Nowa Pieśń

  • 83-7298-609-6
  • Autor: Karon, Jan
  • Dostępność: Jest
  • szt.
  • Cena katalogowa: 35,90 zł
  • Rabat: -21,54 zł (60 %)
  • 14,36 zł

Uwaga! Książka przeceniona ze względu na lekkie uszkodzenia okładki. Egzemplarz może zawierać rysy, zagięcia, pożółkłe krawędzie kartek itp.

 

Od niedawna na emeryturze, po latach posługi jako pastor kościoła episkopalmnego, Lord's Chapel, ojciec Tim zaledwie zdążył odetchnąć, a już godzi się otoczyć duszpasterską opieką żyjąca niedaleko stałego lądu, małą parafię na Atlantyku. Jak jednak może porzucić wszystkich przyjaciół z Mitford, dla których stał się niezastąpiony? W czasie przygotowań do wyjazdu na wyspę Whitecap w zmaganiach z tym niewdzięcznym dylematem wcale nie pomaga mu przyjęcie wydane wydane na cześć jego i Cynthii przez pannę Rose i wujaszka Billy'ego.
Po przybyciu na Whitecap i stresującym powitaniu, ojciec Tim i Cynthia odkrywają, że i to miejsce ma swoje własne niezapomniane osobowości, oraz chociaż od domu dzielą ich steki kilometrów, jednakże Mitford jest zawsze blisko…
W Nowej pieśni, piątej z serii książek o mądrym i wyrozumiałym ojcu Timothym Kavanaghu oraz jego pełnej entuzjazmu żonie Cynthii, bohaterowie powracają wraz z przyjaciółmi, starymi i nowymi, ponownie fascynując czytelników.

Rok wydania: 2005
Stron: 484
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 14
Tłumacz: Mira Czarnecka

Fragment tekstu:

Rozdział pierwszy

ANIOŁ ŚWIATŁA


Rozproszone przez gałęzie japońskiej wiśni popołudniowe słońce wpadało do pracowni, nie napotykając po drodze żadnej przeszkody w postaci zasłon czy żaluzji.
Sączyło się przez długi szereg okien za przykrytą nowym pokrowcem sofą, ogrzewając dębową podłogę i rozsiewając w powietrzu zapach świeżo ciętego drewna.
Pod urokiem czerwcowego światła pewien blask i światłość zdawały się promieniować z każdej powierzchni.
Wysoka komoda, kiedyś należąca do będącego duchownym pradziadka ojca Tima, przeszła coś na kształt odrodzenia. Pod lśniącą warstwą olejku cytrynowego gęste słoje starego orzecha, długo niewidoczne w ciemnym korytarzu w sąsiednim domu, nabrały wyraźnego rysunku. Nawet nieporadnie oddana litera M, wyryta scyzorykiem, była teraz widoczna w pobliżu jednego z oryginalnych uchwytów szuflad.
Ale to ruch i gra światła pod penetrującą jasnością słońca sprawiały, że ojciec Tim wyczekiwał jego codziennego nadejścia, jak inni mogli wyczekiwać wschodu lub zachodu słońca.
Przychodził niecierpliwie do tego dużego, nowego pokoju, jakby od dawna był pozbawiony światła lub powietrza, nadal nie dowierzając, że taka jasna przestrzeń może w ogóle istnieć, a zwłaszcza że może istnieć specjalnie, by zaspokoić jego potrzeby, odkąd odszedł - sześć miesięcy temu - z Lord's Chapel na emeryturę.
Jako pastor parafii episkopalnej w Mitford przez szesnaście lat mieszkał w sąsiednim domu, który kiedyś należał do kościoła. Teraz nie był już pastorem, za to był właścicielem domu; kupił go i zapłacił gotówką, która pochodziła ze sprzedaży posiadłości jego matki, a on razem z Cynthią mieszkał w małym żółtym domku.
Oczywiście - cały czas zapominał - ten dom nie był już wcale taki mały; on i jego obdarzona bogatą wyobraźnią żona powiększyli jego mikroskopijne wymiary o 118 metrów kwadratowych powierzchni.
Tylko jedna rzecz się nie zmieniła. Dom nadal był żółty, mimo że świeżo pomalowany od dawna ulubioną farbą Cynthii "Dziką forsycją" i wykończony błyszczącą warstwą ciemnozielonej "Wyżynnej cykuty".
- Witaj! - przywitała go żona, pojawiając się w dżinsach i dżinsowej koszuli, ze szklankami lemoniady na tacy. Spotykanie się tutaj w każde popołudnie na - jak to nazwali - "Zmianę światła" uczynili ostatnio swoim zwyczajem.
Zaśmiał się.
- Nie możemy nikomu zdradzić, co się stało naszą rozrywką.
- Możesz na mnie liczyć! Poza tym, kto by uwierzył, że siedzimy i oglądamy, jak zmienia się światło?
Postawiła tacę na stole, obok sterty poczty.
- Mogło być gorzej.
Opadli na sofę, która została przetransportowana przez żywopłot z domu obok.
- Jeszcze jeden tydzień - szepnął z niedowierzaniem.
- Uch. Boże, miej nas w swojej opiece! - Oparła głowę i zamknęła oczy. - Jakie to przerażające przeprowadzić się w miejsce, którego nigdy nie widzieliśmy… na nie wiadomo jak długo… i zastąpić księdza, który przyzwyczaił ich do gitary!
Ujął jej dłoń, śmiejąc się.
- Jeśli jest na tym świecie człowiek, który potrafi to zrobić, to jesteś nim ty. Na marginesie, ile pudeł z książkami tam wysyłamy?
- Czternaście jak na razie.
- A tam nie ma nawet jednej półki.
- Zupełnie zwariowaliśmy! - stwierdziła z przekonaniem.
Przez ostatni tydzień jego żona pracowała jak wół, aby uporządkować przed wyjazdem żółty domek, zakończyć większość pakowania i pozostawić sprawy finansowe w porządku. Jemu z kolei wolno było spacerować po mieście, żegnać się ze wszystkimi, popijać herbatę niczym posiadacz ziemski i trzymać ręce z daleka od ciasteczek i ciast, które mu oferowano na każdym kroku.
Zajrzał nawet do Księgarni Szczęśliwych Zakończeń i kupił dwie nowe książki, aby zabrać je do Whitecap. To fakt, którego nigdy - nawet pod karą śmierci - nie ujawni Cynthii Kavanagh.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
- Modliłam się, żeby ujrzeć, jak siedzisz zrelaksowany, tak jak teraz, nie śpiesząc się, aby zgasić tysiące pożarów. Pomyśl tylko, najdroższy, jak przyda ci się ten odpoczynek kilku ostatnich tygodni, gdy będziesz pracował na zastępstwie na wyspie. Kto wie, prawdę powiedziawszy, co nas tam czeka i ile sił możesz potrzebować?
Popijał lemoniadę. Kto wie, w rzeczy samej?
- Klamka już jednak zapadła - stwierdziła z przekonaniem. - W następnym tygodniu…
- Wiem. Wymienić filtr w piecu w domu obok, wyplewić grządki z bylinami, naprawić stopień prowadzący do sutereny, spakować ubrania… Mam spisaną całą listę.
- Dać do wyprasowania garnitur - kontynuowała - kupić dwie trykotowe koszulki, nic z aligatorem, mam gorącą nadzieję - i poszukać pompki do roweru dla Dooleya.
- Zgadza się!
Prawdę powiedziawszy, z niecierpliwością oczekiwał ekscytacji związanej z ich ostatnim tygodniem w Mitford.
- Przy okazji, zastanawiałam się nad czymś. Zamiast pakować rzeczy do samochodu po trochu, ułóż wszystko przy drzwiach do garażu. W ten sposób będę mogła je sprawdzić dwa razy, a samochód spakujemy w ostatniej chwili.
- Ale byłoby łatwiej…
- Zaufaj mi - przerwała mu, uśmiechając się.
Barnaba zajmie tylne siedzenie, klatka Violet spocznie po lewej stronie, na podłodze. Po prawej stronie ułożą bieliznę pościelową i ręczniki, bagażnik będzie wypełniony po brzegi, a na górze przymocują wszystko, co się nie zmieści.
- Ach, tak, jeszcze jedna rzecz, Timothy… trzymaj się z daleka od księgarni!
Obrzuciła go tym rzeczowym spojrzeniem swoich szafirowych oczu, spojrzeniem, które - pomimo całego jego domniemanego autorytetu - nadal rozpalało w nim ogień. Jako mężczyzna o zdecydowanie tradycyjnej naturze spodziewał się, że niebawem przyjdzie czas na pewną rutynę w ich małżeństwie. Do tej pory jednak ten moment nie nadszedł. Jego jasnowłosa i rozsądna żona była do pewnego stopnia nieprzewidywalna w działaniu, co sprawiało, że codzienne sprawy nie dawały się ująć w monotonne wzorce.
- Coś cudownego w poczcie? - zapytała.
- Nie wiem. Dopiero ją przyniosłem. Może ty przejrzysz?
Fascynacja jego żony pocztą przewyższała jego własną, która też była spora. William James*, według niego, ujął to bardzo trafnie. "Tak długo jak będą listonosze - stwierdził James - życie będzie miało swój smak".
- Ach, spójrz! Jak cudownie! List z Whitecap, i jest zaadresowany do mnie!
Przyglądał się, jak rozrywa kopertę.
- Mój Boże, posłuchaj…

"Droga Pani, wyglądamy z radością Państwa pobytu w naszej małej parafii na wyspie i mamy nadzieję, że wszystkie przygotowania do przyjazdu do nas, pod koniec czerwca, postępują dobrze.
Nasze Kobiety Kościoła Episkopalnego były bardzo zajęte przygotowywaniem "Dove Cottage" na Wasz pobyt w Whitecap i w związku z tym musicie przywieźć jedynie bieliznę pościelową do dwóch sypialni, tak jak uzgadniałyśmy, i ręczniki oraz poduszki wedle własnego uznania.
Wyposażyliśmy szafki w kuchni w nowe naczynia, a kilka osób wypożyczyło własne rzeczy, aby mogli Państwo przyjechać do nas bez większych zmian we własnym domu, w Mitford. Sam naprawił elektryczny otwieracz do konserw, ale słyszałam, że doskonale Pani gotuje, więc prawdopodobnie nie będzie Pani potrzebny, ha, ha.
O tak. Marjorie Lamb i ja pracowałyśmy trochę w ogrodzie, który wyglądał na strasznie opuszczony po latach zaniedbania. Znalazłyśmy piękną, staromodną różę, który to kwiat - jak słyszę - mąż Pani bardzo lubi, i wyswobodziłyśmy ją z jeżyn. Pnie się teraz po treliażu, zamiast wychodzić na ulicę! Mamy nadzieję, że na Państwa przyjazd w pełnym rozkwicie będą hortensje i rokitnik, chociaż magnolie w kościelnym ogrodzie, niestety, już przekwitną.
Załączamy pełne wskazówki dotyczące podróży, które - jak zapewnia mnie mąż Marjorie, Leonard - powinny doprowadzić Was z Mitford prosto pod drzwi "Dove Cottage", bez żadnych pułapek po drodze. (Leonard kiedyś dużo jeździł, sprzedając artykuły hydrauliczne).
Proszę zwrócić uwagę na czerwoną strzałkę, którą naniosłam na mapie. Musicie bardzo uważać w tym miejscu, żeby znaleźć drogowskaz, ponieważ jest schowany za okropnym żywopłotem, którego właściciel posiadłości nie chce przyciąć. Myślałam o tym, aby przystrzyc go samodzielnie, ale Sam twierdzi, że to byłoby wtrącanie się w nie swoje sprawy.
Mamy nadzieję, że nie będziecie przeciwni raczej licznemu komitetowi powitalnemu, który uparł się, by wydać na Waszą cześć hawajską ucztę z udziałem całej parafii. Wydaje mi się, że odwiodłam ich od pomysłu włożenia spódniczek z trzciny, ale ten krępujący pomysł może się ponownie pojawić.
Gdy ojciec Morgan dołączył do nas kilka lat temu, również przyjechał latem i oczekiwał miłych wakacji na plaży. Jestem pewna, że ostrzeżono Was, iż lato to u nas najbardziej ruchliwy okres w roku, zważywszy na turystów, którzy wypełniają nasz mały kościół po brzegi i zmuszają do odprawiania dwóch mszy! Wszyscy odpoczywamy zimą, gdy musimy wyciszyć się i żyć ze zgromadzonych zapasów!
Biskup Harvey był bardzo podekscytowany, gdy dowiedział się od biskupa Cullena, jak bardzo doceniała Panią i ojca Kavanagha parafia w Mitford! Zrobimy wszystko, abyście czuli się tutaj tak mile widziani jak kwiaty w maju, jak mawiała moja droga mama.
Dobry Boże! Mam nadzieję, że wybaczycie mi długość tego listu! Od dziecka kochałam bieg pióra po kartce papieru i pisząc, często daję się ponieść temu przyjemnemu zajęciu.
Życzymy Pani i ojcu Kavanaghowi szczęśliwej podróży.
Z poważaniem,
Marion Fieldwalker,
członek rady parafialnej kościoła St. John's in the Grove
i przewodnicząca Kobiet Kościoła Episkopalnego.
PS. Pracuję w miejskiej bibliotece w Whitecap (od 35 lat) i modlę się, aby zechciała Pani przeczytać nam tej jesieni fragment jednej ze swoich słynnych książek o Violet. Pani małe książeczki cały czas są wypożyczone i wydaje mi się, że każde dziecko na wyspie przeczytało je co najmniej dwa razy!"

Jego żona zarumieniła się z radości.
- Proszę! Jakie to miłe! List Marion jest taki cudowny. I tylko pomyśl, najdroższy, treliaże i stare róże!
- Nie wspominając o nowych naczyniach - dodał pełen podziwu dla starań swoich przyszłych parafian.
Wypiła łyk ze swojej szklanki, na której pojawiły się kropelki wody, i dalej przeglądała pocztę.
- Timothy, spójrz tylko na ten charakter pisma. Przestał w końcu pisać drukowanymi literami i używa teraz normalnego alfabetu!
- Pokaż…
Zdecydowanie nowa era Dooleya Barlowe'a w dziedzinie piśmiennictwa i wyraźna zasługa szkoły przygotowawczej w Wirginii. Okrągłe sumy panny Sadie, przekazywane corocznie, mimo że pośmiertnie, cały czas nadawały nowej ogłady rudowłosemu chłopcu z gór, który zamieszkał w jego domu pięć lat temu.

"Hej - zaczął czytać list Dooleya. - Dużo o tym myślałem i chciałbym zostać tego lata w Mitford i pracować u Avisa i zarobić pieniądze, żeby kupić samochód i grać w softball z Redsami.
Nie chcę jechać nad morze.
Proszę, nie złośćcie się, nie martwcie ani nic takiego. Mogę mieszkać w suterenach z Harleyem, tak jak mówiliście, i będzie nam ze sobą dobrze. Może Puny mogłaby do nas przychodzić i robić nam pranie albo możemy to robić sami i jeść w Wesley albo w barze Grill, albo Harley może gotować.
Przyjadę na tę wyspę albo na Święto Dziękczynienia, albo na Boże Narodzenie, tak jak mówiliśmy.
Dziękuję, że pozwoliliście mi pojechać do domu Jimmy'ego Duncana. Jest tu cudownie. Jimmy jeździ wranglerem. Jego mama ma rovera, a tato BMW 850. Właśnie taki chciałbym mieć. To znaczy, chodzi mi o wranglera. Przyjadę do domu, zanim wyjedziecie, pan Duncan odwiezie mnie po drodze na jakieś ważne spotkanie. Pozdrów ode mnie Barnabę i Violet. Dziękuję za pieniądze. Pozdrawiam, Dooley".

- No, cóż - powiedziała jego żona, wyglądając na rozczarowaną. - Jestem pewna, że chciał być blisko swoich przyjaciół…
- Tak. I brata, i siostry…
Westchnęła.
- Mniej więcej tego się spodziewaliśmy.
On sam był rozczarowany, że chłopiec nie spędzi tego lata z nimi w Whitecap, ale pozostawili mu wybór i on go dokonał. Poza tym już kilka lat temu nauczył się nie dopuszczać do tego, aby plany wakacyjne Dooleya Barlowe'a psuły jego własną radość z tej ulotnej pory roku.
Martwiło go całe to zamieszanie z samochodami… Dooley skończył w lutym szesnaście lat i przybędzie do Mitford za niecałe trzy dni z jak najbardziej autentycznym prawem jazdy w kieszeni.
- Puk, puk!
Emma Newland pojawiła się w holu, a następnie weszła do pracowni.
- Nie wstawajcie! - powstrzymała ich, przejmując kontrolę. - Nigdy nie uwierzycie!
Jego była kościelna sekretarka na pół etatu, która przeszła na emeryturę razem z nim, najwyraźniej nie była w stanie zrezygnować ze swojej pracy. Odwiedzanie go dwa razy w tygodniu i pomaganie mu przez kilka godzin - czy tego potrzebował, czy nie - uczyniła swoim obowiązkiem.
- Robię to dla Pana - stwierdziła autorytatywnie, nie przyjmując żadnego podziękowania. Chociaż Cynthia zazwyczaj uciekała z pokoju, gdy Emma przychodziła, on raczej wyglądał jej wizyt i ciągłości, jaką zapewniała z Lord's Chapel, która znajdowała się teraz pod zarządem tymczasowego księdza.
Emma stanęła z rękami na biodrach i spoglądała na niego sponad okularów.
- Nie uwierzycie, co znalazłam w Internecie. Zgadujcie! Do trzech razy sztuka.
- Przepraszam! - wtrąciła Cynthia, podnosząc się nagle z sofy. - Przyniosę lemoniadę dla ciebie, Emmo, i wracam do pracy. Mam mnóstwo książek do spakowania.
- Zgadnij! - nalegała Emma, usiłując wciągnąć go do zabawy, która jemu wydawała się zarówno bezmyślna, jak i wyjątkowo irytująca.
- Przepis na mieszanie farby domowym sposobem?
- Och, proszę - odparła zdegustowana. - Nie starasz się.
- Dzieła zebrane Fulgentiusa z Ruspe*!
- Czyje?
- Poddaję się - stwierdził z przekonaniem.
- Znalazłam jeszcze jedno Mitford! Jest w Anglii i ma kościół stary jak świat, nie mówiąc o zamku!
Miała taką zwycięską minę, jakby właśnie odparła inwazję Maurów.
- Naprawdę? To niesamowite! Przypuszczam, że to właśnie stamtąd pochodzą ci piszący Mitfordowie…
- Żadnego związku. Oni pochodzą z Cotswolds, to gdzieś na północy. Miałam mnóstwo wydrukowanych materiałów, ale Snickers usiadł na całym tym cholerstwie, po zabawie nad strumieniem, i teraz muszę wszystko wydrukować jeszcze raz.
- Aha.
- No dobrze, zgadnij, co jeszcze?
- Do licha, Emma, wiesz, że tego nie cierpię.
Powiedziała to, co zwykle.
- Wyjdzie ci to na dobre, takie ćwiczenie pobudza umysł.
Uważała, że pastor zupełnie zdziecinniał od czasu, gdy przeszedł na emeryturę sześć miesięcy temu.
- Powiedz mi po prostu i miejmy to z głowy.
- Och, nie bądź taki! Spróbuj przynajmniej raz. Masz podpowiedź. Chodzi o wybory w listopadzie.
- Esther się wycofuje, a Andrew Gregory zamierza kandydować.
Zmarszczyła czoło.

- Skąd wiedziałeś?
- Nie ogłuchłem przecież i nie oślepłem, na litość boską. Wychodzę czasami z domu.
- Przypuszczam, że wiesz również - powiedziała Emma z nadzieją, że nie wie - że restauracja w Fernbank zostanie uroczyście otwarta w dzień przed twoim wyjazdem.
- Tak. Dostałem zaproszenie.
Opadła na wysoki fotel przykryty pokrowcem i spojrzała na niego tak, jakby był tarczą w celowniku. Chociaż oczywiście nigdy się do tego nie przyzna, wierzyła, że pastor znajduje się obecnie w czymś w rodzaju czyśćca, pomiędzy bezsprzecznym niebem Lord's Chapel a piekłem obcej parafii w obcym miejscu, gdzie temperatura sięga czterdziestu stopni w cieniu.
- Czy będziesz tam miał sekretarkę? - zapytała podejrzliwie.
- Raczej nie. Mała parafia, rozumiesz.
- Jak mała?
- Och, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób.
- Wydawało mi się, że biskup Cullen jest twoim przyjacielem - prychnęła.
Nigdy się do tego nie przyzna, ale w głębi serca miała nadzieję, że jej szef od szesnastu lat dostanie duży kościół w dużym mieście i w końcu będzie kimś. Jak dotąd każdego ranka swojego życia dreptał do Domu Nadziei i szpitala, wyglądając na tak zadowolonego, że natychmiast domyśliła się, iż to tylko poza.
Cynthia wróciła z lemoniadą i tacą ciastek maślanych, które postawiła na stoliku obok Emmy.
- Będę w pracowni, gdyby ktoś mnie potrzebował. Zważywszy na liczbę książek, które ze sobą zabieramy, możemy zatopić wyspę!
- Prawdziwa Atlantyda - stwierdził ojciec Tim.
- Skoro mowa o książkach - Emma zwróciła się do jego żony - czy piszesz nową?
- Nie, o ile będzie to w mojej mocy.
Roześmiał się, gdy Cynthia znikała w korytarzu.
- To zazwyczaj nie jest w jej mocy.
Oczekiwał, że kolejna książka dla dzieci zrodzi się w głowie jego żony lada moment. Czyż nie słynie z tego, że zaczyna kolejną książkę w chwili, gdy jej życie postawione jest na głowie?
Emma żuła ciastko, a na kolana sypały się jej okruszki.
- Czy masz już gotowe te listy do przepisania na komputerze?
- Nie wszystkie. Spodziewałem się ciebie dopiero rano.
- Przyjdę rano, teraz chciałam tylko zaglądnąć i opowiedzieć ci wszystkie nowiny. Ale - zawiesiła głos, unosząc jedną brew - nie  powiedziałam ci wszystkiego. Najlepszą nowinę zostawiłam na koniec.
Jego pies wszedł do pracowni i położył się ciężko u stóp swojego pana, dysząc.
- Jeśli powiesz, że już to słyszałeś, to do końca życia niczego ci nie opowiem. Po drodze spotkałam Mule'a Skinnera. Mówił, że w końcu wynajął twój dom.
Wyprostowała się zadowolona i piła lemoniadę.
- Cudownie! W samą porę!
Miał ochotę zatańczyć z radości.
- Mówił, że nie miał czasu, żeby do ciebie zadzwonić, zadzwoni dzisiaj wieczorem, ale to nie jest rodzina z dziećmi, tak jak chciała Cynthia.
- No cóż…
Był szczęśliwy, że w końcu znalazł się ktoś, kto chciał zamieszkać w jego domu. Razem z Harleyem ciężko pracowali przez kilka ostatnich miesięcy, aby zwiększyć szanse domu na rynku nieruchomości. W kuchni położyli nową winylową wykładzinę, wymienili chodniki na schodach, zainstalowali nową toaletę w łazience obok głównej sypialni i nowy próg u drzwi wejściowych… lista ciągnęła się w nieskończoność. I była kosztowna.
- To kobieta.
- Nie mam pojęcia, jak jedna osoba może chcieć zamieszkać w takim dużym domu?
- Jak szybko zapominasz! Ty też mieszkałeś w nim zupełnie sam przez całe wieki.
- To prawda. No cóż. Mule mi wszystko opowie.
- Powiedziała, że nie przeszkadza jej, iż Harley będzie mieszkał w suterenach. Pytała tylko, czy nie puszcza głośnej muzyki rockowej.
Emma zastukała lodem w szklance, wypiła ostatni łyk i zaczęła się zbierać do wyjścia.
- Zapomniałabym, nie uwierzysz, co jeszcze znalazłam w Internecie - kościelne biuletyny! Powinieneś zobaczyć, jakie głupoty tam wypisują, Boga się nie boją i ludzi.
Wyjęła kawałek papieru z torebki.
- "Na spotkaniu w najbliższą niedzielę - zaczęła czytać - przeprowadzona zostanie specjalna zbiórka pieniędzy na pokrycie kosztów zakupu nowego dywanu. Wszystkich, którzy pragną na nim coś zrobić, zapraszamy, aby podeszli i to uczynili".
Zaniósł się śmiechem.
- A co powiesz na to: "Nie pozwól, aby zjadł cię smutek, kościół ci w tym pomoże".
Odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się jeszcze raz. Życie Emmy w cyberprzestrzeni z pewnością miało swoje jaśniejsze strony.
- Przy okazji, czy zabieracie tam ze sobą Barnabę?
Wymówiła słowo "tam" w taki sposób, jakby to było jakieś miejsce na końcu świata.
- Tak.
- Nie wiem, jak możecie zrobić coś takiego biednemu zwierzęciu. Spójrz tylko na całe to futro, dość, żeby wypchać materac.
Barnaba ziewnął szeroko i uderzył ogonem w podłogę.
- Nawet nie będziecie w stanie dojrzeć tych strasznych stworzeń, które zagnieżdżą się w jego sierści całymi tabunami, nie wspominając o tych, które będą żyły w jego łapach.
Emma czekała na jakąś kłótnię, powód - na coś. Czy nie miał sumienia?
- A ten upał… Będziecie musieli wygolić Barnabę do golasa.
Ojciec Tim szedł z nią przez pokój, odprowadzając ją do drzwi.
- Dziękuję za odwiedziny, Emmo. Pozdrów ode mnie Harolda. Zobaczymy się rano.
Jego nieoficjalna sekretarka kroczyła korytarzem, a on szedł za nią.
Otworzył drzwi wejściowe i starał się powstrzymać od kąśliwej odpowiedzi, gdy ona odwróciła się nagle i spojrzała na niego. Jej oczy zrobiły się czerwone i napłynęły do nich łzy.
- Będę za tobą tęskniła! - wyrzuciła z siebie.
- Naprawdę?
Zbiegła pospiesznie po schodach, pociagając nosem i szukając w torebce papierowej sertwetki z Hardee;s, która na pewno tam była.
Stał zdruzgotany.
- Emma! Rano… rano zjemy pączki z galaretką!
- Ja zjem pączka z galaretką, ty dostaniesz suchy tost! Nie chcielibyśmy dostarczyć cię tam w śpiączce!
Wsiadła do swojego samochodu zaparkowanego przy chodniku. Trzasnęła drzwiami, uruchomiła silnik i odjechała z warkotem Wisteria Lane.
Przez jedną ulotną chwilę zupełnie zapomniał o swojej cholernej cukrzycy.


- Już mnie tu nie ma - pożegnał się, całując żonę.
- Poproś go, żeby zostawił coś, co będzie mógł targać wiatr od morza, kochanie. Nie pozwól mu, żeby ściął wszystko.
- Zawsze tak mówisz.
- No tak, cóż, wracasz do domu, wyglądając jak wyliniały lis. Nie wiem, co robi z tobą Joe Ivey.
Zważywszy na to, co za każdym razem robiła z nim Fancy Skinner, Joe Ivey mógł zrobić, co tylko zechciał.


- Zostawiasz nas, prawda? - Joe przeczesał grzebieniem włosy ojca Tima nad lewym uchem i wykonał cięcie nożyczkami.
- Niestety tak.
- Zostawiasz nas na lodzie, powinienem powiedzieć.
- Ależ, Joe. Czy ja prawiłem ci kazania, gdy wyjechałeś do Graceland i zostawiłeś mnie skazanego wyłącznie na siebie?
Joe zachichotał.
- Dziękuję Bogu, że odzyskałem rozum i zostawiłem tę głupią pracę. I to w samą porę, muszę przyznać. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że udało mi się uporządkować to, co zrobiła z głowami biednych ludzi Fancy Skinner. W twoim przypadku wygląda to tak, jakby obniżyła ci uszy o jakieś czterdzieści centymetrów.
- Żona mówiła, żebyś nie obcinał mi zbyt krótko.
- Gdybym słuchał tego, co mówią żony, wypadłbym z tego biznesu już czterdzieści lat temu. Czy wiesz, jak tam jest gorąco?
To pytanie zostało chyba zadane o jeden raz za dużo. Chyba nic nie było mieszkańcom gór tak niemiłe jak "gorący" klimat.
- Jestem chłopcem z Missisipi, rozumiesz.
- I te moskity…!
Joe zagwizdał.
- Na Boga!
- Właśnie tam - poprosił, gdy Joe zajął się jego koloratką. - Uporządkuj to trochę, nie ścinaj…
Joe przystąpił do ścinania. No cóż. Joe Ivey zawsze postępował z włosami ojca Tima dokładnie tak, jak miał na to ochotę, identycznie jak Fancy Skinner. Co takiego było tym wszystkim ludziom, którzy zawodowo zajmowali się włosami innych? Nigdy, przez wszystkie lata swojego życia, nie potrafił tego zrozumieć.
- Słyszałem, że to dziesięciogodzinna wyprawa - kontynuował Joe, najwyraźniej opanowany obsesją o niedogodności całego przedsięwzięcia.
- Bliżej dwunastu, jeśli policzyć przerwę na zatankowanie paliwa i lunch.
- Nawet droga do Nowego Jorku nie zajęłaby ci tyle czasu. Pewnie starczyłoby na podróż w obydwie strony.
- To jest myśl.
Joe przycinał włosy wokół prawego ucha swojego klienta.
- Jestem coraz bliżej tego, żeby ci opowiedzieć… - Joe odchrząknął - o tym, co wydarzyło się w Graceland.
- Aha.
- Nie powiedziałem tego nikomu, nawet Winnie.
Nastąpiła długa chwila ciszy.
Ojciec Tim czekał, wdychając aromat z cukierni Sweet Stuff, znajdującej się tuż za cienką ścianą. Siostra Joe, Winnie i jej mąż, Thomas, piekli baclavę i zaczynała mu cieknąć ślinka.
- Nigdy nie możesz nikomu o tym powiedzieć - zastrzegał się Joe. - Musisz przysiąc na Pismo Święte.
- Nie mogę tego zrobić, ale daję ci moje słowo.
Joe odetchnął głęboko, wzdychając jednocześnie.
- No cóż, pod sam koniec byłem bliski tego, żeby uwierzyć, że Elvis może…
- Może co?
- No wiesz. Może żyć.
- Nie!
- Wstyd mi się do tego przyznać. Sęk w tym, że wypijałem dość dużo brandy, gdy tam mieszkałem. Mąż mojej siostry stracił pracę i sprawy miały się coraz gorzej. Na dodatek, ich dom to raczej nie jest posiadłość w Baltimore, jeśli mówimy o przestrzeni, więc od czasu do czasu wybierałem się na przejażdżkę po kolacji, żeby dać Vernowi i mojej siostrze trochę czasu dla siebie.
- To bardzo troskliwe z twojej strony.
- Zacząłem wyglądać Elvisa w każdym miejscu, które odwiedzałem, szczególnie w miejscu przygotowanym na grill. Wszyscy mówili, że przepadał za grillem. Kiedy moja siostra usłyszała, że usiłuję spotkać Elvisa, zaczęła wylewać mi brandy do toalety. Trudno mieszkać z kimś, kto wylewa ci brandy do toalety.
- No tak, to mogło prowadzić do napięć.
Bóg raczy wiedzieć, że od lat usiłował nakłonić Joe, by przestał popijać alkohol, ale Joe powiedział mu, żeby zajął się własnymi sprawami. W Memphis zdarzyło się jednak coś, co sprawiło, że jego fryzjer wrócił do domu zupełnie trzeźwy.
- Pewnej nocy gdy tak jeździłem, powiedziałem sobie, Joe, Elvis nie jechałby do baru typu "drive-in", żeby kupić schabowego z kością i pikantnym sosem, wysłałby kogoś po to. Zapytałem się więc: gdybym był Elvisem, gdzie bym teraz był? Wygląda na to, że coś powiedziało mi, że mam wrócić do Graceland. Była już mniej więcej jedenasta w nocy, więc pojechałem tam i zaparkowałem, wyłączając światła w samochodzie. Przykro mi to mówić, ale miałem butelkę w skrytce i popijałem od czasu do czasu jeden łyczek.
Joe wziął butelkę z szafki i uniósł ją nad głową klienta.
- Chcesz Sea Breeze?
- Czy papież jest katolikiem?
- Najpierw, wiesz, zobaczyłem coś w najwyższym punkcie posiadłości. Dom stoi na dużym otwartym terenie, wiesz, który rozciąga się za bramą i tak dalej. To było coś białego i… - Joe odchrząknął - i to się poruszało.
- Aha.
Joe ochlapał mu głowę Sea Breeze i natarł ją energicznie.
- Nie uwierzysz mi.
- Przekonajmy się.
Dłonie Joe przestały masować mu głowę. Ojciec Tim widział w lustrze, że jego fryzjerowi trzęsie się podbródek.
- To był Elvis, w białym stroju.
- Daj spokój!
- Kosił swój trawnik.
- Niemożliwe!
- Mówiłem, że mi nie uwierzysz.
- Dlaczego miałby kosić swój trawnik, skoro mógłby zapłacić komuś innemu, żeby to zrobił? I dlaczego miałby to robić w specjalnym stroju, na dodatek białym? I dlaczego miałby to robić nocą?
Oczy Joe zaszły mgłą. Potrząsnął głową, rozmyślając.
- Nigdy nie udało mi się znaleźć na to odpowiedzi.
- No, no.
Cóż innego mógł powiedzieć?
- Siedziałem tam i patrzyłem. Kosił jeden pas, a potem wracając - drugi.
- Miał kosiarkę ręczną czy spalinową?
- Ręczną.
- Jak mógł cokolwiek widzieć? - dopytywał się ojciec Tim, lekko zniecierpliwiony.
- Biła od niego… jasność.
- Aha.
- A potem, wiesz - głos Joe przycichł - uniósł do góry dłoń i pomachał do mnie.
Ojciec Tim zaniemówił.
- Od tak dawna czekałem na to, żeby go zobaczyć, a gdy to się w końcu stało, to tak się przestraszyłem, że wyrzuciłem butelkę w krzaki i rzuciłem picie, na miejscu i na zawsze.
Jego fryzjer wziął głęboki oddech i wyprostował się.
- Nie wypiłem ani kropelki od tamtego czasu i nie miałem na to ochoty.
Ojciec Tim był przekonany, że to święta prawda. Miał jednak jedno pytanie.
- Więc, Joe, co, hm… robi ta butelka obok toniku do włosów?
- Trzymam ją dla klientów. Nie miałbyś ochoty na jeden łyk?
- Nie, dziękuję. Ale powiedz mi… nie żałujesz, że wróciłeś do Mitford?
- Ani tyćkę, jak mawiał mój tato. Minął już rok, odkąd wyniosłem się z Memphis i przyjechałem do domu do Mitford, i moi starzy klienci wrócili do mnie, jeden po drugim. Winnie dała mi ten ładny pokój, żebym tu urządził swój salon, a dobry Pan dał mi na powrót zdrowie.
Joe ściągnął pelerynkę z ramion swojego klienta i strzepnął ją.
- Tak, proszę księdza, patrzy ksiądz na szczęśliwego człowieka.
- I ty też! - odparł ojciec Tim. - I ty też!
Czyż nie miał nowej fryzury, nowej parafii i całego nowego życia, które właśnie się rozpoczynało?


Nic nie mógł na to poradzić.
Gdy dzwony w Lord's Chapel wybiły trzecią, skręcił do Księgarni Szczęśliwych Zakończeń, jakby był zaprogramowany. Miał całe pięć minut do wykorzystania, zanim będzie musiał wskoczyć do samochodu i popędzić do Wesley po pompkę do roweru, ponieważ okazało się, że pompka Dooleya zginęła.
- Tylko się rozglądam - wyjaśnił Hope Winchester.
Rudy kot Hope, Margaret, przyglądał mu się podejrzanie, gdy minął szybko dział literatury pięknej, skręcił w prawo przy filozofii i zatrzymał się po lewej stronie, przy religii, gdzie przedsiębiorcza Hope kazała ostatnio zainstalować półkę z rzadkimi książkami.
Wiedział bardzo dobrze, że jedyna księgarnia w Whitecap znajdowała się na tyłach sklepu ze sprzętem wędkarskim. To było absolutnie niemożliwe, żeby mieli w sprzedaży On the Art of Reading Arthura Quillera-Coucha, którą miał na oku już od tygodnia. Teraz albo nigdy.
Jego ręka powędrowała do unikatowego tomu Quillera-Coucha, ale natychmiast się cofnęła. Nie, po tysiąckroć nie. Gdyby jego żona wiedziała, że kupuje kolejne książki, żeby targać je do Whitecap, byłoby po nim.
Westchnął.
- Lepiej kupić ją teraz, niż dzwonić później na międzymiastową i kazać mi ją tam wysyłać za dodatkowe trzy dolary.
Obok niego pojawiła się Hope, wyglądająca bardzo mądrze w nowych okularach w szylkretowych oprawkach.
Nie miał wątpliwości, Hope go przejrzała.
Zgarnął książkę z półki i porwał The Freedom of the Will Jonathana Edwardsa z drugiej. Zauważył, że na czoło wystąpiły mu krople potu.
No cóż, skoro już tu jest…
Chwycił egzemplarz Great Divorce Lewisa, który zniknął gdzieś bezpowrotnie z jego półek, i pośpieszył do kasy.
- Jestem pewna, że nie może się już ojciec doczekać swojego przyjęcia! - zawołała Hope, wybijając na kasie ceny zakupów.
Margaret wskoczyła na ladę i spoglądała na niego gniewnie. Dlaczego koty tak go nienawidziły? Co też takiego im zrobił? Czyż nie kupował dla kota swojej żony jedynie najdelikatniejszych, absurdalnie drogich cząstek kurczaka w wymyślnym pojemniku z folii aluminiowej?
- Przyjęcia? Jakiego przyjęcia?
- Jak to jakiego? Tego, które na cześć Cynthii i ojca wydają wujaszek Billy i panna Rose!
- Nic nie wiem o żadnym przyjęciu.
Czyżby ktoś mu powiedział, a on zapomniał?
- Dla nich to najważniejsze wydarzenie na świecie. W całym swoim życiu nie wydawali przyjęcia, ale chcą to zrobić, ponieważ wielce ojca szanują.
- No cóż!
Nieomal zaniemówił.
- A kiedy ma się odbyć?
- Jutro wieczorem, oczywiście.
Przyglądnęła mu się dziwnie.
Na jutrzejszy wieczór mieli zaplanowaną ciągnącą się w nieskończoność listę obowiązków, nie wspominając o zakupach spożywczych, żeby przygotować dla Dooleya Barlowe'a powitalną kolację, złożoną z befsztyku, frytek i czekoladowej tarty.
Otarł czoło chusteczką. Będzie szczęśliwy, gdy opuści miasto i w jego życiu znowu zapanuje porządek.
- Zajmę się tym - mruknął, wykładając gotówkę za zakazane książki.
- I jeśli możesz, to znaczy, gdybyś przypadkiem widziała Cynthię, mogłabyś jej nie wspominać, że hm…
Hope Winchester uśmiechnęła się. Oczywiście, że nie powie ani słowa żonie księdza o tym, że kupił nowe książki. Podobnie jak z pewnością nie wspomni mu o tym, że Cynthia wpadła tu zaledwie dzisiaj rano, żeby kupić egzemplarz My Island Garden Celii Thaxter i wydanie w twardych okładkach Ira Sleeps Over.


Zapukał do drzwi z siatką małego, przekazanego w wieczyste użytkowanie mieszkania na tyłach muzeum miejskiego.
- Wujaszku Billy! Panno Rose! Czy jest ktoś w domu?
Nie potrafił sobie wyobrazić starszej pary wydającej przyjęcie. Ten pomysł zupełnie nie mieścił mu się w głowie. U Rose Watson zdiagnozowano schizofrenię wiele lat temu i mimo iż cały czas przyjmowała środki farmakologiczne, gnębiły ją gwałtowne i nieprzewidywalne zmiany nastrojów. Jakby to nie było wystarczającym strapieniem dla jej od lat znoszącego to cierpliwie męża, w zastraszającym tempie traciła słuch, ale nie godziła się na założenie aparatu słuchowego.
Przyłożył nos do drzwi z siatką i zobaczył wujaszka Billy'ego, jak śpi na fotelu obok elektrycznego wiatraka, z laską opartą między nogami. Ojciec Tim czuł ogromne wyrzuty sumienia, że musi go obudzić, ale nie miał wyboru. Zapukał ponownie.
Wujaszek Billy otworzył oczy i rozglądnął się po kuchni zdziwiony.
- To ja, wujaszku Billy.
- Na Boga, toż to nasz kaznodzieja!
Starszy mężczyzna uśmiechnął się w stronę drzwi, błyskając złotym zębem.
- Rose! - krzyknął. - To kaznodzieja!
- Miał tu być dopiero jutro! - zagrzmiała panna Rose z mocno sfatygowanego fotela obok lodówki.
Wujaszek Billy chwycił swoją laskę i podniósł się wolno do wyprostowanej pozycji.
- Jak siedzę za długo, kolana mi sztywnieją, wie ojciec. Ale już idę.
- Powiedz mu, że przyszedł o dzień za wcześnie! - poleciła panna Rose.
- Proszę nie zwracać uwagi na Rose. Jest tu ojciec mile widziany o każdej porze dnia i nocy.
Wujaszek Billy otworzył drzwi z siatką, a ojciec Tim wszedł do kuchni. Watsonowie gotowali na lunch kapustę, bez dwu zdań.
- Wujaszku Billy, słyszałem, że wydaje wujaszek… cóż, ktoś mi mówił, że wydajecie na Cynthii i moją cześć… przyjęcie?
Starszy mężczyzna wyglądał na ogromnie zadowolonego.
- Całe mnóstwo ludzi wybiera się tu, żeby się z wami zobaczyć! Mam do opowiedzenia trzy nowe dowcipy, będą się wam podobać, a Rose robi pudding bananowy.
Ojciec Tim podrapał się w głowę, czując się niezręcznie.
- Widzi ojciec, kościół urządził dla nas miłe, duże przyjęcie i tak dalej, ale to wszystko wydawało się takie oficjalne, byli tam wszyscy i nikt, coś w rodzaju: bezpłatny poczęstunek, wstęp wolny. Powiedziałem więc: "Rose, powinniśmy urządzić dla kaznodziei i jego pani małe pożegnalne przyjęcie, z jego przyjaciółmi!"
Starszy mężczyzna oparł się na lasce, uśmiechając się triumfalnie.
- Więc je wydajemy, i bardzo się z tego cieszymy!
- No cóż…
- Odbędzie się w tej części domu, gdzie jest muzeum, będziemy więc mogli słuchać szafy grającej, wie ojciec.
- Ależ to cudownie, naprawdę, tylko…
- A ja i Rose wzięliśmy solidną kąpiel w wannie!
Pamiętał okazje, gdy wujaszek Billy i panna Rose potrafili wyludnić dwa albo trzy rzędy ławek wokół siebie…
Panna Rose, w szydełkowym szlafroku i nie zasznurowanych dwukolorowych półbutach, wstała ze swojego fotela i spojrzała mu prosto w oczy. Natychmiast zapragnął, aby była z nim jego żona, przy której poczułby się bezpieczniej.
- Mam nadzieję, że nie przyszedł ojciec, licząc na to, że będziemy mieli ojca czym poczęstować dzień wcześniej - rzuciła niecierpliwie.
- Ojej - jęknął jej zrozpaczony mąż. - Ależ, Rose.
Zwróciła się do wujaszka Billy'ego.
- Nie zrobiłam nawet jeszcze puddingu bananowego, więc czym moglibyśmy go poczęstować?
- Och, nie przyszedłem jeść. Przyszedłem, żeby się dowiedzieć…
- Niech ojciec wraca do domu - zamknęła dyskusję panna Rose - i wróci jutro o właściwej porze.
Wujaszek Billy zasłonił dłońmi oczy, jakby nie chciał być świadkiem tej strasznej sceny, która właśnie się rozgrywała.
- A która mogłaby to być godzina? - krzyknął ojciec Tim.
- Punkt szósta trzydzieści! - odparła starsza kobieta, wyglądając na solidnie zniecierpliwioną.


Jego żona zbladła.
Miał ochotę zakryć dłońmi swoje własne oczy, tak jak uczynił to wujaszek Billy.
- Przepraszam - tłumaczył. - Nie wiedziałem, jak mam odmówić. Wujaszek Billy jest taki podekscytowany… Nigdy przedtem nie wydawali przyjęcia.
- Dlaczego, na litość, nic nam nie powiedzieli?
- Wydaje mi się, że zaprosili wszystkich innych, a o nas zapomnieli.
- Boże, miej litość! - jęknęła jego żona, cytując dla ułatwienia modlitewnik.
Obydwoje opadli na sofę w salonie, żeby oglądnąć zmianę światła po dniu nieprzerwanej pracy, który rozpoczęli o piątej trzydzieści rano. Tym razem on przyrządził lemoniadę i podał ją z dwoma kromkami chleba, z pośpiesznie przygotowanym nadzieniem z serem pimiento, domowego wyrobu Puny.
- Nie mam nawet siły, żeby pomyśleć o przyjęciu - przyznała, wkładając do ust chleb i ser. - Poziom cukru opadł mi chyba poniżej zera.
Ach, jaki spokój panuje w tym pokoju, zachwycał się, rozpinając koszulę. A oni właśnie zamierzają go opuścić. Zbudowali go, a teraz wyjeżdżają. Tak właśnie wygląda życie w koloratce.
- Timothy, czy naprawdę jesteś podekscytowany na myśl o wyjeździe do Whitecap?
- To przychodzi i odchodzi falami. W jednej chwili jestem podekscytowany…
- A w drugiej, przerażony na śmierć?
- Cóż…
- Ja też - wyznała. - Tak bardzo nie chcę wyjeżdżać z Mitford. Myślałam, że to będzie zabawne, jak powiew nowego życia, wspaniała przygoda.
Położyła się, opierając głowę na jednej z wypłowiałych szydełkowych poduszek, które również przywędrowały tu drogą przez żywopłot.
- Ale teraz…
Jej głos uwiązł.
- Jesteśmy dość zmęczeni, Kavanagh. To, co robimy, to bardzo stresujący krok, zrywamy z naszymi korzeniami. Prawie w ogóle nie wyjeżdżałem z Mitford przez szesnaście lat. Ale pojedziemy tam i będzie wspaniale, zobaczysz. Będziesz zachwycona tym miejscem. Swoboda, jaką daje wyspa…
- Wiatr we włosach…
- Mewy krążące nad nami…
- Zapach morskiego powietrza…
Była to litania, którą recytowali jak antyfonę przez kilka ostatnich miesięcy. Zawsze zdawała się pocieszeniem.
Położył jej stopy na swoich kolanach.
- Co powiesz na drzemkę? Czeka nas napięty program.
- Dzisiaj wieczorem - przypomniała - Puny pomaga nam opróżnić wszystkie szafki… Dooley przyjeżdża jutro wieczorem, tuż przed przyjęciem Watsonów, i idzie na kolację do swojej mamy. Następnie dzień zakupów z naszym pozbawionym odzienia chłopcem i przeniesienie go do Harleya, potem twoje spotkanie z lokatorką i kolacja dla Dooleya z befsztykiem w roli głównej. Potem, oczywiście, czeka nas uroczyste otwarcie Lucery w czwartek wieczorem, gdy skończymy pakować samochód, i w piątek rano wyruszamy w drogę. Wydaje mi się - dodała bez tchu - że nie będziemy mieli czasu uczcić twoich urodzin.
Jego urodziny! Do licha! W tym roku skończy sześćdziesiąt sześć lat i tylko pomyśleć, że zaledwie cztery lata dzielą go od siedemdziesiątki. Potem osiemdziesiąt lat. A potem… będzie po nim, przypuszczał. No cóż.
- Nie martw się - zganiła go. - I na litość boską, najdroższy, rozluźnij się. Siedzisz tam jak pomnik w parku.
- No tak - odparł, pijąc łapczywie lemoniadę.
Przez kilka ostatnich dni zauważył, że późnoczerwcowe słońce jest w najwyższym punkcie, gdy pada na anioła z brązu. Ponieważ pokój był wysunięty na zewnątrz, bezpośrednie światło nie sięgało wyżej niż półka nad kominkiem, gdzie na ciężkiej podstawie z zielonego marmuru stał pewnie anioł.
Znalazł anioła na poddaszu w Fernbank, przepastnym domu panny Sadie na szczycie wzgórza, który obecnie należał do Andrew i Anny Gregory. Zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią w wieku dziewięćdziesięciu lat, Sadie Baxter napisała w list, w którym wydała dyspozycje odnośnie do swojego domu rodzinnego i jego zawartości. Jedna z rzeczy, o które go poprosiła, to, żeby wybrał coś dla siebie, cokolwiek mu się spodoba.
W czasie gdy Cynthia wędrowała po domu w poszukiwaniu swojej części spadku, on znalazł anioła w pudełku. W pudełku z wypłowiałym francuskim stemplem. Mimo że strych wypełniony był bogatą kolekcją niekwestionowanych skarbów, wiedział z taką pewnością, jakby ktoś wyrył na nim jego nazwisko, że anioł w pudełku należy do niego.
Słońce przesunęło się teraz na anioła, na jego rozpostarte skrzydła i złożone błagalnie dłonie. Świeciło również na flakon z różowym kwitnącym migdałowcem, obok starych książek i małej postaci jego mamy, którą Cynthia ponownie oprawiła i powiesiła nad kominkiem.
Jak daleko sięgał pamięcią wstecz, zawsze bał się siedzieć nieruchomo, słuchać, czekać. Jako ksiądz cieszył się każdą potrzebującą duszą, którą mógł się zaopiekować; każdą przygodną kolacją, do której mógł usiąść; nawet każdą chorobą, do której mógł biec - wdzięczny za pośpiech i krzątaninę. Bał się każdej skłonności do tego, żeby usiąść i pozwolić myślom wędrować swobodnie jak puszczony wolno źrebak, któremu wolno jest skubać trawę tam, gdzie ma na to ochotę.
Zaczynał jednak zdawać sobie sprawę, że coraz mniej obawia się robić to, co wydaje się bezczynnością.
W końcu, nie bał się też przenieść do Whitecap; wprowadził swoją żonę w błąd. Modlił się, żeby Bóg posłał go tam, gdzie On zechce, i gdy biskup zaproponował mu Whitecap, wiedział, że to wcale nie jest wspaniały pomysł biskupa, ale samego Boga. Lata temu nauczył się już odczytywać odpowiedź Boga na każdą trudną decyzję, poprzez poszukiwanie we własnym sercu, we własnej duszy synonimu spokoju. Ten spokój nadszedł; w przeciwnym razie nie pojechałby.
Wdychał świeżość bryzy, która dostawała się do środka przez otwarte okno, i aromat dębu i wiśni, który przenikał pokój jak kadzidło.
Potem, uśpiony widokiem drzemiącej żony, oparł głowę i zamknął oczy, i zasnął.