Zwycięzca bierze wszystko

  • 83-7298-595-2
  • Autor: Green, Simon R.
  • Dostępność: Brak
  • 19,90 zł
  • Niedostępny

Drugi tom serii "Strażnicy Przystani" - przygód Hawka i Fisher, w którym każda książka jest zamkniętą całością, a łączy je tylko miejsce akcji i postacie głównych bohaterów.
Każde miasto posiada swoje ulubione krwawe sporty. Niektóre preferują tradycyjne pojedynki zapaśnicze lub bokserskie, inne zaspokajają żądzę krwi gawiedzi w starciach gladiatorów na arenie. Przystań lubuje się w sporcie najkrwawszym i najbrutalniejszym ze wszystkich - w polityce.
W mrocznym mieście zwanym przez pomyłkę Przystanią trwa wieczna wojna prawa z bezprawiem. Hawk i Fisher - partnerzy w życiu i na służbie, naznaczeni bliznami stróże kruchego porządku zwalczają zbrodnię toporem, mieczem i sztyletem. Przystań to szczególne miasto - przesycone złem, zamieszkane przez czarowników, demony i złodziei; miasto, w którym wszystko jest na sprzedaż… z wyjątkiem sprawiedliwości.
W chaosie zaklęć policyjne małżeństwo o szybkich ostrzach i ciętych językach próbuje oczyszczać zbrukaną duszę miasta. Razem potrafią zwalczyć wszelkie zło… niekiedy pomagając sobie magią.
Wojna ze zbrodnią nie ma końca.

Rok wydania: 2004
Stron: 236
Format: 115/183
Oprawa: broszura
Pakowanie: 20
Tłumacz: Iwona Michałowska

Fragment tekstu:

Wydrążeni ludzie

Wszystkie miasta mają swoje ulubione krwawe sporty. Niektóre wolą tradycyjne okrucieństwa, takie jak znęcanie się nad niedźwiedziami czy walki kogutów, inne zaś folgują swoim instynktom, organizując walki gladiatorów na arenach. Mieszkańcy Przystani ekscytują się najpodlejszym, najkrwawszym ze wszystkich sportów: polityką.
Nadchodził czas wyborów i w całym mieście otwierały się okiennice. Wywieszano transparenty, organizowano parady, przemówienia i wiece, a raz po raz wybuchały nawet zamieszki w starym, dobrym stylu. Ulice pękały w szwach, kieszonkowcy i złodzieje torebek zacierali ręce, a tawerny nie nadążały liczyć zarobionych pieniędzy. Wszelka praca w mieście zamarła, wszyscy bez wyjątku dali się bowiem ponieść zapałowi wyborczemu. Wszyscy - z wyjątkiem stróżów porządku, którzy harowali na dwie zmiany, na próżno starając się ustrzec Przystań przed zamianą w pole bitwy.
Panowała właśnie jesień i pogoda była całkiem miła - za dnia dość ciepło, nocą przyjemnie chłodno. Od oceanu nieprzerwanie wiała bryza, padało zaś dostatecznie często, by ludzie potrafili docenić słoneczne chwile. Wszystko to sprawiało, że ludzie byli niezadowoleni z życia i wychodzili z domów, by dobra pogoda, póki trwała, poprawiła im humory. Dzięki temu na ulicach było tłoczniej niż podczas innych wyborów. Wydawało się, że przed nadejściem wieczoru prawo i porządek pozostaną tylko wspomnieniem. Na szczęście miasto przeznaczało na kampanię wyborczą zaledwie dwadzieścia cztery godziny. Inaczej prosiłoby się o kłopoty, by nie rzec - o wojnę domową.
Hawk i Fisher, małżonkowie i kapitanowie straży miejskiej, wędrowali niespiesznie ulicą Targową, a tłum rozstępował się przed nimi gwałtownie. W okresie przedwyborczym mieszkańcy Przystani nie grzeszyli cierpliwością i byle co wyprowadzało ich z równowagi, nikt jednak nie był dostatecznie głupi, by zadzierać z Hawkiem i Fisher. Istniały szybsze i mniej bolesne sposoby popełniania samobójstwa.
Hawk był wysoki, śniady, niegdyś przystojny. Na prawym oku nosił czarną przepaskę z jedwabiu, a twarz po tej stronie miał pooraną starymi bliznami, bielejącymi na tle ogorzałej cery. Ubrany był w prostą bawełnianą koszulę i spodnie, lecz tym razem włożył również przepisowy mundur strażnika - czarny płaszcz. Zwykle tego nie robił, uniform bowiem przeszkadzał w walce; dziś jednak, gdy do miasta zjechało tylu obcych, płaszcz był symbolem władzy. Hawk nie zdejmował go od rana, choć nie było mu w nim do twarzy. Nigdy zbytnio nie dbał o wygląd, a buty miał wyjątkowo stare i wysłużone; wprawne oko dostrzegłoby jednak, że kiedyś były doskonałej jakości. Na temat pochodzenia Hawka krążyło wiele plotek, zwykle koncentrujących się na tym, czy jego rodzice byli małżeństwem, ale tak naprawdę nikt nic o nim nie wiedział. Przeszłość tego człowieka okrywała tajemnica, a on chciał, by tak pozostało.
Wyglądał dość niepozornie. Nie był umięśniony, a raczej szczupły, choć solidnej budowy, z lekko zarysowanym brzuszkiem. Czarne włosy sięgały ramion; zwykle - wbrew modzie - nosił je zaczesane do tyłu i spięte srebrną klamrą. Skończył dopiero trzydzieści lat, lecz we włosach odcinały się już pasemka siwizny. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykły najemnik, mający za sobą najlepsze lata. Niewielu jednak poprzestawało na jednym spojrzeniu: pokryta bliznami twarz Hawka i chłodny wyraz jego jedynego oka miały w sobie coś, co sprawiało, że nawet najgorszy pijak zatrzymywał na nim wzrok. Zamiast szabli strażnik nosił przy prawym boku topór o krótkim trzonku. Był mistrzem we władaniu tą bronią. Przez lata służby miał mnóstwo okazji, by się wprawiać.
Towarzyszka Hawka, kapitan Fisher, dostosowała się do jego tempa i postawy ze swobodą świadczącą o wieloletniej zażyłości. Izabela Fisher liczyła co najmniej sześć stóp wzrostu i nosiła długi, gruby blond warkocz sięgający do pasa i ozdobiony u dołu kulką z polerowanej stali. Miała nieco ponad dwadzieścia pięć lat i określenie "interesująca" pasowało do niej bardziej niż "piękna". Surowa, koścista twarz silnie kontrastowała z intensywnym błękitem oczu i wydatnymi ustami. Wydawała się kimś, z kogo przeszłość wypłukała wszystkie ludzkie słabostki. Podobnie jak Hawk miała na sobie baweł- nianą koszulę, spodnie i płaszcz. Częściowo rozpięta koszula odsłaniała sporą część biustu, a podwinięte rękawy ukazywały muskularne, pokryte starymi bliznami ręce. Buty Fisher były zniszczone i sprawiały wrażenie nieczyszczonych od lat. Przy lewym biodrze przytroczony miała miecz, na rękojeści którego trzymała swobodnie dłoń.
Hawka i Fisher znano w całej Przystani. Po pierwsze, byli uczciwi, co samo w sobie czyniło z nich ewenement pośród przepracowanych i słabo opłacanych strażników miasta. Po drugie, strzegli pokoju, nie bacząc na koszty. Dopadali zło- czyńców i jeśli coś z nich jeszcze zostało, wiedli przed oblicze prawa. Kiedy Hawk i Fisher pojawiali się w pobliżu, wszyscy nagle stawali się praworządnymi obywatelami.
Szli niespiesznie ulicą Targową, wdychając ciepłe powietrze poranka i przyglądając się handlarzom ulicznym. Tłumy, które zjechały do miasta na wybory, oznaczały duże zarobki dla sprzedawców szybkich obiadków i pamiątek, a także dla drobnych magików, oferujących tanie sztuczki i amulety. Obie strony ulicy na całej długości zapełniały stoiska: od tych prowizorycznych, z drewna i płótna poczynając, na podszytych jedwabiem kioskach znanych koncernów rodzinnych, z wyłożonymi koralami markizami, kończąc. Harmider czyniony przez sprzedawców był ogłuszający, a im bardziej tandetny był towar, tym głośniej i bardziej ekstrawagancko go zachwalano.
Wszędzie stały też stoiska z napojami, współzawodniczące z tawernami w oferowaniu taniego alkoholu, reklamowanego tradycyjnym hasłem: UPIJ SIĘ ZA GROSZ, ZALEJ W TRUPA ZA DWA. Mniej odważni zawsze mogli napić się piwa, które dzięki konserwatystom rozdawano za darmo, wychodzili oni bowiem z założenia, że pijany elektorat będzie dla nich łaskawszy niż trzeźwy. Część wyborców zagłosuje na partię konserwatywną z wdzięczności i w nadziei na większą ilość darmowego alkoholu, inni zaś będą zbyt pijani, by stawić prawdziwy opór. A ponieważ ludność była na ogół zbyt pijana, by wywoływać zamieszki, strażnikom ten stan rzeczy również odpowiadał.
Boczne uliczki i alejki także pełne były stoisk. Sprzedawano chorągiewki, fajerwerki, maski i wszelkie możliwe nowinki, które, rzecz jasna, nie były warte nawet połowy żądanej ceny. W poszukiwaniu bardziej wyszukanych dóbr, jak delikatna porcelana czy szkło z elegancko wyżłobionymi wzorami i hasłami wyborczymi, trzeba było się udać na przedmieścia. Podobno Północna Dzielnica prezentowała niegdyś wyższy standard, ale jeśli nawet tak było, nikt już nie pamiętał tych czasów. Obecnie była to najbardziej nieokrzesana, najbiedniejsza i najniebezpieczniejsza strefa Przystani. To wyjaśniało obecność Hawka i Fisher. Po pierwsze, byli najlepsi i wszyscy o tym wiedzieli, a po drugie, i najistotniejsze, narobili sobie w straży tyle samo wrogów co poza nią. W Przystani nawet uczciwość ma swoje granice.
Hawk spoglądał tęsknie na stoisko z kiełbaskami pieprzowymi na drewnianych patykach. Wyglądały całkiem apetycznie, jeśli nie zwracało się uwagi na muchy. Fisher dostrzegła jego zainteresowanie i stanowczo odciągnęła go od stoiska.
- Nie, Hawk. Nie wiemy, z czego zrobiono te kiełbasy. Masz ważniejsze rzeczy do roboty, niż kucać przez resztę dnia w kiblu z opuszczonymi spodniami.
Hawk roześmiał się.
- Pewnie masz rację, Izabelo. To nic; jeśli dobrze pamiętam, tu niedaleko, po prawej, jest tawerna, w której podają świetne obiady z homara dla dwojga.
- Za wcześnie na obiad.
- W takim razie zjemy homara na lunch.
- Ostatnio za bardzo się obżerasz - zauważyła surowo Fisher. - Dziwię się, że nadal możesz zapiąć pasek.
- Każdemu wolno mieć jakieś hobby - stwierdził Hawk.
Przez chwilę szli w milczeniu, rozglądając się wokoło. Ludzie uśmiechali się i machali do nich albo udawali, że ich nie widzą. Hawk i Fisher kłaniali się uprzejmie jednym i drugim, po czym szli dalej. Uśmiechom nie ufali, reszta nie robiła na nich wrażenia. Myśli Hawka dryfowały swobodnie. Był w Przystani od pięciu lat, ale czasem wydawało mu się, że minęło ich już pięćdziesiąt. Jesienią szczególnie boleśnie odczuwał tęsknotę za rodzinnymi stronami. W Leśnym Królestwie o tej porze roku wszystko się zmieniało: wygląd, brzmienie i zapach przygotowującej się na zimę puszczy, kolory liści, przechodzących w odcienie brązu i złota. Hawk westchnął cicho, patrząc na ponure kamienice i brudny bruk ulic Przystani. Był teraz mieszczuchem i musiał się z tym pogodzić.
Powietrzem wstrząsnęła eksplozja i Hawk, nim uświadomił sobie, że to po prostu kolejne fajerwerki, odruchowo sięgnął po topór. Wyborcy w Przystani uwielbiali sztuczne ognie, im głośniejsze i bardziej spektakularne, tym lepiej. Jaskrawe plamy uwydatnionych magicznie kolorów strzelały w niebo, rozpryskując się na tle chmur i zmieniając je w chaotycznie upstrzoną kolorami paletę. Zdarzały się próby tworzenia napisów na niebie, wszystkie jednak zmieszały się z sobą, tworząc nieczytelną plątaninę połamanych linii. Znudzone frakcje poczęły więc używać fajerwerków jako amunicji. Powietrze rozbrzmiewało okrzykami bojowymi, a od czasu do czasu nawet wrzaskami przerażenia, na szczęście jednak sztuczne ognie nie były dość silne, by narobić prawdziwych szkód. Hawk i Fisher tylko spoglądali na siebie i pozwalali, by bitwa toczyła się dalej, dostarczając tłumowi rozrywki.
Hawk kątem oka dostrzegł nagłe poruszenie i lekko przyspieszył kroku. Tłum na końcu ulicy odwrócił się od fajerwerków i skierował uwagę na coś bardziej interesującego. Uszu Hawka dobiegały owacje i gwizdy.
- Szykuje się zadyma - rzekł z rezygnacją, wyjmując topór.
- Tak jakby - przyznała Fisher, sięgając po miecz. - Chodźmy im poprzeszkadzać.
Ruszyli naprzód. Tłum rozstępował się niechętnie na widok nagiej stali w ich rękach. Hawk zobaczył wreszcie, co przyciągnęło uwagę tych ludzi, i zmarszczył brwi. Na skrzyżowaniu dwóch ulic rywalizujące grupy plakatujących okładały się pięściami, pałkami i wszystkim, co było pod ręką. Tłum zagrzewał do walki obie strony i pospiesznie robił zakłady, kto wygra.
Ponieważ większość wyborców ledwie umiała czytać, liczące się partie, chcąc do nich dotrzeć, nie mogły poprzestać na broszurach i wywiadach w gazetach. Lepsze były wiece, piosenki i wielka ilość plakatów, zwykle prostych i głoszą- cych wydrukowane wielką czcionką slogany lub obelgi. Obecnie najpopularniejszy slogan brzmiał: RADNY HARDCASTLE ROBI TO Z KUPCAMI, choć nikt dokładnie nie wiedział, czy jest to hasło wyborcze, czy obelga.
Plakaty mogły wisieć wszędzie: na ścianach, witrynach sklepowych czy grzbietach spacerujących aktywistów. Szybko poruszająca się grupa potrafiła oplakatować całe miasto w niecałe dwie godziny - pod warunkiem, że klej będzie trzymał i że nikt nie wejdzie im w drogę. Niestety, większość plakatujących połowę czasu spędzała na zdzieraniu lub oszpecaniu plakatów zawieszonych przez przeciwne frakcje. Kiedy więc dwie grupy spotkały się twarzą w twarz, ich wzajemna niechęć zwykle, ku uciesze przypadkowych widzów, znajdowała ujście w zawziętej wymianie ciosów i ogólnym chaosie. W Przystani mile widziana była polityka prosta i bezpośrednia, a najmilej brutalna.
Hawk i Fisher stanęli w pierwszym rzędzie i z zaciekawieniem patrzyli, jak zwaśnione strony przesuwają się po bruku to w tę, to w tamtą. Była to jak zwykle raczej amatorska bójka, bardziej przepychanka niż rzeczywiste rękoczyny. Hawk początkowo zamierzał odejść i pozwolić im dalej się tarmosić. Nie robili krzywdy nikomu z zewnątrz, a tłum był zbyt zajęty robieniem zakładów, by angażować się bezpośrednio. Poza tym, porządna bójka pomagała złagodzić napięcie. Potem jednak strażnik dostrzegł w rękach kilku uczestników noże i westchnął ciężko. To zmieniało obraz rzeczy.
Wkroczył pomiędzy walczących, złapał najbliższego uzbrojonego i rzucił nim o ścianę, twarzą naprzód. Od huku aż poszło echo, młodzieniec zaś padł nieprzytomny na ziemię. Jego dotychczasowy przeciwnik, również uzbrojony w nóż, przeniósł swój zapał bitewny na osobę Hawka. Fisher jednym ciosem zwaliła go z nóg. Kilku przyjaciół unieszkodliwionych aktywistów ruszyło naprzód, lecz na widok nieprzyjemnego uśmieszku Hawka i jego lśniącego topora stanęli jak wryci. Ci, którzy odwrócili się, by uciekać, odkryli, że czeka już na nich Fisher z mieczem w dłoni. Parę osób walczyło jeszcze, szybko jednak zorientowało się, że coś jest nie tak, i opuściło pięści. Z tłumu rozległy się gwizdy i drwiny ze strażników, lecz wystarczyło jedno spojrzenie Hawka, by zaległa cisza. Hawk zwrócił się z powrotem do aktywistów.
- Znacie zasady - rzekł stanowczo. - Żadnych noży. A teraz wszyscy wywrócić kieszenie. I to szybko, jeśli nie chcecie, żeby Fisher wam w tym pomogła.
Wszyscy na wyścigi zaczęli opróżniać kieszenie. Wkrótce na bruku wyrósł spory stos noży, kastetów i prętów. Niemało też było czarów pomyślności i błyskotek, znalazła się nawet zminiaturyzowana głowa na sznurku. Hawk z niesmakiem spoglądał na aktywistów.
- Skoro nie można ufać, że będziecie grali fair, od tej pory nie wolno wam grać w ogóle. Zrozumiano? A teraz wynocha, nim was aresztuję za włóczęgostwo. Jedna grupa idzie na północ, druga na południe. I jeśli któryś jeszcze raz dziś coś zbroi, odeślę go do mamusi w postaci gulaszu. No już, won mi stąd!
Uczestnicy zajścia zniknęli, unosząc z sobą rannych. Gdyby nie kilka rozrzuconych po ulicy plakatów, wydawałoby się, że nigdy ich tam nie było. Hawk kopniakami zrzucił stertę broni do ścieku. Gdy znikła w kanale burzowym, strażnicy rzucili parę groźnych spojrzeń w kierunku tłumu. Ten się rozproszył, Hawk i Fisher schowali zaś broń i ruszyli dalej.
- Nieźle go stuknęłaś, Izabelo.
- Moja siła jest siłą dziesięciu, bo serce mam czyste.
- No i nosisz kastet pod rękawiczką.
Fisher wzruszyła ramionami.
- Ogólnie rzecz biorąc, postąpiliśmy z nimi bardzo dyplomatycznie.
Hawk uniósł brew.
- Dyplomatycznie?
- No jasne. W końcu nikogo nie zabiliśmy.
Hawk uśmiechnął się kwaśno. Fisher prychnęła.
- Zrozum, Hawk, gdybyśmy nie wkroczyli, bójka pewnie wkrótce zmieniłaby się w prawdziwą bitwę. Czy wiesz, ilu musielibyśmy zabić, by ją przerwać? - Pokręciła głową. - Od ogłoszenia daty wyborów, czyli od niecałych dwóch dni, już pięć razy wybuchały zamieszki. Hawk, to miasto schodzi na psy!
- Bo ja wiem? - zastanawiał się Hawk. Fisher parsknęła śmiechem. On także się uśmiechnął, ale nie sprawiał wrażenia wesołego. - Nie sądzę, żeby te dzieciaki mogły wywołać zamieszki. To, co zrobiły, ledwo się kwalifikuje jako zakłócenie porządku. Nie musieliśmy tak ostro z nimi postępować.
- Ależ owszem, musieliśmy. - Fisher rzuciła Hawkowi zaskoczone spojrzenie. - Nie zapominaj, że jesteśmy w Przystani, najniebezpieczniejszym mieście Dolnych Królestw. Jedyny sposób na powstrzymanie przemocy to walczyć ostrzej niż pozostali.
- Nie jestem pewien, czy nadal w to wierzę.
Szli dalej w milczeniu.
- Chodzi o sprawę Blackstone'a, prawda? - zapytała wreszcie Fisher.
- Tak. Wiedźma Visage mogłaby wciąż żyć, gdyby ona i Dorimant w porę nas poinformowali. Ale nie zaufali nam. Trzymali gęby na kłódkę z powodu naszej reputacji. Bali się, że moglibyśmy zrobić im krzywdę. Zbyt długo mieszkamy w tym mieście, Izabelo. Nie podoba mi się to, co ono z nami zrobiło.
Fisher ujęła go pod ramię.
- Przystań nie różni się tak bardzo od innych miast, kochany. Po prostu tutaj to wszystko robi się bardziej otwarcie.
Hawk westchnął.
- Może i masz rację. Gdybyśmy przymknęli tych agitatorów, nie wiem, gdzie byśmy ich umieścili. Więzienia pękają w szwach.
- A do wyborów jeszcze ponad pół dnia. - Fisher kręciła wolno głową. - Nie wiem, po co im tyle ceregieli zamiast normalnej wojny domowej.
Hawk uśmiechnął się.
- Mieli ją jakieś czterdzieści lat temu. Wygrali reformatorzy i zafundowali całym Dolnym Królestwom prawa wyborcze. W dzisiejszych czasach kampania elekcyjna spełnia funkcję wentyla bezpieczeństwa. Ludzie mogą wykorzystać tę chwilę, by się wyszumieć. Dzięki temu miastu udaje się uniknąć spiętrzenia napięcia, które mogłoby wywołać wojnę domową. Po wyborach zwycięzcy ogłaszają powszechną amnestię, wszyscy wracają do pracy, a życie do normalności.
- Głupota - rzekła Fisher. - Kompletna głupota.
Hawk wyszczerzył zęby.
- Jak, według ciebie, cała Przystań.
Szli dalej w swobodnym milczeniu, tylko raz po raz zatrzymując się, by zniechęcić jakiegoś potencjalnego kieszonkowca albo uciszyć hałasującego pijaka. Wokół nich trwała wrzawa, ludzie śpiewali, śmiali się i starali zrobić maksymalny użytek z tych półoficjalnych wakacji. W powietrzu unosił się zapach ostro przyprawionego jedzenia, wina i płonących fajerwerków. Z przeciwnego końca ulicy szła w stronę strażników kapela wymachująca jaskrawymi transparentami i głośnym śpiewem głosząca zalety konserwatyzmu. Hawk i Fisher zatrzymali się, by ją przepuścić. Podszedł do nich krzepki mężczyzna w kolczudze, z pałką w jednej dłoni i kubkiem na pieniądze w drugiej. Tylko raz spojrzał im w twarze, przemyślał sprawę i pospieszył za resztą zespołu. W tym czasie tłum okazywał swoje tradycyjne poparcie dla wolności słowa, obrzucając śpiewających zgniłymi owocami i końskim łajnem. Hawk przyglądał się, jak ludzie z transparentami odchodzą ulicą z zaciśniętymi zębami, ze sztucznymi uśmiechami wciąż przyklejonymi do twarzy i zastanawiał się, skąd konserwatyści wytrzasnęli tylu potencjalnych samobójców, wystarczająco nierozważnych, by w ogóle przekroczyć granice Północnej Dzielnicy.
Swoją drogą, transparenty mieli niezłe.
- Będę szczęśliwa, gdy te idiotyzmy się skończą - odezwała się Fisher, gdy ruszyli dalej. - Od lat tak nie harowałam. Chyba nigdy w życiu nie widziałam tylu pijaków, bójek i podżegaczy. Ani, nawiasem mówiąc, tylu oszukańczych gier hazardowych.
- Każdy mieszkaniec tego miasta, który jest dostatecznie głupi, by grać z nieznajomym w "Znajdowanie damy", zasługuje na swój los - odparł bez współczucia Hawk. - W gruncie rzeczy nie jest wcale tak źle. Podczas wyborów zawsze wybuchają jakieś bójki, ale prawie nikt nie używa miecza ani noża. Wiesz, Izabelo, mogę powiedzieć, że całkiem dobrze się bawię. To wszystko jest niezwykle fascynujące. Słyszałem wiele historii o wcześniejszych wyborach, ale do tej pory w nie tak naprawdę nie wierzyłem. Oto, jak działa demokracja. Ludzie sami wybierają swoją przyszłość.
Fisher prychnęła pogardliwie.
- Jeszcze będą rwać włosy z głowy. Mogą sobie głosować, ile wlezie, a przy władzy i tak pozostaną stare, znajome gęby i wszystko będzie dokładnie takie jak przedtem. Nic ni- gdy nie zmienia się naprawdę, Hawk. Powinieneś to wiedzieć.
- Tu jest inaczej - upierał się Hawk. - Reforma nigdy nie miała takiego poparcia jak teraz. Istnieje realna szansa, że jej zwolennicy zdobędą większość mandatów, jeśli tylko uda im się pozyskać tych kilka głosów, których los nie jest jeszcze przesądzony.
Fisher zerknęła na niego.
- Widzę, że się dokształcałeś.
- Pewnie. To ważne.
- Nie. Nie dla nas. Po twoich wspaniałych wyborach, niezależnie od tego, kto wygra, w Północnej Dzielnicy nadal będą się panoszyć ci sami złodzieje, alfonsi i lichwiarze co wcześniej. Nadal będzie istniał wyzysk, wyłudzanie haraczy i morderstwa w ciemnych uliczkach. To śmietnik Przystani, a trafiają na niego ci, którzy nie mogli już upaść niżej. Niech sobie rada przeprowadza wybory. Tak czy inaczej będą nas potrzebować, by po nich posprzątać.
Hawk przyjrzał jej się.
- Wyglądasz na zmęczoną, mała.
Szybko wzruszyła ramionami.
- Po prostu mamy ciężki dzień.
- Izabelo…
- Daj spokój, Hawk. - Rzuciła mu niespodziewany uśmiech. - Przynajmniej, dopóki ta dzielnica istnieje, nie musimy się obawiać utraty pracy.
Skręcili w Aleję Męczenników, którą doszli do Promenady Portowej. Stoiska szybko znikły, ustępując miejsca eleganckim witrynom sklepowym z portykami i wymyślnymi ornamentami wokół okien, zaopatrujących klientów ze znacznie lepszej klasy. Promenada została "odkryta" przez elitę i odpowiednio prosperowała. Ostatnio wśród uboższej arystokracji nastała moda na slumsy, wyrażająca się w spacerach po promenadzie Północnej Dzielnicy. Na jej skraju można było kupić towary, którymi nie pogardziłby nawet bardzo wybredny klient, a łobuzerskie wzmianki o podejrzanych konszachtach, wywołujące uroczy rumieniec na twarzach dam, ani trochę nie szkodziły reputacji dżentelmenów. Rzecz jasna, żaden dżentelmen nie udawał się do Północnej Dzielnicy w pojedynkę. Członek elity nie mógł się obyć bez orszaku ochroniarzy, a nawet w ich towarzystwie starannie dbał o to, by opuścić dzielnicę przed zmrokiem.
W świetle dnia promenada stanowiła jednak stałe miejsce spotkań co bardziej żądnych przygód postaci z wyższych sfer, a to przyciągało eleganckich darmozjadów i takich, co chcieli się wybić. Łowcy sensacji pracowicie wymieniali najnowsze plotki, a łowcy zaufania spacerowali wdzięcznie wzdłuż promenady i przypatrywali się członkom elity niczym rekin przepływającej ławicy płotek. Hawk i Fisher znali z widzenia większość z nich, ale nie wtrącali się. Jeśli ludzie byli dość głupi, by ładować duże pieniądze w szalone projekty, był to ich problem, nie straży. Zadaniem strażników było jedynie mieć wszystko na oku i pilnować, by nikt nie posunął się za daleko.
Elita, ze swej strony, ignorowała ich. Strażnicy powinni wiedzieć, gdzie ich miejsce, Hawk i Fisher mieli zaś w całej Przystani reputację tych, którzy nie mają o tym zielonego pojęcia. Zdarzało się, że jakiś członek elity próbował nauczyć ich rozumu, zawsze jednak zostawał wyśmiany, a niekiedy głęboko upokorzony. Prawdopodobnie było to kolejny powód, dla którego Hawk i Fisher spędzili ostatnich pięć lat, patrolując najgorszą dzielnicę Przystani.
Słońce świeciło jasno nad promenadą, opromieniając elitę, która błyszczała barwami, jakich nie powstydziłyby się egzotyczne kwiaty. Młodzież w bankietowych strojach rozprowadzała najnowsze wydania gazet, przynoszące kolejne szczegóły na temat przeszłości startujących w wyborach, ich wpadek i rzekomych preferencji seksualnych. Grupa chłopców z dudami i bębnami przemierzała promenadę, poprzedzana jaskrawym transparentem Partii Konserwatywnej. Konserwatyści wierzyli, że edukację polityczną trzeba zaczynać w młodym wieku. Hawk przystanął na chwilę, by posłuchać muzyki, Fisher jednak szybko się nią znudziła. Ruszyli więc dalej. Zostawili za sobą tętniącą życiem promenadę i wędrowali wśród eleganckich domów i dobrze strzeżonych sklepów Sektora Małego Handlu, zajmowanego głównie przez drobnych kupców, którzy ze względu na niskie ceny nieruchomości powoli wdzierali się w głąb Północnej Dzielnicy.
Ulice były dość czyste, a przechodnie ubrani rozsądnie. Domy stały w pewnym oddaleniu od ulicy, strzeżone przez wysokie mury, żelazne płoty i, rzecz jasna, odpowiednią ilość uzbrojonych strażników. W końcu prawdziwa Północna Dzielnica była tuż-tuż. W Sektorze Małego Handlu zwykle panowała cisza, ale nawet powściągliwi kupcy nie byli całkowicie odporni na gorączkę przedwyborczą. Dzielnica kipiała od plakatów i piosenek, a stojący na rogach mówcy wyjaśniali, jak uleczyć wszystkie bolączki Przystani, nie podnosząc podatku od nieruchomości.
Hawk i Fisher zatrzymali się gwałtownie, gdy w ich głowach rozległ się dźwięk gongu. Dźwięk szybko rozpłynął się, zastąpiony przez szorstki, nieprzyjemny głos czarodzieja komunikacyjnego straży:
KAPITANOWIE HAWK I FISHER, PROSZĘ NATYCHMIAST ZGŁOSIĆ SIĘ DO KANDYDATA PARTII REFORMATORSKIEJ JAMESA ADAMANTA W JEGO BIURZE NA PLACU TARGOWYM. BĘDZIECIE STRZEGLI BEZPIECZEŃSTWA KANDYDATA I JEGO PERSONELU PODCZAS WYBORÓW.
Na krótko zapłonęła im w głowach mapa ukazująca położenie biura, a potem i ona, i metaliczny głos zniknęły. Hawk ostrożnie potrząsnął głową.
- Mógłby sobie darować ten cholerny gong. Przenika mnie na wskroś.
- Jak na mój gust, mogliby sobie w ogóle darować czarodzieja - odparła z pasją Fisher. - Nie mam ochoty wpuszczać magików do swojej głowy.
- To tylko część roboty, mała.
- Nie rozumiem, dlaczego przestali używać gońców.
Hawk wyszczerzył zęby.
- Za bardzo się wyspecjalizowaliśmy w unikaniu ich.
Fisher nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Spokojnie przeszli przez Sektor Małego Handlu i weszli w labirynt przecinających się alejek, popularnie zwany Zamętem. Była to jedna z najstarszych części miasta, od dawna przeznaczona do remontu, ale z jakichś przyczyn zawsze pomijana w planach budżetowych. Miała swój urok, jeśli się potrafiło nie zauważać brudnych ulic pełnych żebraków i kalek. Zamęt nie był biedniejszy od reszty Północnej Dzielnicy, może jedynie bardziej się tym afiszował. Na widok Hawka i Fisher niewyraźne postacie znikały bezgłośnie w niewidocznych drzwiach.
- Adamant… - rzekła w zamyśleniu Fisher. - Znam to nazwisko.
- Powinnaś - odparł Hawk. - To z całą pewnością wschodząca gwiazda Partii Reformatorskiej. Kandyduje w okręgu Wysokie Progi. Jego przeciwnikiem jest zatwardziały konserwatysta. Może nawet Adamantowi się uda, bo radny Hardcastle nie cieszy się zbytnią popularnością.
Fisher tylko pokręciła nosem.
- Skoro ten Adamant jest taki ważny, jak to się stało, że zrobiono nas jego ochroniarzami?
Hawk jęknął żałośnie. Poprzednim razem, gdy wyznaczono ich do ochrony, wszystko poszło nie tak. Zamordowano radnego Blackstone'a, którego mieli chronić; zginęło także sześć innych osób. Ważnych osób. W końcu dopadli mordercę, ale nie uratowało to ich reputacji. Od tamtej pory mieli na pieńku z przełożonymi. Nie, żeby się tym przejmowali. Oni sami najbardziej się obwiniali. Lubili Blackstone'a.
- Cóż - rzekła w końcu Fisher. - Zawsze mówiłeś, że chcesz mieć okazję przyjrzeć się z bliska wyborom, żeby poznać ich tajniki. Wygląda na to, że będziesz miał okazję.
- Mhm - odparł Hawk. - Poczekaj, aż zobaczysz Adamanta w akcji, Izabelo. On cię przekona.
- Jeszcze będą rwać włosy z głowy - mruknęła Fisher.