Do Kanaanu

  • 83-7298-448-4
  • Autor: Karon, Jan
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 29,90 zł
  • Niedostępny

W Mitford, małym miasteczku z dużym sercem, zanosi się na zmiany. Ojciec Tim, pastor kościoła episkopalnego, i jego żona rozważają mroczne meandry zbliżającej się nieuchronnie emerytury; nowy kandydat na burmistrza wzywa do radykalnego postępu; bliżej nieznany inwestor planuje otworzyć farmę piękności i przygląda się uwielbianej przez lokalną społeczność rezydencji na wzgórzu; i, co najgorsze, cukiernia Sweet Stuff Bakery może zostać zamknięta.Tymczasem zwykli ludzie podejmują nadludzką walkę, aby zachować równowagę ducha i ciała.
      Ojciec Tim, pastor kościoła episkopalnego, i jego utalentowana oraz pełna życia żona, Cynthia, rozważają mroczne meandry emerytury. Próbują też odnaleźć rozrzucone po świecie rodzeństwo Dooleya Barlowe'a, chłopca z gór, którego kochają jak własnego syna.
Zupełnie nowy kandydat na burmistrza nawołuje do agresywnego rozwoju, a nieustraszona weteranka musi zmobilizować wszystkie siły do walki swojego życia. Co gorsze, cukiernia Sweet Stuff może zostać zamknięta, a podejrzany pośrednik handlu nieruchomościami usiłuje przekształcić ukochany dom na wzgórzu w farmę piękności.
Czy to możliwe, że do Mitford wkraczają zmiany? Przyśpieszone tętno życia na Main Street zdaje się to potwierdzać. Zmiana z pewnością zdaje się dotykać najwrażliwszych obszarów życia kilku osób z miasteczka. Pewna kobieta toczy codzienna walkę o to, by nie zboczyć z obranego kursu, po latach ciężkiego życia. Mężczyzna usiłuje sobie wybaczyć pewną tragiczną pomyłkę. A najbardziej atrakcyjny kawaler w miasteczku, opuszcza Mitford - i powraca z olśniewającą niespodzianką.
          W Do Kanaanu, Jan Karon opowiada najbardziej urokliwą ze swoich dotychczasowych opowieści, która bez wątpienia zafascynuje całe armie fanów, nie mogących się już doczekać powrotu do domu, do Mitford - bądź tych, którzy pragną odwiedzić to urocze miasteczko po raz pierwszy. Na szczęście, wszyscy na pewno przekonają się, że małe miasteczko z dużym sercem, po raz kolejny tętni śmiechem, łzami i nową nadzieją.

Rok wydania: 2004
Stron: 400
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Mira Czarnecka

Fragment tekstu:

Rozdział pierwszy
TO DOPIERO BYŁ PODWIECZOREK


Kwiaty doniczkowe pierwsze opuściły domy i zaryzykowały zaczerpnięcie łyku świeżego, zimnego powietrza, które oznajmiało nadejście wczesnej wiosny w Mitford.
Stęsknione za promykiem słońca, spragnione ożywczej mocy górskiej bryzy, dziesiątki begonii i paproci, wielkanocne lilie i trzykrotki - niespokojne w swoich doniczkach - spoczęły na gankach w całym miasteczku.
Podczas gdy temperatura sięgała zawrotnych dziesięciu stopni, Winnie Ivey postawiła trzy begonie, posępną gloksynię i paproć bostońską na tylnych stopniach domu na Lilac Road, gdzie obecnie mieszkała. Przypomniawszy sobie o zaatakowanej przez mszyce koniczynie, przyniosła ją z kuchni i umieściła na poręczy.
- Proszę! - zawołała, wciągając do płuc łyk ostrego, czystego powietrza. - To powinno dobrze wam zrobić!
Gdy następnego ranka otworzyła tylne drzwi, przeraził ją widok, który ukazał się jej oczom. Starannie przechowane przez zimę kwiaty, za sprawą okrutnego mrozu i niewielkiego śniegu zamieniły się w papkę. Podobnie krzewy bzu zarzuciły wszelką myśl wczesnego zakwitnięcia.
To przez tę przeklętą krzyżówkę, którą rozwiązywała do pierwszej w nocy, zapomniała wczoraj wieczorem oglądnąć prognozę pogody. Siedziała tam jak głupia, jej stopy zamieniały się w lód, temperatura spadała, a ona zastanawiała się, jak nazywa się kępa drzew na osiem liter poziomo.
Dręczona poczuciem winy, pocieszała się, że przynajmniej udało jej się pozbyć w ten sposób mszyc, i to bez stosowania środków chemicznych.
W sklepie żelaznym Dora Pugh pokiwała głową i westchnęła. Zwiedziona wczorajszym olśniewającym słońcem umieściła w oknie wystawowym żywe kurczątka, metalową siatkę ogrodową, nasiona i polewaczki. Teraz może równie dobrze przynieść z powrotem łopaty do śniegu i ogłosić ostateczną wyprzedaż soli do posypywania podjazdów.
Coot Hendrick odebrał u Lew Boyda swoje pięć dolarów nagrody, wygrane w zakładzie, i colę.
- Nie pierwszy i nie ostatni raz widzicie śnieg w maju - zawyrokował, uśmiechając się.
Lew Boyd bardzo nie lubił, gdy Coot się uśmiechał, odsłaniając resztki swojego niezbyt ładnego uzębienia. Był bardzo niezadowolony z faktu, że w kwestii pogody w Mitford sceptycy, cynicy i pesymiści zazwyczaj mieli rację.
- Do licha! - zawołała Cynthia Kavanagh, która powiesiła na poręczy ganku mokry chodnik.
Gdy uniosła go do góry, okazało się, że jest zmarznięty na kamień i że nadaje się, by go postawić.
Ojciec Timothy Kavanagh, pastor Kaplicy Naszego Pana i Zbawiciela, nigdy przedtem nie słyszał takich jęków i narzekań z powodu przykrego ociągania się wiosny. Spotkał się z nimi nawet w Księgarni Szczęśliwych Zakończeń, gdzie kolejnego zimnego, pochmurnego ranka wziął do ręki książkę zatytułowaną Kolibry w ogrodzie.
- Kolibry? - jęknęła młoda Hope Winchester, wydając mu resztę. - Jakie kolibry? Chyba nie myśli ojciec, że jakikolwiek koliber miałby ochotę wystawić dziób w tej arktycznej tundrze, w tym nie kończącym się zmierzchu, w tym… mistycznym barbakanie?
"Mistyczny barbakan" to zwrot, którego zaledwie wczoraj nauczyła się z książki i chciała użyć, zanim zdąży go zapomnieć. Wiedziała, że pastor z Lord's Chapel jest osobą, przy której można posługiwać się takimi słowami - nie był zdziwiony, gdy powiedziała "empiryczny" tydzień temu. Robił też wrażenie, jakby wiedział dokładnie, o co jej chodzi.
Podczas gdy wszyscy wznosili lamenty, bardziej żałosne niż prorok Jeremiasz, pastor pozostawał beztrosko obojętny na skargi, że wiosna nigdy nie nadejdzie. Musiał jednak przyznać, że bardzo rzadko mu się zdarzało, jak ostatniej niedzieli, odprawiać wielkanocne nabożeństwo w kalesonach i skarpetach narciarskich.
Z podniesionym kołnierzem opuścił głowę, stawiając opór ostremu wiatrowi, i skierował się w stronę kancelarii.
Czyż zima nie doświadczała miasteczka lodem, śniegiem, deszczem ze śniegiem, gradem i burzami już od końca października? Czyż nie spowijała ich raz po raz mgłą tak gęstą, że można ją było kroić tępym nożem?
Przy całej wilgoci, która przenikała do ziemi przez tak wiele miesięcy, czyż nie wróżyło to najwspanialszej wiosny od wielu lat? I czyż było to tak naprawdę warte tego nieustającego ataku?
- Zdecydowanie, tak! - zawyrokował na głos, przemykając obok Irish Woolen Shop, sklepu z wełnianymi wyrobami z Irlandii. - Bez wątpienia!
- Widzisz? - zawołała Hessie Mayhew, wyglądając przez okno w sklepie. - Nawet ojciec Tim zaczyna mówić sam do siebie, do tego już doszło. - Westchnęła. - Słyszałam, że jeśli słońce nie dociera przez wiele miesięcy do szyszynki, to następuje całkowity zanik popędu płciowego.
Minnie Lomax, która wypisywała metki na wyprzedaż swetrów z wełny, podniosła wzrok i mrugnęła zaskoczona.
- A co ty wiesz o szyszynce?
Bała się zapytać, co Hessie może wiedzieć o popędzie seksualnym.
- A co można wiedzieć o szyszynce? - zapytała posępnie Hessie.
Wujaszek Billy Watson otworzył tylne drzwi w swoim domu i nie schodząc z progu, zdjął z gwoździa wiszący kosz i wciągnął go do środka.
- Zobacz tylko, co zrobiłeś z tą pelargonią! - rzuciła ostro jego żona, z którą przeżył prawie pięćdziesiąt lat. - Doglądałam tego biedactwa przez całą zimę, a teraz nic z niej nie zostało.
Starszego mężczyznę zżerało poczucie winy.
- Już zanim ją tam powiesiłem, wyglądała nędznie!
- Zamknij się? Powiedziałeś: "zamknij się"?
Panna Rose, która nie chciała nosić aparatu słuchowego, spojrzała na niego złowrogo.
- Powiedziałem: "nędznie"! Była uschnięta! Miała zżółknięte liście!
Podszedł do kaloryfera w kuchni i rozgniewany postawił na nim koszyk.
- Proszę bardzo! - zawołał, rozżalony wynikiem swoich zabiegów, by wyhodować ogród w takim klimacie. - To powinno ją ożywić.
Pastor zwrócił uwagę na liście funkii porastające rabaty przed kancelarią. Oto coś, na co można liczyć każdej wiosny. Funkia była jednym z najbardziej wytrzymałych kwiatów, jakie można zasadzić w ogrodzie. Tak jak listonosza, nie był jej w stanie powstrzymać ani deszcz ze śniegiem, ani śnieg. Gdy już przebiła warstwę ziemi, rosła dalej, dumna i niepokonana - tylko po to, oczywiście, by letni grad w Mitford podziurawił jej szerokie liście, tak że przypominały szwajcarski ser.
- Prawdziwa dżungla - westchnął, otwierając drzwi do kancelarii.


Po zamieci śnieżnej i mrozie przyszedł dzień deszczu, po którym z kolei rozszalała się burza. Deszcz i śnieg bębniły w okna niczym usiłujące się dostać do środka stado wróbli domowych.
Zauważył, że jego żona wygląda blado. Siedziała przy oknie w salonie, wpatrując się w piekielną pogodę, i ssała dolną wargę. Obgryzała również skórkę wokół paznokcia na kciuku, owijała pasmo włosów wokół palca, wybijała rytm stopą i ogólnie rzecz biorąc, usiłowała się jakoś rozerwać. On tymczasem czytał kolejną książkę i robił coś pożytecznego.
Niewielki ogień trzaskał na kominku.
- Niesłychane! - zawołał. - Nigdy byś nie zgadła, co może przyciągać motyle.
- Nie mam pojęcia - odparła Cynthia.
Wyglądała przy tym, jakby ten stan zupełnie ją satysfakcjonował. Deszcz ze śniegiem zacinał w szybę.
- Poidełka! - obwieścił.
Brak reakcji.
- Razem z wiciokrzewem!
Spróbował jeszcze raz.
- Rozmyślasz o podwieczorku pierwiosnkowym, prawda?
Druga edycja słynnego podwieczorku dla całej parafii, który wydawała jego żona, przypadała za niecałe dwa tygodnie. Rok temu o tej samej porze Cynthia żyła na drabinie, przemalowując gorączkowo kuchnię i jadalnię, usuwając wiekowe zasłony, wybijając dziury w ścianach, aby nadać całości wygląd "starej włoskiej willi". Teraz natomiast siedziała, wpatrując się w okno i nie okazując żadnego widocznego zainteresowania niezliczonymi ciasteczkami cytrynowymi, małymi zapiekankami, kanapkami jarskimi i wszystkimi innymi zakąskami potrzebnymi, aby nakarmić sto dwadzieścia pięć kobiet, z których prawie wszystkie potraktują podwieczorek jako lunch.
Jego pies Barnaba wszedł wolnym krokiem do pokoju i osunął się ciężko na podłogę przy kominku, jak zamroczony.
Cynthia wystukiwała rytm stopą i bębniła palcami po oparciu krzesła.
- Hm - odparła.
- Co masz na myśli?
Spojrzała na niego.
- T.P.S.
- T.P.S.?
- Ta Pamiętna Szafa, najdroższy.
Serce zabiło mu mocno. Błagam, nie. Nie szafa.
- Co chciałabyś zrobić z szafą? - zapytał, obawiając się odpowiedzi.
- Nadszedł czas, żeby przestawić ją z pokoju gościnnego do naszej sypialni. Pamiętasz? Ustaliliśmy, że zrobimy to na wiosnę! - Uśmiechnęła się do niego promiennie, jak miała w zwyczaju, a jej oczy w kolorze szafirów rozbłysły. Jak to możliwe, że po półtora roku małżeństwa jej spojrzenie sprawiało, że uginały się pod nim kolana?
- Aha.
- A więc! - zawołała, unosząc do góry dłonie i spoglądając na niego niecierpliwie.
- A więc? A więc jeszcze nie ma wiosny!
Wstał z sofy i wskazał na okno.
- Widzisz? Nazywasz to wiosną? To, Kavanagh, jest tak dalekie od wiosny jak… jak…
- Triest od Wesley - dodała pomocnie - albo jak Morze Czerwone od Mitford Creek.
Zawsze zadziwiał go sposób, w jaki funkcjonuje jej mózg.
- Ale nie kieruj się pogodą, Timothy, kieruj się tym, co pokazuje kalendarz! Trzeciego maja!
Ubiegłej jesieni znieśli ogromną szafę z piętra jej domu na parter, potem znieśli ją po tylnych schodach ganku, następnie przenieśli przez żywopłot, wnieśli na górę po tylnych schodach jego ganku, a w końcu wnieśli ją po schodach na piętro, do pokoju gościnnego. Gdy znalazła się na miejscu, nie marzył o niczym innym, jak tylko o położeniu się jak długi na dywanie.
Czy po tym wszystkim Cynthia była zadowolona z ostatecznego efektu? Ależ oczywiście, że nie. Widok szafy dokładnie w tym miejscu napawał ją obrzydzeniem i natychmiast obmyśliła dalszy plan, do wdrożenia na wiosnę - wszystko to oznaczało ponowne opróżnianie szuflad i półek, ponowne obwiązywanie sznurem drzwi, by się nie otwarły, i ponowne transportowanie szafy - tym razem przez hol na piętrze do ich sypialni. Był przekonany, że nocą szafa będzie ich przytłaczać jak pięciopoziomowy parking.
- Co planujesz w związku z podwieczorkiem? - zapytał, mając nadzieję, że odwróci jej uwagę.
- Prawdę powiedziawszy, niewiele, dopóki nie przeniesiemy szafy. Wiesz, jakie one są, Timothy, chcą zajrzeć w każdy kąt. Rok temu Hessie Mayhew klęknęła na czworakach, żeby zaglądnąć do pojemnika na brudną bieliznę, widziałam na własne oczy. A Georgia Moore otwarła po kolei wszystkie drzwi kredensu w kuchni, twierdząc, że szuka szklanki, podczas gdy ja wiem bardzo dobrze, że sprawdzała, czy naczynia ułożone są tak, jak ona lubi. A zatem na pewno nie mogę pozwolić, aby ta szafa stała na ścianie w pokoju gościnnym, gdzie jest wyraźnie… - przerwała i spojrzała na niego - wyraźnie nie na miejscu.
Nie miał wyjścia.

Zdołał odłożyć przenosiny szafy o cały tydzień, ale w rewanżu za opóźnienie musiał upiec cztery blaszki czekoladowych ciastek z orzechami - jego specjalność od czasów studenckich - posprzątać kominek, wypastować na czarno ruszt i przyciąć przerośniętą forsycję przy oknach jadalni.
Całkiem nieźle, zważywszy na okoliczności.
W sobotę rano, na tydzień przed wielkim wydarzeniem w następny piątek, wstał wcześnie, pomodlił się, przez chwilę studiował Pierwszy List świętego Pawła do Koryntian i spędził trochę czasu nad notatkami do kazania. Potem przebiegł trzy kilometry z Barnabą, prowadząc go na czerwonej smyczy, i wrócił do domu, czując, że jest w stanie zrobić wszystko.
Z sercem nadal bijącym jak szalone po końcowym sprincie przez park Baxter wpadł do kuchni, która pachniała cytryną, cynamonem i świeżo zmieloną kawą.
- Zróbmy to! - zawołał.
I miejmy to z głowy, pomyślał.


Szuflady były wyjęte, półki opróżnione, drzwi obwiązane sznurem, żeby się nie otwarły. Tym razem ciągnęli szafę po podłodze na szydełkowej kapie, zostawionej przez poprzedniego pastora.
- "…sposób na lepsze życie!"
Cynthia podniosła wzrok.
- Co mówiłeś, najdroższy?
- Nic nie mówiłem.
- "Mack Stroupe niesie ze sobą poprawę, nie zmianę…"
Podeszli do otwartego okna na podeście schodów i wyjrzeli na ulicę. Nowa błękitna półciężarówka z systemem głośników posuwała się wolno wzdłuż Wisteria Lane, ciągnąc na platformie dużą reklamę. "Mack dla Mitford - głosił napis - Mitford dla Macka".
- "…poprawę, nie zmianę. Więc zastanówcie się nad tym, przyjaciele i sąsiedzi. I pamiętajcie - tutaj, w Mitford, już żyje się nam dobrze. Z Mackiem jako burmistrzem będzie się nam wszystkim żyło jeszcze lepiej!"
Następnie dał się słyszeć rozdzierający uszy dźwięk muzyki country.
- "Nie pozostawaj obojętny! Wybierz swoją przyszłość już dzisiaj…"
Spojrzała na swojego męża.
- Mack Stroupe! Tylko nie to.
Zmarszczył czoło, a na jego twarz wypłynął wyraz niezadowolenia.
- Jest maj. Wybory będą dopiero w listopadzie.
- Zaczyna trochę wcześnie.
- Rzeczywiście - przyznał jej rację, czując się wyraźnie nieswojo.


- Najzwyczajniej w świecie złamał rozporządzenie odnośnie do zakłócania ciszy - oświadczył szef policji Rodney Underwood, podciągając pasek z bronią.
Rodney zajrzał do tylnej części baru Main Street Grill, żeby przywitać się z porannymi stałymi klientami, którzy zajmowali tylny boks.
- Określa to rozdział piąty, ustęp pięćdziesiąty drugi Kodeksu Miejskiego Mitford. Zabrania wykorzystywania systemów nagłaśniających w celach takich jak kampanie polityczne.
- Zaczyna swoją karierę polityczną jak najzwyklejszy rzezimieszek - stwierdził Mule Skinner.
- Co w przypadku polityków stało się cholernym obowiązującym prawem w tym kraju! - Wydawca "Mitford Muse" J.C. Hogan otarł czoło chusteczką.
- No cóż, nie stało się nic złego. Dałem mu upomnienie, to rozporządzenie jest stosunkowo nowe. Kiedyś politycy wysyłali samochody z systemem nagłaśniającym, które jeździły po drogach tam i z powrotem.
- A co z jego półciężarówką i reklamą? - chciał wiedzieć ojciec Tim.
- Może wozić tę reklamę gdziekolwiek zechce, pod warunkiem, że samochód się porusza. Jeśli zaparkuje na terenie należącym do miasta, mam go. Mogę go przymknąć, a on będzie mógł sobie poczytać "Southern Living".
Miejskie więzienie było jedyną znaną pastorowi izbą zatrzymań, gdzie w celach leżały równo ułożone egzemplarze magazynu "Southern Living".
- Szkoda, że gość robi z siebie takiego idiotę - ocenił Rodney. - Nikomu nie uda się pobić Esther Cunningham… a jak się wygadacie, że tak mówiłem, to powiem, że kłamiecie.
- W porządku - zgodził się Mule.
- Oczywiście, chwaliła się, że pewnego dnia razem z Rayem wsiądą do swojego samochodu turystycznego i zostawią całe to burmistrzowanie komuś innemu.
Mule pokiwał głową.
- Piętnaście lat to wystarczająco długo, by być przywiązanym do niewdzięcznej pracy.
- Czy to nowa półciężarówka Macka? - zapytał ojciec Tim.
O ile się orientował, Mack nigdy nie grzeszył nadmiarem gotówki, ponieważ jego budka z hot dogami naprzeciw stacji benzynowej chyba nie miała zbyt wielu klientów.
- Nie wiem, czyja to półciężarówka, ale na pewno nie jest Macka. No cóż, nie mogę tu przegadać całego dnia, jak wy, panowie. - Rodney skierował się w stronę kasy, żeby odebrać zamówione śniadanie. - Do zobaczenia wkrótce.
J.C. zmarszczył czoło.
- Nie wiem, czybym powiedział, że nikomu nie uda się pobić Esther. Mack jest za poprawą, a nam odrobina poprawy bardzo by się tutaj przydała, jeśli chcecie znać moje zdanie.
- Nikt cię nie pytał - zgasił go Mule.


Ojciec Tim zadzwonił z kancelarii.
- Pani burmistrz!
- A więc to kaznodzieja, nieprawdaż? Czekałam na ojca telefon.
- Co się dzieje?
- Jeśli ta podła szumowina myśli, że wygryzie mnie ze stanowiska, to się jeszcze zdziwi.
- Czy to znaczy, że nie zamierzasz zrezygnować i odjechać w siną dal razem z Rayem samochodem turystycznym?
- A niech to! Mówię tak tylko po to, żeby poprawić sobie samopoczucie. Słuchaj, nie myślisz, że ten nicpoń ma jakieś szanse, prawda?
- Prawdę powiedziawszy, Esther, wydaje mi się, że istnieje pewne prawdopodobieństwo…
Głos Esther był wyraźnie słabszy.
- Naprawdę?
- Mniej więcej takie jak to, że w lipcu spadnie śnieg.
Roześmiała się w głos, a potem nagle spoważniała.
- Oczywiście, nie jest to wykluczone, że Mack Stroupe wejdzie tu kiedyś i siądzie za moim biurkiem.
Ogarnął go niepokój.
- Naprawdę?
- Tak. Ale to będzie po moim trupie.


Prawie codziennie w domu działo się coś nowego.
We wtorek wieczorem znalazł dużą, oprawioną w ramy akwarelę, wiszącą w niegdyś ponurym holu ich domostwa. Przedstawiała Violet, należącą do Cynthii białą kotkę i bohaterkę nagradzanych książek dla dzieci autorstwa jego niezrównanej żony. Violet siedziała na kawałku brokatowej materii, wpatrując się w dzban z bukietem nasturcji i samotną złotą rybkę z przerażonymi oczami.
- Zachwycające! - ocenił. - Zdecydowana zmiana.
- Powiedzmy, że poprawa - zgodziła się zadowolona.
W środę odkrył nowe perkalowe zasłony w jadalni i salonie. Nadawały one tym pomieszczeniom tak olśniewającej elegancji, że widok ten wprawił go na chwilę w zupełne osłupienie. Ale czyż nie zgodzili się oboje, że żadne z nich nie wyda więcej niż sto dolarów bez zgody drugiego?
Odgadła jego myśli.
- A więc zasłony kosztowały pięćset, ale ponieważ cena rynkowa akwareli równa się co najmniej tyle samo, więc wychodzi na zero.
- Aha.
- Robię też portret Barnaby, do salonu. Co oznacza - dodała - że skarbiec rodzinny będzie mógł unieść kolejny wydatek, a mianowicie zakup zasłon do naszej sypialni.
- Jesteś geniuszem księgowości, Kavanagh. Ale dlaczego chcesz kupować nowe zasłony, skoro przechodzimy na emeryturę za osiemnaście miesięcy?
- Kazałam je zrobić tak, żeby można je było zabrać wszędzie i żeby pasowały do każdego okna. W najgorszym wypadku przerobię je na letnie sukienki i szaty liturgiczne dla mojego duchownego.
- Tak trzymać!
Dlaczego miał wrażenie, że jego żona potrafi nakłonić go do wszystkiego? Czy dlatego, że czekał sześćdziesiąt dwa lata, jak uparty muł, żeby się zakochać i ożenić?


Gdyby razem z Cynthią napisali szczegółową petycję na kartce papieru i wysłali ją prosto do nieba, pogoda w dniu rzeczonego podwieczorku nie mogłaby być cudowniejsza.
Ku powszechnej uldze pierwiosnki rzeczywiście zakwitły. Zaledwie jednak pojawiły się ich niecierpliwe kwiaty, Hessie Mayhew przypuściła na nie bezwzględny atak na podwórkach i we wszystkich ukrytych zaułkach. Znała dokładnie lokalizację każdej kępki pierwiosnków w miasteczku, nie wspominając o położeniu każdego dzikiego fiołka, krzewu bzu i wierzby.
- To Hessie! - ostrzegł niewinny świadek podczas porannej rundki Hessie w dniu podwieczorku. - Zejdźcie z drogi!
Uzbrojona w zestaw koszyków zdobiących jej ramiona jak bransoletki, Hessie nie przyjęła pomocy od Kobiet Kościoła Episkopalnego ani żadnego przedstawiciela własnej prezbiteriańskiej starszyzny. Pracowała w pojedynkę, pracowała szybko, pracowała sprytnie.
Po szybkim truchcie przez ogrody sąsiadów, przyprawiającym o zadyszkę biegu w górę Old Church Lane do odosobnionego zagajnika wcześnie kwitnących krzewów i przeczesaniu sześciu kilometrów pobocza drogi, stawiła się pod tylnymi drzwiami domu pastora punktualnie o jedenastej, z wyrazem triumfu na twarzy.
Mokra od porannej rosy i umorusana czarną ziemią przekazała na ręce pomocy domowej pastora, Puny Guthrie, mnóstwo kwiatów, mchu i winorośli, następnie pośpieszyła do domu, żeby się wykąpać, przebrać i nałożyć antybiotykową maść na kolana, które otarła, gdy się pochyliła, aby zerwać trillium, i upadła jak długa.
Kobiety Kościoła Episkopalnego, które stawiły się jak jeden mąż o dziesiątej trzydzieści, natychmiast zajęły się aranżowaniem "zbiorów Hessie", jak je nazwały, podczas gdy Barnaba chrapał w garażu, a Violet przemierzała nerwowo swoją przenośną klatkę.
- Czy już skończyłeś? - zapytała Cynthia, gdy pastor przebiegał truchtem przez tętniącą pracą kuchnię.
- Skończyłem i już uciekam. Wypolerowałem otwór w drzwiach na listy, poprawiłem pokrowiec na sofie, przyciąłem lawendę przy głównym wejściu. Wytrzepałem również poduszki z ewentualnych zaczątków kurzu i kaszlałem przez pełne pięć minut.
- Dobra robota! - odparła wesoło, przytulając go.
- Będę w domu o pierwszej trzydzieści, aby pomóc mężom zaparkować samochody.
Pomóc mężom zaparkować samochody?, zastanawiał się, biegnąc do kancelarii. On też jest mężem! Minęło już tak wiele miesięcy, a ta myśl nadal od czasu do czasu spadała na niego jak grom z jasnego nieba i zapierała mu dech w piersiach.


Dziewięcioro starszych gości, nie wyłączając przyjaciółki państwa Kavanagh, Louelli, przyjechało mikrobusem z Domu Nadziei, po czym każdy z nich osobiście został wprowadzony po schodach domu pastora i przekazany pod opiekę Bractwa Ołtarzowego.
Jak Wisteria Lane długa i szeroka, mężczyźni z opaskami na rękawach, z przypiętymi do nich pierwiosnkiem i firletką, kierowali ruchem, który jednak szybko się zablokował. W pewnej chwili pastor wskoczył do chevroleta, który utknął w korku, i zdołał zaparkować go przy chodniku. Kobiety przyjeżdżały po kilka w jednym samochodzie, mężowie podwozili żony, córki przywoziły matki, i ogólnie rzecz biorąc, wąska ulica była tak zatłoczona jak podczas karnawału w Rio.
- To największe wydarzenie w Mitford od czasu burzy śnieżnej dwa lata temu - zauważył Mule Skinner, który był baptystą, ale mimo to zaoferował swoją pomoc.
Pastor roześmiał się.
- Można i tak na to spojrzeć.
Czy w tym mieście już nikt nie chodzi na piechotę?
- Patrz!
Ujrzał Macka Stroupe'a w tej przeklętej półciężarówce, obwożącego swoją reklamę w ich podwieczorkowym ruchu ulicznym. Mack przejechał obok, gryząc wykałaczkę i patrząc prosto przed siebie.
- Jesteś zaproszony na podwieczorek pierwiosnkowy? - warknął Mule. - Jak nie, to zabieraj stąd ten pojazd, pracujemy tu na rzecz Kościoła!
Cztery członkinie chóru kościelnego, w składzie: sopran liryczny, mezzosopran oraz dwa alty, przybyły w kabriolecie, lekko potargane wiatrem i przytrzymując na głowie kapelusze.
- Kapelusze są wielkim przebojem tego roku - skomentował wujaszek Billy Watson, który stał na chodniku razem z panną Rose i obserwował bieg wydarzeń.
Wujaszek Billy był jedynym mężczyzną, który pojawił się na zeszłorocznym podwieczorku, i teraz uważał swoją obecność na tej uroczystości za tradycję.
Wyszedł właśnie na ulicę, opierając się na swojej lasce, i poklepał ojca Tima po ramieniu.
- To jak łamigłówka, wie ojciec. Gdybyście przesunęli ten na bok i umieścili ten przy chodniku, to byłoby po kłopocie.
- Koniec z parkowaniem na Wisteria Lane - Ron Malcolm poinformował pastora. - Resztę gości skierujemy na parking przy kościele, a stamtąd przewieziemy ich tutaj mikrobusem Domu Nadziei.
Kierowca firmy kurierskiej UPS, który najwyraźniej skręcił nieszczęśliwie w Wisteria Lane, siedział w swojej ciężarówce przed domem pastora, wprawiony w osłupienie widokiem takiego dużego ruchu na zazwyczaj spokojnej trasie Holding - Mitford - Wesley.
- To właśnie nazywa się zastojem - poinformował wujaszek Billy J.C. Hogana, który pojawił się ze swoim nikonem i sześcioma rolkami filmu Tri-X.
Gdy samochody znowu ruszyły, pastor zobaczył, jak Mack Stroupe skręca z Church Hill w Wisteria Lane. Najwyraźniej robił kółko.
- Chętnie wygarbowałbym mu skórę - wyznał Mule.
Spojrzał złowrogo na Macka, który siedział wygodnie w fotelu, z opuszczonymi szybami po obydwu stronach, i słuchał stacji z muzyką country. Mack pomachał do kilku kobiet, które natychmiast odwróciły głowy.
Mule prychnął.
- Ten głupi taki owaki! Jak by ci się podobał taki kmiotek jako burmistrz?
Pastor otarł czoło, na którym pojawiły się kropelki potu.
- Uważaj na ciśnienie, kolego.
- Mówi, że zamierza prowadzić kampanię przez całą wiosnę i lato, do samych wyborów w listopadzie. To tak, jakbyś musiał słuchać odgłosu kapiącej z kranu wody.
Gdy samochód przejechał, zbliżyła się do nich gniewnym krokiem Emma Newland.
- Powinnam wskoczyć do tej półciężarówki i dać mu w zęby. Co on w ogóle wyprawia? Próbuje przeciągnąć wierzących ludzi na swoją stronę?
- Daj mu spokój - ojciec Tim upomniał swoją sekretarkę i nieocenionego geniusza komputerowego.
Jak tak dalej pójdzie, Mack sam napyta sobie biedy…


Cynthia leżała w łóżku, jęcząc, gdy wyszedł spod prysznica. Wszedł do sypialni, pośpiesznie wycierając się ręcznikiem.
- Dlaczego jęczysz? - spytał zaniepokojony.
- Ponieważ to pomaga zwalczyć zmęczenie. Mam nadzieję, że okna są zamknięte, bo nie chciałabym, żeby sąsiedzi usłyszeli.
- Jedyna wystarczająco bliska sąsiadka już nie mieszka w małym żółtym domku obok. Prawdę powiedziawszy, to właśnie ona tutaj leży i jęczy.
Jęknęła ponownie.
- Jęczenie jest dobre - usiłowała go przekonać, z twarzą wtuloną w poduszki. - Powinieneś spróbować.
- Raczej nie - odparł.
Rozgrzany prysznicem nałożył piżamę i usiadł na brzegu łóżka.
- Jestem z ciebie dumny - zauważył, masując jej plecy. - To dopiero był podwieczorek! Najlepszy! Szczerze mówiąc, brak mi słów. Trudno będzie ci to przebić.
- Nie mów mi, że mam to przebić!
- No tak, oczywiście, nie martw się. Za rok możemy poprosić Omera Cunninghama i jego koleżków pilotów, żeby zrobili honorową rundkę. To dostarczy paniom tematu do rozmów.
Z pewnością on sam dostarczył całemu Mitford tematu do rozmów rok temu w maju, gdy poleciał do Wirginii z Omerem jego małym samolocikiem z zadartym ogonem. Cztery godziny w samolocie Omera zjednały mu więcej szacunku niż trzydzieści sześć lat na ambonie.
- Trochę niżej - poprosiła go żona. - Uch. Krzyż boli mnie potwornie od tego całego stania i gotowania.
- Wysłuchałem recenzji, gdy twoi goście wychodzili.
- Interesują mnie tylko te dobre. Nie chcę nawet słyszeć o paluszkach serowych, które były tak wiotkie jak legumina.
- Najczęściej padało słowo: "perfekcyjny", no i oczywiście ciasteczka cytrynowe otrzymały zwyczajową porcję zachwytów. Niektórzy chcieli, żebym wiedział, że uważają, iż jesteś czarująca, a inni z kolei zachwycali się twoją młodością i urodą.
Pochylił się i pocałował ją w ramię, wdychając ledwie wyczuwalny zapach wistarii.
- Jesteś piękna, Kavanagh.
- Dziękuję.
- Przypuszczam, że nie chciałabyś skierować słów podziękowania do biednego prowincjusza, który pomógł rozładować korek uliczny utworzony przez cztery tysiące trzysta siedemdziesiąt dziewięć samochodów, ciężarówek i mikrobusów?
Odwróciła się na plecy i spojrzała na niego, uśmiechając się. Następnie przechyliła głowę na bok w sposób, który tak chwytał go za serce, przyciągnęła go do siebie i pocałowała.
- No, to rozumiem - odparł.
Zadzwonił telefon.
- Proszę?
- Hej.
Dooley!
- Hej, kolego - odwzajemnił jego powitanie pastor.
- Czy Cynthia wysłała mi paczkę z tymi pysznościami, które przygotowała na podwieczorek? Muszę szybko kończyć.
- Dwie paczki. Dzisiaj.
- A niech mnie! Dzięki!
- Bardzo proszę. Jak szkoła?
- Świetnie.
Świetnie? Dooley Barlowe nie należał do osób, którym łatwo przychodziły zachwyty.
- Serio?
- Będzie ojciec zadowolony z moich stopni.
Czy to był ten mały chłopiec, którego usiłował wychowywać od prawie trzech lat? Dooley, który zawsze podcinał sobie skrzydła? Pewny siebie ton głosu chłopca sprawił, że ogarnął go przelotny strach.
- Będziemy jeszcze bardziej zadowoleni, gdy do nas przyjedziesz. Będziesz tutaj za mniej więcej sześć, siedem tygodni…
Cisza. Czy Dooley bał się mu powiedzieć, że chce spędzić lato na farmie Meadowgate? Decyzja chłopca, by to właśnie zrobić rok temu, nieomal złamała mu serce, nie wspominając o Cynthii. Poradzili sobie z tym, oczywiście, widząc, że chłopiec robi to, co kocha najbardziej - poszerza swoją wiedzę z zakresu weterynarii na wiejskiej praktyce u Hala Owena.
- Oczywiście - kontynuował pastor trudny temat - chcemy, żebyś pojechał do Meadowgate, jeśli właśnie to chciałbyś robić.
Przełknął z trudem. Teraz był silniejszy, umiał to zaakceptować.
- W porządku - odparł Dooley - właśnie to chciałbym zrobić.
- Doskonale, nie ma sprawy. Zadzwonię do ciebie jutro, na nasze zwyczajowe telefoniczne odwiedziny. Kochamy cię.
- Ja też was kocham.
- Podaję ci Cynthię.
- Hej - przywitała go.
- Hej - odwzajemnił jej powitanie.
To był ich rodzinny zwyczaj.
- A więc, ty wielki postrzeleńcu, wysłaliśmy jedną paczkę dla ciebie, a drugą, żebyś się nią podzielił z przyjaciółmi.
- Co w niej jest?
- Ciasteczka cytrynowe.
- Lubię ciasteczka cytrynowe.
- Plus malinowe tarteletki, trufle z pekanami i ciastka czekoladowe z orzechami, które zrobił kaznodzieja.
- Dziękuję.
- Wszystko w porządku?
- Tak.
- Na pewno?
- Tak.
- To dobrze! - odparła Cynthia. - Pytała kiedyś o ciebie Lace Turner.
- Ta głupia dziewczyna, która ubiera się jak chłopak?
- Już się nie ubiera jak chłopak. Och, i twoja przyjaciółka, Jenny, też o ciebie pytała.
- Jak się ma Tommy?
- Tęskni za tobą. Tak jak i my. Więc wracaj szybko do domu, nawet jeśli zamierzasz spędzić lato na farmie Meadowgate, ty nędzna kreaturo.
Dooley zachichotał.
- Kochamy cię.
- Ja też was kocham.
Cynthia odłożyła słuchawkę na widełki, uśmiechając się uszczęśliwiona.
- A więc, biedny prowincjuszu, na czym to stanęliśmy?


Usiadł na sofie w salonie i ściągnął recepturkę z "Mitford Muse".
Dobry Boże! Oto i on na pierwszej stronie, stoi z wyrazem zdumienia na twarzy przed ciężarówką UPS, a jego nos wygląda, jak zwykle, jak rzepa albo cebulka tulipana. Dlaczego J.C. Hogan zamieścił to ohydne zdjęcie, podczas gdy mógł sfotografować jego pracowitą, ładną i jak najbardziej godną tego zaszczytu żonę?

Podwieczorek pierwiosnkowy
przyciąga wyjątkowe tłumy

Najwyraźniej Hessie nie napisała tego artykułu, który na pierwszy rzut oka zdawał się traktować o golfie, ale przekazała swoje notatki J.C., który dokończył dzieła, nie sprawdzając pisowni.
Wszyscy bawili się doskonale… o tej samej porze za rok… stu trzydziestu gości… czterdzieści litrów herbaty, ponad sto ciasteczek cytrynowych, blisko sto malinowych tarteletek… korek uliczny…
Ciszę przeszył dzwonek telefonu.
- Proszę?
- Timothy…
- Hal! Właśnie myślałem o tobie i o Marge.
- Świetnie. A my o tobie. Mam pewną… niezbyt dobrą wiadomość i chciałem, żebyś wiedział.
Hal i Marge Owenowie byli jego najbliższymi, najdroższymi przyjaciółmi. Bał się tego, co może usłyszeć.
- Właśnie zatrudniłem asystenta na pełny etat.
- To ta zła wiadomość? Mnie się wydaje, że dobra, pracujesz jak wół.
- Tak, ale… nie będziemy mogli zaprosić Dooleya na to lato. Mój asystent jest młody, dopiero zaczyna i będę musiał poświęcić mu dużo czasu i uwagi. Poza tym musimy go umieścić w pokoju Dooleya, dopóki się nie usamodzielni.
Hal westchnął.
- Ależ to cudownie. Wiemy, że Dooley cieszył się na myśl o pobycie w Meadowgate, ale wszystko zależy od okoliczności, jak mawiał mój krewny z Missisipi.
- Kilometr stąd rusza nowa stadnina koni i zwrócili się do mnie, abym zapewnił im opiekę weterynaryjną. Już samo to może się okazać zajęciem na pełny etat.
- Rozumiem. Oczywiście. Twoja praktyka się rozrasta.
- Będzie nam go brakować, Tim, wiesz, jak bardzo go kochamy, jak uwielbia go Rebecca Jane. Ale słuchaj, zaprosimy go, żeby spędził z nami dwa pierwsze tygodnie wakacji, gdy tylko wróci ze szkoły - jeśli wam to odpowiada.
- Jak najbardziej.
- Och, i… Tim…
- Tak?
- Czy powiesz mu o tym?
- Powiem. Porozmawiam z nim o tym, poproszę go, żeby się zastanowił, co chce robić tego lata. Będę razem z nim.
- A może zaplanowalibyście spędzenie z nami całego dnia, gdy go przywieziecie? Zabierzcie ze sobą Barnabę, oczywiście. Marge przygotuje twoje ulubione danie.
Zapiekanka z kurczakiem, z chrupiącym, francuskim ciastem.
- Możesz na nas liczyć! - zawołał z przekonaniem.


- Powiesz mu? - poprosił Cynthię.
- Absolutnie - odmówiła.
Nikt nie chciał powiedzieć Dooleyowi Barlowe'owi, że nie będzie mógł spędzić tego lata, robiąc to, co lubi najbardziej.


Otworzyła oczy, a kiedy przewróciła się na drugi bok, zobaczyła, że jej mąż siedzi w łóżku.
- Och, mój kochany! Och, mój Boże! Co się stało?
Był zachwycony wyrazem twarzy swojej żony; pragnął się nim rozkoszować.
- Zdążył już nabrać kolorów - wyjaśnił, zdejmując dłoń z prawej skroni.
Przyglądała mu się, jakby był motylem na szpilce.
- Tak! Czarny… i błękitny… i… odrobina żółtego.
- Moje dawne barwy szkolne - wyjaśnił.
- Ale co się stało?
W całym swoim życiu nie słyszał takiego syczenia i wzdychania.
- T.P.S. - odparł.
- Ta Pamiętna Szafa? Co masz na myśli?
- Otóż wstałem w środku nocy, w ciemnościach, wyszedłem na półpiętro i otwarłem okna, żeby wpuścić Barnabie trochę świeżego powietrza. Gdy byłem już w sypialni i szedłem do łazienki, wpadłem na ten przeklęty mebel.
- Och, nie! O, wielkie nieba. Co mogę zrobić? A jutro jest niedziela!
- Przemoc w rodzinie - mruknął pod nosem. - W klimacie, jaki kreuje współczesna telewizja, moja kongregacja natychmiast podchwyci ten wątek.
- Timothy, najdroższy, tak mi przykro. Coś ci przyniosę, nie wiem co, ale na pewno coś znajdę. Zostań tu i nigdzie się stąd nie ruszaj.
Nałożyła pantofle oraz szlafrok i zbiegła po schodach. Tuż za nią podążył szczekający Barnaba.
T.P.S. mogło oznaczać "Tę Pamiętną Szafę", jeśli tego właśnie życzyła sobie jego żona. Dla niego jednak skrót ten oznaczał coś zupełnie innego.