Buffy - Postrach wampirów: Zaginiony pogromca; cz. III: Król umarłych

  • Autor: Golden, Christopher
  • Dostępność: Brak
  • 15,00 zł 5,00 zł
  • Niedostępny
Kolejna z serii książek zainspirowana znanym na całym świecie serialem telewizyjnym i cyklem komiksowym "Buffy, postrach wampirów". W sprzedaży również dwie porzednie części Przepowiednie i Mroczne czasy.

Rok wydania: 2003
Stron: 130
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 20
Tłumacz: Piotr Maksymowicz

Fragment tekstu:


Poprzednio o Buffy - Postrachu Wampirów
W Sunnydale pojawił się nowy gatunek wampirów - szybszych i silniejszych od pozostałych, posiadających jakąś magiczną wewnętrzną energię. To Kakchiquele, sługi antycznego demona-boga Majów o imieniu Camazotz.
W ostatnim czasie Buffy doszła do wniosku, że jedynym sposobem na to, by jednocześnie prowadzić normalne, dające zadowolenie życie i skutecznie wypełniać obowiązki Pogromcy, musi całkowicie oddzielić od siebie te dwie dziedziny, jakby Buffy i Pogromca były dwiema różnymi osobami. Oznaczało to, że podczas walki z wampirami musiała odsunąć się od przyjaciół i spełniać swą misję w pojedynkę. Jednak życie w dwóch światach okazało się trudniejsze, niż sądziła.
Gdy zaczynała dowiadywać się coraz więcej na temat Camazotza i Kakchiqueli, gdy usiłowała zlokalizować ich gniazdo w Sunnydale, z ust byłego Pogromcy - Lucy Hanover - padło groźne ostrzeżenie. Otóż przepowiadająca przyszłość istota ze świata duchów, imieniem Wieszczka, przewidziała, że Buffy wkrótce popełni błąd, który będzie miał katastrofalne skutki.
Zanim udało się jej cokolwiek zrozumieć z tej przepowiedni, poszukiwania Camazotza nasiliły się. Stwierdzono, że jego obecna baza mieści się prawdopodobnie na statku zacumowanym u wybrzeży Sunnydale. Buffy pragnęła samodzielnie zająć się tą sprawą, lecz Giles nalegał, by wykorzystać czarodziejskie umiejętności Willow w celu dokładnego zlokalizowania Camazotza oraz zaatakować wampiry całą grupą, zważywszy na zagrożenie, jakie stanowiły Kakchiquele i ich przywódca.
Buffy miała otrzymać pomoc od Willow, która po zebraniu składników potrzebnych do czarów winna zjawić się na spotkaniu z przyjaciółką i Gilesem w dokach - zniszczonej dzielnicy Sunnydale, gdzie znajdowały się firmy związane z żeglugą i transportem. Jednak gdy Buffy zatelefonowała do Oza, szukając Willow, nie zastała tam młodej czarownicy. Zostawiła dla niej wiadomość, lecz nie wspomniała Ozowi o czarach, potrzebnych do nich składnikach, o planowanym spotkaniu. Miała nadzieję, że ze względu na nieobecność Willow Giles odwoła poszukiwania przewidziane na tę noc. Planowała, że wtedy sama zajmie się poszukiwaniem Camazotza.
Tymczasem Giles wcale się nie zniechęcił. Mimo protestów Buffy, pojechali razem do kapitanatu portu w nadziei, że usłyszą coś o dziwnych wydarzeniach, co mogłoby wskazać, którego statku Camazotz używa jako swojej bazy. Giles udał się do biura osobiście, każąc Buffy czekać w samochodzie.
Kapitan portu okazał się wampirem na usługach Camazotza. Gdy Giles czekał, a Buffy coraz bardziej niecierpliwiła się w samochodzie, kapitan poinformował o ich przybyciu swego władcę. Buffy zrozumiała, że sprawy przybrały zły obrót, i wtargnęła do pomieszczeń kapitanatu, by ujrzeć byłego Obserwatora w szponach wampira. Po chwili zjawił się sam Camazotz w towarzystwie Kakchiqueli, stawiając Pogromcę przed straszliwym wyborem. Gdyby podjęła walkę, Giles zapewne straciłby życie. Gdyby się poddała, oboje by pewnie umarli. Mając w pamięci pierwszą zasadę Pogromcy - nie dać się zabić - uciekła w przekonaniu, że Camazotz nie uśmierci Gilesa, by wykorzystać go później jako przynętę i tym sposobem ją zwabić.
Później, gdy razem z przyjaciółmi usiłowała zlokalizować gniazdo Camazotza, ocalić Gilesa, nim będzie za późno, Willow wywołała ducha Lucy Hanover, która objawiła, że wizje Wieszczki się skonkretyzowały. W obawie, że mroczne przepowiednie mogą mieć coś wspólnego z obecnymi kłopotami, Buffy poprosiła Lucy, by ta dowiedziała się, czy Wieszczka zechce z nią porozmawiać. Kiedy wreszcie zjawiła się ciemna, złowroga postać Wieszczki, obwieściła, że Buffy już popełniła błąd i mrocznej przyszłości nie da się uniknąć. Pozwoliła Buffy zobaczyć tę straszną przyszłość, co mogło nastąpić, jeśli Buffy pozwoli jej wniknąć w swój umysł.
Jednak Wieszczka nie okazała się tym, czym się wydawała. W istocie była to Zotzilaha, żona Camazotza, która w postaci ducha uciekła od niego, poszukując silnego ciała, by w nim zamieszkać i bronić się przed mężem. Zotzilaha przybyła do Sunnydale, by posiąść ciało Pogromcy, Camazotz zaś zjawił się w pościgu za zbiegłą żoną.
Zotzilaha dotknęła Buffy, wtargnęła w jej ciało i wypchnęła z niego duszę Pogromcy. Za pomocą czarów, których natura nie została jeszcze odkryta, Zotzilaha przeniosła duszę Buffy pięć lat w przyszłość, w mroczne czasy, przed którymi sama ostrzegała Pogromcę.
Dusza dziewiętnastoletniej Buffy przeniknęła się z jej własną, lecz o pięć lat starszą. W ponurej przyszłości Buffy znalazła się w więzieniu. Przed laty Kakchiquele pojmały ją i zdecydowały utrzymać przy życiu, aby nie pojawił się nowy Pogromca.
Buffy w końcu uciekła i odkryła, że wampiry kontrolują całe Sunnydale i najbliższą okolicę, a ich wpływy rozszerzają się z każdym mijającym dniem. Wyrusza na południe Sunnydale. Nawiązuje kontakt z Radą Obserwatorów, która zorganizowała bazę i dużą jednostkę operacyjną - jej zadaniem jest przeciwstawić się panowaniu króla wampirów, o którym krążą różne pogłoski. W skład grupy wchodzą jej starzy przyjaciele - Willow, Xander, Oz, których ciężkie czasy bardzo zmieniły.
Wtedy Willow wyjawiła jej najstraszniejszą prawdę, dotyczącą tej mrocznej przyszłości.
Królem wampirów jest Rupert Giles.

 


Rozdział 1
Drusilla nie żyje.
Spike pędził po ulicach Sunnydale w srebrnym camaro z przyciemnionymi szybami. Minęło już dobre kilka godzin od świtu, słońce świeciło prosto w przednie okno, przebijając się poprzez małe szparki, które nie były zamalowane na czarno. W końcu musiał cokolwiek widzieć, aby prowadzić samochód.
Nosił czarne lotnicze okulary przeciwsłoneczne, chroniące jego oczy przed ostrym światłem, lecz po jego policzkach i tak spływały łzy. Zacisnął zęby, dłońmi mocno trzymał kierownicę. Jadąc, zwykle słuchał radia, teraz jednak było wyłączone. Żadnej muzyki. Nie było słychać nawet jego oddechu. Wszak czyż nie był już umarły?
Oczywiście, że był. Nigdy nie czuł się tak nieżywy, jak właśnie tego strasznego poranka.
Pogromca. Mała suka!
Ale przecież to nie była tylko i wyłącznie wina Pogromcy. Nie tylko. Kiedy Giles rozdzielił ich, wysyłając Drusillę z jedną grupą, a jego z drugą, powinien był się sprzeciwić, lecz nie uczynił tego. W końcu Giles był królem, prawda? Nigdy jeszcze nie pokierował nimi źle.
Aż do teraz. Teraz wszystko zepsuł.
Drań.
Mieli wielkie plany. Spike chciał w tym uczestniczyć. Lecz teraz Drusilla nie żyła, a wszystko, na co pracowali razem z Gilesem, było zagrożone. Przez tysiące lat wampiry miały wielkie marzenia, a w końcu ich działania okazywały się skromne. Nigdy nie potrafiły się dogadać, uzgodnić czegokolwiek na dłuższą metę, przeprowadzić planu ambitniejszego niż zwykła rzeź. Rupert Giles był inny. Za pomocą wywołującej uzależnienie krwi boga nietoperzy, która zapewniała pełną lojalność Kakchiqueli, Giles chciał opanować cały świat. W przeciwieństwie do większości wampirów i demonów, osiągnął poziom cierpliwości, jaki zapewniała mu nieśmiertelność. Realizacja tego, co zaplanował, wymagała czasu. Nie spieszyło mu się.
A teraz ta sprawa z Pogromcą. O co tu chodzi, do cholery?
Wizje Drusilli pojawiały się w jego myślach niczym obrazki z kalejdoskopu. Słyszał jej szalony chichot, widział ją nagą, ochlapaną krwią, przypominał sobie jej zapach, podobny do świeżo wyprasowanej, starej koronki z nutą bzu.
Do jego oczu napłynęły świeże łzy. Pozwolił, by pozostawiły na jego policzkach ślady niczym smugi wojennej farby. Skapywały na czarną skórzaną kurtkę, gdzie wysychały - niczym dar dla duszy jego zmarłej ukochanej.
Gdyby wampiry w ogóle miały dusze.
Spike wyjechał z centrum, nawiedzanego niczym pusty cyrkowy namiot, oczekującego szaleńczych hulanek, jakie zawsze zaczynały się z nadejściem nocy. Kakchiquele trzymały mieszkańców Sunnydale dla swojej własnej rozrywki, jako niewolników dostarczających krew, wykorzystywanych seksualnie, poddawanych torturom. Jednak na miejsce każdego zabitego człowieka w mieście pojawiało się dwóch innych, ściągniętych tu plotkami i chęcią odkrycia prawdy, którzy poddawali się władzy wampirów. Ci ludzie zrobiliby wszystko, aby wypróbowano smak ich ciał, utoczono krwi, aby zdobyć kochanka w osobie Kakchiquela. A jeśli w każdej chwili ich flaki mogły zostać rozrzucone gdzieś na chodniku w centrum miasta, jeśli ich głowy mogły roztrzaskać się o słupek ogrodzenia parku Hammersmith, była to w sumie niewielka cena.
W mieście znajdowali się też pierwotni mieszkańcy, ci, którzy nie mieli odwagi uciec. Nawet teraz większość kryła się w domach albo prowadziła swoje firmy za zgodą wampirów, które spały podczas dnia. Tych ludzi Spike rozumiał najmniej, za to najbardziej nienawidził.
Tchórze.
W ciszy podjechał do miejskiego ratusza. W samochodzie było ciepło, co nie wywoływało u niego żadnego niepokoju, dzisiaj jednak odczuwał to trochę dziwnie. W piersiach miał pustkę, jakby cienkie chirurgiczne ostrze wślizgnęło się do środka i wycięło mu serce - zimne, nieżywe, ale nasączone krwią innych ludzi. Gdy umarła Drusilla, stał się cieniem samego siebie, maską, pod którą nie było już twarzy.
Jakim sposobem może być mi tak ciepło?
Spike sądził, że powinien czuć zimno, więc włączył klimatyzację na najwyższy poziom i po chwili rozkoszował się chłodem, od którego sztywniały mu palce, a temperatura ciała obniżyła się jeszcze bardziej.
Spike wjechał do podziemnego garażu pod ratuszem i stanął na miejscu zarezerwowanym specjalnie dla niego. Był teraz lodowaty, kruchy, jak pusta w środku rzeźba zamrożonego bólu, ukształtowana w formie człowieka. Łzy już wyschły. Gdy teraz wysiadł z samochodu, w powłóczystej marynarce, na jego twarzy widoczny był jedynie ogromny żal z powodu śmierci Drusilli.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął plastikową kartę, włożył ją do czytnika i po chwili zapaliła się zielona kontrolka. Rozległo się charakterystyczne kliknięcie i Spike pchnął drzwi, wchodząc do labiryntu korytarzy pod ratuszem. Były tam tunele prowadzące do podziemi gmachu sądu, komisariatu policji, nawet do miejskiej biblioteki.
Zaciskając w dłoni kartę, ruszył jednym z tych korytarzy. Towarzyszył mu jedynie szelest skórzanej marynarki. Na pierwszym skrzyżowaniu skręcił w lewo i podszedł do szeregu wind, po czym za pomocą karty ściągnął jedną z nich.
Wszedł do środka i wcisnął guzik drugiego piętra. Kabina spokojnie ruszyła. W górnym narożniku znajdowała się kamera, należąca do systemu ochrony. Spike był cieniem samego siebie, rodzajem specyficznego ducha. Patrząc w oko kamery spoza swych ciemnych okularów, zastanawiał się, czy strażnicy obserwujący monitory spostrzegli zmianę, jaka w nim zaszła. Ciekaw był, czy w ogóle go zauważyli. Zadrżał.
Miał nadzieję, że tak.
Winda z cichym, zanikającym szumem stanęła, drzwi rozsunęły się. W przejściu stały dwa potężne Kakchiquele, blokując drogę. Ich oczy połyskiwały z wielką mocą, na wytatuowanych twarzach nie było widać żadnych emocji. Ten widok wcale nie zaskoczył Spike'a.
- Nie jesteś tu oczekiwany aż do zmierzchu - rzekł beznamiętnie jeden z Kakchiqueli.
- Pan nie potrzebuje cię wcześniej.
Spike przekrzywił głowę, spoglądając na nich przez ciemne okulary. Wsunął kartę do kieszeni. Drzwi windy zaczęły się już zamykać, więc wcisnął guzik, by z powrotem się rozwarły.
- Tak. Mówił coś o tym. Chciał mi dać trochę czasu, abym ochłonął, co? - Pokiwał głową. - Mam to w dupie.
Jednym szybkim ruchem chwycił stojącego z lewej strony wampira za długie włosy i pociągnął do siebie, jednocześnie wbijając kolano w jego krocze. Tamten zgiął się w pół, a wtedy Spike wciągnął go do windy i cofnął się. Drugi Kakchiquel był gotowy do ataku, a przynajmniej tak mu się wydawało. Uderzenie w skroń strąciło mu okulary, lecz Spike zaraz chwycił wampira za twarz i ścisnął mocno, łamiąc mu szczękę i uszkadzając kości policzkowe. Wiedział, że jego własne oczy świecą z taką samą mocą jak oczy napastnika.
Warcząc cicho, Spike pchnął Kakchiquela na ścianę, złapał go mocno za włosy i wbił jego głowę w szybę, za którą znajdowała się gaśnica. Odłamki szkła raniły go w dłoń, lecz Spike wcale tego nie poczuł. Wyrwał ciężką gaśnicę z uchwytów, po czym zaczął walić nią w głowę wampira do chwili, aż z jego czaszki pozostała jedynie miazga z kawałkami kości.
Strażnik obrócił się w pył.
Za plecami Spike'a rozległ się sygnał windy. Odwrócił się szybko. W środku stał wampir, którego przed chwilą uderzył kolanem. Spike zamachnął się i rzucił gaśnicę prosto w twarz strażnika, łamiąc mu nos. Uderzył ponownie, i jeszcze raz, i jeszcze. Powalił go na ziemię, potem wcisnął wszystkie guziki w windzie i cofnął się do korytarza. Winda pojechała na dół, zabierając ze sobą krwawiącego, pobitego Kakchiquela.
Spike nawet się nie uśmiechnął. Nie miał już powodów, by się uśmiechać. Nie było nikogo, z kim mógł dzielić radość z powodu walki i zabijania. Podniósł z podłogi ciemne okulary i nałożył je, sięgnął do kieszeni, wyjął metalową zapalniczkę, papierosy i zapalił jednego.
Następnie ruszył korytarzem i skręcił w odnogę, która doprowadziła go do wielkich dwuskrzydłowych drzwi sali sądowej. Na straży stały tam kolejne dwa Kakchiquele. Na jego widok poruszyły się, gotowe zastąpić mu drogę.
Spike zaciągnął się mocno dymem, wydmuchał go i spojrzał zimno na wampiry spoza ciemnych okularów. Ukrywał za nimi emanujące wielką energię, iskrzące oczy, które wiązały go z tymi stworami.
- Tak, wiem - powiedział. - Macie mnie zatrzymać, prawda? Cholera, koledzy, bierzcie się więc do roboty. Ale najpierw pomyślcie chwilę. Jestem w podłym nastroju. Aby mnie zatrzymać, musielibyście mnie zabić. O ile potraficie. Nawet jeśli wam się uda, on jednak odczuje brak mojej osoby, prawda? I jestem pewien, że wtedy was pozabija. Jego ekscelencja jest bardzo kapryśny. Z drugiej strony, jeśli zejdziecie mi z drogi, on was ukarze, ale przynajmniej będziecie żyć.
Spike znowu zaciągnął się i zaczął puszczać kółka z dymu, ledwie zerkając na wampiry, które wymieniły między sobą nerwowe spojrzenia. O dziwo, po chwili otworzyły przed nim oba skrzydła drzwi.
Mrugnął porozumiewawczo do wyższego Kakchiquela i wszedł do wielkiej sali.
Na ustawionych w rzędach krzesłach siedziały wampiry z tatuażami w kształcie nietoperzy, połyskując pomarańczowymi oczami. Spike zauważył, że z biegiem czasu ubywało znajomych twarzy. Giles powierzał zaufanym Kakchiquelom szczególnie ważne misje. Wykonywali część jego planu. Lecz Spike'a i Drusillę zawsze trzymał przy sobie, może dlatego, że ich potrzebował, a może im nie ufał. Albo obie rzeczy naraz.
W sali panował półmrok. Słychać było jedynie odgłosy wydawane przez wampiry, poruszające się niecierpliwie na swoich miejscach. Była to zbieranina różnych osobników, począwszy od sługusów Camazotza, z okresu, gdy bóg nietoperzy przybył do Sunnydale, a skończywszy na wampirach takich jak Spike, których zwerbował Giles, lub osobnikach powstałych w ostatnim czasie.
Giles siedział na podwyższeniu - gdzie normalnie zasiadałby sędzia, jeśli w Sunnydale pozostali jacyś sędziowie. Jego oczy połyskiwały ledwie dostrzegalną poświatą. Siwe włosy miał starannie zaczesane do tyłu. Uśmiechał się życzliwie kącikami ust. Miał na sobie cienki zielony sweter z wycięciem w serek, a pod spodem białą koszulkę. Dla tych, którzy go znali jako człowieka, jedynie brak okularów zacierał wrażenie, że wcale się nie zmienił.
Błyskotliwy, dobroduszny, skromny. Taki był Giles w roli człowieka i Obserwatora. Nadal przybierał ten sam, spokojny wyraz twarzy, chociaż nikt nie wiedział, jaką czerpie z tego przyjemność.
Oprócz Spike'a w sali stał tylko jeden wampir. Był ciemnoskórym potworem, a rytualny tatuaż miał wykonany na twarzy białym, zamiast czarnym, tuszem. Blizna po tym zabiegu była mlecznej barwy, co odróżniało go od wszystkich innych. Giles zwał go Jax. Spike nie wiedział, czy tamten ma jakieś inne imię. Po prostu zjawił się pewnego dnia, spłodzony przez Gilesa i wykarmiony przez Camazotza - zgodnie z ich tradycją. Jax szybko jednak stał się kimś więcej niż zwykłym rekrutem. Był prawą ręką Gilesa.
Spike nienawidził go.
Jax rzucił mu krótkie spojrzenie, uśmiechając się nieznacznie, po czym skinął ręką wampirzycy siedzącej w pierwszym rzędzie.
- Valerie, twój raport jest następny w kolejności.
- Nie sądzę - uciął Spike. Ruszył przejściem w kierunku podium.
W sali rozległ się pomruk rozmów.
- Spike, przyszedłeś pół dnia za wcześnie. Twoja prywatna audiencja jest przewidziana o zachodzie słońca.
- Gówno - odparł z zadowoleniem Spike.
Nie zatrzymywany przez nikogo podszedł do Jaxa, który próbował zastąpić mu drogę. W jego oczach płonęły złowrogie płomienie. Spike znowu zaciągnął się dymem, po czym wyjął niedopałek z ust dwoma palcami i przycisnął żarzący się koniec do czoła Jaxa, a ten zawył z bólu i złości, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
Spike powalił go na ziemię.
Stając przed podium, spoglądał ognistym wzrokiem na Gilesa, który ze zdziwieniem uniósł brwi. To jeszcze bardziej rozzłościło, wręcz obraziło Spike'a.
- Ona nie żyje - powiedział ochryple. - Mogłeś równie dobrze sam przytknąć do niej zapałkę, draniu. W co ty się bawisz z Pogromcą? Mogłeś ją złapać dziesiątki razy od chwili, gdy uciekła.
Na moment, na mgnienie oka maska opadła i na twarzy Gilesa pojawiła się wściekłość. Miejsce uśmiechu zajął grymas złości. Poruszył nozdrzami, jego oczy zapłonęły mocno złowrogim płomieniem, lecz już po chwili znowu uśmiechał się przyjaźnie, niemal po ojcowsku.
Pochyliwszy się do przodu, spojrzał z góry na Spike'a.
- Idź i siadaj. Teraz jest kolej Valerie. Po jej wystąpieniu możemy porozmawiać o tym, co się nie udało ostatniej nocy i co wszyscy straciliśmy.
I jakby nigdy nic skinął na Valerie, aby podeszła do podium. Jax pocierał oparzone miejsce na swoim biało oznakowanym czole, lecz przestał również zwracać uwagę na Kakchiquela, koncentrując się bez reszty na Valerie. Takie ignorowanie rozwścieczyło Spike'a, ale było to lepsze niż poszczucie go stadem wampirów, które z pewnością by go zabiły. Jednakże nie usiadł, tak jak kazał mu Giles. Być może był pod rozkazami wielkiego wodza, króla, ale nadal zachował swoją niezależność. Musiał dbać o swoją reputację, swoją własną legendę. Giles o tym wiedział… nieustannie wykorzystywał dla własnych celów status Spike'a jako postaci wzbudzającej powszechny strach.
Jax mógł sobie być prawą ręką wodza, lecz właśnie Spike stanowił jego oręż, siłę uderzeniową, narzędzie do brudnej roboty. Przynajmniej gdy żyła Drusilla. A teraz… jest wiele rzeczy, za które Giles musi ponieść odpowiedzialność.
Valerie była jedną z najbardziej zaufanych i lubianych przez Gilesa wampirzyc. Teraz spojrzała niespokojnie na stojącego Spike'a. Uśmiechnął się do niej zjadliwie z głębi swego pełnego nienawiści serca, aż zadrżała i szybko odwróciła wzrok. Po chwili stanęła obok Jaxa i nieśmiało uniosła oczy na Gilesa. Nawet się ukłoniła.
- Panie i władco - powiedziała słodkim, lecz pewnym głosem. - Operacja Los Angeles przebiega zgodnie z twoim planem. W miejskiej policji jest już dwadzieścia dwa procent naszych. Całkowite przejęcie tej instytucji jest przewidziane na przyszłą środę, a dobę wcześniej wciągniemy w nasze szeregi burmistrza i komendanta.
Giles z namysłem pocierał sobie podbródek, spoglądając gdzieś w dal. Minęło pół minuty i nikt nie śmiał zakłócić jego myśli.
- No dobra, ty pompatyczna kreaturo. Kończ to - warknął Spike. Przewrócił oczami, po czym skrzyżował ramiona na piersi, czując na sobie wzrok wszystkich obecnych.
Oczekiwał wybuchu złości, lecz Giles ledwie mrugnął. Valerie popatrzyła na Jaxa, przestępując z nogi na nogę. Jax wydawał się w ogóle nie zauważać, że w zachowaniu władcy było coś dziwnego. Jednak po kolejnych trzydziestu sekundach zdecydował się wejść w jego pole widzenia.
- Panie? - odezwał się.
- Hm? - mruknął Giles. Spojrzał w dół na Spike'a i Valerie, mrugając kilka razy. - A, tak. To było późno wieczorem, prawda?
Valerie zachichotała jak uczennica, za co Spike zapragnął wyrwać jej serce. Król zaczynał zachowywać się w sposób nieco odbiegający od normy. Wszyscy musieli to widzieć. Od czasu, gdy Buffy uciekła z celi, Giles trochę się rozkleił. Nie mówiąc o tym, że kilka razy znikał ze swojej siedziby i nie informował nikogo, gdzie był.
- Valerie, nie wspomniałaś nic o szefach wytwórni filmowych - przypomniał jej Giles.
- Załatwiliśmy to ostatniej nocy, panie. Zgodnie z twoją instrukcją. Jednak rozminęliśmy się z szefem Paramount, który wziął sobie urlop i wyjechał do uzdrowiska w Nevadzie. Wysłaliśmy już za nim specjalną grupę.
- Znakomita inicjatywa. - Giles wstał. Jednocześnie podnieśli się wszyscy obecni w sali. - Kontynuujemy spotkanie jutro rano. Jakiekolwiek pilne meldunki czy prośby można kierować do Jaxa. - Uśmiechnął się szerzej, spoglądając na Spike'a. - Natychmiast do mojego gabinetu, William. Porozmawiamy tam o twojej bolesnej stracie.
Jax popatrzył wrogo na Spike'a, wchodząc w przejście między rzędami, gdzie natychmiast obstąpiły go Kakchiquele, które zapewne sądziły, że ich sprawa do króla nie może czekać. Spike poczuł na sobie pełne fascynacji spojrzenie Valerie. Być może w innych okolicznościach mógłby z nią poflirtować, przespacerować się przed nią dumny jak paw. Lecz teraz łzy dopiero co wyschły na jego policzkach, strata Drusilli była jeszcze zbyt świeża.
Giles zszedł z podium i skierował się do ciężkich drewnianych drzwi, za którymi znajdował się gabinet sędziego. Otworzywszy je, stanął z boku, czekając na Spike'a. Wciąż się uśmiechał, jednak Spike przestraszył się, widząc w jego oczach niebezpieczny błysk. Dobrze pamiętał czasy, gdy Rupert Giles był jeszcze Obserwatorem, nudnym Anglikiem, który polegał bardziej na wiedzy niż przemocy, ale teraz stał się zupełnie kimś innym. To już nie człowiek, lecz istota, która odziedziczyła wspomnienia Gilesa, jego inteligencję i spryt, wykorzystując je dla własnych potrzeb.
Lecz ten król nieprzypadkowo został władcą i wodzem tysięcy wampirów.
Ta myśl nieco uspokoiła Spike'a, gdy mijał Gilesa po drodze do pogrążonego w mroku pomieszczenia. Pokój miał zaciemnione okna, a światło trzech włączonych lamp w niewielkim tylko stopniu rozjaśniało głębokie cienie. W rogu stał szkielet sędziego Warrena Hestera, ustawiony w taki sposób, że obejmował wieszak na ubrania. Na kościach wciąż jeszcze wisiała wysuszona skóra i kępki włosów. W nocy otwierano tu okna, by wywietrzyć pomieszczenie, lecz z upływem czasu zapach niemal całkowicie się ulotnił.
- Witam, wysoki sądzie - powiedział Giles do szkieletu.
Po czym odwrócił się i oparł o biurko, krzyżując ręce na piersi. Spoglądał współczująco na Spike'a jarzącymi się pomarańczowo oczami. To współczucie było równie fałszywe jak maska dobroduszności, którą zawsze przywdziewał.
- Masz jeszcze papierosa? - spytał.
Zaskoczony Spike uniósł brew, wzruszył ramionami i wyjął paczkę z kieszeni. Poczęstował Gilesa, podał mu ogień, wreszcie zamknął klapkę zapalniczki i wsunął ją wraz z papierosami z powrotem do kieszeni.
Giles zaciągnął się mocno, trzymając papierosa między palcami, po chwili jednak opuścił rękę z dyndającym papierosem i oparł się wygodniej o biurko.
- Wiesz dobrze, Spike, jak ważna była dla mnie Drusilla - powiedział. Na papierosie utworzył się już dość długi walec popiołu, jednak Giles nie wdychał już dymu. - Szczerze mówiąc, nie podoba mi się to, że rzucasz pod moim adresem oskarżenie, czynisz mnie odpowiedzialnym za jej śmierć. Po co miałbym coś takiego zrobić?
Trochę rozdrażniony, naburmuszony Spike wbił wzrok w podłogę.
- Nie twierdzę, że uczyniłeś to celowo. Ale zobacz tylko: prowadzisz grę z tą dziewczyną. Ja zawsze uważałem, że zamknięcie Buffy w celi to znakomity pomysł. Nie zabijasz jej, a oni nie zaczynają sposobić do walki nowego Pogromcy. Ale przecież ona uciekła, prawda? Nie wiem, czy to było najszczęśliwsze rozwiązanie, by umieścić razem z nią w celi tę nową, młodą spryciarę, która pojawiła się, gdy skończyłem z Faith. To był błąd, ale teraz nic już na to nie można poradzić. W porządku. Można jednak było pochwycić Buffy pięć minut po ucieczce albo wtedy, gdy przedzierała się do Sunnydale. A ty kazałeś im czekać. Co więcej, zostawiłeś dla niej tę cholerną kuszę.
Na twarzy Gilesa pojawił się cień uśmiechu.
- Wiedziałeś o tym?
Spike wzruszył ramionami.
- Widziałem, jak z nią wychodzisz. Dwa plus dwa daje zawsze cztery. Wtedy myślałem, że po prostu bawisz się nią. Potrafię to zrozumieć. Kiedyś była twoją dziewczyną, w jakiś sposób byłeś dla niej ojcem, podobnie jak dla mnie był nim Angel. Nie stworzył mnie, ale nauczył wszystkiego i dzięki niemu jestem teraz właśnie taki. A ty nauczyłeś wszystkiego Buffy. Więc może troszkę się z nią zabawiasz, dajesz jej nieco swobody, lecz nie wypuszczasz jej. - Spike zdjął okulary i spojrzał hardo na Gilesa. - Nie powinieneś jej pozwolić, by szalała po okolicy, zabijając twoich najlepszych żołnierzy. Harmony była idiotką, ale znakomicie walczyła. Matthias i Astrid to elita Kakchiqueli, jakie przybyły tu z Camazotzem. A Dru… - Głos mu się załamał. - Powinienem tam być! - krzyknął na Gilesa, który przypatrywał mu się beznamiętnie. - Rozproszyłeś nas, ale jestem pewien, że wiedziałeś, co zrobi Buffy. W końcu wszystkiego sam ją nauczyłeś, prawda? Kto wie o tym lepiej niż ty? Zapewne przewidziałeś każdy jej ruch. Bawiłeś się nią, ale dałeś jej zbyt wiele swobody, przez co teraz Drusilla nie żyje.
Giles wolno i z powagą pokiwał głową.
- To prawda - rzekł. - Sama prawda. Zawsze byłeś niedoceniony, Spike. Jesteś o wiele bardziej spostrzegawczy, niż to się wszystkim wydaje.
Spike pokręcił głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie oczekiwał, że Giles po prostu przyzna mu rację i przyjmie odpowiedzialność za śmierć Drusilli.
Król wampirów zatoczył duże koło oczami.
- Spike, daj spokój! - zawołał sfrustrowany. - Co, według ciebie, mam z tym zrobić? Przykro mi, że Dru nie żyje. Naprawdę. Zawsze była źródłem wielkiej radości. Najlepszym. A jej wizje, jeśli tylko nie wynikały z paranoidalnych stanów, także okazywały się niezwykle pomocne. Lecz ona nie żyje. Więc co teraz? Chodzisz nadąsany jak pięciolatek, a może potem pojedziesz do Grecji albo Brazylii, żeby wylizać się z ran? Jeśli tylko chcesz, daję ci wolną rękę.
Spike skrzywił się. Czuł gotującą się w nim złość, tak ogromną, jakiej nigdy dotąd nie doświadczył. To nie było jedynie cierpienie wywołane bolesną stratą, pustka w duszy, z której została wyrwana jego miłość do Dru. Podchodził do tego nawet jeszcze bardziej emocjonalnie, osobiście. Spędził ponad sto lat, udowadniając swoją wartość po tym, jak Angelus i Darla zdyskredytowali go. Zabił więcej Pogromców niż jakikolwiek inny znany mu wampir. Lecz Giles odsunął go na bok, jakby w ogóle nie miał znaczenia.
- Powiem ci, co masz zrobić - warknął Spike. Złość wykrzywiła mu twarz, kły wydłużyły się, łuki brwiowe ściągnęły jak u bestii. - Zbierzesz bandę jak w westernie, tylu najwierniejszych poddanych, ilu tylko możesz szybko zwołać pod swoje rozkazy, wyśledzisz ją i zabijesz, zanim ona narobi jeszcze więcej szkody. A może już nie pamiętasz, że Buffy ma zwyczaj zatruwać nam życie?
Giles poruszył nerwowo górną wargą. Tylko jeden raz. Potem spojrzał gdzieś w bok i odruchowo sięgnął do twarzy, jakby chciał zdjąć okulary. Zatrzymał dłoń i zacisnął ją w pięść, po czym opuścił rękę. Spike ze zdumieniem obserwował to dziwne zachowanie - jakby Giles na chwilę zapomniał, że nie nosi już okularów. To jakby echo instynktownych, nerwowych zachowań, które przejawiał, gdy był jeszcze człowiekiem. Żywym, prawdziwym Gilesem.
- Ty wcale nie chcesz jej zabić, prawda? - spytał zdumiony Spike. - Co się z tobą stało? Zmiękłeś?
Zdawało się, że przez ciało Gilesa przebiegł dreszcz. Pochylił się nieco, spoglądając na Spike'a spod ciężkich powiek. Jego twarz się zmieniła. Teraz wyglądał jak potwór - wywinął wargi, obnażając długie kły. Powoli wykonał krok w stronę Spike'a.
- Masz dla mnie pewną wartość, Spike. Dlatego dałem ci trochę swobody. Ale nic ponadto.
Spike chciał zaprotestować, lecz Giles okazał się zbyt szybki. Szybko schwycił go za gardło. Uniesiony w powietrze Spike zaczął bić Gilesa po głowie i ramionach, usiłując wyzwolić się z uścisku władcy, który po chwili uderzył go mocno czołem. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, trzask łamanej kości, wreszcie Giles rzucił przeciwnika na biurko.
- Nie ty tu zadajesz pytania! - ryknął, kopiąc Spike'a w żebra. Raz, drugi, trzeci.
Znowu pękały kości.
- Ktoś musi to zrobić - warknął Spike. Poczuł nagły przypływ odwagi. A może to była po prostu głupota? Próbował wstać. Giles złapał go za klapy marynarki i rzucił nim z całej siły o wieszak i sąsiednią ścianę. Szkielet sędziego rozsypał się po podłodze.
Kiedy Spike podniósł wzrok, Giles stał tuż nad nim. Po chwili władca wampirów wymierzył mu potężnego kopniaka w twarz, łamiąc kość policzkową leżącego.
- Ty skurwielu! - wycharczał Spike.
Giles przykucnął. Znowu przywdział maskę dobrodusznego człowieka. O dziwo, ten widok jeszcze bardziej przeraził Spike'a.
- To, czym jest, zawdzięcza mnie, tak jakby była moją córką. Jest doskonalszą istotą, skuteczniejszym drapieżnikiem niż którykolwiek z mych poddanych. Chciałem znowu zobaczyć piękno i płynność rytmicznych ruchów, aby się przekonać, że nadal jest w pełni sprawna.
Spike otarł usta wierzchem dłoni, na której została smuga krwi.
- Tak, cudownie - mruknął. - Wszystko przebiega zbyt sprawnie, zgodnie z twoimi oczekiwaniami, więc postanowiłeś zmącić ten piękny obraz. Widziałem to milion razy. Nawet sam to robiłem. Zwycięstwo nie daje przyjemności, jeśli nie ma kogo pokonać. Lecz to jest głupota.
Giles kopnął go w brzuch, po czym schylił się, by podnieść połamany wieszak. Po chwili odwrócił się i odszedł kilka kroków, jakby Spike był jedynie odrażającym szczurem, którym nie warto sobie zaprzątać myśli.
- Bawię się z nią. Dla mojej własnej przyjemności. To nie twoja sprawa, lecz jeśli musisz wiedzieć, absolutnie nie zamierzam jej zabijać. Nie chciałem, żeby uciekła, lecz teraz, gdy wydostała się na wolność, już nie pozwoli się pochwycić żywcem. Chcę się przekonać, czy nadal jest śmiertelnie niebezpieczna. Wydaje się, że czas spędzony w celi jeszcze bardziej ją wzmocnił. Buffy Summers to zabójca doskonały. Wyobraź sobie, czego by dokonała, gdybym przekabacił ją na naszą stronę.
Spike szeroko otworzył zdumione oczy. Trzymając się za bolące, połamane żebra, stanął na nogi.
- Chcesz z niej zrobić wampirzycę?
Giles uśmiechnął się do niego słodko.
- Oczywiście. Każde inne rozwiązanie byłoby ogromnym marnotrawstwem, nie sądzisz? Poza tym muszę znaleźć kogoś na twoje miejsce.
- Co… - zaczął Spike.
Jednak nie dane mu było dokończyć. Giles w okamgnieniu doskoczył do niego z kawałkiem wieszaka w dłoni, który ze świstem opadł na czaszkę Spike'a. Uderzony cofnął się chwiejnie, podnosząc ramiona, aby się bronić. Następny cios metalową rurką złamał mu prawą rękę.
- Nie! - krzyknął Spike.
- Muszę dać dobry przykład - odparł zimno Giles. - Szkoda, że okazałeś się taki porywczy.
Król wampirów uderzył Spike'a wieszakiem w brzuch, po czym pchnął go mocno w kierunku okna. Ciemna szyba roztrzaskała się, a Kakchiquel wyleciał prosto w światło dnia. Spadł trzy kondygnacje w dół, wijąc się w powietrzu, starając się kontrolować swój upadek. Uderzeniem o chodnik wywichnął sobie bark. Połamane żebra wbiły się w płuca, powodując straszny ból. Na kilka sekund stracił przytomność.
Jego ubranie zaczęło dymić, całe ciało zaczęły obejmować małe płomienie. Spike palił się.
Oczy wyszły mu z orbit. Wrzasnął ze złości i bólu. Nie bez trudu wstał, po czym ruszył biegiem ku wejściu do podziemnego garażu.
Obłudny drań, pomyślał, zanurzając się w chłodnym mroku podziemia, gdzie nie dochodził blask słońca. Dłonią przyklepywał sobie włosy i ubranie, aby zdusić ogień. Kluczyki grzechotały w jego kieszeni.
Starego Spike'a nie da się tak łatwo zabić.


Giles cofnął się w cień na tyle szybko, że promienie słoneczne, wdzierające się przez wybitą szybę, tylko lekko go oparzyły. Na twarzy i dłoniach czuł ciepło, ale to po chwili przeminie. Oczywiście, okno trzeba będzie wymienić. Mógł kazać po prostu zabić je deskami, lecz pomyślał, że jego upodobanie do symbolicznego malowania okien mogło w końcu osłabnąć. Nie, tym razem chciał mieć prawdziwe okno z szeroką drewnianą ramą i ciężkimi zasłonami, które skutecznie odcinałyby zewnętrzne światło. W ten sposób, jeśli kiedyś wejdzie do tej sali po zmroku, będzie mógł popatrzyć na gwiazdy.
Wiedział, że Spike zapewne przeżył upadek. Jednak pomimo całego zuchwalstwa wcale nie należał do grona najodważniejszych. Zawsze najwyżej cenił sobie własny tyłek. Bez Drusilli, która nieustannie mu towarzyszyła jak wierny szczeniak, zapewne powarczy trochę i odejdzie, zacznie się miotać po świecie, a potem wróci za dziesięć czy piętnaście lat i będzie się puszył jak kogucik.
Gdyby tak zrobił, Giles zapewne przyjąłby go do swojego stada. Do tego czasu zostałby już odpowiednio ukarany. Poza tym był użyteczny. Jego legenda miała w sobie więcej niż on sam, jednak mimo wszystko Spike był znakomitym myśliwym, rezolutnym strategiem, jeśli się tylko postarał. Może działał nieco zbyt emocjonalnie, lecz Giles również miewał podobne stany.
Znowu pomyślał o Buffy i uśmiechnął się sam do siebie. Nigdy jeszcze nie spotkał istoty równie prężnej, niezniszczalnej. W głębi serca żałował, że udało się jej uciec dopiero po tylu latach, chociaż bardzo pokrzyżowała im szyki. A teraz, gdy była na wolności, radowała go każda dokonana przez nią rzeź.
Zawsze traktował ją jak córkę. A niedługo stanie się nią naprawdę. Dzięki jego krwi.
Ostrożnie, unikając słonecznego światła, Giles podszedł do narożnika pokoju, gdzie leżały rozrzucone kości sędziego Hestera. Zaczął je układać, pogwizdując wesoło, rozmyślając o nadchodzącym wieczorze i krótkiej wyprawie, jaką zamierzał odbyć.
Wyprawie na południe.