Gormenghast

  • 83-7150-903-0
  • Autor: Peake, Mervyn
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 29,90 zł
  • Niedostępny

NAKŁAD WYCZERPANY. NIE MA MOŻLIWOŚCI ZAKUPU KSIĄŻKI.

 

 

Drugie, po książce Tytus Groan, spojrzenie na niezwykły świat zamku Gormenghast.
Opisana w sposób nadzwyczaj plastyczny ponura zamkowa sceneria mogłaby stanowić tło powieści gotyckiej, ale Gormneghast nią nie jest; brak tutaj charakterystycznych rekwizytów tego gatunku, przede wszystkim elementów nadprzyrodzonych, duchów, zjaw, tajemniczych zdarzeń. Cała niesamowitość jest pochodzenia naturalnego. To ludzkie namiętności i charaktery, często przerysowane, doprowadzone do granic absurdu, stwarzają sytuacje pełne grozy i napięcia, czasami okraszone specyficznym angielskim humorem.
Na kartach powieści Tytus Groan, siedemdziesiąty siódmy hrabia Gormenghast, przemienia się z chłopca w młodzieńca, dojrzewając powoli do buntu przeciwko uświęconej tradycji.

Rok wydania: 2004
Stron: 572
Format: 125/183
Oprawa: broszura
Pakowanie: 12
Tłumacz: Jadwiga Piątkowska

Fragment tekstu:


PIERWSZY

I

Tytus ma siedem lat. Jego granice wyznacza Gormenghast. Wykarmiły go cienie, odłączono go od piersi niejako na sieci obrzędów, w uszach ma echa, w oczach kamienny labirynt, lecz mimo to w jego ciele jest coś innego - coś innego niż to cieniste dziedzictwo. Jest bowiem przede wszystkim dzieckiem.
Obrządek, potężniejszy niż cokolwiek wymyślonego przez człowieka, walczy przeciwko zakotwiczonej ciemności. Obrządek krwi, wrzącej krwi. Owe odruchy wrażliwości niczego nie zawdzięczają przodkom, lecz niedołężnym chmarom dzieci ziemi, liczonym na tryliony.
Dar promiennej krwi. Krwi, co się śmieje, gdy zasady mruczą: "Płacz". Krwi, co boleje, gdy zmurszałe prawa kraczą: "Raduj się!" O, mała rewolucjo pośród wielkich cieni!

*

Tytus siedemdziesiąty siódmy. Dziedzic rozsypującej się wieży, morza pokrzyw, królestwa rudej rdzy, śladów obrzędów odciśniętych po kostki w kamieniu.
Gormenghast.
Zamknięty w sobie i podupadły duma w cieniu; pradawna budowla; wieże - cały obszar. Czy wszystko niszczeje? Nie. Aleją smukłych wieżyc przepływa zefir; pogwizduje ptak; strumień oddziela się od zdławionej rzeki. W głębi kamiennej pięści porusza się ręka lalki, buntowniczo ciepła na lodowatej dłoni. Przesuwa się cień. Porusza się pająk.
I ciemność spowija postaci.
II

Kim są te postaci? Czego dowiedział się o nich i o swym domu od owego odległego dnia, gdy urodziła go hrabina Groan w komnacie rojącej się od ptactwa?
Nauczył się alfabetu łuku i nawy; języka mrocznych schodów i obsiadłych przez ćmy krokwi. Placem zabaw są mu wielkie sale, polami dziedzińce, drzewami kolumny.
Nauczył się, że zawsze są oczy. Oczy, które śledzą. Stopy, które za nim podążają, i ręce, które go podtrzymują, gdy się potyka, podnoszą, gdy upada. Podniesiony spogląda bez uśmiechu. Wysokie postaci przepychają się. Niektóre w klejnotach, inne w łachmanach.
Postaci.
Żywi i umarli. Kształty, głosy, które wypełniają mu głowę, gdyż bywają takie dni, gdy żywi nie mają ciała, a umarli żyją.
Kim są owi zmarli - owe ofiary gwałtu, które nie mają już wpływu na bieg wypadków w Gormenghast, chyba że przez bezśmiertne echo? Fale rozbiegają się bowiem ciemnymi kręgami, a zmarszczone wody przenika ruch, choć zatopione kamienie leżą nieruchomo. Postaci, które dla Tytusa są tylko imieniem, choć jedna z nich to jego ojciec, wszystkie zaś żyły, gdy się urodził. Kim oni są? Dziecko jeszcze o nich usłyszy.


III

Niech się pojawią na krótką, nieziemską chwilę, jako duchy, odrębni, odmienni, cieleśni. Poruszają się, jak przed śmiercią, każdy na swym własnym terytorium. Czy to zimny zwój czasu odwija się wstecz, póki umarłe lata nie przemówią, czy też widma budzą się w pulsowaniu teraźniejszości i błądzą przez ściany?
Była tu kiedyś biblioteka, teraz obrócona w popiół. Niech powstanie w całej okazałości. Jej papierowe mury są grubsze niż mury z kamienia; uzbrojone nauką, filozofią, poezją, która płynie lub tańczy, choć krępuje ją północ. Za osłoną płótna i skóry oraz zimnego ciężaru atramentu duma tam duch Sepulchrave'a, melancholijnego hrabiego, siedemdziesiątego szóstego pana półcienia.
Dzieje się to przed pięciu laty. Nieświadom, że przybliża się śmierć zadana przez sowy, boleje każdym powolnym gestem, każdym szlachetnym rysem twarzy, jak gdyby ciało miał ze szkła, a w jego środku odwrócone serce niczym zwisająca łza.
Z każdym oddechem, który jak odpływ oddala go coraz bardziej od samego siebie, unosi się raczej niż podąża ku wyspie szaleńców - poza wszelkimi szlakami, na spokojnym morzu, o płonących wysokich skałach.

*

Jak umarł, o tym Tytus nie ma pojęcia. Jeszcze bowiem nie widział wysokiego człowieka z lasu - Flaya, który był służącym jego ojca i jedynym świadkiem śmierci Sepulchrave'a, gdy hrabia, wspiąwszy się w obłąkaniu na Wieżę Krzemieni, wydał się na żer głodnym sowom - a tym bardziej z nim nie rozmawiał.
Flay, upiorny i milczący, o stawach kolanowych obwieszczających jego chód przy każdym pajęczym kroku, jako jedyny pomiędzy tymi przyzwanymi duchami jest żywy, choć wygnany z zamku. Jednakże Flay był tak nierozłącznie wpleciony w główny wątek życia zamku, że jeśli komuś przeznaczone było wypełnić lukę swej nieobecności własnym duchem, to z pewnością jemu.
Klątwa jest rodzajem śmierci, zatem człowiek, który porusza się w lasach, różni się od pierwszego służącego hrabiego sprzed siedmiu lat. Równocześnie więc, gdy obdarty i brodaty zastawia sidła na króliki w wąwozie pełnym paproci, jego duch siedzi w sklepionym korytarzu, bez brody, dawno temu, przed drzwiami pana. Skąd może wiedzieć, że już niedługo sam swoją własną ręką doda nazwisko do listy zamordowanych? Wie tylko, że jego życiu zagraża niebezpieczeństwo, że każdy nerw w jego długim, napiętym, niezgrabnym ciele woła o położenie kresu tej nieznośnej rywalizacji, nienawiści i lękowi. Wie również, że się to stanie dopiero wówczas, gdy zginie albo on, albo ta tłusta i chwiejna okropność.

*

Tak się też stało. Chwiejna okropność, kuchmistrz Gormenghast, unoszący się na wodzie jak skąpany w promieniach księżyca mors, z długim mieczem sterczącym niczym maszt z ogromnej piersi, zginął zaledwie godzinę przed śmiercią hrabiego. Powraca oto na terytorium, które miękko i bezlitośnie uczynił swoim. Najbardziej zwodniczy pośród ciężkich objętości, jeśli duch nie ma ani ciała, ani ciężaru, Abiatha Swelter brodzi w ślimaczej chorobie otłuszczenia w wilgotnych wyziewach Wielkiej Kuchni. Z parującego żarcia i na pół zatopionych garów, z mis ogromnych niczym wanny, unosi się i krąży jak prąd miazmatyczny, niemal dotykalny zapach dziennej strawy. Żeglujący pośród gorących oparów, w płóciennym ubraniu napiętym i rozpostartym, duch Sweltera ulega dalszemu rozrzedzeniu przez spowijające go wyziewy; stał się duchem ducha, a jedynie rzepowata głowa zachowała cielesność natury. Buta tej tłustej głowy emanuje niczym złowrogi pot.

*

Choć występny i próżny, olbrzymi duch cofa się o krok, by przepuścić zjawę Sourdusta w obchodzie. Mistrz ceremonii, być może najbardziej nieodzowna z tych postaci, kamień węgielny i strażnik prawa Groanów, usiłuje słabymi, zrogowaciałymi rękami rozsupłać węzły splątanej brody. Gdy tak się wlecze, czerwone łachmany przysługujące jego pozycji otaczają wątłe stare ciało brudnymi girlandami. Jest bardzo słabego zdrowia, nawet jak na ducha, nieustannie kaszle sucho i okropnie, przy czym podskakują czarne i białe kosmyki jego brody. Teoretycznie cieszy się, że w osobie Tytusa narodził się dziedzic rodu, lecz jego obowiązki stały się zbyt ciężkie, by mógł sobie pozwolić na wesołość, nawet jeśli przypuścić, że kiedykolwiek był w stanie zwabić tak błahe uczucie w zająkliwe serce. Człapiąc od obrzędu do obrzędu, z uschłą głową podniesioną wbrew naturalnej skłonności, by opaść na pierś, głową pokrytą wieloma dołkami i rysami jak spękany ser, uosabia starożytność swego wysokiego urzędu.
Jego rzeczywistemu ciału dane było umrzeć w tej samej nieszczęsnej bibliotece, która teraz gości, pod postacią ducha, zjawę Sepulchrave'a. Gdy stary mistrz ceremonii odchodzi i znika w rozgrzanym powietrzu kuchni Sweltera, nie może ani przewidzieć, ani pamiętać (któż bowiem może powiedzieć, w jakim kierunku zwracają się myśli zjaw?), że umrze wypełniony gryzącym dymem po pomarszczone usta, czy też już umarł, od ognia i uduszenia, lizany po pomarszczonej skórze czerwonymi i złotymi jęzorami płomieni.
Nie może wiedzieć, że spalił go Steerpike; że siostry jego wysokości, Cora i Clarice, podpaliły lont i że począwszy od tej godziny, jego pan, czcigodny hrabia, znajdzie się wyraźnie na drodze wiodącej do obłędu.

*

Wreszcie Keda, mamka Tytusa, sunąca cicho korytarzem cętkowanym światłem i szaroperłowym cieniem. Wydaje się naturalne, że jest duchem, gdyż nawet za życia miała w sobie coś nieuchwytnego, odległego i tajemnego. Śmierć poprzez skok w wielką studnię zmierzchającego powietrza była bezlitosna, lecz mniej okropna niż ostatnie chwile hrabiego, kuchmistrza i zgrzybiałego mistrza ceremonii - szybciej też położyła kres goryczy życia niż wygnanie długiego człowieka z lasu. Jak wówczas, zanim uciekła z zamku prosto ku śmierci, troszczy się o Tytusa, jak gdyby przez jej krew wspomagały ją radą wszystkie kiedykolwiek żyjące matki. Ciemna, migotliwa niczym topaz, jest nadal młoda, a jej jedyne oszpecenie stanowi powszechna plaga mieszkańców podgrodzia, przedwczesne nadwerężenie niezwykłej urody - upadek, który następuje z bezlitosną szybkością po niemal promiennej młodości. Ona jedna pośród tych naznaczonych przez los postaci należy do tej ubogiej i nieznośnej sfery wydziedziczonych, których ponure kwatery, niczym narośl z mułu i pijawek, przylgnęły do zewnętrznych murów Gormenghast.

*

Promienie słoneczne osmalające kłąb chmury płoną nieskrępowanym blaskiem w stu oknach południowych murów. Zbyt ostre to światło dla duchów, więc Keda, Sourdust, Flay, Swelter i Sepulchrave rozpływają się w promieniach słonecznych.

*

Oto, w wielkim skrócie, zmarłe postaci. Te, które ze śmiercią zniknęły z centrum zamkowego życia, zanim Tytus skończył trzy lata. Przyszłość zawisła od ich działań. Sam Tytus nie posiada bez nich żadnego znaczenia, gdyż w dzieciństwie żywił się śladami stóp, wzorami, które postaci te zostawiły na wysokich sklepieniach, ich mglistymi zarysami, powolnymi lub szybkimi ruchami, odmiennymi zapachami i głosami.
Wszystko, co się porusza, ma swój oddźwięk, więc może się zdarzyć, że Tytus w wieku męskim usłyszy echa tego, co wówczas szeptano. Tytus nie narodził się bowiem w statycznym zbiorowisku postaci - nie w jakimś szablonie, lecz w ruchomej arabesce, gdzie myśli były czynami, a przynajmniej zwisały niczym nietoperze z krokwi strychu lub szybowały pośród wież na podobnych liściom skrzydłach.

 

 

 

DRUGI

A żywi?
Matka, na pół senna, na pół świadoma, świadomością gniewu, nieobecnością odrętwienia. W ciągu siedmiu lat widziała go siedem razy. Potem zapomniała o komnatach, które mu były schronieniem. Ale teraz śledzi go skrycie z okien. Jej miłość ku niemu jest ciężka i bezkształtna jak glina. Wlecze się za nią ciągle chmara białych kotów. W jej czerwonych włosach gnieździ się gil. Jest to hrabina Gertruda, olbrzym ulepiony z gliny.

*

Mniej groźna, lecz równie posępna i równie nieobliczalna jak matka, jest siostra Tytusa. Wrażliwa jak ojciec, choć bez jego intelektu, Fuksja potrząsa czarną flagą włosów, zagryza dziecinną dolną wargę, chmurzy się, śmieje, duma, w ciągu jednego dnia bywa czuła, niepohamowana, podejrzliwa i łatwowierna. Jej szkarłatna suknia rozpala szare korytarze lub migocąc w słońcu przedzierającym się przez gałęzie sprawia, że ciemnozielone cienie osiągają jeszcze ciemniejszą zieleń i zieleńszą ciemność.

*

Któż jest poza tym w prostej linii? Jedynie apatyczne ciotki, Cora i Clarice, identyczne bliźniaczki, siostry Sepulchrave'a. O tak słabych mózgach, że poczęcie jakiejś myśli oznacza dla nich ryzyko krwotoku. O tak słabych ciałach, że ich purpurowe suknie zdają się okrywać nerwy i mięśnie w nie większym stopniu niż wtedy, gdy zwisają na wieszakach.
A inni? Niższego rodu? W kolejności rangi towarzyskiej najpewniej Prunesquallorowie, to znaczy doktor i jego szczelnie spowita w suknie koścista siostra. Doktor o śmiechu hieny, dziwacznym i eleganckim ciele, o celuloidowej twarzy.
Jego główne wady? Nieznośny ton głosu, drażniący śmiech i egzaltowane ruchy. Główna zaleta? Sprawny umysł.
Jego siostra Irma. Próżna jak dziecko; chuda jak bociania noga i mimo czarnych okularów ślepa jak sowa we dnie. Powija jej się noga na drabinie towarzyskiej przynajmniej trzy razy na tydzień, więc zaczyna się wspinać znowu, kręcąc przy tym miednicą. Splata pod brodą martwe, białe dłonie w nadziei zasłonięcia płaskiej piersi.
Kto następny? W sensie towarzyskim nie ma nikogo. To znaczy nie ma nikogo, kto by podczas paru pierwszych lat w życiu Tytusa odegrał rolę znamienną dla przyszłości dziecka; chyba że poeta o klinowatej głowie i niezdarnej postaci, mało znany hierofantom Gormenghast, choć podobno był jedynym człowiekiem, który potrafił zaabsorbować uwagę hrabiego podczas rozmowy. Niemal zapomniana postać w pokoju ponad kamienną przepaścią. Nikt nie czyta jego wierszy, niemniej on sam posiada pewną pozycję - mówi się, że jest szlachetnie urodzony.
Gdy się jednak zostawi na boku błękitną krew, nadpływa chmara nazwisk. Będący osią wszystkiego syn zmarłego Sourdusta, nazwiskiem Barquentine, mistrz ceremonii, jest siedemdziesięcioletnim karłowatym i zrzędliwym pedantem, który poszedł w ślady ojca (a właściwie w jego ślad, Barquentine bowiem jest jednonogi, i grzmi w słabo oświetlonych korytarzach na groźnym, wzbudzającym echa szczudle).
Flay, który już się tu pojawił jako duch, żyje sobie w lesie Gormenghast. Milczący i upiorny, jest tradycjonalistą starej szkoły w nie mniejszym stopniu niż Barquentine. Ale w przeciwieństwie do tamtego jego złość w sytuacji, gdy drwi się z prawa, jest wzlotem oślepiającej go gorliwej lojalności, nie zaś bezlitosną i kamienną nietolerancją kaleki.

*
Wymienienie pani Slagg dopiero teraz wydaje się niesprawiedliwe. Sam fakt, że Tytus, dziedzic Gormenghast, jest jej podopiecznym, podobnie jak Fuksja, gdy była dzieckiem, z pewnością wystarcza, by umieścić ją na czele każdej listy. Jest jednakże tak drobna, tak przerażona, tak stara i tak gderliwa, że ani nie mogłaby, ani nie chciałaby otwierać żadnego pochodu, nawet na papierze. Wykrzykuje zrzędliwie: - Och, moje serduszko! Jak mogli? - po czym spieszy do Fuksji, albo by dać klapsa roztargnionej dziewczynie dla ulżenia sobie, albo by skryć w objęciach Fuksji pomarszczoną śliwkę twarzy. Gdy jest znowu sama w swym pokoiku, kładzie się na łóżku, gryząc kostki malutkich dłoni.
Młody Steerpike nie ma w sobie ani strachu, ani zrzędliwości. Jeśli kiedykolwiek miał sumienie w mocnej, wąskiej piersi, dawno już wyrwał i wyrzucił ten niewygodny przedmiot - wyrzucił tak daleko, że gdyby go kiedyś potrzebował, nie byłby w stanie go znaleźć.
Dzień narodzin Tytusa ujrzał początek jego wspinaczki po dachach Gormenghast oraz koniec służby w kuchni Sweltera - w tym parującym pomieszczeniu, które było zbyt niemiłe i zbyt ciasne dla jego krętych zdolności i rosnących ambicji.
O ramionach tak stromych, że niemal zniekształconych, smukły, o zgrabnych ruchach i postaci, o blisko osadzonych oczach barwy zaschłej krwi, wspina się nadal, choć już nie wzdłuż grzbietu Gormenghast, lecz po spirali schodów swej duszy, zmierzając ku jakiemuś pinaklowi rządzącej nim fantazji - ku jakiemuś dzikiemu, niedostępnemu orlemu gniazdu, znanemu tylko sobie, gdzie może spoglądać na rozpościerający się w dole świat i radośnie strzepnąć zlepione skrzydła.

*

Rottcodd śpi mocno w hamaku na krańcu Sali Kolorowych Rzeźb, owego długiego pomieszczenia na strychu, które mieści najlepsze okazy sztuki mieszkańców lepianek. Siedem lat minęło od chwili, gdy z okna na poddaszu śledził wijącą się daleko w dole procesję powracającą znad jeziora Gormenghast, gdzie Tytusa wprowadzono na urząd hrabiego, lecz nic się nie wydarzyło podczas tych długich lat poza tym, że co roku przybywały nowe prace powiększające ilość barwnych rzeźb w długiej sali.
Jego mała głowa w kształcie kuli spoczywa, śpiąc na ramieniu, hamak zaś kołysze się lekko w takt brzęczenia muszki.

 

 

 

 

TRZECI

Na wyboistych marginesach życia zamku - marginesach nieregularnych jak linia brzegowa szarpanej nawałnicą wyspy - znajdowały się postaci nieruchome lub poruszające się stopniowo w kierunku centralnego punktu. Wynurzały się z odmętów bezgranicznej negacji - z ponadczasowych, mętnych wód. Kim są ci, którzy postawili stopę na zimnym piasku wybrzeża? Na tak złowieszczej przestrzeni powinni się zapewne wynurzyć co najmniej bogowie, okryci łuskami królowie lub istoty, których rozpostarte skrzydła mogłyby zaciemnić dwa horyzonty. Lub też cętkowany szatan z miedzianym czołem.
Ale nie. Nie było skrzydeł ani łusek.
Było zbyt ciemno, by dostrzec, jak brodzą; jednakże plama cienia, zbyt duża jak na jedną postać, zwiastowała nadejście gromady sędziwych profesorów, w których rękach będzie musiał wić się Tytus przez czas jakiś.
Zasłona półcienia nie okrywała wszakże młodzieńca o stromych ramionach, który wchodził do podobnego do celi pokoiku przylegającego do korytarza z kamieni tak suchych, szarych i szorstkich jak skóra słonia. Gdy odwrócił się przy drzwiach, by rzucić okiem wstecz na korytarz, zimne światło rozbłysło na wysokim, białym guzie czoła.
Wszedłszy, zamknął za sobą drzwi i spuścił zasuwę. Otoczony bielą ścian, poruszając się po pokoju, zdawał się niesamowicie oderwany od otaczającego go światka. Przypominał bardziej cień młodzieńca, cień o stromych ramionach, poruszający się pośród bieli, niż rzeczywiste ciało poruszające się w przestrzeni.
Pośrodku pokoju znajdował się prosty kamienny stół. Na nim, umieszczone mniej więcej pośrodku, znajdowały się: karafka z winem o spiralnej szyjce, sterty papieru, pióro, kilka książek, ćma przyszpilona do korka oraz połówka jabłka.
Przechodząc obok stołu, wziął jabłko, ugryzł je i położył z powrotem, nie zwalniając kroku. Potem nagle nogi zaczęły się pod nim kurczyć od dołu, tak mu się w każdym razie wydawało, lecz to tylko podłoga opadała dziwnie, on zaś schodził pochyłością podłogi zniżającej się do zasłoniętego kotarą otworu w ścianie.
Za chwilę znalazł się poza nią i pochłonęła go zalegająca tam ciemność, zacierając kontury jego kanciastego ciała.
Wszedł do nie używanego kominka na poziomie podłogi. Było tam bardzo ciemno, a ciemności tej nie łagodziły, a przeciwnie, pogłębiały ją, liczne błyszczące lusterka, odbijające to, co działo się w pokojach, które, jeden nad drugim, otaczały przewód kominowy wznoszący się z miejsca, gdzie młodzieniec stał w ciemności, aż tam, gdzie wiatr wił się nad zrujnowanymi dachami, które, szorstkie i spękane niczym czerstwy chleb, rumieniły się okropnie we wścibskich promieniach zachodzącego słońca.
W ciągu ostatniego roku udało mu się dostać do tych pokoi i sal otaczających, jedne nad drugimi, przewód kominowy, i wywiercić dziury w kamieniu, drzewie i tynku - niełatwa praca, gdy kolana i plecy wpierają się w przeciwległe ściany ciemnego szybu - dzięki czemu światło przenikało w ciemność przewodu przez dziury nie większe niż moneta. Te czynności wiertnicze trzeba było oczywiście wykonywać w starannie wybranych porach, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ponadto dziury trzeba było wywiercić możliwie najbliżej starannie wybranych punktów, tak by pokrywały się z naturalnymi zaletami pokoi.
Nie ograniczył się jedynie do starannego wybrania pokoi, które, jak sądził, warte były obserwacji od czasu do czasu, zarówno dla samej uciechy z podsłuchiwania, jak i dla wykorzystania dla własnych planów.
Jego metody ukrywania dziur, które można by przecież łatwo wykryć, gdyby okazały się niewłaściwie umieszczone, były różnorodne i pomysłowe, jak na przykład w komnacie sędziwego Barquentine'a, mistrza ceremonii. W pokoju tym, brudnym jak lisia nora, na ścianie po prawej znajdował się popękany portret olejny jeźdźca na srokatym koniu, więc młodzieniec wyciął nie tylko parę dziur w płótnie tuż pod ramą, gdzie cień kładł się niczym długa czarna linijka, lecz wyciął również guziki jeźdźca, a także źrenice jego oczu oraz źrenice oczu konia. Owe okrągłe otwory na różnych wysokościach i szerokościach dostarczały mu rozmaitych widoków na pokój, w zależności od tego, dokąd Barquentine zdecydował się skierować swe nieszczęsne ciało wsparte na budzących postrach kulach. Oko konia, najczęściej używany otwór, dawało wspaniały widok na materac na podłodze, gdzie Barquentine spędzał większość wolnego czasu, plącząc i rozplątując brodę lub wzbijając tumany kurzu, gdy w przypływie rozdrażnienia podnosił i opuszczał jedyną nogę, do tego uschłą. W przewodzie kominowym, tuż poza dziurami, złożony zestaw drutów i luster odbijał właścicieli odprywatyzowanych pokoi i posyłał ich w głąb czarnego komina, z lustra na lustro, wraz z tajnikami każdej czynności, która dostała się w tę śmiertelną orbitę - przekazując wszystko w dół, gdzie zbiór zwierciadeł dostarczał młodzieńcowi nieustannej rozrywki i informacji.
W ciemności przenosił wzrok, na przykład, z Craggmire'a, akrobaty, który chodząc po mieszkaniu na rękach, często przerzucał z nogi na nogę świnkę w zielonej nocnej koszuli - przenosił wzrok z tej rozrywki na inne lustro, które mogło ukazać poetę, szarpiącego małymi ustami bochenek chleba, z długą klinowatą głową nachyloną pod kątem, zaczerwienionego z wysiłku, gdyż nie mógł użyć obu rąk, jedna bowiem zajęta była pisaniem; jego oczy (tak mgliste, iż wyglądało na to, że nigdy nie odzyskają jasności) były przy tym bardziej duchowe niż cielesne.
Jednakże zdaniem młodzieńca istniały grubsze ryby - te bowiem, z wyjątkiem Barquentine'a, stanowiły jedynie płotki Gormenghast - więc zwrócił się ku lustrom bardziej groźnym i bardziej pasjonującym: ku lustrom, które dawały odbicie samej córy Gormenghast, dziwnej, kruczowłosej Fuksji, oraz jej matki, hrabiny, na której ramionach tłoczyły się ptaki.

 

 

 

 

CZWARTY

I

Pewnego pogodnego letniego poranka ogromne, rdzewiejące, podobne do dzwonu serce Gormenghast było jeszcze na pół uśpione i wydawało się, że nie słychać jego przytłumionych uderzeń. Cisza ziała w sali o tynkowanych ścianach.
Przybity nad drzwiami tej sali szyszak lub hełm, poczerwieniały od rdzy, wydał w ciszy piaszczysty i trzepotliwy dźwięk, a po chwili przez szczelinę oczną wynurzył się dziób kawki i znikł. Tynkowane ściany wznosiły się w mroczną i najwyraźniej pozbawioną sufitu posępność, rozświetloną tylko przez jedno wysokie okno. Ciepłe światło przedostające się przez zasnute pajęczynami szyby okna pozwalało się domyślać galerii w górze, lecz nie wskazywało na drzwi w głębi ani też na to, w jaki sposób można by się tam dostać. Z tego wysokiego okna kilka promieni słonecznych napięto stromo i poprzecznie poprzez salę, niczym miedziane druty, każdy zaś kończył się na deskach podłogi w bursztynowej sadzawce kurzu. Pająk opuszczał się cal po calu na niebezpieczną długość nici i nagle znieruchomiał na drodze promienia słonecznego, stając się na chwilę przedmiotem ze świetlistego złota.
Panowała cisza, a potem - jak gdyby obliczono dokładnie przerwanie napięcia - otwarto wysokie okno i wymazano promienie słoneczne, gdyż wsunęła się ręka i potrząsnęła dzwonkiem. Niemal natychmiast rozległy się kroki, a już po chwili otwierano i zamykano tuzin drzwi, salę zaś wypełniły mijające się postaci.
Dzwonek przestał dzwonić. Ręka zniknęła i postaci odeszły. Nic nie wskazywało na to, by jakaś żyjąca istota kiedykolwiek poruszała się lub oddychała pośród tynkowanych ścian, czy też by otwierały się liczne drzwi, poza tym, że białawy kwiatek leżał w kurzu pod rdzewiejącym szyszakiem i jakieś drzwi kołysały się lekko.


II

Kołysząc się, dostarczały migawkowych widoków na pobielony korytarz, który zakręcał tak wolnym i szerokim łukiem, że gdy prawa ściana znikała wreszcie sprzed oczu, sklepienie przejścia zdawało się wznosić na nie większą wysokość niż staw skokowy.
Owa długa, zwężająca się, popielistobiała perspektywa, zakręcająca tak gładko i swobodnie jak mewa w powietrzu, stała się nagle polem działania. Zbliżało się bowiem szybko coś, w czym z trudem można by rozpoznać jeźdźca i konia, póki nie przecwałował trzeciej części długiego łuku w stronę opustoszałej sali. Ostry klekot podków rozległ się za chwilę tuż za kołyszącymi się drzwiami, które otworzył nosem mały szary kucyk.
Tytus siedział na nim okrakiem.
Ubrany był w grube, luźne ubranie noszone przez zamkowe dzieci. Przez pierwszych dziesięć lat swego życia dziedzic hrabiowskiego tytułu miał nakazane żyć pośród niższych warstw i próbować zrozumieć ich sposób życia. W dniu piętnastych urodzin musiały dobiec kresu przyjaźnie, jakie nawiązał. Jego zachowanie musiało się wówczas zmienić, zastąpione przez surowsze i ostrożniejsze stosunki z personelem zamkowym. Było jednakże tradycją, że we wczesnym wieku dziecię rodu musiało, przynajmniej przez pewne godziny każdego dnia, żyć podobnie jak dzieci o niższej pozycji, jeść wraz z nimi, spać wraz z nimi w sypialniach, uczęszczać na lekcje profesorów i brać udział w starodawnych zabawach i obrzędach jak każde inne dziecko. Jednakże pomimo to Tytus zdawał sobie sprawę, że ciągle jest śledzony, że służba, a czasem nawet chłopcy traktują go odmiennie. Był zbyt młody, by pojąć znaczenie swej pozycji, lecz dostatecznie dorosły, by odczuć jej wyjątkowość.
Raz w tygodniu, przed porannymi lekcjami, wolno mu było przez godzinę jeździć na szarym koniku pod wysokimi południowymi murami, gdzie wczesne słońce posyłało jego fantastyczny cień cwałem wzdłuż wyniosłych kamieni. Gdy wymachiwał ręką, jego cieniowy sobowtór na cieniowym koniu wymachiwał ogromnym cieniowym ramieniem podczas wspólnego galopu.
Ale dzisiaj, zamiast odjechać truchtem pod ukochany południowy mur, w przypływie szelmostwa skierował konia przez pociemniały od mchu łuk do wnętrza zamku. W nieruchomej ciszy serce biło mu gwałtownie, gdy stukotał po kamiennych korytarzach, których nigdy przedtem nie widział.
Wiedział, że nie warto było opuszczać porannych lekcji, gdyż za podobne przejawy nieposłuszeństwa zamykano go już nieraz podczas długich letnich wieczorów. Kosztował wszakże pikantnych owoców szybkich szarpnięć uzdą, które uwolniło go od stajennego. Był sam tylko przez parę minut, lecz kiedy zatrzymał się w wysokiej otynkowanej sali, z rdzewiejącym szyszakiem ponad sobą i z niewyraźnymi, tajemniczymi balkonami wysoko ponad szyszakiem, jego nagła chęć buntu już zdołała przygasnąć.
Choć na siwku wydawał się mały, było coś imponującego w pewności, z jaką siedział w siodle - coś w jego dziecinnym ciele, co wywierało wrażenie, jak gdyby miało jakąś wagę lub siłę - mieszanina ducha i materii; coś trwałego, co kryło się za kaprysami, obawami, łzami, śmiechem i żywotnością jego siedmiu lat.
Choć nie był przystojny, taki się jednak wydawał. Podobnie jak matka posiadał pewien wymiar, jak gdyby jego wysokość i szerokość nie pozostawały w żadnym stosunku do logiki stóp i cali.
Stajenny wszedł do sali, powłócząc nogami i pogwizdując cicho, co było jego stałym zwyczajem, obojętnie, czy obrządzał konia, czy nie, i natychmiast wyprowadził szarego kucyka w kierunku sal szkolnych, na zachód.
Tytus przyglądał się potylicy stajennego, który go prowadził, lecz nie odezwał się. Wydawało się, że przećwiczyli już wielokrotnie to, co się właśnie wydarzyło, więc nie trzeba było robić żadnych uwag. Dziecko znało owego człowieka i jego pogwizdywanie, tak nierozłączne jak wzburzone morze i dźwięk, jaki wydaje, od przeszło roku, gdy podarowano mu siwka podczas ceremonii znanej jako "Podarowanie kucyka", ceremonii, która nieodmiennie miała miejsce trzeciego piątku po szóstych urodzinach syna rodu, będącego również, ze względu na śmierć ojca, niepełnoletnim hrabią. Jednakże przez cały ten czas - a piętnaście miesięcy to długi okres dla dziecka, które pamiętało jako tako wyraźnie tylko ostatnie cztery lata - stajenny i Tytus nie zamienili więcej niż tuzin zdań. Nie oznaczało to, że się nie lubili, lecz stajenny wolał, zamiast wysilać się na konwersację, dawać chłopcu podkradzione kawałki makowca, Tytus zaś był całkiem z tego zadowolony, gdyż stajenny był dla niego po prostu człapiącą postacią, która opiekowała się kucykiem, toteż całkiem wystarczało znać jego osobliwości, sposób powłóczenia nogami, białą bliznę nad okiem i słyszeć, jak pogwizduje.
Nie minęła godzina, a rozpoczęły się poranne lekcje. Przy poplamionym atramentem stoliku, z podbródkiem w dłoniach, Tytus przypatrywał się jak we śnie kredowym znakom na tablicy. Przedstawiały one proste dzielenie, lecz mogłyby być równie dobrze hieroglificznym przekazem szalonego proroka skierowanym do plemienia zaginionego przed tysiącem lat. Jego myśli, podobnie jak myśli jego małych towarzyszy w klasie o ścianach obitych skórą, znajdowały się daleko, jednakże nie w świecie proroków, lecz w świecie wymienianych kulek, ptasich jaj, drewnianych sztyletów, tajemnic i proc, uczt o północy, bohaterów, zażartych rywalizacji i beznadziejnych przyjaźni.