Pan i władca. Na krańcu świata.

  • Autor: O'Brian, Patrick
  • Dostępność: Brak
  • 39,00 zł 13,50 zł
  • Niedostępny

Uwaga!!!

Ostatnie, nadające się do czytania egz. - w cenie obniżonej ze względu na stan i uszkodzenia okładki (rysy na lakierze, zagięcia, ślady po zbiciach rogów itp.).

Kolejny tom morskiej sagi o kapitanie Royal Navy z początków XIX stulecia, Jacku Aubreyu. Tym razem obarczony zostaje on misją przechwycenia amerykańskiej fregaty, która otrzymała zadanie utrudniania życia brytyjskim statkom wielorybniczym na łowiskach w pobliżu Antarktydy.
W październiku w kinach pojawi się wyreżyserowana przez Petera Weira ekranizacja tej powieści, w której w roli Jacka Aubreya występuje Russell Crowe.

"Oto oczarowujący świat morskiej beletrystyki"

John Bayley, "New York Review of Books"

"Jego książki potrafią w pełni pochłonąć i zachwycić nawet takich szczurów lądowych jak ja, dla których między relingiem rufowym a stengą bukszprytu nie ma żadnej różnicy."

Valerie Webster, "Scostsman"

"Owe osobliwe, nieprawdopodobne powieści Patricka O'Briana sprawiają wrażenie napisanych po to, by w pierwszej kolejności sprawić przyjemność jemu samemu, a wraz z nim tym wszystkim z jego czytelników, którzy podzielają jego zachwyt precyzyjnością wypowiedzi i kolorytem odległych, obcych krain, wraz z jego szacunkiem dla staroświeckich wartości takich jak honor czy przyjaźń. Podobnie jak Aubrey i Maturin, grający duety Mozarta w świetle księżyca nad Pacyfikiem, O'Brian tworzy przepiękne wariacje tradycyjnej morskiej opowieści."

Thomas Flanagan, "New York Times Book Review"

Rok wydania: 2003
Stron: 417
Format: 125/190
Oprawa: broszura
Pakowanie: 32
Tłumacz: Marcin Mortka

Fragment tekstu:

NOTA OD AUTORA

Zapewne niewielu autorów jest do końca oryginalnych, jeśli chodzi o fabułę ich opowieści - lektura dzieł Szekspira prowadzi do przekonania, że nie wymyślił on niemalże nic, a czytając Chaucera, łatwo dojść do wniosku, że zapożyczał się zarówno u pisarzy mu współczesnych, jak i dawno już nieżyjących. Wystarczy zaś spojrzeć na sprawę z nieco innej perspektywy, by uznać mnie, autora tego cyklu, za pisarza jeszcze bardziej wtórnego. W istocie, pisząc swe powieści, wiernie trzymałem się istniejących zapisków i karmiłem swą wyobraźnię informacjami z dzienników pokładowych, meldunków, listów, pamiętników i współczesnych badań. Korzystanie z ogólnie dostępnych materiałów nie jest jednak tym samym co bezpośredni plagiat, niemniej przyznaję, że opis nadejścia sztormu na stronie 351 został zaczerpnięty z Williama Hickeya - wydało mi się bowiem, że żaden pisarz już nie zdoła oddać tego lepiej.
Jeśli jednak opowieść ma zostać zakończona, pisarz musi zdobyć się na oryginalność, gdyż w przeciwnym razie szybko wyczerpie mu się temat. Jakieś dziesięć, jedenaście lat temu pewien szanowany amerykański wydawca zaproponował mi napisanie książki o Royal Navy z czasów Nelsona. Zarówno temat, jak i okres wydał mi się intrygujący, dlatego też zgodziłem się bez wahania i tak oto powstała pierwsza pozycja z przyszłej serii, powieść oparta na przygodach lorda Cochrane'a podczas pierwszych lat dowodzenia "Speedy". Wykorzystując ten motyw, mogłem opisać jeden z najbardziej spektakularnych w tej wojnie pojedynków między żaglowcami, a także uzupełnić powieść ogromną ilością autentycznych szczegółów. Gdybym jednak wiedział, ile przyjemności sprawia mi pisanie tego rodzaju powieści, a także ile książek ukaże się w ślad za pierwszą, z pewnością osadziłbym jej akcję znacznie wcześniej. Czternastodziałowy "Speedy" opanował bowiem trzydziestodwudziałową fregatę "Gamo" dopiero w 1801 roku. Wkrótce potem nastąpił niefortunny pokój w Amiens, który pozbawił przedsiębiorczych, odważnych żeglarzy kolejnych okazji do wykazania się, a późniejszych pisarzy - całego mnóstwa materiału na powieści. Czas historyczny nie został jednakże w moim cyklu całkiem zarzucony, a w niniejszej powieści historycy wykryją zapewne echo wydarzeń pościgu HMS "Phoebe" za USN "Essex". Mimo to nawet we wczesnych latach dziewiętnastego wieku rok składał się jedynie z dwunastu miesięcy i całkiem możliwe, iż niebawem (o ile czytelnicy mi na to pozwolą) posunę się do wciskania dodatkowych, hipotetycznych lat w historię cyklu i po wariancie A roku 1812 pojawi się wariant 1812 B.
Jeśli jednak zdecyduję się na tego typu posunięcie, ucierpi na tym jedynie chronologia wydarzeń. Nadal będę trzymał się historycznej dokładności i przedstawiał Royal Navy tak, jak w danym roku wyglądała, w oparciu o dokumenty dla niej współczesne. W kolejnych tomach czytelnik nie napotka zatem żadnych bazyliszków, które zamieniają wzrokiem w kamień, nie znajdzie żadnych Hotentotów bez religii, struktury plemiennej i języka, nie przeczyta o uprzejmym do przesady, utalentowanym we wszystkich naukach Chińczyku ani o ze wszech miar cnotliwych, zawsze zwycięskich i oczywiście absolutnie nieśmiertelnych bohaterach, a kiedy już w treści pojawi się krokodyl, zadbam o to, by pożarł swą zdobycz bez ronienia krokodylich łez.

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kapitan Aubrey pilnie proszony! Kapitan Aubrey pilnie proszony!
Głosy, z początku niewyraźne i stłumione na odległym pokładzie rufowym okrętu flagowego, szybko się przybliżały, biegnąc po śródokręciu i dalej pomostami aż na pokład dziobowy, stając się przy tym coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Kapitan stał przy prawoburtowej karonadzie trzydziestodwufuntowej, przyglądając się fioletowej galerze cesarza Maroko, która tkwiła przy Bastion Jumper, z masywną szarą Skałą Gibraltarską w tle. Przysłuchiwał się również wywodowi pana Blake'a, ongiś chuderlawego midszypmena, który pływał pod jego rozkazami, a obecnie wysokiego, dobrze zbudowanego porucznika, masywną budową ciała niemalże dorównującego swemu byłemu dowódcy. Blake opowiadał z przejęciem o wynalezionej przez siebie nowej uprzęży, dzięki której karonady mogły strzelać znacznie celniej, dwukrotnie szybciej bez ryzyka wywrócenia się po strzale i nieść na dwukrotnie większą odległość, co w rzeczywistości mogło położyć kres wojnom.
Jedynie oficer flagowy mógł "pilnie prosić" kapitana mianowanego, a od chwili, gdy wraz ze świtem w porcie stanęła "Caledonia", Jack Aubrey z obawą oczekiwał takiego wezwania. Oznaczało ono bowiem, że w ciągu kilku następnych minut będzie musiał wytłumaczyć głównodowodzącemu, jak doszło do tego, że nie wykonał jego rozkazów. Wiedząc, że "Surprise", niewielka, niemłoda, lecz dobrze żeglująca fregata Aubreya po powrocie z Malty ma ruszyć do Anglii, gdzie zostanie wycofana ze służby, sprzedana lub nawet oddana do okrętowej złomowni, admirał sir Francis Ives, głównodowodzący floty brytyjskiej na Morzu Śródziemnym, polecił Aubreyowi popłynąć wzdłuż wybrzeża berberyjskiego przez zatokę Zambra. Tamże Jack miał rozmówić się z władcą tych ziem, dejem Maskaru, który ostatnio wykazywał tendencję do sprzyjania Francuzom, a Anglikom zagroził podjęciem wrogich działań, jeśli nie wypłacą mu ogromnej sumy pieniędzy. Gdyby dej trwał w swym uporze, Jack miał rozkaz zabrać na pokład brytyjskiego konsula i powiadomić jego wysokość władcę Maskaru, że spełnienie którejkolwiek z jego gróźb spowoduje reakcję Royal Navy* - okręty brytyjskie zostaną wówczas upoważnione do zatrzymywania, palenia lub zatapiania wszelkich jednostek pod banderą Maskaru, a ponadto rozpoczną blokadę portów deja. Jack miał żeglować w towarzystwie "Polluxa", sześćdziesięciodziałowca jeszcze starszego od "Surprise", na którym jako pasażer wracał do Anglii wiceadmirał Harte, jednakże wizyta u deja była jego samodzielną misją. Po wykonaniu zadania miał zameldować się u admirała głównodowodzącego w Gibraltarze. Zadanie wyglądało na proste i nieskomplikowane, tym bardziej że u boku Jacka płynął niezwykle doświadczony doradca polityczny w osobie jego lekarza pokładowego, doktora Maturina. Kiedy się więc rozstawał z "Polluxem" u wejścia do zatoki Zambra, na jego sercu nie ciążyła żadna troska - przynajmniej o tyle, o ile beztroski może być człowiek, który większość swego życia spędził na morzu, w żywiole niebezpiecznym i całkowicie nieprzewidywalnym, gdzie człowieka od wieczności oddziela jedynie cienka warstwa desek.
Zostali jednakże zdradzeni. Na którymś etapie zamysł admirała głównodowodzącego został odkryty przez wroga i niespodziewanie na nawietrznej okrętów brytyjskich ukazał się francuski liniowiec w towarzystwie pary fregat. Ich współdziałanie z dejem nie budziło żadnych wątpliwości, gdyż w tej samej chwili działa fortów Maskaru otworzyły do "Surprise" ogień. Wobec takiego biegu wydarzeń Aubrey nie był w stanie ani odbyć rozmowy z rządzącym, ani zabrać konsula Eliota, a "Pollux", który starł się z bliska z francuskim liniowcem, wyleciał w powietrze, a z jego załogi nie ocalał nikt. Doskonałe właściwości żeglugowe "Surprise" pozwoliły na ucieczkę bez najmniejszego trudu, jednak Jackowi nie udało się osiągnąć nic z rzeczy, po które został wysłany. Oczywiście, mógł opowiedzieć o tym, że udanym manewrem zwabił jedną z francuskich fregat na rafę, gdzie doznała wielkich uszkodzeń, a także o tym, że ogień "Polluxa" i jego późniejsza eksplozja poturbowała wrogi liniowiec do tego stopnia, że jego powrót do Tulonu był bardzo utrudniony, niemniej z konkretów nie miał do przekazania nic. Choć sam był przekonany, że Royal Navy bardziej zyskała na tym spotkaniu, aniżeli straciła, nie miał żadnej pewności, że głównodowodzący spojrzy na obrót wydarzeń w tym samym świetle. Jego niepokój był tym większy, że przeciwne wiatry opóźniły jego podróż z zatoki Zambra na Gibraltar, gdzie spodziewał się spotkać admirała; nie był też pewien, czy łodzie, które wysłał na Maltę i do Port Mahon, dotarły na czas, by admirał mógł wysłać swe okręty przeciwko powracającemu okaleczonemu francuskiemu liniowcowi. Reputacja sir Francisa mogła wzbudzać lęk - admirał słynął jako człowiek surowy i miłujący dyscyplinę, który bez najmniejszych wyrzutów sumienia mógł złamać karierę omylnego podwładnego. Powiadało się też, że nawet bardziej od innych admirałów głównodowodzących marzy on o jakimś znaczącym, bezsprzecznym zwycięstwie morskim, takim, które zadowoliłoby opinię publiczną, a tym bardziej obecny rząd, źródło ewentualnych zaszczytów. Jak w tym świetle wyglądała jego akcja w zatoce Zambra, tego Jack nie wiedział.
- Będę jednak wiedział już za kilka minut - powiedział sam do siebie, idąc na rufę w towarzystwie milczącego, zdenerwowanego młodzieniaszka w najlepszych bielutkich spodniach i jedwabnych pończochach, omijającego z dala kubły ze smołą.
Mylił się jednak - poprosił go do siebie inny oficer flagowy na pokładzie, przykuty do koi kolejnym atakiem grypy. Był to kapitan liniowca, który pragnął powiadomić Jacka, że jego żona zajęła dom niedaleko domku Ashgrove, i byłby szczęśliwy, gdyby obie panie zawarły znajomość. Dodał również, że ich dzieci są w podobnym wieku, a że obaj byli troskliwymi rodzicami z dala od domu, podjęli ów temat z zaangażowaniem, szczegółowo opowiadając sobie wszystko o własnym potomstwie. Kapitan pokazał Jackowi urodzinowe listy od swych córek, otrzymane jakieś dwa miesiące temu oraz niewielki, przybrudzony i poobgryzany przez szczury bibularz, samodzielne dzieło jego najstarszego dziecka.
W tym samym czasie admirał głównodowodzący kończył pracę papierkową, zadanie, które rozpoczął zaraz po wschodzie słońca.
- A teraz odpowiedź dla kapitana Lewisa na jego zapytanie, godne doprawdy skończonego osła - powiedział. - "Sir, pański list w najmniejszym stopniu nie wpłynął na zmianę mojej opinii o pańskich próbach wykorzystania swej choroby do wprowadzenia "Gloucestera" z powrotem do portu. Najpoważniejszym argumentem, który przemawia przeciwko Panu, jest barbarzyńska nieuprzejmość, którą okazał Pan doktorowi Harringtonowi na pokładzie rufowym "Gloucestera", całkowicie karygodna i niestosowna jak na człowieka, który sprawuje dowództwo nad okrętem i załogą okrętu Jego Królewskiej Mości. Jeśli nie zaprzestanie Pan wysyłania listów w stylu tego, na który właśnie odpowiadam, utraci Pan je wcześniej, niż Pan sądzi. Pański wierny sługa". Przeklęty drań! Żeby próbować mnie zastraszyć!
Dwóch pisarzy, z których jeden sporządzał czystopis poprzedniego listu, a drugi kreślił na brudno dyktowany list, nie odezwało się ani słowem, a ich pióra śmigały szybko. Dwóch pozostałych ludzi, przebywających w kabinie kapitańskiej - sekretarz admirała, pan Yarrow, i jego polityczny doradca, pan Pocock - potaknęło jednak admirałowi skwapliwie.
- Do kapitana Batesa - powiedział sir Francis, gdy tylko jedno z piór przestało skrzypieć. - "Sir, bardzo wadliwy stan okrętu Jego Królewskiej Mości, pozostającego pod pańskim dowództwem, zmusza mnie, bym zakazał zarówno Panu, jak i komukolwiek z pańskich oficerów schodzenia na ląd w celach rozrywkowych. Pański wierny…" i tak dalej. A teraz notka. "W związku z przypuszczeniem, iż pewna liczba kobiet została w sekrecie przewieziona z Anglii na niektórych okrętach, zwłaszcza na tych, które przybyły na Morze Śródziemne w tym roku i w roku ubiegłym, zobowiązuje się uczestniczących w tym procederze kapitanów, by ukarali owe damy ze względu na zbyt duże zużycie wody oraz inne popełnione przez nie wykroczenia. Należy również uczynić wiadomym dla wszystkich, że pierwszy udowodniony przypadek wykorzystywania wody z okrętowego zapasu do prania czy innych celów pod fałszywym pretekstem spowoduje deportację wszystkich kobiet, które nie otrzymały zezwolenia na pobyt od admiralicji lub admirała głównodowodzącego na statkach pierwszego konwoju do Anglii. Rozkazuje się ponadto, by oficerowie czujnie obserwowali zachowanie kobiet, by nie dopuścić do jakiegokolwiek marnotrawstwa lub nadmiernego zużycia wody w przyszłości".
Admirał zwrócił się do drugiego z pisarzy, gotowego do pisania kolejnego listu.
- Do wybranych dowódców: "Admirał dostrzegł przypadki niestosownego zachowania u oficerów, którzy wchodzą na pokład "Caledonii" oraz odbierają rozkazy od wyższego rangą oficera. Zauważono, że nie zdejmują oni kapeluszy, a nawet nie dotykają ich w ramach salutu. Nakazem dyrektywy admiralskiej każdy oficer, który w przyszłości zapomni o swym podstawowym obowiązku okazania szacunku wyższemu rangą, zostanie publicznie ukarany. Admirał spodziewa się również, że oficerowie "Caledonii" dadzą innym przykład, zdejmując w tej sytuacji czapki, a nie jedynie dotykając ich lekceważąco". Młodzi, szybko awansujący oficerowie są w tym względzie najbardziej frywolni i nonszalanccy - zauważył, zwracając się do Pococka. - Marzy mi się powrót do starej szkoły wychowania. Do wybranych dowódców: "Admirał głównodowodzący zauważył, że niektórzy ze schodzących na ląd oficerów floty ubierają się niczym kramarze na targu, nakładając pstrokate ubrania lub okrągłe kapelusze do munduru, co stanowi pogwałcenie ostatnich nakazów szacownych Lordów Komisarzy Admiralicji. Oświadcza się, że każdy oficer, który zlekceważy ową konieczną oraz zdrową tradycję, zostanie aresztowany, a raport na jego temat będzie przedstawiony admirałowi. Niezależnie zaś od decyzji sądu wojennego wobec oficerów winnych takich wykroczeń, nie otrzymają oni prawa do zejścia na ląd tak długo, jak długo będą przebywać pod rozkazami sir Francisa Ives".
Pióra nadal śmigały, kiedy admirał pochwycił jeden z listów i powiedział do pana Pococka:
- Oto J.S., który znów mnie błaga, bym przemówił za nim w sprawie Royal Bird. Dziwi mnie to i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten zwyczaj zwracania się w owej sprawie musi źle się skończyć. Dziwi mnie to, jak powiadam, gdyż z tak wysokimi ambicjami i niesłychanymi pretensjami kwestia parostwa z pewnością go przerasta.
Przygotowujący w myślach odpowiedź Pocock poczuł lekkie zażenowanie, tym bardziej że wiedział, iż pisarze, choć zaprzątnięci spisywaniem listów, słuchali uważnie. W całej flocie nie było tajemnicą, że marzeniem sir Francisa był tytuł lorda, dzięki któremu mógłby podjąć rywalizację ze swymi braćmi. Z tych właśnie względów z pasją walczył o zdobycie dowództwa nad flotą Morza Śródziemnego, które wydawało się najpewniejszym sposobem osiągnięcia celu.
- Być może… - zaczął, lecz jego słowa zostały przerwane przez jazgot trąbek. Przeszedł zatem na galerię rufową. - Dzięki Bogu, poseł cesarza już odpływa - powiedział.
- Niech szlag trafi tego człowieka! - wykrzyknął admirał, spoglądając na zegar ze złością. - Niech odpływa i… Nie, nie wolno nam urazić Maurów. Nie będę miał jednak czasu dla Aubreya. Niech pan mu to przekaże, panie Yarrow. Proszę mnie wytłumaczyć siłą wyższą i innymi obowiązkami towarzyskimi, a potem zaprosić na obiad wraz z doktorem Maturinem. Jeśli im nie pasuje, to niech przyjdą jutro rano.
Nie pasowało. W swej odpowiedzi Aubrey wyraził niewymowny żal, że nie może tego dnia pojawić się na obiedzie u admirała głównodowodzącego - był już umówiony, i to z damą. Słysząc pierwsze słowa Aubreya skierowane do Yarrowa, kapitan floty uniósł wysoko brwi pod szlafmycą, ale gdy Aubrey zakończył zdanie, powróciły do swego normalnego położenia. Spotkanie z damą było jedyną wymówką, dzięki której w marynarce za odmowę zaproszenia do admirała nie zostawało się uznanym za bezczelnego, buntowniczego łotra bez krztyny szacunku dla tradycji.
- Sam chciałbym zostać zaproszony na obiad przez damę - powiedział. - Mogę sobie pobierać płacę wiceadmirała, ale poza żoną bosmana nie widziałem żadnej kobiety od chwili opuszczenia Malty. A z tą przeklętą grypą i dyrektywą dawania wszystkim przykładu zapewne nie ujrzę żadnej do chwili opuszczenia kotwicy w Grand Harbour, niestety! Świadomość, że pańskie nogi sąsiadują z kobiecymi, to doprawdy wspaniałe uczucie, Aubrey.
Jack zasadniczo zgadzał się z nim. Na lądzie był kobietom oddany całkowicie, a jego uwielbienie płci przeciwnej niegdyś nieomal przywiodło go do zguby. Uwielbiał też sąsiedztwo ich nóg pod stołem, ale w przypadku tej szczególnej pary (niezwykle nadobnej zresztą) i tego obiadu był daleki od komfortu psychicznego. W rzeczywistości troski tego czy innego rodzaju prześladowały go dzisiaj szczególnie dotkliwie, nie pozostawiając wiele miejsca na jego zwyczajową radość życia. Umówiony był bowiem z Laurą Fielding, którą przewiózł z La Valetty na Gibraltar - zabieranie żony innego z oficerów z jednego portu do drugiego było w marynarce powszechnym zwyczajem, niemniej w tym przypadku okoliczności mocno odbiegały od normy. Pani Fielding, ciemnoruda Włoszka, pojawiła się na pokładzie "Surprise" o północy, podczas rzęsistego deszczu, nie mając przy sobie żadnego bagażu. Towarzyszył jej Stephen Maturin, który ani słowem nie wytłumaczył jej obecności, ograniczając się do stwierdzenia, że w imieniu kapitana Aubreya obiecał jej transport na Gibraltar. Jack doskonale wiedział, że jego bliski przyjaciel był głęboko zaangażowany w działalność wywiadu morskiego, i w związku z tym nie zadawał żadnych pytań, przyjmując całą tę sytuację jako zło konieczne. Jak się okazało, było to jednak poważne "zło", gdyż wkrótce zaczęły się szerzyć plotki o romansie Jacka z Laurą, której mąż był wówczas francuskim jeńcem wojennym. Plotki jednak były fałszywe, gdyż choć Jack w pewnym momencie bardzo chętnie dałby im podstawy, Laura nie wyrażała na to ochoty. Tymczasem plotki dotarły na Adriatyk, gdzie mąż Laury, porucznik Charles Fielding, zbiegłszy z niewoli, zasłyszał je na pokładzie HMS "Nymphe". Był to człowiek niebywale zazdrosny, tak więc natychmiast dał im wiarę i podążył w ślad za "Surprise" na Gibraltar na keczu bombowym "Hecla", i zszedł na ląd zeszłej nocy. Zasłyszawszy wieści, Jack natychmiast wysłał parę zaproszeń na obiad na następny dzień, lecz mimo uprzejmej odpowiedzi Laury nie miał wcale pewności, czy o pierwszej trzydzieści w hotelu "Reid", kiedy miał przyjąć swych gości, nie dojdzie do jakiejś niezręcznej sytuacji.
Schodząc na ląd w Ragged Staff tuż po dwunastej, wysłał barkas na "Surprise", po raz dziesiąty powtarzając swemu sternikowi instrukcje odnośnie do porządku oraz czystości i sprawności marynarzy, którzy mieli asystować przy obiedzie. Posiłki w marynarce bowiem, mimo że często ograniczały się do solonej koniny i twardych sucharów, zawsze były spożywane z zachowaniem wszelkich ceremoniałów. Każdy gość i oficer miał do swej dyspozycji służącego, a tym wymogom mało który hotel mógł sprostać. Zauważywszy, że Parade jest niemal pusta, Jack poszedł w kierunku ogrodów Alamedy, chcąc usiąść pod pniem smokowca. Nie chciał na razie wracać na okręt - wiedząc, że jest skazany na wycofanie ze służby, nie mógł na niego patrzeć, nie czując bólu, a co gorsza, mimo jego wysiłków wieści o jego przyszłym losie już się zrozniosły. Wraz z nimi na pokładzie zagościł smutek, a "Wesoła Surprise", jak nazywano okręt w marynarce, była teraz ponurym miejscem. Załoga okrętu, zżyta i mocno zaprzyjaźniona społeczność, miała się wkrótce rozpaść i Jack wciąż rozmyślał nad takim smutnym zakończeniem. Wielu spośród jej członków, osobiście przezeń wybranych wytrawnych żeglarzy, pływało z nim przez długie lata, a niektórzy, jak sternik jego łodzi, steward kapitański i czterech ludzi z załogi barkasu, nawet od początków piastowania przez niego samodzielnego dowództwa. Ludzie ci przywykli do siebie oraz do swoich oficerów, tworząc wspólnotę okrętową, w której kary należały do rzadkości, dyscyplina przychodziła sama z siebie i nie należało jej wymuszać, a znajomość rzemiosła marynarskiego i wyszkolenie artyleryjskie przewyższały wszystko, co Jack do tej pory widział. Ten nieoceniony zespół ludzki miał teraz zostać rozdzielony między dziesiątki innych okrętów, a oficerowie mogli nawet skończyć bez pracy na lądzie tylko dlatego, że wypierająca pięćset ton, trzydziestoośmiodziałowa "Surprise" była fregatą zbyt małą jak na obecne wymogi. Zamiast wzmocnić i przenieść w całości załogę "Surprise" na większy okręt, jak na przykład obiecany Jackowi, wypierający tysiąc ton, trzydziestoośmiodziałowy "Blackwater", czekało ją rozrzucenie po flocie, z obietnicą zaś stało się to, co się zwykle dzieje z obietnicami. "Blackwater" przyznano posiadającemu szerokie koneksje kapitanowi Irby'emu, a Jack, w którego układy wkradł się ogromny zamęt, nie miał żadnej pewności, czy otrzyma jakikolwiek okręt. Nie był już pewien niczego poza tym, że na lądzie czeka na niego połowa pensji i cała góra długów do spłacenia. Jej wysokości, nawet pomimo swego doświadczenia w nawigacji i astronomii, nie mógł jeszcze ocenić, gdyż w sprawę, a raczej sprawy, zamieszanych było kilku prawników, z których każdy prezentował inną ocenę sytuacji. Nagle jego przemyślenia zostały przerwane czyimś kaszlnięciem i nieśmiałą uwagą:
- Dzień dobry panu, kapitanie Aubrey.
Jack podniósł głowę i zobaczył wysokiego, szczupłego człowieka w wieku między trzydzieści a czterdzieści lat. Miał na sobie podniszczony mundur midszypmena, którego białe powierzchnie wypłowiały od słońca, a czapkę unosił na powitanie.
- Nie pamięta mnie pan, sir. Nazywam się Hollom i miałem zaszczyt służyć pod pańskimi rozkazami na "Lively".
Oczywiście! Jack sprawował tymczasowo obowiązki dowódcy na fregacie "Lively" przez kilka miesięcy na początku wojny i w pierwszych dniach swego dowództwa dostrzegł tam owego niezbyt wydajnego i przedsiębiorczego midszypmena ze zdanym egzaminem, służącego jako pomocnik nawigatora. Ich znajomość nie trwała długo, gdyż Hollom podupadł wkrótce na zdrowiu i został przeniesiony na statek szpitalny. Mało kto żałował jego odejścia, być może poza pokładowym nauczycielem, kolejnym starszym midszypmenem ze zdanym egzaminem, i siwowłosym pisarzem kapitańskim, z którym tworzyli własną mesę, z dala od reszty bardziej typowych i głośniejszych nastoletnich midszypmenów. O ile Jack dobrze pamiętał, w Hollomie nie było żadnej zawiści czy sadyzmu, ale brakowało mu też jakiejś cechy wyróżniającej. Był midszypmenem z gatunku tych, którzy się nie rozwijają, nie wykazują widocznej pasji do żeglarstwa, artylerii czy nawigacji ani też nie mają talentu do radzenia sobie z ludźmi. Nie tacy jak on byli chętnie promowani przez swych dowódców. Na długo przed jego pierwszym spotkaniem z Jackiem, życzliwie usposobiona komisja zatwierdziła Holloma do objęcia stanowiska porucznika, lecz samo stanowisko nie pojawiło się nigdy. Była to częsta dola młodych ludzi bez zauważalnych talentów lub też bez patrona czy wpływowej rodziny. Większość tych nieszczęśników po kilku latach porzucała nadzieje i albo starała się o patent nawigatora (jeśli ich znajomość nawigacji i matematyki pozostawała na dobrym poziomie), albo porzucała karierę w marynarce. Hollom jednakże, wraz z grupą sobie podobnych, trzymał się nadziei aż do chwili, gdy było już za późno na jakiekolwiek zmiany. Pozostawali więc wiecznymi midszypmenami, wiecznymi "młodymi dżentelmenami" z roczną pensją trzydziestu funtów, o ile byli w stanie znaleźć kapitana, który by ich przyjął na swój pokład. Jeśli nie mieli tego szczęścia, pozostawali na lądzie bez środków do życia, gdyż midszypmenom nie przysługiwała połowa pensji. W całej hierarchii floty nie było sytuacji mniej godnej pozazdroszczenia i Jack współczuł im głęboko, niemniej prośby, którą niechybnie miał zaraz usłyszeć, oczekiwał z chłodnym sercem. Czterdziestolatek w żadnym wypadku nie pasował do jego kubryka midszypmenów, a poza tym jasne dla niego było, że Hollom nie ma szczęścia i jeszcze mógłby przynieść pecha jego okrętowi. Załoga okrętu była wyjątkowo przesądną grupą ludzi i nie polubiłaby Holloma, a być może traktowałaby go z brakiem szacunku, co mogłoby pociągnąć za sobą pełne wrogości akty niechęci i kary.
Z opowieści Holloma wynikało zresztą jasno, że każdy z kapitanów, pod którymi służył, myślał tak samo jak Jack. Załoga jego ostatniego okrętu, "Leviathana", została rozpuszczona siedem miesięcy temu, a on sam dostał się do Gibraltaru w nadziei znalezienia jakiegoś stanowiska, zwolnionego w wyniku śmierci lub napotkania któregoś z wielu swych byłych dowódców, potrzebujących akurat doświadczonego pomocnika nawigatora. Nie poszczęściło mu się jednak i tak oto doprowadzony był już do ostateczności.
- Niezwykle przykro mi to mówić, lecz obawiam się, że znalezienie dla pana miejsca na moim pokładzie rufowym jest niemożliwe - powiedział Jack. - Tak czy owak, nie widzę w tym sensu, skoro załoga mojego okrętu zostanie rozpuszczona za kilka tygodni.
- Nawet tych kilka tygodni przyjąłbym z radością! - wykrzyknął Hollom z ożywieniem. - Cieszyłbym się nawet, gdyby pozwolił mi pan rozwiesić hamak wśród zwykłych marynarzy - dodał po chwili, przygryzając źdźbło trawy.
- Nie, nie, Hollom, to by nic nie dało - pokręcił głową Jack. - Mogę panu jedynie podarować czek na poczet pańskiego przyszłego pryzowego. Może się to panu przydać!
- Jest pan dla mnie niezwykle uprzejmy, sir - powiedział Hollom, zwierając dłonie za plecami - lecz ja nie jestem…
Jack nie dowiedział się już, czym Hollom nie jest, gdyż przez twarz midszypmena, na której próbował utrzymać wyraz ożywienia, przemknął grymas, i Jack nagle wystraszył się, że zaraz ujrzy łzy.
- Jestem panu jednakże szczerze zobowiązany za dobre intencje. Do widzenia, sir - powiedział Hollom i odszedł, trzymając się nienaturalnie prosto.
- Niech to szlag! Niech to szlag! - mruknął Jack do siebie. - Przecież to cholerny, przeklęty szantaż! Panie Hollom! Panie Hollom! - zawołał głośno, po czym zapisał kilka słów w notatniku, wydarł stronę i powiedział: - Proszę się zameldować do służby na pokładzie "Surprise" przed południem i okazać to oficerowi wachtowemu.
Kilkaset jardów dalej Jack spotkał kapitana Suttona z "Namura". Billy Sutton był jego starym przyjacielem z czasów, gdy obaj jako młodzieńcy służyli na pokładzie HMS "Resolution".
- Na Boga, Billy! - wykrzyknął Jack. - Nigdy bym się nie spodziewał, że cię tu spotkam! Nie widziałem, jak "Namur" wchodzi do portu! Gdzie twój okręt?
- Blokuje Tulon, moje drogie biedactwo. Ponsonby opiekuje się nim w zastępstwie, a ja wracam do Rye na wybory dodatkowe. Płynę na jachcie Stopforda.
Jack pogratulował mu i przez chwilę rozmawiali o parlamencie, jachtach i oficerach pełniących tymczasowe obowiązki dowódcy, po czym Sutton powiedział:
- Wyglądasz na osobliwie strapionego, Jack! Zupełnie jak kotka, co straciła młode!
- Nie przeczę. "Surprise" ma iść do Anglii, wiesz, na wycofanie ze służby lub pocięcie, a ja spędziłem kilka koszmarnych tygodni, przygotowując się do rejsu i zwodząc całe tłumy ludzi, którzy albo chcieli sami popłynąć do domu, albo próbowali to załatwić przyjaciołom czy krewnym. A nie dalej niż pięć minut temu zrobiłem straszne głupstwo, całkiem wbrew moim zasadom - zgodziłem się przyjąć na pokład pomocnika nawigatora w średnim wieku tylko dlatego, że mizernie wyglądał. Cóż za głupi, sentymentalny gest! Na co mi kolejny midszypmen? Jego obecność wprowadzi tylko zamieszanie do mesy i wyprowadzi z równowagi resztę załogi. Na twarzy ma wypisane, że to Jonasz! Dzięki Bogu, że w końcu przypłynęła "Caledonia". Będę mógł wreszcie złożyć raport, a kiedy tylko wróci mój kuter z Mahon, wyjdę na morze, nim jeszcze ktoś wepchnie mi się na pokład. Komendant portu wojennego już próbował mi wcisnąć kilku łajdaków i nieudaczników, próbując przy tym brudnymi sztuczkami wyszarpnąć mi najlepszych ludzi. Jak dotąd opierałem się skutecznie - w końcu okręt może jeszcze trafić na bitwę w drodze między Gibraltarem a kanałem La Manche, a ja życzyłbym sobie, by w niej zabłysnął, ale tak czy owak…
- Kiepsko wyszło z tą akcją w zatoce Zambra, Jack - powiedział Sutton, który nie słuchał jego słów.
- Tak, rzeczywiście - potrząsnął głową Jack. - Wiesz o tym? - spytał po chwili.
- Oczywiście. Twoja szalupa zastała wiceadmirała w Port Mahon, a ten natychmiast odwołał "Alacrity" z blokady Tulonu i odesłał go do głównodowodzącego.
- Mam wielką nadzieję, że okręt dotarł na czas! Z odrobiną szczęścia "Alacrity" mógł roznieść tego wielkiego Francuza. A w tej całej misji było coś cuchnącego, Billy. Wpłynęliśmy prosto w pułapkę.
- Wszyscy to powtarzają. Ludzie z powracającego statku prowiantowego mówili natomiast o wielkim zamieszaniu w La Valetcie. Jakiś wysoko postawiony cywil poderżnął sobie gardło, a pół tuzina innych rozstrzelano. Były to jednak wieści z drugiej lub nawet trzeciej ręki.
- I pewnie nic nie wiesz o moim kutrze? Wysłałem go na Maltę z moim drugim oficerem, kiedy tylko zaczęły się przeciwne wiatry i przestałem się łudzić, że "Surprise" dotrze szybko na Gibraltar.
- Nie, nie wiem nic o tym. Słyszałem natomiast, że twoja szalupa jest na pokładzie "Berwicka", gdyż ten okręt miał się tutaj spotkać z głównodowodzącym. Do wczoraj wieczora żeglowaliśmy wspólnie, aż nagły szkwał złamał mu stengę fokmasztu. Bennet nie miał śmiałości pojawić się przed obliczem admirała z okrętem nie będącym w idealnym stanie, tak więc dał nam znać, byśmy dalej płynęli sami. Ale przy tak zmiennym wietrze - mówił Sutton, patrząc na wysoki grzbiet górski Gibraltaru - jeśli nie przyśpieszy, będzie miał niezłe opóźnienie.
- Billy - odezwał się Jack. - Znasz admirała o niebo lepiej ode mnie. Czy rzeczywiście wciąż jest tak surowy?
- Jest dość surowy - odparł Sutton. - Słyszałeś o tym, co zrobił z midszypmenem, który obrabował korsarza?
- Nie.
- Cóż, kilka łodzi z naszego dywizjonu wzięło abordażem gibraltarskiego korsarza, ale że jego papiery były w porządku, zostawili okręt w spokoju. Jakiś czas potem midszypmen z "Cambridge", przerośnięty szesnastolatek z wielką grzywą, uwielbiający rozgłos wśród marynarzy, powrócił i zmusił załogę korsarza, by wydała jego ludziom ciemnego piwa. Potem, straciwszy chyba rozum do reszty, nałożył błękitną kurtkę kapitana korsarskiego okrętu ze srebrnym zegarkiem w kieszeni i odszedł, śmiejąc się. Dowódca złożył skargę, a zegarek został znaleziony w hamaku owego midszypmena. Uczestniczyłem w tym sądzie wojennym.
- Pewnie wyrzucono go z floty?
- Nie, skądże. Aż tyle szczęścia nie miał. Wyrok brzmiał "odebrać mu rangę midszypmena jak najgorszemu szubrawcowi - przez zerwanie z niego munduru pasami na pokładzie rufowym "Cambridge"". Odebrano mu również przysługujące mu pobory, a wyrok odczytano na każdym okręcie pod dowództwem sir Francisa. Usłyszałbyś go, gdyby nie twa misja w zatoce Zambra. Nie było to jednak wszystko. Widziałem list, który sir Francis napisał do kapitana Scotta, dowódcy "Cambridge". "Sir, niniejszym zostaje Pan zobowiązany do wykonania wyroku, który zapadł decyzją sądu wojennego w sprawie Alberta Tompkinsa. Proszę ponadto nakazać zgolenie jego głowy oraz przyczepienie tabliczki do jego pleców, opisującej pożałowania godny występek, którego się dopuścił. Co więcej, wyłącznym zadaniem Tompkinsa ma być czyszczenie pokładu dziobowego, aż do wydania kolejnych rozkazów w jego sprawie".
- Dobry Boże! - wykrzyknął Jack, myśląc o dziobie osiemdziesięciodziałowego liniowca, gdzie znajdował się wychodek dla ponad pięciuset członków załogi. - Czy ten nieszczęśnik miał jakieś wykształcenie? Z jakiej rodziny pochodził?
- To syn prawnika z Malty, Tompkinsa z sądu admiralicji.
Przeszli kilka kroków w milczeniu.
- Zapomniałem ci powiedzieć, że na "Berwicku" płynie twój były pierwszy - odezwał się Sutton. - Ten, którego awansowano po twoim boju z tym Turkiem. Kieruje się do Anglii, by znaleźć sobie nowy okręt, biedaczysko.
- Pullings! - zawołał Jack. - Ależ się cieszę, że go zobaczę! Trudno o lepszego pierwszego. A co do okrętu…
Obaj pokręcili głowami, wiedząc, że marynarka miała ponad sześciuset commanders - oficerów, których ranga pozwalała na dowodzenie slupami - i mniej niż trzysta samych slupów.
- Mam nadzieję, że na "Berwicku" płynie też kapelan okrętowy - powiedział Jack. - Ten jednooki pastor o nazwisku Martin to wspaniały człowiek i wielki przyjaciel mego lekarza okrętowego.
Po czym zawahał się na moment i zapytał:
- Billy, czy wyświadczyłbyś mi przysługę i dałbyś się zaprosić na obiad dziś po południu? Spotkam się na nim z dość kłopotliwymi osobami i towarzystwo takiego kawalarza jak ty bardzo by mi pomogło. Niezbyt jestem mocny w sztuce konwersacji, jak wiesz, a Maturin ma paskudny zwyczaj zamieniania się w głuchy głaz, jeśli temat rozmowy go nie interesuje.
- Co to za ludzie? - spytał Sutton.
- Spotkałeś się może z panią Fielding w La Valetcie?
- Tą piękną panią Fielding, która uczy włoskiego? - Sutton spojrzał na Jacka, mrużąc oczy badawczo. - Tak, jasne.
- Cóż, przewiozłem ją na Gibraltar, lecz ze względu na kilka durnych plotek - fałszywych, Billy, na mój honor całkiem fałszywych - wygląda na to, że jej mąż stał się wobec mnie podejrzliwy. To właśnie Fieldingowie przychodzą na ów obiad i choć jej list zapewnia mnie, że są zachwyceni zaproszeniem, wydaje mi się, że towarzystwo kogoś, kto słynie z ciętych ripost, mogłoby się przydać. Na Boga, Billy, słyszałem, jak bez śladu napięcia przemawiasz do wyborców w Hampshire! Słyszałem twoje żarty, anegdoty, przekomarzanie się - toż to prawdziwa elokwencja!
Obawy kapitana Aubreya były bezpodstawne. Od czasu przyjazdu jej męża wieczorem aż do obiadu Laura Fielding znalazła sposoby na przekonanie go o swej całkowitej wierności i niesłabnącym przywiązaniu. Fielding podszedł zatem do Jacka z uśmiechem na twarzy, uścisnął jego dłoń i ponownie podziękował za okazaną Laurze uprzejmość. Mimo to obecność kapitana Suttona nie okazała się niepożądana. Zarówno Jack, jak i Stephen przepadali wprost za panią Fielding i obaj poczuli się nieswojo w towarzystwie jej męża. Fielding był bowiem potężnym człowiekiem o ciemnej karnacji, z szerokim czołem i małymi, głęboko osadzonymi oczami i obaj zupełnie nie rozumieli powodów, dla których Laura darzyła go tak wielkim uczuciem, a okazywane mu oddanie sprawiało, że wiele straciła w ich oczach. Żaden z nich nie miał zatem wielkiej ochoty, by podtrzymać rozmowę, co wcześniej było wręcz nie do pomyślenia, a sam Fielding, opowiedziawszy o swej ucieczce z francuskiego więzienia, niewiele więcej miał do dodania - siedział uśmiechnięty, pieszcząc żonę pod obrusem.
W tej sytuacji prawdziwą swą wartość udowodnił Sutton. Jego podstawową kwalifikacją do sprawowania urzędu członka parlamentu była umiejętność długiego przemawiania na dowolny temat w ujmujący, miły sposób, przytaczając ogólnie przyjęte prawdy z ogromną, dobroduszną szczerością. Potrafił również z niezwykłą dokładnością cytować z pamięci projekty ustaw i przemowy innych członków, a zarówno w Izbie, jak i poza nią był wielkim obrońcą interesów marynarki, jeśli kiedykolwiek była ona poddana pomówieniu.
Po usunięciu naczyń z pierwszego dania rozmowa stała się jednak bardzo jałowa i Laura Fielding, świadoma granic cierpliwości swego męża oraz uczuć swych admiratorów, próbowała ją ożywić, krytykując admirała głównodowodzącego za potraktowanie nieszczęsnego Alberta Tompkinsa. Midszypmen był synem jej znajomej z La Valetty, damy, której serce z pewnością pęknie, kiedy usłyszy o losie włosów chłopca.
- …opadały mu na ramiona w przepięknych lokach, żal było je nawet podcinać! - opowiadała. - Sir Francis jest gorszy od Attyli, bezduszny niczym niedźwiedź!
- Och, proszę przestać - powiedział Sutton. - Bywa, że sir Francis jest odrobinę surowy, ale czym by się stała Royal Navy, gdyby wszyscy midszypmeni nosili włosy niczym Absalom, a swój wolny czas spędzali na kradzieży srebrnych zegarków? Po pierwsze, wspinanie się na reje groziłoby im niebezpieczeństwem, a po drugie, flota popadłaby w niełaskę. Sam sir Francis jednakże jest zdolny do wielkiej uprzejmości, zadziwiającej wielkoduszności i pobłażliwości godnej Jowisza. Pamiętasz mego kuzyna Cumby'ego, Jack?
- Tego Cumby'ego z "Bellerophona"? Tego, który otrzymał dowództwo po bitwie pod Trafalgarem?
- Tego samego. Kilka lat temu, proszę pani, gdy w całej flocie szerzyło się pełne niezadowolenia szemranie, a kanał La Manche opuszczały okręty z niezdyscyplinowanymi załogami na krawędzi buntu, sir Francis dowodził eskadrą blokującą Kadyks. Codziennie o dziesiątej rano nakazywał parady oddziałów piechoty morskiej na pokładzie każdego z liniowców. Grano hymn, żołnierze prezentowali broń, odczytywano listy obecności przy zdjętych czapkach, a on sam uczestniczył w tym w pełnym mundurze galowym, w błękicie i złocie. Wszystko to miało na celu przywrócenie dyscypliny i poszanowania porządku, i odniosło skutek. Pamiętam, że raz jeden dowódca podwachty grotmasztu zapomniał się i nie zdjął czapki podczas hymnu, i sir Francis stanowczo nakazał wymierzenie mu kary chłosty. Od tej pory podczas hymnu wszystkie głowy były równie nagie jak wierzch mojej dłoni. Lecz młodzi ludzie czasem postępują bezmyślnie, proszę pani, gdyż jak mówił ojciec Bacon - trudno się spodziewać starej głowy na młodych ramionach. A mój kuzyn napisał lekceważącą satyrę na głównodowodzącego i całą tę ceremonię.
- Tak właśnie było! - zawołał Jack, śmiejąc się serdecznie w oczekiwaniu na zakończenie anegdoty. - Niezły z niego łobuz.
- Ktoś potem zaniósł kopię owej satyry admirałowi, a ten zaprosił mego kuzyna na obiad. Do samego końca posiłku Cumby nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje, aż tu naraz wniesiono wysokie krzesło, a admirał poprosił go, by na nim usiadł i odczytał "to" zebranym, w większości kapitanom mianowanym i oficerom flagowym. Jak zapewne możecie sobie wyobrazić, biednemu Cumby'emu odebrało mowę. Cóż jednak mógł poradzić? Kiedy admirał nakazał surowym głosem: "Dawaj!", Cumby zaczął czytać. Chcesz, bym to powtórzył, Jack?
- Tak, proszę. O ile, rzecz jasna, nie urazi to w niczym pani Fielding.
- Nie sądzę, sir - powiedziała Laura. - Mam ogromną ochotę usłyszeć całą satyrę.
Sutton napił się wina, wyprostował się na krześle i rozpoczął, naśladując głos duchownego wygłaszającego kazanie:
"Pierwsza Lekcja na porannej mszy jest fragmentem trzeciego rozdziału o Dyscyplinie.
1. Sir Francis Ives, admirał głównodowodzący, stworzył postać z błękitu i złota, wysoką na stóp pięć cali siedem, a szeroką na cali dwadzieścia. I ustawiał ją o każdej godzinie dziesiątej na rufie "Queen Charlotte", przed Kadyksem krążącej.
2. A wtedy sir Francis Ives, admirał głównodowodzący, wzywał kapitana i wszystkich oficerów, pastora, marynarzy i żołnierzy, by przybyli oddać cześć postaci, którą sir Francis Ives, admirał głównodowodzący, ustawił.
3. A kapitan, oficerowie, pastor, marynarze i żołnierze przybyli wszyscy, by oddać cześć postaci, którą sir Francis Ives ustawił. I tak oto wszyscy przed postacią stanęli.
 4. A wtedy zakrzyknął kapitan: Wam się to rozkazuje, o oficerowie, pastorze, marynarze i żołnierze, że kiedy głos trąbki, fletu, rogu, klarnetu, bębna, piszczałki czy muzyki innej usłyszycie, czapki swe zdejmijcie i cześć oddajcie postaci z błękitu i złota, którą sir Francis Ives, admirał głównodowodzący, ustawił. A kto czapki swej nie zdejmie i czci postaci nie odda, na gniew admirała głównodowodzącego narazi się niechybnie.
 5. Przeto o tej godzinie, kiedy wszyscy ludzie głos trąbki, fletu, rogu, klarnetu, bębna, piszczałki czy muzyki innej usłyszeli, czapki swe zdejmowali, by cześć oddać postaci z błękitu a złota, którą sir Francis Ives, admirał głównodowodzący, ustawił.
 6. Jednakowoż po tym czasie, poranka jednego przyszedł pewien oficer i oskarżył marynarza jednego, bezmyślnego, choć wielce udatnego.
 7. W te słowa przemówił on do sir Francisa: O admirale głównodowodzący, niech życie wasze nie ma kresu!
 8. Waszym nakazem, o admirale głównodowodzący, stało się, by człek każdy głos trąbki, fletu, rogu, klarnetu, bębna, piszczałki czy muzyki innej słysząc, czapkę swą zdejmował i czcił postać z błękitu a złota, a ten, kto czapki swej nie zdejmie i czci nie odda, na gniew wasz narazi się niechybnie.
 9. Oto jest jeden żeglarz, którego wasza łaska podoficerem uczyniła i pod opiekę mars grotu oddała. O admirale głównodowodzący, onże nieposłuszny wam był dziś rano: czapki swej nie zdjął i postaci czci nie oddał.
10. Sir Francis Ives, gniewem ogarnięty, przyprowadzić dowódcę podwachty grotmasztu nakazał, a oni przyprowadzili go przed oblicze admirała głównodowodzącego.
11. I był sir Francis Ives furii pełen, widząc nieszczęsnego dowódcę podwachty grotmasztu.
12. I przemówił on, nakazując, by greting ustawiono, Regulamin Wojenny odczytano i pomocników bosmana zawezwano. I nakazał pomocnikom bosmana, by "koty o dziewięciu ogonach"* przynieśli.
13. I nakazał, by najmocniejsi spośród ludzi pochwycili i skrępowali dowódcę podwachty grotmasztu i by go tuzinem batów ukarali.
14. A wtedy dowódca podwachty grotmasztu, w samych spodniach będąc i butach, a bez kurty czy koszuli, przywiązany do gretingu został i tuzin batów otrzymał.
15. I cierpiał dowódca podwachty grotmasztu, na gniew sir Francisa Ives, admirała głównodowodzącego się naraziwszy.
Tak kończy się Pierwsza Lekcja". A teraz, proszę pani - powiedział Sutton, mówiąc już normalnym głosem - czas na puentę. Kiedy Cumby dotarł do ostatniego ustępu, admirał, który przez cały czas był poważny niczym sędzia wieszający skazańców, a wraz z nim pozostali oficerowie, wybuchnął naraz śmiechem. Potem kazał mojemu kuzynowi wrócić do Anglii na trzy miesiące urlopu i nakazał przyjść na obiad na pokład okrętu flagowego w dniu, w którym powróci. Oto ma puenta, widzi pani - sir Francis potrafi być surowy, ale też umie być wyrozumiały i nigdy nie wiadomo, jak się zachowa.