Wspaniały plan

  • 83-7298-343-7
  • Autor: Marco, John
  • Dostępność: Brak
  • 39,00 zł 13,50 zł
  • Niedostępny
Kontynuacja Szakala z Nar. Rozpętana przez Arkusa okrutna wojna zamiera, a książę Richius Vantran, Szakal z Nar, ze swoją żoną Dyaną i córeczką Shani udaje się na wygnanie. Tymczasem po śmierci Imperatora w Nar wybucha wojna domowa. Nowy konflikt rozpętali religijni fanatycy pod wodzą Biskupa Herritha, wyznawcy Boga Światłości i bezlitośni poplecznicy hrabiego Renato Biagia, kontynuatora zainicjowanych przez Arkusa przemian w Nar, które Imperator nazywał Czarnym Renesansem. Obaj przeciwnicy uważają się za spadkobierców Arkusa i rozpoczynają niesłychane rzezie, tym okrutniejsze, że dokonywane z pomocą nowych, złowrogich machin wojennych. Vantran otrzymuje propozycję przyłączenie się do trzeciej strony konfliktu, co mogłoby mu dać szansę wywarcia zemsty na starym wrogu, którym jest Biagio. Biagio, mistrz oszustw i intryg, ma kunsztowny plan, dzięki któremu chce zapanować nad wszystkimi wrogami, a jego częścią jest zwabienie sprzymierzeńców Vantrana w sprytną, śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Dla pognębienia Vantrana, najbardziej przezeń znienawidzonemu wroga, podstępny hrabia wymyśla jeszcze bardziej przemyślny plan: chce Vantrana ugodzić w jedyny słaby punkt… którym jest jego niewinna córeczka. I oto Vantran z własnej woli, choć nieświadomie, podpisuje wyrok na córkę…

Rok wydania: 2003
Stron: 776
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Andrzej Sawicki

Fragment tekstu:

Dla mojego dziadka


PODZIĘKOWANIA

Autor chciałby, by podziękowania za pomoc i wsparcieprzyjęły następujące osoby:

Russell Galen, Danny Baror, Anne Lesley Groell, Juliet Combes, Kristen Britain, Paul Goat Allen, Ted Xidas, Victoria Strauss, Julie Jones i Douglas Beekman.

I jak zawsze dziękuję Deborah, która zrobiła więcej, niż można to wyrazić jakimikolwiek słowami.

 

 


Jeden
ŚWIATŁOŚĆ BOGA
Rudawe błyski rozjaśniały noc nierównomiernym pulsującym blaskiem.
Najwyższy wódz nareńskich legionów, generał Vorto, stał na zboczu wzgórza tuż pod stanowiskiem wyrzutni rakiet, w bezpiecznej odległości od kruszonych mocą wybuchów murów Goth. Noc była zimna, w powietrzu wisiała para ludzkich oddechów. Widział kryształki śniegu iskrzące się na niebie i osiadające mu na rzęsach. Podmuchy z północy unosiły bojowe race w górę, nad miasto, i odchylały w bok ogniste strugi wyrzucane przez wyloty ogniomiotów. Wysokie mury Goth w najsłabszych miejscach płonęły niczym stopiony jantar, a wewnątrz miasta - w wielu punktach, gdzie w podatne na zapłon materiały trafiły celnie ogniste race - rozgorzały pożary. Na pomostach wzdłuż murów i na blankach mrowili się gothajscy łucznicy, którzy nieustannie słali strzały na otaczających miasto tysięcznymi legionami Narenów. Ustawione wysoko na wzgórzach wyrzutnie rakiet wysyłały jedna za drugą swoje pociski, a po płaskim gruncie niepowstrzymanie parły ku miastu osadzone na żelaznych kołach wozy bojowe, zostawiające głębokie ślady w skatowanej ziemi. Wewnątrz wozów, z zamkniętych żelaznych beczek, ogniomistrze pompowali kerosynowe paliwo w wąskie wyloty ogniomiotów i smagali ogniem niewzruszone mury Goth.
Bojowa machina Nar pracowała pełną parą.
Generał zdjął rękawicę i wystawiwszy palec na wiatr, spróbował ocenić jego siłę i kierunek. Dęło mocno, z południowego wschodu. Wiatr był stanowczo zbyt silny. Generał zmełł w ustach przekleństwo i wciągnął rękawicę. Jak do tej pory nic nie wskazywało na to, by jego zaciekłe ataki robiły większe wrażenie na mieszkańcach Warownego Grodu, a i wiatry nie były dla niego łaskawe. Zaczął uderzenie przed zaledwie kilkoma godzinami, a już się zdążył zirytować niczym zwykły sierżant. Zgrzytnął zębami, widząc, jak niewiele sobie robią mieszkańcy z tego, czym im zagroził.
- Opierajcie się, opierajcie - warknął. - Zobaczymy, co powiecie, jak ustawimy taran.
Nieopodal, na szczycie wzgórza, na generalskie rozkazy czekali celowniczy zmodyfikowanych kwasomiotów. Kilka godzin po otoczeniu miasta napełnili zbiornik nowym ładunkiem - Formułą B, wiatr jednak przybrał na sile i nie można było zacząć ostrzału. Na otaczających Goth niewysokich pagórkach ustawiono jeszcze pięć podobnych miotaczy i obecnie obsady wszystkich czekały na rozkazy Vorto. Generał zatarł dłonie, by je nieco ogrzać.
- Bronią się dobrze i mocno - stwierdził, zwracając się do swego adiutanta, chudego pułkownika o skwaszonej twarzy nazwiskiem Kye. - Nie oceniłem ich należycie. Wygląda na to, że nie boją się oblężenia. Myślałem, że Lokken jest tchórzem.
- Diuk Lokken w istocie jest tchórzem - odrzekł sucho Kye. Miał niski, chrapliwy głos, który zawdzięczał przebitej strzałą jakiegoś Triina krtani, i generałowi niełatwo było go zrozumieć. - O świcie zobaczy, co dla niego przygotowaliśmy, i zaraz potem podda miasto. - Pułkownik uśmiechnął się ponuro. - Z natury rzeczy jestem optymistą.
- Możesz sobie na to pozwolić, pułkowniku - odpowiedział Vorto. - Ja nie mogę. - Wyciągnął rękę i wskazał mrowiących się na murach łuczników, którzy z obojętnością spoglądali na spadające na miasto rakiety. - Spójrz. Widzisz, ilu ich tam jest? Z taką obsadą murów mogą się trzymać całymi tygodniami. A te przeklęte wiatry…
Vorto umilkł nagle i w duchu szybko odmówił modlitwę. Wiatry były dziełem Boga i nie do ludzi należało ich osądzanie. Vorto uznał swój grzech, a potem zwrócił uwagę na ustawiony obok ogromny miotacz kwasu. Przy komorze ładowania leżały gotowe do użycia pojemniki Formuły B. Miechy, które miały sprężyć powietrze potrzebne do wyrzucenia pojemnika, napełniono już wcześniej i Vorto słyszał lekkie skrzypienie napiętej skóry. Pochylił się i podniósł jeden z pojemników. Żołnierze z obsady działa sapnęli ze zgrozą i jak jeden cofnęli się o krok. Generał odwrócił pojemnik i przy migotliwym świetle rakiet przez chwilę badał go wzrokiem. Cylindryczny pojemnik nie był większy od ludzkiej głowy. Obracając go w palcach, generał czuł drżenie płynów, którymi napełniono osobliwy pocisk. W pojemniku były dwie komory - jedna pełna wody, druga zaś zawierała wyprodukowane w laboratoriach wojennych granulki Formuły B. Po upadku pojemnik rozbijał się, a składniki miały się ze sobą zmieszać. Reszty dokonywał pierwszy lepszy podmuch wiatru.
Taka była teoria. Formuły B nigdy nie wypróbowano w warunkach bojowych. Bovadin uciekł z Nar przed ostatecznymi próbami, zostawiając dokończenie dzieła kilku swoim pomocnikom. Drobinki Formuły B okazały się zbyt żrące, żeby je dokądkolwiek przewozić - nawet w stanie suchym. Pracownicy laboratorium zapewniali jednak generała, że Formuła B jest bronią doskonałą. Wypróbowali materiał na więźniach, ze świetnymi zresztą rezultatami, i byli pewni, że pięćdziesiąt pojemników wystarczy, by zetrzeć Goth z powierzchni ziemi.
Wszystko jednak zależało od sprzyjających wiatrów.
Rozmyślając o tym, Vorto odłożył pojemnik na miejsce. Choć bardzo chciał, nie mógł sobie pozwolić na ryzyko detonacji środka przy tak zmiennym wietrze. Mury Goth były oczywiście wysokie, czy jednak zdołałyby zatrzymać gaz wewnątrz? A gdyby któryś z pojemników pękł poza obrębem murów? Nawet, jeżeli istniała bezpieczna odległość, poza którą żrące opary przestawały być groźne, nikt dotychczas jej nie zmierzył. Być może zrobił to Bovadin, ale przeklęty karzeł był teraz na Crote i ukrywał się wraz z sodomitą, Biagiem.
"Ufaj Bogu" - napomniał sam siebie generał.
- Choćbym latał ze smokami i zamieszkał w najciemniejszym zakątku świata - wyrecytował - nawet tam prawa dłoń Thy poprowadziłaby mnie i nawet tam Thy rozjaśniłby dla mnie ścieżkę. - Vorto uśmiechnął się beznamiętnie do Kyle'a, który nie należał do ludzi przesadnie religijnych. - Księga Galliona - wyjaśnił. - Rozdział jedenasty, werset dziewiętnasty. Wiesz, co to znaczy?
Cytat nie zrobił na Kye żadnego wrażenia. Od generała pułkownik różnił się między innymi tym, że poddawał się edyktom arcybiskupa Herritha wyłącznie z poczucia obowiązku i nie myślał przy tym o wierze. Vorto nieraz próbował przekonać pułkownika o istnieniu Niebios, Kye jednak uparcie pozostawał sceptykiem. Był jednak lojalnym, świetnym żołnierzem - i Vorto postanowił na razie nie przejmować się wygłaszanymi niekiedy przez niego herezjami.
- Wywiesili flagę - stwierdził pułkownik spokojnie. - To wszystko, co mogę na razie powiedzieć.
Patrząc ponad ramieniem pułkownika, Vorto mógł zobaczyć rozjaśnione blaskami rakiet Goth i jego dumne, wyzywająco strzelające ku niebu wieże. W samym środku miasta, nad fortecą Lokkena powiewała na wietrze Czarna Flaga, nienawistny symbol starego Nar. Wywieszanie tego sztandaru było obecnie zbrodnią, ale Lokken i jemu podobni za nic mieli rozporządzenia Herritha. Vorto obiecał sobie, że nie spocznie, dopóki osobiście nie zedrze Czarnej Flagi ze szczytu wieży i nie wepchnie jej w załganą gardziel diuka Lokkena.
Od śmierci Arkusa i przejęcia władzy w Nar przez biskupa Herritha wszystkie ludy w Nar musiały poddać się jedynie słusznemu sztandarowi. Był to sztandar, pod którym teraz gromadzili się podwładni Vorta - wschodzące słońce w złotym polu. Godło wymyślił sam Herrith, dał mu piękne miano i pobłogosławił mocą zdolną stawić czoło Czarnemu Odrodzeniu.
Sztandar nazywano Światłością Boga.
Gdziekolwiek Vorto go zobaczył, zawsze czuł skurcz w krtani. Teraz, kiedy jego oddziały otoczyły Goth, chorążowie unieśli sztandar tak wysoko, że błyski rakiet oświetlały go niczym pocałunki niebios, i mogli to zobaczyć wszyscy tkwiący głęboko w swoich błędach Gothajczycy. Dziś wywiesili swoją Czarną Flagę, ogłaszając światu wierność martwemu Arkusowi i jego ideałom, jutro jednak, jeżeli wiatry okażą się łaskawe, Światłość Boga na zawsze załopocze nad ich miastem.
- Sprawdźcie kąt podniesienia i azymut - polecił Vorto obsadzie kwasomiotu. - Nie życzę sobie żadnych chybionych strzałów.
- Zaczynamy, panie? - spytał go celowniczy.
- Już wkrótce - odparł Vorto.
Podszedł do działa i osobiście sprawdził ustawienie zaworów i wskaźników. Nie znał się na tym za dobrze, ale łatwo było zrozumieć działanie prymitywnych skal i suwaków. Mały wskaźnik ustawiony wzdłuż lufy pokazywał w czterdziestojardowej podziałce odległość od celu. Celowniczy nastawił maksymalny zasięg, unosząc lufę tak wysoko, żeby pocisk przeleciał nad wysokimi murami Goth i wylądował wewnątrz miasta. Vorto z uznaniem spojrzał na obsadę działa.
- Dobrze nastawione, ogniomistrzu. Czy te wiatry jednak nie są zbyt silne?
Wojak zmarszczył nos i spojrzał krytycznie w niebo, oceniając kąt, pod jakim opadały wirujące płatki śniegu.
- Niełatwo powiedzieć, panie. Pojemniki są dość ciężkie, więc powinny polecieć prosto. Ale ten mur jest cholernie wysoki. Dobrze by było wycofać wozy, a wtedy będę spokojny.
Vorto kiwnął głową.
- Zgoda. Przygotujcie się.
Odwrócił się i podszedł do swego ciężkiego bojowego rumaka. Potężnie zbudowany siwek, objuczony kropierzem, parskał z niezadowoleniem, gdy jego pan wspinał się na siodło. Vorto był postawnym mężczyzną i potrzebował równie wielkiego jak on wierzchowca. Ten pochodził z Aramooru i miał solidne, grube pęciny. Vorto przytroczył do pleców ciężki bojowy topór - jedyną broń, którą mógł się swobodnie posługiwać po utracie dwóch palców. Nie tak dokładny jak miecz, topór w bitwie miał równie niszczącą, jeżeli nie większą moc rażenia, a jego podwójne ostrze budziło jednakowy strach wśród wrogów i przyjaciół, co generałowi bardzo odpowiadało. Vorto nie wdziewał do bitwy hełmu, gdyż lubił bitewną wrzawę i nie bał się strzał. Zgodnie z tradycją wkładał czarną zbroję z tłoczonej skóry, ale wiedział, że prawdziwie skuteczną ochronę może mu zapewnić jedynie łaska Niebios. Golił gładko głowę i policzki, na ręce zaś wkładał srebrne rękawice, które polerował do zwierciadlanego połysku. Choć był niemal nienaturalnie wielki, w jego ciele nie znalazłoby się ani grama tłuszczu - Vorto był muskularny i silny jak byk. Nie nosił koszul, a jego kurtka z niezwykle szerokimi wyłogami nadawała mu wygląd rozkładającego skrzydła sokoła lub nadymającej kaptur kobry. Poza Herrithem w całym Nar nie było człowieka, który by miał większą władzę od niego, nikt zaś nie budził większego strachu od generała.
W Vorto niewiele było ludzkich cech, a najmniej ludzkie miał oczy. Ciemnoniebieskie jak dwa przymglone klejnoty, pozbawione były blasku i życia. Niegdyś, gdy generał był młodzikiem, ich źrenice były orzechowe, ale wszystko się zmieniło, gdy zaczął zażywać wynaleziony przez Bovadina eliksir. Napój ten, zapewniający długowieczność równą niemal nieśmiertelności, wyczyniał z ciałem Vorta dziwne rzeczy. Jak w przypadku zmarłego imperatora Arkusa i pozostałych członków Żelaznego Kręgu, generał uzależnił się od napoju niczym od narkotyku. Niestety karzełkowaty uczony przepadł gdzieś razem z Biagiem - i ze sztuką przyrządzania eliksiru nieśmiertelności. Był to jeszcze jeden z sekretów, jakie Bovadin zabrał ze sobą na Crote i dlatego Vorto i inni wierni Herrithowi, musieli nauczyć się żyć bez eliksiru - choć wszyscy przypłacili to iście piekielnymi mękami. Niekiedy, w ciszy i samotności, Vorto odczuwał nawroty głodu narkotycznego, ale z pomocą Boga jakoś poskramiał dręczące go demony. Inni nie mieli tyle szczęścia. Niektórzy z rozkapryszonych nareńskich lordów nie potrafili wytrzymać bólu i gdzieś znikali. Paru rzuciło się z wysokich stołecznych wież, nie mogąc wytrzymać oczekiwania na kolejny atak pragnienia i zbliżającej się agonii.
Vorto jednak był bardziej wytrzymały i twardszy niż tamci słabeusze. Przemógł ból i zapobiegł przejęciu tronu przez Biagia, co wspominał z dumą jako najcięższą ze stoczonych przez siebie bitew. Teraz wespół z Herrithem wolni byli od narkotycznych więzów i gotowali się do unicestwienia resztek planów hrabiego. W Nar było jeszcze wiele do zrobienia. Ludzie, tacy jak Lokken, wciąż uparcie trzymali się ideałów Czarnego Odrodzenia, bezbożnych wymysłów Arkusa. Czarna Flaga wciąż jeszcze łopotała w stolicach czterech przynajmniej królestw, a ci, którzy odrzucali sztandary przeszłości, często odmawiali również stawania pod chorągwiami jutra. Niewielu z własnej woli wstępowało w szeregi wyznawców Boga Światła. Arcybiskup Herrith mógł liczyć na poparcie tylko kilku prawdziwie nareńskich narodów. Miał jednak za sobą Vorta, za nim zaś stały nareńskie legiony. W swoim czasie Lokken, i wszyscy jemu podobni, dostaną za swoje i przywoła się ich do porządku.
"Bóg tak chce - pomyślał Vorto, uważnie obserwując miasto. - Jest wolą Boga, by umarli tak, a nie inaczej. Niczym krowy na zbrukanej krwią posadzce rzeźni".
Za czasów Arkusa i jego Czarnego Odrodzenia Vorto stąpał po ziemi dumnie niczym książę. Kaleczył i zabijał w imię fałszywych ideałów imperatora, sprzedając duszę za miękkie łoże i sprośne towarzystwo. Teraz jednak był innym człowiekiem. Usłyszał zew Boga i został oczyszczony. Uratowali go Bóg i Herrith.
Nie czuł wyrzutów sumienia. Czarne Odrodzenie toczyło Imperium niczym nowotwór i jedynym ratunkiem było jego unicestwienie. Ideały miały swoją moc i niełatwo je było zabić. Zostawienie po nich choćby wspomnienia było wprost dopraszaniem się śmierci. Ci, których Bóg wezwał do swej służby, musieli mieć niezłomną wolę i - niekiedy - równie wytrzymałe żołądki. Nad Goth przez całe miesiące będzie unosił się smród, a niebo nad miastem obejmą we władanie sępy - ale diuk Lokken musi zginąć. Biagiowi w jego dążeniu do tronu ubędzie jeszcze jeden poplecznik w Nar, a nad miastem załopocze Światłość Boga, znak jego miłosierdzia.
Vorto spiął konia i ruszył zboczem w dół. Kiedy będzie po wszystkim, nareszcie porządnie się wyśpi. Pułkownik Kye dosiadł swojego wierzchowca i podążył za generałem, a kiedy się zrównali, łypnął podejrzliwie kątem oka na przełożonego.
- Więc atakujemy? - spytał. - Kiedy?
- Jak dam rozkaz.
- Ale wiatry…
- Przebyłem długą drogę po to, by wymierzyć bożą sprawiedliwość diukowi Lokkenowi i jego buntownikom - ostro odparł Vorto. - Nie odejdę stąd pokonany.
Kye uśmiechnął się krzywo.
- Za twoim pozwoleniem, generale, myślałem, że chcesz po prostu wypróbować skuteczność Formuły B.
Vorto wzruszył ramionami. Kye był mu niemal przyjacielem, czasami jednak posuwał się za daleko.
- Taka jest wola Boga - odpowiedział po prostu. - Kiedy inne narody zobaczą, co się tutaj stało, dwa razy pomyślą, zanim zechcą sprzymierzyć się z Biagiem. Kye, oni mają wojska. Vosk, Smocza Paszcza, Doria… Nie możemy być we wszystkich miejscach jednocześnie. Biagio o tym wie. A pamięć o Arkusie jest ciągle żywa i silna. - Zmierzył swego adiutanta zimnym spojrzeniem. - Musimy okazać co najmniej równą siłę.
- Ależ generale - żachnął się Kye. - Mamy dość ludzi, by zdobyć to miasto.
- To właśnie zamierzam zrobić, Kye, i jeszcze więcej. A teraz zajmij się ustawieniem tego cholernego tarana. Czas, byśmy zapukali do drzwi Lokkena.

Siedzący wewnątrz swego zamku z kamieni i cedru diuk Lokken z Goth kazał wygasić światła. Rakiety uderzały niecelnie i w zasadzie nie przedstawiały sobą poważnego zagrożenia, ale w tej sali Lokken zgromadził swoją rodzinę - był bowiem człowiekiem przesądnym. Jedna zbłąkana rakieta wystarczy, żeby wszystkich ogarnął ogień. Jego prywatne komnaty znajdujące się wysoko w zachodniej wieży, otaczało dość straży, by odeprzeć legiony Vorta, ale wojacy niewiele mogli zdziałać przeciwko rakietom czy ogniomiotom. Lokken stał w oknie i patrzył z góry na swoje oblężone przez wrogów miasto. Jego twarz raz po raz rozjaśniał blask padającej niedaleko racy. Za nim, w głębi komnaty, siedziały jego żona i dwie córki. Najstarszy i jedyny syn był gdzieś na zewnątrz - prawdopodobnie na murach.
W kamienie leżącego niżej dziedzińca uderzyła rakieta i odbijając się od bruku, pomknęła ku wieży. Diuk widział rozstawione na odległych wzgórzach stanowiska wyrzutni, z których wzlatywały w niebo wyjące pociski. Jego córki łkały cicho. Bombardowanie wyrządzało umocnieniom niewielkie szkody, ale łamało wolę oporu jego poddanych. Jego też się zresztą chwiała.
Komnata pogrążona była w mroku. Lokken poczuł przeszywające go dreszcze zimna i ukłucie wyrzutów sumienia. Nad jego głową, z zamkowej wieży zwisała wciąż Czarna Flaga, obok własnego gothajskiego sztandaru, Lwiej Krwi. W porywie nagłego gniewu diuk nie tak dawno rozkazał, by nienawistny sztandar Herritha podarto na strzępy, które następnie odesłano do Nar. Teraz jednak, spoglądając na gromadzące się w dole legiony, Lokken zastanawiał się, czy jego męstwo nie okaże się głupią zuchwałością, i czuł rozpacz na myśl o okropnej śmierci, jaka czekała jego rodzinę.
Arkus nie był idealnym władcą. Był tyranem. Biagio zaś pewnie okaże się niewiele od niego lepszym. Ale Arkus był jego, Lokkena, własnym tyranem, który pojmował, jak ważną dla narodu jest jego duma. Arkus nigdy nie zażądał, by jakikolwiek kraj w Imperium wyrzekł się własnego sztandaru, ani się nie upierał przy tym, by wywieszano jego Czarną Flagę. Lokken dawno pogodził się z władzą Arkusa, ten zaś od wielu lat zostawiał Gothajczyków w spokoju, zadowalając się regularnie słanymi do Nar podatkami.
Herrith jednak okazał się wcielonym demonem.
Lokken żałował Arkusa. Brak mu było dawnych ideałów Czarnego Odrodzenia - pokoju wywalczonego siłą i dominacji nad światem. A kiedy starzec wreszcie umarł, Lokken wiedział, za kim stanąć.
- Możecie mnie zabić - wyszeptał diuk - ale nigdy nie pójdę na waszą służbę.
- Wuju?
Na dźwięk tych słów Lokken odwrócił się od okna. W mroku zobaczył pełną niepokoju twarzyczkę małej Lorli. Ubrana była do podróży, jak sam rozkazał. W małych rączkach trzymała niewielką sakwę wypełnioną żywnością. Miał nadzieję, że było tego dość, by mogła dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca. Głębokie spojrzenie zielonych oczu dziewczynki wpatrzone było ze smutkiem w twarz diuka.
- Jestem gotowa - stwierdziła. Usiłowała się uśmiechnąć, ale bez powodzenia.
Lokken opadł na kolana i ujął w dłonie dziecięcą rączkę. Była mała i miękka - co stanowiło jawną sprzeczność z charakterem dziewczynki. Lokkena wcale nie zdziwiło to, iż podczas całego bombardowania właśnie Lorla nie uroniła nawet jednej łzy. Stary diuk był z niej dumny.
- Sam chciałbym móc cię odwieźć do diuka Enli - powiedział. - Ale z Daevnem będziesz bezpieczniejsza. On zna drogę i okolicę lepiej, niż którykolwiek z moich ludzi. Pomoże ci przedostać się przez pierścień otaczających miasto legionistów.
W spojrzeniu Lorli pojawiło się zwątpienie.
- Widziałam ich przez okno. Jest ich zbyt wielu, by można było przemknąć się niepostrzeżenie. I żaden się nie zawaha, gdy tylko mnie zobaczy. Natychmiast mnie zabiją.
Uśmiech Lokkena był nieco wymuszony.
- To musisz się postarać, by cię nie złapali, prawda?
Musnął dłonią wspaniałe włosy dziewczynki. Była pod jego opieką przez ostatni rok - od czasu, kiedy w Nar rozpanoszył się Herrith. Biagio poprosił Lokkena o zapewnienie dziecku schronienia, i choć niekiedy Lokken uważał to za ciężkie brzemię, uwielbiał każdą chwilę, jaką udało mu się z nią spędzić. Krew może ich dzieliła, ale we wszystkim innym była mu córką.
- Lorlo… - zaczął z powagą w głosie. - Nie wiem, jaki spotka cię los. Nawet jeżeli bezpiecznie dotrzesz do Smoczej Paszczy, Biagio nie powiedział mi ani słowa o tym, co dla ciebie przygotował. Nigdy zresztą nie poznałem diuka Enli. Ale ważne jest, byś tam dotarła. Ważne dla Nar. Wiesz o tym, prawda?
- Wuju, wiem, kim jestem. Cokolwiek Mistrz dla mnie przygotował, jestem gotowa.
"Mistrz". Lokken wciąż nie umiał się pogodzić z tym nienawistnym mu określeniem. Lorla nigdy nie mówiła o Biagiu inaczej, niż jako o Mistrzu. Stary diuk podejrzewał, że była to część wychowania Roshannów. Lorla doskonale wiedziała, kim i czym była, ale to wszystko. W pewnym sensie była odmieńcem - niemal dojrzałą kobietą zamkniętą w ciele ośmioletniej dziewczynki. Nie wiedziała, co Biagio dla niej przygotował, ale fakt, że była dzieckiem urodzonym w inkubatorach laboratoriów wojennych Bovadina sprawiał, iż bezgranicznie ufała hrabiemu. Lokken często litował się w duchu nad nieszczęsnym dzieckiem.
- Znaczyłaś dla mnie wiele - powiedział jej. - Dumny jestem z tej niewielkiej roli, jaką mi przyszło odegrać w całej sprawie. I chciałbym cię poznać nieco lepiej.
Dziewczynka spuściła wzrok.
- Chciałabym, żebyś mógł powiedzieć mi więcej. Może któregoś dnia…
Lokken uśmiechnął się krzywo. Oboje wiedzieli, że ów dzień nigdy nie nadejdzie. Dla Lokkena i jego rodziny, która opiekowała się Lorlą w ciągu minionego roku, nie było żadnej przyszłości. Legioniści byli równie sumienni w wykonywaniu rozkazów, jak Roshannowie Biagia. Jeżeli tylko będą mieli dość czasu, zostawią w Goth kupkę dymiących ruin. Goth jednak przetrwa. Jeżeli Lorla dotrze jakoś do Smoczej Paszczy, Herrith i Vorto jeszcze usłyszą o buntowniczym mieście. Być może Biagio był szaleńcem, ale też i geniuszem. Cokolwiek planował hrabia Crote, Lokken wierzył w powodzenie sprawy. Tak jak Goth, Czarne Odrodzenie nie da się pokornie powieść na rzeź.
Lorla przeszła obok Lokkena i zbliżyła się do okna. Wspiąwszy się na palce, spojrzała na szalejącą w dole bitwę. Powiodła wzrokiem po wzgórzach, odnajdując pełznące ku murom wozy bojowe i legionistów uzbrojonych w ogniomioty i maczugi. Musiała jakoś przedostać się przez ten stalowy pierścień, wykorzystując ochronę ciemności i swój niewielki wzrost.
- Powinnam już iść - oznajmiła. - Śnieg ujmie im nieco zapału.
Lokken ponuro skinął głową.
- W dole, na dziedzińcu, czeka na ciebie Daevn z kucykiem. On cię zaprowadzi do ukrytej w murze furty. Pamiętaj, aby poczekać, aż zaniknie płomień rakiet, i kieruj się na wzgórze obsadzone jabłoniami. Jest tam trochę nierówności, kamieni i…
- Znam drogę - przerwała mu Lorla. Zaczynała się niecierpliwić. Zbyt wiele czasu poświęcili rozmowie.
Lokken umilkł i już się nie odezwał.

 

Vorto przez całą godzinę patrzył, jak jego machiny oblężnicze otaczają miasto. W tym czasie przygotowano taran. Otoczony zbrojnym orszakiem legionistów Vorto podjechał bliżej, by obejrzeć wszystko osobiście. Taran był ogromny i prawdopodobnie większego nie zbudowano jeszcze w warsztatach wojennych Nar. Dwadzieścia greeganów z mozołem podciągnęło machinę ku murom Goth. Platforma miała koła o średnicy równej wzrostowi człowieka, a z jej boków niczym łapy koszmarnej stonogi wysuwało się sto wyszlifowanych drągów. Młot był z granitu, a do potężnej dębowej belki mocowały go taśmy z nabijanego kutymi nitami żelaza. Wzdłuż całej górnej krawędzi platformy porozwieszano skórzane pętle, które miały zapobiegać upadkom pod koła pchających taran ludzi. Generał jadący konno wzdłuż platformy zaczął się zastanawiać, czy machina sprosta zadaniu, jakie przed nią postawiono. Grubość murów Goth sławiły liczne pieśni, a bramę miejską wzmocniono potężnymi ćwiekami, od środka zaś była podparta belkami ze skamieniałego drewna. Warowny Gród wzniesiono przed wiekami i jak do tej pory wszyscy najeźdźcy odchodzili stąd pokonani. Niektórzy uważali, że jego mury są nie do rozbicia.
Ale dla Boga Narenów nie istniały przeszkody nie do pokonania. Vorto szarpnął za wodze, by przywołać do porządku narowistego konia i odwrócił się do Kye'a. Hełm pułkownika pokrywała warstewka śniegu.
- Sprowadź tu dwie drużyny ogniomiotów. Niech skupią ogień na murach po obu stronach bramy. Musimy jakoś powstrzymać tych łuczników. I przerwij ostrzał rakietami. Nie chcę, by którakolwiek z nich wylądowała przy taranie. Po wyłamaniu bram ruszamy do szturmu. Mam nadzieję, Kye, że jazda będzie gotowa?
- Będzie gotowa, panie.
- To trzymaj ją na razie z tyłu, dopóki nie dam rozkazu. Do szarży trzeba nam otwartej bramy i drogi wolnej od rumowisk. Nie chcę, by teraz kręcili się przy wrotach, ponieważ Lokken się czegoś domyśli, a prawdopodobnie przygotował dla nas kilka niespodzianek.
Kye wykrzywił usta w skąpym uśmieszku.
- Panie, jeżeli i tak mamy użyć gazu…
- Chcę dostać Lokkena… żywego Lokkena. Mam i ja niespodziankę dla niego. A teraz ruszaj do swoich. Zajmij się wykonaniem moich rozkazów, pułkowniku.
Kye wzruszył ramionami i odjechał, by zebrać dwie drużyny ogniomistrzów, które Vorto chciał mieć pod bramą. Generał przez chwilę patrzył za odjeżdżającym oficerem. Znów poczuł, że zżera go niecierpliwość. Śnieg sypał coraz gęściej, a przerwanie ostrzału rakietami rychło powinno zasnuć okolicę mrokiem. Spojrzawszy na wyzierające spod blachy pancernej rękawicy czubki palców, stwierdził, że zaczynają sinieć. Goth mogło się trzymać miesiącami, a wkrótce nadejdzie zima. Głód i chłód podkopią morale jego legionistów, do tego zaś nie wolno było dopuścić.
Zebranie kanonierów zajęło Kye'owi tylko kilka minut. Posłuszni jego rozkazom ustawili się po obu stronach wiodącej ku bramie drogi. Z wylotów rur nieprzerwaną strugą zaczęły tryskać płomienie, co zmusiło łuczników przy bramie do cofnięcia się. Dwie drewniane kładki zawieszone wzdłuż blanków zajęły się ogniem. Gothajczycy musieli się wycofać na bezpieczniejsze pozycje. Vorto usłyszał rozpaczliwe krzyki, jakimi wzywali oddziały posiłkowe. Zobaczyli taran.
Vorto wyjął swój podwójny topór z obejmy na plecach i ruszył galopem ze wzgórza. Tuż za nim podążali jego chorążowie, niosący wysoko Światłość Boga. Widok złotego sztandaru przyciągnął uwagę kilku łuczników. Vorto wybuchnął gromkim śmiechem i potrząsnął ku nim pięścią w odwiecznym znaku wyzwania.
- Jestem tutaj! - zagrzmiał. - Przeszyjcie mi serce!
Oczywiście trzymał się w bezpiecznej odległości, co też łucznicy ocenili właściwie i zajęli się legionistami stojącymi wzdłuż platformy tarana. Vorto wydał kolejny rozkaz. Nad stanowiska żołnierzy pchających taran wysunięto metalowe zadaszenie, osłaniające ludzi przed wszelkiego rodzaju pociskami. Żołnierze przysunęli się do boków platformy i zabezpieczyli pętlami, zaciągając rzemienie wokół pasów. Vorto podjechał nieco bliżej, aż zatrzymał konia przy rumaku Kye'a. Kanonierzy wymierzali nieustannie w mury strugi ognia, odpędzając Gothajczyków od bramy. Ogniste jęzory lizały kamienne ściany i rozpłaszczały się na nich w prawdziwe kałuże płomieni. Gwiżdżące nad głowami szturmujących rakiety ucichły i nad miastem rozciągnęła się zasłona mroku.
Mury Goth pięły się na wysokość pięćdziesięciu stóp. Same wrota liczyły sobie dwadzieścia. Vorto szybko obliczył, jaka siła będzie potrzebna do wysadzenia ich z zawiasów. Nie mniej niż pięćdziesiąt kroków rozpędu. Ale do tego trzeba było czasu, a kanonierzy nie mieli w pojemnikach nieskończonych zapasów paliwa, łucznicy zaś zdążyli już trafić kilku popychaczy. W świetle pochodni i lamp zwieszanych z najbliższej wieży Vorto widział zbierających się na murze Gothajczyków. Jego ludzie będą się musieli pospieszyć.
- Kye - odezwał się spokojnym głosem. - Teraz!
Pułkownik uniósł szablę w górę.
- Uderzaaaać!
W tej samej chwili rozległo się potężne, zbiorowe stęknięcie. Wielkie koła platformy zaczęły się obracać - początkowo wolno, a potem coraz szybciej. Otaczający taran oficerowie sypnęli przekleństwami, ponaglając ludzi do jeszcze większego wysiłku. Granitowy łeb tarana z coraz większą szybkością sunął ku bramie Goth. Vorto oblizał spierzchnięte wargi. Taran trzeszczał, jęczał - i przyspieszał. Gothajczycy zaczęli wydawać okrzyki pełne przerażenia. Ogniomioty rzygnęły płomieniami, które znów rozpłaszczyły się na murach. Taran nieustannie przyspieszał. Był coraz bliżej wrót. Vorto zagryzł wargi…
Huk uderzenia granitu o drewno mógłby zagłuszyć ryk grzmotu. Generałowi wydało się w tej chwili, że cały świat zatoczył się pod wpływem wstrząsu. Kilkunastu łuczników spadło z muru, a przerażeni łoskotem kanonierzy na moment wstrzymali ogień. Vorto wysilił wzrok, usiłując przejrzeć zasłonę mroku, która nagle opadła na bramę. Gdy znów się rozjaśniło, generał zobaczył uszkodzone wrota. Choć przedtem wydałoby mu się to niemożliwe, ujrzał cienką szczelinę, która zygzakiem szybko pięła się w górę poprzez skamieniałe drewno.
- Wielki Boże! - Vorto ryknął śmiechem.
Zebrani przy taranie legioniści podnieśli radosną wrzawę. Było ich teraz dwustu, zwołanych okrzykami Kye'a z oddziałów otaczających Goth stalowym pierścieniem. Ludzie z oddziału jazdy zaczęli zwycięsko potrząsać mieczami. Nawet niewzruszone oblicze Kye'a pękło w szczerym uśmiechu.
- Jeszcze raz! - ryknął Vorto.
Taran już się cofał na pierwotną pozycję. Noc znów rozjaśniły błyski płomieni ogniomiotów. Na nareńskich żołnierzy poleciały strzały, trafiając kilku w plecy. Aby uporać się z tym zagrożeniem, Kye przywołał oddział wsparcia szturmu, którego członkowie mieli ręczne ogniomioty. Do murów podbiegły dwuosobowe drużyny i ku górze wykwitły nowe ogniste strugi. Ręczne ogniomioty, mniejsze i nie mające zasięgu swych starszych braci, podpaliły jednak podstawę baszty, na której usadowili się gothajscy łucznicy. Chmura strzał znacznie się przerzedziła.
Taran raz jeszcze ruszył ku bramie. Vorto słyszał okrzyki i stęknięcia towarzyszące wysiłkowi. Taran znów zaczął przyspieszać. Ziemią ponownie targnął wstrząs, gdy granitowy łeb tarana uderzył o skamieniałe drewno bramy. Tym razem szczelina rozwarła się znacznie szerzej. Vorto popędził konia ku murom. Przez rozdarcie w bramie mógł już niemal zobaczyć miejskie domy. Kilka bierwion ryglujących wrota jeszcze się trzymało, drugie uderzenie powyginało je jednak do środka i widać było, że nie wytrzymają trzeciego. Kye okrzykami ponaglał swoich ludzi. Taran zaczął się cofać przed ostatnim, wieńczącym dzieło zniszczenia uderzeniem. Vorto wydał zwycięski okrzyk, a potem wybuchnął śmiechem. Bóg zapewnił mu zwycięstwo. Nad głową generała tryumfalnie łopotała bandera Światłości Boga.
- Czas na ciebie, Lokken! - zakrzyknął Vorto radośnie. Rzucił pełne nadziei spojrzenie na wzgórza, gdzie ustawiono kwasomioty i poczuł przeszywający go dreszcz emocji.

Lorla dotarła do tajnej furty na krótko przedtem, zanim śnieżyca rozhulała się na dobre. Jej kucyk chrapał ciężko, wyczerpany szybką jazdą przez miasto. Daevn, jej przyboczny i przewodnik, był mokry od potu i wilgoci topniejących płatków śniegu. Był wysokim, szybkonogim człowiekiem, na którego Lorla patrzyła z niepokojem, kiedy zaczął rozmawiać z gothajskimi żołnierzami przy furcie i okrzykiem wezwał ludzi stojących na blankach. W mieście widać było jedynie żołnierzy - wszystkie domy pozamykano i zabarykadowano. Ustał już złowrogi deszcz rakiet i ulice zasnuł mrok. W pewnej chwili dziewczynka usłyszała osobliwy dźwięk od strony głównej bramy i po jej skórze przebiegł nagły dreszcz. Brzmiało to jak uderzenie w ogromny bęben.
Zaraz potem podjechał do niej Daevn, który czekając na uchylenie tajnej furty, dosiadł swojego konia. Brama była znacznie mniejsza od głównej; bardziej przypominała drzwi pomalowane na ciemnoszary kolor tak, by niczym z pozoru nie różniła się od sąsiednich kamieni. Kiedy ją uchylono, Lorla ciekawie zerknęła w głąb szczeliny, usiłując dojrzeć cokolwiek za nią. Jej wzrok utonął w mroku i śnieżycy.
- Co to za dźwięk? - spytała zaniepokojona.
- Taran - wyjaśnił Daevn. - Zabrali się do wyłamywania bramy głównej. Ale dla nas to szczęśliwa okoliczność. Pozostali Narenie zbiorą się przy taranie. - Uśmiechnął się przebiegle. - A nam więcej nie trzeba.
Lorla niewiele wiedziała o swoim przewodniku i nie była pewna, czy on pojmuje, z kim ma honor. Spróbowała się jednak uśmiechnąć, bo musiała sobie zjednać przychylność prostaka. Kiedy tajna brama rozchyliła się szerzej, dziewczynka pognała swego kucyka.
- Myślę, że macie wolną drogę - odezwał się jeden z żołnierzy. Zerknął na drewniany, rozpięty wzdłuż blanków pomost, gdzie łucznik skinieniem ręki dawał im znaki. - Możecie ruszać. Trzymajcie się w cieniu, ale nie zwlekajcie.
Daevn kiwnął głową.
- Gotowa?
- Owszem. - Było to kłamstwo.
Daevn ruszył przodem i truchtem wyprowadził konia na zewnątrz. Lorla z oporem pognała kucyka jego śladem. Zwierzę wyczuwało niepokój pani i wlokło się, jakby miało nogi z ołowiu. Lorla usłyszała kolejny łoskot, dobiegający z drugiej strony miasta, i strach kazał jej uderzyć piętami w boki kucyka. Daevn już się niecierpliwił i wzywał ją skinieniem dłoni. Za murem panowała cisza. Dziwne, zauważyła dziewczynka, ale prawie nie było tu słychać odgłosów bitwy i szturmu. Lorla obejrzała się za siebie, na zamykaną furtę, która po chwili zupełnie stopiła się z otaczającym ją murem.
- No, dalejże! - ponaglił dziewczynkę przewodnik, ruszając jednocześnie ku wzgórzom. Tam miały ich skryć gęstwina i mrok. Odziani w czerń dziewczynka i jej przyboczny szybko stali się jednymi z wielu cieni. Szybko i cicho ruszyli w nieznane, ku dalekiej Smoczej Paszczy.

Diuk Lokken wyszedł na balkon wieży i ogarnął wzrokiem ginące miasto. Meldunki napływały tak szybko, że trudno było je weryfikować, a jego prywatne komnaty zajmowali adiutanci. Legiony Vorta przedarły się przez bramę i teraz klinami rozdzierały miasto. Błyski ogniomiotów wskazywały diukowi, jak są już blisko. Larius, wojskowy doradca, szarpał go za rękaw niczym pragnący uwagi i wskazówek chłopiec. Diuk Lokken był jednak oddalony myślami o tysiące mil. W jego lśniących oczach odbijały się przerażające wizje, a myśli pełzły leniwie. Syn diuka, Jevin, stał na posterunku przy bramie - i teraz już pewnie był martwy. Za godzinę dołączą do niego jego córki - nie wcześniej jednak, zanim zostaną zgwałcone przez rozpasane żołdactwo. Goth szybko przekształci się w kolejną nareńską ruinę.
- Lariusie - odezwał się diuk spokojnie. - Zabierz moją żonę i córki do sali tronowej, niech tam na mnie zaczekają. Wkrótce zejdę. Potrzebuję tylko kilku chwil samotności.
- Nie! - ostro sprzeciwiła się jego żona. Podbiegła do męża i chwyciła go za rękę. Podczas całego oblężenia zachowała spokój, ale teraz jej nerwy zaczęły wymykały się spod kontroli.
Lokken spojrzał na nią surowym wzrokiem.
- Kareeno, zrób to dla mnie. Chcę jeszcze popatrzeć na miasto. Sam.
- Pozwól nam zostać przy tobie - poprosiła  diuszesa. - Odeślij wszystkich, ale nie nas. Proszę, niech dziewczynki…
- Odzyskają ojca za kilka minut - odparł Lokken. - Zejdźcie do sali tronowej i tam na mnie zaczekajcie. Każcie strażom zostać przed drzwiami. - Odwrócił się do doradcy. - Słyszałeś, Lariusie? Nie życzę sobie towarzystwa żołnierzy. Zostań z nimi, zrozumiałeś?
- Zrozumiałem, mój diuku.
Lokken ujął w dłonie twarz żony i przyciągnął ją ku sobie.
- Muszę być silny, Kareeno - wyszeptał. - Nie mam zbyt wiele czasu. Pozwól mi więc na chwilę słabości, dobrze?
Wargi Kareeny zadrżały. Bez słowa wysunęła się z objęć małżonka i wyprowadziła córki z komnaty. Larius też już się nie odezwał. Stary żołnierz uśmiechnął się smutno do diuka, a potem opuścił balkon i ruchem dłoni nakazał innym, by zostawili Lokkena jego rozważaniom.
Będąc już sam, diuk Lokken z Goth powiódł wzrokiem po swoim płonącym mieście. Goth piękne. Goth wielkie. Zbudowane przez niewolników, którzy mieszali z zaprawą swoją krew, było jedynym domem, jaki diuk kiedykolwiek znał i pamiętał. Po jego policzkach spłynęły łzy. Wkrótce miał po niego przyjść Vorto i diuk nie chciał okazać mu tych łez. Spojrzy w twarz nareńskiemu rzeźnikowi z tą sama pogardą, z jaką zdarł nienawistną flagę Herritha. Tego dnia, nawet w chwili upadku Goth, nie chciał dawać nieprzyjaciołom żadnej satysfakcji.

Z łoskotem tysięcy odzianych w twarde, żołnierskie buty stóp, przy ryku płomieni ogniomiotów, legiony Vorta wlewały się do miasta. Nad nimi sterczały granitowe baszty pełne łuczników, a ulice zamykał mur żywych tarcz - wojów Lokkena dziko wywijających mieczami. W wąskie uliczki wdzierały się oddziały nareńskiej jazdy, tnąc z góry gothajskich piechurów mieczami, podczas gdy ogniomioty napastników ryły we wrogich szeregach gorejące bruzdy. Nad ich głowami niebo zabarwiło się czerwienią przedświtu. Oficerowie wykrzykiwali rozkazy, nakazując ataki i odwroty, a wrzaski palonych żywcem niosły się echami po kamiennych korytarzach.
Wypierając obrońców z ulicy na ulicę, legioniści Vorta prawie przebili się do zamku Lokkena. Forteca była już dobrze widoczna, wysoka, groźna i obleczona w migotliwe iskierki śniegu. Nad zamkiem powiewały dwa sztandary, jednocześnie mokre i oszronione przez lodowate podmuchy wiatru. Zwycięski Vorto jechał wolno przez zwały trupów. Nieopodal pułkownik Kye prowadził jazdę do szarży na główną ulicę miasta. Pułkownik ignorował deszcz strzał sypiących się nadal z granitowych baszt. Vorto ruszył za nim i tnąc na lewo i prawo swoim potężnym, podwójnym toporem, kładł pokotem gothajskich obrońców. Jednym ciosem rozbijał hełmy i tarcze. Po jego nagolennikach spływała krew, która zbryzgała również kropierz wierzchowca. Ulicą wstrząsały detonacje ogniomiotów. Z boku gnał ku nim liczny oddział gothajskiej jazdy, mający nadzieję, iż przyprą Narenów do szeregów własnej piechoty. Vorto z dzikim wrzaskiem zawrócił konia i runął do przeciwnatarcia.
- Za mną! - ryknął co tchu w płucach.
Dwudziestu ciężkozbrojnych jeźdźców usłyszało okrzyk Vorta i wsparło swego wodza. Jakiś bystry kanonier zwrócił wylot lufy kwasomiotu przeciwko Gothajczykom i jednym naciśnięciem spustu zmienił trzecią część napastników w gorejące żywe pochodnie. Żar uderzającej tuż obok ognistej strugi osmalił twarz generała, Vorto jednak, nie dbając o nic, rwał ku wrogom. Kiedy płomień zgasł, nareński wódz wpadł na pierwszego z gothajskich jeźdźców. Natychmiast poczuł uderzenie miecza, które ześlizgnęło się po jego naramienniku. Uniósłszy topór, uderzył na odlew, pozbawiając napastnika ręki. Potem błyskawicznie odwrócił się ku następnemu z wrogów, który był już zbyt blisko, by go dosięgnąć toporem. W tej samej chwili do walki włączyli się pozostali ciężkozbrojni Narenie, którzy brawurowym atakiem odrzucili nieprzyjaciół w tył. Vorto zapamiętał się w bojowej furii walki wręcz i wywijając toporem, ciął ciała i zbroje, sam kąpiąc się we krwi wrogów.
Walka miała się już ku końcowi, kiedy Vorto wycofał konia z zawieruchy i ruszył za jeźdźcami Kye'a ulicą ku zamkowi. Kye wyrąbał drogę dla greeganów i po kamieniach toczyły się już koła nareńskich wozów bojowych, których załogi niewiele sobie robiły ze strzał gothajskich łuczników. Kolumna, najeżona mieczami i siejąca błyskawice ogniomiotów, parła wolno ku fortecy. Przed nimi do zamku wycofywali się Gothajczycy, którzy zwierali szyki do ostatniego boju. Vorto mógł już dobrze przyjrzeć się całej budowli. Otoczona potrójnym murem wspaniała bryła z drewna i kamienia przywiodła generałowi na myśl przyczajonego, nieustępliwego buldoga. Vorto skierował wierzchowca w sam środek oddziałów, przeciskając się przez szeregi jeźdźców. Pułkownik Kye powitał go wilczym uśmiechem.
- Na fortecę, generale? - spytał.
Vorto kiwnął głową.
- Tam niechybnie będzie ich ostatni punkt oporu. Zajmijcie pozycje od wschodu i zachodu, po cztery drużyny, każda z ogniomiotami. Reszta z nas podjedzie do drzwi Lokkena.
Tknięty nagłą podejrzliwością Kye rozejrzał się dookoła.
- Spokojnie tu - zauważył.
Vorto też zbadał wzrokiem otoczenie. W istocie, było spokojnie. Jak do tej pory zetknęli się jedynie z żałosnymi próbami oporu, a teraz ulice świeciły pustkami. Wkrótce gaz dopełni dzieła zniszczenia. Wytrąceni z równowagi niezwykłą ciszą Narenie z wiodącym oddział Vortem ruszyli ku fortecy.
Gothajscy piechurzy wycofywali się pospiesznie, zajmując pozycje nieopodal zamku Lokkena. Łucznicy przestali szyć strzałami. Kolumna Narenów wolno lecz niepowstrzymanie parła przez opustoszałe ulice. Generał przeszukiwał wzrokiem pobliskie baszty i dachy domów, spodziewając się zabójczej strzały, ta jednak nie nadlatywała. Gdzieś za fortecą rozlegały się jakieś okrzyki. Poza nimi jednak nad całym Goth zaległa niesamowita cisza. Mieszkańcy niespokojnie łypali na najeźdźców zza zamkniętych okiennic domów. Vorto zmarszczył brwi.
I wtedy zobaczył jaśniejszy niż słońce błysk. Generałowi zaparło dech w piersiach. Szarpnął wodze swego konia i patrzył, jak raca wzbija się łukiem ku zenitowi, gdzie rozbryznęła się w kaskadę opadających w dół iskier. Przez jedną, przepiękną chwilę na świecie nie istniało nic poza niebem nad zamkiem Lokkena, rozświetlonym po to tylko, by ukazać jeden jedyny, wyzywający cel - dwie flagi Goth. Na ich widok twarz Vorta skrzywiła się niczym paszcza złego psa. Obok flagi Goth powiewała Czarna Flaga, oświetlona tak, jakby spływała na nią łaska Niebios - zuchwały znak otoczony rozbłyskami iskier śnieżycy. Niewierny diuk po raz ostatni splunął im wszystkim w twarze.
- Lokken… - syknął Vorto przez zaciśnięte zęby. - Za to jedno tylko spłoniesz w piekle. - Generał zamknął oczy, błagając Boga, by ten nie okazywał żadnej łaski przeniewiercy. Niewiele brakło, aby tu, na gothajskim bruku zalała go nagła krew. - Ośmielasz się wywieszać swoją flagę? - syknął znowu. - Tę twoją czarną flagę wiarołomcy? - Z najwyższym trudem powstrzymywał się od wyrażenia swej furii dzikim rykiem. - Szybciej! - ponaglił swoich ludzi. - Znajdźcie mi tego skurwysyna!
Nareńscy legioniści przyspieszyli kroku. Bojowe wozy potoczyły się  z największą prędkością, do jakiej zdolne były greegany, a konie jeźdźców zaczęły parskać z wysiłku. Vorto przedarł się na czoło kolumny. Ogniomioty zdążyły już zająć pozycję z obu stron zamku i generał widział, jak kanonierzy pospiesznie umacniali je na niepewnym podłożu. Pułkownik Kye dostosował krok swego wierzchowca do tempa, z jakim parł przed siebie Vorto. Ujrzawszy fortecę, stary wojak pociągnął nosem.
- Wygląda na to, że w ogóle nie ma tam żadnych obrońców - zaśmiał się Kye. - Może miałeś rację, panie. Może po prostu powinniśmy zapukać?
Wkrótce stanęli na rozległym kamiennym dziedzińcu. Przed sobą zobaczyli stojące karnie szeregi ponurej gothajskiej piechoty pod bronią, na skrzydłach której ustawili się pozostali jeźdźcy. Ludzie z Warownego Grodu nie zamierzali się bronić. Po prostu czekali na rozwój wydarzeń. Vorto pochylił się do ucha Kye'a.
- Pułkowniku… - spytał szeptem. - Co to ma znaczyć?
Kye beznamiętnie wzruszył ramionami. Postawa obrońców zaskoczyła również jego.
- Nie wiem. Może chcą się poddać?
Vorto uniósł dłoń, by zatrzymać kolumnę. Rozkaz przekazano wzdłuż kolumny. Wąż zbrojnych zatrzymał się niemal w jednej chwili. Vorto rozejrzał się dookoła, nie bardzo wiedząc, co dalej. W pierwszej chwili pomyślał, że to pułapka, nie zobaczył jednak niczego, co by na to wskazywało - nigdzie nie było widać najmniejszego ruchu. Spojrzał na zgromadzonych przed twierdzą żołnierzy. Ci co prawda nie opuścili mieczy, ale łucznicy stali spokojnie - żaden nie miał strzały osadzonej na majdanie i cięciwie.
- To się zaczyna robić interesujące - zwrócił się do Kye'a.
- Hola, wy tam! - zawołał Kye do stojących po drugiej stronie Gothajczyków. - Czy się poddajecie?
Gothajczycy nie odpowiedzieli, jednakże oba oddziały dzieliła odległość ponad pięćdziesięciu jardów i Vorto zaczął wątpić, by tamci usłyszeli pytanie, które porwał pewnie i uniósł podmuch wiatru.
- Mój Boże - warknął generał. - Poddają się tak samo, jak walczą.
I wtedy najeżona ćwiekami brama zamku Lokkena zaczęła się podnosić. Gothajscy piechurzy rozeszli się na boki, zostawiając wiodącą do zamku ścieżkę. Vorto i Kye szeroko otwarli oczy, usiłując przejrzeć cokolwiek przez śnieżycę. Z mroku wyłoniła się sylwetka niewysokiego człowieka. W pierwszej chwili Vorto pomyślał, że oto idzie ku nim diuk i jego serce drgnęło radośnie. Zaraz potem jednak zobaczył, że nieznajomy ma na sobie szkarłatny gothajski mundur i zrozumiał, że ma przed sobą kogoś innego. Żołnierz był stary, znacznie starszy od Lokkena, i lekko zgarbiony. Nie zwracając na nic uwagi, minął szeregi obrońców i ruszył prosto do Vorta i otaczających go Narenów.
- A ten czego tu chce? - spytał Vorto. Wyprostował się w siodle i podał swój topór Kye'owi. - Kim jesteś? - spytał żołnierza. - I co masz dla mnie?
Żołnierz dość bezceremonialnie zatrzymał się w odległości jarda od generała.
- Ty jesteś Vorto? - spytał wprost.
- Starcze, zadałem ci pytanie - ostrzegł go generał. - Przemawiasz w imieniu Lokkena?
- Owszem, mówię za niego - odparł mężczyzna. - Jestem Larius, wojenny dowódca i radny Warownego Grodu. A ty jesteś Vorto, czy tak?
Vorto uśmiechnął się paskudnie.
- Psie, jestem twoim panem, najwyższym sędzią i katem w jednej osobie, a także sługą Niebios i arcybiskupa Herritha. - Generał wbił w stojącego przed nim ciężkie od nienawiści spojrzenie. - Gdzie diuk?
- Diuk czeka na ciebie w sali tronowej - odpowiedział Larius. - Mam cię tam zaprowadzić.
- Osobiste zaproszenie? Och, jakież to uprzejme z jego strony! Przyjmuję, Gothajczyku. Zaprowadź mnie do tego wieprza.
Kye chrząknął znacząco.
- Generale…
- Pozbądź się obaw, pułkowniku - odpowiedział Vorto. - Wszyscy jesteśmy w ręku Boga. Panie radny, przodem proszę. Kye, pójdziesz ze mną.
Larius z Goth przybrał pogardliwy wyraz twarzy, ale nie odezwał się słowem. Odwrócił się i ruszył ku bramie twierdzy. Za nim konno jechali Vorto, Kye i dziesięciu żołnierzy z osobistego orszaku Vorta, którzy szli za generałem wszędzie, dokądkolwiek się udawał. Kiedy dotarli do bramy, Narenie zsiedli z koni, przekazując je piechurom. Żołnierze Goth mierzyli ich morderczymi spojrzeniami. Vorto wszedł za Lariusem do twierdzy. Wewnątrz zobaczył wielki przedsionek oświetlony pochodniami. Pod ścianami sali stały idealnie wyrównane szeregi żołnierzy odzianych w jednolite, szkarłatnej barwy brygandyny. Wszyscy mieli w dłoniach nagie miecze, które trzymali prosto przed sobą, tak że bardziej przypominali kukły, niż ludzi w krwi i kości. Vorto zatrzymał się na chwilę w progu.
Larius odwrócił się i zmierzył generała krytycznym spojrzeniem.
- Wejdź, generale - rzucił niecierpliwie. - Nie zrobią ci krzywdy. Mają swoje rozkazy.
Czując się dotknięty, Vorto ruszył za starym żołnierzem. Pułkownik Kye szedł równie niepewnym krokiem. W głębi przedsionka widać było wiele drzwi. Larius przeprowadził ich przez całą salę, a potem, kiedy dotarli do drzwi, odstąpił na bok.
- Diuk - powiedział po prostu.
Vorto wkroczył do komnaty. Na drugim końcu rozległej izby zobaczył siedzącego na skromnym tronie Lokkena. Po prawej ręce diuka stała Kareena, piękna i surowa. Powitała generała nieznacznym skinieniem głowy i wrogim spojrzeniem. Obok diuszesy stały dwie małe dziewczynki, córeczki Lokkena, oszołomione i najwyraźniej przepełnione obawą. Sam diuk trzymał się zaskakująco dobrze. W sali nie było żadnych przybocznych, strażników czy zbrojnych - tylko Lokken i jego najbliższa rodzina. Vorto, dzwoniąc ostrogami, ruszył przez salę. Z jego zbroi kapały na posadzkę krople gothajskiej krwi. Podszedłszy do niewielkiego podwyższenia, zatrzymał się, zebrał ślinę w ustach i splunął w twarz diuka. Ten, spokojnie i nie okazując żadnych emocji, wytarł z twarzy plwocinę Narena.
- Więc to tak? - spytał Vorto. - Mam przed sobą króla, prawda?
Lokken milczał.
- Mów, ty zdradziecki pomiocie! Jesteś potępiony w obliczu Boga! Jak mogłeś się sprzeciwić woli Niebios?
Diuk nadal milczał.
- Odpowiadaj, arogancka małpo!
Odpowiedź padła ze strony diuszesy Kareeny. Z okrzykiem nienawiści rzuciła się na generała i przeorała mu twarz paznokciami zakrzywionymi jak szpony. Vorto zasyczał z bólu, szarpnął kobietę w bok i wykręcając jej rękę, rzucił na kolana. Drugą dłonią uderzył diuszesę w twarz, rozcinając jej wargę.
- Nie! - krzyknął Lokken, zrywając się ze swego tronu. Podniósłszy żonę, objął ją ramionami.
- Powstrzymaj swoją kobietę, Lokkenie… - ostrzegł go Vorto. - Albo sam się do niej zabiorę i nauczę dobrych manier!
- Nie dotykaj jej! - syknął Lokken. Spojrzał w twarz górującego nad nim generała. - Przybyłeś tu po mnie, rzeźniku. Weźmiesz mnie i nikogo więcej!
I nagle Vorto wszystko zrozumiał.
- To dlatego się poddajesz? Chcesz, psie, by oszczędzono twoją rodzinę?
Lokken skrzywieniem ust potwierdził domysł generała.
- Owszem. Oszczędź ich, a nikt więcej już nie zginie. Nawet teraz mogę cię zabić, wypowiedziawszy tylko jedno słowo. Ale nie zrobię tego. Nie zrobię, jeżeli oszczędzisz moją rodzinę i krewnych.
- O tym mogą wyrokować tylko Niebiosa, nie ja.
- Oszczędź ich - poprosił błagalnie Lokken. - Wyjdziesz stąd żywy, a żadnemu z twoich ludzi nie stanie się krzywda.
Vorto zmrużył oczy.
- Groźby ze strony zdrajcy. Słucham tego ze zgrozą!
- Nie jestem zdrajcą! - oburzył się Lokken. - Jestem wierny imperatorowi i jego pamięci. To ty jesteś uzurpatorem, Vorto. Ty i ten twój biskup. Nazwij to jak chcesz, ale ja staję pod sztandarem Nar.
- A właśnie - rzekł miękko Vorto. - Sztandar. Lubisz sztandary, prawda, Lokkenie? - Vorto odwrócił się do swoich ludzi. - Brać go! - rozkazał. - Kobietę i jej pomiot też!
Legioniści natychmiast rzucili się do wykonania rozkazu; porwali wszystkich członków królewskiej rodziny Goth, ciągnąc ich za generałem Vortem, który ruszył ku wyjściu z komnaty.
- Zostawcie żonę i dzieci! - zawołał diuk, gdy legioniści wykręcali mu ręce. - Boże, nie karz ich!
- Bóg cię nie słyszy! - rzucił Vorto przez ramię.
- Zostawcie ich, błagam!
- Niech i tak będzie - zgodził się Vorto. Wyszedłszy na zewnątrz, stanął oko w oko ze stropionym Lariusem. - Radny, twój pan chce ci coś powiedzieć.
- Diuku… - zaczął Larius.
- Powiedz mu, Lokkenie. Powiedz, jak się umówiliśmy.
Lokken odetchnął z ulgą. Potrząsnął ramionami, jakby usiłując uwolnić je z uchwytów legionistów, ci jednak nie puszczali. Wszyscy gothajscy przyboczni z otwartymi ustami wpatrywali się w swego diuka. Diuszesa Kareena miała twarz zalaną łzami, podobnie jak jej dwie córeczki.
- Dajcie im przejść - odezwał się wreszcie diuk. - Wszystkim. Jeżeli puszczą moją rodzinę, pozwólcie im stąd odejść. Daj mi słowo, Lariusie.
- Diuku!
- Daj mi słowo!
- Daj słowo! - ponaglił starego Vorto. - Albo zabijemy ich na waszych oczach. I nawet jeżeli wy nas pozabijacie, moi żołnierze nie zostawią w Goth kamienia na kamieniu!
- Ależ, diuku, to oznacza śmierć! - błagał Larius. - Nie każ mi tego robić!
Diuk Lokken wreszcie uwolnił się z uścisku legionistów. Kiedy spróbowali pojmać go jeszcze raz, Vorto powstrzymał ich uniesieniem dłoni. Pozwolił diukowi podejść do jego człowieka. Lokken położył obie dłonie na ramionach starego towarzysza broni.
- Owszem, śmierć - potwierdził diuk. - Zginę. Słyszysz? I nikt poza mną. Teraz złóż mi obietnicę, stary druhu. Pozwól stąd odejść tym nareńskim bydlakom. To mój ostatni rozkaz. Wykonasz go, czy nie?
Na twarzy Lariusa pojawiły się rezygnacja i rozpacz.
- Owszem, wykonam, diuku. Wykonam… przyjacielu.
- Niech łucznicy i jazda się cofną - nalegał Vorto. - Żadnych ruchów, aż dotrzemy do bramy. Czy to jasne, starcze?
- Owszem - odrzekł Larius ponuro. - Będzie jak chcesz, Narenie.
- Mądry staruszek! - zaśmiał się Vorto. - A teraz, marsz na wieżę, Lokken. Chcę się z bliska przyjrzeć tym twoim flagom.
Raz jeszcze żołnierze spróbowali go pojmać i znów stary diuk odepchnął ich.
- Nie będę cię tam ciągnął, jeżeli nie chcesz - stwierdził rzeczowo Vorto. - Drogę na wieżę mogą mi pokazać te twoje suki. Jak wolisz.
Lokken ujął w dłonie rękę swej młodej małżonki.
- Najdroższa - odezwał się zdławionym głosem. - Przykro mi, że musisz doświadczać tego wszystkiego. - Opadł na kolana, by objąć córeczki. Vorto osądził, że obie muszą być bliźniaczkami nie mającymi więcej niż cztery latka. Dziewczynki chyba nie wiedziały, co się wokół dzieje. Lokken ucałował je obie, otarł zawstydzające łzy i wstał, by spojrzeć katu w twarz. - Jestem gotów.
- Pokaż nam swoje flagi - zażądał Vorto. - Twoja rodzina może patrzeć, jak będziesz zdychał, albo może tu zostać. Wszystko mi jedno.
Kareena nie chciała opuścić męża.
- Pójdę z tobą - rzekła błagalnie.
- Nie! - uciął diuk lodowatym tonem. Pocałował ją po raz ostatni, spojrzał jej w oczy, a potem odwrócił się i ruszył korytarzem w głąb zamku. Vorto i jego ludzie poszli za nim. Larius też chciał pójść, ale Kye odpędził go kopniakiem.
- Tylko diuk - warknął ostrzegawczo.
Lokken szedł pewnie, okazując odwagę, która zrobiła na Narenach spore wrażenie. Powiódł ich prosto do krętych schodów wewnątrz wieży z szarego granitu. Panował tutaj mrok, który rozświetlały jedynie oliwne kaganki. Kiedy orszak znikł w głębi wieży, diuszesa Kareena wydała długi, bolesny okrzyk rozpaczy. Jednak twarz Lokkena zastygła w wyrazie obojętności. Wiódł Narenów bez słowa po kamiennych stopniach pnących się stromo w górę. Na szczycie wieży pchnął drewniane drzwi, otwierając je na podmuchy lodowatego wiatru.
Znaleźli się na szczycie najwyższej wieży w Goth, z widokiem na płonące u ich stóp miasto. Vorto wyszedł na płaski taras. W samym jego środku tkwił maszt, na którym powiewały flagi, które tak drażniły Vorta. Na widok Czarnej Flagi aż się wzdrygnął. Przez chwilę patrzył z niesmakiem i odrazą, a potem pochylił głowę w modlitwie.
- Dobry Boże, Panie wszystkiego, daj mi siłę, potrzebną do zniszczenia tego szkaradzieństwa. Boże miłosierdzia i światła bądź z nami, twoimi sługami.
Nikt nie przyłączył się do modłów generała, wszyscy jednak, prócz Lokkena, pochylili głowy. Skończywszy modlitwę, Vorto westchnął ciężko i spojrzał na diuka.
- Lokkenie, dam ci jeszcze jedną szansę odkupienia swoich win. Czy wyrzekniesz się tu i teraz Czarnej Flagi? Przyjmiesz zbawienie w Niebiosach? Twój hrabia Biagio jest czartem i sodomitą. Pokłada się z mężczyznami i wyrzeka nauk Kościoła Nar. Dla dobra twej duszy, Lokkenie, wyrzeknij się jego i jego sprawy.
Diuk przez chwilę patrzył na Vorta z niedowierzaniem w oczach, a potem parsknął śmiechem i potrząsnął głową.
- Jesteś szaleńcem - oznajmił. - Prawdziwym szaleńcem. Żal mi cię, Vorto. Lituję się nad całym Nar. Nie widzicie, że rzucono na was czar? Daliście się upodlić dla nie istniejącego mitu.
- Bóg i piekło to nie mity - odparł Vorto. - Ratuj duszę przed potępieniem. Wyrzeknij się Biagia, by twoja dusza odnalazła spokój wieczny.
Diuk był uparty.
- Jeżeli piekło istnieje, to z przyjemnością z nim spłonę. Lepsze to niż jęczenie pod jarzmem Kościoła Herritha.
Takiej właśnie odpowiedzi Vorto się spodziewał.
- Niechże więc tak będzie.
Podszedł do masztu flagowego, rozwiązał węzły i szybko opuścił obie flagi. Lwia Krew opadła pierwsza - tę generał zmiął w garści i rzucił za barierę tarasu. Porwany wiatrem szkarłatny sztandar Goth szybko znikł patrzącym z oczu. Vorto wrócił do masztu i odciął Czarną Flagę. Był to chyba jeden z najskromniejszych symbolów Imperium, ot, zwykły skrawek czarnego sukna, ale w jego osnowie uwięzły całe pokolenia zła.
- Związać go - rozkazał generał.
Żołnierze natychmiast odcięli od liny dwa sznury, którymi związano nogi diuka, a potem wykręcili mu ręce za plecy i skrępowali jego nadgarstki. W tym czasie Vorto pochylił się nad Czarną Flagą i zaczął mamrotać słowa egzorcyzmów. Potem rozdarł ją na dwie części. Diuk patrzył na to i milczał. Vorto zatknął obie połowy materii za wyłogi kurtki diuka.
- Nadal chcesz, by nad miastem powiewała Czarna Flaga? Uparcie wyrzekasz się Niebios? No to niech ta flaga załopocze nad miastem!
Pułkownik Kye popchnął diuka w stronę masztu. Dwaj inni żołnierze zawiązali pętlę i zarzucili ją Lokkenowi na szyję. Szarpnęli lekko, zmuszając diuka, by stanął na palcach.
- Żadnej skruchy, Lokken? - zakpił Vorto. - Żadnych wyrzutów sumienia? Wciąż jeszcze jest czas, stary diable. Ale zegar tyka coraz szybciej. Tik-tak, tik-tak…
- Przeklinam ciebie i twego biskupa, rzeźniku! Zobaczymy się w twoim piekle!
- Tak, tak - zgodził się Vorto. Skinieniem dłoni polecił legionistom, by podciągnęli linę. Lokken wybałuszył oczy i wysunął język z rozpaczliwie chwytających powietrze ust. Udało mu się zatrzymać oddech do połowy drogi na szczyt masztu… gdzie wypuścił go z okropnym jękiem. Przez chwilę wierzgał jeszcze nogami, ale u samego szczytu znieruchomiał. Diuk Goth, Lokken, skonał, nie wydając już żadnego dźwięku. Vorto spojrzał w górę i uśmiechnął się z zadowoleniem. Teraz cały Warowny Gród mógł się przekonać o szaleństwie swego władcy.
- Niech Bóg zlituje się nad twoją duszą - westchnął generał. Heretyk nie zasługiwał na lepszy los. Któregoś dnia, przysiągł sobie generał, to samo zrobi Biagiowi, i wreszcie Nar będzie wolne od tej dynastii tyranów.
Czując ogromne znużenie, Vorto zwrócił się do swego wiernego pułkownika.
- Chodźmy, Kye. Mamy jeszcze wiele do zrobienia.
Generał pierwszy opuścił taras, pragnąc jak najszybciej zniknąć z pola widzenia wytrzeszczonych oczu diuka.