Śniadanie mistrzów czyli żegnaj, czarny poniedziałku

  • 83-7298-431-X
  • Autor: Vonnegut, Kurt
  • Dostępność: Brak
  • 29,90 zł 26,50 zł
  • Niedostępny

Kolejna powieść popularnego zwłaszcza w amerykańskich kręgach uniwersyteckich pisarza, tym razem z jego własnymi zabawnymi rysunkami. Jej akcja rozgrywa się współcześnie w Stanach Zjednoczonych, a głównymi bohaterami są: nie znany czytelnikom autor powieści i opowiadań fantastyczno-naukowych Kilgore Trout i Dwayne Hoover, bogaty sprzedawca samochodów marki pontiak, który nagle dochodzi do wniosku, że zarówno on, jak i otaczający go ludzie są maszynami. Ich spotkanie na festiwalu sztuki w Midland City i poprzedzające je wypadki stanowią pretekst do ukazania, z gryzącą ironią i dowcipem, świata, w którym żyjemy.
Książka ta nie sprawi zawodu wielbicielom talentu Vonneguta, który raz jeszcze w typowy dla siebie sposób obnaża bolączki naszego stulecia - dehumanizację jednostki w społeczeństwie, którym rządzi technologia, spustoszenie środowiska naturalnego, ustawiczne wojny - stylem lapidarnym, aforystycznym, z humorem i wyczuleniem na absurdalność życia.

Rok wydania: 2004
Stron: 280
Oprawa: broszura
Format: 125x195
Pakowanie: 20
Tłumacz: Lech Jęczmyk

Fragment tekstu:

Przedmowa

"Śniadanie mistrzów" to prawnie zastrzeżona nazwa płatków śniadaniowych firmy General Mills, Inc. Wybór tych samych słów na tytuł niniejszej książki nie powinien sugerować żadnego jej związku z firmą General Mills. Nie ma ona ani reklamować, ani dyskredytować znakomitych skądinąd wyrobów tej firmy.

Osoby, której dedykowana jest ta książka, Phoebe Hurty, nie ma już, jak się to mówi, wśród nas. Była to wdowa z Indianapolis, którą poznałem pod koniec Wielkiego Kryzysu. Miałem wtedy lat szesnaście czy coś koło tego. Ona miała około czterdziestki.
Była bogata, ale ponieważ przyzwyczaiła się chodzić codziennie do pracy, robiła to nadal. Mądrze i dowcipnie prowadziła kącik złamanych serc w tamtejszym "Timesie", dobrej gazecie, która już nie wychodzi.
Była gazeta, nie ma gazety.
Pisywała też ogłoszenia dla domu towarowego William H. Block, który prosperuje do dzisiaj w budynku zaprojektowanym przez mego ojca. Posezonową wyprzedaż słomkowych kapeluszy zareklamowała kiedyś następująco: "Za tę cenę opłaci się wam nawet przepuszczać je przez konia i podsypywać pod róże".

Phoebe Hurty zatrudniła mnie do napisania reklamy ubrań młodzieżowych. Miałem nosić ubrania, które zachwalałem. Było to częścią moich obowiązków. Zaprzyjaźniłem się z jej dwoma synami, moimi rówieśnikami, i przesiadywałem u nich w domu po całych dniach.
Phoebe Hurty używała sprośnych słów w rozmowach ze mną i z synami, także przy naszych koleżankach, które czasem zapraszaliśmy. Była zabawna. Wprowadzała nastrój swobody. Nauczyła nas wypowiadać się bez szacunku nie tylko na tematy seksualne, lecz również na temat historii Ameryki, sławnych bohaterów, podziału dóbr, szkoły i w ogóle wszystkiego.
Teraz zarabiam na życie tym, że wyrażam się bez szacunku. Robię to niezręcznie. Wciąż usiłuję naśladować pełen wdzięku sposób, w jaki robiła to Phoebe Hurty. Myślę sobie nieraz, że ten wdzięk przychodził jej łatwiej niż mnie ze względu na atmosferę panującą w latach Wielkiego Kryzysu. Podobnie jak wielu Amerykanów w owym czasie, wierzyła, iż kiedy nadejdzie prosperity, naród nasz zacznie żyć szczęśliwie, sprawiedliwie i rozumnie.
Prosperity - od dawna już nie słyszałem tego słowa. Kiedyś było ono synonimem raju. I Phoebe Hurty mogła wierzyć, że propagowany przez nią brak szacunku pomoże zbudować ten amerykański raj.
Teraz podobny brak szacunku wszedł wprawdzie w modę, ale nikt więcej nie wierzy w nowy amerykański raj. Bardzo żałuję, że nie ma już Phoebe Hurty.

Co do podejrzenia, jakie wypowiadam w niniejszej książce, że wszyscy są robotami, czyli maszynami, to należy pamiętać, iż w latach mojego dzieciństwa w śródmieściu Indianapolis lub w tłumie cyrkowych widzów często spotykało się ludzi, przeważnie mężczyzn, cierpiących na zaawansowane stadium syfilisu, czyli locomotor ataxia.
Ludzi tych zaatakowały małe mięsożerne korkociążki, widoczne tylko pod mikroskopem. Kręgosłup ofiary zrastał się w miarę tego, jak korkociążki wyjadały mięso spomiędzy kręgów. Syfilitycy sprawiali wrażenie ogromnie dystyngowanych - wyprostowani, wzrok skierowany przed siebie.
Obserwowałem kiedyś jednego takiego, jak stał na skraju chodnika, na rogu ulic Południkowej i Waszyngtona, pod wiszącym zegarem projektu mojego ojca. Miejscowi nazywali to skrzyżowanie Rozdrożem Ameryki.
Ów syfilityk stał tam, na Rozdrożu Ameryki, zastanawiając się rozpaczliwie, jak zmusić swoje nogi, aby zeszły z krawężnika i przeniosły go na drugą stronę ulicy Waszyngtona. Dygotał z lekka, jakby miał w środku mały silniczek pracujący na jałowym biegu. Problem polegał na tym, że jego mózg, który wydawał polecenia nogom, został za życia wyżarty przez korkociążki, przewody służące do przesyłania rozkazów były ogołocone z izolacji lub poprzegryzane, a przełączniki na trasie pozakleszczały się w pozycji zamkniętej lub otwartej.
Człowiek ten wyglądał na starca, choć mógł mieć nie więcej niż trzydziestkę. Myślał tak i myślał, aż wreszcie wierzgnął dwa razy niczym tancerka z variétés.
Nic dziwnego, że małemu chłopcu kojarzył się z maszyną.

Często zdarza mi się też myśleć o ludziach jako o wielkich elastycznych probówkach, wewnątrz których wrą różne reakcje chemiczne. Podobnie jak bohater niniejszej książki, ajent pontiaka Dwayne Hoover, w dzieciństwie widywałem wielu ludzi z wolem. Ci nieszczęśliwi mieszkańcy Ziemi mieli tak nabrzmiałe gruczoły tarczycy, że wyglądali, jakby im z szyi zwisały kabaczki.
Jak się okazało, wystarczyło, by zażywali dziennie niecałą jedną milionową uncji jodu, a mogliby żyć jak wszyscy.
Moja własna matka zrujnowała sobie mózg chemikaliami, które miały ją usypiać.
Kiedy wpadam w przygnębienie, ja też zażywam małą pigułkę i zaraz nastrój mi się poprawia.
I tak dalej.
Tak więc, kiedy wymyślam bohatera powieści, odczuwam wielką pokusę, aby powiedzieć, że jest taki, jaki jest, z powodu wadliwej instalacji lub z powodu mikroskopijnych ilości jakichś związków chemicznych, które zjadł albo których nie zjadł danego dnia.

Co ja sam sądzę o tej książce? Czuję się paskudnie, kiedy o niej myślę, ale zawsze tak się czuję, kiedy myślę o swoich książkach. Mój przyjaciel Knox Burger powiedział o pewnym powieścidle, że "…czyta się je tak, jakby wyszło spod pióra Philboyda Studge'a". Oto za kogo się uważam, pisząc to, do pisania czego zostałem, jak się wydaje, zaprogramowany.

Książka ta jest moim prezentem dla siebie samego na pięćdziesiąte urodziny. Czuję się tak, jakbym stanął na kalenicy stromego dachu - po wdrapaniu się na jedno jego zbocze.
Zostałem tak zaprogramowany, aby w wieku lat pięćdziesięciu zachowywać się dziecinnie: obrażać Gwiaździsty Sztandar, bazgrać flamastrem flagi hitlerowskie, dziury w zadku i różne inne rzeczy. Aby dać pojęcie o dojrzałości moich ilustracji do tej książki, oto rysunek dziury w zadku:


Sądzę, iż usiłuję opróżnić sobie głowę z całego złomu, jaki się w niej zgromadził: dziur w zadku, sztandarów, majtek. Tak, jest w tej książce również rysunek majtek. Pozbywam się też bohaterów innych moich książek. Nie będę więcej urządzać przedstawień kukiełkowych.
Sądzę, iż usiłuję opróżnić swoją głowę, aż będzie tak pusta jak pięćdziesiąt lat temu, w dniu, w którym pojawiłem się na tej zdewastowanej planecie.
Podejrzewam, że to samo powinna zrobić większość białych Amerykanów, a także tych niebiałych, którzy białych naśladują. W każdym razie to, co mnie wbito do głowy, przeczy sobie nawzajem, często jest bezużyteczne i brzydkie, nie pasuje jedno do drugiego, nie pasuje do rzeczywistości, tej, która istnieje naprawdę poza moją głową.
Brakuje mi kultury, brakuje humanistycznej harmonii. Nie mogę dłużej żyć bez kultury.

Tak więc książka ta jest jak chodnik usłany śmieciem, odpadkami, które rzucam za siebie, cofając się do dnia jedenastego listopada 1922 roku.
Wrócę w swojej podróży wstecz do czasów, kiedy jedenasty listopada, nawiasem mówiąc, dzień moich urodzin, był dniem świętym i nazywał się Dniem Zawieszenia Broni. Kiedy byłem chłopcem i kiedy Dwayne Hoover był chłopcem, wszyscy ludzie we wszystkich krajach, które brały udział w pierwszej wojnie światowej, milkli w jedenastej minucie jedenastej godziny Dnia Zawieszenia Broni, który był jedenastym dniem jedenastego miesiąca.
W tej właśnie minucie w roku 1918 miliony istot ludzkich przestały się nawzajem wyrzynać. Rozmawiałem ze starymi ludźmi, którzy w tej minucie znajdowali się na polu bitwy. Mówili mi, każdy na swój sposób, że ta nagła cisza była jak Głos Boga. Tak więc są jeszcze wśród nas ludzie pamiętający, jak Bóg wyraźnie przemówił do ludzkości.

Dzień Zawieszenia Broni przemianowano na Dzień Weterana. Dzień Zawieszenia Broni był święty, Dzień Weterana nie jest święty.
Wyrzucam więc Dzień Weterana za siebie. Dzień Zawieszenia Broni zachowam. Nie chcę wyrzucić niczego, co święte.
A co jeszcze jest święte? O, na przykład Romeo i Julia.
I cała muzyka.
PHILBOYD STUDGE

 


l

Jest to opowieść o spotkaniu dwóch samotnych, chudych, dość starych białych ludzi na szybko umierającej planecie.
Jeden z nich to autor powieści fantastyczno-naukowych nazwiskiem Kilgore Trout. Był wówczas nikim i sądził, że życie ma już za sobą. Mylił się. W wyniku tego spotkania stał się jednym z najbardziej uwielbianych i szanowanych ludzi na świecie.
Człowiek, którego spotkał, to sprzedawca samochodów, sprzedawca pontiaków nazwiskiem Dwayne Hoover. Dwayne Hoover był w przededniu utraty zmysłów.

Posłuchajcie:
Trout i Hoover byli obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki, kraju zwanego w skrócie Ameryką. A oto ich hymn narodowy, który jest czystym bełkotem, podobnie jak wiele innych rzeczy, które z założenia powinni brać na serio:

Czy znowu widzicie w promieniach poranka
Ów znak, z taką dumą o zmierzchu żegnany,
Co w boju niezłomnie łopotał nad szańcem,
Nasz sztandar złotymi gwiazdami usiany?

Blask rakiet, wybuchy granatów noc całą
Świadczyły, że ciągle powiewa na wałach.
Powiedzcie, czy jeszcze chorągiew gwiaździstą
Widzicie nad mężnych i wolnych ojczyzną?
We wszechświecie żyły tryliony narodów, ale jedynie naród Hoovera i Trouta miał hymn narodowy, który był bełkotem naszpikowanym znakami zapytania.
A oto jak wyglądał ich sztandar:
W ich kraju obowiązywało prawo, jakiego nie miał żaden inny naród na planecie, stwierdzające, że: ,,Sztandaru nie wolno pochylać przed nikim ani przed niczym".
Pochylanie sztandaru było formą przyjaznego i pełnego szacunku pozdrowienia, polegającego na pochyleniu i powtórnym podniesieniu kija ze sztandarem.

Dewiza narodu Hoovera i Trouta brzmiała: "E pluribus unum", co w języku, którym nikt już nie mówił, znaczyło: "Z wielu jeden".
Nie pochylany sztandar był piękny, hymn zaś i pusta dewiza nie miałyby większego znaczenia, gdyby nie następujący fakt: wielu obywateli było tak lekceważonych, oszukiwanych i lżonych, iż mogli uważać, że znaleźli się w niewłaściwym kraju albo nawet na niewłaściwej planecie, że zaszła jakaś straszliwa pomyłka. Może podniosłoby ich nieco na duchu, gdyby ich hymn i dewiza wspominały o uczciwości, braterstwie, nadziei albo o szczęściu, gdyby w jakiś sposób dawały im do zrozumienia, że są mile widziani w społeczeństwie i jego posiadłościach.
A jeśliby w poszukiwaniu wskazówek co do istoty swego kraju obejrzeli jego banknoty, znaleźliby wśród masy różnego barokowego śmiecia taki oto obrazek ściętej piramidy z promienistym okiem na szczycie:

Nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Jakby kraj mówił swoim obywatelom: "W nonsensie siła".

Wiele z tych bzdur stanowiło niewinny rezultat żartów ze strony ojców narodu Hoovera i Trouta. Ojcowie narodu byli arystokratami i chcieli się wykazać swoim bezużytecznym wykształceniem, polegającym na studiowaniu różnych starożytnych hokus-pokus. Byli także grafomanami.
Jednak niektóre z tych bzdur były szkodliwe, gdyż maskowały wielkie zbrodnie. Na przykład nauczyciele dzieci w Stanach Zjednoczonych Ameryki w kółko wypisywali na tablicach tę datę, każąc dzieciom zapamiętywać ją z dumą i radością:
Nauczyciele mówili dzieciom, że w tym roku ludzie odkryli ich kontynent. W rzeczywistości w roku 1492 miliony istot ludzkich żyły na tym kontynencie pełnym, bogatym życiem. Po prostu w tym roku rozbójnicy morscy zaczęli ich oszukiwać, łupić i mordować.
A oto inny przykład szkodliwej bzdury, jakiej uczono dzieci: że rozbójnicy morscy w końcu utworzyli rząd, który stał się kagańcem wolności dla istot ludzkich na całym świecie. Pokazywano dzieciom obrazy i posągi przedstawiające ten symboliczny kaganiec. Było to coś w rodzaju płonącego rożka z lodami. Wyglądało tak:
W rzeczywistości rozbójnicy morscy, którzy mieli największy udział w tworzeniu nowego rządu, trzymali niewolników. Używali ludzi zamiast maszyn i nawet kiedy już zniesiono niewolnictwo jako zbyt kompromitujące, oni i ich potomkowie nadal traktowali prostych ludzi jak maszyny.

Rozbójnicy morscy byli biali. Ludzie, którzy zamieszkiwali kontynent, kiedy rozbójnicy przypłynęli, mieli barwę miedzianoczerwoną. Kiedy na kontynencie wprowadzono niewolnictwo, niewolnikami byli czarni.
Kolor decydował o wszystkim.

A dzięki czemu piraci mogli zabierać każdemu, co chcieli? Bo rozporządzali najlepszymi na świecie okrętami, byli najgorszymi ludźmi i mieli proch, czyli mieszaninę azotanu potasu, węgla drzewnego i siarki. Przytykali do tego pozornie nieszkodliwego proszku ogień i proszek gwałtownie zamieniał się w gaz. Ten gaz z ogromną prędkością wyrzucał pociski z metalowych rur. Pociski bez trudu torowały sobie drogę przez mięso i kości, dzięki czemu piraci mogli uszkodzić instalację, miechy lub kanalizację nieposłusznego osobnika nawet na znaczną odległość.
Główny jednak oręż piratów stanowiła ich umiejętność zaskakiwania innych. Nikt nie mógł uwierzyć, że można być aż tak zachłannym i bezlitosnym, a potem było o wiele za późno.

W czasie kiedy spotkali się Dwayne Hoover i Kilgore Trout, ich kraj był zdecydowanie najbogatszym i najpotężniejszym krajem na całej planecie. Miał najwięcej żywności, minerałów i maszyn i terroryzował inne narody, grożąc, że wystrzeli wielkie rakiety albo zrzuci coś z samolotów.
Większość pozostałych krajów posiadała guzik z pętelką. Wiele z nich nie nadawało się już nawet do zamieszkania. Miały za dużo ludności i za mało przestrzeni. Sprzedały wszystko, co mogły, i nie miały już nic do jedzenia, a mimo to ludzie nadal pieprzyli się bez przerwy.
Z tego pieprzenia się powstawały dzieci.

Wielu ludzi na zdewastowanej planecie było komunistami. Według ich teorii to, co jeszcze zostało z planety, powinno być rozdzielone mniej więcej równo między ludzi, których przecież nikt nie pytał, czy chcą na tej zdewastowanej planecie zamieszkać. Tymczasem nieustannie przybywały nowe dzieci - krzyczące, wierzgające, domagające się mleka.
W pewnych okolicach ludzie naprawdę usiłowali jeść glinę lub ssali żwir, podczas gdy o kilka metrów od nich rodziły się dzieci.
I tak dalej.

Kraj Hoovera i Trouta, gdzie jeszcze nadal wszystkiego było dużo, sprzeciwiał się komunizmowi. Nie uważał, że Ziemianie, którzy mają dużo, powinni się dzielić z innymi, jeżeli nie mają na to ochoty, a większość jej nie miała.
Więc nie musieli.

System amerykański polegał na tym, że każdy zagarniał, ile się da, i trzymał. Niektórzy Amerykanie mieli dryg do zagarniania i trzymania i ci byli fantastycznie bogaci. Inni mieli guzik z pętelką.
Dwayne Hoover był fantastycznie bogaty, kiedy spotkał Kilgore'a Trouta. Pewien człowiek te właśnie słowa wyszeptał któregoś ranka do kolegi na widok przechodzącego Hoovera: "Fantastycznie bogaty gość".
Kilgore Trout miał wówczas guzik z pętelką.
Kilgore Trout i Dwayne Hoover spotkali się jesienią 1972 roku w Midland City, rodzinnym mieście Hoovera, na festiwalu sztuki.
Jak już wspomniałem, Hoover był sprzedawcą pontiaków, który tracił zmysły.
Oczywiście jego zaczynający się obłęd był głównie sprawą związków chemicznych. Organizm Hoovera wytwarzał pewne związki naruszające jego równowagę umysłową. Ale Dwayne Hoover, podobnie jak wszyscy początkujący wariaci, potrzebował również jakiejś szkodliwej idei, która nadałaby jego szaleństwu kształt i kierunek.
Szkodliwe związki chemiczne i szkodliwe idee stanowiły jin i jang szaleństwa. Jin i jang to chińskie symbole harmonii. Wyglądają tak:

Szkodliwej idei dostarczył Hooverowi Kilgore Trout. Trout uważał się nie tylko za nieszkodliwego, lecz także za niewidzialnego. Świat zwracał na niego tak mało uwagi, iż on sam podejrzewał, że już nie żyje.
Miał nadzieję, że już nie żyje.
Jednak po spotkaniu z Hooverem przekonał się, że jest wystarczająco żywy, by móc zarazić drugą istotę ludzką poglądami, które uczynią z niej potwora.
Oto rdzeń szkodliwych poglądów, jakimi Trout obdarował Hoovera: wszyscy na Ziemi są robotami, z jednym jedynym wyjątkiem - Dwayne'a Hoovera.
Ze wszystkich istot we wszechświecie jedynie on, Hoover, myślał i czuł, martwił się, planował i tak dalej. Nikt inny nie wiedział, co to ból. Nikt inny nie musiał dokonywać wyboru. Cała reszta to w pełni zautomatyzowane maszyny, które miały na celu pobudzanie Hoovera do działania. Hoover był nowym typem istoty poddawanej próbom przez Stwórcę Wszechświata.
Jedynie Dwayne Hoover miał wolną wolę.

Trout nie spodziewał się, że ktoś mu uwierzy. Wyłożył swoje szkodliwe poglądy w powieści fantastyczno-naukowej i tam je znalazł Hoover. Książka nie została napisana specjalnie dla Hoovera. Pisząc ją, Trout nie wiedział w ogóle o jego istnieniu. Książka zwracała się do wszystkich, którzy ją otwierali. Mówiła po prostu każdemu: "Hej, wiesz co? Jesteś jedyną istotą, która ma wolną wolę. I co ty na to?" I tak dalej.
Było to tour de force. Było to jeu d'esprit.
Ale dla umysłu Hoovera stało się trucizną.

Świadomość, że nawet on może sprowadzić na świat zło w postaci szkodliwych poglądów, wstrząsnęła Troutem. I potem, kiedy Hoovera zabrano w brezentowym kaftanie do domu wariatów, Trout stał się fanatykiem wpływu poglądów na powstawanie i leczenie najróżniejszych chorób.
Ale nikt go nie słuchał. Był plugawym staruszkiem wołającym na puszczy wśród drzew i poszycia: "Poglądy lub ich brak mogą powodować choroby!"

Kilgore Trout stał się pionierem w dziedzinie zdrowia psychicznego. Propagował swoje teorie pod płaszczykiem fantastyki naukowej. Zmarł w roku 1981, prawie dwadzieścia lat po tym, jak zaraził Hoovera.
Cieszył się wówczas sławą wielkiego artysty i uczonego. Staraniem Amerykańskiej Akademii Nauki i Sztuki wzniesiono pomnik nad jego prochami. Wyryto na nim cytat z jego ostatniej powieści, jego dwusetnej dziewiątej powieści, której nie zdążył przed śmiercią ukończyć.
Nagrobek wyglądał tak: