Kategorie

Zdrada

  • Kod: 83-7298-690-8
  • Dostępność: Jest
  • Autor: McIntosh, Fiona
  • Cena w naszym sklepie: 26,50 zł
    Cena detaliczna: 29,90 zł

W mitach Tallinoru tkwi głęboko zakorzeniona mroczna historia o zdradzie i spustoszeniu - opowieść o potężnym czarnoksiężniku Orlacu, który niegdyś zburzył słynne miasto Caremboche i był bliski zniszczenia całej krainy. Teraz Orlac pragnie się zemścić, a powstrzymać zagładę może tylko prosty wiejski chłopak Tor Gynt. O jego magicznej mocy wiedzą jedynie rodzice, a on sam zaledwie przeczuwa jej istnienie. Co ciekawe, szalejący po kraju inkwizytorzy, których zadaniem jest eksterminacja magów, także nie wykrywają jego talentu. Dopiero królewski medyk Merkhud, sam obdarzony potężną mocą, odnajduje chłopca i zabiera do pałacu jako swojego ucznia. Tor opuszcza zatem dom i ukochaną Alyssę, tym samym nieświadomie wstępując na ścieżkę swego przeznaczenia - Merkhud wierzy bowiem, że Tor jest wybrańcem, który na nowo zbierze dziesięciu paladynów i stanie na czele Trójcy, niosąc Tallinorowi wybawienie…

 "Oszałamiające tempo akcji, wspaniałe postaci… Błyskotliwa, mocna i mroczna fantasy w najdoskonalszym wydaniu".
"SFX"

Rok wydania: 2005
Stron: 460
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Iwona Michałowska

Fragment tekstu:

Mojej niezwykłej trójcy - Ianowi, Willowi i Jackowi McIntoshom


PODZIĘKOWANIA

Składam serdeczne podziękowania mojej rodzinie i przyjaciołom. Kilka osób zasługuje na specjalną wzmiankę. Są to: Pip Klimentou, która w obawie, że poranki pomylą mi się z nocami, wydzwaniała do nas o szóstej rano codziennie przez ostatnich osiemnaście miesięcy; Anne Madox, czytelniczka moich brudnopisów, której entuzjazm był tak odurzający, że chciałoby się go przechować w butelkach; Paul Meehan, mój specjalista od śmiechu i królik doświadczalny od wszelkiej magii; moi rodzice, Monnica i Fred Richardsowie, którzy nieprzerwanie mnie wspierali; Bryce Courtenay, doradca i dobry duch; mój wydawca, Nicola O'Shea, zawsze służąca radą i pomocą i wreszcie Stephanie Smith, która dostrzegła potencjał Zdrady, gdy ta była zaledwie jednym z wielu chaotycznych maszynopisów.

W szczególności jednak pragnę podziękować Ianowi.

 


PROLOG

To był doskonały dzień na egzekucję: łagodny, bezchmurny i bezwietrzny. Zaskoczony spokojem tłumu Sallementro wnikliwie obserwował zgromadzonych. Zbliżało się południe. Wkrótce miano wyprowadzić więźnia - tak przynajmniej oświadczył stojący w pobliżu widz, nie kierując jednak tych słów do nikogo konkretnego. Ludzie kiwali głowami, mówili szeptem i przestępowali z nogi na nogę, niemal nie zauważając wymyślnych popisów wynajętego błazna, który miał ich rozgrzać w oczekiwaniu na akt sprawiedliwości. Niektórzy wręcz odwracali głowy, ignorując krzykliwy spektakl i zatapiając się w rozmyślaniach.
"Ciekawe" - pomyślał Sallementro.
Przybył do Tal dopiero tego ranka. Jak wielu wędrownych minstreli żywił nadzieję, że jego pieśni wpadną w ucho jakiemuś bogatemu szlachcicowi, który zechce skorzystać z usług trubadura, by sprawić przyjemność swojej damie lub zaimponować przyjaciołom. Może nawet zaproszą go na dwór królewski? To by dopiero było…
Wrócił do teraźniejszości. Wszystkie gospody i targowiska miasta huczały od rozmów o egzekucji, o skazańcu jednak Sallementro nie dowiedział się prawie niczego. Bez wątpienia ów młodzieniec był kimś ważnym, skoro sam król Lorys wybrał dla niego tak archaiczny sposób uśmiercenia.
Ukrzyżowanie i ukamienowanie. Sallementro zadrżał. To barbarzyństwo, ale jakże piękną balladę będzie mógł o tym ułożyć! Już teraz, przedzierając się przez tłum, słyszał w głowie jej pierwsze takty.
Wychowany w urodzajnej krainie na dalekim południu, sprzeciwił się życzeniom ojca. Jego rodzina od pokoleń uprawiała żyzną glebę wokół Arandonu, dorabiając się wielkiego bogactwa i licznych zaszczytów. Od chłopca oczekiwano, że podporządkuje się najstarszemu bratu, by zapewnić konsolidację rodzinnego majątku. Sallementro argumentował, że jako trzeci syn nie jest rodzinie niezbędny, ale rozgniewani rodzice nawet nie chcieli go słuchać. Podczas licznych kłótni matka wykrzykiwała, że nawet sutanna byłaby lepsza niż to. Wędrowny śpiewak! W swoim uporze i arogancji krewni chłopca nie potrafili sobie wyobrazić, że na rodzinę mogłaby spaść większa hańba. Sallementro jednak od niepamiętnych czasów marzył tylko o tym.
Później zaczęły go nawiedzać dziwne sny, w których tajemnicza kobieta żądała od niego, by podążył za swoim powołaniem. Kazała mu odejść w dal i ćwiczyć się w sztuce. Kobieta szeptała coś o młodej damie, która go potrzebuje - nie tylko jako przyjaciela, lecz także wybawcę.
Dziwne. Był śpiewakiem, a nie żołnierzem. Kogo mógłby chronić? Wystarczyło, że matka głośniej krzyknęła, a już się kulił. Co z niego za bohater?
Kobieta jednak była nieubłagana. Nachodziła go w snach przez dziesięć lat. Później wyruszył w świat. Minęła kolejna dekada, w ciągu której zjechał kawał królestwa, a kobieta wciąż mu towarzyszyła. Czuł się, jakby była z nim od zawsze, choć w istocie znał jedynie jej głos i życzenia. To głupie, ale nigdy nie zdołał nawet zapamiętać jej imienia: Lys czy jakoś tak…
Nigdy też nikomu o niej nie powiedział, przyznawał jednak przez samym sobą, że tajemnicza zjawa ma nad nim dziwną władzę. To ona dała mu odwagę, by wystąpić przeciwko rodzinie; to dzięki jej szeptom miał dość mocy, by ich opuścić i poświęcić się śpiewaniu. Kim była?
Nagle szturchnęła go czyjaś tłusta łapa, wyrywając z rozmyślań. Szybko zaczął przepraszać otyłą damę za to, że nadepnął jej na palce, gdy wtem wszystkie głowy jak na komendę poczęły się odwracać. Dama straciła zainteresowanie winowajcą i obróciła trzęsące się podbródki ku północnej wieży, którą w podnieceniu wskazywali inni. Sallementro również podążył wzrokiem w tamtym kierunku.
- Oto ona! - wrzasnął ktoś.
Minstrel patrzył z zapartym tchem, jak na balkon wychodzi młoda kobieta prowadzona przez dwóch krzepkich żołnierzy. Strząsnęła z siebie ich ręce i dumnie uniosła głowę. Gdy to zrobiła, południowe słońce zalśniło nagle na przyklejonym do jej czoła bladym, przypominającym klejnot owalu. Przez tłum przebiegł głośny pomruk.
Sallementro czuł, jak wali mu serce, a w głowie słyszał - niczym grzmot - refren pieśni. Oto ona. Dziewczyna, o której opowiadano mu od dwudziestu lat. A zatem sen nie kłamał. Sallementro nagle poczuł się boleśnie związany z tą piękną kobietą o smutnej twarzy, z powagą wpatrującą się w tłum. W końcu ją odnalazł. Teraz musi ją chronić.
Napięcie, które narastało przez cały poranek, sięgnęło zenitu. Niektórzy wykrzykiwali pod adresem dziewczyny słowa otuchy, podczas gdy inni potrząsali głowami lub ronili łzy.
- Kim ona jest? - szepnął Sallementro.
- To jego kochanka - odparł stojący obok leciwy jegomość. - Warto dla takiej umrzeć, co?
- Błagam, niech mi pan zdradzi jej imię!
- To żadna tajemnica. Nazywa się Alyssandra Qyn.
Dalszą rozmowę uniemożliwił im ryk trąb, obwieszczający przybycie suwerena. Król Lorys i jego małżonka Nyria byli najlepszymi władcami, jacy dotychczas rządzili Tallinorem, a legendy o ich szczęściu małżeńskim krążyły po ościennych królestwach. Teraz jednak Sallementro nie dostrzegał w tej dwójce oznak radości. Sztywni, z rozbieganymi oczyma, ledwie odpowiadali na powściągliwe powitania tłumu, a na piękną dziewczynę w ogóle nie spojrzeli. "Może to i dobrze" - pomyślał. Na jej twarzy malowała się bowiem bezgraniczna nienawiść, a oczy spoglądały wprost na króla.
- Gdyby wzrok mógł zabijać, Lorys wiłby się już w drgawkach - mruknął mężczyzna stojący przed Sallementrem.
- Jej wzrok może zabijać, durniu! - skarcił go sąsiad. - Zapomniałeś, że jest Nietykalną? Kipi magią. Widzisz ten klejnot na jej czole?
Sallementro słyszał o Nietykalnych. Rozpoznał dysk archalitu, wskazujący na przynależność dziewczyny do klanu obdarzonych mocą kobiet, zamieszkujących odległy region na północy królestwa. Inkwizytorzy zapewniali im całkowitą nietykalność pod warunkiem używania zaczarowanego kamienia, blokującego talent. Gdy kobieta wstępowała do klanu, przykładano jej do czoła odłamek wypolerowany na podobieństwo szklanego owalu. Jeśli naprawdę była Obdarzoną, odłamek natychmiast się przyssawał i pozostawał tam na zawsze, by zapobiegać używaniu magii zarówno przez nią, jak i przeciw niej.
- Co ten kamień oznacza? - zapytał Sallementro sąsiada, który wydawał się zorientowany w tych sprawach.
- Musisz pochodzić z południa, minstrelu, skoro nie słyszałeś o archalicie - odparł mężczyzna.
- Oświeć mnie, a napiszę o nim balladę! - zaimprowizował pomysłowo Sallementro.
Jego informator miał wyjątkowo dobry humor.
- Kobieta, która nosi archalit, jest pod ochroną króla. Żaden mężczyzna nigdy nie będzie mógł jej dotknąć. Nawet ci plugawi inkwizytorzy.
Sallementro pokiwał głową i powrócił wzrokiem do stojącej na balkonie kobiety. Teraz wyraźniej widział lśniący kamień i mimowolnie zaczął układać w głowie pierwszy wers pieśni, która, już o tym wiedział, będzie jedną z najlepszych w jego życiu.
- Uwaga, nadchodzi skazaniec! - zakrzyknął ktoś.
Młodsze kobiety uderzyły w płacz. Sallementro był zdumiony. Niektórzy zaczęli coś wołać do więźnia, mimo iż ten pozostawał jeszcze niewidoczny. Na balkonie Alyssandra Qyn oderwała wreszcie nienawistny wzrok od króla, by podążyć oczyma za kochankiem.
Jedna z młodych dziewczyn szlochała tak rzewnie, że aż zasłabła. Sallementro pomógł jej przyjaciołom ją ocucić. W miarę zbliżania się więźnia tłum stawał się coraz bardziej podekscytowany. "To musi być niezwykły człowiek - pomyślał minstrel - skoro jego egzekucja wywołuje w ludziach aż taką rozpacz".
Nie mylił się.


Skazaniec, Torkyn Gynt, zmrużył porażone południowym słońcem oczy. Po siedmiu dniach spędzonych w ciemnym lochu jasność sprawiała mu ból. Dudnienie w uszach zagłuszało większość rozlegających się na zamkowym dziedzińcu dźwięków. Więzień wkroczył tam otoczony kolumną żołnierzy, którzy świetnie go znali i niechętnie wiedli na miejsce egzekucji. Tor był ukochanym synem Tallinoru. Ci żołnierze, należący do elitarnej grupy zwanej Tarczą, szkolili go we wszystkich sztukach, od picia piwa po fechtunek. Nie mieli pojęcia, że nie potrzebuje miecza, by się obronić. Bogowie obdarzyli go tak potężną mocą, że doskonale sobie radził dzięki magii, obiecał jednak, że dziś się nią nie posłuży. Zgodził się na śmierć, by ratować Alyssę Qyn. Umrze godnie. Wypełni przeznaczenie.
Mijał kobiety, które otwarcie płakały, i dostrzegał w ich oczach własny strach. Mężczyźni spoglądali na niego beznamiętnie, wiedział jednak, że w duchu dziękują bogom, iż nie ich to spotyka. Serce biło mu tak mocno, że był pewien, iż pęknie i zabije go na długo przedtem, nim pierwszy kamień sięgnie celu. Przerażał go rodzaj śmierci, jaki wybrał dla niego ukochany monarcha. Dziwił się wręcz, że w ogóle może iść o własnych siłach.
Odwagi, chłopcze. Nie okazuj cierpienia. Nie daj temu draniowi Gothowi satysfakcji patrzenia na twoją słabość.
Głos Merkhuda w kółko wibrował mu w głowie, ale znacznie łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić. Gdy stary mentor odwiedził go w lochu po raz ostatni, zachowywał się jakoś dziwnie.


- Ufasz mi? - zapytał, łapiąc Tora za rękę.
- Zawsze ci ufałem - skłamał Tor. Zbyt wiele wiedział o przeszłości Merkhuda, by uwierzyć, że za słowami starego nie kryją się jakieś knowania.
- Więc zaufaj i tym razem.
Łagodny zwykle głos Merkhuda był nabrzmiały bólem. Starzec ze wszystkich sił próbował zdławić w sobie lęk o chłopca, którego traktował jak syna. A także o siebie samego.
Czy zdoła wprowadzić w życie swój szalony plan? Czy naprawdę można zapanować nad taką magią?
Po raz ostatni mógł objąć tego wspaniałego młodzieńca… młodzieńca, którego z rozmysłem zdradził.
Zdawkowo ucałował go w głowę, po czym wstał i zaczął walić laską w ciężkie drewniane wrota, a te otworzyły się niemal natychmiast. Nim strażnik wszedł do celi, Tor zdążył zauważyć łzy w oczach Merkhuda. Jego mistrz wyglądał teraz, jakby się postarzał o sto lat. Zanim wyszedł, wyszeptał cicho, tak aby tylko czułe ucho Tora usłyszało jego tajemnicze słowa:
- Niezależnie od tego, co się dziś stanie, musisz mi zaufać. Wyłącz wszelki szum i strach i nasłuchuj mojego głosu. Przybędę.
Tor z powagą kiwnął głową, choć nie rozumiał, co Merkhud chce mu powiedzieć. Ale nie zastanawiał się nad tym zbytnio. Już i tak nie można było nic zrobić.
- Obiecaj, że będziesz odważny. Zrób to dla niej i dla mnie. I postaraj się przebaczyć królowi. Nie wie, co robi.
Po tych słowach Merkhud odszedł.
Tor poczuł się nagle bardzo samotny. Nie mógł się skomunikować z Alyssą za pomocą łącza mentalnego. Pewnie znów założyli jej archalit. Myśleli, że przylgnie do niej na zawsze. Nie mieli pojęcia, że jego dziwna, niewyczuwalna magia potrafi go usunąć jednym muśnięciem. Ale teraz przyjdzie jej nosić go do końca życia. Tor nienawidził ich za to, że ją napiętnowali.
Dobrze jednak, że oszczędzono jej barbarzyńskiej śmierci, którą przeznaczono jemu. Udało mu się przekonać króla, by rozgrzeszył ją z czegoś, co - wedle słów Tora - nie było romansem, lecz uwiedzeniem. Zauważył, że Lorys łatwo się zgodził. Królowa Nyria także to dostrzegła.
Fascynacja. Pragnienie. Żądza. Tor dobrze to rozumiał. Alyssa była piękną kobietą i jeśli mogło ją to uratować od śmierci, dlaczego nie?
Stojący w drzwiach celi strażnik odchrząknął, nie bardzo wiedząc, co robić. Lubił tego chłopca. Wszyscy go lubili. Zaczął zamykać drzwi tak cicho, jak tylko się dało, po czym powiedział coś, czym miał nadzieję go pocieszyć:
- To już niedługo, mały. Godzinka, dwie i będzie po wszystkim.
Ale jego słowa nie odniosły pożądanego rezultatu. Spokojny dotychczas Tor zaczął ronić łzy. Płakał nad sobą, nad swoją żałosną śmiercią i głupotą własnych postępków, które go przywiodły do takiego końca. Płakał też nad Alyssą, która nigdy nie prosiła o nic z wyjątkiem jego miłości, a on dwa razy ją zdradził. Płakał nad rodzicami, zastanawiając się, czy przybędą do Tal, by oglądać przedwczesną śmierć swego sławnego syna. Przede wszystkim jednak płakał nad losem dwojga nowo narodzonych dzieci, których nigdy nie miał poznać. Nawet ich matka, jego ukochana Alyssa, nie wiedziała, że żyją. To była jego trzecia zdrada. A teraz miał zginąć, pozostawiając ją na zawsze w nieświadomości.


Tor…
Ktoś zawołał go cicho. To był Herek. Chciał wiedzieć, czy skazaniec nie potrzebuje pomocy.
Czyżby się potknął? Trudno było znieść blask słońca, krzyki tłumu i bicie własnego serca. A teraz kazali mu usiąść na specjalnym krześle. Zorientował się, że to Krzesło Potępionych. Siądzie na nim, a oni będą mu mówić, za co zostanie ukamienowany. To czysta formalność - wszyscy zebrani dobrze wiedzieli, jaką zbrodnię popełnił Torkyn Gynt - ale widok krzesła boleśnie uświadomił mu nieuchronność śmierci, jednocześnie przedłużając udrękę. Był to czas, w którym ofiara miała ostatnią szansę żałować za grzechy i błagać o litość, jeśli odczuwała taką potrzebę. A publiczność, zwykle łaknąca krwi, mogła się nasycić widokiem przerażenia skazańca.
Tor usiadł zdezorientowany, wpatrując się w zalegający na ziemi pył. Nie potrafił patrzeć na ludzi. Jeden z najwyższych rangą dworzan, którzy przewodniczyli procesowi w sali tronowej, rozwinął rolkę pergaminu i głośno przeczytał całe oskarżenie. Odczytanie wyroku natomiast mogło się odbyć dopiero po formalnym przedstawieniu kata.
Tor nie mógł już znieść tych słów. Uciekł w głąb siebie, zamykając dostęp światu zewnętrznemu i pozwalając myślom cofnąć się w czasie. Wszystko zaczęło się przed siedmiu laty, w pewne piękne popołudnie w Twyfford Cross…

 

 

1
UJARZMIANIE W TWYFFORD CROSS

Torkyn Gynt był młody, żądny przygód i znudzony. Uczył się na skrybę, bo wszyscy oczekiwali, że będzie kontynuował wspaniałe dzieło ojca, ale nienawidził tego zajęcia. Przyglądał się, jak Jhon Gynt mruży oczy nad listem, nad którym pracował z wdową Ely. Miał coraz gorszy wzrok i nie było tajemnicą, że wkrótce syn będzie musiał przejąć po nim obowiązki.
Tego dnia jednak mieli spędzić ciepłe, słoneczne popołudnie na pracy w Twyfford Cross. Była to najbardziej senna i nudna osada, jaką Torkyn mógł sobie wyobrazić. Miał ochotę wrzeszczeć z furii, gdy po raz kolejny wysłuchiwał narzekań wdowy na bolące biodro. Dopiero gdy stary pies młynarza, Boj, przyczłapał do orzecha, w którego cieniu pracowali, i trącił dłoń Tora, chłopak oderwał się od ponurych myśli. Wiekowy kundel dawno już przestał być najlepszym łapaczem myszy we wsi, ale i tak wszyscy go kochali.
Tor patrzył, jak ojciec męczy się, by odczytać stukniętej wdowie list, który w jej imieniu napisał, i zrobiło mu się wstyd. Zaproponował, że sam dokończy, i z westchnieniem umoczył stalówkę w atramencie, zastanawiając się, czy istnieje nudniejsze życie.
Notując monotonny potok słów grubej wdowy, wspominał krągłość piersi Alyssy Qyn. Uśmiechnął się, ale suchy kaszel klientki i napomnienie ojca, który dobrze wiedział, jaki z jego syna marzyciel, zmusiły go do powrotu do męczącej rzeczywistości.
Gdy tak pisał, drapiąc się po żebrach i spoglądając spode łba na ojca, do jego uszu dotarł nagle złowróżbny dźwięk. Miał wyborny słuch. Jego matka zawsze mawiała, że Tor słyszy nawet, jak ptaki na drzewach oddychają. Nazywała to darem niebios. Choć nie powiedziała tego wprost, w końcu się zorientował, że posądza go o nadprzyrodzoną moc. Nie były to dobre czasy dla Obdarzonych; przeciwnie, wszelkie zdolności magiczne stanowiły przekleństwo. Dlatego o tych rzeczach nie mówiło się głośno. Już od piętnastu lat dziwny, ogromny talent Tora trzymano w ścisłym sekrecie.
Wdowa Ely ględziła i ględziła, nie zauważając nawet, że Tor wyciągnął długie nogi spod stołu i wstał. Tylko Boj obudził się i powoli poczłapał w dal.
Tor tymczasem nasłuchiwał. Jeźdźcy! Było ich wielu i poruszali się szybko. Nie musiał ich widzieć, by wiedzieć, że stanowią niebezpieczeństwo. Jhon Gynt z przerażeniem patrzył, jak syn zrzuca ze stołu atrament, pergamin i stalówki i podnosi wrzask.
Za późno. Już tam byli. Na środku ulicy Boj został stratowany przez dwunastu jeźdźców, którzy galopem wpadli na plac wioskowy. Tor nie miał wątpliwości, kim jest głównodowodzący. Nigdy przedtem go nie widział, ale słyszał dość dokładne opisy, by rozpoznać wielkiego inkwizytora Gotha. Jego twarz była żywą maską: pokryta bliznami, z jednej strony bezwładna, z drugiej skręcająca się w nieustającym tiku. Prawe oko inkwizytora mrugało bezustannie, a na ustach powoli wykwitł wredny uśmieszek wywołany widokiem przerażonych wieśniaków. Zdychający Boj zdołał jeszcze ugryźć w kopyto wierzchowca Gotha i choć został za to dźgnięty mieczem w brzuch, Tor podziwiał jego odwagę. Niektórzy z obserwatorów wzdrygnęli się w przerażeniu, lecz przezornie milczeli.
Tor zamrugał chabrowymi oczami. Czuł, jak wzbiera w nim moc.
Ojciec musiał to wyczuć, bo ścisnął go za ramię.
- Tylko bez żadnych głupstw, Torkyn - szepnął.
Goth przyglądał się wieśniakom, którzy w ciszy czekali na nieunikniony rozkaz znienawidzonego inkwizytora. Przez chwilę milczał, sycąc się ich przerażeniem. Gdziekolwiek się pojawiał, wszędzie witał go taki sam śmiertelny strach.
Wreszcie przemówił wysokim, nieco zniewieściałym głosem, zawsze zdumiewającym tych, którzy słyszeli go po raz pierwszy.
- Dobrzy ludzie, minęło sporo czasu, odkąd poprzednio tu byliśmy. Widzę, że odbudowaliście swoją knajpkę.
Mówiąc to, wykonał ruch głową w stronę oberży Pod Białym Jeleniem, trzy zimy wcześniej podpalonej przez jego ludzi. Spocony oberżysta jęknął. Małe, bystre oczka Gotha natychmiast go wyłowiły z tłumu.
- A, pan Pawl - rzekł przeciągle. - Bez obaw. Tym razem wieś z pewnością da mi to, po co przyszedłem.
Pozostali inkwizytorzy, ubrani czarne peleryny i purpurowe jedwabie, zaśmiali się szyderczo.
Tor wyczuł jakiś ruch za nimi i obrócił się, by ujrzeć skręcającego w ulicę samotnego jeźdźca. Był to starszy człowiek o siwej brodzie i włosach, które wymykały się spod ronda kapelusza. Na chwilę zatrzymał się, oceniając wzrokiem sytuację, po czym popędził czarnego rumaka naprzód.
Adiutant Gotha, Rhus, także dostrzegł starca i dał sygnał dowódcy. Goth odwrócił się, uniósł oczy ze złością i zaklął.
- Po co tu przybyłeś, Goth? - odezwał się obcy. - Czy jakieś biedne dziecko zobaczyło w chmurach kształty zwierząt i spędziło ci to sen z powiek? A może to nieszczęsne stworzenie, które widzę u twoich stóp, miało jakieś nadprzyrodzone zdolności? Na przykład potrafiło wyczarowywać kości z powietrza?
Ktoś parsknął krótkim śmiechem, ale reszta wieśniaków zachowała milczenie. Nikt, kto rzucał Gothowi wyzwanie, nie żył dostatecznie długo, by móc o tym opowiedzieć. Tor przesunął się, by mieć lepszy widok, i z rozbawieniem zauważył, że twarz Gotha przybrała kolor jego kosztownych jedwabi.
- Podobnie jak ty, doktorze Merkhud, wykonuję rozkazy króla - odparł tamten, siląc się na spokój, choć w duchu przeklinał królewskiego medyka za to, że pojawił się nie w porę.
Starzec uśmiechnął się szyderczo.
- Nigdy nie porównuj mojej pracy do swoich niegodziwych postępków, Goth.
- Och, z przyjemnością przekażę jego królewskiej mości twoją opinię - odparł Goth słodko, nieco odzyskując rezon.
Starzec pokręcił głową.
- Nie trudź się. Sam mu to powiem, gdy następnym razem będę spożywał posiłek w jego towarzystwie.
Merkhud wiedział, że te słowa zranią Gotha. Cóż z tego, że inkwizytor jeździł pod królewskim sztandarem, skoro to on był najstarszym i najdroższym przyjacielem monarchy. Obiecał sobie, że poważnie porozmawia z Lorysem na temat Gotha.
Nie ulegało dla niego wątpliwości, że inkwizytor przybył do Twyfford Cross, by dokonać ujarzmienia. Wierność Lorysa barbarzyńskiej praktyce karania Obdarzonych poprzez nakładanie im uzd i znakowanie była doprawdy prymitywna. "Trzeba położyć kres wiekom prześladowań tych niewinnych, władających mocą istot" - myślał Merkhud. Może to właśnie one uratują w przyszłości cenny tron Tallinoru.
Starzec nawet się nie poruszył, gdy podszedł do niego chłopiec stajenny i zabrał lejce z jego dłoni. Wpatrywał się w inkwizytora. Goth kipiał z wściekłości. Merkhud popsuł mu zabawę, obalając pozory, że wymierza królewską sprawiedliwość.
Machnął gniewnie na Merkhuda, by się nie wtrącał, po czym swoim piskliwym głosem zwrócił się do tłumu:
- Przychodzimy po kobietę znaną wam jako Marya.
Jakaś niewiasta krzyknęła. Dołączyły do niej inne. Goth uwielbiał takie chwile. Podniósł głos, by przebić się przez gwar.
- To Obdarzona. Nie ma dla niej miejsca w naszym społeczeństwie. W imieniu króla Lorysa obwieszczam, że skazano ją na ujarzmienie. Żądam natychmiastowego przyprowadzenia jej. W przeciwnym razie wieś pójdzie z dymem.
Głowy odwróciły się w kierunku czterech kobiet. Najstarsza osunęła się na piach, bijąc się w pierś i wykrzykując bezradne wyzwiska. Jeźdźcy spoglądali na to z rozbawieniem, które jeszcze wzrosło, gdy córki kobiety zaczęły płakać. Tylko najmłodsza, przeciętnie wyglądająca dziewczyna o rozmarzonym spojrzeniu czarnych oczu nie okazywała rozpaczy. Skrzyżowała wzrok z Gothem i patrzyła nań hardo.
Nie posiadała wielkiej mocy, ale Tor zdołał wyczuć jej zamiary. Już miała się rzucić na inkwizytora, gdy nagle otworzyło się łącze mentalne i odezwał się przez nie cichy głos.
To bezcelowe, Maryo. Chroni ich archalit. Poddaj się, by ocalić matkę i siostry. Jeśli będziesz walczyć, dasz mu pretekst do wybicia całej twojej rodziny.
Głos był stanowczy, lecz łagodny. Wstrząśnięty Tor rozglądał się gorączkowo. Kto mógł przemawiać z taką mocą? Nim zdołał się zreflektować, zaczął sięgać zmysłami coraz dalej, podążając za ledwie wyczuwalnym śladem… aż dotarł do starca. Tylko na chwilę sprzągł się z jego mocą i szybko odskoczył, przerażony swoim zuchwalstwem. Za późno. Na twarzy nieznajomego odbiło się wywołane kontaktem zdumienie. Tor pobiegł wzrokiem z powrotem ku Maryi, rzuconej na kolana przed inkwizytorem. Ale nie uciekał dość szybko, a nieznajomy okazał się równie dobrym tropicielem.
Medyk Merkhud zatopił wzrok w odwróconej głowie młodego skryby, identyfikując intruza. Torkyn musiał uciekać. Niebezpieczeństwo było ogromne. Jak mógł zrobić coś tak głupiego po tylu latach samokontroli? Choć inkwizytorzy nie wychwycili kontaktu, Tor wiedział, że został na zawsze naznaczony przez kogoś, kto w znacznie bardziej subtelny sposób posługiwał się magią i - podobnie jak on - potrafił ukryć fakt jej stosowania.
- Chodźmy stąd, ojcze - rzekł i w pośpiechu zaczął zbierać papiery, kiwając przepraszająco głową w kierunku wdowy Ely. Ona jednak stała wpatrzona w makabryczne wydarzenia na placu.
Jhon Gynt chwycił syna za ramię.
- Torkyn… On oczekuje widowni podczas ujarzmiania. Mnie także się to nie podoba, ale musimy pozostać, by nie wzbudzać w nim gniewu.
Tor ponownie spojrzał na Merkhuda i tym razem ich spojrzenia się skrzyżowały. Na twarzy starca nadal malowało się zdumienie.
Goth tymczasem korzystał z okazji, by pokrótce opowiedzieć zebranym, w jaki sposób namierzył dziewczynę, podążając za jej magią, i wyrazić zdziwienie nieostrożnością, z jaką jej używała.
W końcu rzucił komendę:
- Ujarzmić ją!
Marya zaczęła histerycznie krzyczeć, miotając się i drapiąc trzymających ją ludzi. Rzucała na prześladowców strzępami magii, ale - jak ostrzegał Merkhud - i ich, i konie chronił tajemniczy archalit, odbijający czary z powrotem ku niej.
Tor nie mógł znieść widoku jej cierpienia. Niewiele myśląc, posłał jej impuls własnej mocy, by ją zamroczył. Wyczuł, że starzec jest przerażony jego zuchwalstwem, ale nie zaszczycił go spojrzeniem.
Dziewczyna tymczasem osunęła się na ziemię. Jej matka głośno zanosiła do niebios modły o karę dla łotrów, którzy odbierają jej dziecko. Na szczęście Goth był zbyt zajęty przyglądaniem się, jak jego ludzie wyjmują z worka matową skórzaną uzdę nabitą archalitem, by zwracać uwagę na obelgi matki. Kilku inkwizytorów całkiem niepotrzebnie przytrzymywało na ziemi bezwładne ciało Maryi, podczas gdy inny uniósł jej głowę. Rhus włożył na twarz dziewczyny uzdę i umieścił między zębami metalowy pręt. Marya odzyskała przytomność i zaczęła jęczeć. Drąg boleśnie wbijał jej się w język. Oprawcy zatrzasnęli zamek z tyłu głowy, starannie wbijając dwa skoble. Szorstkie ręce podniosły dziewczynę i zdarły z niej ubranie. Stała chwiejnie - naga, ujarzmiona, drżąca i oniemiała z przerażenia.
Wielu mężczyzn, którzy ją znali, odwróciło wzrok, zawstydzonych nagością kobiety i własną bezradnością. Torkyn czuł, że znów zaczyna tracić kontrolę, ale nagle łagodny głos ponownie wdarł się w jego myśli.
Jeszcze nie czas, chłopcze. Nie ujawniaj się.
Torkyn znów czuł, że oczy stojącego po drugiej stronie drogi starca wwiercają mu się w głowę. Był tak zaskoczony wtargnięciem tamtego w swoje myśli, że na moment jego moc osłabła. Przyglądał się, jak przyprowadzają miejscowego kowala, by dokonał poniżającego zabiegu. Mężczyzna trzymał w ręku znak z symbolem Obdarzonego: znienawidzoną gwiazdą.
- Oznakuj ją, jak ci kazano, kowalu… lub giń.
Kowal stał bez ruchu. Dobrze znał Maryę. Jego jedyny syn, poważny chłopak, bardzo ją lubił i zaczął się nawet przymierzać do małżeństwa.
- Dalej! - wrzasnął Goth głosem niemal łamiącym się z napięcia.
Gdy i ta komenda została zignorowana, zeskoczył wściekle z konia i wyjął dymiący znak z bezwładnej ręki kowala.
- Zabić go - rozkazał.
Rhus nie zawahał się. Odrąbał kowalowi głowę z taką siłą, że ta potoczyła się po ulicy i zatrzymała dopiero obok zmasakrowanego Boja. Ludzie podnieśli krzyk. Goth wydawał się nie zwracać uwagi na wijące się w drgawkach bezgłowe ciało, z którego tryskała krew. Upewniwszy się, że jego ludzie mocno trzymają Maryę za ramiona, po kolei przyciskał dymiącą gwiazdę do drobnych piersi kobiety. Gdy zapach świeżej krwi zmieszał się z wonią palonego ciała, inkwizytor dokończył dzieła, odciskając znak między nogami Maryi.
- Zbawiliśmy jeszcze jedną sługę piekieł - zwrócił się do wstrząśniętej publiczności. - Teraz nie będzie już kusić mężczyzn, by płodzić diabelskie, magiczne bękarty.
Zadowolony, odrzucił gwiazdę na bok i gestem wskazał oberżyście Pawlowi, że on i jego ludzie mieliby ochotę się czegoś napić. Pawl drżącą ręką wskazał drzwi oberży.
Dwaj jeźdźcy wrzucili zmaltretowane ciało Maryi na stojący obok powóz. Ignorując ryzyko, wieśniacy po kolei podchodzili do niego, nakrywając dziewczynę własnymi ubraniami, dotykając jej łagodnie i szepcząc obietnice zaopiekowania się rodziną. Żadne z tych słów nie docierały do niej.
Jeden z mężczyzn podniósł głowę kowala i z czcią umieścił na piersi zalanego krwią ciała. Potem wieśniacy wynieśli je w milczeniu.
O Boju nikt nie pamiętał.
Tor wiedział, że musi uciec od tej wstrząsającej sceny najdalej, jak się da. Powolnym krokiem podszedł do niewielkiego powozu ojca, wrzucił nań swoje rzeczy i złapał za lejce. Nie miał odwagi spojrzeć na starca. Gdy tylko ojciec wdrapał się na sąsiednie siedzenie, Tor poprowadził konia na wschód, ku oddalonemu o kilka mil bezpiecznemu domowi we Flat Meadows.
Przez całą drogę ojciec i syn nie zamienili słowa.

 

 


2
TANIEC KWIATÓW

Letni Taniec Kwiatów był ulubionym lokalnym świętem Tora. Od czasu ceremonii ujarzmiania chłopak chodził jakiś nieswój i nie mógł sobie znaleźć miejsca, ale tamtego ranka, gdy wyruszył powozem do Minstead Green, znów był w doskonałym nastroju.
Jedno z jego najwcześniejszych wspomnień dotyczyło chwili, gdy, trzymając matkę za rękę, przyglądał się wiejskim dziewczętom, wykonującym skomplikowaną sekwencję kroków. Nadal uwielbiał koloryt i przepych festiwalu.
Tego roku po raz pierwszy wyruszał do Minstead samotnie i upajało go poczucie wolności, które dodatkowo wzmagał fakt, że jest to również rok pierwszego w życiu występu Alyssandry Qyn. Od tej pory była już kobietą i jeśli chciała, mogła sobie wziąć męża.
Tor przyglądał się jej tęsknie, jak plotkuje z innymi dziewczętami z Green, gładząc się po połyskujących w słońcu włosach barwy miodu. Alyssa nigdy nie miała w sobie krzty próżności, choć wszyscy zachwycali się jej urodą. Jej matka dawno zmarła, a ojciec, Lam Qyn, spędzał większość czasu przy kieliszku, na ogół więc, w przeciwieństwie do Tora, dziewczyna sama zajmowała się swoim wychowaniem, dodatkowo opiekując się ojcem i usiłując utrzymać rodzinę z niewielkich dochodów, jakie dawała produkcja maści i prostych mieszanek ziół leczniczych.
Tor był nią oczarowany od czasu ich pierwszej rozmowy. Kilka lat wcześniej Alyssa nierozważnie uruchomiła łącze, wysyłając sygnał na chybił trafił, i padło na niego. Tor był tak wstrząśnięty, że rozlał całą zawartość kałamarza na nowy arkusz papieru, za co dostał ostrą reprymendę od dobrodusznego zwykle ojca. Chłopiec nie potrafił się wytłumaczyć. Przecież nie powie, że winna jest jakaś bezczelna dziewięciolatka, mieszkająca po drugiej stronie rzeki.
Przepraszam, kimkolwiek jesteś - szepnęła, wysłuchawszy wyrzutów jego uszami.
Od tamtej chwili łączyli się codziennie i w każdej rozmowie przewijało się pytanie, czy inkwizycja kiedyś ich wychwyci. Bawili się tą myślą, nieświadomi jej pełnego sensu. Teraz, starsi i lepiej rozumiejący, czym to grozi, doceniali swoją niewykrywalność i - domyślając się, że jej źródło leży w którymś z nich - postanowili kontaktować się wyłącznie z sobą.
Tor westchnął. We wszystkich okolicznych wioskach nie było piękniejszej dziewczyny, ale najbardziej cenił Alyssę za jej siłę i przyjaźń. Przytaknął w duchu rozmawiającym w pobliżu kobietom, które wychwalały jej urodę, lecz wzdrygnął się na sugestię, że jakiś bogaty kupiec któregoś dnia uwiezie ją z sobą.
Właśnie dlatego zamierzał z nią dziś poważnie porozmawiać. Widywali się tak rzadko, że mimo częstych kontaktów mentalnych obawiał się odmowy z jej strony. Tak czy owak, postanowił wyznać jej miłość i poprosić o rękę, gdy tylko złapie ten przeklęty bukiet.