Kategorie

Złamani na duchu

  • Kod: 83-7298-576-6
  • Dostępność: Jest
  • Autor: Cole, Martina
  • Cena w naszym sklepie: 11,50 zł
    Cena detaliczna: 29,90 zł

Podkomisarz Kate Burrows nie sądziła, że znowu przyjdzie jej mieć do czynienia z kimś podobnym do Rozpruwacza z Grantley. Pomyliła się. W mieście dzień po dniu ginie jakieś dziecko. Na szczęście w ostatniej chwili ktoś ratuje im życie. Potem jedna z ofiar nie ma tyle szczęścia i Kate wie, że jest to wyścig z czasem.
Dla Kate, matki wykolejonej Lizzy, sprawa jest wyjątkowo ciężka, toteż pani podkomisarz jak nigdy dotąd potrzebuje wsparcia swojego kochanka, Patricka Kelly'ego. Patrick ma jednak swoje problemy. W jego klubie w Soho popełnione zostaje morderstwo i chociaż Patrick twierdzi, że ktoś usiłuje go wrobić, Kate zaczyna wątpić w jego prawdomówność.
Związki Patricka z przestępczym półświatkiem nie po raz pierwszy naraziły na szwank dobre imię Kate. Teraz jednak w mieście szaleje jakiś maniak i Kate nie może sobie pozwolić, aby ktokolwiek, łącznie z Patrickiem, przeszkodził jej w wykryciu sprawcy morderstw.

Pochwalne uwagi krytyków na temat bestselleru Martiny Cole:

"Mocna powieść".
"Daily Express"

"Nie odłożycie, póki nie przeczytacie do końca".
"Company"

"Szykuje się kolejny hit".
"Woman's Weekly"

"Soczysty realizm i zmysł dramaturgiczny składają się na mieszankę wybuchową".
"Annabel"

"Nieprzeciętny nowy talent".
"Best"

"Martina Cole penetruje mroczne zakamarki kryminalnego półświatka, który powoli staje się jej domeną".
"Sunday Express"

"Genialnie się czyta. […] Cole pisze z ogromnym znawstwem tematu".
"Ms London"

Rok wydania: 2004
Stron: 488
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Fragment tekstu:

PROLOG

1992

Melanie Harvey spokojnym krokiem szła Bayler Street w Grantley.
Urodziła się w tym małym mieście w Essex, a teraz tu studiowała. Uważała, że dzięki wykształceniu staje się osobą bardziej wyrafinowaną. Jej nauczyciele nigdy by nie uwierzyli, że nauka będzie jej kiedyś sprawiała przyjemność. Kochała to miasto, czuła się tutaj u siebie, tutaj chciała pracować i wychowywać dzieci. Zwłaszcza odkąd nadszedł nowy porządek. Grantley rozrastało się, podnosiło swoją pozycję w świecie i Melanie bardzo chciała uczestniczyć w tym procesie. Tereny wokół miasta stopniowo zabudowywały się osiedlami domów - oczywiście prywatnymi. Dotychczasową zabudowę burzono albo odnawiano, żeby mieli gdzie mieszkać ci, którzy woleli dojeżdżać czterdzieści minut do pracy, jeśli rekompensował im to fakt, że mogli wychowywać dzieci w dostatecznie wiejskich warunkach. Ludzie ci płacili astronomiczne sumy za dom z trzema sypialniami. Melanie każdego ranka biegała tą samą trasą i była zdumiona tempem powstawania nowych osiedli. Wynikało ono z faktu, że domy budowano w niezbyt trwałych technologiach.
Robotnicy gwizdali na nią, ale nie zwracała na nich uwagi. Jako siedemnastolatka z rozmiarem biustonosza D była przyzwyczajona do starych świntuchów, tak bowiem myślała u budowlańcach, którzy z daleka rzucali pod jej adresem pikantne teksty. Traktowała ich jak powietrze, zresztą na równi z całym światem. Melanie była na swój młodzieńczy sposób dosyć arogancka.
Ubrana w skąpy top, szorty i reeboki, z ciemnymi włosami spiętymi w koński ogon, wodziła wzrokiem po burzonych starych budynkach. Buldożer właśnie podpełzał do ostatniego bloku, który jeszcze stał. Oślepiające słońce na jakiś czas zasłoniła chmura, dzięki czemu Melanie łatwiej było orientować się w otoczeniu.
W tym momencie przypadkiem przykuł jej uwagę jakiś nieznaczny ruch na dachu budynku. Skupiła wzrok na tym punkcie. Słońce znowu ją oślepiało i oczy jej łzawiły. Nie miała jednak wątpliwości, że na dachu coś się poruszyło.
Potem, kiedy ponownie usłyszała monotonny warkot buldożera, słońce jeszcze raz zniknęło za chmurami i Melanie zobaczyła blond główkę. Mignęła jej tylko przed oczyma, ale to wystarczyło. Zarejestrowała fakt, że musiała to być głowa dziecka, bo osoba dorosła znacznie bardziej wystawałaby zza niskiego murka wokół dachu.
Potem ponownie zobaczyła główkę.
Kiedy do niej dotarło, że operator buldożera zaraz zacznie burzyć budynek, skręciła na plac budowy. Robotnicy śmiali się z niej, kiedy biegła po nierównym terenie, wzbijając reebokami obłoki kurzu i ceglanego pyłu, a ciężkie piersi uderzały o żebra w rytm bicia serca. Melanie próbowała zwrócić na siebie uwagę mężczyzny w spychaczu. Okazało się to niepotrzebne. Człowiek ten obserwował ją z podziwem i strachem.
Stała teraz prawie na jego drodze. Zaczął hamować. Kiedy się zatrzymał tuż przed nią, nadal usiłowała zwrócić jego uwagę na coś w górze.
Podbiegł do niej kierownik budowy Desmond Rawlings. Był wściekły i dawał temu wyraz.
- Co ty, kurwa, robisz?
Zdyszana Melanie wciąż pokazywała do góry.
- Tam ktoś jest.
Kierownik budowy odruchowo podniósł głowę i nic nie zobaczył.
- To jakiś wygłup, kochanie?
Melanie pokręciła głową.
- Tam na pewno ktoś jest, człowieku. Idź i sam zobacz.
Operator spychacza wysiadł z kabiny.
- Co jest grane, Des?
Des wzruszył ramionami. Pocił się pod kombinezonem z napisem "Kierownik budowy" i swetrem, który włożył tego ranka, bo było zimno.
- Chuj wie. Ta laska mówi, że ktoś jest na dachu.
Wszyscy patrzyli teraz do góry.
- Nic nie widzę.
- Widziałam na własne oczy, jak coś się tam ruszało.
Melanie mówiła już jednak mniej pewnym głosem, bo z tego miejsca rzeczywiście nic nie było widać.
- Zobaczyłam z ulicy małą blond głowę. Lepiej sprawdźcie, tak na wszelki wypadek.
Des westchnął ciężko. Wszystko na jego głowie. Podwykonawcy byli beznadziejni. Wszystko się kiełbasiło, był kilka tygodni do tyłu z robotą. Rysunki się nie zgadzały, a stalowe elementy jak zwykle nie przyszły na czas. A teraz jeszcze jakaś kretynka mu mówi, że na budynku, który on właśnie miał zburzyć, jest dziecko.
Des wiedział, że robotnicy, którzy otoczyli ich kołem, cieszą się z przerwy na małą rozrywkę. Melanie była coraz bardziej speszona. A jeśli padła ofiarą złudzenia optycznego?
- Jestem pewna, że coś widziałam…
- Pójdę i sprawdzę, Des - zgłosił się na ochotnika niski mężczyzna z zielonymi oczami osadzonymi w opalonej twarzy. - Żeby młoda dama była usatysfakcjonowana.
Des skinął głową i westchnął. Dałby wszystko za kilka godzin u bukmacherów, ze zwitkiem banknotów w jednej garści i butelką piwa w drugiej. Zielonooki zniknął w szkielecie budynku. Des łypnął na piersi dziewczyny, zanim spojrzał w jej cyniczne oczy. Melanie coraz poważniej się zastanawiała, czy naprawdę coś dostrzegła. Zdawała sobie sprawę, że jeśli miała przywidzenie, to ta banda będzie bardzo niezadowolona.
Pocieszała się myślą, że tak czy owak, postąpiła słusznie.

Regina Carlton z trudem zwlokła się z łóżka. Potarmosiła mężczyznę, który spał obok niej. Stęknął i przewrócił się na drugi bok, emitując przy okazji głośne pierdnięcie.
Regina zacisnęła zęby i westchnęła.
- Skąd ja go, kurwa, wytrzasnęłam?
Słowa te pozostały bez odpowiedzi. Regina rozglądała się po pogrążonym w nieładzie pokoju. Wszędzie walały się ciuchy. W mieszkaniu unosiła się woń nie wypranych ubrań i nie umytych naczyń. Regina zapaliła papierosa i głęboko zaciągnęła się dymem. Westchnęła błogo, kiedy nikotyna uderzyła jej do głowy.
Drapiąc się w obwisły brzuch, poszła do kuchni. Nastawiła czajnik i w bałaganie na stole zaczęła szukać tabletek. Kiedy w końcu je znalazła, zażyła dwie, popijając wodą, po czym zapaliła następnego papierosa. Woda się zagotowała i Regina zrobiła sobie kawę. Powąchała podejrzliwie mleko i w końcu zdecydowała się na czarną.
Wyszła z powrotem do holu i otworzyła drzwi pokoju dzieci.
Michaela, wiek pięć lat, nadal spała, ze złotymi włosami rozrzuconymi na brudnej poszewce poduszki. Hannah, wiek dziesięć miesięcy, leżała obudzona w łóżeczku. Nasiąknięta pieluszka napełniła pokój zapachem amoniaku, od którego matce łzawiły oczy.
Regina spojrzała na łóżko, w którym powinien był leżeć Jamie, wiek dwa lata, i zmarszczyła brwi. Wróciła do holu i przeszukała go wzrokiem, a potem poszła do kuchni i zajrzała pod stół.
- Zamorduję gówniarza!
W jej głosie słychać było raczej gniew niż strach.
Znowu wyszła do holu, odsunęła poplamioną dymem papierosowym zasłonę i spojrzała na dół.
Jamiego nie było pod blokiem.
Kiedy dopiła kawę i poczuła pierwsze objawy działania zażytego wcześniej driminalu, wróciła do sypialni, gdzie włożyła dżinsy i bluzę z Bartem Simpsonem. Spięła włosy w koński ogon i obejrzała się w lustrze toaletki.
Jej oczy były ciemnymi jamami, kości policzkowe tonęły w twarzy opuchniętej od przedawkowywania różnych rzeczy, począwszy od alkoholu i narkotyków, a skończywszy na seksie. Reszta ciała była cienka, lecz obwisła, włączając w to piersi i skórę na ramionach.
Regina miała dwadzieścia pięć lat.
Podeszła do łóżka i potrząsnęła leżącym w nim mężczyzną.
- Odpierdol się, co? Jeszcze śpię.
Patrzyła na niego i nie czuła nic, nawet złości. Zapaliła kolejnego papierosa, poszła do dziewczynek i obudziła Michaelę, klepiąc ją w tyłek przez kołdrę.
- Przewiń Hannah i zrób jej butelkę, kochanie. - Hannah natychmiast usiadła na łóżku. - Widziałaś gdzieś Jamiego?
Dziewczynka potrząsnęła głową.
Regina wyszła z mieszkania i zeszła cztery piętra na dół. Starsza pani z drugiego piętra z naburmuszoną miną udawała, że jej nie dostrzega, kiedy Regina się do niej zbliżała.
- Widziała pani mojego Jamiego? - spytała starej jędzy charczącym głosem.
Minęło już piętnaście minut, odkąd zauważyła, że Jamiego nie ma, i mimo wszystko zaczęła się martwić. Jej chłopczyk zaginął. Przy wszystkich kłopotach to była ostatnia rzecz, której potrzebowała: żeby policja przyglądała się z bliska chaosowi jej codziennego życia.
- Niech go chuj strzeli, gówniarza jednego! Wdał się w tatusia, zawsze coś namota!
Wróciła do mieszkania i usunęła z niego wszystkie trefne rzeczy, żeby móc w miarę spokojnie zadzwonić na policję. Najpierw jednak zatelefonowała do swojego kuratora. Regina wiedziała, że przyda jej się wszelka dostępna pomoc.

Funkcjonariusze Black i Hart przybyli po piętnastu minutach. Oboje się skrzywili, kiedy poczuli dławiący smród moczu i stęchłego potu.
Regina uśmiechnęła się do nich kwaśno, gotowa podjąć walkę.
Rozejrzeli się po mało zachęcającym lokalu i uznali, że lepiej będzie pozostać na stojąco.
- Dzień dobry, kochanie, jestem Joanna Hart, a to jest mój kolega, Richard Black - zaczęła policjantka. - Podobno pani chłopczyk się zgubił.
- Przecież dzwoniłam, nie?
W głosie Reginy była pogarda, ale również strach, który Hart natychmiast wychwyciła.
- Pani posłucha, kochanie, nie jesteśmy pani wrogami, OK? Skoro pani chłopczyk się zgubił, to im szybciej załatwimy wstępne sprawy, tym lepiej, nie?
Regina wyraźnie się uspokoiła.
- Lubi się pałętać. Ma tylko dwa latka, ale powiedzmy sobie szczerze, że to prawie dziecko ulicy, z taką matką jak ja. Sprawdzałam wszędzie, gdzie mógłby być, i nie znalazłam go. Na pewno się zgubił.
Funkcjonariusz Hart współczuła tej kobiecie, z którą miała już kilkakrotnie do czynienia. Widziała ją pijaną, znarkotyzowaną i agresywną.
- Może nie jestem matką roku, ale to moje dzieci, nie? - ciągnęła Regina. - Zależy mi na nich.
Funkcjonariusz Richard Black prychnął i pokręcił głową ze smutkiem.
- No, to widać.
Regina przyskoczyła do niego przez pokój w ułamku sekundy, ale Hart wykazała się wspaniałym refleksem i stanęła pomiędzy antagonistami.
- Posłuchaj, Richard, ty idź popytaj sąsiadów, a ja się zajmę panią Carlton, dobra? - powiedziała tonem rozkazu.
Jej kolega odwrócił się powoli i wyszedł z pokoju.
- Kutas zasrany! Od razu by mnie osądzał! Za kogo on się ma, do kurwy nędzy?
Regina szybko pykała z papierosa, prawie się nie zaciągając. Funkcjonariusz Hart uśmiechnęła się.
- Niech pani pomyśli, że musiałaby pani z takim pracować - powiedziała ściszonym, konspiracyjnym tonem, chcąc nawiązać z Reginą jakąś nić porozumienia.
- Odpierdol się pani. Nie dam się wciągnąć w te wasze gierki. Znam takie jak pani. Wiem, co se pani myśli, więc niech pani przestanie pieprzyć i znajdzie mojego synka.
Regina czuła strach, co było widać.
Hart została zwolniona od odpowiedzi, ponieważ z zagraconego holu doszedł ich uszu czyjś głos.
- Cześć, kochanie! To ja, Bobby.
Głos był piskliwy, zniewieściały. Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna. Włosy miał pofarbowane na brązowo, dosyć długie, z odrostami na kilka centymetrów, a z przyjaznej twarzy wyzierały niebieskie oczy. Regina padła w jego rozpostarte ramiona i załamała się. Funkcjonariusz Hart obserwowała ich przez chwilę, zadowolona, że zjawił się ktoś, kto może jej pomóc.
- Jest pan członkiem rodziny?
Regina spojrzała na nią i prychnęła.
- On jest lepszy niż rodzina, kochanie. To mój kurator.
Mężczyzna wyciągnął przed siebie wiotką dłoń.
- Robert Bateman, skarbie. Kurator największych gwiazd.
Funkcjonariusz Hart westchnęła ciężko. No to pięknie.
Richard Black wrócił do mieszkania.
- Mały chłopiec - powiedział głośno - który mówi, że ma na imię Jamie, został znaleziony na placu budowy po drugiej stronie miasta. Blondyn, oczy niebieskie, cały i zdrowy.
Regina wyraźnie się uspokoiła.
- To na pewno on. To na pewno mój chłopczyk.
W głosie słychać było ulgę, chociaż twarz nic nie zdradzała.
- Jak on się tam dostał? - spytała funkcjonariusz Hart podejrzliwie.
Black wzruszył ramionami.
- Skąd mam wiedzieć? Zabierają go do szpitala na badania.
- Och, Bobby, zawieź mnie tam, dobra? - poprosiła Regina.
Kurator uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście, moja droga. A co z pozostałą dwójką?
Michaela stała w drzwiach z przewiniętą, przebraną i ładniej pachnącą Hannah na rękach.
- Nic im nie będzie. Mój facet śpi w sypialni, przypilnuje ich.
Robert przewrócił swoimi ekspresyjnymi niebieskimi oczami.
- Czy dzieci go znają, moja droga, czy to tylko przechodzień?
Regina zamknęła na chwilę powieki.
- Znają go tyle, ile potrzeba. Możemy już jechać? - powiedziała nie znoszącym sprzeciwu tonem.
Chwilę później już ich nie było.
Michaela karmiła Hannah płatkami z mlekiem, kiedy z sypialni wyszedł "facet" Reginy, goły i z resztkami porannej erekcji.
Spojrzał na dwójkę dzieci w nie sprzątanej od wielu dni kuchni i powiedział zjadliwie:
- Na co się, kurwa, gapisz?
Michaela odrzuciła złote włosy do tyłu i odszczekała mu się w podobnym duchu.
- Mogłabym powiedzieć to samo, stary.

Funkcjonariusz Black wszedł do szpitala w Grantley z miną wyrażającą powagę władzy. Minął recepcję i udał się po schodach na piąte piętro, gdzie mieściła się pediatria. Funkcjonariusz Hart siedziała tam pod pokojem lekarzy i piła kawę. Uśmiechnęła się do niego.
- Co słychać? - spytała.
- Mam dwoje świadków, którzy zeznali, że widzieli panią Reginę Carlton na placu budowy dzisiaj o wpół do siódmej rano. Jeden świadek to kobieta, która pracuje jako sprzątaczka w Kortone Separates. Parkuje tam samochód, a dalej jedzie ze znajomą. Drugi to mężczyzna, który codziennie rano chodzi tamtędy po gazetę. Wygląda na to, że zostawiła tam dziecko.
Joanna Hart zmarszczyła brwi.
- W takim razie po co dzwoniła na policję?
Black wzruszył ramionami.
- Może myślała, że chłopczyk już nie żyje. Mieli właśnie zburzyć budynek, ale ktoś zauważył dziecko.
- O Boże! Lepiej skontaktujmy się z dochodzeniówką.
- Już to zrobiłem. Zaraz przyjadą. Ciekawe, czy z tego ta wywłoka też się wykręci.
Miał zadowoloną z siebie minę. Joanna przypomniała sobie, dlaczego nie zawsze lubiła kolegę. Black zobaczył, jakim wzrokiem ona na niego patrzy i wzruszył ramionami.
- Próba zabójstwa, nie?
- Zależy, czy miała zdolność zrozumienia swego czynu, kiedy to zrobiła. Nie można jej skazywać, nie znając wszystkich faktów.
Funkcjonariusz Black pokręcił z pożałowaniem głową.
- Ty jesteś chyba ślepa. Ta kobieta jest tak podrasowana chemicznie, że ma szansę na tytuł pierwszego genetycznie zmodyfikowanego człowieka w dziejach, a ty dalej próbujesz jej bronić. Tyle razy byliśmy w jej norze z powodu bójek, pijaństwa i ogólnej upierdliwości, a ty wciąż masz serce wyszukiwać dla niej usprawiedliwienia? - Jego niedowierzający śmiech niósł się daleko korytarzem. - Ma trójkę dzieci, na litość boską, a tego ranka jedno o mało nie zginęło pod gruzami. Jak ty możesz jej bronić? Ją trzeba zamknąć, kobieto. Kurwa, gdyby to ode mnie zależało, to dostałaby dożywocie.
- Jestem tego pewien, mój drogi. - Głos Roberta Batemana, który pojawił się za ich plecami na korytarzu, był zaskakująco stanowczy. - Dodam tylko, że Regina miała znacznie bardziej patologiczną rodzinę niż jej dzieci i że próbuje stanąć na nogi. Jest, jaka jest, ale Regina na swój sposób kocha swoje dzieci.
Funkcjonariusz Black znowu pokręcił głową.
- Mnie pan nie przekona. Dla mnie ona jest najgorszą łajzą. Dzieci miałyby lepiej, gdyby się z tego wyrwały. Kobieta chleje, regularnie bierze narkotyki i zostawia dzieci w sytuacjach, które są po prostu niebezpieczne. W mieszkaniu cuchnie…
- Nie możesz wsadzać ludzi do więzienia za to, że mają bałagan w mieszkaniu - przerwała mu Joanna podniesionym z rozdrażnienia głosem.
- …w mieszkaniu cuchnie - ciągnął Black niezrażony - a dzieci chodzą brudne i obdarte. Za każdym razem, jak tam jesteśmy, albo leżą w łóżkach, albo właśnie wstały. Ich życie to koszmar. Biedne smarkacze.
Robert Bateman westchnął ciężko.
- Wcześnie pan dzisiaj zaczął swoje polityczne wystąpienia. Chyba wstał pan lewą nogą, co?
Za ich plecami zastukały obcasy. Wszyscy się odwrócili i zobaczyli podkomisarz Kate Burrows, która uśmiechnęła się do nich leniwie.
- Jaka jest sytuacja? - spytała.
Zamknęła oczy, gdy wszyscy troje zaczęli mówić naraz.
- Na litość boską, może byście przestali nawzajem się przekrzykiwać, co?
Gdy cała trójka spiorunowała ją wściekłym wzrokiem, Kate westchnęła. Dzień, który zaczął się nieszczególnie, powoli zamieniał się w koszmar.

 

 

 

KSIĘGA PIERWSZA


Pan uzdrawia złamanych na duchu i daje lekarstwo na ich chorobę.
Modlitewnik (1662), 147, 1


Lecz niech Bóg błogosławi dziecku, które ma dzieci.
Billie Holiday (God Bless the Child, 1941), 1915-59

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Patrick Kelly rozejrzał się wokół siebie i westchnął ponownie. Nie znosił być w ten sposób wystawiany do wiatru. Z drugiej strony budził taki respekt, że rzadko się zdarzało, aby ktoś nie przyszedł na umówione spotkanie, nie uprzedziwszy go nawet telefonicznie. Patrzył na innych klientów, którzy łypali na niego ukradkowo, kiedy tak siedział sam ze zrezygnowaną miną i popijał wodę mineralną.
Był bardzo przystojnym mężczyzną. Ciemne włosy miał ładnie obcięte i dobrze odżywione, a nutka siwizny czyniła go jeszcze bardziej interesującym. Miał głęboko osadzone oczy i piękną strukturę kostną, która przyciągała uwagę zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Był doskonale zbudowany, wysoki, ubranie dobrze na nim leżało. Zawsze wymuskany, wyglądał na człowieka, który wie, czego chce, i będzie o to walczył wszelkimi dostępnymi środkami.
Wstał energicznie i przeszedł z zatłoczonej sali restauracyjnej do barowej. Miał wściekłą minę, toteż przez dłuższy czas nikt do niego nie podchodził. W końcu Patrick przywołał kelnera i zamówił dużą szkocką, a potem wystukał na komórce czyjś numer.
Dwie siedzące w pobliżu kobiety patrzyły na przystojnego mężczyznę, który wywarkiwał coś do automatycznej sekretarki.
- Tu Patrick Kelly. Masz przejebane, Micky.
Kelner postawił przed nim whisky wraz z kubełkiem lodu.
- Przynieś mi kanapkę z szynką i gazetę - burknął.
Chłopak skinął głową i oddalił się pospiesznie.
Jedna z kobiet, drobna, ruda, mająca za sobą liczne wizyty w solarium, spytała aksamitnym głosem:
- Jak pan tu załatwił kanapkę z szynką? Nam się nie udało.
Patrick Kelly nawet na nią nie spojrzał, kiedy odpowiadał opryskliwie:
- Prosta sprawa, kochanie. Jestem właścicielem tej zasranej budy.
Zbulwersowana kobieta uniosła brwi, spoglądając na przyjaciółkę, po czym obie panie wróciły do przerwanej rozmowy, dalej zerkając ukradkowo na Patricka Kelly'ego.
On sam zapomniał o ich istnieniu. Pochłaniając kanapkę, żałował, że nie ma przy nim Kate. Działała na niego uspokajająco, a tego dnia było mu to potrzebne. Z drugiej strony nie miał pewności, czy po tym, co przeszedł tego ranka, nawet Kate by wystarczyła.
Ruda podjęła ostatnią próbę nawiązania rozmowy.
- Codziennie pan tu jada? - spytała kokieteryjnym tonem, podszytym obietnicą intymnych rozkoszy.
Patrzył na nią długo nic niewidzącym wzrokiem, a potem wzniósł oczy do sufitu i wyszedł z restauracji.
Ruda wzruszyła ramionami na widok zaszokowanego spojrzenia przyjaciółki.
- No co, warto było spróbować.
Obie wybuchły śmiechem, żeby pokryć zażenowanie.

Regina spojrzała Kate Burrows w twarz i powoli pokręciła głową.
- Nigdy bym tego nie zrobiła. Przyznaję się, że czasem im przyłożę, ale w życiu nie zrobiłabym im krzywdy. A już zwłaszcza Jamiemu.
- Dwie osoby tam panią widziały wcześnie rano.
- Mogą sobie mówić, co chcą, ja byłam w łóżku z moim facetem.
Kate Burrows wbiła w nią karcący wzrok.
- Z tym samym facetem, którego poznała pani dwa dni temu w pubie? - Ruchem dłoni powstrzymała Reginę, która chciała jej przerwać. - Cytuję pani słowa: nazywa się Milo coś tam. Był z panią dzisiaj rano. Schlaliście się razem wczoraj wieczorem i film wam się urwał.
Regina skinęła głową.
- Z grubsza coś takiego.
Kate spojrzała na zniewieściałego mężczyznę siedzącego obok swojej podopiecznej i nieznacznie uniosła brwi.
- Pan jest jej kuratorem?
Robert Bateman uśmiechnął się blado.
- Tak. I wierzę jej, pani Burrows.
- Zróbmy przerwę i napijmy się herbaty, dobrze?
Kate wyszła z małego pokoju przesłuchań i Bateman ruszył w ślad za nią. Nie odezwał się, dopóki nie usiedli w stołówce.
- Wiem, że źle to wygląda, ale ona nic nie zrobiła temu dziecku. To niemożliwe. - Obserwował reakcję Kate i uśmiechnął się szeroko. - Daje im czasem valium, żeby spały, kiedy ona wychodzi do pracy. Dla nas to jest coś strasznego, szokującego, ale ona uważa, że w ten sposób zapewnia im bezpieczeństwo, bo nie obudzą się i nie pójdą gdzieś ani nie podpalą mieszkania. W swoim mniemaniu ona dba o dzieci, rozumie pani?
Kate potrząsnęła głową.
- Szczerze mówiąc, nie rozumiem. Na domiar złego ta kobieta faszeruje dzieci lekami na receptę, to chce mi pan powiedzieć?
Robert Bateman skinął głową.
- Ale widzi pani, pani na to patrzy z punktu widzenia normalnej osoby, a Regina nie jest normalna. Regularnie zażywa narkotyki. Jej życie to jeden wielki bajzel. Łańcuch katastrof. Ale, wielkie ale, Regina kocha swoje dzieci. Najstarsza, Michaela, w gruncie rzeczy opiekuje się matką. Pilnuje pozostałej dwójki i na swój sposób próbuje pomóc. Trochę ulżyć matce. Dzieci ją kochają. Niezależnie od tego, co myślimy o całej sytuacji, musimy mieć na względzie przede wszystkim dobro dzieci.
Kate uśmiechnęła się.
- Jestem dokładnie tego samego zdania i uważam, że im szybciej je zabierzemy Reginie, tym lepiej.
Kurator zamknął oczy i westchnął ciężko.
- To dla nich oznacza pogotowie opiekuńcze. Będą nieszczęśliwe, jeśli się je oddzieli od matki. Nie może pani wszystkich oceniać według swoich kryteriów, pani Burrows. To się nigdy nie sprawdza.
Spojrzał jej głęboko w oczy. Odwróciła wzrok.
- Przykro mi, panie Bateman, doceniam to, że usiłuje pan pomóc swojej podopiecznej, ale szczerze uważam, że to będzie dla dzieci najlepsze rozwiązanie.
Odgarnął włosy z twarzy zaskakująco kobiecym gestem.
- Matka Reginy wykładała na uniwersytecie etykę. - Pokiwał głową na potwierdzenie tej informacji, która zaskoczyła Kate. - Poza tym systematycznie znęcała się nad swoimi dziećmi, przypalała je ogniem, poniżała i głodziła. Kiedy Regina miała dziewięć lat, znaleziono ją w dużym domu z ogromnym ogrodem. Była zagłodzona, a jej młodszy brat od pięciu dni nie żył. Matka zostawiła ich, żeby pojechać do Finlandii. W domu nie było absolutnie nic do jedzenia, a dzieci za bardzo się bały, żeby zadzwonić po pomoc. Znaleziono je przypadkiem: sąsiad przyszedł oddać jakiś katalog ogrodniczy. To wspomnienie prześladuje Reginę każdego dnia jej życia. I mówię pani, pani Burrows, ona nie zrobiłaby z premedytacją krzywdy swoim dzieciom. Nie radzi sobie z codziennym życiem, bo nie potrafi być normalną osobą, ale nigdy by nie podniosła ręki na żadne z tych dzieci. Niech mi pani uwierzy, ja to wiem.
Delikatnie odsunął krzesło i wyszedł ze stołówki.
Kate odprowadziła go wzrokiem. Wyglądał na przybitego. Było to widać po sposobie chodzenia, w jego oczach, w całym jego zachowaniu. Stwierdziła nieoczekiwanie, że lubi kuratora Reginy Carlton.

Patrick siedział z tyłu swojego rolls-royce'a i słuchał, jak Willy Gabney, jego kierowca i zausznik, wysławia zalety posiadania dziewczyny. Jak zwykle. Willy od kilku tygodni spotykał się z kobietą i Patrick jeszcze nigdy nie widział go tak szczęśliwego. Willy wyglądał teraz niemal urodziwie, co w przypadku tak szpetnego gościa zakrawało na cud.
Patrick pozwolił mu gadać dalej. Dzięki temu nie musiał odpowiadać na żadne pytania. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu i w Kate. Uśmiechnął się na tę myśl.
W tym momencie zadzwoniła komórka.
- Kelly, słucham?
Po kilku sekundach wyłączył komórkę i krzyknął do Willy'ego, żeby zawrócił do West Endu. Jego oczy miotały pioruny.
- Wszystko w porządku, Pat? - spytał głupkowato Willy.
Kelly pokręcił głową.
- Nie, Willy. Nie wszystko w porządku.

Estelle Peterson nie była taka młoda, na jaką wyglądała. Długie czarne włosy, wymaltretowane rozmaitymi lakierami i odżywkami, przydawały jej rysom niewinności, zamiast surowości, jak to zwykle bywa. Inne kobiety zazdrościły jej tego, ale w żadnej nie budził zazdrości duży nos, zbyt blisko osadzone zezowate oczy i dziecinne usta podobne do pączków róży.
Estelle była krótkowidzem i miała zwyczaj patrzeć na ludzi zmrużonymi oczami, przez co sprawiała wrażenie zainteresowanej tym, co mówią - a nigdy nie była zainteresowana, chyba że chodziło o alfonsa albo klienta.
Tego dnia miała z kolei wystraszoną minę. Siedziała w pustym klubie ze striptizem i trzęsły jej się ręce, w których trzymała kieliszek z dużą brandy. Tusz ściekł jej do oczu, przez co wyglądała jak klaun.
Tommy Broughton patrzył na nią takim wzrokiem, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Bo rzeczywiście, nigdy wcześniej nie oglądał jej takiej roztrzęsionej i przerażonej.
- Chcę już iść, Tommy. Nie chcę, żeby policja mnie w to umoczyła.
Dolał jej brandy i skinął głową.
- Kelly zaraz tu będzie. Zobaczymy, co powie, dobra?
Usiłował mówić uspokajającym tonem, ale było oczywiste dla nich obojga, że boi się jeszcze bardziej niż ona.
- Nie mógłbyś go przynajmniej przykryć?
Tommy westchnął.
- Jak mówię, lepiej niczego nie dotykać, póki Kelly nie przyjedzie.
Estelle znowu się rozpłakała. Tommy podszedł do telefonu.
- Zadzwonię i spytam, kiedy tu będzie, dobra?
Estelle pokiwała głową ze wzrokiem utkwionym w kieliszku.

Regina wyglądała okropnie i Kate uzmysłowiła sobie, że gdyby ta kobieta nie została aresztowana, to już by coś zażyła na poprawę nastroju.
- Jest pani zarejestrowaną narkomanką, Regina? Jeśli tak, to wezwę lekarza, żeby pani coś zaaplikował.
Regina przez chwilę wpatrywała się w nią tępym wzrokiem.
- Niech pani posłucha, Burrows. Nawet jeśli to moja własna matka zeznała, że byłam dzisiaj rano na tym placu budowy, to i tak to jest nieprawda.
- W takim razie, w jaki sposób pani syn wyszedł z domu i przedostał się na drugi koniec miasta? W jaki sposób wszedł na dach rozlatującego się budynku, w którym właściwie nie było klatek schodowych? Ktoś musiał go tam zanieść. Jeśli pani go tam nie zabrała, to kto to zrobił? Mówi pani, że jak na swoje dwa lata jest bardzo rozgarnięty, ale chyba nie aż tak, co?
Przerażona i zrozpaczona Regina zaczęła się szarpać za włosy.
- Nie wiem, kurwa, nie wiem! Ktoś musiał go zabrać! Nie wiem! - Płakała teraz, co przypominało skowyt rannego zwierzęcia, i powtarzała bez końca: - Nie wiem! Nie wiem!
Kate Burrows patrzyła na nią surowo, lecz nagle ogarnęło ją współczucie.
- Czy wczoraj wieczorem wzięła pani więcej niż zwykle? Czy mogła pani to zrobić, nie zdając sobie z tego sprawy? Czy był u pani jeszcze ktoś poza mężczyzną, którego poderwała pani w pubie? Czy ktoś inny ma klucz od mieszkania? Może mi pani podać choć jeden powód, dla którego nie miałbym sądzić, że świadomie zabrała pani dziecko i zostawiła w takim miejscu, że straciłoby życie, gdyby nie spostrzegawczość młodej dziewczyny?
Regina spojrzała na swoją prześladowczynię i pokręciła głową.
- Nie wiem, co się stało. Przysięgam na Boga, że naprawdę nie wiem, jak on się tam dostał.
Kate spojrzała na tę udręczoną twarz. Oczy błagały o zrozumienie. Regina przekonywała ją całym ciałem, żeby uwierzyła w prawdziwość jej słów. Palce z poobgryzanymi do żywego mięsa paznokciami trzęsły się jak galareta, kiedy Regina próbowała zapalić papierosa.
Przez kilka sekund Kate Burrows chciała jej uwierzyć. Ale tylko przez kilka sekund. Miała w swojej pracy do czynienia z wieloma wytrenowanymi kłamcami. Słyszała już najróżniejsze bajki.
Wersja Reginy ani trochę nie trzymała się kupy, toteż Kate nie potrafiła zrozumieć, dlaczego w ciągu ostatnich czterech godzin dziewczyna nawet nie próbowała tej wersji zmienić. Większość podejrzanych robi to raz po raz. Inni są dobrze przygotowani i zmieniają zeznania tylko wtedy, kiedy pojawi się w nich luka. Regina w kółko powtarzała swoją wersję, za każdym razem innymi słowami, ale nigdy nie odchodząc od zasadniczych punktów fabuły.
Według niej dzieci spały w łóżkach. Nie miała pojęcia, w jaki sposób jej syn dostał się na plac budowy. Była taka odleciana, że nie dałaby rady przejść przez miasto, a co dopiero nieść dwuletniego syna. Była też nagrzana, nakręcona i zmęczona.
Kate też nie czuła się najlepiej, a miała przed sobą przesłuchanie chłopaka Reginy. Potrzebowała szybkiego zastrzyku kofeiny i nikotyny. W głowie jej tętniło, oczy ją bolały, najchętniej zamknęłaby sprawę i zwinęła się do domu.
Wiedziała jednak, że tak łatwo jej nie pójdzie. Czuła, że Regina będzie trzymała się swojej wersji jak - nomen omen - pijany płotu, mimo jej małej wiarygodności, toteż panią podkomisarz czeka piekielnie długi dzień pracy.

Patrick Kelly wszedł do swojego nocnego klubu, Girlie Girls, tuż po pierwszej po południu, z maską gniewu na twarzy. Kierownik lokalu Tommy Broughton siedział za barem z kieliszkiem brandy w garści. O tej porze speluna nie przedstawiała się najlepiej. Żaden nocny klub nie wygląda korzystnie w świetle dziennym.
Tommy skinął głową Patrickowi. Twarz miał popielatą, a zęby mocno zaciśnięte. Patrick przeszedł do małego baru z tyłu i z niedowierzaniem patrzył na zmasakrowane ciało swojego starego kumpla Micky'ego Duggana. Zakrywszy usta dłonią, pokręcił głową ze smutkiem.
Micky został brutalnie zatłuczony na śmierć. Jego skatowane ciało zlałoby się z otoczeniem na miejscu katastrofy kolejowej albo innego potwornego wypadku. Tutaj jednak, w kałuży krwi i z twarzą wciśniętą w puchaty dywan, nie pasowało. Kark był przetrącony - najpewniej dzieło jakiegoś osiłka.
Ale dlaczego?
Wszyscy lubili Duggana. Był człowiekiem, który chętnie się śmiał. Twardy, kiedy potrzeba, ale zasadniczo sympatyczny. Jego główną wadą był wrodzony talent do wszczynania burd. Jak wlał w siebie alkohol, robił się chamski.
- Kurwa, Pat, ale sponiewierany! - powiedział Willy Gabney zszokowanym głosem. - Myślisz, że nie żyje?
Patrick wziął głęboki wdech i odparł przez zaciśnięte zęby:
- Jeśli nie zamierza chodzić z dupą zamiast gęby, to powiedziałbym, że tak, Willy, nie żyje.
Kierowca wyraźnie się obraził.
- Spytać się nie wolno, Pat?
Patrick westchnął ciężko. Willy był do bólu lojalny, ale miał inteligencję rozwielitki i w takich momentach - szczególnie w takich momentach - potrafił być męczący.
- Myślisz, że go zamordowali?
Patrick nie pofatygował się, by odpowiedzieć na to pytanie, tylko ponownie westchnął ciężko i wrócił do Broughtona i Estelle.

Chłopak Reginy był niechlujnym ciemniakiem i nazywał się Milo Bangor. Miał dziwną minę, ale Kate doskonale zdawała sobie sprawę, że chłopak się boi. Ba, jest przerażony. Trzęsły mu się ręce i drżał głos, kiedy odpowiadał na jej pytania.
Obserwując, jak przesłuchiwany zwija sobie kolejnego cienkiego jak zapałka papierosa, Kate poznała, że siedział w więzieniu i że przygotowuje się mentalnie do następnej odsiadki.
- Chyba pan wie, Milo, o co chcę pana zapytać?
Po raz pierwszy spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się nerwowo, ukazując krzywe brązowe zęby.
- Potrzebuję adwokata, proszę pani?
Kate uśmiechnęła się szeroko.
- Niech pan mi to powie, Milo, bo widzę, że zna się pan na tych sprawach.
Przez jakiś czas milczał. Zastanawiał się. Kate była pod wrażeniem. Nie sądziła, że myślenie pozostaje w zasięgu jego możliwości.
- Nigdy żem, kurwa, nie tknął żadnego dziecka - powiedział w końcu. - A jak ta pizda to zrobiła i chce zwalić winę na mnie, to niech jej pani powie, że ją zajebię.
Kate uniosła jedną starannie wypielęgnowaną brew.
- Tymi słowy, czy mogę trochę złagodzić sentencję wyroku?
Kiedy już zaczął gadać, to nie mógł się zatrzymać.
- Kurde, ona traktuje te dzieci jak niewolników. Znaczy, powinni jej zabronić nawet psa trzymać, a co dopiero te biedne gnojki.
- Mówi pan jak ekspert od opieki nad dziećmi. A teraz mógłby mi pan dokładnie zrelacjonować, co pan robił od wczoraj po lunchu?
Milo zaczął się szyderczo śmiać.
- Ja na ogół nie pamiętam, czy wstałem z łóżka. Znaczy, niech mi pani odpuści!
Jego arogancki, a jednocześnie przestraszony ton zdenerwował ją, toteż huknęła na niego:
- Radzę panu, żeby pan sobie przypomniał! Będzie pan miał na to trochę czasu, zanim załatwię panu adwokata. Po namyśle doszłam do wniosku, że jednak się panu przyda.
Kate wstała i z zadowoleniem zauważyła, że Milo ma trzeźwiejszy wyraz twarzy.
- Nigdy żem nie tknął żadnego dziecka. Musi mi pani uwierzyć.
Uśmiechnęła się ponownie.
- Chyba powinien pan spróbować jakoś mnie przekonać, nie? W końcu był pan tam, kompletnie odleciany, więc jest pan głównym podejrzanym. Dla mnie to tak wygląda, że zrobiliście to razem z Reginą, nie? Ja tego nie wiem, bo mnie przy tym nie było, ale ktoś był i wie. Ktoś to zrobił. A ja zamierzam się dowiedzieć, kto to był. Kapuje pan, Milo?
Jej ostry głos przedarł się przez mgiełkę spowijającą jego umysł. Nagle Kate zobaczyła przed sobą bardzo młodego, bardzo kruchego psychicznie człowieka i wbrew niej samej zrobiło jej się go żal. I Reginy. I wszystkich zmarnowanych istnień, z którymi się codziennie stykała.
Zatrzymała kasetę i bez słowa wyszła z pokoju.

Patrick Kelly popijał brandy. Był w szoku, co utrudniało mu walkę ze strachem, jaki powoli na niego spływał. Człowiek, którego znał od małego, leżał martwy w ich wspólnym klubie - w klubie, w którym, jak podejrzewał, w ciągu ostatnich miesięcy doszło do jakichś poważnych machlojek. Bo inaczej czemu ktoś miałby skasować Micky'ego?
Wbił wzrok w Broughtona.
- Co się tu ostatnio działo? Co za przekręty odchodziły?
Tommy Broughton wzruszył ramionami.
- Nie wiem, Pat. Przysięgam ci.
Patrick dokończył brandy jednym łykiem.
- Nie nawijaj mi makaronu na uszy. Nie dzisiaj. Nie jestem w nastroju.
Broughton ponownie wzruszył ramionami.
- Wiesz, jaki on był, Pat. Uwielbia cię, a za chwilę chce się z tobą bić. - Wyciągnął przed siebie dłonie w błagalnym geście. - Micky zrobił tu w ostatnich tygodniach więcej burd niż Adolf Hitler na spidzie. Chryste, nazywali go Gnojek, to chyba wszystko tłumaczy, nie?
Patrick przyglądał się Broughtonowi. Facet mówił szczerą prawdę. Micky ze wszystkimi się kłócił. Patrick wiedział ze słyszenia, że jego partner w interesach darł koty z matką, braćmi, żoną, kochankami - a nawet ze striptizerkami, z których większość bzykał.
Taki już był Micky, pod wieloma względami niegodny zaufania. Ale wszyscy, którzy go znali, tolerowali jego narowy, bo bez nich Micky nie byłby Mickym. Wszystkich denerwował, ale jak ktoś był w ciężkiej sytuacji, to mógł walić do niego jak w dym. Poruszyłby niebo i ziemię dla kumpla. Nawet dla kumpla, którego kilka dni wcześniej wdeptał w glebę.
Patrick nie miał pojęcia, kto mógłby chcieć go zamordować.
- Co z tancerkami? - spytał. - Byli jacyś zazdrośni kochankowie?
Broughton pokręcił głową.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Większość z nich to dziwki, Pat. Znasz sytuację. Parę porządnych, reszta łajzy. Typowy towar. Nie było żadnej, żeby Micky robił w majtki na jej widok. Wiesz, że nienawidził silikonowych cyców, a tutaj jest tego tyle, że Bill Gates miałby stuletni zapas materiału na chipy. Micky miał trochę na pieńku z tańczącymi facetami, tak jak się można było spodziewać. Nienawidził ich, zwłaszcza hetero, myślę, że trochę tu grała zazdrość. Niektórzy z nich są całkiem przystojni i zwiększyły nam się ostatnio obroty w babskie wieczory.
- Jacyś gangsterzy? Nikt ci się nie rzucił w oczy?
Broughton zastanowił się przez chwilę.
- Tylko Jamie O'Loughlin. Ale oni się z Mickym kumplowali. Przyszedł któregoś wieczoru. Kupił panienkę i zerżnął w biurze. Normalnie.
Patrick wytrzeszczył na niego oczy.
- Zerżnął w biurze? Masz na myśli moje biuro?
Broughton spojrzał na niego z zawstydzoną miną.
- To nie fair, Pat. Kto ja jestem, żebym się stawiał Micky'emu w takich sprawach?
- Kurwa, ale se pozwalał! Dobrze, że go zadziobali, bo sam miałbym ochotę to zrobić.
- Ty, zaczekaj, Pat - powiedział Broughton, który bardzo chciał zmienić temat. - Powiem ci, kto przyszedł tydzień temu i strasznie się poprztykał z Mickym na zapleczu - Leroy Holdings. Wiesz, ten asfalt z białym kabrioletem. Diler, wysoki…
Patrick westchnął ciężko.
- Wiem, który to Leroy Holdings. O co się poprztykali?
Broughton znowu rozłożył ręce.
- Nie wiem, Pat. Nie powiem ci tego, stary.
Patrick powoli pokręcił głową.
- Super z ciebie kierownik. Ciekawe, ile ty mi tu skręcasz dla siebie na boku. Masz być moimi oczami i uszami. Mógłbym równie dobrze zatrudnić głuchoniemego ślepca! Mam dla ciebie propozycję. Może byś mi powiedział, co ty właściwie wiesz? To nam skróci rozmowę o jakieś dziewięć godzin i będziemy mogli zabrać stąd Micky'ego, zanim zesztywnieje.
Broughton zrobił urażoną minę. Jego łysa głowa lśniła od potu i cały się napiął, tłumiąc w sobie gniew.
- Nie masz powodu się mnie czepiać, Pat. Gnojek, znaczy Micky, nie był najłatwiejszym współpracownikiem.
Patrick uspokoił się trochę po tych słowach.
- Wiem. Ale zrozum mnie, to nie jest najprzyjemniejszy sposób na spędzenie środowego popołudnia. Mój przyjaciel i wspólnik skasowany, a ja wieczorem jem kolację z policją. Pamiętasz Kate, moją kobietę, miłość mojego życia? Na pewno to jej poprawi humor, zwłaszcza że jej powiedziałem, że wyskoczyłem ze wszystkich szemranych interesów. Dobrze, że nie mamy ślubu, bo do tego wszystkiego za jakiś tydzień czekałaby mnie rozprawa rozwodowa.
Estelle słuchała ich rozmowy jednym uchem. Patrick nagle przypomniał sobie o niej i spojrzał w jej stronę. Siedziała przy barze z butelką brandy i paczką marlboro lights.
- Wygodnie ci się siedzi? Przynieść ci kanapkę albo coś?
Wyczuwając, że Pat zaraz wybuchnie, Willy wkroczył do akcji.
- Lepiej wezwijmy policję, Pat. Im dłużej zwlekamy, tym więcej będziemy mieli wyjaśniania. Ja zgłoszę, a ty jedź do domu. Jak się z tobą skontaktują, to będziesz grał zszokowanego. W ten sposób nie będziesz w to umoczony, nie?
Patrick skinął głową.
- Po prawdzie to wcale się tu nie wybierałem, Willy. - Wyjął z kieszeni zwitek banknotów. - Masz, wypieprzaj stąd i trzymaj gębę na kłódkę, OK? - powiedział do Estelle.
Dziewczyna skinęła głową i zsunęła się ze stołka. Kiedy była już w drzwiach, zawołał do niej:
- Jak usłyszę, że coś chlapnęłaś, to osobiście utnę ci język, rozumiesz?
Estelle ponownie skinęła głową i wyszła z budynku.
- Gdzie teraz mieszka Micky? - spytał Pat.
Ta zmiana tonu uspokoiła Tommy'ego.
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Gdzieś w okolicy. Zdaje się, że dalej jest z Marianne.
- To pięknie. Kobita zaraz nam się zgłosi po odszkodowanie. Pyskata krowa. Czyli nie moglibyśmy podrzucić go do jego mieszkania i zostawić brudnej roboty komu innemu?
Broughton pokręcił głową.
- Ty stąd spadaj, Pat. Od tego momentu ja się wszystkim zajmę, OK?
- To bardzo wielkoduszne z pana strony, panie Broughton. Mam rozumieć, że jestem zwolniony z pracy?
Willy delikatnie wziął go za ramię.
- Przestań, Pat, stara się, jak może.
- Ty to umiesz poprawić człowiekowi humor, Willy.
Kiedy Pat wychodził z klubu, Willy wzniósł oczy do nieba, a Broughton pokiwał ze smutkiem głową. Patrick Kelly był nabuzowany - co u niego oznaczało, że chce szybko uzyskać odpowiedzi. Broughton nie był pewien, których odpowiedzi chce udzielić. Jak na razie zamierzał improwizować.
Po śmierci swojej córki Mandy Patrick się zmienił. Od zewnątrz obrósł twardszą skorupą, ale w środku było miękkie jądro, które w ich świecie wieszczyło pewną śmierć. Może nie dosłowną, ale biznesową. Mówiło się o nim, że jest skończony, że już się nie wygrzebie, przy czym takie wypowiedzi padały z ust ludzi mu życzliwych.
Ktokolwiek zabił Micky'ego Duggana, chciał przejąć koronę po Patricku. Broughton miał nadzieję, że nie okaże się ona za duża dla następcy tronu.
Patrick wrócił do domu zdruzgotany. Micky bywał upierdliwy, potrafił sobie zrobić kilku wrogów dziennie, ale taką już miał naturę. Ktoś kiedyś powiedział, że Micky umiałby wszcząć bójkę w pustym pubie. Ale żeby tak po prostu go zabić? Ten, kto to zrobił, ukrył się w lokalu albo Micky go wpuścił. Może nawet byli umówieni.
Broughton twierdził, że poprzedniej nocy Micky sam zamykał klub. Estelle powiedziała, że koło dziesiątej rano przyszła do niego po działkę i znalazła go na podłodze. Knajpa była całą noc otwarta. Patrick nie mógł zrozumieć, dlaczego nie zostali obrabowani. Każdy mógł wejść. Nawet alarm był wyłączony.
Zdenerwowało go, że Micky dalej handlował prochami. Przysięgał, że skończył ze wszystkimi nielegalnymi interesami. Jak można prowadzić szacowny klub, jeśli jeden ze wspólników sprzedaje herę prostytutkom?
Micky był człowiekiem bez klasy, co między innymi składało się na jego wątpliwy urok. Teraz będzie śledztwo i Kate się dowie, że Patrick nadal urzęduje w Soho, chociaż twierdził, iż się z tego wymiksował.
Był taki zły, że z chęcią własnoręcznie udusiłby Micky'ego Duggana.
Zadzwonił telefon, ale Patrick się nie ruszył. Wiedział, co usłyszy, a nie był jeszcze gotowy na odegranie wielkiego zaskoczenia. Chciał się zastanowić, co ma powiedzieć Kate. Bo wiedział, że kiedy jego kobieta o tym usłyszy, to wyjebie go na Jowisza.
Willy wszedł do pokoju z dzbankiem kawy i zakłopotanym uśmiechem.
- To Kate dzwoniła. Powiedziałem jej, że masz rozmowę na drugiej linii. Odwołała kolację. Ma robotę. Jakaś okropna sprawa, znęcanie się nad dzieckiem. Niektórzy to mają w życiu przesrane, co nie?
Patrick skinął głową, zadowolony, że nieuchronne trochę się odwlecze. Nie mógł znieść myśli o minie Kate, kiedy ta się dowie, że przez ostatnie kilka lat była okłamywana.
Dlaczego ta wpadka musiała się zdarzyć właśnie teraz, kiedy wszystko szło tak dobrze i rozmawiali nawet o małżeństwie? Los bywa potwornie złośliwy.
Patrick nalał sobie kawy i rozejrzał się po pięknym salonie. Zdjęcie Kate stało obok fotografii jego zmarłej żony Renée na gzymsie kominka w stylu Ludwika XV. Cały dom był pełen jej obecności. W łazience unosił się zapach jej perfum. Jej ubrania wisiały w szafie obok jego ubrań. Widok jej kosmetyków na toaletce za każdym razem budził w nim dreszcze. Patrick kochał ją do bólu. Kiedy stracił Mandy i Renée, dwie najbliższe mu osoby, zrozumiał, że miłości nie wolno zmarnować.
Do tak wielu ludzi nigdy to nie dociera.
Tymczasem Patrick naraził ich miłość na szwank dla kilku nędznych patyków za noc. Dla pieniędzy, których tak naprawdę nie potrzebował, ale nie umiał się im oprzeć. Miał to we krwi.
Pił kawę ze świadomością, że pilna robota Kate tylko odracza pokaz fajerwerków, do którego musi dojść w ciągu najbliższej doby.

Kate udała się do sądu z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania Reginy i Milo o jeden dzień.
Serce się w niej ściskało. Dzieci Reginy Carlton znajdowały się teraz pod opieką sądu i miały spędzić noc u rodziny zastępczej. Bardzo cierpiały bez matki, zgodnie z przewidywaniami Roberta Batemana, który usiłował wzbudzić w Kate wyrzuty sumienia i doskonale mu się to udało.
Kate odsunęła jednak od siebie tę myśl. W tym momencie najważniejsze było, żeby jak najszybciej ustalić, co zaszło.