyszyło spojrzenie niemalże fioletowych oczu Rutyliusza Rufusa, bardzo podobne do spojrzeń jego siostrzenicy Aurelii i równie bezpośrednie, choć nie tak twarde. - Nie uważasz, Gajusie Mariuszu, że ty i ja jesteśmy bardzo bliscy wieku, w którym zostaje się starym głupcem?
- Spokój, spokój, przestańcie stroszyć pióra! - Sulla wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Wiem, o co ci chodzi, Gajusie Mariuszu. Nikomedes jest sędziwy niezależnie od tego, czy jest zdolny rządzić czy nie - a trzeba przyjąć, że nadal jest. Jego dwór jest najbardziej zhellenizowany ze wszystkich wschodnich dworów, ale nadal jest wschodni. Oznacza to, że wystarczy jedno jego potknięcie, aby syn usunął go z tronu. Nikomedes pozostaje zatem przebiegły i czujny, ale jest też wiecznie niezadowolony i zawistny. Tymczasem za granicą, w Poncie, rządzi trzydziestolatek - energiczny, inteligentny, agresywny i pewny siebie. Trudno oczekiwać, żeby Nikomedes oddał Mitrydatesowi sprawiedliwość.
- Trudno - zgodził się Mariusz. - Możemy chyba przyjąć, że jeśli dojdzie do wymiany ciosów, będzie to nierówna walka. Nikomedes zdołał jedynie utrzymać to, co miał na początku swego panowania, podczas gdy Mitrydates to zdobywca. Tak, Lucjuszu Korneliuszu, muszę się przyjrzeć temu Mitrydatesowi!
Oparł się na lewym łokciu i spojrzał na Sullę.
- Jedź ze mną, Lucjuszu Korneliuszu! Jaką masz alternatywę? Jeszcze jeden nudny rok w Rzymie, paplaninę Świnki-Szczecinki w senacie i Prosiaka pyszniącego się sprowadzeniem swego taty do kraju.
Sulla pokręcił jednak przecząco głową.
- Nie, Gajusie Mariuszu.
- Słyszałem - powiedział Rutyliusz Rufus, ogryzając paznokieć - że oficjalne pismo odwołujące Kwintusa Cecyliusza Metellusa Numidyjskiego z wygnania na Rodos podpisali starszy konsul Metellus Nepos i nie kto inny jak Prosiak, wyobrażacie sobie! O trybunie ludowym Kwintusie Kalidiuszu, który otrzymał wezwanie do powrotu, ani słychu! Podpisane zostało przez najmłodszego z senatorów, który jest privatus w tej sprawie!
- Biedny Kwintus Kalidiusz! Mam nadzieję, że Prosiak dobrze mu zapłacił - zaśmiał się Mariusz. Spojrzał na Rutyliusza Rufusa. - Nie zmienili się wcale przez te wszystkie lata, nieprawdaż, ten ród Cecyliuszy Metellów? Mnie także mieli za nic, kiedy byłem trybunem ludowym.
- Zasłużenie - odrzekł Rufus. - Interesowałeś się wtedy jedynie utrudnianiem życia wszystkim Cecyliuszom Metellom, którzy zajmowali się polityką. A już myśleli, że mają cię w sidłach! Ależ wściekły był Dalmatyński!
Na dźwięk tego imienia Sulla wzdrygnął się, czując że się rumieni. To był jej zmarły ojciec, starszy brat Świnki-Szczecinki. Co się z nią dzieje, z Dalmatyką? Co jej zrobił Skaurus? Od dnia wizyty Skaurusa Sulla nie widział jej na oczy. Plotka mówiła, że zabronił jej wychodzenia z domu.
- Przy okazji - odezwał się - słyszałem z wiarygodnego źródła, że Prosiak żeni się, i to podobno doskonała partia.
Wspomnienia natychmiast poszły w niepamięć.
- Nic mi o tym nie wiadomo! - Rutyliusz Rufus, który uważał swoje źródła za najlepsze w Rzymie, był nieco zirytowany.
- Niemniej to prawda, Publiuszu Rutyliuszu.
- Powiedz mi zatem!
Sulla wrzucił sobie migdał do ust i żuł go przez chwilę, nim przemówił:
- Dobre wino, Gajusie Mariuszu - powiedział, napełniając swój puchar ze stojącego pod ręką dzbana, odprawiono już bowiem służących. Potem powoli dolał wody do wina.
- Ach, nie dręczże go już, Lucjuszu Korneliuszu! - westchnął Mariusz. - Publiusz Rutyliusz to przecież największy stary plotkarz w senacie.
- Zgadzam się z tym, ale musisz przyznać, że listy, które nam przysyłał do Galii i do Afryki były nadzwyczaj ciekawe.
- Z kim?! - krzyknął Rutyliusz Rufus.
- Z Licynią Młodszą, córką naszego pretora miejskiego, Lucjusza Licyniusza Krassusa Oratora.
- Żartujesz! - wykrztusił Rutyliusz Rufus.
- Wcale nie.
- Jest za młoda!
- W przeddzień ślubu skończy szesnaście.
- Obrzydliwość! - warknął Mariusz, ściągając brwi.
- To nie do usprawiedliwienia! - Rutyliusz Rufus był szczerze przejęty. - Odpowiedni wiek to osiemnaście i ani dnia mniej! Jesteśmy Rzymianami, a nie jakimiś wschodnimi porywaczami dzieci z kołysek!
- Cóż, Prosiak ma przynajmniej dopiero trzydziestkę - zauważył Sulla. - A co słychać z żoną Skaurusa?
- Im mniej się o tym mówi, tym lepiej! - parsknął Rutyliusz Rufus. Złość mu już przeszła. - Trzeba jednak podziwiać Krassusa Oratora. W tej rodzinie nie brak pieniędzy na posagi, ale i tak dobrze sobie radzi z córkami. Starsza wyszła za Scypiona Nazykę, a teraz młodsza za Prosiaka, jedynego syna i dziedzica. Myślałem wtedy, że tamta Licynia miała pecha, wychodząc w wieku siedemnastu lat za takiego gbura jak Nazyka. Wiecie, że jest w ciąży?
Mariusz klasnął w dłonie na rządcę.
- Idźcie już do domu! Kiedy rozmowa przeradza się w plotki starych bab, wyczerpaliśmy widocznie inne możliwości. W ciąży, też coś! Powinno się ciebie trzymać w pokoju dziecinnym z kobietami, Publiuszu Rutyliuszu!

Na tę ucztę w domu Mariusza sprowadzono wszystkie dzieci i wszystkie już spały, kiedy przyjęcie się skończyło. Jedynie Mariusz Młodszy był u siebie, pozostałych musieli zabrać rodzice. Dwie duże lektyki czekały w uliczce, jedna na dzieci Sulli, Kornelię Sullę i Sullę Młodszego, druga na trójkę Aurelii, Julię Starszą zwaną Lia, Julię Młodszą zwaną Ju-ju i Cezara Młodszego. Kiedy dorośli stali w atrium, rozmawiając cicho, grupa służących wnosiła śpiące dzieci do lektyk i ostrożnie układała je w ich wnętrzach.
Człowiek niosący Cezara Młodszego wydał się nieznajomy Julii, która mechanicznie liczyła dzieci. Potem zesztywniała nagle, chwytając Aurelię za rękę.
- Przecież to Lucjusz Dekumiusz! - wykrztusiła.
- Oczywiście, to on - przyznała zdziwiona Aurelia.
- Aurelio, naprawdę nie powinnaś!
- Nonsens, Julio! Lucjusz Dekumiusz jest mi prawdziwą ostoją. Dobrze wiesz, jak wygląda droga do mojego domu. Od siedmiu lat żyję wśród złodziei, rozbójników i bogowie wiedzą czego. Nie często daję się skusić na wyjście z domu, ale kiedy już wychodzę, Lucjusz Dekumiusz z kilkoma braćmi zawsze mnie odprowadza. Cezar Młodszy ma lekki sen, ale kiedy niesie go Lucjusz Dekumiusz, nigdy się nie budzi.
- Z kilkoma braćmi? - wyszeptała ze zgrozą Julia. - Chcesz powiedzieć, że jest tam więcej takich jak on?
- Ależ nie! Mam na myśli jego kolegów z bractwa rozdroży, jego ludzi, Julio. - Miała zagniewaną minę. - Ach, nie wiem, po co przychodzę na te rodzinne obiady, kiedy już wreszcie opuszczam dom! Czemu nie możesz zrozumieć, że świetnie sobie w życiu radzę i robienie wokół tego zamieszania jest zupełnie niepotrzebne?
Julia nic już nie powiedziała, dopóki nie poszli z Gajusem Mariuszem spać, wyprawiwszy służących do ich kwater, zamknąwszy drzwi od ulicy i złożywszy ofiary trójcy bogów opiekujących się rzymskimi domami: Weście od domowego ogniska, penatom od spiżarni i larowi Familiaris, opiekunowi rodziny.
- Aurelia była dziś nieznośna - powiedziała wtedy.
Mariusz był zmęczony. Odczuwał znużenie o wiele częściej niż dawniej i trochę się tego wstydził. Zamiast więc zrobić to, na co miał ochotę, a mianowicie obrócić się na lewy bok i zasnąć, położył się na plecach, objął żonę lewą ręką i i pogodził się z koniecznością rozmowy o kobietach i problemach domowych.
- Doprawdy? - spytał.
- Czy nie mógłbyś ściągnąć Gajusa Juliusza do domu? Aurelia zmienia się w jakąś emerytowaną westalkę, sama nie wiem w co! Zgorzkniała, zrzędliwa, bezbarwna! Tak, to odpowiednie słowo, bezbarwna - mówiła Julia. - A ten chłopiec ją wyczerpuje.
- Jaki chłopiec? - wymamrotał Mariusz.
- Jej dwudziestodwumiesięczny syn, Cezar Młodszy. Ach, Gajusie Mariuszu, on jest zdumiewający! Wiem, że czasem rodzą się takie dzieci, ale nigdy żadnego podobnego nie spotkałam ani o takim nie słyszałam wśród znajomych. Każda matka jest szczęśliwa, jeśli jej siedmioletni syn po pierwszym wyjściu z ojcem na Forum wie, czym są dignitas i auctoritas. Ale ten malec już to wie, chociaż nigdy nie widział swego ojca! Mówię ci, mężu, że Cezar Młodszy jest naprawdę zdumiewający. - Ożywiła się, coś jej przyszło na myśl, zaczęła wiercić się i podskakiwać na łóżku. - Ach, rozmawiałam wczoraj z Mucją, żoną Krassusa Oratora. Mówiła, że chwalił się jakimś klientem, który ma syna podobnego do Cezara Młodszego. - Szturchnęła Mariusza w żebra. - Musisz znać tę rodzinę, bo pochodzą z Arpinum.
Prawdę mówiąc, nie słuchał, ale ta sójka w żebra dopełniła tego, co zaczęło się od wiercenia się i podskakiwania. Rozbudził się na tyle, by spytać:
- Z Arpinum? Kto to?
Arpinum było jego miastem rodzinnym, tam leżały ziemie jego przodków.
- Marek Tuliusz Cycero. Klient Krassusa Oratora i jego syn noszą to samo imię.
- Niestety, znam tę rodzinę. To jacyś nasi krewni. Z tych, co to lubią się procesować! Zagarnęli kawałek naszej ziemi ze sto lat temu i wygrali sprawę w sądzie. Odtąd nie odzywamy się do nich.
Powieki mu opadały.
- Rozumiem. - Julia przytuliła się mocniej. - W każdym razie ten chłopiec ma teraz osiem lat i jest tak bystry, że zamierza studiować na Forum. Krassus Orator przewiduje, że wywoła on nie lada poruszenie. Cezar Młodszy też chyba wywoła nie lada poruszenie, kiedy będzie miał osiem lat.
- Ha! - Mariusz ziewnął potężnie.
Znów trąciła go łokciem w żebra.
- Zasypiasz, Gajusie Mariuszu! Obudź się!
Otworzył szybko oczy i warknął niby to groźnie:
- Chcesz mnie przegonić dookoła Kapitolu?
Zachichotała i znowu spoważniała.
- Cóż, nie spotkałam jeszcze tego chłopca Cycerona, ale znam swego bratanka, małego Gajusa Juliusza Cezara, i powiadam ci, że on nie jest… normalny. Wiem, że tak się zwykle mówi o ociężałych umysłowo, ale czemu nie miałoby to również oznaczać i czegoś przeciwnego?
- Julio, robisz się z wiekiem coraz bardziej rozmowna - poskarżył się zmęczony mąż.
Julia nie zwróciła na to uwagi.
- Cezar Młodszy nie ma jeszcze dwóch lat, a robi wrażenie, jakby miał sto. Używa wielkich słów i odpowiednio układa zdania, i wie, co te wielkie słowa znaczą!
I nagle Mariusz rozbudził się zupełnie i przestał odczuwać zmęczenie. Uniósł się, by spojrzeć na żonę, na jej poważną twarz miękko rysującą się w słabym płomieniu nocnej lampki. Jej bratanek! Jej bratanek imieniem Gajus! Proroctwo Marty Syryjki wyjawione mu przy pierwszym jego spotkaniu ze staruchą, w pałacu Gaudy w Kartaginie. Przepowiedziała mu wtedy, że zostanie Pierwszym w Rzymie i że będzie siedem razy konsulem. Dodała jednak, że nie będzie największym z wszystkich Rzymian. Będzie nim bratanek jego żony, Gajus! On zaś powiedział wtedy do siebie: "Po moim trupie! Nikt nie zaćmi mojej sławy". I oto pojawił się ten chłopiec, realny i żywy.
Opadł znów na plecy, bo zmęczenie odezwało się bólem ramion. Zbyt wiele czasu, zbyt wiele energii, zbyt wiele pasji włożył w walkę o miano Pierwszego w Rzymie, by stać spokojnie i patrzeć, jak blask jego imienia zaćmiewa jakiś przedwcześnie rozwinięty arystokrata, który dopnie swego, kiedy on, Gajus Mariusz, będzie zbyt stary, by się temu przeciwstawić albo nie będzie już żył. Choć bardzo kochał swoją żonę i pokornie przyznawał, że to jej arystokratyczne nazwisko zapewniło mu pierwszy konsulat, wolałby nie widzieć, jak jej bratanek, krew z jej krwi, staje się coraz sławniejszy, aż w końcu usuwa go w cień.
Sprawował dotąd sześć konsulatów, co oznaczało, że czeka go jeszcze siódmy. Nikt z biorących udział w życiu politycznym Rzymu nie wierzył, by Gajus Mariusz odzyskał kiedyś swą minioną chwałę, te szczęśliwe lata, kiedy centurie wybierały go trzykrotnie in absentia w przekonaniu, że jest jedynym człowiekiem zdolnym ocalić Rzym od Germanów. Ocalił ich, a jakie spotkało go podziękowanie? Porażka polityczna w walce z opozycją, dezaprobata, podkopywanie. Wroga działalność Kwintusa Lutacjusza Katulusa Cezara, Metellusa Świnki-Szczecinki Numidyjskiego oraz wielkiego i potężnego stronnictwa w senacie, utworzonego tylko po to, by obalić Gajusa Mariusza. Mali ludzie o wielkich nazwiskach nie mogli znieść myśli, że ich ukochany Rzym został uratowany przez pogardzanego "człowieka nowego" - jakiegoś italskiego wieśniaka, który wcale nie zna greki, jak to ujął przed laty Metellus Świnka-Szczecinka Numidyjski.
Ale to jeszcze nie koniec! Udar czy nie udar, Gajus Mariusz będzie konsulem po raz siódmy - i przejdzie do historii jako największy Rzymianin w dziejach republiki. Nie zamierza też pozwolić jakiemuś złotowłosemu pięknemu potomkowi bogini Wenus zająć w historii lepszego miejsca od wywalczonego przez niego samego.
- Zajmę się tobą, chłopcze - powiedział na głos i uścisnął Julię.
- Co to ma znaczyć? - spytała.
- Za parę dni wyruszamy do Pesynuntu, ty i ja, i nasz syn także.
- Ach, Gajusie Mariuszu! Naprawdę? To wspaniale! Jesteś pewien, że chcesz nas zabrać?
- Jestem pewien, żono. Nie obchodzi mnie, co na to powiedzą. Nie będzie nas przez dwa albo trzy lata, a nie zamierzam w moim wieku rozstawać się na tak długo z żoną i z synem. Gdybym był młodszy, może byłoby inaczej. Skoro zaś podróżuję jako privatus, nie istnieją żadne formalne przeszkody, bym zabrał ze sobą rodzinę. Płacę sam za siebie. - Parsknął śmiechem.
- Ach, Gajusie Mariuszu! - Zabrakło jej słów.
- Zobaczymy po drodze Ateny, Smyrnę, Pergamon, Nikomedię i ze sto innych miejsc.
- Czy Tars także? - spytała ochoczo. - Ach, zawsze chciałam podróżować po świecie!
Czuł jeszcze ból w ramionach, ale ogarniała go znów nieodparta senność. Powieki opadły, usta się rozchyliły. Julia jeszcze przez kilka chwil mówiła, obejmując kolana ramionami. Potem zabrakło jej pochwał i obróciła się z czułym uśmiechem do Mariusza.
  - Kochanie, chyba nie…?
Odpowiedziało jej chrapnięcie. Jako dobra żona z dwunastoletnim doświadczeniem pokręciła tylko głową, wciąż z uśmiechem, i obróciła męża na prawy bok.