Smoki zagubionej gwiazdy ("Wojna Dusz" vol. II)

  • 83-7298-542-1
  • Autor: Weis, Margaret; Hickman, Tracy
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • Cena katalogowa: 35,00 zł
  • Rabat: -7,35 zł (21 %)
  • 27,65 zł
  • Niedostępny

Kajdany tajemniczej siły skuwają Krynn. Młoda kobieta, chroniona przez oddział rycerzy w czarnych zbrojach, przywołuje potęgę nieznanego boga, dzięki której jej armia w glorii przemierza kolejne krainy. Dusze zmarłych ograbiają żyjących z magii. Smoczy namiestnik wyciąga łapska po ziemię, która tak droga jest elfim sercom.
Pośród owego chaosu grupka odważnych i bezinteresownych bohaterów zmaga się z nieśmiertelną mocą, która zdaje się udaremniać każdy ich wysiłek. Sunąca niczym powódź ciemność grozi pochłonięciem całej nadziei, wiary, wszelkiego światła.
Wojna Dusz szaleje nieprzerwanie.

Rok wydania: 2004
Stron: 536
Oprawa: broszura
Format: 115/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Maja Brzozowska

Fragment tekstu:

Laurze Hickman w podzięce za pomoc, zachętę i wieloletnie wsparcie.
Z wyrazami miłości - Margaret Weis i Tracy Hickman

1 Rachunkowy koszmar

Morham Targonne miał zły dzień. Nie zgadzały mu się rachunki. Różnica w obliczeniach była prawie żadna, brakowało ledwie kilku sztab stali. Mógłby ją wyrównać z własnej kiesy. Targonne lubił jednak, żeby wszystko było jak należy, w absolutnym porządku. Słupki cyfr powinny się sumować. Nie może być żadnych nieścisłości. A tu proszę. Księgował sumy wpływające i wypływające z rycerskich kufrów i różnica między nimi sięgała dwudziestu siedmiu sztab stali, czternastu srebra i pięciu miedzi. Gdyby była to większa ilość, mógłby podejrzewać malwersację. W tym przypadku miał jednak pewność, że to jakiś szeregowy funkcjonariusz zrobił gdzieś mały błąd w obliczeniach. Targonne musiałby przejrzeć teraz wszystkie księgi - i zrobić na nowo obliczenia, aby wyśledzić błąd.
Ktoś nie znający Morhama Targonne'a, widząc go usadowionego przy swoim biurku, z palcami umazanymi atramentem, po uszy zagrzebanego w rachunkach, powiedziałby, że patrzy na oddanego i pełnego poświęcenia urzędnika. Myliłby się jednak. Morham Targonne przewodził Czarnym Rycerzom Neraki, a tym samym, jako że Czarni Rycerze kontrolowali kilka większych państw kontynentu ansalońskiego, Morham Targonne sprawował władzę nad życiem i śmiercią milionów istot. A jednak siedział tutaj, zarywając noc, ze skrupulatnością godną najsumienniejszego kancelisty szukając dwudziestu siedmiu sztab stali, czternastu srebra i pięciu miedzi.
Choć poświęcił się pracy do tego stopnia, że opuścił kolację, by kontynuować studia nad rachunkami, lord Targonne nie był nią na tyle pochłonięty, by nie zauważać tego, co dzieje się dookoła. Posiadał zdolność koncentrowania swoich sił umysłowych na zadaniu, pozostając jednocześnie czujnym i świadomym otoczenia. Jego umysł był niczym sekretarzyk z niezliczoną ilością przegródek, między które rozdzielał informacje, nawet błahe, wkładał je w odpowiednią szufladkę, by móc wrócić do nich po jakimś czasie.
Targonne wiedział na przykład, kiedy jego adiutant udał się na kolację, wiedział dokładnie, jak długo nie było go za biurkiem, wiedział też, kiedy ów wrócił. Orientując się, ile czasu przeciętnie zajmuje człowiekowi zjedzenie kolacji, lord mógł powiedzieć, że adiutant nie celebrował picia herbaty, ale skwapliwie wrócił do pracy. Targonne przywoła kiedyś ów fakt na korzyść adiutanta, równoważąc nim przeciwstawną rubrykę, w której notował pomniejsze odstępstwa od obowiązków.
Adiutant pracował tego wieczoru do późna. Zostałby tak długo, aż Targonne odszukałby owe dwadzieścia siedem sztab stali, czternaście srebra i pięć miedzi, nawet jeśli obu miałyby zastać przy pracy promienie słońca wślizgujące się przez świeżo umyte okno. Miał zadanie do wykonania - Targonne postarał się o to. Jeśli było coś, czego nienawidził, to widok wałkoniącego się człowieka. Obydwu przy pracy zastała głęboka noc; adiutanta przy biurku za drzwiami gabinetu, usiłującego skryć się poza zasięg światła, kiedy tłumił ziewnięcia, Targonne'a w jego skromnie urządzonej kancelarii, z głową pochyloną nad księgami rachunkowymi, szepczącego cyfry i spisującego je jednocześnie - co było nawykiem, którego nie był świadomy.
Adiutant odpływał właśnie w krainę snu, kiedy, na szczęście dlań, jakiś rwetes na dziedzińcu fortecy Rycerzy Mroku poderwał go z krótkiej drzemki.
Podmuch wiatru zatrząsł okiennicami. Chrapliwe głosy rozbrzmiały rozdrażnieniem i groźbą. Ciężko obute stopy zbliżały się szybko. Adiutant wstał od biurka i pobiegł zobaczyć, co się dzieje w tym samym czasie, kiedy lord wezwał go, domagając się, żeby mu powiedziano, co się wyrabia i kto, na Otchłań, tak sakramencko hałasuje.
Adiutant wrócił niemalże natychmiast.
- Mój panie, przybył smoczy jeździec z…
- Co ten głupiec sobie wyobraża, lądując mi na dziedzińcu?
Słysząc hałasy, Targonne podniósł wzrok znad swoich rachunków i wyjrzał za okno. Rozwścieczył go widok wielkiej, błękitnej smoczycy łopoczącej skrzydłami nad jego dziedzińcem. Wielka błękitna wyglądała na nie mniej wściekłą, zmuszono ją bowiem do lądowania na zbyt małym i krępującym ruchy jej ogromnego cielska placu. Właśnie o mały włos nie musnęła skrzydłem strażnika na wieży. Jej ogon zmiótł fragment murów obronnych. Nie licząc tych drobiazgów, zdołała wylądować bezpiecznie i siedziała teraz przycupnięta na dziedzińcu ze skrzydłami przylegającymi do boków, młócąc podwórzec ogonem. Była zła i głodna. Nic nie wskazywało na to, że są w okolicy jakieś smocze stajnie ani że w najbliższym czasie ktoś ją napoi albo nakarmi. Poprzez okienne szyby wpatrywała się z wyrzutem w Targonne'a, zupełnie jakby to jego winiła za swoje nieszczególne położenie.
- Mój panie - odezwał się adiutant. - Ten jeździec przybywa z Silvanesti…
- Panie! - wysoki mężczyzna wyłonił się zza adiutanta. - Wybacz mi wtargnięcie, ale przywożę wieści tak pilne i wielkiej wagi, iż muszę przekazać ci je bez zwłoki.
- Silvanesti - prychnął Targonne. Wróciwszy do biurka, zabrał się ponownie do pisania. - Czyżby tarcza opadła? - zapytał z sarkazmem w głosie.
- Tak, mój panie! - wydyszał smoczy jeździec, omal nie tracąc tchu.
Targonne upuścił pióro. Podniósłszy głowę, wpatrywał się w posłańca ze zdumieniem.
- Co? Jak to?
- Młody oficer, Mina… - Smoczy jeździec musiał przerwać, złamany atakiem kaszlu. - Czy mógłbym dostać coś do picia, mój panie? Wiele pyłu nawdychałem się po drodze z Silvanesti.
Targonne wykonał odpowiedni gest i adiutant pospieszył po ciemne piwo. Wódz wskazał jeźdźcowi krzesło, by usiadł i odpoczął.
- Uporządkuj myśli - nakazał Targonne, a kiedy rycerz wypełnił polecenie, użył swoich psychicznych mocy, żeby wysondować jego umysł, podsłuchać myśli, zobaczyć i usłyszeć to, co rycerz.
Obrazy przytłoczyły Targonne'a. Po raz pierwszy w swojej karierze znalazł się w sytuacji, w której nie wiedział, co ma myśleć. Zbyt wiele działo się w szalonym tempie, by zdołał to pojąć. Było druzgocąco jasnym dla Morhama Targonne'a, że zbyt wiele z tego działo się bez jego wiedzy i poza jego kontrolą. Fakt ten wstrząsnął nim tak, że na chwilę zapomniał o dwudziestu siedmiu sztabach stali, czternastu srebra i pięciu miedzi, choć nie na tyle, by nie zanotować sobie, kiedy zamykał księgi, w którym miejscu porzucił obliczenia.
Adiutant wrócił z dzbankiem zimnego piwa. Rycerz pił łapczywie, a nim skończył, Targonne zdołał zebrać się w sobie, by wysłuchać go z wszelkimi pozorami zewnętrznego spokoju. Wewnątrz wrzał.
- Opowiedz mi o wszystkim - polecił.
Rycerz zastosował się do rozkazu.
- Mój panie, młoda rycerka, znana jako Mina, zdołała, zgodnie z tym, co donosiliśmy ci wcześniej, spenetrować magiczną tarczę, która została wzniesiona wokół Silvanesti…
- Ale jej nie opuściła - wtrącił Targonne, sugerując dodatkowe wyjaśnienie.
- Nie, mój panie. Użyła jej, żeby odeprzeć napierające ogry, którym nie udało się przełamać zaklęcia. Mina wprowadziła swój oddziałek rycerzy i piechurów do Silvanesti, chcąc najwidoczniej zaatakować stolicę, Silvanost. - Targonne prychnął drwiąco. - Zostali odcięci przez pokaźne siły elfickie i sprytnie pokonani. Minę pojmano podczas bitwy i dostała się do niewoli. Elfy planowały zgładzić ją następnego ranka. Niemniej jednak, zanim doszło do egzekucji, ta dziewczyna zaatakowała zielonego smoka Cyana Krwawą Zgubę, który, jak jest ci zapewne wiadomym, mój panie, przebierał się za elfa.
Targonne'owi ten fakt nie był znany, nie wiedział też, skąd niby miał się dowiedzieć, skoro nawet on nie mógł przejrzeć przeklętej magicznej zasłony, jaką elfy wzniosły nad swoją ziemią. Nie skomentował tego jednak. Nie miał nic przeciwko uchodzeniu za wszystkowiedzącego.
- Cyan po jej ataku ujawnił przerażonym elfom swoją postać. Mógłby bezkarnie zaszlachtować ich tysiące, ale Mina podniosła elficką armię i rozkazała jej zaatakować zielonego smoka.
- Pomóż mi, proszę, zrozumieć to, o czym mówisz - powiedział Targonne, który zaczynał odczuwać ból za prawą skronią. - Jeden z naszych oficerów zebrał armię najzacieklejszych wrogów, którzy z kolei zgładzili jednego z najpotężniejszych należących do nas zielonych smoków?
- Tak - odparł rycerz. - Widzisz, wyszło na jaw, że to smok Cyan Krwawa Zguba był tym, który wzniósł magiczną tarczę, trzymającą nasze armie z dala od Silvanesti. Owa tarcza, jak się okazuje, zabijała elfy.
- Ach - odrzekł Targonne, masując skroń palcem wskazującym. O tym także nie wiedział. Mógłby się jednak domyśleć, jeśliby się dobrze zastanowił. Zielony smok, Cyan Krwawa Zguba, drżący ze strachu przed Malystryx, pałający żądzą zemsty na elfach, zbudował tarczę, która osłaniała go przed jednym wrogiem i pomagała zniszczyć drugiego. Pomysłowe. Niedoskonałe, acz pomysłowe. - Mów dalej.
Rycerz zawahał się.
- To, co się wydarzyło później, jest dość pogmatwane, mój panie. Generał Dogah otrzymał twoje rozkazy o wstrzymaniu marszu na Sanction i ruszeniu w zamian na Silvanesti. - Targonne nie wydał takich rozkazów, ale ujrzał marsz Dogaha już wcześniej w umyśle rycerza, pozostawił więc rzecz bez komentarza. Później się tym zajmie. - Generał dotarł na miejsce i zobaczył zasłonę, która zagrodziła mu wejście. Był wściekły, myśląc, że zrobiono go w kendera. Kraina wokół tarczy jest straszliwym miejscem, mój panie, pełnym uschniętych drzew i zwierzęcego truchła. Powietrze cuchnie i zostawia w ustach ohydny posmak. Ludzie byli podenerwowani, utrzymywali, że to miejsce jest nawiedzone i że pomrzemy wszyscy przez to, że jesteśmy tak blisko niego, kiedy nagle, wraz ze wschodem słońca, zasłona opadła. Byłem tam z generałem Dogahem i widziałem wszystko na własne oczy.
- Opisz mi - polecił Targonne, bacznie mierząc wzrokiem rozmówcę.
- Zastanawiałem się, jak to najlepiej zrobić, mój panie. Kiedy byłem jeszcze pędrakiem, wszedłem na skutą lodem sadzawkę. Lód zaczął pękać pod moimi nogami. Rysy rozpełzły się po nim z trzaskiem, potem lód poddał się i wpadłem w czarną wodę. To było nieomal takie samo uczucie. Widziałem zasłonę migoczącą jak lód w promieniach słońca, a potem zdało mi się, że zobaczyłem milion nieskończenie drobnych rys, tak cienkich jak pajęcze nici, oplatających tarczę z prędkością błyskawicy. Potem usłyszałem wibrujący, dźwięczący odgłos, niby tysiąca szklanych kielichów roztrzaskujących się o kamienną posadzkę, i zasłona znikła. Nie mogliśmy uwierzyć własnym zmysłom. Zrazu generał Dogah nie odważył się przekroczyć tarczy, obawiając się sprytnej elfickiej zasadzki. "Może być tak", powiedział, "że przemaszerujemy przez zasłonę, a ona spadnie za nami i skończymy, stojąc twarzą w twarz z armią dziesięciu tysięcy elfów, nie mając dokąd ujść". Nagle pojawił się przed nami, jakby za sprawą magii, jeden z rycerzy Miny. Z woli mocy Jedynego Boga przyszedł, by przekazać nam, że zaprawdę zniszczono tarczę, a dokonał tego sam elficki król, Silvanoshei, syn Alhany…
- Tak, tak - rzucił zniecierpliwiony Targonne. - Znam to rasowe szczenię. Dogah uwierzył dzieciakowi i razem ze swoim wojskiem przekroczył granicę.
- Tak, mój panie. Generał rozkazał mi zabrać swojego błękitnego smoka i przylecieć tu, by donieść ci, że właśnie rusza na stolicę, Silvanost.
- A co z tą dziesięciotysięczną elficką armią? - spytał sucho Targonne.
- Nie zaatakowano nas. Zgodnie z tym, co mówi Mina, król Silvanoshei powiedział im, że ona przychodzi wyzwolić naród silvanestyjski w imię Jedynego Boga. Muszę powiedzieć, że elfy znajdują się w opłakanym stanie. Kiedy nasi zwiadowcy dotarli do elfickiej wioski rybackiej w pobliżu zasłony, zobaczyli, że większość mieszkańców była chora albo wręcz umierająca z powodu przeklętej magii tarczy. Chcieliśmy tych nieszczęśników dobić, ale Mina nam zabroniła. Dokonywała cudów uzdrowicielskich na umierających elfach i przywracała ich światu zdrowych. Kiedy opuszczaliśmy tamto miejsce, elfy śpiewały jej hymny pochwalne, błogosławiły Jedynego Boga i przysięgały czcić go na cześć Miny. Nie wszystkie jednak elfy zaufały jej. Mina ostrzegła nas, że możemy zostać zaatakowani przez tych, którzy zwą się kirathami. Ale zgodnie z tym, co mówiła, jest ich niewielu i są niezorganizowani. Alhana Starbreeze posiada jeszcze siły przy granicy, ale Mina się ich nie boi. Ona, zdaje się, nie boi się niczego - dodał rycerz z ubóstwieniem, którego nie potrafił ukryć.
"Jedyny Bóg! Ha!" - powiedział do siebie Targonne w myślach, przepatrując umysł posłańca głębiej, niż sięgały jego słowa. "Czary. Ta Mina to wiedźma. Zaczarowała ich wszystkich - włączając w to elfy, Dogaha i moich rycerzy. Tak samo jak elfy, dali się zauroczyć tej ledwo co upierzonej lafiryndzie. Co ona zamierza?".
Odpowiedź była dla Targonne'a oczywista.
"Zamierza zająć moje miejsce, jakżeby inaczej. Podkopuje lojalność moich oficerów i zdobywa podziw oddziałów. Knuje przeciwko mnie. Niebezpieczna to gra dla takiej małej dziewczynki".
Zamyślił się, zapominając o zmęczonym posłańcu. Za drzwiami pokoju dał się słyszeć głuchy odgłos obutych stóp i donośny głos żądający widzenia się z Panem Nocy.
- Mój panie! - adiutant wpadł do pokoju, zakłócając tok mrocznych myśli Targonne'a. - Przybył kolejny posłaniec.
Drugi kurier wszedł do pomieszczenia, patrząc spode łba na pierwszego.
- Tak, jakie są twoje wiadomości? - spytał go Targonne.
- Skontaktowała się ze mną Feur Czerwona, nasz agent będący pod rozkazami smoczego suwerena, wielkiej zielonej Beryl. Czerwona donosi, że wraz z mnóstwem innych smoków noszących na grzbietach smokowców, dostała rozkaz rozpoczęcia ataku na Cytadelę Światła.
- Cytadelę? - Targonne walnął pięścią w blat, rozsypując starannie ułożone kupki stalowych monet. - Na łeb upadła ta zielona smocza dziwka? Co ona sobie wyobraża, atak na Cytadelę?
- Zgodnie z tym, co mówi czerwona, Beryl wysłała do ciebie i swojej kuzynki Malystryx posłańca z notą, że to jest prywatna kłótnia i nie ma potrzeby, żeby Malys się w to mieszała. Beryl poszukuje czarodzieja, który zakradł się na jej ziemie i przywłaszczył sobie cenny magiczny artefakt. Dowiedziała się, że ten czarodziej schronił się w Cytadeli, więc udała się tam, żeby go schwytać. Kiedy już dopadnie go razem z artefaktem, wycofa się.
- Magia! - Targonne zaklął siarczyście. - Beryl ma obsesję na punkcie magii. O niczym innym nie myśli. Mam Szaroszatych czarodziejów, którzy cały czas przepędzają, polując na jakąś cholerną magiczną Wieżę po to tylko, żeby zjednać sobie tę nadętą jaszczurkę. Atakować Cytadelę! A co z paktem smoków? "Kuzynka Malystryx" najprawdopodobniej uzna to za groźbę ze strony Beryl. A to może oznaczać wojnę pełną gębą, która gospodarkę doprowadzi do ruiny.
Targonne podniósł się. Miał zamiar wydać rozkaz, żeby posłańcy czekali w pogotowiu, gotowi zanieść owe wieści do Malys, która bez cienia wątpliwości musi usłyszeć je od niego, kiedy do jego uszu doszły kolejne pokrzykiwania z korytarza.
- Pilna wiadomość dla Pana Nocy.
Adiutant Targonne'a, który wyglądał na mocno wyczerpanego, wszedł do pokoju.
- Co znowu? - warknął lord.
- Posłaniec przynosi wiadomość od marszałka Medana. Wojska Beryl przekroczyły granice Qualinostu, plądrując i grabiąc wszystko po drodze. Medan pilnie prosi o rozkazy. Sądzi, że Beryl zamierza zniszczyć Qualinesti, puścić z dymem lasy, zetrzeć na proch miasta i wymordować elfy.
- Śmierć zda mi się na nic! - wykrzyknął Targonne, przeklinając Beryl z całego serca i duszy. Jął przechadzać się za biurkiem. - Nie wytnę drzew na drewno w wypalonych lasach. Beryl atakuje Qualinesti oraz Cytadelę. Łże i przede mną, i przed Malys! Zamierza złamać pakt! Planuje wojnę przeciwko Malys i Rycerstwu. Muszę ją w jakiś sposób powstrzymać! Zostawcie mnie! Wszyscy - rzucił nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Mam coś do zrobienia.
Pierwszy z posłańców skłonił się, po czym udał na posiłek z zamiarem odpoczynku przed powrotnym lotem. Adiutant ruszył posłać gońców, żeby pobudzili pozostałych posłańców i postawili w stan gotowości błękitne smoki, które ich poniosą.
Kiedy już adiutant i umyślni poszli, Targonne zabrał się z powrotem do przemierzania pokoju. Był rozjuszony, wściekły, sfrustrowany. Dopiero kilka chwil temu siedział nad swoimi rachunkami rad z tego, że wiedział, iż świat toczy się po właściwych torach, że wszystko ma pod kontrolą. Prawda, smoczym suwerenom roiło się, że to oni tu rządzili, ale Pan Nocy wiedział lepiej. Nadęte, wielgachne, były - jak do tej pory sądził - rade wylegiwać w swoich barłogach, pozwalając Rycerzom Neraki sprawować rządy w ich imieniu. Czarni Rycerze kontrolowali Palanthas i Qualinost, dwa z najbogatszych miast kontynentu. Lada dzień złamaliby oblężenie Sanction i zdobyli owo portowe miasto, zyskując dostęp do Morza Nowego. Zajęli Haven, a ostatnio planowali nawet zaatakować dostatnie miasto na rozdrożach, Solace.
Teraz widział, jak jego plany rozsypują się w bezładną kupę, jak stos stalowych monet. Wróciwszy do biurka, Targonne wyciągnął kilka arkuszy papieru kancelaryjnego. Umoczył pióro w kałamarzu i, po kilku jeszcze chwilach głębokiego namysłu, zaczął pisać.

Do generała Dogaha,
Gratuluję zwycięstwa nad elfami silvanestyjskimi. Lud ten buntował się przeciwko nam wiele lat. Niemniej jednak, ostrzegam cię, nie obdarzaj ich zaufaniem. Nie muszę ci mówić, iż nie posiadamy wystarczających sił, by utrzymać Silvanesti, jeśliby elfy zdecydowały się powstać zbrojnie przeciw nam. Zdaję sobie sprawę, że są chore i osłabione, że ich populacja została zdziesiątkowana, są jednak podstępni - szczególnie ich król - Silvanoshei. Jest on synem przebiegłej, zdradzieckiej matki i ojca wyjętego spod prawa. Bez wątpienia poszedł w ich ślady. Chcę, byś przyprowadził do mnie w celu przesłuchania każdego elfa, który twoim zdaniem może dostarczyć informacji tyczącej jakichkolwiek wywrotowych elfickich knowań. Zajmij się tym dyskretnie, Dogah. Nie chcę, by elfy zaczęły coś podejrzewać.
Pan Nocy, Targonne

Przeczytał list jeszcze raz, przysypał atrament piaskiem, żeby szybciej wysechł i odłożył na bok. Po chwili zastanowienia zabrał się do układania następnego pisma.

Na ręce Smoczego Suwerena Malystryx, Wasza Najdostojniejsza Wysokość etc., etc.,
Z ogromną przyjemnością pragnę powiadomić Waszą Smoczą Mość, że elficki lud Silvanesti, który czas długi buntował się przeciwko nam, został ostatecznie pokonany przez armię Czarnych Rycerzy z Neraki. Danina z tych bogatych krain niedługo już popłynie strumieniem do Waszych skrzyń. Rycerze Neraki, jak zazwyczaj, zajmą się kwestiami finansowymi, by zdjąć z Was tak przyziemny ciężar.
Podczas bitwy odkryto, że zielony smok, Cyan Krwawa Zguba, ukrywał się w Silvanesti. Drżąc przed Waszym gniewem, sprzymierzył się z elfami. W rzeczy samej, to on był tym, który wzniósł magiczną tarczę tak długo zagradzającą nam drogę do tej krainy. Został zabity podczas bitwy. Jeśli tylko będzie to możliwym, postaram się, by odnaleziono jego głowę i dostarczono ją Waszej Miłości.
Zdarzyć się może, że dojdą Was plotki, jakoby kuzynka Wasza, Beryllinthranox, zerwała pakt smoków, atakując Cytadelę Światła i wprowadzając swoje armie do Qualinesti. Spieszę zapewnić Waszą Miłość, że nie tak się sprawy mają. Beryllinthranox działa pod moimi rozkazami. Posiadamy dowody na to, iż to za sprawą wysiłków Mistyków z Cytadeli Światła nasi zawiedli w swojej magii. Uznałem, że mogą chcieć nam grozić, Beryllinthranox zaś łaskawie zaoferowała, że ich w moim imieniu zniszczy. Co się tyczy Qualinesti, wojska Beryllinthranox maszerują, żeby połączyć się z siłami marszałka Medana. Ma on rozkaz rozprawić się z rebeliantami, którymi dowodzi elfka znana jako Lwica, która nękała nasze wojska i była winna przerwom w dostarczaniu daniny.
Jak więc widzicie, wszystko jest pod moją kontrolą. Nie ma powodu, abyście się martwili.
Pan Nocy,
Morham Targonne

Sypnął piaskiem i na ten list, po czym bez zwłoki zaczął następny, który łatwiejszy był do napisania, a to dlatego, że było w nim trochę prawdy.

Na ręce Błękitnego Smoka Khellendrosa, Najszacowniejszego etc., etc.,
Słyszałeś, Panie, bez wątpienia, że wielka zielona smoczyca Beryllinthranox przypuściła atak na Cytadelę Światła. Obawiając się, iż mógłbyś opacznie zrozumieć owo wtargnięcie na tereny tak bliskie Twojemu terytorium, spieszę zapewnić Cię, panie, że Beryllinthranox działa w tej kwestii pod moimi rozkazami. Mistycy z Cytadeli Światła, jak się okazało, są winni utraty magii przez naszych Mistyków. Zwróciłbym się z prośbą do Ciebie, Wspaniały Khellendrosie, wiem jednak, że musisz mieć oczy otwarte na zgromadzenie przeklętych Rycerzy Solamnijskich w mieście Solanthus. Nie chcąc odwoływać Cię w tak krytycznej chwili, poprosiłem Beryllinthranox o rozwiązanie tego problemu.
Pan Nocy,
Morham Targonne
Postscriptum: Wiadomym Ci jest, że Rycerze Solamnijscy zbierają się w Solanthus, nieprawdaż, o Dostojny?

Ostatni list był jeszcze łatwiejszy i wymagał zupełnie już niewielkiego wysiłku.

Do marszałka Medana,
Niniejszym nakazuję ci, abyś przekazał stołeczne miasto Qualinost nietknięte i w stanie nienaruszonym na ręce Jej Miłości, Beryllinthranox. Zaaresztujesz wszystkich członków królewskiej rodziny elfów, włączając w to króla Gilthasa i Królową Matkę Lauranę. Mają oni zostać dostarczeni żywi Beryllinthranox, która może zrobić z nimi, co jej się tylko podoba. W zamian za to dasz jej jasno do zrozumienia, że jej smocze zastępy mają natychmiast zaprzestać rozmyślnego niszczenia lasów, farm, budynków etc. Wyklarujesz Beryllinthranox, że choć ona, w swojej wspaniałości, nie potrzebuje pieniędzy, my, biedne i nieszczęsne śmiertelne robaki, owszem. Upoważniam cię do złożenia następującej oferty: każdemu ludzkiemu żołnierzowi z jej armii zostanie podarowana elficka ziemia, wraz ze stojącymi na niej domostwami i innymi zabudowaniami. Wszyscy jej wysoko postawieni oficerowie otrzymają pierwszorzędne domy w Qualinoście. To powinno ukrócić grabieże i niszczycielskie zapędy. Kiedy już wszystko wróci do normy, dopilnuję, by ludzcy osiedleńcy zajęli resztę elfickich ziem.
Pan Nocy,
Morham Targonne
Postscriptum 1: Oferta ziemi nie dotyczy goblinów, hobgoblinów, minotaurów ani smokowców. Przyobiecaj im jej równowartość w stali, która zostanie wypłacona w późniejszym terminie. Ufam, że dopilnujesz, aby te kreatury znalazły się w awangardzie i doznały najcięższych strat.
Postscriptum 2: Co się tyczy elfich mieszkańców Qualinostu, istnieje możliwość, iż odmówią odstąpienia od własności swoich ziem i dobytku. Jako że czyniąc tak, przeciwstawiają się bezpośredniemu rozkazowi Rycerzy Neraki, uznaje się, że złamali prawo i zostają tym samym skazani na śmierć. Twoi żołnierze mają rozkaz bezzwłocznego wykonania wyroku.

Kiedy już wysechł atrament, Targonne przypieczętował każdy list i wezwawszy adiutanta, kazał je rozesłać. Wraz ze wschodem słońca czterech jeźdźców na błękitnych smokach poszybowało w niebo.
Uporawszy się z tym, Targonne rozważał udanie się na spoczynek. Wiedział jednak, że nie zmruży oka, mając nad sobą widmo rachunkowego błędu nawiedzającego jego skądinąd przyjemne sny o starannych wykresach i kolumnach. Z zapałem zasiadł do pracy i, jak to się często zdarza, kiedy ktoś porzuci zadanie, nad którym się głowił, znalazł błąd niemalże natychmiast. Dwadzieścia siedem sztab stali, czternaście srebra i pięć miedzi zostało koniec końców podliczone. Targonne dokonał poprawki jednym precyzyjnym ruchem pióra.
Zadowolony zamknął księgę, sprzątnął biurko i udał się na krótką drzemkę, przeświadczony o tym, że ze światem raz jeszcze wszystko było w porządku.