Kategorie

Wybrańcy Fortuny

  • Kod: 83-7298-084-5
  • Dostępność: Jest
  • Autor: McCullough, Colleen
  • Cena w naszym sklepie: 35,50 zł
    Cena detaliczna: 39,90 zł

Kontynuacja epickiej sagi o wstrząsanym rozgrywkami o władzę starożytnym Rzymie, zapoczątkowanej powieściami Pierwszy w Rzymie i Wieniec z trawy.
Bogowie pobłogosławili ich przy narodzinach bogactwem i przywilejami. W czasach kataklizmów, wstrząsów i przewrotów nowe, śmiałe pokolenie Rzymian ubiegało się o własną wielkość pośród rozpadających się pozostałości ich ukochanej republiki… Był jednak ktoś, kto górował nad nimi wszystkimi - świetny i wspaniały chłopiec, którego ambicja nie miała sobie równych, którego miłość była legendą, a którego chwała była chwałą Rzymu. Chłopiec, którego kiedyś będą nazywać "Cezarem".

Rok wydania: 2005
Stron: 904
Oprawa: broszura
Format: 135/205
Pakowanie: 12
Tłumacz: Marek Michowski, Anna Michowska

Fragment tekstu:

Chociaż rządca trzymał swą pięciopłomykową lampę dość wysoko, by oświetlić dwie leżące w łóżku postacie, wiedział, że jej światło nie zdoła obudzić Pompejusza. Do tego potrzebował pomocy żony Pompejusza. Poruszyła się, zmarszczyła brwi, przekręciła głowę, chcąc spać dalej. W wielkim domu rozmawiano już jednak za otwartymi drzwiami, a rządca wołał ją:
- Domina! Domina!
Nawet w popłochu pamiętając o skromności - służący nie mieli zwyczaju wchodzić do sypialni Pompejusza - Antystia upewniła się, że jest przyzwoicie okryta, zanim usiadła.
- Co to? Co się stało?
- Pilna wiadomość dla pana. Obudź go i powiedz, żeby przyszedł do atrium - warknął grubiańsko rządca.
Płomyki lampy pochyliły się i zadymiły, gdy obracał się na pięcie i odchodził. Drzwi zamknęły się, pogrążając ją w ciemności.
Cóż za wstrętny człowiek! Zrobił to celowo! Wiedziała jednak, gdzie na łóżku leży jej koszula, włożyła ją więc i zawołała o światło.
Nic z tego wszystkiego nie obudziło Pompejusza. Gdy z lampą w ręku i w ciepłym szalu Antystia wróciła do łóżka, zastała go wciąż pogrążonego we śnie. Nie czuł też widocznie chłodu, gdyż leżał na plecach odkryty do pasa.
Próbowała już przy innych okazjach - i z innych powodów - budzić go pocałunkami, ale nigdy jej się to nie udało. Trzeba było potrząsać go i szturchać.
- Co takiego? - spytał, siadając i przeczesując palcami gęstą jasną czuprynę. Czub włosów nad czołem był czujnie nastroszony. Czujne były także niebieskie oczy, badające jej stan gotowości. Taki właśnie był Pompejusz: w jednej chwili śpiący jak zabity, a w następnej całkowicie rozbudzony. Jedno i drugie było żołnierskim nawykiem. - Co takiego? - spytał ponownie.
- Jakaś pilna wiadomość czeka na ciebie w atrium.
Nie skończyła jeszcze tego zdania, a on był już na nogach, w pantof- lach bez pięt i w tunice opadającej niedbale z piegowatego ramienia. Potem znikł, zostawiając otwarte drzwi.
Przez chwilę Antystia stała niezdecydowana. Jej mąż nie zabrał lampy - widział w ciemnościach jak kot - nic więc jej nie przeszkadzało pójść za nim prócz świadomości, że byłby niezadowolony. Cóż, mniejsza o to! Żony mają z pewnością prawo do udziału w nowinach tak ważnych, by zrywać ze snu pana domu! Poszła więc z lampką, ledwie oświetlającą jej drogę, olbrzymim korytarzem o posadzce i ścianach z surowych kamiennych bloków. Tu zakręt, tam bieg schodów - i nagle wyszła z tej zakazanej galijskiej warowni do cywilizowanej rzymskiej willi pięknie tynkowanej i malowanej.
Wszędzie paliły się światła. Służący zadbali o to wcześniej. Był tam Pompejusz. Wciąż tylko w tunice, wyglądał jak uosobienie Marsa - ach, był wspaniały!
Mógłby się jej zwierzyć, bo dostrzegł jej obecność. W tej samej chwili jednak wszedł pośpiesznie Warron i Antystia straciła szansę poznania przyczyny tego zamieszania w prywatnej rozmowie z małżonkiem.
- Warronie, Warronie! - wykrzyknął Pompejusz.
Potem wydał dziki okrzyk, przeraźliwy i niesamowity, w którym nie było nic rzymskiego. Właśnie tak krzyczeli dawno wymarli Galowie, gdy wylewali się spoza Alp i zagarniali całe połacie Italii z Picenum Pompejusza włącznie.
Antystia wzdrygnęła się, zadrżała. Spostrzegła, że Warron również.
- Co się dzieje?
- Sulla wylądował w Brundyzjum!
- W Brundyzjum! Skąd wiesz?
- Czy to ma znaczenie? - Pompejusz przeciął mozaikową posadzkę, by chwycić drobnego Warrona za ramiona i potrząsnąć nim. - Warronie! Przygoda się zaczyna!
- Przygoda? - Warron wytrzeszczył oczy. - Magnusie, kiedy ty dorośniesz! To nie przygoda, to wojna domowa - i znowu na ziemi italskiej!
- Wszystko mi jedno! - krzyknął Pompejusz. - Dla mnie to nowa przygoda. Gdybyś wiedział, jak czekałem na tę wiadomość! Od wyjazdu Sulli Italia jest oswojona niczym piesek salonowy westalki!
- A co z oblężeniem Rzymu? - spytał Warron, tłumiąc ziewanie.
Radosne podniecenie pierzchło z twarzy Pompejusza, ręce mu opadły. Odstąpił o krok i spojrzał ponuro na Warrona.
- Wolę zapomnieć o oblężeniu Rzymu! - parsknął. - Włóczyli za osłem nagie ciało mego ojca po swoich przeklętych ulicach!
Biedny Warron zaczerwienił się aż po łysiejące czoło.
- Ach, Magnusie, wybacz mi, błagam! Ja nie… jakże bym… Jestem twoim gościem… Wybacz, proszę!
Ale zły nastrój już minął. Pompejusz roześmiał się i klepnął Warrona po plecach.
- Ach, ty nie miałeś z tym nic wspólnego, wiem przecież!
Ogromna sala była przeraźliwie zimna. Warron otulił się ramionami.
- Lepiej będzie, jeśli zaraz wyruszę do Rzymu.
Pompejusz spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Do Rzymu? Nie jedziesz do Rzymu. Jedziesz ze mną! Co spodziewasz się zastać w Rzymie? Gromadę beczących owiec na Forum i stare baby w senacie spierające się całymi dniami - jedź ze mną, zabawa będzie o wiele lepsza!
- A dokąd to się wybierasz?
- Przyłączyć się do Sulli, oczywiście.
- Nie jestem ci do tego potrzebny, Magnusie. Siadaj na koń i jedź. Jestem pewien, że Sulla znajdzie ci miejsce wśród swych młodszych trybunów wojskowych. Byłeś wiele razy w akcji.
- Ależ, Warronie! - Wymachiwanie rękami zdradzało rozdrażnienie Pompejusza. - Nie mam zamiaru służyć Sulli jako młodszy trybun wojskowy! Chcę mu przyprowadzić trzy legiony! Ja sługą Sulli? Nigdy! Mam zamiar być jego partnerem w tym przedsięwzięciu.
To oszałamiające oświadczenie odebrało mowę zarówno żonie Pompejusza, jak i jego przyjacielowi oraz gościowi. Antystii zaparło dech, prawie krzyknęła i odsunęła się szybko, by Pompejusz nie mógł jej dostrzec. Całkiem zapomniał o jej obecności, ona zaś chciała słuchać. Musiała słuchać.

W ciągu dwóch i pół roku ich małżeństwa Pompejusz nie opuszczał jej na dłużej niż dzień, z wyjątkiem jednej tylko okazji. Ależ to było urocze! Łaskotana, łajana, miętoszona, czochrana, ściskana, gryziona, siniaczona, przewracana… To było jak sen. Któż by to sobie wyobraził? Ona, córka senatora średniej rangi i z fortuną ledwie na to wystarczającą, wydana za mąż za Gnejusza Pompejusza, który sam sobie nadał przydomek Magnus! Tak bogatego, że mógłby ożenić się z każdą, władcę połowy Umbrii i Picenum, tak jasnowłosego i przystojnego, że wszyscy widzieli w nim nowe wcielenie Aleksandra Wielkiego. Cóż za męża wyszukał jej ojciec! I to po kilku latach rozpaczania, że nie znajdzie odpowiedniego męża, bo ma za mały posag.
Wiedziała naturalnie, dlaczego Pompejusz się z nią ożenił - potrzebował pewnej przysługi od jej ojca. Tak się złożyło, że był on sędzią w procesie Pompejusza. Była to oczywiście wyssana z palca afera - wiedział o tym cały Rzym. Cynna desperacko potrzebował pieniędzy na kampanię rekrutacyjną, a majątek młodego Pompejusza miał tych pieniędzy dostarczyć. Z tego powodu postawiono młodemu Pompejuszowi zarzuty, które należało raczej postawić jego zmarłemu ojcu, Pompejuszowi Strabonowi - że nielegalnie przywłaszczył sobie niektóre z łupów zdobytych w mieście Askulum Picentum, a mianowicie sieć myśliwską i kilka pudeł z książkami. Drobiazgi. Chodziło nie o szkodliwość czynu, ale o wysokość grzywny. Gdyby Pompejusz został skazany, ludzie Cynny z kolegium sędziowskiego mogliby sobie pozwolić na wymierzenie mu grzywny w wysokości całego jego majątku.
Ktoś o bardziej rzymskim charakterze zdecydowałby się na walkę w sądzie albo na przekupienie kolegium w razie konieczności, Pompejusz jednak - którego twarz zdradzała Gala - wolał poślubić córkę sędziego. Był październik, póki więc nie minął listopad i grudzień, ojciec Antystii prowadził sprawę z mistrzowską opieszałością. Proces jego nowego zięcia nigdy się w istocie nie zakończył, opóźniany przez niepomyślne znaki wróżebne, oskarżenia o korupcję wysuwane wobec członków kolegium sędziowskiego, zebrania senatu, choroby i plagi. W rezultacie w styczniu konsul Karbon przekonał Cynnę, by szukał gdzie indziej pieniędzy, których tak bardzo potrzebował. Zagrożenie dla majątku Pompejusza minęło.
Zaledwie osiemnastoletnia Antystia towarzyszyła swemu olśniewającemu małżonkowi do jego posiadłości na północy półwyspu italskiego i tam, w zniechęcającym stosie czarnych głazów warowni Pompejusza, pogrążyła się bez reszty w rozkoszy bycia jego żoną. Szczęśliwie była śliczną dziewczyną wyposażoną w krągłości i dołeczki i właśnie dojrzałą do łóżka, więc przez całkiem długi czas jej szczęście było niezmącone. A kiedy zaczęły się pojawiać ukłucia niepokoju, to nie przez jej uwielbianego Magnusa, ale jego wiernych domowników, służących i paziów. Nie tylko patrzyli na nią z góry, ale pozwalali sobie dawać jej odczuć, że patrzą na nią z góry. Nie było to jakimś wielkim ciężarem, dopóki Pompejusz był dość blisko, by wracać wieczorem do domu. Teraz jednak mówił o pójściu na wojnę, o zmobilizowaniu legionów i przyłączeniu się do Sulli! Ach, cóż ona pocznie bez ukochanego Magnusa chroniącego ją przed lekceważeniem swoich ludzi?

Nadal starał się przekonać Warrona, że jedyną możliwością jest pójście z nim do Sulli, ale ten sztywny i pedantyczny człowiek - umysłowo zbyt dojrzały jak na kogoś, kto nie spędził jeszcze dwóch lat w senacie - wciąż się opierał.
- Ilu żołnierzy ma Sulla? - spytał.
- Pięć legionów weteranów, sześć tysięcy jazdy, trochę ochotników z Macedonii i z Peloponezu i pięć kohort Hiszpanów tego oszusta Marka Krassusa. Wszystkich razem koło trzydziestu dziewięciu tysięcy.
Po tej odpowiedzi Warron zaczął wymachiwać rękami.
- Jeszcze raz pytam, kiedy ty wreszcie dorośniesz, Magnusie? - wykrzyknął. - Wracam z Ariminum, gdzie Karbon stoi z ośmioma legionami i z wielką siłą jazdy - a to dopiero początek! W samej Kampanii jest szesnaście legionów! Przez trzy lata Cynna i Karbon zbierali wojska - sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi stoi pod bronią w Italii i w Galii italskiej! Jak Sulla sobie poradzi z taką masą?
- Sulla połknie ich żywcem - odrzekł Pompejusz, na którym te liczby nie zrobiły wrażenia. - Poza tym chcę mu przyprowadzić trzy legiony zaprawionych weteranów mego ojca. Żołnierze Karbona to rekruci. Mają mleko pod nosem.
- Ty naprawdę chcesz wyruszyć z własną armią?
- Naprawdę chcę.
- Magnusie, masz dopiero dwadzieścia dwa lata! Nie możesz się spodziewać, że weterani twego ojca zaciągną się do twoich oddziałów!
- Dlaczego nie? - zdziwił się Pompejusz.
- Po pierwsze, brak ci ośmiu lat, żeby wejść do senatu. Od konsulatu dzieli cię dwadzieścia lat. Gdyby nawet ludzie twego ojca chcieli zaciągnąć się pod twoje znaki, namawianie ich do tego jest absolutnie nielegalne. Jesteś zwykłym obywatelem, a zwykły obywatel nie wystawia armii.
- Od przeszło trzech lat władza w Rzymie sprawowana jest nielegalnie - odparł Pompejusz. - Cynna był konsulem czterokrotnie, Karbon dwukrotnie, Marek Gratydianus był dwukrotnie pretorem miejskim. Połowa senatu wyjęta spod prawa, Appiusz Klaudiusz wygnany, a jego imperium nietknięte, Fimbria przemierza Azję Mniejszą, układając się z Mitrydatesem - wszystko to żart!
Warron przybrał minę nadętego muła - nic trudnego dla Sabina z rosea rura, gdzie nie brak mułów.
- Ta sprawa musi być rozstrzygnięta na drodze prawnej.
To wywołało wybuch śmiechu.
- Ach, Warronie! Naprawdę cię lubię, ale jesteś beznadziejnie nierealistyczny! Gdyby ta sprawa mogła być rozstrzygnięta na drodze prawnej, po co te sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy w Italii i w Galii italskiej?
I znowu Warron wymachiwał rękami, ale tym razem został pokonany.
- Ach, zgoda zatem! Idę z tobą.
Pompejusz rozpromienił się, objął ramieniem Warrona i poprowadził go w stronę korytarza wiodącego do jego komnat.
- To świetnie, świetnie! Będziesz mógł napisać historię mojej pierwszej kampanii. Jesteś lepszym stylistą niż twój przyjaciel Sisenna. Jestem najważniejszym człowiekiem naszych czasów, zasługuję więc na własnego historyka.
Warron miał jednak ostatnie słowo.
- Musisz być ważny! Czy inaczej miałbyś tupet przybrać sobie cognomen Magnus? Wielki! - parsknął. - W wieku dwudziestu dwóch lat, Wielki! Twego ojca stać było tylko na cognomen Zezowaty!
Pompejusz zignorował przycinek. Był zajęty wydawaniem poleceń rządcy i zbrojmistrzowi.
W końcu pozłacane i barwnie malowane atrium opustoszało. Został w nim tylko Pompejusz. I Antystia. Podszedł do niej.
- Koteczku, głuptasie, przeziębisz się - skarcił ją i pocałował czule. - Wracaj do łóżka, skarbie.
- Może ci pomóc w pakowaniu? - spytała z żalem w głosie.
- Moi ludzie zrobią to dla mnie, ale możesz się przyglądać.
Tym razem drogę oświetlał służący z masywnym świecznikiem. Przytulona do boku Pompejusza Antystia (wciąż ściskająca swoją lampkę) poszła z nim do komnaty, w której przechowywał swój ekwipunek. Imponująca kolekcja. Pełna dziesiątka różnych pancerzy wisiała na stojakach - złotych, srebrnych, stalowych, skórzanych z przypiętymi falerami - i miecze, i hełmy zawieszone na kołkach na ścianach, a także spódniczki ze skórzanych pasków i różnego rodzaju pikowane podkładki.
- Teraz siedź tu całkiem cicho jak kochana mała myszka. - Pompejusz podniósł żonę jak piórko i posadził na kilku wielkich skrzyniach, tak że jej stopy nie sięgały posadzki.
I została tam zapomniana. Pompejusz i jego służący przeglądali wszystkie te rzeczy jedną po drugiej, oceniając ich przydatność. Kiedy potem Pompejusz zaczął przetrząsać porozstawiane po komnacie skrzynie, przesadził żonę niedbale w inne miejsce, żeby przeszukać jej pierwotne siedzisko. Rzucał to i owo czekającym niewolnikom, mówiąc przy tym bezustannie do siebie, tak uszczęśliwiony, że Antystia nie mogła mieć złudzeń co do jego zamiaru porzucenia żony, domu i cywilnego życia. Oczywiście zawsze wiedziała, że on uważa się przede wszystkim za żołnierza, że pogardza zwykłymi zajęciami równych sobie - retoryką, prawem, rządzeniem, zgromadzeniami, intrygami i sztuczkami polityków. Ileż to razy słyszała go mówiącego, że wskoczy na kurulne krzesło konsula dzięki swej włóczni, a nie pięknym słowom i pustym frazesom! Teraz zamierzał wprowadzić swe przechwałki w czyn.
Gdy ostatni z niewolników wyszedł, słaniając się pod naręczem ekwipunku, Antystia zsunęła się ze swej skrzyni i stanęła przed mężem.
- Muszę z tobą pomówić, Magnusie, zanim odjedziesz.
Najwyraźniej uważał to za stratę swego cennego czasu, ale przystanął.
- O cóż zatem chodzi?
- Na jak długo zamierzasz wyjechać?
- Nie mam zielonego pojęcia - odrzekł wesoło.
- Kilka miesięcy? Rok?
- Kilka miesięcy prawdopodobnie. Sulla połknie żywcem Karbona.
- Wolałabym zatem wrócić do Rzymu i mieszkać w domu mego ojca podczas twojej nieobecności.
On jednak pokręcił przecząco głową, najwyraźniej zaskoczony jej propozycją.
- Nie ma mowy! Moja żona nie będzie biegała po Karbonowym Rzymie, kiedy ja z Sullą będę walczył przeciw temu właśnie Karbonowi. Zostaniesz tutaj.
- Twoi służący i inni ludzie mnie nie lubią. Będzie mi ciężko, kiedy cię tu zabraknie.
- Nonsens! - powiedział, odwracając się.
Zatrzymała go, raz jeszcze stając przed nim.
- Ach, proszę, mężu, poświęć mi jeszcze kilka chwil! Wiem, że czas to kosztowny towar, ale jestem przecież twoją żoną.
Westchnął.
- Dobrze, zgoda! Ale szybko, Antystio!
- Nie mogę tu zostać!
- Możesz i zostaniesz. - Przestąpił z nogi na nogę.
- Kiedy cię nie ma, Magnusie - choćby przez kilka godzin - twoi ludzie nie są dla mnie mili. Nigdy się nie skarżyłam, bo ty zawsze jesteś dla mnie miły i zawsze tu byłeś, nie licząc twego wyjazdu do Ankony na spotkanie z Cynną. Teraz jednak w twoim domu nie ma innej kobiety, będę całkiem sama. Byłoby lepiej, gdybym wróciła do domu mego ojca, dopóki wojna się nie skończy, naprawdę.
- Nie ma mowy. Twój ojciec jest człowiekiem Karbona.
- Nie, nie jest. Decyduje sam o sobie.
Nigdy przedtem mu się nie sprzeciwiała ani nie stawiała oporu. Cierpliwość Pompejusza zaczęła się kruszyć.
- Słuchaj, Antystio, mam coś lepszego do roboty, niż stać tu i kłócić się z tobą. Jesteś moją żoną, a to oznacza, że zostaniesz w moim domu.
- W którym twój rządca szydzi ze mnie i zostawia mnie w ciemności, w którym nie mam żadnych własnych służących i nikogo do towarzystwa - mówiła, starając się robić wrażenie spokojnej i rozsądnej, ale czując wzbierającą panikę.
- To całkowity nonsens!
- Nie, Magnusie. To nie nonsens! Nie wiem, dlaczego wszyscy patrzą na mnie z góry, ale tak jest.
- No cóż, to oczywiste! - Zdziwiła go jej tępota.
Zrobiła wielkie oczy.
- To oczywiste, że patrzą na mnie z góry? Oczywiste? Co masz na myśli?
Wzruszył ramionami.
- Moja matka była Lucylią. Moja babka również. A kim jesteś ty?
- To bardzo dobre pytanie. Kim jestem?
Widział, że jest zła, i to go złościło. Kobiety! On ma na karku swoją pierwszą wielką wojnę, a to nic nie znaczące stworzenie postanowiło odegrać własny dramat. Czy kobiety nie mają w ogóle rozumu?
- Jesteś moją pierwszą żoną - powiedział.
- Pierwszą żoną?
- Czasowo.
- Ach, rozumiem! - powiedziała z namysłem. - Czasowo. Jako córka sędziego, bo chyba to masz na myśli.
- Cóż, wiedziałaś o tym.
- Ale to było dawno temu. Myślałam, że to już przeszłość. Myślałam, że mnie kochasz. Pochodzę z senatorskiego rodu. Jestem odpowiednią żoną.
- Dla jakiegoś zwykłego człowieka. Dla mnie nie jesteś dość dobra.
- Ach, Magnusie, skąd się bierze ta twoja próżność? Czy to dlatego nigdy nie kończysz, kiedy kochasz się ze mną? Bo nie jestem dość dobra, żeby ci rodzić dzieci?
- Tak! - krzyknął, ruszając do wyjścia.
Poszła za nim ze swoją lampką, zbyt rozgniewana, by troszczyć się, że ją ktoś usłyszy.
- Byłam dość dobra, żeby cię ratować, kiedy Cynna chciał ci zabrać twoje pieniądze!
- Już to ustaliliśmy. - Przyśpieszył kroku.
- Jakie to dogodne dla ciebie, że Cynna nie żyje!
- Dogodne dla Rzymu i wszystkich dobrych Rzymian.
- Kazałeś zamordować Cynnę!
Słowa te rozbrzmiały echem w kamiennym korytarzu dość wielkim, by mogła nim przejść armia. Pompejusz przystanął.
- Cynna zginął w pijackiej kłótni z jakimiś opornymi rekrutami.
- W Ankonie, twoim mieście, Magnusie! Twoim mieście! I zaraz po twoim przyjeździe na spotkanie z nim! - krzyknęła.
W następnej chwili stała przyparta do ściany przez Pompejusza, który trzymał ręce na jej szyi. Nie zaciskał ich, tylko trzymał.
- Nigdy więcej tego nie mów, kobieto - rzekł cicho.
- Tak mówi mój ojciec! - zdołała powiedzieć wyschniętymi ustami.
Dłonie zacisnęły się nieznacznie.
- Twój ojciec niezbyt lubił Cynnę. Na Karbonie nie zależy mu wcale, więc go z przyjemnością zabiję. Nie byłoby mi jednak przyjemnie zabijać ciebie. Nie zabijam kobiet. Trzymaj język za zębami, Antystio. Nie mam nic wspólnego ze śmiercią Cynny, to był czysty przypadek.
- Chcę pojechać do mego ojca i matki w Rzymie!
Pompejusz puścił ją i popchnął.
- Odpowiedź brzmi: nie. Zostaw mnie teraz w spokoju!
Odszedł, przywołując rządcę. Z daleka słyszała, jak mówi temu wstrętnemu człowiekowi, że nie wolno jej opuszczać granic warowni Pompejusza, kiedy on wyjedzie na wojnę. Antystia powoli wróciła drżąca do sypialni, którą dzieliła z Pompejuszem przez dwa i pół roku, będąc jego pierwszą żoną - rozwiązanie czasowe. Nie dość dobra, by mu urodzić dzieci. Czemu się tego nie domyśliła, zastanawiając się nieraz, dlaczego on się zawsze wycofuje, zmuszając ją do zmywania z brzucha lepkich plam?
Zbierało jej się na łzy. Kiedy zaczną płynąć, nie będzie mogła ich pohamować przez całe godziny. To straszna rzecz otrzeźwieć, zanim miłość straciła żar.
Wtedy nadleciał jeszcze jeden z tych mrożących krew w żyłach barbarzyńskich okrzyków i odległy głos Pompejusza:
- Idę na wojnę, na wojnę! Sulla wylądował, to wojna!


Ledwie zaświtało, gdy Pompejusz w błyszczącej srebrnej zbroi, mając przy boku swego osiemnastoletniego brata i Warrona, wprowadził małą grupę urzędników i skrybów na rynek Auximum. Tam zatknął sztandar swego ojca pośrodku placu i czekał ze źle skrywaną niecierpliwością, aż jego sekretarze zasiądą za szeregiem stołów na kozłach z przygotowanymi arkuszami papieru, zaostrzonymi trzcinowymi piórami i płytkami atramentu rozpuszczonymi w ciężkich kamiennych kałamarzach.
Zanim zrobiono to wszystko, zgromadził się tłum tak gęsty, że wylewał się z placu w boczne ulice i uliczki. Pompejusz wskoczył lekko i zwinnie na prowizoryczne podwyższenie przy sztandarze z dzięciołem Pompejusza Strabona.
- Nareszcie, stało się! - wykrzyknął. - Lucjusz Korneliusz Sulla wylądował w Brundyzjum, by żądać tego, co mu się należy z mocy prawa - nieprzerwanego imperium, triumfu, prawa do złożenia swego wieńca laurowego u stóp Jowisza Najlepszego i Największego na Kapitolu w Rzymie! W zeszłym roku o tej porze inny Lucjusz Korneliusz - z przydomkiem Cynna - niedaleko stąd starał się zwerbować dla swojej sprawy weteranów mego ojca. Nie powiodło mu się. Potem zginął. Dzisiaj widzicie tu mnie, ja zaś widzę stojących przede mną wielu weteranów mego ojca. Jestem następcą mego ojca! Jego ludzie są moimi ludźmi! Jego przeszłość jest moją przyszłością! Idę do Brundyzjum walczyć ramię w ramię z Sullą, bo prawo jest po jego stronie. Ilu z was idzie ze mną?
"Krótko i prosto", pomyślał Warron, nie mogąc wyjść z podziwu. Być może ten młody człowiek miał rację, mówiąc o dostaniu się na kurulne krzesło konsula dzięki włóczni, a nie pięknym słowom. Z pewnością niczyja twarz w tym tłumie nie wyrażała dezaprobaty dla mowy Pompejusza. Jeszcze nie skończył, a już kobiety zaczęły się wycofywać, biadając nad rychłym odejściem mężów i synów. Niektóre załamywały ręce na myśl o tym, inne były pochłonięte koniecznością pakowania zapasowych tunik i skarpet, a jeszcze inne wpatrywały się rozmyślnie w ziemię, żeby ukryć przebiegłe uśmiechy. Mężczyźni odsuwali na bok podniecone dzieci udawanymi klapsami i szturchnięciami i tłoczyli się przy stołach z kozłów. Minęło parę chwil, a już wszyscy urzędnicy Pompejusza pracowali z mozołem.
Warron siedział wysoko na schodach starej świątyni Pikusa w Auximum i z tego punktu obserwacyjnego przyglądał się krzątaninie. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek ludzie ci zaciągali się z tak lekkim sercem na kampanie zezowatego Pompejusza Strabona. Chyba nie.
Tamten był ich panem, twardym człowiekiem, choć znakomitym dowódcą. Służyli mu z dobrej woli, ale z kamiennymi twarzami. Z synem było zupełnie inaczej. "Patrzę na jakiś fenomen", pomyślał Warron. "Myrmidonowie nie mogli z większą ochotą walczyć za Achillesa ani Macedończycy za Aleksandra Wielkiego. Oni go kochają! Jest ich ulubieńcem, ich maskotką, ich synem, a jednocześnie ojcem".
Jakieś wielkie cielsko spoczęło na stopniu obok niego. Odwracając głowę, Warron ujrzał czerwoną twarz pod rudymi włosami i dwoje bystrych niebieskich oczu badających go uważnie jako jedynego tu obcego.
- Kim jesteś? - spytał rudy olbrzym.
- Nazywam się Marek Terencjusz Warron, a jestem Sabinem.
- Jak my, czyż nie? Dawno temu, w każdym razie. - Machnął zrogowaciałą dłonią w kierunku Pompejusza. - Patrz tylko na niego. Czekaliśmy na ten dzień, Sabinie Marku Terencjuszu Warronie! Czy on to nie garnczek z miodem bogini?
Warron uśmiechnął się.
- Rozumiem, co masz na myśli, chociaż chyba tak bym tego nie ujął.
- Ach! Tyś nie tylko pan o trzech imionach, tyś pan uczony! Możesz być jego przyjacielem?
- Mogę być.
- A jak zarabiasz na życie?
- W Rzymie jestem senatorem. W Reate hoduję klacze.
- Co takiego? Nie muły?
- Lepiej hodować klacze niż ich potomstwo. Mam kawałek rosea rura i parę rozpłodowych osłów.
- Ile możesz mieć lat?
- Trzydzieści dwa. - Warron bawił się doskonale.
Nagle jednak pytania się urwały. Rozmówca Warrona usadowił się wygodniej, opierając się łokciem o stopień ponad nim i wyciągając herkulesowe nogi. Drobny Warron patrzył zafascynowany na palce u stóp tamtego dorównujące wielkością palcom jego dłoni.
- A jakie ty możesz mieć imię? - spytał swobodnie miejscowym żargonem.
- Kwintus Skapcjusz.
- Może się zaciągnąłeś?
- Wszystkie słonie Hannibala by mnie nie powstrzymały!
- Czy możesz być weteranem?
- Byłem w armii jego tatki, kiedy miałem siedemnaście lat. To było osiem lat temu, ale odsłużyłem już dwanaście kampanii, więc nie muszę dalej służyć, chyba że bym chciał - wyjaśnił Kwintus Skapcjusz.
- Ale właśnie zechciałeś.
- Słonie Hannibala, Marku Terencjuszu, słonie Hannibala!
- Czy możesz być centurionem?
- W tej kampanii mogę być.
Podczas rozmowy Warron i Skapcjusz nie spuszczali z oczu Pompejusza, który stał przed środkowym stołem, wesoło pozdrawiając tego czy owego z tłumu.
- Mówi, że wymaszeruje przed upływem miesiąca, ale nie wiem, jak to możliwe - zauważył Warron. - Przyznaję, że nikt z tych ludzi nie potrzebuje dodatkowego szkolenia, ale skąd on weźmie broń i zbroje? Albo zwierzęta juczne? Albo wozy i woły? Albo żywność? A skąd weźmie pieniądze na to swoje przedsięwzięcie?
Skapcjusz chrząknął, najwyraźniej rozbawiony.
- On się nie musi martwić o żadną z tych rzeczy! Jego tatko dał każdemu z nas broń i zbroję na samym początku wojny z Italczykami. Kiedy potem tatko umarł, chłopiec kazał nam je zatrzymać. Każdy dostał muła, a centurionowie dostali wozy i woły. Będziemy gotowi na wyznaczony dzień. Nie zaskoczysz Pompejuszów! W naszych spichrzach jest dość pszenicy i mnóstwo innej żywności. Nasze kobiety i dzieci nie będą głodne, kiedy my będziemy dobrze jeść podczas kampanii.
- A co z pieniędzmi?
- Pieniądze? - Skapcjusz skwitował tę konieczność pogardliwym prychnięciem. - Służyliśmy jego tatce i nie widzieliśmy ich wtedy za wiele. Kiedy je będzie miał, da je nam. Kiedy ich nie będzie miał, poradzimy sobie bez nich. To dobry pan.
- Aha.
Zapadłszy w milczenie, Warron przyglądał się Pompejuszowi z nowym zainteresowaniem. Wszyscy opowiadali o legendarnej niezależności Pompejusza Strabona podczas wojny italskiej: jak to nie rozformował swych legionów długo po otrzymaniu takiego rozkazu i jak wpłynął bezpośrednio na bieg wydarzeń w Rzymie, ponieważ ich nie rozformował. Żadne rachunki za żołd nie wpłynęły do ksiąg skarbu państwa, które Cynna sprawdzał po śmierci Gajusa Mariusza. Teraz Warron dowiedział się dlaczego. Pompejusz Strabon nie fatygował się płacić swoim żołnierzom. Czemu miałby to robić, skoro byli dosłownie jego własnością?
W tym momencie Pompejusz opuścił swoje stanowisko, krocząc przez plac ku schodom świątyni Pikusa.
- Wyjeżdżam poszukać miejsca na obóz - powiedział do Warrona, a potem uśmiechnął się szeroko do siedzącego obok Herkulesa. - Widzę, że jesteś na początku listy, Skapcjuszu.
Skapcjusz wstał ociężale.
- Tak, Magnusie. Lepiej pójdę do domu po mój ekwipunek.
A więc wszyscy nazywali go Magnusem! Warron także wstał.
- Jadę z tobą, Magnusie.
Tłum się rozpraszał, a kobiety zaczynały wracać na rynek. Kilku kupców, dotąd unieruchomionych, zajęło się teraz ustawianiem swoich straganów, a niewolnicy śpieszyli im na pomoc. Na bruk wokół dużej fontanny przed miejscową kapliczką Larów zwalono ładunki brudnej bielizny, a jedna czy dwie dziewczyny podwinęły spódniczki, by wejść do płytkiej wody.
"Jakie typowe jest to miasteczko", myślał Warron, idąc nieco z tyłu za Pompejuszem. "Słońce i kurz, kilka pięknych cienistych drzew, brzęczenie owadów, poczucie wiecznego celu, pomarszczone zimowe jabłka, krzątający się ludzie, którzy wiedzą o wiele za dużo o sobie nawzajem. W Auximum nie ma żadnych sekretów!"
- Ci ludzie to jakiś zawzięty naród - powiedział do Pompejusza, gdy szli do koni.
- To Sabinowie, Warronie, tacy sami jak ty - odrzekł Pompejusz. - Nawet jeśli minęły wieki, odkąd przyszli na wschód od Apeninów.
- Nie całkiem tacy jak ja! - Warron pozwolił podsadzić się na siodło. - Mogę być Sabinem, ale nie jestem z natury ani wyszkolenia żołnierzem.
- Z pewnością brałeś udział w wojnie italskiej.
- Tak, oczywiście. I przesłużyłem swoje dziesięć kampanii. Od tamtego czasu nie myślałem jednak o mieczu ani o kolczudze.
Pompejusz roześmiał się.
- Mówisz jak mój przyjaciel Cyceron.
- Marek Tuliusz Cyceron? Ten prawniczy geniusz?
- Tak, on. Nienawidzi wojny. Nie ma do tego zamiłowania, a mój ojciec go nie rozumiał. Mimo to dobry był chłop z tego Cycerona. Lubił robić to, czego ja nie lubiłem. Nie mówiliśmy ojcu zbyt wiele, on zaś był bardzo zadowolony. - Pompejusz westchnął. - Po upadku Askulum Picentum uparł się, żeby odejść do Kampanii, do Sulli. Było mi go brak!

Przez dwie oktawy Pompejusz obozował ze swymi trzema legionami weteranów za dobrze umocnionymi wałami o pięć mil od Auximum, na brzegach jakiegoś dopływu Aesis. Urządzenia sanitarne w obozie były bez zarzutu, a przepisów przestrzegano bardzo rygorystycznie. Pompejusz Strabon był bardziej typowym przedstawicielem swoich wiejskich przodków. Znał tylko jeden sposób postępowania ze studniami, dołami kloacznymi, latrynami, śmietnikami i kanałami: kiedy odór stawał się nie do zniesienia, przenosił obóz w inne miejsce. Dlatego też umarł na dur brzuszny pod Bramą Kollińską w Rzymie i dlatego mieszkańcy Kwirynału i Wiminalu, którym zatruł ściekami studnie, zbezcześcili jego zwłoki.
Coraz bardziej zafascynowany Warron przyglądał się przemianie armii swego młodego przyjaciela i podziwiał organizacyjny geniusz Pompejusza. Nie przeoczono żadnego szczegółu, choćby najdrobniejszego, a w tym samym czasie wykonywano ogromne przedsięwzięcia z szybkością, która świadczyła o nadzwyczajnej sprawności.
"Zostałem wciągnięty w otoczenie prawdziwego fenomenu. On zmieni bieg spraw naszego świata i nasze widzenie tego świata. Nie ma w nim ani na jotę strachu i nie ma żadnych pęknięć w jego pewności siebie".
Warron przypomniał sobie jednak, że sytuacja innych wyglądała równie dobrze, zanim zaczęło się zamieszanie. Jaka będzie sytuacja Pompejusza, kiedy stanie twarzą w twarz z - nie, nie z Sertoriuszem ani z Karbonem - kiedy stanie twarzą w twarz z Sullą? To będzie prawdziwa próba! Ta sama strona czy nie ta sama, stosunki między starym bykiem a młodym zadecydują o przyszłości młodego byka. Czy się ugnie? Czy może się ugiąć? Ach, co szykuje przyszłość komuś tak młodemu i tak pewnemu siebie? Czy istnieje na świecie jakaś siła albo człowiek mogący go złamać?
Pompejusz najwyraźniej myślał, że nie. Chociaż nie był mistykiem, stworzył sobie swój duchowy świat, na którym się opierał. Rozpoznawał na przykład pewne cechy, o których wiedział, że raczej je miał, niż nabył, skoro istniały one zarówno wewnątrz niego, jak i na zewnątrz: niezwyciężoność, odporność na zranienie, nienaruszalność. Czuł się tak, jakby krążył w nim boski ichor, a jednocześnie spowijała go jakaś boska mgła. Prawie od dzieciństwa żył wśród marzeń. Staczał w myślach tysiące bitew, jechał w setkach triumfów w starożytnym rydwanie zwycięzcy, stawał wciąż na nowo niczym Jowisz zstępujący na ziemię, a cały Rzym oddawał cześć w pokłonach największemu z wszystkich ludzi.
Marzyciel Pompejusz różnił się od innych tego rodzaju marzycieli tym, że nie tracił kontaktu z rzeczywistością. Widział świat realny ostro i wyraźnie, nigdy nie tracił z oczu żadnej możliwości ani prawdopodobieństwa. Czepiał się myślami jak pijawka faktów zarówno wielkich, jak i pozornie błahych. Owe śmiałe marzenia były myślowym kowadłem, na którym wykuwał kształt realnych dni, przykrawając je do ram prawdziwego życia.
Wpychał więc swoich ludzi w centurie, kohorty i legiony, musztrował ich i sprawdzał ekwipunek, wycofywał stare zwierzęta juczne, opukiwał osie wozów, kołysał nimi, poganiał do szybkiej jazdy przez kamienisty bród poniżej obozu. Wszystko udało się doskonale, bo nie pozwolił, by jakieś zdarzenie ukazało go z niedoskonałej strony.

Dwunastego dnia po rozpoczęciu rekrutacji przez Pompejusza nadeszła wiadomość z Brundyzjum. Sulla maszerował w górę Via Appia pośród scen histerycznych powitań w każdej osadzie, wiosce, miasteczku i mieście. Posłaniec powiedział Pompejuszowi, że Sulla przed wymarszem zebrał armię i kazał jej przysięgać wierność sobie osobiście. Jeżeli ci w Rzymie mieli wątpliwości co do jego niezłomnej woli uniknięcia w przyszłości oskarżenia o zdradę stanu, ten nakaz przysięgania sobie wierności - nawet przeciw rządzącym w Rzymie - mówił im, że wojna jest nieunikniona.
Wysłannik twierdził potem, że żołnierze Sulli przyszli do niego i ofiarowali mu wszystkie swoje pieniądze. Mógł więc zapłacić za każde ziarnko pszenicy i każdy listek sałaty, gdy przechodził przez Kalabrię i Apulię. Szczęścia ich wodza nie mąciły niczyje ponure miny. Nie było żadnych zdeptanych pól, martwych pasterzy, zgwałconych kobiet, głodujących dzieci. Wszystko odbywało się tak, jak sobie tego życzył Sulla. Zapłaci im później, kiedy będzie panem całej Italii i Rzymu.
Pompejusz wcale nie ucieszył się, słysząc o radosnym powitaniu Sulli w południowej części Italii. Miał dotąd nadzieję, że zanim dotrze do Sulli z trzema legionami zahartowanych weteranów, ten popadnie w kłopoty wystarczająco duże, by go potrzebować. Najwyraźniej tak się nie stało. Pompejusz wzruszył ramionami i przystosował swe plany do sytuacji.
- Pomaszerujemy wybrzeżem aż do Buki, a stamtąd skierujemy się w głąb lądu na Benewent - mówił do swoich trzech pierwszych centurionów dowodzących trzema legionami. Prawo to przysługiwało dobrze urodzonym trybunom wojskowym, których mógłby znaleźć, gdyby się o to postarał. Dobrze urodzeni trybuni wojskowi mogliby jednak zakwestionować prawo Pompejusza do dowodzenia armią, wolał więc wybrać podwładnych spośród swoich ludzi, chociaż pewni dobrze urodzeni Rzymianie ubolewaliby nad tym faktem, gdyby się dowiedzieli.
- Kiedy ruszamy? - spytał Warron, gdy nikt inny tego nie zrobił.
- Osiem dni przed końcem kwietnia - odrzekł Pompejusz.

Potem wkroczył na scenę Karbon i Pompejusz musiał jeszcze raz zmienić plany. Via Emilia przecinała Galię italską prostą linią od Alp Zachodnich do Adriatyku pod Ariminum. Z Ariminum inna doskonała droga biegła brzegiem morza do Fanum Fortunae, gdzie zaczynała się Via Flaminia do Rzymu. To nadawało Ariminum znaczenie strategiczne, któremu dorównywało tylko znaczenie Arretium panującego nad dostępem do Rzymu na zachód od Apeninów.
Było zatem logiczne, że Gnejusz Papiriusz Karbon - dwukrotny konsul Rzymu i nowy namiestnik Galii italskiej - umieścił siebie, swoje osiem legionów i konnicę w obozie na peryferiach Ariminum. Z tej bazy mógł poruszać się w trzech kierunkach: po Via Egnatia przez Galię italską ku Alpom Zachodnim, wzdłuż wybrzeża w kierunku Brundyzjum i po Via Flaminia do Rzymu.
Od osiemnastu miesięcy wiedział, że Sulla wróci, i to oczywiście do Brundyzjum. Nadal jednak przebywało w Rzymie zbyt wielu ludzi, którzy mogli przejść na stronę Sulli, chociaż deklarowali neutralność. Wszyscy oni byli dość wpływowi, by zmienić obecny układ sił, co czyniło Rzym pożądanym celem. Karbon wiedział, że Metellus Pius Prosiak zaszył się w Ligurii, części Galii italskiej graniczącej z Alpami Zachodnimi. Miał do dyspozycji dwa legiony, które przyprowadził z prowincji Afryki, wyparty stamtąd przez stronników Karbona. Było pewne, że na wieść o wylądowaniu Sulli Prosiak pomaszeruje mu na spotkanie, a to zagrozi Galii italskiej.
Oczywiście było jeszcze szesnaście legionów stacjonujących w Kampanii, czyli znacznie bliżej Brundyzjum niż Karbon w Ariminum. Czy jednak można było polegać na tegorocznych konsulach, Norbanusie i Scypionie Azjagenusie? Odkąd zabrakło w Rzymie żelaznej woli Karbona, nie mógł on być tego pewny. Pod koniec minionego roku był pewien dwóch rzeczy: że Sulla przybędzie wiosną i że Rzym będzie bardziej skłonny przeciwstawić się Sulli, jeśli sam Karbon będzie w nim nieobecny. Dopilnował więc wyboru dwóch swoich stronników, Norbanusa i Scypiona Azjagenusa, a potem przyznał sobie namiestnictwo Galii italskiej, by mieć oko na wszystko i móc działać, kiedy to będzie konieczne. Wybór konsulów był dobry - przynajmniej w teorii - bo ani Norbanus, ani Scypion Azjagenus nie mogli liczyć na łaskę Sulli. Norbanus był klientem Gajusa Mariusza, a Scypion Azjagenus uciekł z Aeserni podczas wojny italskiej w przebraniu niewolnika, co wzbudziło oburzenie Sulli. Czy jednak byli dość silni? Czy użyją owych szesnastu legionów jak urodzeni wodzowie, czy też zaprzepaszczą swoje szanse? Tego Karbon po prostu nie wiedział.
Jednego nie wziął pod uwagę: że syn Pompejusza Strabona, jeszcze chłopiec, będzie miał czelność powołać pod broń trzy pełne legiony weteranów swego ojca i pomaszeruje z nimi do Sulli! Karbon nie traktował młodego człowieka poważnie, lecz martwiły go te trzy legiony weteranów. Kiedy już dotrą do Sulli, ten potrafi ich użyć.
Nowinę o zamierzonej wyprawie Pompejusza przyniósł Karbonowi jego kwestor, znakomity Gajus Werres.
- Trzeba będzie zatrzymać tego chłopca, zanim zacznie działać - zasępił się Karbon. - Co za utrapienie! Miejmy nadzieję, że Metellus Pius nie wyruszy z Ligurii, dopóki się nie uporam z młodym Pompejuszem, i że konsulowie zdołają powstrzymać Sullę.
- Dasz sobie łatwo radę z młodym Pompejuszem - stwierdził Gajus Werres.
- Zgoda, tym niemniej to kłopot - odrzekł Karbon. - Zechciej, proszę, przysłać mi zaraz moich legatów.
Okazało się, że legatów Karbona nie tak łatwo odnaleźć. Werres tropił ich po całym olbrzymim obozie wystarczająco długo, by zniecierpliwić Karbona. Podczas tych poszukiwań myślał o wielu różnych rzeczach, ale żadna nie wiązała się z poczynaniami dziedzica Pompejusza Strabona, młodego Pompejusza. Nie, to Sulla opanował myśli Gajusa Werresa. Choć nigdy dotąd nie spotkał on Sulli (nie było powodu, gdyż jego ojciec był skromnym senatorem z tylnych rzędów, a on sam służył w wojnie italskiej pod Gajusem Mariuszem, a potem pod Cynną), pamiętał, jak mąż ten wyglądał, gdy szedł w uroczystym pochodzie w dniu inauguracji konsulatu, i był pod wielkim wrażeniem.
Werres nie był z natury wojowniczy, nigdy więc nie pomyślał o przyłączeniu się do wyprawy Sulli na Wschód. Nie uważał też Rzymu Cynny i Karbona za miejsce nie do zniesienia. Lubił być tam, gdzie są pieniądze, miał bowiem kosztowne upodobania i bardzo wysokie ambicje. Teraz jednak, gdy poszukiwał starszych legatów Karbona, zaczął się zastanawiać, czy nie nadeszła pora na zmianę stron.
Mówiąc ściśle, Gajus Werres był raczej prokwestorem niż kwestorem, jego oficjalna działalność jako kwestora dobiegła końca z poprzednim rokiem. To, że nadal miał zajęcie, zawdzięczał Karbonowi, który mianował go osobiście i tak bardzo był z niego zadowolony, że zabrał Werresa ze sobą, udając się do Galii italskiej. Jako że przez ręce kwestora przechodziły pieniądze i rachunki jego zwierzchnika, Gajus Werres zwrócił się do skarbu państwa i odebrał w imieniu Karbona sumę 2 235 417 sestercji. Policzona do ostatniej sestercji (świadczy o tym owe 417!), miała ona pokryć wydatki Karbona - żołd jego legionów, wyżywienie jego legionów, koszty utrzymania jego samego, jego legatów, służących i jego kwestora, i tysiąca drobiazgów, które nie dawały się zaliczyć do żadnej z powyższych kategorii.
Choć nie minął jeszcze kwiecień, wydano już nieco ponad półtora miliona sestercji, co oznaczało, że Karbon będzie musiał wkrótce prosić skarb o więcej. Jego legaci żyli na niezmiernie wysokim poziomie, a sam Karbon od dawna przywykł do sięgania do państwowej kasy. Nie wspominając o Gajusie Werresie; on także maczał ręce w garnku z miodem przed zanurzeniem ich w worku z pieniędzmi. Dotąd starał się, by jego sprzeniewierzenia nie rzucały się w oczy, lecz teraz przyjrzał się na nowo swej obecnej pozycji i uznał, że nie ma powodu dłużej bawić się w subtelności! Gdy tylko Karbon zajmie się trzema legionami Pompejusza, Gajus Werres zniknie. Czas zmienić strony.
I tak rzeczywiście zrobił. Karbon zabrał swoje cztery legiony - bez konnicy - o świcie następnego dnia, by zmierzyć się z dziedzicem Pompejusza Strabona. Słońce nie stało jeszcze zbyt wysoko, gdy Gajus Werres również wyruszył. Był sam, nie licząc służących, i nie jechał za Karbonem na południe. Udał się do Ariminum, gdzie pieniądze Karbona le- żały w skarbcu jakiegoś miejscowego bankiera. Do ich wycofania uprawnione były tylko dwie osoby: namiestnik Karbon i jego kwestor Werres. Wynająwszy dwanaście mułów, Werres wycofał wszystkie czterdzieści osiem półtalentowych skórzanych sakw z pieniędzmi Karbona spod opieki bankiera i załadował je na muły. Nie musiał nawet szukać wytłumaczenia. Wiadomość o wylądowaniu Sulli przeleciała nad Ariminum szybciej niż letnia burza, a bankier wiedział już o wymarszu Karbona z połową jego piechoty.
Do południa było jeszcze daleko, gdy Gajus Werres opuścił okolicę z sześciuset tysiącami sestercji oficjalnego funduszu Karbona. Skierował się najpierw bocznymi drogami do własnych posiadłości w górnej części doliny Tybru, a potem - lżejszy o dwadzieścia cztery talenty srebrnych monet - tam, gdzie spodziewał się znaleźć Sullę.
Nieświadomy dezercji swego kwestora Karbon ciągnął brzegiem Adriatyku ku pozycjom Pompejusza nad Aesis. Był tak pewny siebie, że nie śpieszył się zbytnio ani nie starał się ukrywać swego nadejścia. To będzie dobre ćwiczenie dla jego niedoświadczonych w boju oddziałów i nic ponadto. Nie ma znaczenia, jak groźne mogą być trzy legiony weteranów Pompejusza Strabona. Karbon miał wystarczające doświadczenie, by wiedzieć, że żadna armia nie zrobi więcej, niż wódz jej na to pozwoli. Wódz tamtych to jakiś dzieciak! Rozprawa z nimi będzie dziecinną zabawą.

Kiedy Pompejusz otrzymał wiadomość o zbliżaniu się Karbona, wydał okrzyk radości i zaraz zgromadził żołnierzy.
- Nie musimy nawet ruszać się z własnego kraju, żeby stoczyć pierwszą bitwę! - wołał do nich. - Karbon sam idzie na nas z Ariminum, i z góry jest przegrany! Dlaczego? Bo nie wie, że ja dowodzę! Was szanuje. Mnie nie. Powinien wiedzieć, że syn Rzeźnika zna się na ćwiartowaniu mięsa, ale Karbon to głupiec! Myśli, że syn Rzeźnika jest za delikatny, by brudzić sobie ręce w zawodzie swego ojca! No cóż, popełnia błąd! Wy to wiecie i ja to wiem. Pora dać nauczkę temu Karbonowi!
I dali nauczkę Karbonowi. Jego cztery legiony zeszły nad Aesis w porządnym szyku i czekały w równych szeregach, aż zwiadowcy zbadają przeprawę przez rzekę wezbraną po wiosennych roztopach w Apeninach. Karbon wiedział, że Pompejusz wciąż obozuje niedaleko za brodem, ale nie pomyślał, że pogardzany przeciwnik może być tuż przy nim.
Podzieliwszy swe siły i wysławszy połowę z nich za Aesis na długo przed nadejściem Karbona, Pompejusz spadł na niego w chwili, gdy dwa legiony tamtego już przeprawiły się przez rzekę, a dwa inne właśnie się przeprawiały. Jego ludzie zamknęli przeciwnika w kleszczach, wypadając spośród drzew na obu brzegach rzeki naraz. Walczyli, by udowodnić, że syn Rzeźnika zna swój fach lepiej niż jego ojciec. Skazany jako wódz na pozostanie na południowym brzegu rzeki Pompejusz nie mógł zrobić tego, czego najbardziej pragnął - walczyć osobiście z Karbonem. Ojciec powtarzał mu nieraz, że wodzowie nie mogą pozostawiać obozu poza swym zasięgiem na wypadek, gdyby bitwa nie przebiegała zgodnie z planem i konieczny był szybki odwrót. Tak więc Pompejusz musiał patrzeć, jak Karbon i jego legat Lucjusz Kwinkcjusz zbierają dwa legiony na swoim brzegu Aesis i uciekają z powrotem do Ariminum. Z tych na brzegu Pompejusza nie przeżył nikt. Syn Rzeźnika rzeczywiście znał swój fach.
Nadszedł czas, by wyruszyć do Sulli!