Słowo kruka

  • Autor: Bischoff, David
  • Dostępność: Brak
  • 19,00 zł
  • Niedostępny

William Blessing, profesor literatury angielskiej Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Baltimore, jest pasjonatem twórczości Edgara Allana Poegoi podobnie jak on zajmuje się pisaniem opowieści grozy. Ma, niestety, wielu wrogów, a jeden spośród nich wkrótce stanie się powiernikiem i bliskim współpracownikiem profesora oraz jego żony Amy. W sercu młodego Marquette'a jednak skrywa się nienawiść i pragnienia, które doprowadzą do okrutnej zbrodni.
Mocą kruka przywrócony do życia William Blessing musi zemścić się na swych oprawcach, by przywrócić zachwiany porządek i odkryć ostatnią tajemnicę Poego. I dopiero wtedy dane mu będzie zaznać błogiego zapomnienia. Czy wystarczy mu jednak czasu?
Słowo kruka to opowieść o wiecznej miłości, śmierci i zemście. Fascynujące połączenie mitologii kruka, znanej z filmów opartych na kultowym komiksie Jamesa O'Barra i najsłynniejszego spośród utworów Edgara Allana Poego.

Rok wydania: 2004
Stron: 324
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 18
Tłumacz: Robert P.Lipski

Fragment tekstu:

Powieść jest fikcją literacką. Postaci, wydarzenia i dialogi są wytworem wyobraźni autora i nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistym świecie. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych zdarzeń i postaci, żywych bądź zmarłych, jest zupełnie przypadkowe.

 

Dla Deana Koontza mistrza przeszłości, teraźniejszości i przyszłościI machnięcie skrzydłami dla Jimmy'ego Vinesa, Marthy Bayless, Robina Shurtza, Johna Douglasa i Jeffa Connera

 

 

PROLOG

Byłem złamany, złamany śmiertelnie tym przewlekłym konaniem i kiedy w końcu zdjęli ze mnie więzy i pozwolili mi usiąść, uczułem, iż odchodzę od przytomności. Wyrok - straszliwy wyrok śmierci - był ostatnim wyraźnym brzmieniem, które obiło się o moje uszy […] Myśl ta przyszła z cicha i skrycie i miałem wrażenie, że długo trwało, nim objawiła się w nieocenionej swej pełni; kiedy zaś duch mój począł w końcu właściwie je odczuwać i nią się lubować, postacie sędziów, jak na zaklęcie, zniknęły mi nagle z oczu; wielkie świece zapadły w nicość, płomienie ich pierzchły; otoczyła mnie czerń mroków; wszystkie wrażenia zdawały się przepadać w obłędnym rwącym zamierzchu duszy odchodzącej w zaświaty. W końcu wszechświat omglił się nocą, cichością i milczeniem.

Edgar A. Poe, Studnia i wahadło


Dom rozbrzmiewał krzykiem.
Był to jeden z tych mrożących krew w żyłach, rozdzierających krzyków, z których słyną "królowe wrzasku" kina grozy. Dźwięk zdawał się odbijać od okien niedużej kamienicy i wprawiać jej ściany w drżenie. Głęboki bas wstrząsał fundamentami budynku, wysokie zawodzenie sięgało aż do płaskiego dachu, wywołując dygotanie żwiru i papy.
"Tek krzyk - pomyślał Hrabia Miszka - przypomina mi Jamie Lee Curtis".
I rzeczywiście to była Jamie Lee Curtis, której głos wzmocniono i zwielokrotniono tak, że przypominał zew Tarzana. W tym przypadku zmiksowano dźwięki pochodzące z filmów Pociąg grozy i Bal maturalny.
Młodzieniec, ubrany cały na czarno (czarna koszula, czarne buty, czarne dżinsy, czarny podkoszulek, czarny kolczyk w uchu i w nosie, czarne włosy, poczernione oczy, czarna chusta, czarna kurtka - wszystko to w stylizowanym, gotycko czarnym, lśniącym odcieniu, choć błyszczące kolczyki trochę za bardzo uwydatniały jego odstające uszy a la książę Karol albo Alfred E. Neuman), zachichotał.
Raz jeszcze nacisnął przycisk nowo zamontowanego alarmu przy drzwiach.
Inny kobiecy krzyk, tym razem znacznie krótszy, gwałtownie urwany, jakby jakiś zabójca odrąbał nieszczęśniczce głowę.
Brinke Stevens i Linnea Quigley? Tak, bez wątpienia. Miłe i seksowne, nawet pomimo przerażenia. Zwłaszcza, gdy w grę wchodziło przerażenie.
Tak. Pychota.
Nad zaciszną dzielnicą Baltimore powoli zapadał szary, jesienny zmierzch. W jakimś zaułku ujadał pies. Kobieta w kapturze, pochylając głowę, zmierzała na spotkanie przeznaczenia. Od strony placu budowy, kilka przecznic stąd, napływała z wiatrem woń świeżego asfaltu. Zbłąkana mewa, która nieco oddaliła się od zatoki, zniżyła lot nad dachami Fells Point.
Ściskając swój łup pod lewą pachą, Hrabia Miszka, znany swoim rodzicom i władzom jako Richard Mark Henneman, prawą ręką wsunął klucz do otworu zamka.
Klucze zabrzęczały i drzwi otworzyły się. Ostatni krzyk z zamontowanego przez Hrabiego alarmu rozpłynął się pośród cieni niczym dym.
Wnętrze domu zdawało się przepełniać lodowate zimno.
Richard wzdrygnął się, zdjęty czymś więcej aniżeli tylko chłodem.
"Co, u licha? - pomyślał. - Czyżby dom był nawiedzony?
Ale ekstra".
Chłopakom to się spodoba.
Już od roku Richard Henneman należał do samozwańczej, miejscowej "elitarnej" grupy, nazywającej siebie Wyznawcami Gotyku - postpunkowej subkultury lubującej się we wszystkim co mroczne, posępne i złowrogie, odrzucającej głównonurtowy komercjalizm na rzecz równie sztywnych narcystycznych obsesji, nietolerancji wobec innych grup i niezdrowego zamiłowania do czarnego lakieru do paznokci. Ostatnimi czasy Wyznawcy Gotyku stali się szczelniej zamkniętą grupą. Byli ze sobą związani nie tylko poprzez krew… lecz również przez pieniądze. Przez duże pieniądze. A w przyszłości zapowiadały się jeszcze większe. Tak, Wyznawcy Gotyku w błyskawicznym tempie przeradzali się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.
A wszystko to za sprawą pewnego drobnego morderstwa.
"Jakie to cudowne!"
Hol w domu Hrabiego był cały we krwi.
Obwieszony plakatami z filmów gore.
Na plakatach szczerzył okrwawione kły Drakula w najsłynniejszych interpretacjach, od Beli Lugosiego i Christophera Lee po Gary'go Oldmana. Przerażone kobiety o dużych, często obnażonych biustach, z przeraźliwym krzykiem unosiły w górę ręce. Obok tych plakatów widniały oprawione w ramy kolaże sporządzone przez Richarda z odbitych na ksero zdjęć z najsłynniejszych filmowych magazynów fanowskich - "Fangorii", "Shives", "Midnight Marguee", "European Trash Cinema" i ich mniej znanych odpowiedników. Efekty specjalne i hektolitry krwi. Masakra w technikolorze. Odrąbane głowy. Ciała z wyprutymi wnętrznościami. Śliniące się monstra, wlokące za sobą pęta zazwyczaj cudzych jelit.
Sztuka, czysta i prosta.
Zatrzymane w kadrze perełki filmowej popkultury.
Chichocząc pod nosem, Hrabia zapalił światło w salonie, kopniakiem zatrzasnął za sobą drzwi i ruszył w stronę najświętszego sanktuarium, czyli innymi słowy zestawu kina domowego. Skłonił się przed tłustym Buddą siedzącym na telewizorze.
- Dzisiejszej nocy zapalę wiele kadzidełek, o Oświecony!
Cisnął swoje skarby na kanapę, wyjął nową płytę Iggy'ego Popa - no dobrze, nie była znowu taka nowa; to były remiksy Raw Power, wydana po 20 latach reedycja albumu, który (zdaniem najzagorzalszych fanów) został zepsuty przez Davida Bowie usiłującego nadać mu komercyjne brzmienie w dawnych, dobrych czasach, kiedy pan Pop wciąż nazywany był Iggy Stooge.
Hrabia włożył płytę do odtwarzacza i wcisnął guzik random play (najważniejsze odkrycie nowoczesnej techniki, odkąd wynaleziono zdalnego pilota). W jednej chwili z nowego systemu głośników marki Bose popłynęły protopunkowe dźwięki kapeli Iggy'ego i The Stooges.
- Rozkołysz mój świat, Iggy! - rzucił Hrabia. Skokami pogo pokonał wąską przestrzeń jadalni i wpadł do kuchni, gdzie otworzył lodówkę Sears Hotpoint, wyjął puszkę fostersa i szarpnięciem za kółko wyrwał otwór w wieczku, aż na ścianki puszki pociekła piana. W dawnych, dobrych czasach pijał National Boh. Teraz wybierał tylko to, co najlepsze. - Dalej, Iggster, daj czadu! - Wybuchnął śmiechem, a piwo spłynęło po jego podbródku i koszuli.
The Stooges posłusznie wykonali polecenie, na swój elektroniczny sposób. Rozległo się pulsowanie basówki, zabrzmiały ostre gitarowe riffy. Perkusja zadudniła aż miło.
- I am the world's forgotten boy! - wrzasnął Iggy.
Głos Iggy'ego zatrząsł ścianami, na których wisiały plakaty gwiazd gotyckiego rocka, muzycznej Czarnej Fali: The Sisters of Mercy, The Cure, The Mission, The Damned, Bauhaus i nowsze kapele w rodzaju Switchblade Symphony, Laibach, Chem Lab, Attrition, Lycia, Dorian Gray, Die Laughing, London After Midnight, a nawet stare, ale jare postacie, wśród nich David Bowie (no co? Trent go lubi), Kiss czy Alice Cooper (Marilyn Manson powinien wypłacać im tantiemy z tytułu zawłaszczenia ich numerów), świadczące o korzeniach jego muzycznych gustów.
Głos Iggy'ego zatrząsł regałem, na którym stały książki z nowelizacjami filmów i serie oparte na znanych cyklach telewizyjnych. Było wśród nich także kilka powieści grozy. Iggy zatrząsł półkami uginającymi się pod stertami komiksów w plastykowych przezroczystych koszulkach. Iggy zatrząsł stojakami z kompaktami i płytami analogowymi. Iggy zatrząsł też regałem na multimedia, mieszczącym setki kaset wideo, stojącym opodal trzydziestojednocalowego odbiornika Sony i kilku magnetowidów, odtwarzaczy oraz sprzętu DVD.
Iggy zatrząsł tym wszystkim.
Zgromadzona przez Hrabiego kolekcja popkulturowej papki nie mieściła się już w salonie i zaczęła rozszerzać swe granice na terytorium jadalni. Na schodach walały się sterty kaset wideo i płyt kompaktowych, a wokoło pełno było komiksów, plakatów, figurek, japońskich robotów i innych różności.
Wiele z tych rzeczy pochodziło z kradzieży.
Richard był urodzonym złodziejem. Kradzieże w sklepach uważał za swoją specjalność. Jeszcze będąc dzieckiem, odkrył w sobie zamiłowanie do komiksów, niestety jego potrzeby dalece wykraczały ponad możliwości finansowe. Mając zręczne ręce, obszerny płaszcz i będąc szybki w nogach, stwierdził, że jeśli chodzi o kradzieże, odznaczał się prawdziwym talentem. To, czego nie chciał zatrzymać, sprzedawał lub wymieniał, zapoczątkowując w ten sposób swoją oszałamiającą dziś kolekcję. Mając 14 lat, włamał się nocą do sklepu z komiksami, przeciął kłódkę w magazynie z najcenniejszymi zbiorami i skradł prawdziwe perełki: pierwsze wydania komiksów z DC, Mervel, a nawet klasyczne numery wydawnictwa EC z lat pięćdziesiątych. Zanim skończył 18 lat, miał już tyle komiksów, książek, płyt, kaset i kompaktów, że uruchomił w swoim pokoju w kampusie uczelnianym sklepik, koncentrując się głównie i z premedytacją na zeszytach wydawnictwa Image (ach, te cudowne okładki w wielu wersjach!) w okresie jego rozkwitu na rynku komiksowym.
Niestety, na drugim roku relegowano go z uczelni za rozliczne wykroczenia. Nie przejął się tym jednak i kontynuował swoje przestępcze poczynania, doskonaląc warsztat, a równocześnie powiększając swoje zbiory - wciąż jednak było mu mało, łaknął coraz to więcej i więcej, a co za tym idzie ograniczał zakres swych zainteresowań, stał się ofiarą własnych kompulsywnych pragnień.
I oto któregoś dnia spotkał Wyznawców Gotyku, a raczej Le Salon des Gothiques, grupę osób spotykających się w piwnicy pod barem należącym do niejakiego Baxtera Brittle'a. Wspomniany Brittle bardzo szybko poznał się na jego talentach. Okazał się lubiącym zaglądać do kieliszka artystą i zarazem szefem wydawnictwa Tome Press, którego zbiory opowiadań leżały w sferze zainteresowań Hrabiego, i który niedawno odziedziczył w spadku bar Pod Pijanym Marynarzem (to właśnie w piwnicy pod tą knajpą odbywały się spotkania ich grupy). Richard Henneman, do niedawna odludek i mól książkowy, zaczął coraz bardziej lgnąć do ludzi, którzy przyjęli go jak swego. Przybrał pseudonim "Hrabia Miszka". Zdarzyło mu się nawet, że został należycie obsłużony przez miłośniczki gotyku, zwabione barwną osobowością Brittle'a i obietnicą darmowych drinków.
Jednakże dopiero w ubiegłym roku, gdy przystąpił do tajnego kręgu wtajemniczonych w grupie Baxtera Brittle'a, jego sytuacja finansowa uległa znacznej poprawie. Nabył niedużą rezydencję w Fells Point i przeniósł tu wszystkie rzeczy ze swojego dawnego mieszkania. Prawdą jest, że już wkrótce będzie musiał powiększyć przestrzeń magazynową i wynająć coś większego, ale przez jego ręce przepływało tyle rozmaitych towarów (niektóre, tak jak tej nocy, nabył drogą kupna), że mógł nadal zajmować się sprzedażą i zyskiwać na tym dodatkowe pieniądze oprócz tych, które zarabiał w wydawnictwie.
Iggy zatrząsł skarbczykiem na książki.
Było to prawdziwe dzieło sztuki, dębowy antyk, prezent od Tome Press. ("W uznaniu szczególnych zasług" - jak stwierdził Brittle). Zamki wymieniono na nowe, a wnętrze uczyniono całkowicie szczelnym i odpornym na działanie wilgoci. Było wręcz idealne do przechowywania rzadkich książek, tak jak gabloty, w których William Blessing trzymał swoją kolekcję dzieł Poego.
Iggy Pop wciąż śpiewał o penetracji i czynnościach kopulacyjnych, a Hrabia zaśmiał się w głos. Kręcąc głową, zachichotał i włożył kartę magnetyczną do nowoczesnego otworu skarbczyka. Otworzył go i spojrzał na najcenniejsze ze swych zbiorów.
"Spójrzcie tylko!" - pomyślał. Pierwsze wydania. Sygnowane pierwsze wydania! Najlepsza inwestycja kolekcjonerska, jej wartość była gwarantowana i niewątpliwa. Dzieła różnych pisarzy, od Stephena Kinga poprzez Anne Rice, Clive'a Barkera, Deana Koontza, Ramseya Campbella, Roberta Blocha, Shirley Jackson po Richarda Mathesona. Nowiutkie, w większości nigdy jeszcze nie czytane egzemplarze, zaopatrzone w podpis autora, były lepszą inwestycją niż giełda czy lokaty kapitałowe. Znajdowało się tu pierwsze wydanie Drakuli Brama Stokera z sygnaturą autora. Dzieła Ambrose'a Bierce'a i Lovecrafta. Tuziny najcenniejszych kolekcjonerskich egzemplarzy powieści i zbiorów opowiadań grozy. Same perełki. O tak.
Wspaniałe rzeczy. Najwspanialsze.
Jednakże naprawdę odlotowy materiał trafił w jego ręce całkiem niedawno. Super rzeczy… Najcenniejsze, najstarsze… najbardziej magiczne…
I to za darmo!
Oto one - pierwsze pełne wydanie dzieł Edgara Allana Poego. Pochodziło z epoki, kiedy pierwsze wydania liczyło się w setkach egzemplarzy i często pochodziły one z prywatnych edycji. Owoc owej przerażającej nocy sprzed czterech miesięcy, której tragiczny przebieg przyniósł w efekcie im wszystkim niewiarygodny sukces i naprawdę duże pieniądze.
Tej nocy również, tak jak poprzednich, powiódł palcami po skórzanych grzbietach starych, wykonanych na zamówienie osłonek (same w sobie były cennymi pamiątkami z przeszłości), które chroniły delikatne woluminy przed niszczącym wpływem światła, powietrza i dotykiem nieostrożnych rąk. Przepełniło go uczucie uniesienia, elektryzujące ożywienie, jakby wewnątrz tych reliktów przeszłości wciąż jeszcze tliła się wyczuwalna do dziś magia, jakby przepełniająca je niegdyś energia nie wygasła nawet teraz. Kto by pomyślał, że zabójstwo i kradzież może przynieść kolekcjonerowi tak wiele szczęścia?
Wydawnictwu Tome Press wiodło się ostatnio wyśmienicie, a ich oferta stale się powiększała. Richard Mark Henneman jako członek Wewnętrznego Kręgu był obecnie wiceprezesem do spraw projektów specjalnych. Oznaczało to, że prócz kontroli nad sprawnym przeistaczaniem się małego wydawnictwa w molocha musiał mieć on pieczę nad innymi ścieżkami rozwoju firmy. Nie ulegało wątpliwości, że pragnieniem Hrabiego, jako miłośnika muzyki i wielbiciela filmów, będzie udział w produkcji. A sądząc po idiotach, którzy robili obecnie w tej branży, nie mogło to być bardzo trudne, stwierdził Hrabia. Właśnie dziś rozmawiał ze studentami filmówki o Tome Press mającym wyprodukować swój pierwszy film grozy. Był pewien, że pozyska do zrobienia muzyki do filmu którąś z tych jednoosobowych studyjnych kapel w rodzaju Trust Obey, a następnie podpisze kontrakt na płytę ze ścieżką dźwiękową z Projektem, Tess lub Kleopatrą. Możliwości były nieograniczone.
Rany, ale jazda!
Dotyk dzieł Poego był niczym pławienie się w strugach mocy.
"Nieograniczonej, surowej mocy. Ale ekstra!"
Wyznawcy Gotyku sp. z o.o. już wkrótce sięgnie gwiazd!
- Gotowy na ostrą jazdę, Iggy? - spytał Hrabia, zamykając skarbczyk.
W odpowiedzi Iggy ryknął, jęknął i beknął.
- Give me danger, little stranger - zaśpiewali unisono.
Upił kolejny łyk fostersa, po czym wślizgnął się do salonu. Następnie zrobił krok w tył i miękko opadł na kanapę (postawiwszy uprzednio puszkę piwa na stolik do kawy, którego blat zasłany był stosem Wielce Potrzebnych Rzeczy).
Sięgnął po jeden z pilotów.
Wymierzyć. Nacisnąć guzik. I już po Iggym!
Wybrał kolejny przycisk i na trzydziestojednocalowym ekranie telewizora pojawiła się scena z Wywiadu z wampirem. Hrabia powtórzył wraz z Bradem Pittem zapamiętany fragment dialogu, po czym znów pociągnął łyk piwa z puszki.
Tak, po ciężkim dniu harówki nadszedł czas na odrobinę odpoczynku. Potem wpadnie do Fletchera, gdzie grała nowa, interesująca go kapela Death on Two Legs. Spróbuje coś poderwać, trochę się zabawi… Kto wie? Może znajdzie jakąś chętną panienkę (jego osobisty cel: uczciwa, seksowna laska ze strony internetowej Gotycka Lala Tygodnia), po czym wróci z nią do swojego kawalerskiego gniazda, by oglądać zwiastuny horrorów z lat sześćdziesiątych i uprawiać dziki, namiętny seks.
Nie ma jak obiecujący wieczór!
Z głośników popłynęła złowieszcza muzyka towarzysząca wydarzeniom rozgrywającym się na ekranie, a Hrabia stwierdził, że ogarnia go zmęczenie spotęgowane wypitym piwem. Lubił spać, ale wolał robić to za dnia. Noc w jego mniemaniu służyła do innych celów. Otwierała tak wiele nowych perspektyw…
Kiedy zapadł w drzemkę, przyśniło mu się, że frunie na grzbiecie wielkiego czarnego ptaka. Istota leciała ponad spowitymi w opary mgieł krainami, pełnymi tajemniczych zamków i barwnych tęcz. W mrocznych jaskiniach rozbrzmiewał huk grzmotów i łoskot muzyki heavymetalowej.
"Inny świat - pomyślał. - Zdumiewające".
Sny były dobre. Nawet koszmary.
A może przede wszystkim koszmary.
- Bądź co bądź - wymamrotał bełkotliwie, budząc się z drzemki - gdyby nie one, nie siedziałbym w tym interesie.
Leniwie sięgnął po puszkę fostersa, by zmusić swój otępiały umysł do żywszego działania. Jego dłoń napotkała pustkę w miejscu, gdzie powinno stać piwo.
- Co u licha? - rzucił bełkotliwie, podnosząc się.
- Tego szukasz? - zapytał głos. Ciemna postać podeszła bliżej i wcisnęła mu puszkę do ręki. - Przyniosłem ci nową, Hrabio. Ciepłe piwo to zgroza, kiedy budzisz się z drzemki.
W domu jest ktoś jeszcze…
Kto?
Hrabia uniósł wzrok, nie ruszając się ze swego miejsca na kanapie.
Postać, zdawać by się mogło, podpłynęła do niego.
Światło wpadające z jadalni tworzyło nimb wokół jego ciała, ale głowę spowijały nieprzeniknione ciemności.
Skądś (z pierwszego piętra?) dobiegł trzepot skrzydeł.
Klik.
Szczęknęły uruchamiane tryby.
- Hej, koleś. Nie mam nic, co warto by ukraść. Trochę kasy, tyle co w kieszeni, telewizor i… - Odwrócił się i wskazał w stronę swego ulubionego zestawu telewizyjnego. Tam, gdzie jeszcze niedawno znajdował się nowiutki Sony XBR, widniała obecnie tylko pusta przestrzeń. - O! Już go zabrałeś.
Zaczął wstawać.
Postać nachyliła się ku niemu.
I przytknęła mu do nosa Hecklera and Kocha HK-4.
Hrabia ponownie osunął się na kanapę.
Rozpoznał tę broń.
Należała do niego.
- O cholera. Wygląda na to, że ty tu rządzisz. Chyba zabierzesz, co zechcesz, zgadza się?
- Wiem dokładnie, czego chcę, panie Henneman. Tak się naprawdę nazywasz, Hrabio, mam rację? Richard Mark Henneman.
Głos mężczyzny był oschły, chrapliwy i dziwnie zniekształcony… jak po przeróbce przez speca od efektów specjalnych - zawierał w sobie całą głębię gniewu, a słowa zdawały się cedzone przez zaciśnięte zęby.
- Tak. Tak, to ja. - Lufa broni była zimna i twarda, boleśnie wpijała mu się w nos. To było okropne. - Posłuchaj, nie chcę wchodzić ci w paradę. Wybacz. Bierz, co chcesz, dobra? Wisi mi to. Tylko mnie nie zabijaj.
- Nie?
- Nie! To… byłaby głupota!
- Doprawdy?
- Co jest? Chcesz mi namieszać w głowie czy jak? Przecież mówię, bierz, co chcesz. Mogę nawet sam pokazać ci wszystko, zgoda? Tylko zabierz mi tę spluwę sprzed nosa.
Broń odsunęła się od jego twarzy.
Postać cofnęła się.
Wyglądało na to, że miał przed sobą Mrocznego Mężczyznę w ciemnym płaszczu, ale gdy się cofnął, ciemność skrywająca jego oblicze nieco się rozrzedziła. To był starszy mężczyzna o mocno naprężonej, postarzałej skórze. Nosił ciemne okulary. Czyżby zamierzał go okraść jakiś emeryt?
"Ale ekstra!"
- Posłuchaj, dziadku. Obiecuję, że nie będę sprawiał kłopotów. Możesz nawet zatrzymać spluwę. Kosztowała mnie trochę grosza, ale co tam…
"Żałuję tylko, że nie miałem jej stale przy sobie. Twój mózg byłby teraz rozbryźnięty na wszystkich ścianach…"
Zapewne nie zdobyłby się na to, aby nacisnąć spust, ale ta myśl poprawiła mu nastrój i pomogła przezwyciężyć strach. Mick Prince pomógł mu kupić broń i miał go nauczyć, jak z niej korzystać. Mick pokazywał Hrabiemu wiele nowych, interesujących rzeczy.
Hrabia żałował, że nie było tu z nim teraz Micka. On wiedziałby, co robić.
- Nie masz pojęcia, kim jestem! - zawołał mężczyzna. - Nie masz zielonego pojęcia!
Bez ostrzeżenia wykonał zamaszysty gest ręką, w której trzymał broń, strącając ze stolika książki, taśmy, kasety i pudełko z narkotykami.
Wszystkie te rzeczy posypały się na podłogę.
Dwie szklanki roztrzaskały się o ścianę.
Jak na starego grzyba ten typ miał niezłą krzepę!
Hrabia skulił się na kanapie. Zaparł się o nią mocno obiema stopami, jakby chciał odpełznąć tyłem w bezpieczne miejsce.
Z niewiarygodną szybkością Mroczny Mężczyzna wyciągnął rękę i schwycił go za połę koszuli. Następnie przyciągnął Hrabiego do stolika do kawy i rozciągnął go na blacie.
Hrabia był tak oszołomiony, że prawie nie zarejestrował tego, co oprawca zrobił później. Spróbował wstać, ale wkrótce zorientował się, że został mocno związany. Kilka pasów unieruchomiło go, rozciągniętego na blacie stolika. Mógł jedynie poruszyć głową, dłońmi i stopami, i to w ograniczonym zakresie.
- Cholera! I jak mam ci teraz pokazać potencjalne fanty? - poskarżył się. Obrót wypadków ani trochę nie przypadł mu do gustu, ponura rzeczywistość zaczynała dawać o sobie znać.
- Wiem dokładnie, czego chcę i gdzie to jest - odparł Mroczny Mężczyzna. - Póki co, potrzeba mi tylko paru rzeczy, które mogę wydobyć jedynie z twojego mózgu.
- Eee. Że co? Chcesz informacji? Ale na jaki temat? Jezu…
Przybysz wydawał się dziwnie mroczny, jakby rozmyty, niewyraźny. W całym pokoju płonęły ceremonialne świece, choć wyżej, pod sufitem zalegała ciemność. Hrabia wyczuł tam jakiś kształt, obecność, potężną i złowieszczą.
Oprawca milczał przez chwilę; być może po to, aby jad zgrozy zaczął wsączać się powoli do serca jego więźnia.
Ukląkł przy nim.
- Dysponuję teraz mocami… dziwnymi mocami… postrzegam wszystko inaczej niż wcześniej… za życia… - oznajmił posępnym szeptem. - Za życia, panie Henneman… Hrabio Miszko… wydawało mi się, że poza grzechami i pomniejszymi bezeceństwami, które wsnułeś w materię kosmosu, istnieje większe zło będące twoim przeznaczeniem. Wyobraź sobie, Hrabio… wyobraź sobie, co by było, gdyby wcześniej rozpoznano w Josephie Goebbelsie łotra, jakim stanie się za czasów Trzeciej Rzeszy. Czyż ten świat nie byłby lepszy, gdyby zawczasu unicestwiono tego łajdaka? Ciach, ciach. Nożyce przecinające nici ludzkiego żywota są nieubłagane, Hrabio. Niestety, zwykle bywa tak, że są one wprawiane w ruch zbyt późno. I świat wciąż na tym traci. Całkiem poważnie rozważam tej nocy wyręczenie owych nożyc dla dobra świata.
Mroczny Mężczyzna wyjął pokaźnych rozmiarów sekator, którego ostrza zalśniły w blasku świec.
- Jezu! Co chcesz z tym zrobić? - wychrypiał Hrabia. - Posłuchaj, przecież już mówiłem…
- Nie masz pojęcia, kim jestem, prawda? - spytał oprawca. - Pozwól, że cię oświecę. - Zaczął zbliżać się ku niemu. - Jestem doktorem Phibesem, panie Henneman. Jestem upodlonym aktorem szekspirowskim z Krwawego teatru Vincenta Price'a. Jestem Peterem Cushingiem z Opowieści z krypty. Jestem Claude'em Rainsem z Upiora w operze. Mógłbym jeszcze długo tak wyliczać, Hrabio. Czy moje nawiązania filmowe są dla ciebie dostatecznie wymowne?
- Co ty… ja nic… To wszystko nie ma sensu! - wykrztusił Hrabia.
Ciach, ciach, szczęknęły nożyce.
Mroczny Mężczyzna ukląkł przy nim i zdjął ciemne okulary.
Blask świec padł na szarą, łuszczącą się skórę. Hrabia poczuł słodkawo-mdlącą woń zgnilizny. Spojrzał w oczy przybysza i ujrzał coś, co rozpoznał, coś sprzed kilku miesięcy.
A potem przypomniał sobie te oczy.
Otworzył usta, aby coś powiedzieć, a w najgorszym razie krzyknąć, ale spomiędzy jego warg nie wydobył się żaden dźwięk. "O Boże, o Boże, o Boże…"
- Chyba mnie jednak poznajesz, Richardzie, widzę to w twoich oczach - rzekł Mroczny Mężczyzna. Powoli znów nałożył okulary i podniósł się. - To pokrzepia moją duszę. Myślę, że moja śmierć może jednak przynieść jakieś korzyści. I właśnie dlatego jestem teraz tutaj. Nie wróciłem tylko po to, by się mścić. Nie żądam wyłącznie odkupienia. Przybyłem dla dobra przyszłych pokoleń!
Wciąż sparaliżowany zgrozą i niedowierzaniem Hrabia patrzył, jak mężczyzna wyciąga coś z kieszeni. Był to pilot od jego telewizora… Co on zamierzał z nim zrobić…?
Klik. Klik.
Mroczny kształt, który wyczuł wcześniej Hrabia, wiszący w ciemnościach pod sufitem, ukazał się nagle jego oczom. Był to jego masywny Sony XBR, podwieszony jakimś sposobem dzięki przewodom i kablom na haku sufitowej lampy. Na ekranie Peter Cushing w roli Van Helsinga z rozwianymi dziko włosami i pokaźnym kołkiem w dłoni walczył zaciekle z Christopherem Lee w roli Drakuli.
Ogromny telewizor wisiał jakieś sześć metrów nad głową Richarda Hennemana.
Mroczny Mężczyzna zaczął recytować:
- "Ujrzałem tam zjawisko, które mnie przejęło zdumieniem i przerażeniem. […] Zauważyłem także, iż dolny jego koniec miał kształt półksiężyca, wykutego ze lśniącej stali, którego długość od jednego krańca do drugiego wynosiła mniej więcej stopę; zakończenia jako też brzeszczot dolny były widocznie wyostrzone na podobieństwo brzytwy. Był on osadzony na potężnym, brązowym trzpieniu i kołysał się, z sykiem przecinając powietrze". Pora na teleturniej, panie Henneman. Skąd pochodzi ten cytat?
- N-n-nie wiem… - wykrztusił Hrabia.
- Może powinienem podejść do tematu za pośrednictwem mediów, z którymi jesteś obeznany.
Nagle na ekranie pojawiły się krótkie sceny z filmu, który Hrabia miał okazję widzieć. Vincent Price w kapturze. Kamienne schody… loch… kobieta z dużym biustem… naga…
- Studnia… - odparł. - Studnia i wahadło.
- Zgadza się, Hrabio - rzekł Mroczny Mężczyzna. Sięgnął w górę ręką, w której trzymał sekator i mocno pchnął odbiornik. Telewizor zaczął kołysać się w przód i w tył, w przód i w tył.
Pulsujące światło.
- Znamy klasyczną ekranizację Rogera Cormana… i nieco nowszą wersję Stuarta Gordona - rzekł Mroczny Mężczyzna. - Że nie wspomnę o wariacji na temat, którą kilka lat temu nakręcił Dario Argento.
W tył i w przód.
W tył i w przód.
Pulsujące światło padało na suchą, spękaną skórę twarzy mężczyzny, odbijało się w szkłach jego ciemnych okularów.
- Co to ma być? - zawołał Hrabia. - Baxter! Czy to jakaś sztuczka? Baxter? Czy to przykład twojego spaczonego poczucia humoru?
Telewizor wciąż kołysał się w tył i w przód, przewody, na których wisiał, ocierały się niebezpiecznie o ostrze sekatora.
W tył i w przód.
Pulsujące światło.
Na ekranie wciąż pojawiały się kolejne obrazy: stare horrory z Universalu, upiorne sceny z Nocy żywych trupów, z filmów o potworach z lat pięćdziesiątych, z filmów o maniakalnych mordercach z lat osiemdziesiątych, z filmów według Stephena Kinga i Clive'a Barkera oraz z zapomnianych filmów, które nabywał z Sinister Cinema i Video Search w Miami, o których czytał w "Video Watchdog"…
Obrazy pojawiały się i znikały…
Pulsujące światło.
- To zaiste rozkosz dla spragnionych oczu, Hrabio! Ból, krew i zgroza w dziewięćdziesięciominutowych dawkach! Cóż za dekadencka zabawa, nie uważasz? Ale to nic w porównaniu z udziałem w mojej melodramatycznej scenie śmierci. To nic w porównaniu z szaleńczą przejażdżką na pełnym gazie autostradą do piekła.
- Przestań! - krzyknął Hrabia. - Skończ już z tym!
- Może. Może cię puszczę, jeśli powiesz mi, gdzie są pozostali twoi kolesie. Jak na przykład ten… Markiz… Nazywa siebie Markizem, prawda?
- Znajdziesz go w klubie Krzyż - odpowiedział Hrabia. - Tak. W dni powszednie zwykle tam właśnie spędza czas.
- Dziękuję.
Mimo to jednak Mroczny Mężczyzna, podający się za powstałego z grobu Williama Blessinga, nie uwolnił Hrabiego z więzów.
- Hmm. Widzę, że zbierasz również współczesne wzorce kultury… komiksy.
Mężczyzna pokuśtykał w stronę regału i wyciągnął plik zeszytów.
W tył i w przód…
Szuu… szuuu…
Sony przecinał powietrze nad jego głową z regularnością metronomu.
- Och, cóż ja widzę? Toż to "Sandman" Neila Gaimana. - Ponownie zbliżył się do Hrabiego i położył plik komiksów na jego piersi. - W tych numerach pojawia się bardzo milutka postać zwana Śmiercią. Pozwól, że zaproponuję ci pewien układ. Jeśli wyjaśnisz mi, o co naprawdę chodzi w tych komiksach, co one naprawdę sobą przedstawiają, puszczę cię!
- Co takiego?
- Dla mnie jest to oczywiste, ale ja jestem profesorem literatury angielskiej. Może jeśli spytam o to wiernego miłośnika, dowiem się czegoś nowego, co wcześniej przeoczyłem. Co ty na to?
Hrabia był przerażony. Jak miał wyjaśniać symbolikę Śmierci w popularnym komiksie, gdy nad jego głową jak miecz Damoklesa wisiał pięćdziesięciokilogramowy telewizor?
- Więc… eee… Sandman jest… władcą snów… i… pojawia się… w różnych fajnych miejscach… są nawiązania do rozmaitych mitologii… no i… to jest… takie fajne… i… no… głębokie…
- Chyba jednak nie dowiem się od ciebie niczego ciekawego - stwierdził jego oprawca ze smutkiem w głosie. - Jaki jest sens zbierać coś, czego nawet nie rozumiesz? Uważasz, że to jest fajne, bo innym się podoba, czy dlatego, że ty to lubisz? Rozumiesz, o co mi chodzi? Wkrótce zrozumiesz.
To rzekłszy, Mroczny Mężczyzna uniósł rękę i jednym szybkim ruchem sekatora przeciął przewód i kabel. Ciach.


Trzydziestojednocalowy telewizor Sony XBR z niezwykłą prędkością, jakby opadał z wielkiej wysokości, runął w dół, nie dokończywszy wahadłowego ruchu.
Mroczny Mężczyzna patrzył.
Nie czuł ani radości, ani satysfakcji.
Nie czuł również smutku czy żalu.
Krawędź odbiornika uderzyła w twarz spętanego Hrabiego jak kowadło spadające na jabłko, miażdżąc najpierw czaszkę więźnia (krew i mózg rozbryznęły się wokoło), a następnie fragment blatu stolika.
Przy wtórze trzasku rozłupywanych kości i drewna oraz chrzęstu przywodzącego na myśl pękający melon telewizor złamał stolik, przez co ciało mężczyzny gwałtownie poderwało się do góry, ale wciąż przypięte pasami zaraz znów opadło na blat. Szkło rozprysło się w drobny mak, odłamki dosięgły nóg starszego mężczyzny. Mimo że wbijały się w jego ciało i rozcinały skórę, nie odczuwał bólu.
Z telewizora i przeciętego kabla buchnął snop iskier. Kłęby czarnego dymu spowiły ludzkie szczątki i krew na podłodze.
Wreszcie przy wtórze głośnych trzasków wyładowania elektryczne ustały. Nogi Hrabiego wierzgnęły konwulsyjnie, po czym znieruchomiały.
Mroczny Mężczyzna stał przez chwilę w milczeniu i bezruchu. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął pojedyncze czarne pióro.
Pióro kruka.
Włożył je Hrabiemu do ręki.
- Ulec, mój wrogu, niech Śmierć cię gna - rzekł. - Do miejsca, którego nie znasz ty ni ja.
Z tymi słowami odwrócił się i odszedł na spotkanie z kolejną postacią ze swej przeszłości…
…wspominając.


…pierwsza kula trafia go w pierś. Impet jest zdumiewający, pocisk rozrywa skórę i zagłębia się w ciele, roztrzaskując żebra, prawe płuco, rozdziera żyły i arterie, po czym wypryskuje na zewnątrz, pozostawiając strzępiasty otwór wylotowy w jego plecach, koszuli i kaszmirowym swetrze. Ma wrażenie, jakby uśmiechnięty od ucha do ucha demon wraził w jego ciało rozżarzony do czerwoności pogrzebacz, palący i kłujący zarazem…
Demon, o twarzy przypominającej wykrzywioną upiornym grymasem maskę szaleńca, wciąż mierzy do niego z wielkiego pistoletu.
Mroczny Mężczyzna wędrował pogrążonymi w mrokach nocy uliczkami Baltimore, zmierzając na miejsce kolejnego spotkania. Ci ludzie zamordowali go, zniszczyli wszystko, co było mu drogie.
Teraz kolej na nich. Nadszedł ich czas. Muszą umrzeć.
Mroczny Mężczyzna maszerował ulicami Fells Point.
…wspominając…
…Amy! Och, Boże drogi! Amy! Nie skrzywdźcie Amy!
…Włamywacze! Szaleńcy! Mordercy!
Pomocy! Jezu Miłosierny! Na pomoc!
Wszystkie te myśli przelatują mu przez głowę, kiedy trawiony potwornym bólem zatacza się na regał. Cenne stare woluminy sypią się na podłogę. Zapach welinu, starego papieru i woń wosku mieszają się z fetorem świeżej krwi.
W jego umyśle pozostaje zarejestrowany obraz napastnika, zapamiętuje każdy szczegół jego twarzy, każdą zmarszczkę, każdy najmniejszy włosek. Zacięte wąskie wargi. Grube łukowate brwi. Zimne beznamiętne oczy. Przetłuszczone czarne włosy, związane w kucyk i spięte pierścieniem z kości…
Kątem oka widzi też drugiego z opryszków, ściskającego muskularnymi łapskami jego żonę. Ten osiłek, przypominający bardziej małpę niż człowieka, ma włosy obcięte "na zapałkę", grube krzaczaste brwi, prawie niewidoczny podbródek i małe świńskie oczka przepełnione nienasyconym pożądaniem.
Próbuje przytrzymać się półek regału, śliskich od jego własnej krwi, rozpaczliwie usiłuje wstać, podźwignąć się na nogi, a w jego myślach kołacze się raz po raz gorączkowe pragnienie "Uratuj Amy, ocal zbiór…"
W tej samej chwili zbir z pistoletem uśmiecha się drwiąco…
…a on w głębi duszy uświadamia sobie, że jego pragnienie nigdy się nie ziści.
Mroczny Mężczyzna maszerował ulicami Baltimore, swego rodzinnego miasta.
Baltimore, w stanie Maryland.
Urodził się właśnie tu, w tym mieście, i zdawał się dorastać w duchu jego historii i perspektyw. Teraz czuł woń wód Inner Harbor, na południe stąd. Baltimore, leżące nad rzeką Patapsco, w dwóch trzecich długości zatoki Chesapeake. Największe miasto w stanie Maryland i jedna z największych naturalnych zatok na świecie. Miasto amerykańskiego rozkwitu, amerykańskiej architektury, amerykańskiego dziedzictwa. Teraz, gdy tak szedł, niemal czuł w powietrzu, pośród wilgoci i smrodu, smak krabów gotowanych na parze i taniego zimnego piwa, bogactwa urodzajnej zatoki.
Baltimore.
Dobre miejsce, by umrzeć.
Ale nie, by spoczywać w spokoju…
Jeszcze nie…
Mroczny Mężczyzna przemierzał ciemne zaułki Little Italy…
…wspominając…
Pistolet ponownie pluje ogniem, a jego wyostrzone bólem zmysły zdają się postrzegać kulę, jak w zwolnionym tempie wylatującą z lufy broni, pośród błysku płomieni. Próbuje zaprzeczać, znów słyszy płynące z własnych ust głośne "Nie!", sięga do wewnętrznych zasobów mocy, usiłując odeprzeć mknący w jego stronę metalowy pocisk.
Gdy ten dosięga celu, impet uderzenia znów ciska go na regał, na który zatoczył się już wcześniej. Kula rozrywa okrwawione ubranie i pogrąża się w jego ciele, tym razem w trzewiach, jak świder wwierca się w tkanki, rozdzierając bezlitośnie i odzierając z życia, rozpryskując strzępy ciała i strugi gorącej krwi po podłodze. Czuje, jak kula przeszywa jego ciało, roztrzaskując splot słoneczny i niszcząc organy wewnętrzne z szaleńczą, dziką obojętnością, pochłaniając te resztki życia, które jeszcze się w nim tliły, i bezlitośnie je tłumiąc.
Napastnik mówi coś, ale on już go nie słyszy. Uświadamia sobie, że mężczyzna przez cały czas coś mówi, zasypuje go oskarżeniami, ale on nie potrafi ich zapamiętać… nie rejestruje ich.
Myśli wyłącznie o Amy, o swojej żonie, o swojej ukochanej…
I o tym, jaki się czuje bezsilny, teraz, przepełniony dojmującym bólem.
Krew, krew, krew…
Pada na podłogę, krew go pochłania, zasnuwa jego świadomość. Gęsta, czarna krew nieświadomości, a pośród niej ostatnia myśl: "Amy".
Mroczny Mężczyzna szedł ulicami centrum Baltimore.
Mijał nowe, czyste mury Harborplace, Aquarium, eleganckie, wytworne hotele i biurowce, w oknach których odbijał się blask księżyca.
Ale on wciąż nie umiera.
…jeszcze nie.
Wypełza z ciemności, powraca, by ocalić Amy, by uratować swoją kolekcję, by ochronić… uratować…
Otwiera oczy i wydaje przeciągły jęk…
I spogląda w oczy najgorszego z wszystkich koszmarów…
Mroczny Mężczyzna zmierzał w stronę klubu Krzyż. Usłyszał trzepot skrzydeł i unosząc wzrok, ujrzał ciemny kształt pośród miejskich wąwozów, ponad samochodami i nielicznymi ludźmi wykonującymi rozmaite nocne zajęcia.
Podążył za nim.
I spiesząc za krukiem, Mroczny Mężczyzna przypomniał sobie swój sen.
Sen o Edgarze Allanie Poe.

 

 

JEDEN

     Modlę się przeto,
     By po wieki
     Spoczęła, nie mrużąc powieki.
     Gdzieś w lesie ciemnym i sędziwym,
     W grobowcu mrocznym i straszliwym,
     Który podwoje dlań otworzy,
     A nietoperze będą mnożyć,
     Skrzydłami błoniastymi trzepiąc,
     W rodowych sarkofagów wieka.

Irene
Edgar A. Poe, Do serca człowieczego


8 grudnia, 1811 roku

Gdzieś tam, pośród zimowego lasu, był jakiś ptak.
- Williamie! - zawołał Edgar. - Williamie! Ptak!
Wielki ptak.
Czarny ptak.
Czarny jak mroczna piwnica pod teatrem, gdzie on i William chowali się i bawili, podczas gdy ich matka brała udział w próbach. Czarny jak noc, kiedy wszystkie świece w ich czynszówce już pogasły, a chmury przesłoniły gwiazdy i księżyc niczym ogromne skrzydła. Czarny jak garnitur posępnego Doktora, który wczoraj przyszedł odwiedzić mamę.
- Gdzie? - Jego brat William, siedzący dotąd na werandzie, podniósł się pospiesznie.
- Tam! Na drzewie…
Jednak w miejscu obecnie wskazywanym przez Edgara widać było tylko gałęzie. Czarne jak kości, klekoczące wspomnienia drzew obsypanych niegdyś zielenią, owocami, tętniących życiem, a teraz nagich w ten zimny grudniowy poranek.
- Nie widzę żadnego ptaka, Edgarze - powiedział William, który wciąż bawił się żołnierzykami i nie zapraszał Edgara do wspólnej zabawy.
Edgar stanął przy oknie. W pokoju z roczną Rosalie była pielęgniarka. Przy łóżku stała grupka przyjaciół rodziny, głównie aktorzy z teatru. William z twarzą pozbawioną wyrazu tulił się do kobiety, która spędziła przy mamie całą noc.
Edgar usiadł przy oknie niespokojny i skierował wzrok ku drzewom.
Ten wielki ptak zafascynował go. Ze swym wibrującym "Kra! Kra!", bystrym okiem, ostrym dziobem i potężnymi szponami wydawał się tak dziwny i prosty zarazem. Jak tajemnica stanowiąca rozwiązanie zagadki. Starał się wypatrywać ptaka, ponieważ to, co mówili dorośli obecni w pokoju, niepokoiło go, mimo iż niewiele rozumiał i bynajmniej nie dlatego, że goście mówili wytężonym szeptem.
- Długo już nie pociągnie.
- Co się stanie z tymi biednymi dziećmi?
- Nie mogę im pomóc! Mam dość własnych!
- Trzeba będzie je rozdzielić. Jaka szkoda. A wydaje się, że tak bardzo się nawzajem kochają!
- Nieszczęsna kobieta. Taki talent! I taki cudowny, śpiewny głos. Myślę, że teraz przyjdzie jej śpiewać samemu Jezusowi.
- Odchodzi do lepszego świata.
"Mama dokądś odchodzi? - pomyślał Edgar. - Jak to możliwe?"
Miała na sobie koszulę nocną i leżała na łóżku przykryta kocem. Nie, dorośli musieli się mylić i to bardzo, bo on, nawet mając dopiero trzy lata, wiedział dobrze, że jeśli ktoś się gdzieś wybiera, musi się ubrać… a przynajmniej wstać z łóżka. A mama nie wstawała z łóżka już od wielu dni…
A to samo w sobie było do mamy niepodobne. Mama rzadko wylegiwała się w łóżku. Wszędzie było jej pełno. Była aktorką. "Sławną aktorką" - jak twierdził William.
- Występowała na deskach teatrów od Richmond aż do Bostonu! - oznajmił któregoś razu jego pięcioletni braciszek, przybierając melodramatyczną pozę. - Śmiem twierdzić, że swym słodkim głosem podbiła nawet lodowate serca widzów z Nowego Jorku i Filadelfii. To po prostu najlepsza aktorka i śpiewaczka na świecie!
Edgar nie miał wątpliwości, że jego matka była najpiękniejszą kobietą świata. To jego mama tuliła go, pomagała nałożyć płaszczyk, zawiązywała mu sznurówki i mówiła, że nic się nie stało, kiedy upadł i skaleczył się w kolano. Kobieta, która malowała twarz, ubierała barwne suknie z falbankami, tańczyła i śpiewała w Time Tells A Tale lub płakała i mdlała w melodramacie Tekeli czy w Oblężeniu Montgatz, niemal wydawała mu się kimś innym, choć bez wątpienia równie cudownym.
Błysk skrzydeł…
Plama czerni…
Tam… na horyzoncie, w ten ponury niedzielny poranek. Czy to był ten dziwny ptak?
- Ciekawe, czy jej mąż wie o jej chorobie.
- Ten nicpoń, David Poe! Słuch po nim zaginął, odkąd w ubiegłym roku opuścił rodzinę, pijus jeden!
- Okropny ojciec.
Edgar prawie nie pamiętał ojca. Gdzieś w głębi jego serca tkwiły wspomnienia. Gdzieś głęboko skrywały się uczucia. Teraz jednak najistotniejsze było dla niego, aby zobaczyć, choćby tylko przez chwilę, mrocznego, skrzydlatego posłańca. Ciche rozmowy ludzi zgromadzonych przy łóżku mamy zeszły na drugi plan.
Gdzie on się podział?
- Edgarze? Edgarze, podejdź tu, kochanie. Twoja kochana mama chce przemówić do wszystkich swoich dzieci.
Edgar rozpoznał ten głos. Należał do Fanny Allan, która bardzo interesowała się jego rodziną. Lubił Fanny. Naprawdę ją lubił. Nawet bardzo. Była miłą kobietą. Natomiast jej mąż, John, wydawał się surowy, pełen dezaprobaty i nieco przerażający. Edgar nie był pewien, czy lubił Johna Allana.
- Staram się wypatrzeć ptaka - rzekł Edgar. - Wiem, że gdzieś tam jest!
- Ptak może zaczekać, drogie dziecko - nalegała Fanny. - Twoja matka musi natychmiast z tobą porozmawiać.
Edgar westchnął. Zszedł z krzesła przystawionego do okna i podszedł do łóżka. William już tam był. Wydawał się smutny i zakłopotany, trzymając mamę za rękę. Inna kobieta trzymała na rękach Rosalie, młodszą siostrę Edgara, która patrzyła na mamę wielkimi, ciemnymi oczami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
Edgar podszedł do łóżka z boku i oparł się o nie.
- Edgarze? - rozległ się łagodny, słaby głos. - Czy to ty, Edgarze?
- Tak, mamo.
Nie spodobało mu się brzmienie jej głosu. Mama miała bardzo kobiecy głos, ale był to zawsze silny sopran. Tym razem brzmiał jak głos ducha mamy i dobywał się z jej ust z widocznym trudem, jakby mówienie sprawiało jej ból.


William Blessing obudził się z głośnym jękiem.
Był spocony i zdyszany. Jego pościel była wilgotna od potu.
- Kochanie - rozległ się zaspany głos jego żony, Amy, która odwróciła się i pocieszającym gestem położyła mu rękę na ramieniu. - Znów ten okropny sen o Poem?
- Tak - odparł Blessing. - To ten sen. Sen o kruku…
- Być może… - odezwała się półgłosem - …następną książką, jaką napiszesz, powinien być cukierkowy romans.