Dziennik Anais Nin t. I

  • Autor: Nin, Anais
  • Dostępność: Brak
  • 39,90 zł
  • Niedostępny

Anais Nin - kobietai pisarka, czy może najpierw pisarka, a potem kobieta?. W jej przypadku jedno z drugim jest tak silnie związane, że trudno określić, co z czego wypływa: pisanie z płciowości czy na odwrót.
Dla Anais Nin poza miłością i literaturą świat mógł nie istnieć, jakby żyła zawieszona w próżni, bez polityki, przemian społeczno-obyczajowych, bez zmagań z szarą materią bytowania - jest tylko ona i ludzie, którzy na chwilę lub trochę dłużej weszli w jej życie. I wtedy ona ich opisuje, ale za to jak! Obserwuje człowieka z miłością, chce go poznać do końca, zrozumieć, pokochać i posiąść - czasami emocjonalnie, a czasami fizycznie.
Jej sposób narracji to zapis strumienia myśli, z licznymi skojarzeniami, ale dzięki temu autentycznego - tak właśnie postrzegamy wszechświat, tylko nie mamy odwagi w ten sposób go opisywać. Ona nic nie łagodziła, czasami błądząc w rejonach przez nikogo wcześniej nieopisanych, ale dzięki temu jej dziennik to literatura, która opiera się upływowi czasu. I choć to proza, jest w niej potężna dawka poezji, misterium kobiecości zamknięte w dwóch niezwykłych słowach: Anais Nin.
                                      [Opracowanie i wstęp: Gunther Stuhlmann]

"Jedne z najbardziej niezwykłych dzienników w historii literatury... Anais Nin zapewniła już sobie miejsce we współczesnej literaturze, a ta książka jeszcze je umacnia".
                                                                     "Los Angeles Times"

Rok wydania: 2004
Stron: 440
Oprawa: broszura
Format: 135/205
Pakowanie: 18
Tłumacz: Barbara Cendrowska

Fragment tekstu:

WSTĘP
Przez ponad trzy dziesięciolecia zakrojony na wielką skalę dziennik, czy też pamiętnik Anaďs Nin, był przedmiotem licznych pogłosek, plotek i domysłów. Od wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku, gdy autorka po raz pierwszy pokazała fragmenty tych zapisków najbliższym przyjaciołom i znajomym w Paryżu, rozeszła się wieść, że to jeden z najbardziej niezwykłych dokumentów literackich stulecia. W często cytowanym artykule, opublikowanym w 1937 roku na łamach angielskiego pisma "Criterion", Henry Miller wyraził opinię, że dziennik "stanie w jednym szeregu z wyznaniami św. Augustyna, Petroniusza, Abélarda, Rousseau, Prousta". Inni, którzy przez lata byli świadkami rozrastania się owego diariusza do jego obecnych rozmiarów - w sumie 150 tomów, na które złożyło się 15 000 stron maszynopisu - dołączali swoje głosy do coraz bogatszej legendy, jaką obrastało to niezwykłe przedsięwzięcie literackie, dzieło całego życia autorki.
Sama Anaďs Nin często stwierdzała, że jej opublikowany dorobek artystyczny - pięć powieści, składających się na powieść rzekę Cities of the Interior, a także inne jej książki i opowiadania - są zaledwie odpryskami dziennika i że jej prawdziwe życie, jako pisarki i kobiety, zawiera się na stronicach owego pamiętnika. "W dzienniku słowa wypływają mi potoczyście spod pióra" - pisała ponad trzydzieści lat temu. "To, co piszę poza nim, to treści rozrzedzone, mit, wiersz". Gdy jedno z jej wczesnych dzieł literackich wzbudziło spory, zanotowała w dzienniku: "Czasami po rozmowach z czytelnikami mam wrażenie, że wszystkiego, o co mnie proszą, dokonałam tutaj, w pamiętniku, tu pokazuję swe prawdziwe ja, jestem namiętna i dynamiczna".
Wiele domysłów na temat tego obrosłego legendą dzieła bez wątpienia brało się stąd, że Anaďs Nin wiodła życie intensywne i bogate, poruszała się swobodnie i czasami tajemniczo w kosmopolitycznym świecie międzynarodowej sztuki i kręgów towarzyskich. "Największej radości przysparzają mi przyjaźnie, związki międzyludzkie i podróże" - stwierdziła. "W każdym mieście obracam się pośród pisarzy, malarzy, muzyków, tancerzy i aktorów". Urodzona w Neuilly (przedmieście Paryża), jako dziecko towarzyszyła sławnemu ojcu, hiszpańskiemu kompozytorowi i pianiście, Joaquinowi Nin we wspaniałych trasach koncertowych po Europie. Będąc młodą dziewczyną, uciekła z ubóstwa swego domu w Nowym Jorku, gdzie jej urodzona w Danii matka utrzymywała się z wynajmowania pokojów. Anaďs poszybowała w zaczarowane ogrody swoich fantazji, stając się modelką artystów, później wykonywała też tańce hiszpańskie. Gdy w latach trzydziestych stawiała pierwsze kroki na drodze pisarskiej, weszła na powrót w kręgi intelektualne i towarzyskie Paryża. Zachwycili ją Proust, Lawrence i Giraudoux, znalazła się też pod ich wpływem. W 1929 roku osiadła w Louveciennes, gdzie - podobnie jak po wybuchu drugiej wojny światowej w pracowni Anaďs na obrzeżach nowojorskiej Greenwich Village - zbierali się liczni "nieznani", a potem "słynni" twórcy. Lista osób, które pojawiają się na kartach dziennika, przedstawia w istocie imponujący przekrój literackiego i artystycznego życia ostatnich czterdziestu lat ubiegłego stulecia.
Ale ci, którzy będą szukać obrazków z prywatnego życia znanych postaci, nieskrępowanych wyznań osoby znajdującej się w środku tego świata, bez wątpienia doznają rozczarowania tak długo oczekiwaną publikacją tych fragmentów dziennika. Anaďs Nin opisuje dogłębnie, i czasami z zaskakującą szczerością, swe związki, przyjaciół i znajomych, "słynne" i "zwykłe" osoby, które pojawiły się na jej ścieżce. Odsłania swe prawdziwe ja, jest namiętna i dynamiczna. Ale nie zamierza oddawać się literackiemu plotkarstwu. Nie pokazuje nam literackiego życia "przez dziurkę od klucza".
Prawdziwe znaczenie, wyjątkowość jej dziennika, kryje się gdzie indziej, "objawienie", jakie stanowi jej dzieło, jest odmiennego rodzaju. Bez wątpienia Anaďs Nin ukazuje wiele ważnych i cennych, biograficznych i autobiograficznych szczegółów, pogłębiających naszą wiedzę o opisywanej epoce artystycznej; z uderzającą wnikliwością przedstawia i uwiecznia portrety ludzi, rozmowy, zdarzenia. A jednak w sumie nie ma większego znaczenia, że dobijający się o uznanie pisarz to Henry Miller, że udręczony poeta, który się jej zwierza, to Antonin Artaud, pomysłodawca "teatru okrucieństwa", czy że jej psychiatrą jest dr Otto Rank. Jej dziennik stał się "objawieniem" dlatego, że na jego stronicach po raz pierwszy znajdujemy namiętny, szczegółowy i wyrazisty zapis podróży nowoczesnej kobiety w poszukiwaniu swego ja.
"To, co mam do powiedzenia" - pisze autorka - "nie jest wyznaniem artystki ani manifestem jej sztuki.  Musi przemówić  kobieta. I przemówić winna nie tylko kobieta Anaďs, ale to ja muszę zabrać głos w imieniu licznych kobiet. Gdy odkrywam swe wnętrze, czuję się zaledwie jedną z wielu, symbolem. Zaczynam rozumieć kobiety minionego czasu i teraźniejsze. Milczące istoty z przeszłości, niepotrafiące się wypowiedzieć, które szukały ucieczki w niemych przeczuciach, oraz kobiety dzisiejsze, w całości wyrażające się w działaniu, kopie mężczyzn. I ja, pośrodku…"
I rzeczywiście, dziennik Anaďs Nin jest czymś więcej niż poletkiem doświadczalnym rodzącej się pisarki, choć zawsze ma ona świadomość artystycznego problemu, "co włączyć, co powiedzieć, jak to powiedzieć". Wykracza on poza granice notatnika utrwalającego pomysły, marzenia i doświadczenia, choć - jak stwierdziła autorka - wiele jej świadomej twórczości literackiej czerpie ze stronic dziennika. Pamiętnik ten wybiega poza ramy zapisu mijających dni, rozmów, spotkań, choć pisarka opisuje je z plastyczną żywością. Dzieło Nin to dziennik pokładowy podróży przez labirynt własnej jaźni, wysiłku autorki, by odnaleźć i określić kobietę Anaďs, rzeczywistą i symboliczną, która balansuje "pomiędzy" działaniem i kontemplacją, zaangażowaniem i nakazami instynktu samozachowawczego, uczuciem i intelektem, marzeniami i rzeczywistością i która czasami traci wiarę w jakąkolwiek możliwość pogodzenia tych zasadniczo odmiennych czynników.
W dzienniku znajduje się zapis, dokonany w połowie lat trzydziestych, który może wyjaśniać nie tylko stosunek Nin do świata "zewnętrznego" - do nadciągających politycznych i gospodarczych burz, które, ku niemałemu zdumieniu jej krytyków, nie znalazły bezpośredniego odzwierciedlenia w twórczości Anaďs - ale także podstawową, fundamentalną funkcję samego dziennika. "Ludzie wpadają w rozpacz" - pisała - "gdyż usiłują znaleźć uniwersalne znaczenie całości życia, a w końcu stwierdzają, że jest ono absurdalne, nielogiczne, pozbawione sensu. Nie ma jednego potężnego, kosmicznego znaczenia, wspólnego wszystkim, istnieje tylko znaczenie, które każdy z nas nadaje swemu życiu, znaczenie osobiste, indywidualny motyw, jak poszczególna powieść, książka dla każdego z osobna. Poszukiwanie całościowej jedności jest błędem. Właściwe wydaje mi się nadawanie swemu życiu tak dużego znaczenia, jak to tylko możliwe. I tak, nie opowiadam się za żadnym ruchem politycznym, każdy bowiem pełen jest fanatyzmu i niesprawiedliwości, ale w obliczu każdej ludzkiej istoty zachowuję się demokratycznie, szanując jej człowieczeństwo. Każdemu oddaję to, co mu się należy. Nie baczę na przynależność klasową ani zgromadzone dobra. Darzę szacunkiem zalety ducha, cechy każdej ludzkiej istoty i jej potrzeby na tyle, na ile zdolna jestem je zaspokoić. Gdybyśmy wszyscy razem zachowywali się tak, jak ja to robię w swoim przypadku, nie byłoby wojen ani nędzy. Czuję się osobiście odpowiedzialna za los każdego człowieka, który znalazł się na mojej drodze".
Dziennik jest książką Anaďs Nin. Jest życiem, które stworzyła, filtrem, przez który przesącza swe doświadczenie, układając je w obdarzone znaczeniem wzorce. Jest także jej tarczą i konfesjonałem.
Dziennik narodził się na statku, którym Anaďs Nin, jej matka i dwóch braci przypłynęli z Hiszpanii do Ameryki. W wieku jedenastu lat Anaďs już owładnięta była tym, co później nazwała "bezpośrednią świadomością", zarazem "straszliwą i bolesną". Jej ojciec, którego uwielbiała od maleńkości, opuścił rodzinę, obdarzając względami bardzo młodą kobietę. Początkowo Anaďs usiłowała go odzyskać. "Pamiętnik zaczęłam pisać jako dziennik podróży, by uwiecznić wszystko dla mojego ojca. W istocie był to list, aby ojciec mógł podążyć za nami do obcego kraju, mieć o nas wieści". Ale "list" nigdy nie został wysłany (matka powiedziała jej, że się zagubi) i dziennik stał się zarazem "wyspą, na której znajdę schronienie, gdy wyląduję na nieznanej ziemi, będę pisała po francusku, snuła swe myśli, dochowywała wierności swej duszy, sobie".
Z dala od ojca, swego europejskiego dzieciństwa, nakazów i zakazów hiszpańskiego katolicyzmu, które dawały jej oparcie we wczesnych latach życia, zmuszona przystosować się do nowego kraju, nowego języka, Anaďs Nin rychło zyskała poczucie własnej odrębności. "Kochany dzienniku" - pisała wówczas - "mówi do ciebie Anaďs, a nie ktoś, kto myśli tak, jak wszyscy powinni myśleć. Kochany dzienniku, miej litość nade mną, ale mnie słuchaj".
Gdy pełna fantastycznych pomysłów dzierlatka rozkwitła w niezwykle żywotną młodą kobietę, "owładniętą gorączką wiedzy, przeżyć i chęci tworzenia", Anaďs Nin zaczęła też budować swój "wizerunek", osobowość na użytek publiczny, który pozwolił jej stawić czoło światu. Wyczucie dramatyzmu, wyobraźnia, którą odznaczała się od dziecka, teraz utwierdziły się - instynktownie, ale i świadomie - w dorosłym życiu. Niczym postaci z jej twórczości - jak Sabina ze Szpiega w domu miłości, całym sercem oddała się odgrywaniu "ról", które, jak uznała, jej przypadły: córki, żony, artystki, czarodziejki, członkini cyganerii, przyjaciółki, stróżki i tym podobnych - zaspokajała oczekiwania i żądania, które inni wobec niej wysuwali.
"Zawsze były we mnie" - odnotowała trzeźwo w wieku dwudziestu dziewięciu lat - "przynajmniej dwie kobiety, jedna zrozpaczona i oszołomiona, która czuje, że tonie, i druga, żwawo wkraczająca do akcji, jakby wskakiwała na scenę. Ona skryje swe prawdziwe emocje, gdyż są to słabości, bezradność, rozpacz, i ukaże światu tylko uśmiech, zapał, ciekawość, entuzjazm, zainteresowanie".
Podczas gdy świat z zafascynowaniem przyglądał się wesołej, czarującej, inteligentnej, tajemniczej Anaďs, druga tkwiąca w niej kobieta - nieśmiała, silna, praktyczna, spostrzegawcza, wyobcowana, dziecinna - domagała się na kartach dziennika, by ją zauważono. Tu zbierała się w całość jej pokawałkowana osobowość, tu pisarka chroniła się przed wymogami życia.
"Dziennik jest moim narkotykiem, haszyszem i fajką opium. Nad nim wpadam w trans, to moja ułomność. Zamiast pisać powieść, rozsiadam się nad tym zeszytem z piórem w ręce i rozkoszuję się grą promieni świetlnych… Muszę na nowo przeżyć swoje życie w marzeniu. Marzenie jest moim jedynym żywotem. Widzę w echach i odbiciach przeobrażenia, które jako jedyne zachowują czystość zadziwienia. Poza nimi ginie cały czar. Poza nimi życie ukazuje swe zniekształcenia i przytulność zmienia się w rdzę… Cała materia musi się stopić w ten sposób poprzez soczewkę mej ułomności, bo inaczej rdza życia spowolni mój rytm do szlochu".
Czasami uświadamia sobie, że jej ucieczka w dziennik brzemienna jest niebezpieczeństwem ("Pętasz mnie jako artystkę") i obawia się, że "rozmawiając z tym przyjacielem być może marnuję życie". Ogarniało ją poczucie oddzielenia i rozpaczy, wywołane wątpliwościami, czy kiedykolwiek zdoła spoić rozmaite aspekty swej osobowości w znaczącą całość. Ten stan ducha kazał jej nawet poddać się psychoanalizie, lecz nawet wówczas nie chce obywać się bez swej kuli, bez swego dziennika.
"Żałuję tylko, że wszyscy chcą pozbawić mnie pamiętnika" - napisała w czerwcu 1933 roku - "który jest mym jedynym niezawodnym przyjacielem, jedynym, dzięki któremu życie staje się znośne, gdyż rzadko zdarza mi się czerpać szczęście z obecności innych ludzi, wyjątkowo tylko mam ochotę na zwierzenia i wystarczy najmniejsza oznaka braku zainteresowania, bym zamilkła. Pisząc dziennik, czuję się swobodnie".
Twardo trzyma się swego diariusza. Nosi go ze sobą niczym talizman. Pisze w pociągach, przy kawiarnianych stolikach, czekając na umówione spotkanie i gdy tylko powraca z wycieczki do "życia", kieruje się ku swemu dziennikowi. "Soczewka ułomności" nie tylko pozwala jej filtrować przeżycia ("Gdy piszę później, dostrzegam znacznie więcej, rozumiem lepiej, rozwijam się i wzbogacam"), ale przydaje to też jej pisaniu rzadkiego poczucia bezpośredniości.
"Coraz bardziej żyję chwilą obecną. To, co przypominam sobie później, nie wydaje mi się prawdziwe. Odczuwam wielką potrzebę prawdy. To zapewne ten przymus natychmiastowego zapisu skłania mnie do utrwalenia moich przeżyć niemal natychmiast, gdy ich doświadczam, zanim ulegną one zmianie z powodu odległości czy upływu czasu".
Ta żywiołowa świeżość, połączona ze wzbogacającą refleksją pisarki, zadecydowała o cudownie naturalnym, potoczystym stylu dziennika ("Pisanie dla wrogiego świata zniechęca mnie. Pisanie do dziennika daje mi złudzenie błogiej aury, której potrzebuję, by rozkwitnąć"), ale do pewnego stopnia wpłynęła na to również natura materiału. W eseju On Writing ("O pisaniu"), opublikowanym w 1947 roku, Anaďs Nin stwierdziła: "Dziennik nauczył mnie, że ludzie najbardziej odsłaniają się w chwilach kryzysu emocjonalnego. Nauczyłam się wybierać chwile podwyższonej uczuciowości, gdyż wówczas prawda ukazuje się w całej pełni".
Anaďs Nin namiętnie poszukiwała prawdy, odrywała wiele warstw postaci w pogoni za złudnym rdzeniem człowieka, lecz te praktyki często uznaje za bolesne i niebezpieczne. "Rani mnie ujawnianie moich sekretów". Jako kobieta nuży się krańcowym odsłanianiem swego ja. "Brak tajemnicy jest zabójczy dla życia". Nawet gdy postanawia pokazać ojcu, którego ujrzała ponownie w 1933 roku, fragmenty przeznaczonych dlań swych dziecinnych zapisków, dręczą ją wątpliwości. "Obecnie" - napisała w liście do niego - "mam ochotę złożyć broń jako pisarka. Nagle zdało mi się potworne obnażanie swoich uczuć, nawet tych przeszłych, nawet tych wygasłych".
Wielu przyjaciół i wielbicieli przez lata namawiało ją, by zaczęła publikować to, co uznali za prawdziwe dzieło jej pisarskiego żywota - patrz, na przykład, powtarzające się wzmianki Henry'ego Millera w Letters to Anaďs Nin ("Listach do Anaďs Nin") (Putnam, 1965). Autorka wszakże wahała się, nie chcąc odsłaniać sekretów prywatnego życia, przez wzgląd na przeszkody prawne, a wreszcie ogromną objętość rękopisu, z powodów finansowych uniemożliwiającą chronologiczne, całościowe wydanie. I tak oryginalny rękopis pozostał w żelaznych kasach ogniotrwałych Anaďs, najpierw we Francji (gdzie w zamieszaniu pierwszych dni II wojny światowej cały dziennik zaginął na jakiś czas, na wiejskiej stacyjce kolejowej), a potem w Stanach Zjednoczonych. Maxwell Perkins, redaktor, który borykał się ze skrzyniami rękopisów Thomasa Wolfe'a, zaproponował kiedyś Anaďs, by zrobić jednotomowy skrót dziennika, lecz szybko zmienił zdanie, twierdząc, że niczego nie należy wycinać. Niestety, na publikację całości dzieła, nawet dzisiaj, nie ma najmniejszych widoków. Możemy tylko żywić nadzieję, że nadejdzie dzień, gdy pamiętnik, od pierwszej do ostatniej strony, zostanie udostępniony szerokiej publiczności. Na razie musimy zadowolić się okrojoną wersją. Bądźmy wdzięczni i za to.
Niniejszy tom, pierwszy z planowanej serii, a stanowiący wyimek całości, rozpoczyna się w 1931 roku, gdy miała się ukazać pierwsza książka Anaďs - ocena spuścizny literackiej D.H. Lawrence'a, która zwróciła uwagę czytelników na pisarski talent autorki. Taki punkt wyjścia wydaje się logiczny. Relacja urywa się zimą 1934 roku, gdy młoda kobieta wyjeżdża z Paryża, skąd dociera na krótko do Nowego Jorku. Tekst ten obejmuje mniej więcej połowę materiału, zawartego w dziesięciu tomach oryginału (od nr 30 do nr 40), przedstawiających ów okres. Przygotowując powyższe fragmenty do druku, Anaďs i redaktor dalej musieli brać pod uwagę pewne względy osobiste i prawne, nieodłącznie związane z charakterem dziennika jako gatunku. Kilka wymienionych tam postaci, postawionych wobec pytania, czy chcą, by pozostawić ich portrety takimi, jak nakreśliła je autorka - gdyż Anaďs nie chciała zmieniać zasadniczej istoty swego opisu - wolało, by całkowicie usunięto z publikacji wszelkie o nich wzmianki. Tak zdecydował mąż pisarki oraz kilka osób spośród jej rodziny. Nazwiska paru marginesowych osób usunięto bądź zmieniono, gdyż - jak czytelnik niebawem sam będzie miał okazję się przekonać - faktyczna ich tożsamość nie ma znaczenia dla wymowy dziennika. Prawda portretów, które wyszły spod pióra Anaďs Nin, jest natury psychologicznej. Daty, podane w nawiasach przez redaktora, mają jedynie wskazać na upływ czasu (albo poinformować, kiedy miało miejsce konkretne wydarzenie) i nie zawsze odpowiadają licznym datom wymienionym w oryginale, gdzie retrospektywne zapiski czasami zakłócają faktyczną chronologię oryginału. Pewne wyjątki z wcześniejszych pamiętników, które Anaďs napisała w dzieciństwie, zostały przetłumaczone z pierwotnej wersji francuskiej. Autorka przy- tacza je, by rzucić swe wspomnienia na wyrazistsze tło, a zwłaszcza przedstawić charakter swych stosunków z ojcem. W niniejszym tomie podano też krótką bibliografię twórczości Anaďs Nin.
"Sądzę, że literatura w znanej nam postaci umrze, już umiera" - odnotowała pisarka przed wieloma laty w swym dzienniku. A jednak tworząc pamiętnik, obdarzyła nas akurat nowym rodzajem literatury, szczególnym, wyrazistym zapisem swej indywidualnej przeszłości, która - dzięki swojej wiekuistej, powszechnej mocy - ukazuje nam konspekt naszej własnej przyszłości. "Wylądujemy na księżycu" - napisała Anaďs Nin. "To niezbyt daleko. Dużo dalszą podróż musi odbyć człowiek chcący zagłębić się w sobie".

Nowy Jork             Gunther Stuhlmann październik 1965


Dziennik ANAĎS NIN
[Zima 1931-1932]
Louveciennes przypomina wioskę, w której mieszkała i zmarła pani Bovary. To mieścina stara, nietknięta i nienaznaczona piętnem współczesnego życia. Zbudowano ją na wzgórzu, z którego roztacza się widok na Sekwanę. Nocami, jeśli powietrze jest przejrzyste, można dostrzec Paryż. Stary kościół góruje nad zbiorowiskiem małych domków, ulice brukowane są kocimi łbami, znajduje się tu kilka dużych posiadłości i rezydencji, a na obrzeżach miasteczka wyrasta zamek. Jedna z posiadłości należała do pani du Barry. Podczas rewolucji jej kochanka ścięto, a głowę wrzucono przez porośnięty bluszczem mur do ogrodu królewskiej metresy. Teraz dobra te są własnością Coty'ego.
Cała okolica porośnięta jest lasem, w którym niegdyś polowali królowie Francji. Większość majątków w Louveciennes znajduje się w posiadaniu bardzo tłustego i bardzo starego skąpca. To skąpiec balzakowski. Waha się przed koniecznością poniesienia każdego wydatku, dokonania każdej naprawy, toteż domostwa niszczeją do cna od rdzy, deszczu, chwastów, przecieków, zimna.
Przez okna wiejskich domów stare kobiety przypatrują się przechodniom. Wyboista ulica schodzi do Sekwany. Nad jej brzegiem stoją knajpa i restauracja. W niedziele przyjeżdżają paryżanie, jedzą obiad i pływają łódkami po rzece. Tak uwielbiał spędzać tu czas Maupassant.
W nocy szczekają psy. Latem w ogrodzie rozchodzi się woń kapryfolium, zimą - wilgotnych liści. Słychać gwizd małego pociągu, kursującego z i do Paryża. Ciuchcia wygląda na bardzo starą, zdaje się, że ciągle jeszcze podróżują nią bohaterowie Prousta, by biesiadować na łonie natury.
Mój dom liczy sobie dwieście lat. Ma grube na jard ściany, wielką, zieloną, kutą w żelazie bramę dla samochodów, a z boku małą, zieloną, przez którą przechodzą ludzie. Za domem znajduje się duży ogród. Od frontu biegnie wysypany żużlem podjazd, jest też basen, zamulony teraz i porośnięty bluszczem. Fontanna wyłania się niczym kamień nagrobny. Dzwon przy bramie wydaje dźwięki jak olbrzymi dzwonek krowi. Drży on i rozbrzmiewa echem jeszcze długo po pociągnięciu. Gdy dźwięczy, Emilia, hiszpańska pokojówka, otwiera dużą bramę, po czym samochody podjeżdżają pod dom, trzeszcząc na żwirze.
Pomiędzy szczeblami drewnianej kraty, pokrytej bluszczem, widać jedenaście okien. Jedną okiennicę na środku umieszczono tam tylko ze względu na symetrię, ale często snuję marzenia o tajemniczym pokoju, którego wcale nie ma za zamkniętą okiennicą.
Za domem rozciąga się ogromny, dziki ogród, porośnięty splą- tanymi roślinami. Nigdy nie lubiłam starannie utrzymanych ogrodów. Zupełnie z tyłu domu znajduje się teren urządzony w drewnie. Płynie tam strumyczek, przez który przerzucono mały mostek, zarosły bluszczem, mchem i paprociami.
Ranek zaczyna się zawsze od zgrzytu żużlu miażdżonego kołami samochodu.
Emilia otwiera okiennice, wpuszczając nowy dzień.
Wraz z chrzęstem żużlu rozlega się szczekanie policyjnego psa Banquo oraz kurant kościelnych dzwonów.
Gdy z mego okna spoglądam na dużą, zieloną, żelazną bramę, wydaje mi się ona bramą więzienną. Niesłusznie, gdyż mogę opuścić to miejsce w każdej chwili i wiem też, że ludzie nadają miano przeszkody przedmiotowi lub osobie, podczas gdy przeszkoda tkwi zawsze w człowieczej jaźni.
Mimo tej wiedzy często staję w oknie, wpatrując się w dużą, zamkniętą, żelazną bramę, jakby w nadziei, że dzięki głębokiemu namysłowi dostrzegę wewnętrzne przeszkody, zagradzające mi drogę do pełnego, bujnego życia.
Żadna ilość smaru nie wypełni reumatycznych pęknięć żelastwa, gdyż szczyci się ono historyczną, dwieście lat liczącą rdzą.
Ale mała brama, ze zwisającym z niej bluszczem niczym zmierzwionymi włosami na czole biegnącego dziecka, wiecznie uchylona, wygląda sennie i szelmowsko.
Wybrałam ten dom z wielu powodów.
Bo zdawał się wyrastać z ziemi niczym drzewo, tak głęboko był wciśnięty w stary ogród. Nie miał piwnicy, a podłoga pokojów spoczywała wprost na ziemi. Czułam, że pod dywanem znajduje się gleba. Mogłabym tu zapuścić korzenie, stanowić jedność z domem i ogrodem, jak rośliny czerpać z nich soki żywotne.
Pierwsze, co zrobiłam, to odczyściłam i przywróciłam do stanu pierwotnego basen i fontannę. Wtedy odniosłam wrażenie, że dom ożył. Fontanna była wesoła i żwawa.
Miałam poczucie, że przygotowuję się na przyjęcie nadchodzącej miłości. Winnam rozciągnąć baldachimy, rozwinąć odświętne dywany, najpierw stworzyć cudowny świat, w którym mogłabym ją umieścić, przyjąć stosownie tego honorowego gościa.
W tym nastroju przygotowań przechodzę przez dom, maluję ścianę, na której pojawiły się plamy wilgoci, zawieszam lampę tam, gdzie światło będzie rzucać balijski teatr cieni, przykrywam narzutą łóżko, kładę kłody do kominka.
Każdy pokój pomalowany jest na inny kolor. Jakby każdemu pokojowi odpowiadał odrębny nastrój: ostra czerwień - porywczości, blady turkus - zadumie, brzoskwiniowy - łagodności, zielony - wytchnieniu, szary - pracy na maszynie do pisania.
Zwykłe życie nie interesuje mnie. Szukam jedynie intensywnych doznań. Podzielam dążność surrealistów do cudowności.
Chcę być pisarką, która przypomina innym, że takie momenty się zdarzają; chcę dowieść, że istnieje nieskończona przestrzeń, nieskończone znaczenie, nieskończony wymiar.
Ale nie zawsze znajduję się w - jak go nazywam - stanie łaski. Mam dni, w których doznaję oświecenia i wstrząsa mną gorączka. Kiedy indziej muzyka w mojej głowie cichnie. Wówczas ceruję skarpetki, przycinam gałęzie, robię przetwory, poleruję meble. Ale gdy to robię, czuję, że nie żyję.
W przeciwieństwie do pani Bovary nie zamierzam zażyć trucizny. Nie jestem pewna, czy jako pisarce łatwiej mi będzie uciec od Louveciennes. Skończyłam książkę: D.H. Lawrence: An Unprofessional Study (D.H. Lawrence w oczach niefachowca). Napisałam ją w ciągu szesnastu dni. Musiałam pojechać do Paryża, by wręczyć maszynopis Edwardowi Titusowi, który ma go opublikować. Nie pojawi się w księgarniach już jutro, czego życzyłby sobie każdy autor, kiedy książka jest jeszcze gorąca, prosto z pieca, kiedy żyje w umyśle jej twórcy. Titus dał maszynopis swemu asystentowi, by go przejrzał.
Gdy tylko zaczynam jeździć zbyt często do Paryża, moja matka z dezaprobatą wygląda przez okno i nie macha mi na pożegnanie. Wygląda czasami jak staruchy, które unoszą firanki, by się na mnie pogapić, kiedy zabieram Banquo na spacer. Mój brat Joaquin bez przerwy gra na pianinie, jakby chciał stopić ściany domu.
Gdy mam złe dni, idę na spacer po torach kolejowych. Ale ponieważ nigdy nie potrafiłam odczytywać rozkładu jazdy, nigdy nie przybywam na stację o właściwej porze. Nim nadjedzie pociąg, by wybawić mnie od trudów życia, czuję się tak zmęczona, że wracam do domu. Czy to zafascynowanie możliwym wypadkiem zrodziło się wskutek dramatycznego wydarzenia z czasów dzieciństwa, kiedy to omal nie zginęłam taką śmiercią? Rodzice zatrudniali u nas w Neuilly służącą (ja miałam wtedy dwa lata, a mój brat Thorvald właśnie się urodził). Mój ojciec uwiódł ją, a potem porzucił. Zapragnęła się zemścić. Zabrała nas na spacer, po czym zostawiła wózek, i mnie obok niego, pośrodku torów kolejowych. Ale dostrzegł nas zawiadowca, a ponieważ sam miał siedmioro dzieci, ryzykując własne życie, wybiegł akurat na czas, by kopnięciem odsunąć wózek na bok, a mnie unieść w ramionach. Ta historia na zawsze zostanie w naszej pamięci. Nadal oczyma duszy widzę piętrzący się na łóżkach stos zabawek dla dzieci naszego wybawiciela.

Richard Osborn jest prawnikiem. Muszę się z nim skonsultować w sprawie praw autorskich do mojej książki o D.H. Lawrensie. Richard usiłuje być zarazem członkiem cyganerii i pracować jako prawnik w dużej firmie. Lubi wyjść ze swego gabinetu z wypchanym portfelem i udać się na Montparnasse. Stawia wszystkim kolację i napitki. Gdy jest pijany, opowiada o powieści, którą zamierza napisać. Bardzo mało sypia i często pojawia się w kancelarii następnego ranka w poplamionym i pogniecionym garniturze. Żeby odwrócić uwagę od takich szczegółów, rozprawia z jeszcze większą swadą niż zwykle, jeszcze bardziej błyskotliwie, nie pozwalając słuchaczom przerwać sobie ani odpowiedzieć, tak że wszyscy twierdzą: "Richard traci klientów. Nie może przestać mówić". Zachowuje się jak cyrkowiec na trapezie, któremu nie wolno spojrzeć w dół na publiczność. Jeśli zerknie na ziemię, spadnie. Wyląduje gdzieś między swym gabinetem a Montparnasse. Nikt nie będzie wiedział, gdzie go szukać, gdyż przed wszystkimi ukrywa swoje dwie twarze. Bywa, że śpi jeszcze w jakimś niewiadomym hotelu z nieznajomą kobietą, gdy powinien już być w swej kancelarii, a kiedy indziej pracuje do późna, podczas gdy jego przyjaciele czekają nań w Café du Dôme.
Ma w swoim repertuarze dwa monologi. Jeden wzorowany jest na rozprawie o plagiat. Wygląda na to, że całe mnóstwo ludzi zapożyczało jego powieści, sztuki, pomysły. Przygotowuje długi pozew z zamiarem wytoczenia im sprawy. "Oni" zawsze kradną mu teczkę. Jedna z jego powieści, z której dokonano plagiatu, właśnie wychodzi drukiem, a sztukę pechowego prawnika wystawiono na Broadwayu. Dlatego swej najnowszej powieści nie pokaże ani mnie, ani nikomu.
Drugi monolog dotyczy jego przyjaciela, Henry'ego Millera. Miller pisze książkę liczącą tysiąc stron, w której umieścił wszystko, co pominął w innych powieściach. Teraz skrył się w pokoju hotelowym Richarda. "Każdego ranka, kiedy wychodzę, on jeszcze śpi. Zostawiam na stole dziesięć franków, a kiedy wracam, gotowa jest następna porcja prozy".
Przed paroma dniami przyniósł mi artykuł Henry'ego Millera o filmie Buńuela Złoty wiek. Był to tekst mający siłę rażenia bomby. Przypomniał mi zdanie D.H. Lawrence'a: "Jestem człowiekiem- -bombą".
Wypowiedź Millera miała w sobie coś pierwotnego, dzikiego. Przez kontrast z pisarzami, których czytałam do tej pory, przywodziła na myśl dżunglę. To zaledwie krótki artykuł, lecz słowa rąbią jak siekiera, wybuchają nienawiścią, zdało mi się, że słyszę łoskot afrykańskich bębnów pośród ogrodów Tuileries.
Człowiekowi osłoniętemu przed burzami tego świata, wydelikaconemu duchowo, wydaje się, że żyje. Potem czyta książkę (na przykład Kochanka lady Chatterley), wyjeżdża gdzieś albo porozmawia z Richardem i odkrywa, że wcale nie żyje, lecz pogrążony jest w śnie zimowym. Objawy hibernacji są łatwo wykrywalne - pierwszym jest niepokój. Drugi symptom (kiedy hibernacja staje się niebezpieczna i może skończyć się śmiercią), to brak przyjemności. Tylko tyle. Wygląda na niegroźną chorobę. Monotonia, nuda, śmierć. Miliony tak żyją (albo tak umierają), wcale o tym nie wiedząc. Pracują w biurach. Prowadzą samochody. Wyjeżdżają na pikniki z rodzinami. Wychowują dzieci. Potem, pod wpływem napotkanej osoby, książki, zasłyszanej piosenki, następuje jakaś terapia szokowa, to ich budzi i wybawia od śmierci.
Niektórzy nigdy nie dochodzą do stanu świadomości. Przypominają ludzi, którzy w śniegu zasypiają na zawsze. Ale mnie to nie grozi, gdyż mój dom, mój ogród, moje piękne życie nie wprawia mnie w stan letargu. Zdaję sobie sprawę, że tkwię w pięknym więzieniu, z którego mogę się wyrwać tylko poprzez pisanie. A więc książkę o D.H. Lawrensie napisałam z wdzięczności, gdyż to on mnie obudził. Zawiozłam ją Richardowi, który przygotował umowy, a potem mówił o swoim przyjacielu, Henrym Millerze. Pokazał mój maszynopis Henry'emu Millerowi, który rzekł: "Nigdy nie słyszałem równie dosadnych prawd, wypowiedzianych z taką delikatnością".
- Chciałbym przyprowadzić go na kolację - rzekł Richard.
A ja się zgodziłam.
A więc delikatność i gwałtowność mają się spotkać i rzucić sobie wyzwanie.
Ten obraz przywodzi mi na myśl pracownię alchemika. Piękne kryształowe butle porozumiewają się ze sobą za pomocą systemu kruchych, kryształowych kanalików. Przez te przezroczyste fiolki widać tylko mieniące się, kolorowe płyny albo zmętniałą wodę lub dym, co sprawia patrzącemu na nie oku abstrakcyjną przyjemność estetyczną. Świadomość niebezpieczeństwa, śmiercionośnych mikstur, znana jest tylko chemikowi.
Czuję się jak dobrze wyposażone laboratorium duszy - mnie samej, mojego domu, mojego życia - w którym nie rozpoczęto jeszcze żadnego z zasady swej płodnego ani niszczycielskiego, grożącego wybuchem eksperymentu. Podoba mi się kształt butli, kolory chemikaliów. Zbieram butelki, a im bardziej wyglądem przypominają szklane naczynia używane w pracowniach alchemików, tym bardziej cieszą moje oczy.