Miecze przeciw Krainie Ciemności

  • 83-7298-571-5
  • Autor: Bailey, Robin Wayne
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 25,00 zł
  • Niedostępny

Nakład wyczerpany. Nie ma możliwości zakupu książki.

 

Radujcie się, fani Fritza Leibera!
Dziedzictwo pana Lankhmaru ma ciąg dalszy...

Szaleni czarodzieje i śmiertelne plagi.
Niegodziwe twarze nowych kochanek.
Zaklęte duchy dawnych ukochanych.
Chmurni bogowie i podli czarodzieje.

Ponownie Fafhrd i Szary Kocur muszą niechętnie wcielić się w role bohaterów, ratując Lankhmar przed zesłaną klątwą czarnoksiężnika straszliwą plagą. Zginą, jeśli tego nie uczynią, wraz ze wszystkimi ukochanymi, pożarci od wewnątrz przez zło.

Fritz Leiber przed swoją śmiercią w 1992 roku wybrał Robina Wayne Bailey'a, poważanego autora, do współpracy przy tworzeniu nowych przygód słynnych charakterów, Fafhrda i Szarego Kocura. Miecze przeciw Krainie Ciemności to pierwszy tom nowej serii powieści, napisanych przez Bailey'a zgodnie z pozostawionymi przez ukochanego autora notatkami, którego akcja toczy się w legendarnym świecie Nehwonu.

Rok wydania: 2004
Stron: 352
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Ewa Ligięza

Fragment tekstu:

Podziękowania
Dla Fritza Leibera, którego dzieła podziwiam z całego serca.
Mam nadzieję, że godnie kontynuuję jego dzieło.
Dla Richarda Curtisa i Patricka Neilsona Haydena
z wyrazami głębokiej wdzięczności
za umożliwienie mi wyprawy tam,
gdzie już powędrował gigant.
Oraz, jak zawsze, dla Diany.

1
Sen Kocura

Głęboko pod ziemią, pod najruchliwszymi ulicami wielekroć opiewanego miasta Lankhmar, w mrocznym zakątku tajemnej Świątyni Nienawiści, zgrzany czarnoksiężnik Malygris otarł pot z czoła, oparł smukłe dłonie o stół, przy którym pracował, i roześmiał się.
Triumfalny, niegodziwy odgłos jego radości odbijał się echem wśród poczerniałych kamiennych ścian wąskiej prostokątnej komnaty i licznych przysadzistych kolumn, podtrzymujących klaustrofobicznie niski sufit, aż w końcu pomknął w górę starannie zamaskowanymi szybami wentylacyjnymi, kanałami i kratkami ściekowymi, by wpaść w uszy licznej procesji, maszerującej przez Dzielnicę Uciech tej pierwszej nocy Letniego Przesilenia. Jednakże jedyny człowiek, który zarejestrował hałas, potrząsnął głową i uznał, że ten dźwięk to sprawka wiatru, a następnie skupił uwagę na pięknej dziwce, opłaconej na ten wieczór.
Żółte światło padało z dwóch stopionych do połowy świec, migocząc na ustawionych na stole retortach i alembikach. Na skraju pokiereszowanej drewnianej powierzchni leżał stos zakurzonych ksiąg. Wokoło rozrzucono niedbale wypełnione proszkami fiolki, zlewki z płynami o dziwacznych kolorach i miseczki wonnych ziół oraz metalowe instrumenty, niektóre błyszczące, inne osmalone płomieniami.
Malygris oczyścił stół dwoma ruchami ramion w obszernych rękawach. Pozostawił jedynie świece i jeden alembik.
Szkło rozprysło się, uderzając o podłogę, a książki frunęły niczym przerażone, niezdolne do lotu ptaki.
Mężczyzna odsunął kaptur, ukazując wygoloną głowę. Pochylił się niżej. Błyszczące ciemne oczy wpatrywały się w krwistoczerwony opar, który powoli wirował w pękatym naczyniu. Gdy mag tak się weń wpatrywał, z mgiełki wyłoniła się smuga. Podążyła w górę zwężającej się szyjki, pchnęła uparty korek, cofnęła się i ponownie dotknęła go sondująco.
Malygris przesuwał czubkiem nienaturalnie długiego palca wokół wystającego czubka korka. Już się nie śmiał. Jego twarz zmieniła się w maskę zazdrości i gniewu.
- Wreszcie cię dopadłem, Sadasterze, mój wrogu - wyszeptał syczącym głosem, bardziej pasującym do węża niż do człowieka. - Złodzieju, ukradłeś mi moją jedyną prawdziwą miłość. Wielokrotnie atakowałem cię, lecz zawsze udawało ci się uciec przed zemstą. To już się nigdy więcej nie powtórzy.
Malygris podniósł alembik z czerwonym oparem i zaczął pieścić go w dłoniach. Potarł chłodnym szkłem miękką skórę na szyi, westchnąwszy z niemalże erotyczną przyjemnością, a potem przycisnął naczynie do piersi. Zamknął pozbawione brwi oczy i poczuł, jak serce bije o delikatne szkło probówki.
Mgła zaczęła bardzo subtelnie pulsować, dostosowując się do tego rytmu.
Malygris wyciągnął rękę, w której ściskał owoc niegodziwych badań. Jedwabny rękaw ześliznął się wzdłuż kościstego, bezwłosego ramienia. Maga ogarnął cień wątpliwości. Wtem, wstrzymując oddech, cisnął alembikiem o podłogę.
Szkło wybuchło, lecz nie rozległ się żaden dźwięk. Przez chwilę czerwony opar pełzał nad migoczącymi okruchami, a potem zaczął unosić się, kołysząc z wdziękiem niczym wstążka na wietrze.
Znienacka świece buchnęły jaśniej z wściekłością, plując gorącym woskiem na stół i na poznaczone niebieskimi żyłkami ręce Malygrisa. Czarodziej krzyknął ostro z zaskoczenia i bólu. Niespodziewanie płomienie same przygasły, pozostawiając Malygrisa w egipskich ciemnościach.
Smuga snuła się coraz wyżej, ponad sufit Świątyni Nienawiści, przenikając warstwy ziemi i granitowy chodnik ulicy Obchodów. Niemalże kompletnie już pijani uczestnicy święta Letniego Przesilenia nie zauważyli jej, gdy pięła się coraz wyżej w mroku nocy, niesiona podmuchem wiatru nad nic nie podejrzewającym Lankhmarem. Stawała się coraz bardziej rozrzedzona, aż w końcu znikła, zdążając ku posiadłości na ulicy Zakonnic w Dzielnicy Rzecznej.
Domostwo maga Sadastera było solą w oku miejskich dostojników. Gaje pomarańczy i cytryn w obrębie wysokich murów rozsiewały upojne wonie. Tutaj, bez względu na porę roku, rozkwitały wszystkie znane w świecie Nehwonu nieszkodliwe kwiaty. Fontanna z najczystszego białego kamienia szemrała przyjemnie i uspokajająco, a dzwonki wietrzne brzęczały melodyjnie.
W sypialni tego pełnego cudów domu leżał właściciel - Sadaster, ze swą piękną żoną Laurian, która, pogrążona we śnie, położyła głowę na jego ramieniu. Okrywało ich jedynie prześcieradło z cienkiego czerwonego jedwabiu. Księżyc Letniego Przesilenia stanął w zenicie, lecz blask jasnej gwiazdy, Shadah, wiszącej nad horyzontem, wlewał się przez okno. W tym świetle mężczyzna podziwiał słodką twarz Laurian. Jego serce przepełniła miłość. W kącikach jej oczu i ust widniały już pierwsze oznaki upływającego czasu. W blasku gwiazdy mag dopatrzył się pojedynczego siwego włosa. Mimo to ponad życie kochał te oczy, usta i miękkie włosy.
Mgła, która już nie miała postaci wstęgi, sączyła się w dół, ku domostwu, niedostrzeżona przez magiczne straże i tarcze. Zawisła i rozpoczęła oczekiwanie.
Sadaster poruszał się łagodnie, by nie zbudzić żony. Pocałował jej włosy. Wszelkie ślady siwizny znikły z ukochanych przez niego pukli. Czubkiem małego palca musnął zewnętrzne kąciki oczu i usta, ścierając oznaki czasu.
Nawet dokonując tak prostej magii, szlochał cicho, ponieważ wiedział, że jego zaklęcia mogły jedynie ukryć efekty starzenia. Kiedyś Laurian, największe błogosławieństwo jego życia, odejdzie do Krainy Ciemności, tak samo jak wszyscy śmiertelnicy, pozostawiwszy go, obdarzonego długowiecznością maga, w otchłaniach samotności.
Sadaster osuszył łzy, mocniej przytulił żonę i odepchnął od siebie te myśli. Shadah hipnotycznie migotała we framudze okna niczym rzadki klejnot. Nocny wiatr wygrywał łagodną kołysankę. Sadaster, wdychając wonie unoszące się nad ogrodem, w końcu wpadł w objęcia snu.
Mgła nie czekała ani chwili dłużej. Wpełzła do pokoju, przenikając przez ściany i dach, podłogę i okno. Niewidzialne smugi skradały się w stronę łóżka, potem zaczęły czołgać się po jedwabnej pościeli, by w końcu dotknąć nozdrzy uśpionego maga i wkręcić się w jego ciało.
Sadaster nie obudził się, tylko kaszlnął cicho przez sen.

 
* * *

Szary Kocur obudził się z niespokojnego snu. Usiadł powoli na cienkim kocu, który służył mu za posłanie. Ognisko, rozpalone, by utrzymać z dala górskie lamparty, wypaliło się, pozostawiając jedynie jarzący się czerwony żar. Wśród węgli migotało tylko kilka malutkich płomyczków.
Naprzeciw niego przy ognisku leżał Fafhrd, jego towarzysz. Rozciągnął się pod przymałym jak na jego gigantyczne ciało kocem, spod którego wystawały gołe nogi. Uśpiona twarz Fafhrda przybrała dziwnie zatroskany wyraz. Nie obudziwszy się, zacisnął gigantyczną dłoń na skórzanej pochwie ogromnego miecza, zwanego Graywandem, i przytulił ją do boku.
Kocur wstał powoli, nie zdoławszy otrząsnąć się z niepokojącego snu. W twarz dmuchnął mu zimny, wilgotny wiatr i wpadł przez rozsznurowany dekolt pod zmiętą szarą tunikę. Mężczyzna odchylił głowę, by popatrzeć na gwiazdy. Na północy spokojnie świeciła konstelacja siedmiu gwiazd zwana Puklerzem. Tuż nad nią widniała jasna Shadah. Kocur poskrobał się po głowie.
Jego uwagę przyciągnął cichy jęk. Fafhrd usiadł nagle, przeciągnął dłonią przez splątane, czerwonozłote loki i wzdrygnął się. Niezbyt przytomnie spojrzał na Kocura.
- Mój mały przyjacielu - zagrzmiał Fafhrd. - Otóż miałem najdziwniejszy ze snów.
Kocur jeszcze mocniej zmarszczył brwi.
- Ja też - odparł, pochylając się nad legowiskiem, by wyciągnąć pas z bronią. Odczepił od niego smukły miecz i sztylet.
- Śniłem o zazdrosnym magu… - zaczął opowiadać Fafhrd. Wtem, jakby dopiero obudzony, dostrzegł, co robi Kocur. Oprzytomniał nagle. Ściszył głos do ledwo słyszalnego szeptu i zacisnął dłoń na rękojeści wielkiego miecza. - Czyżbym stał się zaspanym, głuchawym niezdarą? Czy zbliża się jakieś niebezpieczeństwo? - Nagle otworzył szerzej oczy. - Miałem wartę!
- Zasnąłeś - odparł ściszonym głosem Kocur. - Później ponaśmiewam się z ciebie bezlitośnie, teraz jednak nie wyczuwam bezpośredniego zagrożenia. - Obrócił się tyłem do przyjaciela, zapinając wokół talii pas z bronią. - Jednakże twój sen to nie byle błahostka. Czy pojawili się w nim dwaj magowie i kobieta?
Fafhrd jeszcze szerzej otworzył oczy. Wstał ostrożnie i stanął obok ogniska. Przyćmione światło omyło jego potężną sylwetkę. Mieszkaniec Północy miał niemal siedem stóp i górował znacznie wzrostem nad towarzyszem.
- O tak - odpowiedział. - Jeden z nich zginął okropną śmiercią.
Kocur wzruszył ramionami.
- Obudziłem się, zanim to nastąpiło - odparł. - Lecz jeśli ten twój czarodziej zginął w Lankhmarze w czasie Miesiąca Letniego Przesilenia, to miałem ten sam sen.
- Tak, w Lankhmarze, niech będzie przeklęte imię tego niegodziwego miasta - rzekł Fafhrd ze skrzywioną miną. - Trwały uroczystości, ale Sadaster nie zmarł, dopóki nie nastała wigilia Miesiąca Mrozu. - Zmarszczył brwi, gdy nagle coś mu wpadło do głowy. - A co to za sztuczki? - powiedział nieco obraźliwym tonem. - Czyżbyśmy mieli zacząć się dzielić snami, jak to robimy z łupem?
Kocur ponownie pochylił się nad posłaniem i wyciągnął płaszcz, który po zwinięciu służył mu za poduszkę. Ubranie zostało wykonane z tego samego szorstkiego szarego jedwabiu co tunika. Mężczyzna zarzucił płaszcz na ramiona i związał go pod szyją.
- Fafhrdzie, wciąż się nie obudziłeś - powiedział. - Użyj tych swoich zielonych oczu niewiniątka do czegoś jeszcze oprócz nęcenia ślicznych panienek i żon arystokratów.
Fafhrd zmieszał się. Nagle rozejrzał się po ich niewielkim obozowisku.
- Nasz łup! - krzyknął z przerażeniem, zapominając ściszyć głos. - Znikł. Klejnoty lorda Hristo, owoc naszej ciężkiej pracy!
Kocur uniósł brew i uśmiechnął się.
- O tak, strasznie się narobiliśmy - mruknął. - Spędziłeś całą noc, zabawiając żonę lorda, aż w końcu zemdlała... - Fafhrd wzruszył ramionami, onieśmielony połajankami towarzysza. - A ja kradłem każde cacko, które znalazłem w tym domu.
Fafhrd ponownie wzruszył ramionami.
- Ktoś musiał odwrócić jej uwagę - odparł.
- Mogłeś odwrócić uwagę kilku spośród służby albo straży, jeśli już podjąłeś się tego zadania.
- Dość dobrze odwróciłem uwagę jej męża, gdy niespodziewanie wrócił i odkrył, że trzymasz łapę na wszystkich gwiazdach firmamentu zwanego przezeń skarbczykiem.
Przelotny uśmiech przemknął przez usta Kocura, gdy przypomniał sobie błyszczące bogactwo w kufrach lorda Hristo i miły ciężar tobołków na ramionach, w których cichutko przetransportował skarby.
- I jak radośnie wywiedliśmy jego pościg w góry - ciągnął Fafhrd - a po piętach deptali nam jego żołnierze. Cholernie mądre z twojej strony, człowieczku, że wysypałeś zawartość jednej z toreb za naszymi plecami. Żołnierze Hristo niemalże pospadali z siodeł, żeby pozbierać z drogi świecidełka. - Obszedł ognisko i klepnął Kocura po plecach, gratulując mu pomysłu. - Lecz gdzie jest - powiedz mi i nie drocz się ze mną więcej - pozostała część skarbu?
- Przypuszczam, że tam, gdzie nasze konie - odpowiedział Kocur. - Wciąż w Górach Starszych.
Fafhrd wpatrywał się gniewnie w towarzysza, a potem odwrócił się, by spojrzeć tam, gdzie przyjaciel utkwił wzrok. Pospiesznie ponownie przetarł oczy, by zetrzeć z nich resztki snu. Znalazł buty i zaczął je wzuwać.
- Góry! - wykrzyknął. - One też znikły!
Kocur potrząsnął głową i ponownie wpatrzył się w rozgwieżdżone niebo, dostrzegając znajome konstelacje i pozycje gwiazd.
- Podejrzewam, że góry znajdują się tam, gdzie były zawsze - stwierdził z denerwującym spokojem. - To my oddaliliśmy się od gór. W jakiś sposób przemierzyliśmy we śnie cały świat, a ten sen bez wątpienia został na nas zesłany, gdy trzymałeś wartę.
- Sen… - zaczął Fafhrd, wstając i przechadzając się wokół.
- O tak, ten sen - zgodził się Kocur, mrucząc z niepokojem, gdy do głowy ponownie zakradły mu się obrazy. - Fafhrdzie, jakiś bóg albo czarodziej pojmał nas i przeniósł tu. - Pogrzebał czubkiem uszytego z mysich skórek buta w skraju spopielonych resztek dogasającego ogniska. - Miło z ich strony, że przenieśli nam też i źródło ciepła - powiedział ironicznie.
- Szkoda, że nie mogli przenieść też moich klejnotów. - Fafhrd wydął usta. Szybko zmienił temat. - Chyba wiem, gdzie jesteśmy, Kocurze - ogłosił, przechadzając się i węsząc przesadnie. - Powietrze ma znajomy zapach.
- Chyba masz na myśli smród - poprawił go Kocur, marszcząc się, gdy sam pociągnął nosem. W nocnym powietrzu unosiła się woń zgniłych roślin. Tak jak towarzysz, on też już odgadł, gdzie się znaleźli, lecz podczas gdy Fafhrd bez wątpienia oparł swój osąd na barbarzyńskich zmysłach, on zastosował wiedzę o pozycjach gwiazd i konstelacji. Był bardzo dumny z tego, że się na tym znał.
Fafhrd ściskał w rękach Graywanda. Obnażył fragment ostrza, a potem ze szczękiem schował miecz z powrotem do pochwy. Ten gest był dla jego rodaków z Północy wyrazem obrazy i przekleństwem.
- To Wielkie Słone Bagna - powiedział. Otworzył usta, zdziwiony i wściekły, a potem obrócił się twarzą na zachód. - Znów jesteśmy w Lankhmarze, choć przysięgliśmy, że nigdy tu nie wrócimy.
Kocur zagryzł wargi, zamyślony. Nocny wietrzyk przeczesał jego ciemne włosy, delikatnie muskając je niczym kobiece palce. Mężczyzna przypomniał sobie delikatne, śliczne dziewczątko imieniem Ivrian o falujących blond włosach i roześmianych oczach, swoją pierwszą prawdziwą miłość. Przypomniał też sobie, jak pewnego wieczoru wrócił do domu i odkrył, że ktoś ją zamordował, a jej zwłoki nadgryzły już szczury. Tak samo było z leżącą obok kobietą, Vlaną, która była pierwszą ukochaną Fafhrda.
Chęć pomszczenia Ivrian i Vlany scementowała przyjaźń Kocura z wielkim mieszkańcem Północy, a gdy już zemścili się, smutek wypędził ich pogardzanego miasta. Tak jak Fafhrd, wcale nie chciał tam wracać.
Dotknął ramienia towarzysza.
- Obróć się, Fafhrdzie - rzekł. - Droga biegnie w dwu kierunkach i nic nie broni nam drugi raz zwrócić się plecami do Lankhmaru.
Ale gdy Kocur ponownie się odwrócił, coś przykuło jego uwagę. Na ich drodze stanęła stara, pokryta strzechą chatka na długich, szczudłowatych nogach. Podświetlało ją przyćmione światło obozowego ogniska. Krucha słoma, którą był pokryty dach, zmierzwiła się jak włosy na głowie dzikusa, a czarne, zasłonięte kocem drzwi zdawały się ziewać niczym bezzębne usta.
Kocur przetarł oczy. Czyżby tak go pochłonęło obserwowanie gwiazd albo noc była tak ciemna, że nie zauważył jej wcześniej? Czuł, jak jeżą mu się włosy na karku. Wyciągnął miecz, Skalpel, z uszytej z mysich skórek pochwy. Smukłe ostrze błysnęło czerwono w rzucanym przez żar świetle.
- Albo tego samego wieczoru postradałem i łup, i zdrowe zmysły - powiedział miękko - albo tej chatki przed chwilą tu nie było.
Ze środka chatki dobiegł ich stłumiony kaszel. Ledwo widoczna dłoń, bardziej przypominająca w półmroku kość niż żywe ciało, odsunęła zasłonę przy wejściu. Pojawiła się zakapturzona, odziana w czerń postać, która przypominała przesuwający się powoli cień. Zeszła po rozklekotanej drabinie na ziemię, przystając po każdym, najwyraźniej wymagającym wysiłku, kroku. Gdy już stanęła na ziemi, dopadł ją krótki atak kaszlu. Potem zgarbiona postać zaczęła człapać w ich kierunku.
Kiedy znalazła się przy ognisku, podniosła wzrok. W głębi kaptura nic nie było widać. Gdy postać się przedstawiała, dobył się stamtąd jedynie skrzeczący głos.
- Jestem Sheelba.
Kocur uniósł czubek miecza.
- A to jest Skalpel. - Kiedy dotknął drugą ręką rękojeści sztyletu, dodał: - A to Koci Pazur. Podejdź bliżej, a poznam cię z nimi.
Fafhrd podniósł swoją ogromną broń do poziomu miecza Kocura.
- Na milę wyczuję kobietę albo maga - powiedział, krzywiąc się - a twój zapach nie przypomina upojnej woni nektaru orchidei.
Znienacka zerwał się wiatr, który dmuchnął w żar ogniska, porywając w powietrze gorące iskry i jarzący się popiół. Wokół Kocura i Fafhrda szybko uformował się wirujący kłąb. Wszędzie unosiły się rozpalone cząsteczki, przypominając rozwścieczony rój owadów.
Znienacka wicher ucichł, a węgielki ponownie usadowiły się na swoim miejscu, nie czyniąc nikomu krzywdy. Ognisko znów żarzyło się niegroźnie.
Postać znów zakaszlała.
- A teraz, skoro już wszyscy pokazaliśmy, jacy jesteśmy męscy - powiedziało cicho - porozmawiajmy o snach i o tym, dlaczego ponownie znaleźliście się w Lankhmarze.
Kocur nie wyczuł żadnego zagrożenia, więc opuścił broń. Stwór najwyraźniej chciał porozmawiać, a nie walczyć. W jego zgarbionej, kruchej sylwetce i niekontrolowanym kaszlu było coś niemalże żałosnego.
- Mniemam - powiedział w końcu - że to ty jesteś źródłem i powodem obydwu tych zdarzeń.
Sheelba pokiwał głową.
- Zesłałem sen, by was zajął i odciągnął uwagę, podczas gdy przenosiłem wasze uśpione ciała ponad ogromnymi połaciami ziemi. To prawdziwa historia, lecz jest w niej dużo więcej rzeczy, o których musicie się dowiedzieć.
- Malygris zabił Sadastera - powiedział Fafhrd. Mieszkaniec Północy ukucnął, oparłszy się na swym mieczu, i wpatrywał się ponad żarem w Sheelbę. Miał błyszczące oczy, a jego twarz jaśniała dziwnie w przyćmionym, rubinowym świetle.
Opatulona postać Sheelby dygotała, lecz Kocur nie umiał powiedzieć, czy z wściekłości, strachu, czy też w wyniku choroby.
- Ach, wpadł w sidła subtelnego, mistrzowskiego zaklęcia - odparł Sheelba z niechętnym podziwem. - Powinno być niemożliwe do sporządzenia przy miernych umiejętnościach Malygrisa, lecz zazdrość i nienawiść sprawiły, że czarnoksiężnik przeszedł sam siebie. Sadaster znalazł się na krawędzi śmierci, zanim zorientował się, co mu grozi.
- Zobaczyłem, że Sadaster umiera - rzekł Fafhrd, przypominając sobie ze smutkiem tę część snu. - Przeżerała go na wylot jakaś ohydna choroba. W końcu stał się żywym szkieletem, a potem zmarł.
W głosie Sheelby zabrzmiała gorzka nuta.
- Oto piękno i groza dzieła Malygrisa - odparł. - Zaczyna się od niegroźnego pokasływania. Sadaster nie mógł się bronić, ponieważ nie wiedział, że coś go atakuje, dopóki zaklęcie nie zawładnęło nim w pełni. - Głos Sheelby zamarł. Czarodziej zawahał się i dopiero po zebraniu sił ciągnął dalej: - Gdyby to się tylko na tym skończyło. W końcu zemsta to zrozumiała rzecz.
Kocur podejrzliwie spojrzał na stojącą przed nim postać.
- Mroczna sztuka Malygrisa dotknęła również i ciebie - powiedział ostrożnie.
Na te słowa Fafhrd wstał powoli, prezentując swoją, mającą siedem stóp wysokości, postać.
- Zdaje się, o nieznajomy, że to nie choroba wysysa z ciebie siły - stwierdził - lecz niegodziwa magia Lankhmaru?
Sheelba uniósł wyschłą pięść i pogroził nią niebu.
- Malygris był genialny - syknął - ale bardzo nieostrożny. Nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, co stworzył. Zaklęcie obdarzone jest własnym bezmyślnym życiem. Wisi w eterze jak tajemniczy drapieżca, czyhając, tak jak czekało na Sadastera.
- Na co czeka? - spytał nerwowo Fafhrd.
W głębi czarnego, pustego kaptura dało się słyszeć nerwowe przełknięcie śliny.
- Zaklęcie zostało stworzone, by zabijać magów - zaczął w końcu mówić Sheelba. - Ale Malygris, niech piekło pochłonie jego duszę, nie wplótł w nie żadnego ograniczenia. A teraz czar uderza celowo w każdego czarodzieja, każdego maga, przyciągnięty najprostszym kuglarstwem. Wspaniali czarodzieje, wiedźmy zielarki, młode dziewczęta z miłosnymi napojami, ludzie z talizmanami i amuletami - wszyscy są zagrożeni. Ba, wielu ludzi, przechadzających się teraz po ulicach Lankhmaru, jest już przeklętych, choć wcale o tym nie wiedzą.
Ponownie zerwał się wiatr. Spojrzenie Kocura pomknęło ku węglom dogasającego ogniska, lecz najwyraźniej był to naturalny wiatr, nie wzniecony przez Sheelbę. Ani węgielki, ani popiół nie wyczyniały żadnych sztuczek. Po prostu leżały na miejscu.
- Czy istnieje kontrzaklęcie? - spytał Szary Kocur. - Czy nie ma możliwości, by odwrócić bieg rzeczy?
Sheelba pochylił się nad ogniskiem. Długie palce wyłowiły węgielek i wrzuciły go w głąb kaptura, jakby był smakowitym kąskiem - frykasem, którym należało się delektować. Sheelba przełknął, a potem beknął.
- Po wykonaniu ogromu pracy i przeprowadzeniu drobiazgowych badań - odparł mag z ponurą satysfakcją - odkryłem kontrzaklęcie. Jednakże… - przerwał, a kaptur opadł mu nieznacznie w tył, aż Kocur poczuł moc spojrzenia niewidocznych oczu, które spoczęło bezpośrednio na nim, wwiercając się w niego spośród mrocznych fałdów materiału. - Jest pewien składnik, który muszę mieć, a wy musicie go dla mnie ukraść.
Fafhrd zjeżył się.
- Ukraść? - zapytał. - Ukraść! Pan nas z kimś pomylił! - Zerknął z urażoną miną na swojego odzianego w szare szaty towarzysza. - My nie kradniemy! My wyzwalamy. Zwędzamy. Porywamy, a nawet podbieramy, ale na pewno nie kradniemy!
Kocur zignorował komentarz Fafhrda. Przyjrzał się uważniej dziwnej postaci po przeciwnej stronie ogniska.
- Rozpacz otula cię jak niewygodny płaszcz - stwierdził. - Nawet ja nagle poczułem, jak mnie dotyka.
Głos Sheelby przypominał syk węża.
- Nawet tutaj, na Wielkich Mokradłach, z dala od murów miasta, sięga jego potworna klątwa. - Czarny, pusty kaptur zwrócił się ku niebu. Z jego głębi dobiegło przeciągłe westchnienie. - Zginę marnie, chyba że przyniesiecie mi to, czego potrzebuję.
Fafhrd wypiął pierś i spojrzał na niego pogardliwie.
- My? - spytał opryskliwie. - Masz nas za chłopców na posyłki?
- Mam was za dwóch najlepszych złodziei i awanturników, którzy kiedykolwiek przekroczyli bramy Lankhmaru - odparł czarodziej. Uniósł suchy palec, dusząc w zarodku ich zdumienie. - O, tak. Chociaż mieszkam na bagniskach, to nic, co się dzieje w Mieście Czarnej Togi, nie umyka mojej uwadze. Zwą mnie Sheelba o Bezokiej Twarzy, ale wszędzie mam oczy i uszy. Znam waszą reputację, tak samo jak wasze umiejętności i wyczyny.
Pogardliwa mina Fafhrda ustąpiła miejsca pełnemu dumy uśmiechowi.
- Naprawdę? - spytał milszym tonem.
Szary Kocur zmarszczył brwi. Jego towarzysza można było łatwo zjednać sobie pochlebstwami, lecz w nim samym narastały podejrzenia. Nieświadomie zacisnął prawą dłoń na rękojeści Skalpela, choć zastanawiał się, czy można zranić istotę, która miała tyle siły, by przenieść przez pół Nehwonu dwóch dorosłych mężczyzn.
- Czym mielibyśmy się według ciebie zająć? - spytał. - I zdradź nam, czy w ogóle mamy jakiś wybór?
Sheelba wyciągnął rękę nad żarem, który trzasnął i błysnął nowym płomieniem. Wtem w górę ze świstem wystrzeliła niemalże na wysokość Fafhrda kolumna ognia.
Kocur odskoczył, jedną ręką wyszarpując miecz, a drugą osłaniając twarz przed żarem.
Ognista kolumna drżała niekontrolowanie. Oświetliła krajobraz wokół i zabarwiła niebo na czerwono. Z obydwu stron słupa wystrzeliły kończyny, które z kolei wypuściły ogniste palce. Rozżarzone ręce poruszały się wzdłuż słupa ognia, kształtując go, jakby był garncarską gliną. Tam, gdzie dotknęły płomieni, żar barwił się srebrno i tężał.
Kocur widział już we śnie tę postać i twarz. Z ognia wyłonił się czarownik zwany Malygrisem. W ciągu kilku chwil w miejscu ogniska stanął przed nimi błyszczący srebrny posąg. Wzdłuż jego boków przebiegł nikły płomień i zgasł.
- On żyje! - krzyknął zaniepokojony Fafhrd, unosząc miecz w obronnym geście. Posąg poruszył głową, by się im przyjrzeć.
- To dlatego, że Malygris ożywa czasem w moich myślach - wyjaśnił Sheelba. - Nie bój się, obcokrajowcze. To tylko iluzja. Prawdziwy Malygris ukrywa się gdzieś w Lankhmarze.
- Ukrywa się? - spytał Kocur.
Pusty kaptur Sheelby przytaknął. Słowa maga ociekały pogardą:
- Niezdarny głupiec zbyt późno zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, ale nie dysponował taką wiedzą ani umiejętnościami, by odczynić swój czar. Mówiąc szczerze, nawet mnie rok zajęło odkrycie kontrzaklęcia, a przewyższam go znacznie zdolnościami… - przerwał nagle. Zdawało się, że zakrztusił się ostatnim słowem, aż w końcu dopadł go atak kaszlu. Okryta płaszczem postać trzęsła się z wysiłku. W końcu Sheelba ze świstem zaczerpnął powietrza.
Mimo wcześniejszych zastrzeżeń Kocur zerwał się, by mu w miarę możliwości pomóc, ale Sheelba uniósł odmownie dłoń.
- Musicie wyciągnąć Malygrisa z dziury, w której się schował - rzekł Sheelba znacznie słabszym głosem. - Nie tylko mojemu życiu zagraża niebezpieczeństwo. Jeśli mi odmówicie, zginie też wiele innych istot. Każdy, kto stosuje magię, lub którego ona dotyka - nawet jeśli są to najprostsze zaklęcia - jest w niebezpieczeństwie. - Wskazał drżącym palcem błyszczącą podobiznę Malygrisa. - Nikt nie jest odporny, żaden mężczyzna, kobieta czy dziecko. Dysponuję zaklęciem, które może powstrzymać to szaleństwo. Mam wszystkie potrzebne składniki, prócz jednego.
- Powrót do miasta Lankhmar - mruknął Fafhrd. Zacisnął usta w wąską linię. Widać było, że tak jak Kocur, uważa to za zły pomysł. - Lecz jeśli zrobimy to dla ciebie, to wiedz, że jesteśmy najemnikami, a nie chłopcami na posyłki. Jakie proponujesz wynagrodzenie?
- Jak zwykle człowiek interesu - mruknął Kocur. - Jak zwykle najważniejszy jest zysk.
Sheelba zignorował Fafhrda i zwrócił się do Kocura.
- Rozumiesz prawa, Szary? - szepnął, niemalże dotykając wątłym palcem nosa Kocura. - Widzisz, jaki macie wybór.
Kocur wyciągnął rękę z szybkością błyskawicy. Chwycił ten palec, spodziewając się, że trzaśnie jak gałązka, którą przecież przypominał. Ale zamiast tego palec odgiął się w stronę nadgarstka, jakby nie miał wcale kości. Jeśli Sheelba poczuł jakiś ból, wcale się z tym nie przejął.
- Oj! - krzyknął Kocur, rozluźniając bezskuteczny uścisk. Odskoczył w tył.
Postać Malygrisa obserwowała wszystko w ciszy srebrnymi oczami.
- O co chodzi, Kocurze? - spytał Fafhrd, przysuwając się do przyjaciela. Przenosił nieufne spojrzenie od srebrnego posągu do maga w brązowej szacie. - Masz lepsze wyczucie, jeśli chodzi o czary, a wyraz twojej twarzy...
- Mówi nam o wyborach - krzyknął gniewnie Kocur - ale wcale nie daje nam możliwości wyboru!
- Oczywiście, że macie wybór - odpowiedział Sheelba lodowatym głosem. - Możecie w tej chwili odejść. Może za parę miesięcy zdołacie dotrzeć do Gór Starszych, skąd was ściągnąłem. Moglibyście nawet odnaleźć swój skarb tam, gdzie go zostawiliście. - Posąg Malygrisa zerknął na Fafhrda, uśmiechnął się szeroko, a następnie usiłował utrzymać powagę na twarzy. W głosie Sheelby pojawiły się nieprzyjemne nuty. - Może nawet będziecie żyli długo i szczęśliwie.
- Może i tak - odwarknął Kocur. - Ale bardziej prawdopodobne jest, że wykaszlemy z siebie flaki, tak jak ty, będziemy gnić, aż wreszcie umrzemy! - Z trzaskiem wsunął Skalpel z powrotem do pochwy z mysiej skóry. - Odłóż miecz, Fafhrdzie - rzekł. - Nie ośmielimy się go rozpruć, choć bardzo bym tego pragnął!
- A może popodgryzamy go odrobinę z tej i z tamtej strony? - spytał olbrzym, wciąż z mieczem w dłoni. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z ich położenia.
Kocur mu wszystko wyjaśnił.
- Przeniesienie nas z Gór Starszych do Lankhmaru wymagało potężnego zaklęcia - stwierdził. - Czarodziej przetransportował stamtąd nasze ciała w magicznym eterze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że przeklęty czar Malygrisa dotknął i nas.
Fafhrd wpatrywał się w Kocura. Wydął w zamyśleniu usta, rozważając wnioski płynące z przemówienia towarzysza.
- A więc - powiedział w końcu Kocur, przełknął ślinę i zwrócił się do Sheelby o Bezokiej Twarzy - jaki to składnik musimy koniecznie zdobyć?
Wykręcony palec czarodzieja odzyskał pierwotny kształt. Mag złożył dłonie, jakby dziękując za ich rozsądek. Gdy tylko wykonał ten gest, smukły miecz Kocura wyfrunął z pochwy bez żadnego udziału właściciela, pomknął w powietrzu i wbił się w serce srebrnego posągu.
Gdy się wysunął, na czubku ostrza błyszczał mały ogienek, który zaraz zgasł. Pozostał po nim niewielki ślad.
- Oto ostateczny i najważniejszy składnik - wyszeptał Sheelba. - Przynieście mi jedną kroplę krwi Malygrisa utoczoną z jego serca.
- Dlaczego to nigdy nie może być po prostu szklanka cukru albo funt soli? - mruknął Fafhrd, ponownie marszcząc brwi.
- A więc, Fafhrdzie, wcale nie jesteśmy chłopcami na posyłki. - Kocur splunął na ziemię, chwycił miecz w powietrzu i z powrotem wsunął go do pochwy. Tym razem trzymał na nim rękę, by znów się nie uniósł. - Pomagamy.
Olbrzym spojrzał w kierunku miasta Lankhmar. Kocur poszedł za jego przykładem. Wciąż znajdowali się zbyt daleko i panowała noc, tak więc nie dostrzegli jego niebosiężnych murów, lecz wspomnienia znienawidzonego miejsca wskazywały im drogę jak latarnia morska.
- Muszę przyznać, Kocurze - powiedział powoli Fafhrd - że jeśli to, co mówi Sheelba, jest prawdą, to nikt bardziej od Malygrisa nie zasługuje na śmierć.
- A więc, przyjacielu, zróbmy to jak najprędzej - zgodził się Kocur. - Odnajdźmy Malygrisa, skradnijmy krew z jego serca i ponownie zostawmy to podłe miasto, za plecami.
- Skradnijmy? - zaczął Fafhrd. - Skradnijmy?
Kocur nie miał nastroju, by spierać się z przyjacielem. Odwrócił się do Sheelby, lecz postać bez oblicza znikła, tak samo jak srebrny posąg Malygrisa. Hen, na bagniskach, ledwo widoczna w świetle gwiazd chatka Sheelby kroczyła w głąb mokradeł na szczudłowatych nogach.
2
Słońce i cienie

Kocur, mrucząc pod nosem przekleństwa, patrzył, jak chatka Sheelby oddala się coraz bardziej. Dziwaczne, szczudłowate nogi kroczyły zamaszyście, lecz z wdziękiem, i po chwili chatka znikła w mroku.
- Wio, chałupko - powiedział zdumiony Fafhrd, wsadzając do pochwy wielki miecz. - To chyba oznacza, że jednak ruszamy do Lankhmaru.
Kocur warknął, obnażywszy zęby. Dźwięk wydobył się z głębi gardła. Mężczyzna schylił się bez słowa i zasypał żar ogniska garściami mokrej ziemi. Wziął koc, ale rzucił go z powrotem na ziemię z obrzydzeniem, ponieważ zupełnie przemókł od wilgotnej gleby.
Fafhrd tylko spojrzał na swoje legowisko, poskrobał się w krótką czerwoną brodę i wzruszył ramionami.
Zupełnie jakby coś uzgodnili w milczeniu, odwrócili się i ruszyli w przeciwnym kierunku niż Sheelba. Drogę oświetlały im księżyc i jaśniejsze gwiazdy. Mijali nieliczne drzewa i krzewy. Wielkie Słone Bagna były jedynie morzem trawy. W niektórych miejscach trawa sięgała im do ramion, a w innych ledwo wyzierała nad gąbczastą ziemię. Szli przez las ostrych źdźbeł, a potem przez rozległe pustkowia.
Fafhrd wyłonił się z jednej z takich puszcz, zatrzymał się i podniósł ramię na wysokość piersi Kocura. Mężczyzna, który patrzył pod nogi, chrząknął, jakby zderzył się z drzewem. Już miał rzucić jakąś kwaśną uwagę, lecz powstrzymał się i zamiast tego wlepił wzrok w rozciągającą się przed nimi przestrzeń.
W oddali nad podmokłą równiną roiły się tysiące malutkich złotych światełek, mrugając rytmicznie. Nurkowały, mknęły i tańczyły, krążąc nieustannie. Nigdy nie oddalały się zbytnio od pękatego, kopulastego ula, zbudowanego z bagnistego błota.
- Żarosy - szepnął z niepokojem Fafhrd.
Kocur kiwnął głową. Razem słuchali niskiego brzęku, powodowanego przez skrzydła owadów. Wysoka trawa tłumiła dźwięk i dlatego dopiero na skraju polany zwrócili uwagę na tę straszną muzykę.
Owady nie stanowiły zagrożenia, jeśli się ich nie niepokoiło, tyle że ukąszenie zaledwie jednej żarosy powodowało śmierć. Z drugiej strony nie trzeba było obawiać się pojedynczego owada, gdyż rozjuszone żarosy atakowały całym rojem - a ponieważ natura obdarzyła je temperamentem, niewiele trzeba było, by je rozwścieczyć.
Dwaj przyjaciele wśliznęli się bezszelestnie z powrotem w wysoką trawę, decydując się obejść szerokim łukiem łąkę i jej latających mieszkańców. Mieli oczy szeroko otwarte, by nie przeoczyć pojedynczych owadzich zwiadowców.
Grunt stawał się coraz bardziej podmokły. W odciskach stóp zbierała się woda. Wkrótce ukazały się niewielkie kałuże i wąskie strumyczki. Częściowo skrywały je ciemności i gęsta trawa. Kocur zaklął, gdy wdepnął po kostkę w błoto.
- Gdyby nie letnie przesilenie - Fafhrd próbował ukryć rozbawienie, gdy towarzysz strząsał błoto ze stopy - brnęlibyśmy w tej brei po szyję.
Zorza zaczęła powoli barwić niebo na wschodzie, a księżyc wciąż wisiał nisko na zachodzie. Po chwili świt zabarwił mokradła rozmigotanymi światłocieniami. Zerwał się wiatr, kołysząc trawą i marszcząc srebrną taflę wody. Tu i tam drżały błyszczące pajęczyny, rozciągnięte między wysokimi szerokolistnymi pałkami, a wiatr mruczał w ich klejących pasmach. Ptaki z wdziękiem zataczały kręgi nad ich głowami, a niewidoczne stworzenia, których istnienie zdradzał jedynie plusk, uciekały w pośpiechu lub odpływały przed ogromnymi, wydłużonymi cieniami nadchodzących ludzkich postaci.
Kocur westchnął z ulgą, kiedy grunt zaczął się nieznacznie wznosić. Kilka chwil później stanął na szczycie grobli dzielącej mokradła, po której biegła wijąca się droga. Po obu jej stronach rozciągały się wilgotne, trawiaste połacie, ale ziemia pod jego stopami była twardo ubita przez końskie kopyta, koła wozów i stopy podróżujących tędy przez stulecia.
- Droga Grobelna - powiedział Kocur. Wskazał na zachód. Zaczął wpatrywać się w tamtym kierunku i dostrzegł czubki najwyższych wież i iglic Lankhmaru. - Stoimy na arterii wiodącej do serca Nehwonu.
Fafhrd podniósł kij - a właściwie wyschłą łodygę - i usiadł na skraju drogi, by oskrobać nim buty z czarnego błota. Jego twarz zachmurzyła się.
- Lankhmar jest sercem Nehwonu?
Kocur kiwnął głową.
- Na całym świecie nie ma większego miasta.
- Z pewnością nie ma takiego, którym gardziłbym bardziej - odpalił Fafhrd. - Odbyt jest tak samo potrzebny ciału jak serce, a więc jeśli mamy stosować metafory, niech Lankhmar będzie samym środkiem dupy Nehwonu.
- Musisz mieć strasznie podły nastrój, skoro zacząłeś mówić o dupach - odrzekł Kocur.
Fafhrd był nadal zachmurzony.
- Dupy są obrzydliwe, ale Lankhmar jeszcze bardziej.
Kocur uśmiechnął się tajemniczo.
- Niektórzy zwą to miasto szlachetnym.
- Ich opinie są zatem nieszlachetne - odpowiedział dwornie barbarzyńca. Wstał i odrzucił kijek.
Idąc Grobelną Drogą nie rozmawiali zbyt wiele, zachowując myśli dla siebie. Kocur czuł, jak z każdym krokiem ogarnia go coraz większe przygnębienie. Po przygarbionych ramionach i ponurym wyrazie twarzy Fafhrda poznawał, że przyjaciel czuje to samo.
Wkrótce pozostawili za plecami mokradła, a przed nimi wyrosły nagie mury miasta Lankhmar. Poranne słońce, które niebawem miało sięgnąć zenitu, prażyło nieprzyjemnie lewy policzek Kocura. Mężczyzna naciągnął kaptur lekkiego szarego płaszcza, by odgrodzić się od palących płomieni, chociaż może to szczerość zmusiła go w końcu do przyznania się przed samym sobą, że po prostu chciał ukryć przez Fafhrdem nieszczęśliwy wyraz twarzy.
Droga Grobelna prowadziła prosto do Bramy Błotnej. Przy jej wejściu jednak nie tłoczyli się kupcy w spiczastych namiotach, tak jak przy trzech południowych bramach miasta. Nikt się tu nie kręcił. Droga Grobelna biegła na wschód, sięgając w końcu Gór Głodowych, a dalej przez Wielką Tamę ku Podmokłej Krainie. Wiosną i jesienią drogę tę wybierało jedynie kilka karawan i paru awanturniczych kupców, gdyż większość ludzi interesu podążała znacznie bardziej lukratywnymi szlakami na Północy wzdłuż wybrzeża Morza Środkowego.
W cieniu masywnej bramy stały dwie pary wartowników. Mężczyźni dyszeli, pocąc się w zbrojach i czerwonych płaszczach. Oparli włócznie o mury, a hełmy położyli obok w pyle drogi. Na oblanych potem obliczach malowało się znudzenie i zmęczenie. Widząc zbliżającego się Fafhrda i Kocura, cała czwórka wymieniła spojrzenia, jakby w myślach ciągnęli zapałki. W końcu jeden z nich podniósł włócznię, włożył hełm i poczłapał w ich kierunku.
- W imieniu bezzębnego, dekadenckiego i kurduplastego zoofila, który, ku wieczystemu wstydowi Lankhmaru, zwie się jego suzerenem - stać!
Fafhrd jedną ręką złapał ramię Kocura, a drugą przycisnął do serca w geście udawanego zaskoczenia.
- Kapitanie, to najpiękniejsza przemowa, jaką usłyszałem dzisiejszego dnia! - powiedział, uśmiechając się szeroko.
Strażnik, na pewno nie w randze kapitana, lecz zwykłego kaprala, który najprawdopodobniej od lat nie awansował, zadarł głowę, wpatrując się w mającego siedem stóp barbarzyńcę. Jeśli olbrzym zrobił na nim jakieś wrażenie, doskonale to ukrył.
- I mogę się założyć, że najszczersza - odpowiedział. - Wyglądacie mi na parę łotrzyków. Zapewne przybyliście, by okraść nasze skarbce i zgwałcić nasze kobiety, nieprawdaż?
Kocur odparł sucho:
- Nie bójcie się. Wasze skarbce są bezpieczne.
Kapral uśmiechnął się z aprobatą, a potem zerknął przez ramię, by upewnić się, że jego trzej towarzysze znajdują się poza zasięgiem głosu.
- Jeszcze nie widzieliście naszych kobiet - skrzywił się, udając, że wzrusza ramionami. - Wierzcie mi, już złoto jest cieplejsze.
Fafhrd roześmiał się głośno.
- Nasz kapitan mówi tak, jakby był żonaty - stwierdził.
Kocur przybrał ponury wyraz twarzy.
- Czy to prawda, zacny kapitanie? - spytał. - Czy aż tak dotknął cię okrutny los?
Kapral zgarbił się, zwiesił głowę i pokiwał nią.
- Jest dokładnie tak, jak to wydedukowaliście - przyznał smutno. - Ależ z niej jędza, wydaje każdą monetę, którą zarobię, i wpędza mnie w długi. - Jeszcze raz zerknął przez ramię na towarzyszy.
Kocur przyjrzał się strażnikowi z większym zrozumieniem.
- Ależ to musi być smutne, znaleźć się w takiej sytuacji - zgodził się. - Współczuję ci z całego serca. - Odchylił poły lekkiego szarego płaszcza i wywrócił puste kieszenie.
Kapral zmarszczył brwi, zawiedziony. Obrócił się wyczekująco ku Fafhrdowi, ale rudowłosy gigant wzruszył przepraszająco ramionami, pokazując puste dłonie.
- Nieczęsto pieniądze zawierają dłuższą znajomość z tymi rękoma - stwierdził.
Zmarszczka na czole strażnika pogłębiła się jeszcze bardziej.
- Ale z drugiej strony - powiedział Kocur tonem pełnym otuchy - te ręce mają talent w znajdowaniu pieniędzy. - Nieznacznie oblizał wargi i poruszył palcami. - Znasz może gospodę, którą zwą Pod Srebrnym Węgorzem?
- Pod Srebrnym Węgorzem? - powtórzył kapral. - W Mrocznym Zaułku, między ulicą Lichą a Wozaków. Ta knajpa nie cieszy się dobrą opinią. Widzę, że Lankhmar nie jest wam obcy.
- Tego wieczoru zjawimy się w tej podłej knajpie przed godziną wiedźm - poinformował go Kocur. - Jeśli będziecie tamtędy przechodzić, będziemy szczęśliwi z moim przyjacielem, mogąc wam nabyć samotrzeć po kwarcie. A jeśli przyjdziecie sami, możecie zgarnąć ich działkę.
Kapral uśmiechnął się i potarł dłonią usta i brodę.
- Co za wspaniała i hojna oferta - odparł, ponownie zerkając do tyłu. - Jeśli wszyscy podróżni okazaliby tak szlachetne zrozumienie jak wy, moja praca sprawiałaby mi znacznie więcej radości.
- Nie wspominając o korzyściach - dodał Fafhrd, kierując spojrzenie w błękit nieba.
Strażnik udał, że nic nie usłyszał.
- A więc chodźcie - rzekł. - Za gorąco, żeby tak stać. - Wykonał przesadny gest prawą dłonią. - Przygotujcie się na wejście do śmierdzącej, zaszczurzonej, piekielnej dziury… - przerwał, by przybrać milszy wyraz twarzy, a potem mrugnął - …czyli: witajcie w naszym ukochanym mieście.
Przeprowadził ich obok pozostałych trzech wartowników, którzy podejrzliwie przypatrywali się dziwacznym podróżnym. Przeszli przez otwartą drewnianą bramę pod wielkim łukiem. Po jej obu stronach wznosiły się puste wieże strażnicze. Przed nimi ciągnęła się ulica Bogów - szeroka aleja wyłożona białym marmurem. Na lewo i prawo biegła ulica Kupiecka - kolejna szeroka arteria z licznymi sklepami i kramami handlarzy.
- Pod Srebrnym Węgorzem, przed godziną wiedźm - powtórzył cicho kapral, ponownie zajmując swoje miejsce.
- Jakie to budujące - skomentował Fafhrd, obserwując, jak mężczyzna odchodzi - uczciwie postąpić z uczciwym strażnikiem.
- Tak niewielu pozostało już na świecie prawych ludzi - zgodził się Kocur.
Skierowali się ulicą Muru na południe. Cienie wieżyczek i minaretów Lankhmaru kreśliły ciemne linie na pylistej drodze. Masywny, przysadzisty mur po lewej wznosił się, kontrastując z chwiejącymi się, drewnianymi chałupami i starymi magazynami, niebezpiecznie zwisającymi nad podróżnymi z prawej.
Obok nich przetoczył się zaprzężony w wołu wóz, wyładowany chropowatymi beczkami. Powoził nim wychudzony staruszek, który chyba ich nawet nie zauważył. Oddychał ze świstem, a gdy go mijali, zakaszlał w dłoń. Białka jego oczu miały kolor pożółkłego ze starości pergaminu. Na rzemyku na szyi nosił małpią łapkę, uważaną przez mieszkańców południowego miasta Tsilinilit za amulet przynoszący szczęście, a przez ludzi z Ilthmartu za amulet gwarantujący jurność.
Kocur zamyślił się ponuro, zdając sobie sprawę z tego, że talizman nie zapewnił temu biednemu człowiekowi ani powodzenia, ani potencji.
Zgodnie z propozycją Fafhrda skręcili na zachód, w ulicę Rzemieślników. Z ulgą powitali odgłosy pracy, tak odmienne od ciszy panującej na ulicy Muru. Kowale i metalurgowie zajmowali się zwykłymi czynnościami. Młoty dzwoniły o kowadła, a gorąca stal syczała w chłodziwie. Koła garncarzy kręciły się wesoło. Zmieszane zapachy skóry i barwników do tkanin tworzyły odurzającą kompozycję. Wyplatacze koszy siedzieli w warsztatach albo kramach na dywanach ze skrzyżowanymi nogami lub niskich stołkach, otoczeni stosami wyrobów. Gnąc wiklinę w zrogowaciałych palcach, zerkali z pełnym nadziei oczekiwaniem na przechodzącą parę, a potem z powrotem skupiali się na pracy, pewni, że wojownikom do niczego nie przydadzą się ich produkty.
Na ulicy Taniej ruch uliczny wzmógł się nagle. Szlachcice podążali wzdłuż szerokiej alei w palankinach z jedwabnymi zasłonkami, niesionych na ramionach służących. Kupcy stali przed sklepami i stoiskami, warkliwie zachęcając ciżbę kupujących. Staruszki pochylały się nad wystawionymi warzywami i owocami, marszczyły nosy i narzekały na jakość, próbując stargować cenę. Kurczęta, kaczki i gęsi w drewnianych klatkach darły się ogłuszająco, gdy przyszli nabywcy oglądali je uważnie i dźgali przez pręty. Tłuste, spętane pieski na smyczach, rozłożone pod jednym z namiotów, skamlały pozbawione nadziei, tocząc wokół załzawionymi oczami. Tak jak i ptactwo w klatkach, je również przeznaczono na czyjś obiad.
Na rogu ulic Taniej i Rzemieślników rozlokowała się para młodych, półnagich kuglarzy. Młoda asystentka z lśniącymi czarnymi włosami, związanymi jaskrawą wstążką, prześlizgiwała się wśród tłumu. Potrząsała drewnianą miską, próbując łowić monety. Mężczyźni przerzucali się sztyletami. Widać, że byli mistrzami w swoim fachu. Gorące słońce błyszczało na spoconej skórze i fruwającej stali, ale żonglerzy śmiali się, wykrzykiwali przytyki pod swoim adresem i próbowali wzajemnie odwrócić uwagę, ryzykując, że ten drugi chybi.
Do miski dziewczynki wpadło tylko kilka monet. Kocur zmarszczył brwi. Żałował, że nie ma choć jednego miedziaka, by nagrodzić czymś ich niezwykłe umiejętności.
- Skąpa ta publika - skomentował. - Cieszą się przedstawieniem, a niczym się nie odwdzięczają.
Ruszyli na południe, przepychając się przez zatłoczoną ulicę. Słońce paliło ich głowy i karki. Fafhrd oblizywał usta, obracając głowę w prawo i w lewo. Kocur podejrzewał, że towarzysz myśli o karczmie i zimnym napitku.
Nagle olbrzym dał susa w lukę w ciżbie i pociągnął przyjaciela za przód szarej tuniki. W tej samej chwili głowa Kocura znalazła się na drodze ogromnego dywanu, niesionego niepewnie przez tragarza na ramionach, a między nogami zaplątał się mu na wpół zagłodzony, szukający resztek ogar.
Fafhrd szarpnął, ściągając swojego mniejszego towarzysza tragarzowi z drogi, i ponownie postawił go na nogi. Ogar wystrzelił z przeraźliwym warkotem w przeciwnym kierunku, wprost pod nogi nic nie widzącego tragarza z dywanem. Mężczyzna wrzasnął, pies zaskowyczał, a przynajmniej dziesięciu przechodniów zaklęło donośnie. Gobelin rozwinął się w powietrzu i błysnął barwnie. Dywan i tragarz przez chwilę wisieli nad ziemią, a potem legli w pyle ulicy, a inni przechodnie zaczęli się o ich potykać. Pies, ogarnięty paniką, przeskoczył ponad plecami leżących i wpadł między sklepikarzy, rozrzucając wokół torby i paczki.
Fafhrd przybrał niewinny wyraz twarzy i zagwizdał melodyjnie, a następnie odwrócił się plecami do zamieszania. Kocur popatrzył na niego gniewnie i poszedł za nim. Wciąż jednak zerkał przez ramię. Szaleństwo zataczało coraz szerszy krąg. Grupka uliczników wykorzystała zamieszanie, by ukraść nieostrożnemu kramarzowi pomidory. Mężczyzna zauważył kradzież zbyt późno, by jej zapobiec, więc tylko rzucał za nimi garściami pomidorów, niestety trafiając niewinnych przechodniów. Ci, wzburzeni, zdecydowali się stawić mu czoła.
Dwie staruszki walczyły o główkę zakurzonej kapusty, którą upuściła jedna z nich. Kocur przysiągłby, że w życiu nie słyszał takich słów z ust kobiet w tak podeszłym wieku. Obserwował, jak obydwie chwyciły nagle nieszczęsne warzywo, a w powietrze wyfrunęły zielone liście. Staruszki przez chwilę patrzyły na to oszołomione, a potem rzuciły się sobie do gardeł.
W ciągu kilku sekund rozpętało się piekło. Kupiecki kram rozpadł się pod ciężarem trójki okładających się pięściami mężczyzn. Jedna z klatek z gęsiami pękła. Ptactwo rozbiegło się, gęgając histerycznie.
Kocur żwawo przebierał nogami, żeby nadążyć za Fafhrdem. Olbrzym wysforował się nieco przed niego, pozostawiwszy za plecami chaos. Dopiero gdy Kocur się z nim zrównał, zauważył, że towarzysz przyciska do piersi niewielką lutnię z różanego drzewa.
- Przepraszam bardzo - powiedział grzecznie Kocur - ale zdaje się, że jakaś lutnia przyczepiła się panu do ręki.
- Ojej, naprawdę? - zapytał Fafhrd z zaciekawieniem. - Cóż, zdaje się, panie Kocurze, że ma pan rację. Cóż za bystre oko.
Kocur odchrząknął.
- Ostatnim razem moje bystre oko widziało taki instrument na kołku w kupieckim namiocie za ladą kramu z sałatą.
Fafhrd nie odpowiedział. Przebiegł delikatnie palcami po strunach lutni, nie wygrywając żadnej melodii, a jedynie wydobywając kilka pojedynczych melodyjnych nut.
- Masz zwinne palce, przyjacielu - stwierdził Kocur, wiedząc, że Fafhrd zrozumie podwójne znaczenie jego słów.
Olbrzym uśmiechnął się szeroko.
- Potrzebujemy jedzenia i dachu nad głową - powiedział - nie wspominając o monetach na łapówkę dla pewnego strażnika, któremu zapłacimy dziś wieczorem w gospodzie. Zdecydowałem się wyśpiewać nam kolację.
Kocur zerknął przez ramię i potarł brodę.
- Doskonały pomysł - odparł - ale najpierw oddalmy się od kupca z kapustą oraz tego całego denerwującego i hałaśliwego zamieszania.
Trzy kamienice dalej, gdy dotarli do publicznej fontanny przy skrzyżowaniu Taniej i Winiarzy, Fafhrd przybrał odpowiednią postawę, podniósł lutnię i przygotował do pierwszego akordu. Kocur szturchnął przyjaciela pod żebro, zanim ten zdążył zagrać choć nutę.
- Miska, idioto - szepnął, obserwując tłum wokół nich. - Żebracza miska albo kubek. Jak sądzisz, w co wsypią nam monety?
Fafhrd opuścił lutnię i poskrobał się po krótkiej rudej brodzie. Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Wtem zzuł prawy but i ustawił go przed sobą. Ponownie podniósł lutnię, zagrał pierwszy akord i zaczął śpiewać.

Och, te północne dziewczyny
Są w smaku jak cytryny
I okropne żony z nich.
Czarnoksięskie poczwary
Mają szpicruty i czary
Układają nimi mężów swych.

Fafhrda szkolono za młodu na barda w skutej lodem krainie zwanej Zimne Pustkowia. Kocur nigdy nie słyszał lepszego głosu. Przysłuchując się pieśni, obserwował dłonie Fafhrda, dziwiąc się, że potrafiły dzierżyć śmiercionośną broń, a jednocześnie tańczyć z delikatną, fascynującą pewnością po strunach lutni.
Melodyjna piosenka wygrywana przez Fafhrda spodobała się przechodniom, którzy podchodzili bliżej i przystawali, by się jej przysłuchać. Fafhrd, który miał skłonność do przesady, wspiął się na murek okalający fontannę, by być lepiej widzianym. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, że wygląda nieco komicznie bez jednego buta.

Och, lód jedzą na kolację,
By zachować szczupłą grację -
Bo lubią być przeraźliwie chude, o tak.
Ale powiem wam, kumie,
Co "oziębła", nikt nie zrozumie,
Póki mej dziewczyny nie położy na wznak!

Publiczność zachichotała z aprobatą. Wzrost Fafhrda i czerwonozłote włosy zdradzały jego pochodzenie i dziedzictwo. Słuchacze zdawali się jeszcze bardziej cieszyć z piosenki, bo kpił z własnego ludu. Nad cholewką pustego buta przesunęło się dużo dłoni. Kilka z nich upuściło nawet monety. Pewien mężczyzna wrzucił rumiane jabłko.
Twarz Kocura zastygła w niemym przerażeniu. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie zatopiłby zębów w jabłku, które spoczęło na dnie buta Fafhrda. Całe szczęście, że w mieście hulał silny, świeży wiatr, inaczej Fafhrd, z bosą i wilgotną stopą, nigdy nie utrzymałby wokół siebie publiki. Zamiast tego ludzie uciekliby, łapiąc się za nosy i błagając o litość.

Wciąż pamiętam tę noc,
Świat otulił biały koc,
Wkradłem się tam, gdzie stała łożnica,
Ścisnąłem ją w ramionach,
Pragnąłem skosztować jej łona,
Lecz odkryłem, że patrzę w martwe lica.
I świntuchem jestem może,
A wy krzykniecie "Mój Boże!",
Lecz wyznam wszystko szczerze wam -
Nie było miło z tym ciałem,
Lecz dwa razy ją miałem
I wciąż żadnej różnicy nie było, mówię wam!

Publiczność, która była już całkiem liczną, ryknęła śmiechem. Śmiali się i mężczyźni, i kobiety. Kocur przemykał między nimi, przypatrując się z ukosa ich twarzom, gdy skupili całą uwagę na Fafhrdzie. Jedną ręką wysupłał rękojeść sztyletu - Kociego Pazura. Drugą podtrzymywał wciąż rosnący ciężar sakiewek, chowanych z przodu tuniki.

Lecz nagle, niech kat mi świeci!
Posiadłem ją po raz trzeci!
Niech mnie diabli do piekła porwą, cóż -
Cztery, pięć! Gdy żyła,
Nigdy nieboszczka nie była
W miłosnych zapasach tak dobrą i już!

Fafhrda zupełnie pochłonęło jego przedstawienie, a tłum wiwatował nieustannie. Kocur nie zdołał ściągnąć jego uwagi, by nieznacznie kiwnąć głową lub ręką i dać znak, że czas ruszać dalej. W końcu poddał się i wyśliznął z tłumu wokół fontanny. Idąc, próbował nie dzwonić pieniędzmi w sakiewkach. Zajął miejsce w cieniu w alejce kilka kroków dalej. Oparł się plecami o ścianę sklepu, po czym kucnął i przygotował na długie oczekiwanie.
Fafhrd skończył śpiewać pięćdziesiąt siedem wersów później. Kocur podniósł się i wyjrzał na ulicę. Dostrzegł, jak olbrzym złazi z murku fontanny, podnosi but i rozgląda wokół. Obywatele Lankhmaru, widząc, że przedstawienie się skończyło, szybko zajęli się swoimi sprawami.
Kocur machnął ręką do Fafhrda, kiedy ten w końcu spojrzał w jego kierunku. Dał mu znak, by zszedł z rozgrzanej słońcem ulicy i zagłębił się w cienisty chłód alejki.
- Już zaczynałem myśleć, że robią tam nabór na dworskiego minstrela - skarcił olbrzyma, gdy ten do niego przykuśtykał. - Wydawało mi się, że prędzej słońce zajdzie, niż ty dośpiewasz do końca swoją sprośną piosenkę.
Olbrzym oparł lutnię o mur i wysypał zawartość buta. Na jego twarzy odmalowało się rozczarowanie. Odwróciwszy do góry nogami swoje śmierdzące obuwie, wytrząsnął na dłoń sześć miedziaków, pojedynczego srebrnego smerduka i już nie tak rumiane jabłko.
- Ci lankhmarczycy to naprawdę straszne liczykrupy i skąpiradła - warknął. - W każdym innym mieście już mielibyśmy nocleg i godziwą miskę gulaszu z chlebem posmarowanym masłem. Ale w nieocenionym Lankhmarze będziemy mieli szczęście, jeśli znajdziemy stodołę i torbę sucharów!
Fafhrd, zniesmaczony, potrząsnął głową i w zamyśleniu ugryzł jabłko.
Kocur stłumił mdłości.
- Wciąż mam lutnię i buta - ogłosił Fafhrd pogodniejszym tonem, rzucając ogryzkiem w głąb alejki. - Może na innym rogu nam się bardziej poszczęści.
- Oszczędzaj swój słowiczy głos - powiedział Szary Kocur i uniósł tunikę, by pokazać pękatą sakiewkę. Wsypał do niej zawartość pozostałych torebek, a puste posłał w pobliże porzuconego ogryzka.
Fafhrdowi oczy rozbłysły na widok ciężkiej sakiewki.
- Och, Kocurze - rzekł z cichym podziwem - ależ z ciebie kieszonkowiec. Tak patrzę i myślę, że chyba najlepszy w tym fachu.
- Kieszonkowiec? Bzdura! - Mężczyzna w szarym ubraniu uniósł brew. - Te monety to hołd złożony twoim niesamowitym talentom śpiewaczym. Pomogłem tylko nieco twojej publiczności w odpowiednim wyrażeniu podziwu, bo niewłaściwie pojęta skromność uniemożliwiła im wyrażenie go we właściwy sposób.
Olbrzym uśmiechnął się szeroko i zaczął wzuwać but.
- Wierzę, że te "datki" pochodziły tylko od tych dobrze ubranych, których było na nie stać?
Kocur chrząknął.
- Znaczna ich część pochodziła od kogoś bardzo dobrze ubranego. Koniec, kropka - odparł. - Para amatorów z Gildii Złodziejskiej też pracowała w tłumie. Nie widziałem powodu, by też skorzystali na twoim przedstawieniu.
Na wzmiankę o Gildii Złodziejskiej twarz Fafhrda zachmurzyła się. Olbrzym posmutniał nieco i rozgniewał się.
- Już z nimi załatwiliśmy porachunki, nieprawdaż, Kocurze? - spytał ponuro. - Przypomnij mi, że tak było, bo zacznę myśleć, że coś nam jeszcze pozostało.
- Załatwiliśmy z nimi wszystko, co mieliśmy do załatwienia, Fafhrdzie - odparł Kocur. Stare wspomnienia przytłoczyły go. - Ale może oni nie wszystko załatwili z nami.
- To dobrze - odrzekł Fafhrd, prostując swoje siedem stóp wzrostu. Zacisnął pięść i wpatrzył się w jasną ulicę, sam stojąc w cienistym mroku alei. - Będę bardzo szczęśliwy, jeśli dowiedzą się, że tu jesteśmy, i zechcą się z nami policzyć.
[…]