Kruk. Serce Łazarza

  • Autor: Brite, Poppy Z.
  • Dostępność: Brak
  • 19,00 zł
  • Niedostępny
Kiedyś ludzie wierzyli, iż kruk jest przewodnikiem dusz w drodze do zaświatów. Wierzyli również, że jeśli śmierć wiązała się z wyjątkowym bólem i cierpieniem, kruk sprowadzał taką duszę z powrotem do świata żywych, by mogła dokończyć sprawy, które nie pozwalały jej odejść w spokoju do krainy umarłych. By mogła wyrównać rachunki… wywrzeć zemstę. Na początku był legendarny komiks stworzony przez Jamesa O'Barra, dzieło sztuki; później powstało kilka filmów fabularnych, z których pierwszy, w reżyserii Alexa Proyasa i z Brandonem Lee w roli głównej, oddając mroczną i gotycką atmosferę komiksowego oryginału i zarazem wykorzystując do maksimum możliwości sztuki filmowej, zyskał wkrótce rangę obrazu kultowego; następnie pojawiły się książki, a potem serial telewizyjny, rozgrywające się w ponurym uniwersum Kruka, gdzie, aby mogła zatriumfować sprawiedliwość, najpierw muszą zginąć niewinni. Oto jedna z opowieści Kruka: Pięć, cztery, trzy, dwa… Jared Poe odlicza dni spędzone w celi śmierci jednego z więzień Luizjany. Ten kontrowersyjny fotograf S&M został skazany za zbrodnię, której nie popełnił. Nie dane mu będzie jednak tego udowodnić, nikt nie zamierza dokładniej zbadać tej sprawy. Wyrok zostanie wykonany: Jared poczuje chłodny dotyk śmierci i usłyszy łopot czarnych skrzydeł… Jako demon zemsty powstaje jednak z martwych i zstępuje do piekła półświatka Nowego Orleanu, by oczyścić swoje imię i odnaleźć prawdziwego zabójcę, albowiem tylko zemsta może ukoić ból rozdzierający jego duszę.

Rok wydania: 2003
Stron: 226
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 20
Tłumacz: Danuta Górska

Fragment tekstu:

Powieść inspirowana serią stworzoną przezJamesa O'Barra


Fragmenty poematu Kruk Edgara Allana Poe w przekładzie Jolanty Kozak.

 

dla Caitlín

 


Kiedy uprawiam seks, zapominam, kim jestem. Przez minutę zapominam nawet, że jestem człowiekiem. To samo dzieje się, kiedy patrzę przez obiektyw aparatu fotograficznego. Zapominam, że istnieję.
Robert Mapplethorpe

 

W duszy ludzkiej jest ciemna strona, pełna sprzeczności i udręki. Niewielu ludziom wystarcza odwagi, by zapuszczać się na tę stronę duszy.
Ksiądz, który odprawiał mszę, na pogrzebie Mapplethorpe'a

 

Podziękowania…

…niech przyjmą: John Edward Ames, Jennifer Caudle, Jeff Conner, Richard Curtis, Christopher DeBarr, O'Neil DeNoux, John Douglas, Christa Faust, Neil Gaiman, Caitlín R. Kiernan, Rich Miller, James O'Barr, Jeanne O'Brien, Edward R. Pressman, David J. Schow, John Silbersack, Jimmy Vines i Leilah Wendell.


JEDEN

Szybując przez tę wieczorną porę, która nie jest ani nocą, ani dniem, wielki czarny ptak przybywa wreszcie na wiekowy cmentarz w starym mieście nad rzeką. Taki długi lot powrotny z miejsc, gdzie czekają zmarli odmierzający czas, dopóki nie zapomną dni i godzin, dopóki nie zapomną nawet siebie samych i nic nie pozostanie, tylko te doczesne nagrobki i gnijące szkielety pod nimi, i nawet one znikną z czasem.
Kruk opada w dół i przebija niskie, rzadkie chmury zwlekające po popołudniowej burzy, zamienia gasnący błękit nieba w szarość. Kobieta przemierzająca Prytania Street słyszy zgrzytliwy krzyk ptaka, podnosi wzrok i zauważa ostrą hebanową szramę na letnim zmierzchu, żegna się i przyspiesza kroku obok spękanych murów Cmentarza Lafayette nr 1.
Manewrując między gałęziami magnolii, szorując o sztywne ciemne liście przypominające śliskie łuski smoka, kruk kieruje się instynktem i obowiązkiem. Bez żadnej prawdziwej myśli, a jednak czymś więcej niż najprostszym ptasim zmysłem, pojmuje swoje pilne i nieuniknione zadanie. Rozumie straszne rzeczy, które należy zrobić, zanim będzie mógł powrócić do prostego żywota padlinożercy.
Tak więc kruk odnajduje niewielkie mauzoleum prawie na środku cmentarza. Bladoszary marmur jest nowy i wypolerowany, jeszcze nie spalony słońcem delty, nie wysmagany przez gniewne sztormy znad zatoki. Skromny klejnot wciśnięty pomiędzy swoich wiekowych, zgrzybiałych sąsiadów. Wokół stoją pomniki zniszczone przez ponad sto pięćdziesiąt skwarnych lat, upadłe krzyże i anioły z połamanymi skrzydłami, inskrypcje wygładzone jak jedwab. A ten nowy, jednocześnie gustowny i dekadencki grobowiec mówi o bogactwie swoich zmarłych, lecz również o ich odmienności.
Kruk ląduje na sklepionym dachu, jego szpony chwytają oślizły akroterion z brązu nad zaryglowanymi drzwiami. Akroterion przedstawia postać pięknego młodego mężczyzny, z rękami związanymi nad głową, z nogami spętanymi w kostkach i z zakneblowanymi ustami. Głowę ma pochyloną, oczy zamknięte w wyrazie doskonałej pokory. Kruk nerwowo, niecierpliwie przestępuje z jednej szponiastej łapy na drugą. Stojąc na ramieniu młodzieńca z brązu, którego jeszcze całe lata dzielą od zielonkawych stygmatów grynszpanu, kruk znowu kracze: dla siebie, dla odegnania mrocznej niepewności. Potem rozkłada skrzydła i rozpoczyna się zmartwychwstanie.


Tak bardzo uszkodzone martwe ciało, efekt zabiegów patologów i grabarzy. Ponieważ ten człowiek zginął gwałtowną śmiercią, przeprowadzono autopsję, organy wyjęto, odczytano, a potem wrzucono z powrotem do zimnej kołyski mięsa i kości. Klej, żeby zamknąć powieki i złączyć palce, nici schludnie zszywające wargi, żrące chemikalia wtryśnięte albo wpompowane w ciało leżące pod krukiem. Wszystkie te rzeczy trzeba usunąć, zanim dusza powróci. Ptasia czaszka zawiera wiedzę o tych czynnościach; kruk zna je teraz równie dobrze jak słodki, lepki zapach przejechanego zwierzaka na letnim asfalcie, jak prostą rutynę własnego życia.
Milczący flesz odległej błyskawicy od strony bagien, dokąd odeszła burza. Kruk mruga znużonymi ślepiami i uderza dziobem w metalową rzeźbę. Dźwięk rozlega się miękkim echem w całej nekropolii. Na wypolerowanym brązie pozostaje lekkie zadrapanie w miejscu, gdzie trafił ostry dziób. Kruk ponownie dziobie bark chłopca.
Metal wydaje dźwięk, który kruk czuje przez szpony; rezonuje w marmurowym zamknięciu mauzoleum, narasta w ciemnych przestrzeniach wzdłuż ścian, jeszcze głośniejszy wewnątrz nowej trumny na granitowym piedestale. Wzmocniony, nie stłumiony przez barierę kamienia i stali.
Lecz ta magia jest wybiórcza. Kruk przyszedł po jednego i tylko jednego człowieka. Mężczyzna, który śpi obok niego, nic nie usłyszy, a jego udręczone, pozszywane ciało pozostanie w hipostazie, obojętne na rozpoczęte dzieło. Przypominający sztylet dziób ptaka stuka w akroterion po raz trzeci i ostatni, i teraz coś się porusza w mauzoleum, we wnętrzu nowszej trumny.
Nić, która zszywa wąskie wargi zmarłego, pęka, wywleka się z dziurek po igle i odpada. Cyjanoakryl, który skleja jego powieki oraz przytrzymuje palce złączone na piersi, staje się kruchy i po chwili rozsypuje się w pył. Te rzeczy są jednak proste i kruk dygocze, wciągany w mroczny i nieodwracalny proces, który sam rozpoczął.
Długie nacięcia na brzuchu również wypluwają szwy i zaczynają się goić, ciało zrasta się jak na filmie puszczonym od tyłu. Kruk ponownie kracze i oddaje cząstki siebie, żeby przyspieszyć rekonstrukcję ciała w dole, życie ścigające śmierć. Nawet umysł ptaka rozumie niewłaściwość tego procesu, pogwałcenie praw bardziej podstawowych i świętych niż wszystkie religie ludzkości, lecz daremnie próbuje się wycofać. Kruk kuli się na dachu mauzoleum i czuje, jak wypływa z niego życie, jak odmierzone porcje życia podtrzymują działanie magii.
Istnieją klauzule wyjścia wbudowane w tkankę wszechświata, niepodważalne prawa, które go tutaj sprowadziły. Kruk ich nie zna, czuje tylko, że powinien uciekać, odlecieć szybko, wysoko i daleko, bardzo daleko od tego bezdusznego miejsca, gdzie wspomnienie życia spoczywa przywalone ciężkim kamieniem.
Jeszcze więcej szwów pruje się i ciało krwawi nie krwią, lecz żrącą wybroczyną płynu do balsamowania, mlecznym wytryskiem z otwartych arterii. Serce brutalnie pobudzone do życia pompuje obcy płyn przez zeschnięte żyły, i tym razem kruk nie kracze, tylko wrzeszczy, kiedy ciało pod nim wydala do wnętrza trumny cztery galony płynu balsamującego. Pulsujący strumień z tętnicy szyjnej, z nacięcia na ramieniu i drugiego w pachwinie, aż krwiobieg jest zupełnie pusty, oczyszczony, i serce Łazarza pompuje tylko cuchnące formaliną powietrze.
Otwarte arterie zabliźniają się i następna sztuczka sprawia, że kruk drży na krawędzi dachu, chory, może umierający; sam uwierzyłby, że umiera, gdyby rozumiał śmierć jako taką. Krew z genetycznej pamięci zamarynowanych komórek, woda z wina, wylewa się z serca i napełnia wypalone żyły, tętnice i naczynia włoskowate. Kruk rozpościera skrzydła w nagłej panice i bólu, czarne pióra na tle zapadającej nocy, kiedy wargi martwego człowieka rozdzielają się. Zapadnięte płuca pęcznieją, potem rozszerzają się i kurczą, wyciskają jeszcze trochę gorzkiego płynu przez uróżowane wargi, walczą o zaczerpnięcie cennego oddechu po raz pierwszy od pięciu dni, kaszlą, wyrzygują śmierć. Kruk składa skrzydła, obolały, lecz przynajmniej ta część zadania została wykonana, ta część jest już skończona.
Ptak przysiada na nieskazitelnej ofierze z brązu i słucha, czeka, co będzie dalej. Z daleka, znad jeziora Pontchartrain i niespokojnych wód barwy słabej kawy, dochodzi stłumiony, groźny pomruk burzy.


Nie pamięta samego przebudzenia, tylko nagłą, wstrząsającą świadomość, że się zbudził, ogromny ból pierwszego oddechu. Coś wypełnia mu usta; jego zimny język usiłuje to wypchnąć, wypluć namokniętą bawełnianą masę. Oczy go palą jak wtedy, kiedy był dzieckiem i dostał zapalenia spojówek, a matka przykładała mu ciepły kompres na twarz, żeby rozmiękczyć skorupę, która skleiła jego powieki. Gdyby tu była, mogłaby mu teraz pomóc, zabrałaby ból i przerażenie.
Jednak nie ma jej tutaj. Jared Poe, który wie niewiele więcej, wie przynajmniej tyle: jest sam, bardziej niż samotny, odosobniony nawet poza samotność. Dusząc się tym przekonaniem, robi wydech - chropawy, rzężący dźwięk - niemal jak ostatnie tchnienie zamiast odrodzenia, i otwiera oczy.
Nawet rozproszone światło oślepia go po tak głębokiej nocy, po tak zupełnej i idealnej ciemności. Jared Poe ponownie zamyka oczy, mocno, zanim blask przepali jego cienkie powieki i każe mu bezradnie patrzeć przez wieczność.
"Miałem sen - myśli Jared. - Śniłem, że latam". Bezużyteczna mała myśl zszargana cierpieniem, każdy centymetr ciała nasiąknięty bólem, który zlewa się z cuchnącą wilgocią dookoła. Klatka piersiowa unosi się w nagłym, mimowolnym westchnieniu, skurcz zbyt wielu zastałych mięśni jednocześnie. Plecy wyginają się w łuk, kiedy powietrze znowu zostaje wypchnięte. Coś wstrętnego wypełnia mu gardło - płyny wydalone z płuc lub żołądka, które teraz wyciekają z ust.
"Leciałem nad Nowym Orleanem na czarnych skrzydłach".
Przy następnym spazmatycznym wdechu przygryza sobie język, jeszcze trochę i przegryzłby go na pół. Usta wypełnia mu czyste, ożywcze ciepło, smak wody i żelaza zmywa palącą gorycz chemikaliów. Jared przetacza się na bok, kaszle, sięga po gasnące strzępki snu, które wymykają mu się, zanim jeszcze zdążył się upewnić, że należały do niego. "Leciałem nad Nowym Orleanem. - A potem wyraźniejsza myśl, jak ponowne zaczerpnięcie pierwszego oddechu: - Byłem martwy".
Jared Poe wrzeszczy w swojej trumnie, robi dobry użytek z tlenu wdzierającego się do opornych płuc. Wrzask przeciwko nienawistnej fali wspomnień, obrazów ilustrujących niepodważalny fakt: "Byłem martwy". Błysk objawienia równie niechcianego, jak życie napływające z powrotem do ciała i wyciekająca śmierć. Wielki skurwysyn Kubańczyk z magnum .35 wytatuowanym na prawym ramieniu, z Najświętszą Panienką na lewym, a kiedy Jared spuścił wzrok, ręka wbijająca zaostrzoną łyżkę w jego brzuch. Wpycha metal coraz głębiej, przekręca. Kolejny wrzask i odgłos metalowych rygli zasuwanych wewnątrz starannie zbudowanego piekła Angoli. Zamknięcie. Sztywne dłonie Jareda zaciskają się w pięści. Bębni w wyściełane satynowe ściany swojego nowego więzienia.
Trochę głębiej w siebie i powraca zatęchły biblioteczny zapach sali sądowej, skazujący stuk sędziowskiego młotka i usatysfakcjonowany pomruk tłumu, kiedy głośno odczytano wyrok. Tłusta kobieta ze źle dopasowaną sztuczną szczęką przeczytała werdykt sędziemu… Te wszystkie nieznajome twarze.
- Wystarczy już tego! - Jared Poe tworzy słowa ze swojego wrzasku, ze swojej furii, i łomocze pięściami o ściany trumny. - Wystarczy, kurwa! Nie chcę widzieć nic więcej!
Ale musi zobaczyć o wiele więcej, tyle małych supernowych wybuchających pod powiekami, a każda eksplozja to kolejny sekret, który chciał ukryć przed sobą, kolejny kawałek wrednej układanki, której wcale nie próbował złożyć.
Smród potu i papierosów w policyjnym samochodzie, kajdanki wrzynające się w przeguby.
- Powinniśmy jechać prosto do Algieru - powiedział gliniarz na miejscu pasażera. - Wiesz, Henry? Powinniśmy zawieźć tego zboczonego skurwysyna pedała prosto nad rzekę i wsadzić mu lufę do gęby. Rozwalić łeb mordercy.
Gliniarz za kierownicą tylko się roześmiał.
Wciąż słyszy ten śmiech, jakby czarne ptaki gorączkowo trzepotały skrzydłami w płonących klatkach. Jared czuje, że metal trumny wybrzusza się wokół niego.
Ale to jeszcze nie koniec, ponieważ teraz napływa ostatnie i najgorsze wspomnienie. Jared wchodzi po schodach do ich mieszkania na Ursulines, mieszkania jego i Benny'ego, i nie chce patrzeć, ale już widzi, i nie ma nadziei, żeby zatamować żrący potok obrazów. Klucz walczy z upartym zamkiem, drzwi otwierają się na tak wiele czerwieni. Czerwień jak szminka, róże i goździki. O Boże, niech to będzie cokolwiek, byle nie to, co już zna. Zakupy, które przyniósł z Francuskiego Targu, wyślizgują mu się z rąk, rozsypują się po przedpokoju, który cuchnie jak rzeźnia. Taki sam zapach jak wtedy, kiedy robił zdjęcia w rzeźni, czerwony opar, który pozostał mu w nozdrzach na długie tygodnie.
- Nie chcę, nie chcę, nie chcę… - mamrocze bezsilną litanię do bogów, w których nigdy nie wierzył. - Nie chcę tego znowu widzieć.
Trumna pęka, rozsypuje się jak plastikowa zabawka i Jared spada. Bardzo krótki upadek na kamienną podłogę tak twardą, tak zimną i bezduszną, jak widok Benny'ego rozciągniętego na ich łóżku. Dłonie i stopy wciąż schludnie skrępowane, kostki i nadgarstki połączone starannymi skautowskimi węzłami i oddzielone od całej reszty, od niechlujnego śmietnika kończyn i narządów…
- O kurwa, o kurwa… - szepcze Jared przez chrapliwe szlochy i oleiste łzy, które skapują mu z twarzy na marmurową posadzkę. - Benjamin - wzdycha i w tych trzech sylabach jest więcej bólu, niż jego ciało mogłoby kiedykolwiek pomieścić. Odłamki trumny sypią się wokół niego, stukają jak suche kości albo bierki.


Nie jest pewien, ile czasu upłynęło, odkąd otworzył oczy i znowu zaczął oddychać. Maleńkie witrażowe okno, osadzone wysoko nad drzwiami mauzoleum, zmieniło barwę od najciemniejszych odcieni zieleni i kobaltowego błękitu do czerni, więc Jared wie tylko, że zapadła noc. Kolejna noc w małym miasteczku zmarłych i noc w dalekim świecie żywych. Jared siedzi oparty plecami o kamienną ścianę i wpatruje się w trumnę Benny'ego. Nic innego nie robił przez wszystkie minuty i godziny, których nie pofatygował się liczyć. Nie zdobył się na to, żeby dotknąć trumny, mahoniu słabo lśniącego w mroku, mosiądzu i zgniłych kwiatów rozsypanych na wieku. Nie potrzebuje jej dotykać, żeby wiedzieć, że jest prawdziwa.
Z góry dochodzi stłumiony, ostry dźwięk skrobania. Jared podnosi wzrok i uświadamia sobie, że słyszał ten dźwięk przez cały czas, lecz ignorował go, podobnie jak bolesną pustkę w żołądku i suchość w gardle. Podobnie jak ignorował wszystko oprócz trumny Benny'ego, nietkniętej i nadal stojącej obok sterty drzazg i pogiętego metalu pozostałych po jego trumnie.
Jared zamyka oczy. Wypłakał już wszystkie łzy, tylko ból przetacza się przez niego i nad nim hebanową falą bez końca, szlifuje go gładko jak kamienie podłogi. Został tylko ból, strata i bezdenny, kipiący gniew.
Słuchając niezmordowanego stukania w górze, pracowitych małych pazurków nadających jakby alfabetem Morse'a albo niecierpliwie bębniących palców, Jared zaczyna rozumieć, że właśnie ten gniew musi teraz wykorzystać. Ten gniew, który podniesie go i popchnie do działania, który chyba ma jakiś cel. Nic nie zdoła go pogodzić z poniesioną stratą, nic mu nie pomoże prócz zapomnienia, a teraz nawet to mu odebrano. Jednak wściekłość istnieje poza nim, stwór wyrywający się na wolność, głodna bestia, którą można nakarmić i nasycić.
Słyszy tajemny przekaz zawarty w skrobaniu na dachu mauzoleum. Teraz przypomina sobie sen o skrzydłach nocy, zawrotny sen o lataniu, i dźwiga się na nogi sztywne jak krucze łapy. Stoi w ciemności i słucha własnego serca, ruchu na odległych mokrych ulicach i wezwania czarnego ptaka.


Jeżeli drzwi mauzoleum były zaryglowane, ptak również tym się zajął, a kiedy Jared napiera na metal, czuje pierwsze wrażenie siły fizycznej, jaką nie dysponował nigdy w życiu. Wysokie drzwi otwierają się tak lekko, jakby były zrobione z dykty, nie używane zawiasy skrzypią przeraźliwie przez wywołującą ciarki chwilę. Potem znowu słychać jedynie łagodny szum lekkiego deszczu, kapiącego na kwatery milczących mieszkańców Cmentarza Lafayette.
Jared ogląda się tylko raz, przebiega wzrokiem po wytwornej trumnie Benny'ego i potrzaskanych szczątkach własnej trumny, zanim wychodzi w noc. Zamyka drzwi za sobą, żeby nie widzieć nic więcej i by nic nie dostało się do środka. Zwleka przez minutę, przyciskając twarz do zimnego mokrego metalu, czerpiąc niejasną pociechę z jednostajnie kapiących ciepłych kropel deszczu. Potem ptak kracze głośno i ostro. Jared odwraca się. Cztery stopnie prowadzące do mauzoleum udekorowane są wotywnymi świeczkami i kwiatami w różnym stadium uwiądu i rozkładu. "Ktoś ciągle tutaj przychodzi" - myśli Jared. Lukrecja i inni, a może grupa najgorliwszych fanów, których zdobył po wypadku, a prasa nazwała "kontyngentem czubków".
Kruk przysiadł na ramieniu Jareda, mokre pióra wciskając w jego szyję, jakby szukał tam schronienia. Noc rozciąga się przed nim, za murami cmentarza, wypręża się na całą długość niczym wielki czarny kocur. Coś tam jest, jeszcze większe i potężniejsze niż to cuchnące miasto ze swoim niezmierzonym zepsuciem, może nawet większe niż jego strata.
Jared zaczyna słuchać, co ptak ma do powiedzenia.


Czasami, jak dzisiejszej nocy, człowiek w wielkim domu nad rzeką nazywa siebie Jordan. W Biblii jest rzeka Jordan, a on lubi nazwy rzek. Czasami nazywa się Joseph Lete, od innej rzeki i jej znaczenia, a czasami Stanley Hudson. Jednak są to tajne nazwiska, których poza nielicznymi wybrańcami nigdy nikomu nie zdradza. A jeśli, to tylko gdy ma pewność, że nigdy nikomu nie powiedzą, że nie rozgłoszą nierozważnie jego nazwisk, jak numerów telefonów na brudnych ścianach toalety w pedalskim barze.
Gazety nie znają jego nazwisk. Dla nich jest Rozpruwaczem z Bourbon Street, krzykliwy przydomek nadany za pierwszego, którego znalazły gliny, przed wielu laty. Z pewnością ten przydomek bardziej podnosi nakłady gazet niż któreś z jego prawdziwych nazwisk. Kłamstwa zawsze sprzedają się lepiej od prawdy. Zawsze czyta o swoich wyczynach w gazetach, ale nigdy nie przechowuje przeczytanych wycinków, oficjalnych komentarzy policji i szaleńczych spekulacji tępych dziennikarzy. Uważa, że byłoby to jak wycieczka na Manhattan i kupienie koszulki z napisem I¤NY.
Śmierć nie jest tania, cokolwiek świat sądzi albo jakkolwiek postępuje. Właściwie jest dosyć kosztowna; stać go na prowadzenie tych badań tylko dlatego, że matka zostawiła mu prawa odwiertu na kawałku ziemi w Teksasie. Perfidna do końca, odczekała, aż wygaśnie boom naftowy, więc nie dostał wielkich pieniędzy ze sprzedaży ziemi. Ale wystarczyło. Nie ma wygórowanych potrzeb, chyba że chodzi o badania. Nie będzie oszczędzał na śmierci.
Z wysokiego okna człowiek, który dziś wieczorem nazywa się Jordan, widzi potężną krętą rzekę płynącą cicho przez burzliwą noc, niczym tłusty brązowy wąż pełznący między groblami. Taka rzeka to najpotężniejsza rzecz na świecie.
Czeka na kolejną błyskawicę i zaciąga zasłony, zanim zahuczy grzmot. Nie skończył jeszcze pracy i nie pamięta, co odwróciło jego uwagę. Coś w oknie lub w dole na ulicach. Cokolwiek jednak to było, odeszło, a ten, którego przyprowadził do domu, czeka. Nie zawsze przywozi Ich do domu, tylko tych najbardziej wyjątkowych, którzy przeszli całą drogę i dlatego zasługują na więcej czasu, więcej starania. Tych, którzy mogą najwięcej go nauczyć, czym są, jaką ohydą się stali.
Jak to: rozciągnięte na lśniącym stalowym stole operacyjnym w najwyższym pokoju jego domu nad rzeką. Obserwuje go, kiedy odwraca się od okna, obserwuje go szeroko otwartymi oczami, które wciąż są bardzo czujne. Zawsze zdumiewa go Ich wytrzymałość na fizyczny i psychiczny ból. Kolejna część tajemnicy, kolejna cecha, która różni Ich od ludzi i sprawia, że są tacy niebezpieczni.
Ale nawet w połowie nie tak niebezpieczni jak on. Nie, nawet w jednej czwartej.
Na przykład to. To z luizjańskim prawem jazdy, według którego nazywa się Marjorie Mary West, z literą K w rubryce "płeć". To, które już zaczął, ale ono wciąż go obserwuje, czujne, świadome, jakby wypatrywało szansy ucieczki. Jakby kiedykolwiek miało taką szansę. Pomimo że odciął mu język, zanim demerol przestał działać, i skauteryzował śliski kikut, żeby nie wykrwawiło się na śmierć. Pomimo że język pływa w schludnym słoiku z formaliną ustawionym na widoku. Ono, to stworzenie, wciąż się nie poddaje i to jest ważne.
Mężczyzna przeczesuje tłuste czarne włosy palcami w zakrwawionych lateksowych rękawiczkach, odgarnia rzadką grzywkę z niebieskoszarych oczu. Wybiera skalpel z tacy z chirurgicznymi instrumentami. Niektóre instrumenty zamówił w firmach dostarczających sprzęt medyczny albo kupił jako ciekawostki w antykwariatach. Inne zrobił sam - te, których nie mógł kupić, bo nikt inny przedtem ich nie potrzebował.
To obserwuje go ze stołu, bezpłciowe stworzenie, które ukrywało się w świecie mężczyzn i kobiet, czarnym i białym świecie różnic i przeciwieństw. On wie, że nie jest zwyczajnie złe, wie, że tylko wariat może wierzyć w takie bzdety. Zło nie istnieje. Stworzenie jest tylko obce, wirusowe, i dlatego musi ostrożnie prowadzić swoją kampanię, jeśli chce osiągnąć sukces. Jeśli ma uwolnić świat od tych potworności raz na zawsze.
Człowiek, który dzisiejszego wieczoru nazywa się Jordan, sprawdza więzy, mocne skórzane pasy i stalowe sprzączki. Wkrótce ściągnie prześcieradło, które zakrywa niemożliwe ciało, odkąd zdjął z niego maskujące ubranie. Stworzenie obserwuje go, a grzmot powarkuje swój bezcelowy protest gdzieś za domem nad rzeką.


Jeżeli ktoś nie prowadzi albumu, to jeszcze nie znaczy, że nie ma wspomnień. Album byłby pretensjonalny, bez smaku. Jednak nie ma nic pretensjonalnego w archiwach, które przechowuje w głowie.
Minęło siedem lat, siedem długich lat, czerwonych jak szkarłatna koronka, od tamtego upalnego sierpniowego poranka, kiedy jego praca po raz pierwszy trafiła na pierwsze strony gazet. To była biseksualna prostytutka znana na ulicach Dzielnicy Francuskiej tylko jako Josie, ledwie dziewiętnastoletnia, chociaż wyglądała na dwadzieścia pięć lat. Większość tego, co zostawił, znaleziono upchnięte w trzech kubłach na śmieci przed barem dla turystów na Bourbon Street. Większość, ponieważ zużył dużo krwi, żeby pomalować mury brudnej alejki obok baru. Nie było żadnych świadków, ale dużo gadania dwóch śmieciarzy, którzy znaleźli poobijane kubły pełne mięsa, i fotografie fragmentów, które zostawił zawieszone na schodkach pożarowych jak łańcuszki na choince.
Oczywiście to nie było jego pierwsze stworzenie. Tylko pierwsze, które chciał Im pokazać.
"Nadchodzi chwila - napisał w jednym ze swoich żółtych liniowanych brulionów - kiedy trzeba trochę odkryć się przed wrogiem w zamian za Ich strach. Strach na pewno Ich osłabi".
Więc cztery dni później zostawił drugie ciało w hotelu na Rampart, tłustego transwestytę imieniem Petey; pulchny odpadek pływający twarzą w dół w wannie wypełnionej mydlinami i krwią, nagi oprócz kosztownej bielizny i pantofli na wysokich obcasach. Tego znalazła hotelowa pokojówka. Kiedy policja wreszcie z nią skończyła, jak przeczytał w gazetach, pokojówka przeniosła się z powrotem do Chicago. Okazało się, że prawdziwe nazwisko Peteya brzmi Ralph Larkin, szczęśliwie żonaty ojciec trojga dzieci, który prowadził sklep z artykułami żelaznymi w Metairie i od dawna należał do miejscowego oddziału "bractwa" transwestytów, Tri Ess.
Mężczyzna wciąż pamięta, jak Petey błagał o życie, jak przysięgał, że nie wie nic o Inwazji czy Kabale, czy nawet Gejowskiej Mafii, ale Oni wszyscy kłamią. Nawet stwarzający pozory, te heterokutasy ukrywające wzwody w satynowych majtkach, którzy chcą tylko ubierać się w damskie szmatki i wiedzą, że nigdy nie dopasują się na tyle, żeby dokonać przejścia. Jordan podejrzewa, że wszyscy są kierowani przez implanty, nanity ukryte w zatokach nosowych albo w odbytach, mikroskopijne roboty, które wyglądają jak kulki śrutu, jeśli się je znajdzie. Jordan sądzi, że nanity są zaprogramowane, żeby teleportować się z każdego pojmanego czy zabitego ciała… albo po prostu rozpuszczają się bez śladu.
¦


Dochodzi północ i transseksualista na stole operacyjnym ponownie stracił przytomność. Już trzy razy przełamywał mu pod nosem ampułki amoniaku i ściągał go z powrotem do świata, ale tym razem stworzenie chyba odchodzi na dobre. Jordan wzdycha, odkłada wziernik i długą sondę z przyspawanymi haczykami na ryby, po czym zagląda do notatek. Ciemna smuga zakrzepłej krwi plami drobno poliniowany żółty papier, utrudniając odczytanie zapisków. Jordan wie, że będzie musiał później przepisać tę stronę od nowa.
Klatka piersiowa stworzenia nagle rozszerza się, wciąga powietrze, odsłania niewyraźne blizny w kształcie półksiężyców pod piersiami. Blizny, których nikt nie miał zobaczyć. Ale on widzi wszystko. Kiedy stworzenie robi wydech, z jego piersi wyrywa się urywany, wilgotny dźwięk. Powieki trzepoczą słabo i rozchylają się, żeby spojrzeć na niego ostatni raz. To stworzenie jest bardzo, bardzo ładne, ale on szybko i wprawnie odsuwa na bok wszelkie współczucie. Przeprowadził dostatecznie dużo eksperymentów, żeby wiedzieć, że żal i litość, jakie czasami odczuwa, to jedynie chemicznie wywołane reakcje, wyzwalane przez genetyczne konstrukty hormonalne, które Oni wydzielają w pocie i łzach.
- Jeszcze nie jest za późno - mówi, chociaż oczywiście to kłamstwo. Dla tego stworzenia było za późno, odkąd postawił mu drinka zaraz po zachodzie słońca. - Nie jest za późno odejść w spokoju. Potrafię okazać miłosierdzie.
A potem ono odchodzi i Jordan zostaje w pokoju sam. Jego nos wypełnia smród, kiedy pęcherz stworzenia opróżnia się na blat stołu.


Wspomnienia ma równie czyste jak słowa, które przelewa na papier.
Czasami, kiedy poszukiwane odpowiedzi wydają się niedosiężne, tylko wspomnienia podtrzymują go na duchu. Pocieszające wspomnienia odwagi, zdecydowania i owoców jego poświęcenia.
Zaledwie tydzień po grubasie w wannie Joseph Lete wybrał jednego z ulicznych punków z Dzielnicy Francuskiej, nieletnią ciotę, którą zwabił do samochodu za pomocą fiolki krystalicznej metedryny i zawiózł aż do Arabów, zanim zatrzymał się i wpakował dzieciakowi kulę w głowę. Nawet nie zapytał go o imię, a chłopiec sam się nie przedstawił. Nosił tandetne szmaty retro z lumpeksu, poliester z lat siedemdziesiątych i czarną perukę, która spadła, kiedy Joseph wywlókł ciało z fotela pasażera. Przywiązał trupa łańcuchem do tylnego zderzaka samochodu i jeździł po nie brukowanych bocznych drogach przez bayou* prawie do świtu, po samotnych miejscach wśród cyprysów i wysokiej szepczącej trawy, gdzie nikt go nie widział, tylko ptaki i aligatory. Owinął surową, bezkształtną masę w plastik i zostawił pod dębem w Parku Audubona.
Później, kiedy zaobserwował, jak miasto zaczyna wyciągać wnioski, które mu podsuwał, postanowił znowu pobyć trochę Jordanem. Widział, jak strach osiada na gejowskiej populacji Dzielnicy niczym kurtyna zapadająca w połowie filmu. Chodził ulicami i węszył dojrzewający strach, pachnący jak świeże granaty i zwiędłe gardenie.
Więc żeby nie odczytano błędnie jego wiadomości, zostawił jeszcze jedną. Transseksualista po operacji zmiany płci, wykastrowany, z chirurgicznie skonstruowaną genitalną abominacją zaszytą w ustach. Ten stwór prawidłowo odczytał jego znaki, nawet udzielił niegdyś wywiadu miejscowej ekipie wiadomości telewizyjnych badającej morderstwa Rozpruwacza. Ten stwór twierdził, że ktoś poluje na miejską społeczność transseksualistów, seryjny zabójca. Słysząc to, Jordan poczuł dumę: nie został źle zrozumiany przez tych, o których mu chodziło. Nieważne, że policja była tak cholernie apatyczna lub niekompetentna, że nie potrafiła wyśledzić własnego odbicia w lustrze. Liczyło się tylko, że Oni zrozumieli. Rozgłoszą, że nie mogą już dłużej bezkarnie infiltrować miasta.
Chciał wtedy przestać, powrócić do dawnych zwyczajów. Od czasu do czasu tylko zabierać włóczęgów i świrów, którzy zostaną najwyżej uznani za zaginione osoby - zaginione, lecz nie poszukiwane.
Jednak cielesny, słodki zapach Ich strachu uzależniał. Teraz czasami Jordan myśli, że to była sztuczka, żeby wywabić go z kryjówki: Oni naprawdę wydzielali jakiś specjalny związek chemiczny, który powodował nałóg. W końcu nawet gliny coś wykryją, mając dostatecznie dużo czasu. Usiłował przerwać publiczne wystąpienia, ale nie można wcisnąć pasty do zębów z powrotem do tubki. Więc tylko polował w dalszych okolicach i nie tak często. I uczył się w miarę, jak mijały lata. Nawet jeśli nie zmniejszył znacząco Ich liczby, przynajmniej wiedzieli, że on wie.
On wie, że Oni czują przed nim strach, bo inaczej już by nie żył.


Jordan kończy zmywać stół do wiwisekcji, przepuszcza wszystkie instrumenty przez autoklaw i chowa nowe próbki tkanek - niektóre pływające w słojach z formaliną, inne zamknięte w termosach - do staroświeckiej lodówki, mruczącej głośno do siebie w kącie pokoju. Kiedy już zapakował ciało transseksualisty do niebieskich plastikowych worków na śmieci i zakleił taśmą, wraca na miejsce przy oknie.
Człowiek o rzecznych nazwiskach ponownie rozsuwa zasłony i spogląda w dół na czarny zakręt Missisipi odbijającej światła miasta. Później wyniesie ciało do samochodu, najpierw jednak pozwoli sobie na chwilę refleksji nad tym, co zobaczył dzisiaj wieczorem. I nad innymi rzeczami zaprzątającymi mu ostatnio głowę, jak powracające sny. Sny o lataniu wysoko nad zarażonym Nowym Orleanem. Sny o czarnych piórach i znajomej twarzy, której jednak nie potrafi rozpoznać.
Patrzy bez mrugnięcia, jak barka powoli błyska latarnią w drodze do Zatoki Meksykańskiej i odpływa w deszczową noc.


Skończywszy skromny obiad - oliwki, francuski chleb i suchy kawałek tuńczyka - Lukrecja sprząta ze stołu, wstawia brudne naczynia do zlewu i znowu siada. Nieruchomieje na drewnianym krześle o prostym oparciu, obserwując zegar nad kuchenką, dopóki nie zajdzie słońce. Przez całe popołudnie padało z przerwami i teraz znowu pada, bębniąc o dach mieszkania. Od tego dźwięku robi się senna, więc słucha uważniej muzyki ze stereo w drugim pokoju. Nick Cave jak zardzewiały mechanizm owinięty wytartym aksamitem warczy: Do You Love Me? Tyle smutku w tym głosie i w tych słowach, ale również tyle odwagi.
Kiedy cienie urosły i zgęstniały dostatecznie, żeby wypełnić podwórze za oknem, Lukrecja wychodzi z kuchni. Jej bose stopy prawie bezszelestnie stąpają po sekwojowej podłodze, kiedy przechodzi przez krótki korytarz prowadzący do dużego frontowego pokoju z widokiem na Ursulines. Natrętny mrok również znalazł tam drogę. Lukrecja bierze pudełko zapałek ze szklanego stolika do kawy i zapala świecę o sandałowym zapachu. Ciepły krąg światła spycha noc z powrotem w zakurzone kąty pokoju. Lukrecja przystaje przed swoim wymizerowanym odbiciem w lustrze, wielkim lustrze w ozdobnej ramie z drzewa wiśniowego, które Benny znalazł w antykwariacie na Magazine Street i podarował Jaredowi na trzydzieste urodziny.
Lukrecja ostrożnie dotyka swojej bladej twarzy, obrysowuje twarde linie wydatnych kości policzkowych, pełne wargi umalowane na czarno tym samym antymonem, który nakłada na powieki. Zauważa, że kręgi pod oczami pogłębiły się znacznie, odkąd ostatnio spoglądała w lustro, a może chodzi o sposób trzymania świecy. W tym świetle wygląda tak podobnie do niego, ta sama bladość, którą Benny kultywował przez lata, u Lukrecji jest naturalna, cena wielu miesięcy spędzonych z dala od słońca, długiego prawie-głodowania. Musi zamknąć oczy i odwrócić się od odbicia w lustrze, widmowego obrazu kobiety, który jej brat nosił jak zmianę ubrania; nie może znieść widoku tej kobiety żywej i oddychającej, kiedy on leży sam i taki zimny.
- Jezu - szepcze, stojąc przez chwilę bez ruchu, kiedy zawrót głowy połączony z mdłościami i déjŕ vu powoli ustępuje. Koncentruje się na szumie deszczu i na głosie Nicka Cave'a rozbrzmiewających w ciemnym mieszkaniu.


Benjamin i Lucas DuBois przyszli na świat w okręgu Pike, stan Missisipi, w miasteczku tak małym i brzydkim, że zwykle pomijano je na mapach. Identycznych bliźniaków urodziła dziewczyna zbyt młoda i przerażona, żeby zapewnić im opiekę, więc kiedy wreszcie uciekła do Pensacoli z wędrownym kaznodzieją, chłopcy zamieszkali u swojej ciotecznej babki Izoldy. Należała do niej obszerna zaniedbana rezydencja tuż obok czegoś, co uchodziło za dziedziniec. Dom zbudowany został dwadzieścia lat przed wojną domową i zapisała się na nim każda dekada niszczącego słońca. Matka nigdy nie wróciła po chłopców, chociaż czasami przysyłała pocztówki, które niemal zawsze przedstawiały krzykliwe sceny religijne; ich ulubioną była trójwymiarowa ilustracja pokazująca spalenie Sodomy i Gomory. Trzymana pod określonym kątem, pokazywała dwa zepsute, zwieńczone iglicami miasta rozpadające się pod gniewnym niebem; przechylona w drugą stronę odsłaniała rękę Boga nad pomarańczową chmurą w kształcie grzyba.
Jako dziewczynka ciotka Izolda uczęszczała do college'u w Starkville i nauczyła bliźniaków czytać i pisać, zanim skończyli cztery lata. Czytała im na głos z książek, które wypełniały jej dom - Wyspa skarbów i Wichrowe wzgórza, wszystkie powieści Dickensa, Dracula, Ivanhoe i Mark Twain. Uczyła ich historii i żywotów świętych, geografii i francuskiego. W zamian pisali sztuki i odgrywali je przed starą kobietą, plądrowali kufry w poszukiwaniu kostiumów, improwizowali scenografię ze zmurszałych wiktoriańskich mebli.
Tego roku, kiedy skończyli dwanaście lat, a ciotka Izolda skończyła sześćdziesiąt trzy, bliźniacy odegrali na Gwiazdkę dwie sceny z Antoniusza i Kleopatry. Nauczyli się swoich kwestii na pamięć i nawet uszyli kostiumy na starej maszynie do szycia Singera, którą znaleźli na strychu. Lucas grał Kleopatrę, a do sceny śmierci użyli żywego grzechotnika, którego złapali hibernującego w piwnicy. Ciotka Izolda była zachwycona, krzyczała: "Brawo! Brawo!", dopóki nie ochrypła.
Mijały kolejne Gwiazdki i śliczni chłopcy wyrastali na jeszcze ładniejszych, niepokojąco doskonałych nastolatków, o włosach czarnych jak antracyt i oczach barwy zgaszonej zieleni liści derenia w pełni lata. Prawie nie opuszczali domu i rozległego, zarośniętego dziedzińca, chyba że załatwiali sprawunki dla Izoldy. Znali plotki, które mieszkańcy miasteczka szeptali sobie za ich plecami. Jakie to nienaturalne, żeby dwóch chłopców wychowywała stara panna w upiornym starym domu, i nawet nie posłała ich do szkoły, o kościele nie wspominając. Miejscowi i tak nigdy nie lubili Izoldy, ponieważ nawet jako młoda dziewczyna trzymała się od nich z daleka, zbyt wiele czasu poświęcała książkom, a zbyt mało chłopcom z miasteczka.
Czasami, kiedy bliźniaki maszerowały szybko po czerwonej pylistej drodze, która łączyła ich dom z miasteczkiem, inne dzieci chowały się w krzakach, obrzucały ich kamieniami i wyschniętymi krowimi plackami, wyzywały od mazgajów i dziwaków. Lucas zawsze chciał uciekać, ciągnął brata za rękaw koszuli i błagał, żeby nie przystawał, nie słuchał. Ale Benjamin słuchał, a czasami przystawał na ścieżce i odrzucał kamienie. Raz trafił w głowę chłopca nazwiskiem Jesse Aderholdt, po czym Jesse i jego przyjaciel Waylon Dillard ścigali ich przez całą drogę do domu. Kiedy bracia dotarli do starej rozchwianej bramy - Lucas zapłakany i wzywający pomocy, Benjamin wrzeszczący na niego, żeby się "zamknął, do cholery" - Izolda czekała na nich z kijem baseballowym. Jesse i Waylon zatrzymali się na drodze, stanęli w bezpiecznej odległości i wykrzykiwali obelgi, kiedy stara kobieta wprowadzała bliźnięta do domu.
- Ty stara zasuszona pizdo! - wrzeszczeli. - Ty przeklęta stara wiedźmo! Lepiej pilnuj tych swoich cudaków, bo ich zabijemy.
Potem Waylon Dillard zawołał, że jego tata należy do Klanu i jeśli zechce, spali ich dom. W końcu odeszli chyłkiem w stronę miasteczka. Jednak Lucas nie mógł zasnąć tamtej nocy i myślał o ogniu. Dopiero przed świtem zapadł w niespokojną drzemkę i śnił o jedźcach w białych prześcieradłach i o płonących krzyżach.


Latem tego roku, kiedy bliźniaki skończyły szesnaście lat, Izolda zmarła we śnie na atak serca. Po pogrzebie, w którym nie uczestniczył nikt oprócz księdza, miejscowe kobiety zjawiły się w domu z zastępcą szeryfa i oznajmiły, że bliźniacy nie mogą tam mieszkać sami. Wciąż byli nieletni, więc będą musieli pójść do zastępczych rodzin - pewnie dwóch różnych, ponieważ trudno znaleźć rodzinę, która przyjmie dwóch nastoletnich chłopców.
- Pozwolimy wam tutaj zostać, dopóki nie porozmawiamy z opieką socjalną w McComb. Dajemy wam czas, żebyście spakowali swoje rzeczy - powiedział zastępca szeryfa.
Tej nocy chłopcy wzięli trochę ubrań i książek i wszystkie pieniądze, które Izolda trzymała w kamionkowym słoju pod kuchennym zlewem. Benjamin użył nafty ze składziku, żeby rozniecić ogień. Zostawili listy samobójcze, które napisał Lucas, przybite do pekanowca.
Przez jakiś czas leżeli ukryci w jeżynowym gąszczu na szczycie wzgórza, pół mili na południe od miasteczka, obejmowali się i patrzyli, jak gniewna czerwona łuna płonącego domu gasi gwiazdy na nocnym niebie. Syreny wyły i Lucas wyobrażał sobie, że słyszy ludzkie krzyki. Żaden z nich nie powiedział ani słowa.
Po chwili wyczołgali się z kolczastych zarośli i odeszli przez las w stronę szosy. Dojechali autostopem na południe aż do Bogalusy, gdzie kupili bilety autobusowe na resztę drogi do Nowego Orleanu.


Sypialnia należąca dawniej do brata i jego kochanka stała się kościołem Lukrecji. To najświętszy przybytek po ich grobach. Lukrecja zapala dziesiątki świec, jedną za drugą, aż miękki złocisty blask zalewa cały pokój. Potem siada w swoim kącie obok łoża z baldachimem; kolejne niewygodne krzesło. Krzyżuje ramiona na piersiach, obejmuje się mocno. Ustawiła tutaj wszystko od nowa, dokładnie w ten sam sposób jak przedtem, zanim zaczął się ten długi koszmar, z którego wciąż się nie przebudziła. Czarno-białe fotografie na ścianach, zrobione przez Jareda portrety Benny'ego w ślubnej sukni z lateksu i koronki, gorset pod spodem zasznurowany tak ciasno, że Benny wygląda jak owad, taki kruchy, taki bezbronny.
Te zdjęcia zajmowały centralne miejsce na pierwszej dużej wystawie Jareda w galerii, to one zapewniły mu pochlebne recenzje w "The Village Voice", to one przyciągnęły uwagę kolekcjonerów aż z Amsterdamu i Berlina: ludzi wydających pieniądze na sztukę.
Na tej wystawie były również fotografie Lukrecji, jej i Benny'ego, ale nie mogła dłużej na nie patrzeć. Jared upozował ich razem: bliźniaki jak odwrócone lustra, ubrane w opięte kostiumy, które beztrosko, elegancko zamieniały ich płciami w jedną i drugą stronę, które upodabniały ich do siebie jeszcze dokładniej niż dziedzictwo genów. Pod koniec pierwszej sesji zdjęciowej, osiem godzin tylko na papierosach i butelkowanej wodzie, Lukrecja miała mdłości i zawroty głowy; po raz pierwszy od lat zatraciła wątłe poczucie własnej tożsamości. Zaczęła płakać i Benny obejmował ją, dopóki świat powoli nie odzyskał konkretnej formy.
Teraz wpatruje się w fotografię nad toaletką Benny'ego, której stalowa rama lśni mętnie w blasku świec. Benny rozciągnięty na szorstkiej, spękanej betonowej podłodze, z głową skręconą tak mocno w bok, jakby miał złamaną szyję, satynowa opaska zasłania oczy, uczernione wargi rozchylone zaledwie odrobinę. Czasami Lukrecja żałuje, że nie ma siły zerwać tych fotografii ze ścian, spalić ich razem z tym całym przeklętym budynkiem i z sobą w środku. Podłożyć oczyszczający, zacierający wszystko ogień, jak zrobili z Bennym tak dawno temu. W poprzednim życiu, dwa życia wcześniej, kiedy była jeszcze przestraszonym nastoletnim chłopcem imieniem Lucas, kiedy uciekali, a przyszłość rozciągała się przed nimi bez końca. Teraz przyszłość jest ścianą z żelbetu, której Lukrecja mogłaby dotknąć, gdyby zdobyła się na odwagę, zimnym ślepym murem na końcu coraz węższej alejki jej życia.
Jednak Lukrecja wie, że nie ma tyle odwagi, tyle siły, żeby uczynić ten ostateczny gest, pokonać odległość dzielącą ją od brata i przerwać swoją samotność. Ma siłę, żeby znosić ten ból w nieskończoność, jeśli trzeba, ma siłę, żeby dźwigać wspomnienia, i nie zamierza wymagać od siebie niczego więcej.
Zegar na szyfonierze tyka, odmierza ostatnią minutę przed północą. Lukrecja siada prosto i dalej udaje, że tylko czeka, aż Benny wróci do domu.


Zachodzące słońce wyglądało jak zamglona ognista kula tonąca w rozległym przestworze jeziora Pontchartrain, kiedy autobus wiózł Benjamina i Lucasa ponad wodą niemal bez końca. Zdawało im się, że to obraz z baśni, z którejś książki spalonej na popiół w bibliotece Izoldy: most spinający przepaść pomiędzy ich dzieciństwem a cudownym, niebezpiecznym miastem, które leżało przed nimi.
W tamtej chwili Lucas pochylił się blisko i wyszeptał bratu do ucha jedyny sekret, jaki ukrywał przed swoim bliźniakiem, tajemnicę tak ciężką, że sam nie wierzył, iż kiedykolwiek ubierze ją w słowa i wypuści z ust. Ale zrozumiał, że w tej przeprawie była dzika magia i gdyby wtedy tego nie wyznał, mogło to w nim zostać zamknięte na zawsze. A po wyznaniu Benjamin tylko uśmiechnął się swoim pięknym uśmiechem i pocałował brata w policzek.
- Myślałeś, że nie wiemy? - zapytał, a Lucas był zbyt wstrząśnięty, żeby odpowiedzieć, zbyt poruszony swoim wyznaniem i niedbałą reakcją Benjamina, i światem przepływającym tak szybko za szybą autobusu. - No więc wiedzieliśmy. Myśleliśmy, że ty wiesz, że wiemy.
Lucas zdołał pokręcić głową.
- Jezu - westchnął jego brat z przesadnym znużeniem, ale wciąż z uśmiechem. - Czasami takie tępe z ciebie stworzenie.
- Więc nie gardzisz mną za to?
Coś przemknęło przez twarz Benjamina tak szybko, że Lucas ledwie to zauważył, gniew wepchnięty z powrotem do czarnej skrzynki, zanim zdążył go zranić. Benjamin potrząsnął głową.
- Obaj jesteśmy dziwadłami, Lucas. Wcale nie jesteśmy jak tamci inni… - szepnął, wskazując ludzi w fotelach dookoła. - I w tym nasza siła.
Lucas zamknął oczy. Kiedy autobus zjeżdżał z mostu do Nowego Orleanu, brat opowiadał mu szeptem starą historię, którą wspólnie wymyślili przed laty, o dwóch identycznych zaczarowanych bliźniakach, odmieńcach podrzuconych zamiast ludzkich dzieci i wychowanych przez dobrą staruszkę w domu pełnym kurzu, tajemnic i tłustych zwinnych pająków.


Lukrecja prawie drzemie na krześle, kiedy zaczyna się stukanie w szybę balkonowych drzwi za łóżkiem okrytym czarnymi lnianymi draperiami. Początkowo myśli, że dźwięk dochodzi z innego pokoju, że ktoś puka do drzwi mieszkania, ktoś chce wejść, i szepcze jego imię, zanim zdążyła się powstrzymać.
- Benny?
Wtedy dźwięk rozbrzmiewa ponownie, ostry niczym kamyki bębniące o szybę prawie dostatecznie mocno, żeby rozbić szkło. Lukrecja wstaje. Nogi ma słabe, drobne włoski jeżą jej się na karku, zimny pot perli się wilgocią pod sukienką, na czole i górnej wardze.
Rozlega się jakby łoskot gromu, ale Lukrecja wie, że to nie jest grom; o wiele za zwarty i za bliski jak na grom. Powoli przetacza się po dachu, a ona podnosi wzrok na sufit i wtedy nagły, gwałtowny poryw wiatru otwiera okna. Płomienie świec pełgają, pokój wypełnia się zapachem deszczu, ozonu i gorącego wosku.
- Benjamin? - pyta Lukrecja, tym razem głośniej. Burza jakby wstrzymuje oddech i przez chwilę słychać tylko deszcz wpadający przez okno, bębniący o podłogę, zraszający jej twarz.
A potem łopot skrzydeł i Lukrecja prawie krzyczy, kiedy ogromny kruk przysiada na wezgłowiu łóżka, a okna zatrzaskują się za nim.
- Jezu Chryste - zachłystuje się Lukrecja.
Ptak kracze głośno jakby w odpowiedzi, stroszy czarne pióra i strząsa drobne kropelki wody na wilgotną narzutę. Przekrzywia głowę na bok, ukazując dziób jak sztylet zabójcy, i Lukrecja próbuje odgadnąć, co jej smutek wywołał z tego nawiedzonego miasta, jaki mroczny duch przybył towarzyszyć jej w czuwaniu.
Robi jeden krok w stronę ptaka, pochyla się. Kruk mruga i znowu kracze, rozkładając hebanowe skrzydła. Lukrecja cofa się i przysiada na skraju łóżka.
- Kto cię przysłał? - pyta. - Kto cię przysłał do mnie?
- Lukrecjo - odzywa się głos za jej plecami, głos tak znajomy i tak obcy, jak tylko można sobie wyobrazić, głos, który wyraża wszystko, co widział i czuł, wklinowane brutalnie pomiędzy słowa. Ona za bardzo się boi, żeby się obejrzeć, serce wali jej w piersi, ale wie, że pomimo strachu będzie musiała odwrócić się wcześniej czy później. Jak Orfeusz czy żona Lota, bez względu na karę za patrzenie. Niepatrzenie jest tysiąc razy okropniejsze.
- Jared - mówi szeptem cichszym niż szept. - Czy to…?
- Tak, Lukrecjo - odpowiada on. - Tak.
A ona odwraca się, żeby zobaczyć.


Jared idzie za ptakiem chyba przez całe mile, mokrymi ulicami pełnymi szyderczych, podejrzliwych twarzy i samochodów, które trąbiły, kiedy nie schodził im z drogi. Myśli, że ptak coś w niego włożył, palącą nić tak jasną, że oślepia go i wymazuje resztę świata, głodną tnącą rzecz, która przyciągnęła go przez burzę do tego miejsca, gdzie nigdy nie wróciłby z własnej woli.
Kiedy kruk zaprowadził go do Dzielnicy Francuskiej, stał przez chwilę po drugiej stronie ulicy naprzeciwko mieszkania i w milczeniu obserwował okno sypialni za zasłoną deszczu. Dziwiło go słabe, migotliwe światło widoczne przez koronkowe firanki. Kto tam mieszkał teraz, po jego śmierci? Potem ptak poderwał się ze słupa latarni w powietrze i sprężyna zwinięta w Jaredzie znowu się napięła. Poszedł za czarnymi skrzydłami.
Na dole drzwi przeciwpożarowe stały otworem, więc każdy mógł wejść z ulicy, każdy uzbrojony świr, złodziej albo morderca. Zamknął je za sobą i żelazne rygle szczęknęły twardo, ostro, jak drzwi więziennej celi.
I teraz stoi w drzwiach sypialni, gdzie umarł Benny, a Lukrecja klęczy przed nim. Kruk obserwuje go znad łóżka. Jared czuje, że sprężyna w jego duszy wiotczeje; przełyka ślinę, wciąż wyczuwa smak chemikaliów, smak stęchłej śmierci jak kac, posmak jakby starych wymiotów, alkoholu i papierosów.
- Dlaczego? - pyta. Głos wydobywa się jakby skądś blisko, ale nie z jego gardła czy ust. Jared nie wie, o co jeszcze warto zapytać, co jeszcze ma znaczenie oprócz tego jednego słowa: "Dlaczego?", więc wymawia je ponownie.
Lukrecja chyba nie potrafi mu odpowiedzieć, patrzy oniemiała i nie dowierzająca. Wygląda tak podobnie do Benny'ego, że aż boli widzieć ją tutaj, niemożliwie identyczną bliźniaczkę. Jared ma wrażenie, jakby spadał, przytrzymuje się framugi drzwi, ale potężny wir nadal wsysa jego bose stopy. Mieszkanie, ten cholerny pokój, z którego zrobiła ołtarz, bo jest za słaba, żeby odejść. Ptak wydaje się uśmiechać i Jared marzy, żeby mu skręcić kark.
- Dlaczego, Lukrecjo? - wydaje groźne warknięcie, które nie tylko słyszy, ale również czuje. Zamyka oczy, przyciska czoło mocno do ściany. Zdumiewa się, że czuje na skórze dotyk twardego drewna. - Coś ty mi zrobiła?
- Jared - powtarza ona, wymawiając jego imię jak święte słowo.
Kiedy on otwiera oczy, Lukrecja bardzo powoli wstaje z klęczek. Porusza się w zwolnionym tempie jak podwodna tancerka. Niepewnie wyciąga do niego rękę, a pod nim uginają się kolana, więc mocniej chwyta się framugi.
- Powinnaś zostawić mnie martwego. Jestem martwy i powinnaś zostawić mnie martwego.
- Jared, ja tego nie zrobiłam - mówi Lukrecja.
On wie, że cała jej odwaga wypływa ze strachu, żeby znowu nie zrobił sobie krzywdy, nie zniszczył jej cennego trofeum voodoo zza grobu, więc uderza twarzą o ścianę. Coś pęka i ciemna smuga krwi plami białą farbę.
- Owszem, zrobiłaś! Ty i te twoje zasrane magiczne sztuczki… Wysłałaś tego pieprzonego ptaka, żeby mnie odkopał.
- Jezu, nie, przysięgam…
Lukrecja podchodzi do niego, jakby jej strach już się nie liczył, jakby po prostu nie miała wyboru. Jared prawie jej żałuje, prawie wstydzi się za nią, gdyby tych uczuć nie zaćmiewał duszący gniew. W świetle świec błyszczą łzy spływające po jej policzkach, spływające z jasnych, mokrych oczu. Potem Jared pada, wreszcie, ale bardzo, bardzo powoli. Tonie, więc zanim ona przemierza pokój, on kuli się ze złamanym nosem rozpłaszczonym o ścianę, smakując własną krew.
- Boże, Jared.
Lukrecja otacza go ramionami i przyciąga do siebie. On czuje jej zapach, różana herbata i zioła, czysta sukienka, jej pot, jej strach trzaskający wokół niego jak ładunek elektryczny. Obejmuje go bardzo mocno i kiedy się odzywa, jej głos brzmi słabo jak głos starej, umierającej kobiety.
- Nigdy cię nie okłamałam, Jared. Kurwa, wiesz, że nigdy cię nie okłamałam…
- Ale dlaczego, Lukrecjo? Jezu Chryste, dlaczego?
Potem nagły kłujący ból między oczami, szorstki, zgrzytliwy dźwięk, i ciało na twarzy Jareda wydaje się więcej niż żywe. Zaczyna poruszać się i przesuwać, i w pierwszej chwili Jared myśli o robakach, że zamiast mózgu ma czaszkę pełną robaków, które teraz odnajdą drogę przez twarz. Rozlega się wyraźne "pop", skóra, kości i chrząstki drgają. Jared widzi, że Lukrecja zakrywa usta jedną ręką.
- Och, Jared - szepcze głosem wezbranym od strachu i grozy.
On sięga w górę i spodziewa się znaleźć tysiąc maleńkich larwalnych ciał wylewających się z nozdrzy, zimny wytrysk zjełczałych płynów. Zamiast tego wymacuje tylko swój nos, swój idealny, nie złamany nos. Ani jednej kropli krwi. Jared patrzy na czubki palców, jakby one też go zdradziły, jakby to było kolejne kłamstwo.
- Co się dzieje? - Lukrecja pyta głosem kruchym i nierównym jak krawędź rozbitej żarówki. On zamiast odpowiedzi odpycha ją od siebie, popycha tak mocno, że Lukrecja traci równowagę i przewraca się do tyłu, kiedy on wywalczył sobie powrót do solidnej, nieustępliwej ściany.
Kruk wciąż obserwuje go znad łóżka. Jared wyobraża sobie, jak ptak trzyma go na uwięzi, widzi lśniący drut, który biegnie od sinej ptasiej piersi do jego serca, napięty niczym żyłka wędki, haczyk wbity w niego tak głęboko, że nigdy nie zdoła go wyrwać.
- Ty, ty czarny skurwysynu! - wrzeszczy. Ptak mruga. - Ty to zrobiłeś, tak? - Dłonie Jareda gorączkowo chwytają puste powietrze, próbują zerwać więź równie nieuchwytną i niezaprzeczalną jak wspomnienia. - Puść mnie! - żąda, podnosząc się na nogi. - Odeślij mnie tam, gdzie moje miejsce!
Kruk tylko kracze jeden raz, gniewny, niecierpliwy dźwięk, i odskakuje trochę dalej od niego.
- Jared, przestań, proszę. - Lukrecja sięga do jego kostek, szlocha, kiedy on odtrąca kopniakiem niechciane dłonie. - Nie słyszysz, co ci mówi? Na litość boską, przestań i posłuchaj go, Jared.
Jednak coś w nim pękło, coś dojrzałego i ropiejącego, i ciemna żrąca furia wycieka na zewnątrz, zanim jeszcze spostrzegł, że znalazła ujście. Wylewa się z niego jak dzika, bezrozumna powódź. Jared zrywa obraz ze ściany, ledwie świadomy, co właściwie trzyma, i ciska nim w czarnego ptaka. Rama uderza w podnóżek, pęka, eksploduje fontanną szkła i odłamków drewna.
Teraz Jared patrzy w oczy Benny'ego, a twarz na zniszczonej czarno-białej fotografii odwzajemnia jego spojrzenie. To zdjęcie zamieszczone w "The Village Voice" - Benny z rękami spętanymi z tyłu, niewidocznymi, na wargach leciutki ślad grymasu. Sylwetka na zacienionym tle, płomienne skrzydła rozpostarte szeroko za plecami, sztywno sterczące skrzydła, które jakby wyrastały z nagich ramion Benny'ego. Jared zatytułował tę fotografię "Kruk", a Benny narzekał, jakie to banalne, bardzo głupi dowcip.
- Och. - Jego głos to tylko jeszcze jeden śmieć wyrzygany przez wrzącą kaskadę. - Och, pieprzę cię.
- Proszę - powtarza Lukrecja i teraz błaga. Błaga, żeby przestał, kiedy on chwyta torchčre od Tiffany'ego stojącą przy drzwiach i rzuca ją przez pokój niczym dzidę z brązu i witrażowego szkła, wbijając w sam środek fotografii. I teraz uśmiecha się do kruka, złośliwy uśmiech tak szeroki, jakby miał zaraz przepołowić mu głowę, uśmiech rozdzierający kąciki ust. Ptak kwili i wycofuje się na bezpieczne wezgłowie.
- Myślisz, że to zabawne? Co? Myślisz, kurwa, że to zabawne?
Potem Lukrecja staje przed nim, zasłania sobą kruka i jego gniew zmienia obiekt pomiędzy dwoma uderzeniami serca.
- Zejdź mi z drogi, dziwko.
- Nie - odmawia Lukrecja niskim i stanowczym głosem, brzmiącym teraz po męsku, jak wtedy, kiedy Jared po raz pierwszy spotkał ją i Benny'ego na otwarciu galerii w śródmieściu. - Nie, nie zejdę. Cokolwiek się tutaj dzieje, nie dzieje się bez powodu, Jared.
- Nie, Lucas - zaprzecza i kładzie jak największy nacisk na to odrzucone imię, taka prosta, łatwa broń leżąca dogodnie pod ręką. Lukrecja wzdryga się, ale nie ustępuje. - To tylko gówniany żart. To tylko chory, pokręcony wszechświat zażartował sobie wrednie z nas wszystkich. Nie rozumiesz, Lucas?
- Wiesz, że to nieprawda - odpowiada i piorunuje go wzrokiem, a płomień wzbierający w jej oczach niemal dorównuje jego furii.
- Jezu, nigdy nie miałaś poczucia humoru.
Jared odwraca się od niej, zrywa następną swoją fotografię ze ściany i roztrzaskuje o podłogę. Metal i szkło ranią mu dłonie, które goją się natychmiast, niczym ciało na filmie puszczonym od końca. Jared odwraca się powoli, unosi ręce, żeby pokazać jej rozcięcia zabliźniające się samoistnie. Żeby zobaczyć wyraz jej twarzy.
- Więc proszę, kochanie, koniecznie musisz pozwolić, żebym odświeżył ci pamięć.
Jared porusza się tak szybko, że Lukrecja nie zdążyła zareagować, popycha ją na łóżko. Wbija w nią słowa jak gwoździe, każde twardsze i ostrzejsze od poprzedniego, jakby chciał ukrzyżować ją samym głosem.
- A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie, / Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim. / Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci…
Lukrecja policzkuje go; dźwięk uderzenia rozlega się głośno i Jared przerywa recytację na chwilę, żeby zaśmiać się jej w twarz, żeby delektować się pieczeniem po dotknięciu jej ręki.
- Zostaw mnie w spokoju - warczy Lukrecja.
Jared oddaje jej policzek, uderza mocno, aż Lukrecja potyka się o lampę i pada na łóżko. A on teraz przypomina sobie, jakim wspaniałym uczuciem bywa przemoc, oczyszczające wyzwolenie, i pochyla się nad nią nisko niczym filmowy wampir.
- Aż szepnąłem: On odleci, rzuci domu mego próg…
Lukrecja wbija mu kolano w krocze i odpycha go drugą stopą.
- Powiedziałam, zostaw mnie, ty skurwysynu!
Jared uwalnia ją, osuwa się bezwładnie u stóp łóżka, kuli się obok resztek lampy i "Kruka". Lukrecja stacza się z łóżka bez tchu, oczekując następnego ataku, tym razem przygotowana. Jednak Jared leży bez ruchu i wpatruje się tępo w fotografię, gdzie podarty duch Benny'ego wciąż tkwi uwięziony w szczątkach ramy. Ptak w milczeniu obserwuje ich oboje ze swojego miejsca na wezgłowiu.
- Nie zabiłem Benny'ego - mówi Jared do Lukrecji, chwilowo wyzuty z gniewu. Brzmienie jego głosu przyprawia ją o dreszcz, pomimo adrenaliny pulsującej w żyłach, taki pusty, martwy dźwięk, jakby ktoś mówił z dna głębokiej, wyschniętej studni.
Odpowiada mu tak ostrożnie, tak kojąco, jak tylko potrafi:
- Wiem, Jared.
- Tak - potwierdza Jared - wiem, że wiesz.
Zaczyna delikatnie wyjmować fotografię z pękniętej ramy, zmiata sproszkowane szkło z portretu swojego zamordowanego kochanka, jej zamordowanego brata. Kruk ponownie kracze, głośno trzepoce skrzydłami, lecz Jared nie podnosi wzroku. Wpatruje się w pięknego, utraconego Benny'ego.
- Jared, ty rozumiesz, co on mówi, prawda?
Bardzo powoli odwraca do niej głowę, jakby nie chciał odrywać wzroku od fotografii nawet na chwilę, z obawy, że zdjęcie się rozpuści. Spojrzenie ma równie odległe i puste jak głos, a ona pragnie znowu go objąć, pragnie wyzwolenia od tych wszystkich miesięcy, które spędziła sama, tylko w towarzystwie własnego egoistycznego, trawiącego bólu. Jednak zamiast tego patrzy na ptaka.
- On sprowadził cię z powrotem - tłumaczy - żebyś wykrył, kto to zrobił, i powstrzymał, by nie zrobił tego nigdy więcej.
Kruk przygląda się jej czujnie, jakby z nieufnym błyskiem w małych złotych oczach, więc Lukrecja pyta:
- Czy się mylę?
- Nie, Lukrecjo - stwierdza Jared, zanim ptak zdążył odpowiedzieć. - Nie mylisz się. Ja też to słyszę. Nie chcę, ale słyszę doskonale.
- Mogę ci pomóc - proponuje, wciąż obserwując kruka, teraz z odwzajemnioną nieufnością. - Jeśli rozumiem, co on mówi, to mogę ci pomóc. Wiem różne rzeczy o śmierci Benny'ego, rzeczy, których nie pozwolili mi powiedzieć w sądzie.
Kruk przefruwa krótką odległość do stóp łóżka i przysiada na podnóżku nad Jaredem, przenosi wzrok z niego na Lukrecję i z powrotem, spojrzenie równie ostre jak dziób, jednocześnie jakby zdenerwowany i pewny siebie.
- Nie pozwolę ci się w to mieszać - mówi Jared, tuląc fotografię do piersi, głaszcząc jej gładką powierzchnię, jakby trzymał coś cenniejszego niż zwykły papier.
- Bzdura - odpowiada. - Już jestem zamieszana.
Jared nie potrafi znaleźć na to odpowiedzi, nie potrafi jej przekonać, ale dobrze wie, że ona nie może pójść za nim tam, gdzie on musi pójść. Więc Jared Poe siedzi spokojnie na podłodze pokoju, słucha deszczu padającego na Ursulines i mniej kojącego bicia swego łazarzowego serca.