Noc szybko nadchodzi

  • Autor: Redfield Jamison, Kay
  • Dostępność: Brak
  • 39,90 zł
  • Niedostępny

Kay Redfield Jamison, autorka bestsellerowych wspomnień Niespokojny umysł, opublikowała pierwszą od ćwierćwiecza ważną książkę poświęconą samobójstwu, a zwłaszcza jego strasznej atrakcyjności wśród ludzi młodych. Noc szybko nadchodzi to książka boleśnie na czasie: spadła na nas w USA epidemia samobójstw, które należą do najbardziej rozpowszechnionych przyczyn zgonu Amerykanów w wieku od piętnastu do czterdziestu pięciu lat.
Dr Jamison, międzynarodowy autorytet od chorób depresyjnych, zna samobójstwo z pierwszej ręki: po latach zmagań z psychozą maniakalno-depresyjną, w wieku dwudziesto ośmiu lat usiłowała odebrać sobie życie. Między rozdziały analizujące historyczne i naukowe aspekty samobójstwa autorka wplata napisane w osobistej tonacji eseje o pojedynczych przypadkach, wnosząc w analizę tego tragicznego zjawiska nie tylko niezwykłą empatię i znakomity styl literacki, ale również rozległą wiedzę naukowo-badawczą. Książka ta pomaga zrozumieć psychikę samobójcy, zidentyfikować i przyjść z pomocą osobom zagrożonym oraz uświadomić sobie, jak głęboko samobójcza śmierć odciska się w duszach osieroconych.

"Głęboko poruszająca, […] inteligentna i napisana z pasją książka".
"The Wall Street Journal"

"Jamison przenikliwie i z pasją analizuje samobójczą psychikę, stawiając nam przed oczyma bezdenną rozpacz tych, którzy nie widzą innego wyjścia, jak odebrać sobie życie".
"The Washington Post Book World"

"Przeglądowa książka o samobójstwie napisana przez wybitnego suicydologa. […] Doświadczenie autorki sprawia, że każda strona tej książki tchnie pasją. […] Znakomita książka Jamison to lektura obowiązkowa".
"The Baltimore Sun"

"U podłoża tej książki leży zdumiewająca wielkoduszność. […] Jamison nie pozwala sobie na sentymentalizm. […] Napisane z budującym poczuciem misji. […] Niewątpliwie korzystnie wpłynie na ponure statystyki, które przytacza".
"The New York Times Book Review"

"Przykuwające. […] Porażające. […] Pełne wściekłości, smutku i niecierpliwości".
"Mirabella"

"Tę książkę musi przeczytać każdy, kto zastanawiał się nad samobójstwem albo kocha kogoś o takich zamiarach. […] Fascynujące od pierwszej strony, […] doskonałe połączenie wiedzy naukowej, osobistego doświadczenia i sprawnego stylu pisarskiego".
"Milwaukee Journal Sentinel"

"Bogactwo informacji, fascynujące kompendium medycznych i historycznych faktów".
"Newsweek"

"Przejmująca podróż do krainy samobójstwa. […] Pełne współczucia i znakomicie się czyta. […] Jamison dogłębnie analizuje czynniki, które leżą u podłoża samobójczej śmierci. […] Jamison doskonale potrafi oddać to "niewyobrażalne" cierpienie".
"Chicago Tribune"

"Niezwykła książka. […] Fragmenty liryczne cechuje bezpośredniość i głębokie współodczuwanie z wewnętrznymi przeżyciami ludzi tak zrozpaczonych, że samobójcza śmierć wydaje im się jedyną metodą położenia kresu cierpieniu. […] Żadna inna książka nie mówi nam tego, co powinniśmy wiedzieć na temat, który wielu woli omijać. Doskonała rekonstrukcja świata psychicznego tych, którzy rozważają pozbawienie się życia. […] Rzecz wybitna".
"Science"

"Jamison łączy duszę poetki z obiektywizmem uczonej".
"The Seattle Times"

"Samobójstwo na całym świecie należy do najważniejszych przyczyn zgonów, a mimo to, jak odnotowuje Jamison w swojej obszernej rozprawie, gorzej rozumiemy czynniki biologiczne i środowiskowe, które do niego prowadzą, niż przyczyny zachorowań na raka czy AIDS. […] Jej eseje o pojedynczych przypadkach odmalowują trudny do zniesienia obraz "skumulowanej rozpaczy", która skutkuje samobójstwem".
"The New Yorker"

"Głęboko poruszająca i bardzo ważna książka"
Peter C. Whybrow, autor The Mood Apart

"Pisarstwo Jamison cechuje błyskotliwość i giętkość typowa dla klasycznego eseisty".
"Newsday"

"Depresja i schizofrenia to dwie okładki autobiografii mojej rodziny. Ponieważ przez długie okresy mojego dorosłego życia rozmyślam o jego przerwaniu i ponieważ samobójstwo zabrało mi mojego najmłodszego brata, Noc szybko nadchodzi Kay Redfield Jamison jest jak koło ratunkowe rzucone mojej rodzinie. Zawarta tu wiedza jest brutalna i trudna do zniesienia, ale może zmienić życie, a nawet je ocalić. Żałuję, że książka ta nie powstała, zanim umarł mój brat".
Pat Conroy, autor Księcia przypływów

"Jamison pisze mądrze, klarownie i z kliniczną powściągliwością. […] Wypuszczając się tam, gdzie interpretacje są mgliste i zwycięża tragedia, chwyta za pióro poetki. Jej wiedza medyczna budzi respekt, ale poetyckie relacje o tym mrocznym sposobie śmierci jeszcze bardziej porażają".
"St. Louis Post-Dispatch"

"Przejmujące. […] Cudownie elegijne. […] Jamison pisze z punktu widzenia nie tylko zajadłego wroga samobójstwa, ale również pełnego pasji zwolennika życia".
"The New York Times Book Review"

Rok wydania: 2004
Stron: 340
Oprawa: broszura
Format: 125/195
Pakowanie: 12
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Fragment tekstu:

Zrozumieć samobójstwo, by lepiej mu zapobiegać

 


Mojemu mężowi
Richardowi Jedowi Wyattowi
z wielką miłością
i
mojemu bratu
Deanowi T. Jamisonowi,
który sprawił,
że noc nie nadeszła

 

Noc szybko nadchodzi
Dzień po pas w niej brodzi.

Spod wzgórza czarnego
Pod moje drzwi
Leci płat ciemności,
Potem dwa, trzy.

EDNA ST. VINCENT MILLAY

 

 

 

SPIS TREŚCI

Prolog 9

Część I
W GROBOWCU CIAŁA
WPROWADZENIE

Rozdział 1
Bardzo blisko jest śmierć
Historia i zarys przedmiotu 17

Rozdział 2
Zmierzyć zamęt w sercu
Definicje i skala zjawiska 31

Esej
To życie, ta śmierć 54

Część II
TYLKO NADZIEJA ZNIKNĘŁA
PSYCHOLOGIA I PSYCHOPATOLOGIA

Rozdział 3
Czas zdjąć bursztyn, zgasić lampę
Psychologia samobójstwa 73

Rozdział 4
Brzemię rozpaczy
Psychopatologia i samobójstwo 96

Rozdział 5
Cóż więc za różnica, sznur czy podwiązka...
Wybór miejsca i metody 124


Esej
Zagroda dla lwów 145


Część III
BRAKI NATURY, KRWI ZBRUDZENIA
BIOLOGIA SAMOBÓJSTWA

Rozdział 6
Skok do głębokiej wody
Genetyka i ewolucja 153

Rozdział 7
Gwałtowność gorąca jak krew
Neurobiologia i neuropatologia 170

Esej
Zabarwienie zdarzeń: śmierć Meriwethera Lewisa 199


CZĘŚĆ IV
PRZECIWDZIAŁANIE ŚMIERCI
PROFILAKTYKA SAMOBÓJSTW

Rozdział 8
Skromne moce magiczne
Leczenie i profilaktyka 219

Rozdział 9
Jako społeczeństwo
Publiczna służba zdrowia 246

Rozdział 10
Półzasklepiona blizna
Ci, którzy pozostali przy życiu 270

Epilog 286

Przypisy 290

Podziękowania 396

 

 

PROLOG


Wieczory w Bistro Gardens w Beverly Hills ciągnęły się leniwie. Kiedy mieszkałam w Los Angeles, często tam bywałam z moim przyjacielem Jackiem Ryanem i zawsze zamawiałam kraba Dungeness plus whisky z lodem. Trochę mniej systematycznie Jack korzystał z tej okazji, żeby poprosić mnie o rękę. Pomysł ten niósł w sobie taki potencjał katastrofy, że oboje traktowaliśmy go z przymrużeniem oka. Do naszej przyjaźni podchodziliśmy jednak poważnie.
Któregoś wieczoru, kiedy zmiotłam już kraba z talerza, złapałam się na tym, że nerwowo obracam kostki lodu w szklance z whisky. Rozmowa rozstrajała mnie. Dyskutowaliśmy o samobójstwie i zawarliśmy uroczysty pakt: jeśli któreś z nas znowu zacznie intensywnie myśleć o odebraniu sobie życia, spotkamy się u Jacka na Cape Cod. To z nas, które nie będzie przejawiało takich inklinacji, otrzyma tydzień na wyperswadowanie drugiemu tego pomysłu; tydzień na zaprezentowanie wszystkich powodów, dla których należy wrócić do terapii litowej (przyjęliśmy założenie, że najprawdopodobniejszą przyczyną samobójczych nastrojów będzie odstawienie litu, bo mimo że oboje cierpieliśmy na psychozę maniakalno-depresyjną, regularnie się tego dopuszczaliśmy); tydzień na umieszczenie drugiego w szpitalu, odwołanie się do jego sumienia, postawienie mu przed oczy szkód i cierpień, jakich doznałaby rodzina, nie mówiąc o innych dramatycznych konsekwencjach.
Spacerowalibyśmy przez tydzień po plaży i strażnik przypominałby pilnowanemu, jak często byliśmy u kresu nadziei, a jednak z tego wyszliśmy. Czy sprowadzić samobójcę znad przepaści nie jest najłatwiej temu, kto sam już tam bywał? Oboje znaliśmy samobójstwo "od podszewki". Obojgu nam się wydawało, że wiemy, jak sprawić, aby nie znalazło się w karcie zgonu.
Uznaliśmy, że tydzień w zupełności wystarczy na przedstawienie argumentów za życiem. Jeśli by się nie udało, to przynajmniej nikt nie mógłby nam zarzucić, że się nie staraliśmy. A ponieważ mieliśmy za sobą wieloletnie doświadczenia z życiem, w którym nagłe, impulsywne decyzje odgrywają ogromną rolę, i oboje wiedzieliśmy, jak szybki i nieodwracalny potrafi być suicydalny impuls, dodatkowo uzgodniliśmy, że żadne z nas nigdy nie kupi pistoletu. Ślubowaliśmy również, że pod żadnym pozorem nie pozwolimy nikomu trzymać broni palnej w domu, w którym będziemy mieszkali.
Wypiliśmy za nasz pakt, stuknąwszy się szklankami. Przypieczętowaliśmy ten wypad w racjonalny, zaplanowany świat. Miałam jednak wątpliwości. Wysłuchałam, jak Jack precyzuje szczegóły, wprowadziłam kilka poprawek, dopiłam whisky i powiodłam spojrzeniem po białych lampkach, które nas otaczały w ogrodzie. Po co ta komedia? Nigdy dotąd w ciężkiej depresji nie miałam ochoty ani nie byłam w stanie chwycić za słuchawkę i poprosić przyjaciela o pomoc. Ani razu. To było po prostu wykluczone. Naprawdę sobie wyobrażałam, że zadzwonię do Jacka, zarezerwuję bilet na samolot, dotrę na lotnisko, wynajmę samochód i pojadę do domu letniego na Cape Cod? Tylko trochę mniej absurdalna wydawała się możliwość, że Jack uszanuje naszą umowę, chociaż on przynajmniej był bogaty i mógł zatrudnić innych, żeby zajęli się stroną praktyczną. Im dłużej się zastanawiałam nad naszym układem, tym większy ogarniał mnie sceptycyzm.
Siła sugestii, przepływające między nami fluidy, entuzjazm i typowa dla temperamentów maniakalnych nieskończona zdolność do samooszukiwania się zrobiła swoje: przy deserze oboje byliśmy przekonani, że nasz pakt zostanie dotrzymany. On zadzwoni do mnie, ja do niego i zbijemy czarnego gońca.

Czarny goniec nie daje się jednak tak łatwo usunąć z szachownicy. Tym razem też tak było. Wiele lat później - Jack już dawno się ożenił i przeprowadził do Waszyngtonu - zadzwoniono do mnie z Kalifornii: Jack przyłożył sobie pistolet do skroni, powiedział mi któryś z członków jego rodziny. Jack się zabił.
Nie było tygodnia na Cape Cod, nie było szansy na perswazyjne działania. Człowiek dostatecznie pomysłowy, aby uzyskać tysiąc patentów na tak różnorodne wynalazki jak wykorzystywany przez amerykańskie Ministerstwo Obrony system rakietowy Hawk and Sparrow, jak zabawki, którymi bawią się miliony dzieci na całym świecie i urządzenia używane w prawie każdym gospodarstwie domowym w USA, absolwent Yale, który kochał życie - ten wyjątkowy człowiek o bogatej wyobraźni nie umiał jednak wymyślić alternatywy dla gwałtownej śmierci z własnej ręki.
Śmierć Jacka wstrząsnęła mną, ale mnie nie zaskoczyła. Nie zdziwiło mnie również, że nie zadzwonił do mnie. W końcu po zawarciu z nim paktu w Bistro Gardens kilkakrotnie byłam bliska popełnienia samobójstwa, a przecież do niego nie zatelefonowałam. W ogóle nie przeszło mi to przez głowę. Samobójstwo nie czuje się związane restauracyjnymi przyrzeczeniami, nie zawsze też zważa na zbożne plany sporządzone w przystępie jasności umysłu.
Niestety, dobrze to wiem. Od ponad dwudziestu lat zawodowo zajmuję się zjawiskiem samobójstwa, a moje osobiste zainteresowanie nim sięga znacznie dawniejszych czasów. Mam ogromny, ugruntowany przez ciężkie doświadczenia respekt do tej siły, która potrafi człowieka osłabić, obezwładnić, wymanewrować, zdewastować i zniszczyć. Jako klinicysta, badacz i nauczyciel miałam bezpośrednią lub pośrednią styczność z pacjentami, którzy się powiesili, zastrzelili lub udusili, skoczyli ze schodów, okien lub wiaduktów, otruli chemikaliami, gazem, spalinami lub tabletkami, otworzyli sobie żyły albo poderżnęli gardła. Takich i podobnych zamachów na własne życie dopuścili się bliscy znajomi, koledzy ze studiów, współpracownicy i dzieci współpracowników. Większość z nich była młoda i cierpiała na chorobę psychiczną. Wszyscy zostawili po sobie niewyobrażalne cierpienia i poczucie winy.
Podobnie jak wiele osób z psychozą maniakalno-depresyjną poznałam samobójstwo również od bardziej intymnej strony. W dniu, w którym po raz pierwszy uznałam odebranie sobie życia za jedyne rozwiązanie problemu nieznośnego cierpienia psychicznego, utraciłam niewinność. Do tej pory bezrefleksyjnie uważałam, że życie jest czymś lekkim, łatwym i przyjemnym, i patrzyłam na nie z ogromnym optymizmem. Śmierć była dla mnie czymś abstrakcyjnym i nie wyobrażałam sobie, że można do niej rozmyślnie dążyć.
Miałam siedemnaście lat, kiedy podczas mojej pierwszej depresji spojrzałam na samobójstwo inaczej niż na egzystencjalne zagadnienie wieku dorastania. W ostatniej klasie szkoły średniej przez kilka miesięcy znaczną część dnia poświęcałam rozmyślaniom o tym, czy, kiedy, gdzie i jak się zabić. Nauczyłam się pokazywać światu twarz, która nie odpowiadała moim prawdziwym nastrojom. Wyszukałam w okolicy kilka wysokich budynków z niezabezpieczonymi klatkami schodowymi. Sprawdziłam, kiedy poranny ruch samochodowy jest największy. Nauczyłam się ładować pistolet mojego ojca.
Reszta mojego ówczesnego istnienia - szkoła, sport, pisanie, znajomi, plany uniwersyteckie - szybko pogrążyła się w mroku. Wszystko wydawało mi się bez sensu, ale jakoś brnęłam przez to puste życie dla zachowania pozorów. Stopniowo jednak depresja rozproszyła się i zanim zdałam maturę, od wielu miesięcy byłam już zdrowa. Samobójstwo zeszło na dalszy plan i znowu było nie do pomyślenia.
Ponieważ postanowiłam samotnie znosić ten psychiczny koszmar, nikt nie wiedział, co się we mnie dzieje. Między moimi publicznymi zachowaniami a prywatnymi nastrojami istniała przepaść. Przekonywanie innych, że wszystko jest w porządku, opanowałam do przerażającej perfekcji.
Z upływem lat moja psychoza maniakalno-depresyjna nasilała się i możliwość, że przedwcześnie odbiorę sobie życie, stała się niebezpiecznym podskórnym nurtem mojego codziennego istnienia. W wieku dwudziestu ośmiu lat, po epizodzie psychotycznej manii, po którym wpadłam w głęboką depresję, ciężko przedawkowałam lit. Naprawdę chciałam umrzeć i prawie mi się to udało. Samobójcza śmierć stała się możliwa, a nawet prawdopodobna.
W ówczesnych okolicznościach - od niedawna pracowałam na wydziale psychiatrii - przejście od osobistych doświadczeń do badań klinicznych i naukowych nie wymagało ode mnie zbyt wielkiego wysiłku. Czytałam wszystko, co napisano o mojej chorobie, oraz badałam psychologiczne i biologiczne uwarunkowania samobójstwa. Tak jak treser, który zgłębia psychikę i sposób poruszania się tygrysa, a pilot aerodynamikę i nawigację, ja oddałam się studiom nad moją chorobą i jej możliwym ostatecznym efektem. Pilnie i wnikliwie analizowałam nastroje śmierci.

 

Rozdział 1

BARDZO BLISKO JEST ŚMIERĆ

Historia i zarys przedmiotu


Znikomy kawałek żelaza rozrywa spojenie karku, a kiedy staw, który łączy głowę i szyję, zostanie podcięty, na ziemię się walą takie ogromne ich ciała. Nie w głębokim schronisku ukrywa się dusza ani też w żadnym razie niekoniecznie trzeba wydobywać ją mieczem, ani na wylot zadaną raną przetrząsać wnętrzności. Bardzo blisko jest śmierć. [...] czy to sznur zdławi gardło, czy to woda zamknie przewody oddechu, czy strzaska ktoś głowę, spadając z góry na twardą ziemię, czy to łykanie płomieni przerwie ciągłość wdychania powietrza, a wreszcie każdy dowolny sposób zapewni skutek natychmiastowy.
SENEKA1


Nie wiadomo, kto pierwszy poderżnął sobie gardło kawałkiem krzemienia, połknął garść trujących jagód albo celowo upuścił dzidę na polu bitwy. Nie wiemy też, kto pierwszy, pod wpływem nagłego impulsu albo po namyśle, rzucił się ze skały, oddalił się od domu bez zapasów jedzenia podczas burzy śnieżnej albo wszedł do morza bez zamiaru powrotu. Bardzo blisko jest śmierć, jak mówi Seneka, a mimo to pozostaje tajemnicą, co powodowało tym, kto jako pierwszy targnął się na swoje życie. Nagły odruch czy długa choroba? Wewnętrzny głos domagający się śmierci? Może wstyd albo groźba schwytania przez wrogie plemię? Rozpacz? Wyczerpanie? Może presja otoczenia, które chciało zaoszczędzić pożywienie i inne zasoby? Nikt tego nie wie.
Homo sapiens raczej nie był pierwszym, który pomyślał o samobójstwie i wcielił tę myśl w czyn. Jeśli spojrzymy na sprawę z ewolucyjnego punktu widzenia, hipoteza ta wyda nam się mało prawdopodobna, zważywszy poziom rozwoju wcześniejszych człowiekowatych. Ludzie kromaniońscy byli znakomitymi myśliwymi, wyrabiali świetne brzeszczoty i włócznie, splatali sznury, opanowali ogień, stworzyli niezwykłe, zaświadczające o bogatej wyobraźni formy artystycznego wyrazu, jak również rozbudowane obrzędy pogrzebowe2. Przed nim zaś żył Homo neandertalensis, a różne gatunki małp, takie jak szympansy, polowały stadnie, dysponowały skomplikowanym aparatem poznawczym i umiały wyrabiać proste narzędzia agresji3. W którym momencie rozwoju mózgu pojawiła się samoświadomość? Kiedy świadoma wola śmierci oddzieliła się od skrajnej nieostrożności i skłonności do podejmowania ryzykownych dla życia działań? Agresja, nierozwaga, zamykanie się w sobie i samookaleczenie się to zjawiska, które nie występują wyłącznie w obrębie naszego gatunku, o czym będziemy jeszcze mieli okazję pomówić. Niewykluczone jednak, że samobójstwo stanowi naszą differentia specifica.
Nie wiemy i nie dowiemy się, kto pierwszy odebrał sobie życie, dlaczego to zrobił, jak to zrobił, jakiej był płci. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak przyjąć, że kiedy ten akt się dokonał i został zauważony, zaczęto go powielać - po części dlatego, że przyczyny i metody były organicznie wrośnięte w środowisko psychofizyczne, a po części dlatego, że zwierzęta i ludzie w znacznym stopniu uczą się przez naśladownictwo. Samozagłada jest niebezpiecznie zaraźliwa i bezsprzecznie atrakcyjna jako radykalne rozwiązanie w sytuacji bez wyjścia.
Pierwszych zamachów samobójczych z pewnością dokonano we wczesnej fazie ewolucyjnego rozwoju człowieka, lecz nie jest to w żaden sposób udokumentowane. Stosunek społeczeństw do tego kroku można wyczytać z literatury, prawodawstwa i sankcji religijnych. Źródła te pozwalają ustalić, jak z upływem dziejów zmieniały się zbiorowe postawy wobec samobójstwa, mieszczące się w szerokim przedziale od akceptacji i pochwały do uznania go za grzech i zbrodnię, od postrzegania jako skutek niepomyślnych okoliczności zewnętrznych do widzenia w nim konsekwencji patologicznych stanów psychicznych.

Postawy wobec śmierci z własnej ręki różnią się dalece w poszczególnych kulturach. Na przykład Eskimosi, ludy nordyckie, mieszkańcy Samoa oraz Indianie Crow akceptowali "altruistyczne" samounicestwienie się ludzi starych i chorych, a nawet do tego zachęcali4. Wśród ludu Yuit z Wyspy Świętego Wawrzyńca istniał zwyczaj, że jeśli ktoś trzykrotnie wyraził wolę popełnienia samobójstwa, rodzina miała obowiązek mu w tym dopomóc. Osobę pragnącą śmierci odziewano w specjalne rytualne szaty i uśmiercano w zarezerwowanym na ten cel "miejscu zagłady"5. Niektóre społeczeństwa milcząco lub jawnie aprobowały samobójstwo, jeśli pozwalało ono zaoszczędzić skąpe zapasy pożywienia lub - w przypadku ludów koczowniczych - łatwiej się przemieszczać bez obciążenia ludźmi starymi lub chorymi.
Targnięciom się na własne życie, o których jest mowa w Starym Testamencie, nie towarzyszyły żadne sankcje społeczne ani religijne. To samo dotyczy samobójczej śmierci Judasza Iskarioty, jedynego przypadku opisanego w Ewangeliach (stosunek do samobójstwa zaostrzył się w pierwszych latach istnienia chrześcijaństwa). Podobnie jak u starożytnych Greków przedstawionych przez Homera, pozbawienie się życia postrzegano jako sprawę honoru: postępek pozwalający uniknąć niewoli, odpokutować za wyrządzoną komuś krzywdę bądź zadośćuczynić jakiejś zasadzie religijnej lub filozoficznej6. Hannibal zażył truciznę, aby nie zostać schwytanym lub pohańbionym, podobnie jak Demostenes, Kasjusz, Brutus, Katon i całe rzesze innych. Sokrates wypił cykutę, nie chcąc się zaprzeć swoich poglądów i nauczania. Gladiator "nadstawia szyję przeciwnikowi i błąkający się miecz jego naprowadza na siebie" bądź wsuwa głowę między szprychy poruszających się rydwanów, aby nie pozostawiać innym wyboru momentu swej śmierci7.
W starożytnej Grecji spotykamy się z rozmaitymi spojrzeniami na zamach autodestrukcyjny. Stoicy i epikurejczycy uważali, że każdy ma prawo wybrać sposób i czas odejścia z tego świata. Inni byli mniej tolerancyjni. W Tebach i Atenach samobójstwo nie było prawnie zakazane, ale tym, którzy dopuścili się ostatecznego kroku, odmawiano obrzędów pogrzebowych i ucinano dłoń, która odebrała sprawcy życie. Arystoteles uważał samobójstwo za przejaw tchórzostwa i czyn wymierzony przeciwko państwu. Ten sam pogląd wyznawał Pitagoras (chociaż według Heraklita ten ostatni zagłodził się na śmierć). Prawo rzymskie wyjęło samobójstwo spod prawa i zakazywało dziedziczenia majątku zmarłego z własnej ręki przez spadkobierców. Kościół rzymskokatolicki8 od pierwszych lat istnienia sprzeciwiał się samozagładzie, a w VI i VII wieku skodyfikował swoje stanowisko, nakładając ekskomunikę na tych, którzy odebrali sobie życie, i odmawiając im kościelnego pochówku. Samobójstwo nigdy nie znajduje usprawiedliwienia, napisał św. Augustyn9, ponieważ narusza szóste przykazanie: "Nie zabijaj".

U Żydów nie wolno było wygłaszać mów pogrzebowych nad zwłokami samobójcy, bliskim odradzano noszenie żałoby, a zmarłych z własnej ręki chowano w oddzielnej części cmentarza, aby "nie grzebać grzeszników obok cnotliwych10". Semachot11, rabiniczny tekst o śmierci i żałobie, orzeka, iż "Jeśli ktoś unicestwi się rozmyślnie ['la-daat'], nie sprawiamy mu pochówku. Nie rozdzieramy szat, nie obnażamy ramienia na znak i nie głosimy mów pochwalnych". Z czasem zaczęto okazywać więcej wyrozumiałości i współczucia tym, którzy odebrali sobie życie w stanie pomieszania umysłu. "Ogólna zasada jest taka12", pisze żydowski uczony, "że w przypadku samobójczej śmierci należy uczynić wszystko, co możliwe, dla uszanowania rodziny zmarłego, to jest odwiedzać ich, pocieszać i wspierać, nie wolno natomiast w żaden sposób honorować nieboszczyka poza złożeniem go do grobu". W prawie islamskim samobójstwo jest zbrodnią równie ciężką jak zabójstwo, albo nawet cięższą13.
Surowe sankcje religijne i prawne wymierzone przeciwko samobójstwu nie zaskakują. Wręcz odwrotnie, byłoby dziwne, gdyby społeczeństwo nie reagowało na tak dramatyczną, z pozoru niewytłumaczalną, przerażającą, często gwałtowną i potencjalnie zaraźliwą formę śmierci. Prawie siedemset lat temu Dante skazał sprawców zamachów samobójczych na wyjątkowo ponury los. Umieszczone w siódmym kręgu piekielnym dusze samobójców cierpiały wieczne katusze, a ich zamienionymi w krwawiące drzewa ciałami bezlitośnie karmiły się harpie. Ci, którzy zadali sobie śmierć w przystępie "gwałtownego szału", w przeciwieństwie do innych potępionych nie mieli prawa korzystać ze swojej ziemskiej postaci.
Świeckie bezczeszczenie zwłok samobójców nie należało do rzadkości. Aby zapobiec szkodliwemu wpływowi na żywych, fizycznie izolowano zwłoki i ograniczano możliwości działania potencjalnie niebezpiecznemu duchowi. W wielu krajach samobójców grzebano nocą na rozstajach dróg. Wierzono, że duży ruch na skrzyżowaniach pozwoli "zatrzymać zmarłych pod ziemią"14, a ponadto duchowi trudniej będzie znaleźć drogę powrotną do domu. W Massachusetts z epoki kolonialnej przy grobach samobójców na rozstajach dróg wysypywano całe furmanki kamieni15. Praktykowano również przebijanie serca drewnianym kołkiem. Zwyczaj ten co najmniej jednemu uczonemu skojarzył się z losem czternastowiecznego mordercy, którego zwłoki wiele lat temu znaleziono na torfowisku w Szwecji. Ludzie, którzy go pochwycili, wbili mu brzozowe paliki w plecy, bok i serce, aby "nie powędrował dalej", a następnie utopili zwłoki w bagnisku w miejscu, gdzie graniczyły ze sobą cztery parafie, przyjąwszy logiczne założenie, że duch denata będzie miał kłopoty z orientacją16.
Finowie uważali, że ponieważ samobójstwo jest czymś nagłym, żywi nie mają możliwości zawrzeć ze zmarłym pokoju. Dusza samobójcy jest zatem szczególnie "niespokojna i upiorna". Z ciałem osoby, która targnęła się na własne życie, obchodzono się wyjątkowo starannie i ostrożnie:

Każdego zmarłego jak najszybciej po śmierci myto i odziewano w grzebalne szaty. Zajmowały się tym osoby tej samej płci co denat. Epileptyków, obłąkańców i samobójców nie myto, lecz chowano w pozycji leżącej twarzą w dół, w ubraniu, które mieli na sobie w chwili śmierci. Do trumny wkładano ich przy użyciu kijów, nigdy gołymi rękami, obawiano się bowiem ściągnąć na rodzinę chorobę lub klątwę.
Jeszcze na początku XX wieku osoby, które popełniły samobójstwo, chowano bez żadnych uroczystości pogrzebowych. Ich groby znajdowały się poza murem cmentarnym, często w głębi lasu. Panował pogląd, że zwłoki samobójcy są ciężkie. Wśród prostych ludzi krążyły opowieści o tym, jak to nawet konie nie były w stanie uciągnąć trumny z suicydentem17.

We Francji ciało desperata wleczono ulicami głową w dół, a potem wieszano na szubienicy18. Pod koniec XVII wieku francuskie prawo karne domagało się również, aby wyrzucić później zwłoki do kloaki albo na wysypisko śmieci. Kościół nie brał udziału w pogrzebach suicydentów, którzy nie mogli być pochowani w poświęconej ziemi. W niektórych regionach Niemiec ciała samobójców wkładano do beczek i spuszczano rzekami, aby nie mogły wrócić w rodzinne strony19. Wczesne prawo norweskie stanowiło, że sprawców samobójczych zamachów należy grzebać w lesie razem z innymi zbrodniarzami albo "tam, gdzie morze zalewa łąki21". Samobójstwo traktowano jako "czyn nie do naprawienia"21.
Z czasem sankcje religijne i prawne przeciwko samobójstwu uległy rozluźnieniu. Rzecz jasna, wielu teologów nadal umieszczało ten desperacki krok pośród najcięższych grzechów. Na przykład Marcin Luter napisał, że samobójstwo jest dziełem Szatana. Purytańscy przywódcy religijni mieli je za czyn ohydny, wołający o pomstę do nieba i "poddanie się woli Szatana"22. John Wesley zalecał, aby ciała tych, którzy odebrali sobie życie, "powiesić na szubienicy i niech gniją"23. Tacy filozofie jak Locke i Rousseau, a w bliższych nam czasach Kierkegaard, zawzięcie sprzeciwiali się jakiejkolwiek społecznej lub religijnej akceptacji samobójstwa. A jednak systemy prawne i społeczeństwa w rosnącym stopniu traktowały samobójstwo jako skutek niezrównoważenia umysłowego, a nie słabości czy grzechu. Ciał nie grzebano już na rozstajach dróg, lecz coraz częściej po północnej stronie cmentarza, w pobliżu niechrześcijan tudzież innych niepełnoprawnych członków wspólnoty: ludzi ekskomunikowanych, nieochrzczonych niemowląt i straconych zbrodniarzy24.
W 1621 roku ukazała się bardzo poczytna i wpływowa książka Roberta Burtona The Anatomy of Melancholy, ze współczuciem ukazująca związki między szaleństwem, melancholią i samobójstwem. Burton nawoływał do miłosierdzia dla ludzi, którzy są tak zrozpaczeni i pomieszani, że pozbawiają się życia. Dwadzieścia jeden lat później opublikowana została Biathanatos, pionierska rozprawa o samobójstwie. Jej autor, poeta John Donne, był zarazem dziekanem katedry św. Pawła w Londynie. Donne napisał, że w pewnych sytuacjach samobójstwo jest usprawiedliwione i zasługuje na ludzkie zrozumienie. Miał osobisty stosunek do tej sprawy: "Kiedy ogarnia mnie strapienie - wyznał w przedmowie do swego dzieła - przypominam sobie, że mam w ręku klucz do swego więzienia i żadne rozwiązanie nie staje mi przed oczyma szybciej niż mój miecz"25.
Autorzy dwóch niedawno opublikowanych prac suicydologicznych26 pokazują, jak kształtowały się odnośne postawy i przepisy prawa w Anglii i Stanach Zjednoczonych. W Cry of Pain Mark Williams pisze, że w połowie XVII wieku na terenie Anglii mniej niż 10% samobójstw uznawano za wynikłe z niepoczytalności. W 1690 roku odsetek ten wyniósł 30, w 1710 już 40, a na przełomie wieku XVIII i XIX prawie wszystkie przypadki samobójstwa oceniano jako skutek obłędu27.
Purytanie z Massachusetts i inni wcześni koloniści amerykańscy generalnie traktowali samobójców nie tylko jak grzeszników, ale również zbrodniarzy. Z czasem jednak zarówno prawo, jak i postawy społeczne uległy zmianie. Jak udokumentował Howard Kushner w American Suicide, w okresie od 1730 do 1800 roku na każdy werdykt orzekający obłąkanie wydany przez koronerów z Bostonu przypadały dwa do trzech werdyktów stwierdzających popełnienie przestęstwa. W latach 1801-1828 proporcje te odwróciły się, a pod koniec stulecia, podobnie jak w Anglii, orzekano prawie wyłącznie obłąkanie28. (Historyczna ciekawostka: pośród angielskich kolonizatorów Massachusetts pierwsze samobójstwo przypuszczalnie popełniła pasażerka "Mayflower" Dorothy Bradford, żona Williama Bradforda, późniejszego gubernatora kolonii Plymouth. W wersji oficjalnej Dorothy Bradford "przypadkiem wypadła za burtę" i utonęła w Cape Cod Harbor29. Historyk Samuel Eliot Morison nie jest jednak odosobniony w poglądzie, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, lecz rozmyślny zamach na własne życie. William Bradford nie wspomina o śmierci żony w swojej kronice wczesnych dziejów kolonii30).
W większości krajów europejskich samobójstwo przestało być przestępstwem w XVIII lub XIX wieku, chociaż w Anglii i Walii pozostało nim do 1961, a w Irlandii do 1993 roku31. Świadomość suicydologiczna społeczeństwa z pewnością wzrosła w ostatnich latach, chociaż nie w stopniu współmiernym do postępów nauk medycznych i psychologicznych. Surowość ugruntowanych przez stulecia poglądów nadal daje się odczuć, zarówno w polityce państwa, jak i w wymiarze bardziej osobistym. Na przykład w moim wydaniu Modlitewnika Powszechnego przed liturgią pogrzebową - tak znajomą i pełną otuchy: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. [...] Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?"32 - przypomniane są drobnym drukiem zamierzchłe tabu i wykluczenia: modlitewnik jednoznacznie stwierdza, że wedle tego obrządku nie można pochować tych, którzy "zmarli bez chrztu, poza Kościołem albo targnęli się na własne życie"33.

Historia praw, zwyczajów i postaw przynajmniej częściowo odzwierciedla złożoność zjawiska pozbawienia się życia. Samobójstwo, akt wymierzony przeciwko samemu sobie, wywiera również przemożny wpływ na życie innych. Jest niezrozumiałe, kiedy jego ofiarą padają młodzi, straszne, kiedy dotyka starych, niewytłumaczalne w przypadku zdrowych i odnoszących w życiu sukcesy, a zbyt łatwo przechodzi się nad nim do porządku, jeśli czynu tego dokonują chorzy i przegrani. Nie ma prostych teorii samobójstwa ani niezmiennych algorytmów, które pozwoliłyby je przewidzieć. Nikt nie wymyślił jeszcze sposobu na uleczenie serc i ukojenie umysłów tych, którzy zostają tak makabrycznie porzuceni. Niewiedza zabija.
A przecież o samobójstwie wiemy ogromnie wiele. Znamy na przykład wiele czynników, które zwiększają skłonności suicydalne - wrodzona melancholia, ciężkie choroby psychiczne, wybuchowy lub gwałtowny temperament - i wiemy, że pewne okoliczności życiowe szczególnie sprzyjają uruchomieniu się tych predyspozycji: niepowodzenia miłosne, porażki zawodowe, utrata pracy, konflikt z prawem, śmiertelna lub okaleczająca choroba, sytuacje upokarzające lub jako takie postrzegane, nadużywanie alkoholu lub narkotyków. Mamy również dosyć szeroką wiedzę na temat tego, kto zadaje sobie śmierć, wiemy, które grupy wiekowe i środowiska społeczne są najbardziej zagrożone, rozeznajemy się także w metodach popełniania samobójstwa, a także w najczęściej wybieranych miejscach tudzież porach dnia i roku.
Co do przyczyn nie mamy już jednak takiej pewności. Stany psychiczne, złożone motywy i subtelne różnice biologiczne są niełatwe do ustalenia nawet u żywych, a ocenienie roli, jaką odegrały w decyzji samobójczej, to zadanie wielokrotnie trudniejsze. Literatura przedmiotu obrazuje złożoność zjawiska, jak również niespójność i fragmentaryczność naszego zrozumienia, mimo że człowiek od stuleci próbuje wyjaśnić niepojęty akt samozagłady. Każdemu, kto zajmuje się tym piśmiennictwem - piętnaście tysięcy artykułów naukowych i opisów badań klinicznych w ciągu ostatnich trzydziestu lat plus setki książek i monografii - musi zaimponować zakres i głębia naszej wiedzy. Streszczenie najlepszych pozycji historycznych i najciekawszych nowych opracowań naukowych nie zmieściłoby się w jednej książce - co ja mówię, w pięciu książkach!
Napisałam Noc szybko nadchodzi ze świadomością tego stanu rzeczy i ogromnym szacunkiem dla dokonań innych autorów i badaczy. Przystępowałam do pracy w nadziei, że uda mi się zachować indywidualną perspektywę - poprzez położenie nacisku na psychologię samobójstwa oraz obfite posługiwanie się wypowiedziami i doświadczeniami tych, którzy podjęli poważną, skuteczną bądź nie, próbę samobójczą - ale zarazem mocno ją osadzić w odkryciach psychopatologii, genetyki, psychofarmakologii i neurobiologii. Można się tak zafiksować na jednostkowych doświadczeniach, że człowiek traci z oczu niezwykłe postępy, jakich dokonała w ostatnich latach medycyna i inne dziedziny nauki - postępy, które pomagają ulżyć w cierpieniu i ratować życie. Z drugiej strony można też dać się ponieść entuzjazmowi dla polowania na geny, technik obrazowania mózgu i śledzenia torów transmisji serotoninergicznej, aż w końcu zapomina się, jak to ujął angielski poeta i krytyk A. Alvarez, że samobójstwo to nie tylko "temat szalenie delikatny", ale również problem, który "trzeba odczuwać nerwami i zmysłami"34.
Po upływie stulecia, w którym samobójstwem z takim zaangażowaniem zajmowała się literatura, medycyna, psychologia i inne nauki, wytyczanie sztucznych granic między humanistycznym zrozumieniem złożonych indywidualnych przypadków a podejściem kliniczno-naukowym wydaje się zbyteczne. Nie ulega wątpliwości, że metody te nawzajem się uzupełniają. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że nadal istnieją głębokie linie podziału. Dla wielu estetyka złożoności - szczególny urok psychologicznych historii życiowych, zwłaszcza jeśli poddają się wyjaśnieniom socjologicznym i kulturowym - jest znacznie ciekawsza niż statystyka wywiedziona z archiwów medycyny sądowej i badania DNA.
Położenie nacisku na psychologiczną złożoność, kosztem zrozumienia czynników psychopatologicznych, genetycznych oraz innych organicznych, musi jednak skończyć się fiaskiem, tak samo jak analiza organiczna, diagnostyka i leczenie, które nie uwzględnia różnorodności indywidualnych doświadczeń, zachowań, skłonności i charakterów. Kto interesuje się głównie kulturą i humanistyką, zawsze z większym zaciekawieniem czytał będzie o konfliktach psychicznych i społecznych determinantach samobójstwa - a są to z pewnością sprawy kluczowe dla zrozumienia tego zjawiska. W oderwaniu od innych czynniki te nie muszą jednak być szczególnie przydatne w przewidywaniu i zapobieganiu przedwczesnej śmierci z własnej ręki.
Jako kwestia egzystencjalna samozagłada jest istotnym zagadnieniem dla filozofów, pisarzy i teologów, jak również znaczącym tematem dla większości z nas, niezależnie od poglądów. (Albert Camus uważał, że "[J]establishment tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo")35. Niniejsza książka, chociaż poświęcona przede wszystkim psychologii samobójstwa, naświetla jednak to zjawisko również od strony medycznej i społecznej. Jej zadaniem jest udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie się zabijają, dlaczego jest to jeden z najważniejszych problemów zdrowotnych i jak należy temu zapobiegać.
Skupiam się przede wszystkim na osobach poniżej czterdziestego roku życia, co nie oznacza jednak bagatelizowania zamachów samobójczych podjętych przez osoby starsze. W wielu badaniach36 wykazano, że ludzie starsi są nieodpowiednio leczeni na depresję - główną przyczynę samobójstwa we wszystkich grupach wiekowych - oraz że odsetek samobójstw jest wśród nich niepokojąco wysoki37. Odbieranie sobie życia przez osoby starsze to temat na osobną książkę, tym bardziej że wiele kwestii poruszanych w tym kontekście - samobójstwo "racjonalne" i z pomocą lekarza38, zwłaszcza na podłożu okaleczającej lub zagrażającej życiu choroby - tylko w niewielkim stopniu dotyczy pozostałych grup wiekowych.
Samobójstwa młodzieżowe, których liczba potroiła się w ciągu ostatnich czterdziestu pięciu lat, bezsprzecznie należą do najpoważniejszych problemów, z jakimi boryka się nasza służba zdrowia39. Zamachy samobójcze lokują się w Stanach Zjednoczonych na trzecim miejscu, jeśli chodzi o przyczyny zgonów młodzieży szkolnej, i na drugim wśród studentów. W ankiecie National College Health Risk Behavior Survey z 1995 roku, przeprowadzonej pod patronatem Centers for Disease Control and Prevention, stwierdzono, że co dziesiąty student poważnie rozważał odebranie sobie życia w roku poprzedzającym badanie, a większość poczyniła konkretne plany40.
Wyniki badań przeprowadzonych w 1997 roku w szkołach średnich budzą jeszcze większy niepokój41. 20% uczniów przyznało, że poważnie rozważało zamach na własne życie w poprzedzającym roku i tutaj również większość przygotowała plan. Niemal 10% uczniów rzeczywiście usiłowało popełnić samobójstwo w ciągu minionych dwunastu miesięcy. W co trzecim przypadku konieczna była pomoc medyczna. Podobne wyniki przyniosły badania z lat 1995 i 199342.
Niewątpliwie jest różnica między przyznawaniem się do myśli i planów samobójczych a rzeczywistymi próbami odebrania sobie życia, a tym bardziej między zamachami usiłowanymi i dokonanymi. Mimo to wcześniejsza próba samobójcza stanowi najlepszy prognostyk skutecznego samobójstwa, toteż liczby dają powody do wielkiego zatroskania. W końcu samobójstwo należy do głównych przyczyn zgonów wśród młodzieży.
Ogrom zjawiska najlepiej chyba obrazuje porównanie liczby samobójczych zgonów z liczbą ofiar dwóch bardzo silnie obecnych w publicznej świadomości przyczyn śmierci amerykańskich młodych ludzi w ostatnim czterdziestoleciu: wojny wietnamskiej i epidemii AIDS. Na wykresie43 zestawiłam liczbę zgonów mężczyzn poniżej trzydziestego piątego roku życia dla tych trzech przyczyn. Za sprawą każdej z nich - samobójstwo, wojna, AIDS - ogromna liczba młodych ludzi straciła życie. Oczywiście każda śmierć w tej kategorii wiekowej jest czymś strasznym niezależnie od przyczyny. Wojna wietnamska zebrała przerażające żniwo, ale po dwunastu latach dobiegła końca. Porównanie liczby zgonów za okres 1961-1973 wśród Amerykanów poniżej trzydziestego piątego roku życia, pokazuje, że ofiar samobójstwa było niemal dwukrotnie więcej (101 732) niż ofiar wojny (54 708). Należy jednak zaznaczyć, że w Wietnamie młodzi ludzie ginęli głównie w pewnym podokresie konfliktu (1966-1970).
Podobne porównanie dla samobójstwa i AIDS, za okres 1987-1996, pokazuje, że samobójstwo pochłonęło niemal 15 000 więcej ofiar. (Liczba chorych na AIDS, którzy odebrali sobie życie, nie jest wysoka). Amerykańska epidemia AIDS na szczęście nie jest już w ostatnich latach tak śmiercionośna, głównie dzięki opracowaniu przedłużających życie terapii i energicznym działaniom profilaktycznym. (W cytowanym już National College Health Risk Behavior Survey z 1995 roku stwierdzono, że co drugi student uzyskał informacje na temat zapobiegania zarażeniu się AIDS, lecz mniej niż 20% otrzymało informacje z profilaktyki samobójstwa).
Tymczasem ogromna liczba młodych ludzi nadal ginie z własnej ręki i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Z wykresu wynika, że od połowy lat pięćdziesiątych następuje stały i znaczący wzrost liczby samobójstw popełnianych przez osoby do trzydziestego piątego roku życia. Możliwe tego przyczyny - większe uwrażliwienie na problematykę samobójstwa wśród służb medyczno-sądowych, wcześniejszy i łatwiejszy dostęp do broni palnej i środków samobójstwa, obniżenie się wieku inicjacji alkoholowej i narkotykowej oraz zapadalności na poważne choroby psychiczne, wzrost liczby depresji - są wyczerpująco omówione w dalszej części książki. Co roku trzydzieści tysięcy Amerykanów odbiera sobie życie44, a prawie pół miliona podejmuje próbę samobójczą, której skutki wymagają pomocy medycznej.
Wojny przychodzą i odchodzą, ale samobójstwo odejść nie chce. Dlaczego tak jest i co można w tej sprawie zrobić? Wokół tych kwestii obraca się ta książka: zrozumieć, dlaczego ludzie się zabijają, i ustalić, w jaki sposób lekarze, psychologowie, szkoły i uniwersytety, rodzice i społeczeństwo mogą temu zapobiec. Opinia publiczna w sposób bardzo widoczny i skuteczny protestuje przeciwko śmiercionośnym konsekwencjom wojny i AIDS, prawie nie słychać natomiast głosów tych, którzy bronią ofiar autodestrukcyjnych zamachów. A przecież zgroza i rozpacz są tutaj nie mniej realne.

Samobójstwo to szczególnie przerażająca śmierć: cierpienie psychiczne, które doń prowadzi, jest zazwyczaj długotrwałe, dotkliwe i nieuśmierzalne. Nie ma odpowiednika morfiny, która koiłaby ból duszy, a śmierć często jest gwałtowna i ponura. Cierpienie samobójcy jest intymne i niewyrażalne, toteż bezsilni członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi oprócz utraty bliskiej osoby muszą się dodatkowo zmierzyć z poczuciem winy. Samobójstwo pociąga za sobą trudny do opisania zamęt i spustoszenie.