Strażnicy zaginionego

  • Autor: Weis, Margaret; Hickman, Tracy
  • Dostępność: Brak
  • 29,00 zł
  • Niedostępny

Z płomieni, mitów i cudów świata popularnej gry KAMIEŃ WŁADZY wyłania się druga po Mrocznej Studni zapierająca dech w piersiach epicka opowieść klasyków fantasy.

Minęły dwa stulecia od chwili, kiedy zaginął kawałek Kamienia Władzy - część należąca do ludzi z Loerem. Już tylko nieliczni przedstawiciele żyjących na świecie skłóconych z sobą ras pamiętają, że w ogóle kiedyś istniał. Ale jest ktoś, kto nie zapomniał: Gustav, Lord Dominium, człowiek, który za cel życia postawił sobie odnalezienie zagubionego fragmentu.
Jednak sukces drogo go kosztuje. Gdy wreszcie odzyska magiczną relikwię, zaatakuje go czarny rycerz - mroczny sługa nieśmiertelnego władcy Vrykyli, lorda Dagnarusa - i wymierzy mu śmiertelny cios. Jednak przed śmiercią dzielny Lord Dominium przekazuje kamień Bashae, młodemu pecwae, który podejmuje się dostarczyć go w bezpieczne miejsce, nieświadomy mocy, jaką obdarzony jest przedmiot... ani krwawej determinacji sił zła, które pragną mu go wyrwać.
Od wyprawy niewinnego chłopca rozpoczyna się bitwa o przyszłość Loerem - okropna wojna, która pochwyci w swe macki krasnoludy, ludzi, elfy i orków, prowadzona przez Dagnarusa z głębin Próżni. Jego armią są potwory, a najpotężniejszą bronią zdrada...

Rok wydania: 2004
Stron: 642
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Opakowanie: 20
Tlumacz: Ewa Jurewicz

Fragment tekstu:

Gustav czuł, że ktoś go obserwuje.
Nie miał na to żadnego dowodu, nic namacalnego, jedynie instynktowne przeczucie.
Dzięki instynktowi rycerz Gustav Kurwi Syn przeżył siedemdziesiąt lat. Wiedział, że lepiej go nie ignorować.
Wrażenie, że ktoś go obserwuje, odniósł po raz pierwszy trzy dni temu, po przybyciu do tego zapomnianego przez bogów zakątka. Podążał starym szlakiem, który prowadził wzdłuż rzeki Deverel. Szlak prawdopodobnie wyznaczyły zwierzęta, choć możliwe, że mieszkający w tych okolicach ludzie również z niego korzystali. Jeżeli tak było, to już dawno musieli oddać szlak jeleniom i wilkom, gdyż tylko ich ślady Gustav zauważył.
Ponieważ wiedział, że przypuszczalnie jest pierwszym od stu lat człowiekiem, który postawił stopę w tej okolicy, Gustav - co zrozumiałe - poczuł się wytrącony z równowagi, kiedy pierwszego ranka w obozie zbudziło go wyraźne uczucie, że nie jest sam.
Nie miał dowodu, że ktoś go obserwuje. Noce spędzane w namiocie, w głuszy, były spokojne i bezpieczne. Czasami się budził, bo zdawało mu się, że słyszy na zewnątrz ukradkowe kroki, ale przekonywał się, że był w błędzie. Jego wyszkolony koń, który zaalarmowałby go, gdyby w pobliżu ktoś się czaił, pozostał spokojny i niewzruszony, obojętny na wszystko z wyjątkiem much.
W dzień, kontynuując swoje poszukiwania, Gustav imał się wszelkich znanych sobie sztuczek - mógłby o nich napisać całą księgę - aby dostrzec tego, kto deptał mu po piętach. Wypatrywał błysku, który mógłby być promieniem słońca odbijającym się od metalu, ale nic nie zauważył. Zatrzymywał się znienacka, chcąc usłyszeć kroki zaskoczonego w ruchu szpiega. Poszukiwał znaków czyjejś obecności w pobliżu - odcisków stóp na podmokłym brzegu rzeki, gdzie dokonywał codziennych ablucji, rybich łbów pozostałych po kolacji prześladowcy, połamanych patyków czy przygiętych gałązek.
Nic. Gustav nic nie słyszał. Nic nie widział. Instynktownie czuł wlepione w siebie oczy prześladowcy, czuł, że ich spojrzenie jest wrogie.
Stary rycerz nie należał wszakże do ludzi, którzy porzucają swe przedsięwzięcie pod wpływem uczucia niepokoju. Przybył tu na poszukiwania, które rozpoczął czterdzieści lat wcześniej, i nie miał zamiaru odchodzić przed zakończeniem zadania. Szukał od trzech dni i jak dotąd nic nie znalazł.
Nie był nawet pewien, czy szuka we właściwym miejscu. Jedyną wskazówką był mu krótki opis odczytany ze zmumifikowanego ciała jednego z mnichów ze Smoczej Góry. Po wielu latach poszukiwań, które za każdym razem kończyły się w ślepym zaułku, sir Gustav ponownie wrócił do świątyni.
Mnisi ze Smoczej Góry byli przechowalnią historii Loerem. Oni i ich wysłannicy podróżowali po kontynencie, obserwując wydarzenia historyczne i zapisując je na własnych ciałach. Zakonserwowane po śmierci dzięki świętej herbacie, którą pili za życia, ciała mnichów z całą spisaną na nich wiedzą były przechowywane w kryptach na Smoczej Górze. Każdy mieszkaniec Loerem mógł się udać na górę w poszukiwaniu wiedzy o przeszłości i znaleźć ją wśród pogrążonych we śnie zmarłych.
Gustav przestudiował historyczne zapisy dotyczące wszystkich ras żyjących na Loerem w czasie, który go interesował. Znalazł niezliczone możliwe miejsca, gdzie mógł kryć się przedmiot jego poszukiwań. Odwiedził wszystkie te miejsca i jeszcze sto innych, i wrócił z pustymi rękami. Czy przeoczył jakiś fragment informacji? Coś, co mogło stanowić wskazówkę? Czy mnisi naprawdę przestudiowali wszystkie zapisy?
Akolita słuchał starego rycerza z rosnącym zainteresowaniem, po czym - za zezwoleniem mnichów - zabrał Gustava do świętej krypty. Obaj z uwagą obejrzeli zmumifikowane szczątki spoczywających tam historyków o kończynach pokrytych przeplatającymi się tatuażami-opisami historii. Gustav rozpoznawał wszystkie ciała. Po długich latach znajomości stały się jego przyjaciółmi.
- Mówisz, że przeczytałeś wszystkich - powiedział akolita. - Ale czy pomyślałeś o tym, żeby obejrzeć i ją? - Mnich zatrzymał się przy ciele człowieka - kobiety, która leżała na końcu długiego szeregu. Gustav popatrzył na ciało; nie przypominał sobie, żeby ją wcześniej oglądał. - Ach, to prawdopodobne - akolita skinął głową. - Specjalizowała się w rasie pecwae. Poprzedni przewodnicy przypuszczalnie sądzili, że pecwae nie ma żadnego związku z Kamieniem Władzy.
Gustav zastanowił się nad tym.
- Pewnie tak, ale wyczerpałem wszystkie inne możliwości.
- Czy na pewno? - zapytał łagodnie akolita. - A nie rozważałeś możliwości, że część Kamienia Władzy, której szukasz, została zniszczona w wybuchu, jaki przed dwustu laty zrównał miasto z ziemią?
- Rozważałem, ale nie mogę w to uwierzyć - odparł spokojnie Gustav. - Bogowie dali nam naszą część kamienia, tak samo jak dali po części innym rasom. Nasza zaginęła, to wszystko. Zobaczmy, co ma nam do powiedzenia ta kronikarka pecwae.
Akolita zagłębił się w odczytywanie tatuaży na ciele, mrucząc do siebie i potrząsając głową. Tatuaże były magiczne. Historyk nanosił swe myśli na ciało za ich pomocą, a one potem ujawniały owe myśli mnichom wyszkolonym w tej magii. Przez położenie ręki na tatuażu i uruchomienie zaklęcia (magię tę mnisi trzymają w największym sekrecie), akolita ujrzał w swym umyśle obrazy, słowa i myśli mniszki przechowującej ten fragment historii.
Gustav przyglądał się twarzy akolity, patrzył, jak wiedza przepływa po niej niczym wietrzyk ponad nieruchomym jeziorem. Zmarszczki myśli wygładziły się. Oczy akolity pojaśniały.
- Mam coś - powiedział ostrożnie. - Nie rób sobie wielkich nadziei. To tylko ciekawostka, ale przypada na właściwy czas.
- Wezmę wszystko - rzekł Gustav, mając nadzieję, że w jego głosie nie słychać desperacji, którą zaczynał odczuwać.
Miał już siedemdziesiąt lat i sam zbliżał się do wiecznego snu. Niezłomny wojownik spoglądał już śmierci w twarz, nawet witał się z tą damą na niejednym polu bitewnym. Gustav nie obawiał się nieskończonej ciszy. Mógłby oczekiwać ostatniego spoczynku z ukontentowaniem, jeśliby tylko miał pewność, że będzie on spokojny. Gdyby był zmuszony odejść przed zakończeniem swojej misji, wyobrażał sobie, że stanie się jednym z tych żałosnych duchów, skazanych na dręczącą wędrówkę, tych, które poszukują i nigdy nie znajdują.
- Wskazówka dotyczy grobu pewnego bahka - wyjaśnił akolita. - Bahka znanego jako Strażnik.
Gustav słuchał, gdy akolita opowiadał o wygłodzonym bahku, jego wybawcach z ludu pecwae i o niezwykłych okolicznościach pogrzebu bahka. Kiedy doszedł do miejsca, gdzie bahk został pochowany z czarodziejskim skarbem, jego ciekawość wzrosła. Poprosił akolitę o powtórzenie tego fragmentu. Czy to możliwe, że święty i potężny Kamień Władzy przez te wszystkie lata spoczywał na butwiejącym ciele potwora? Gustav ledwo mógł w to uwierzyć, ale była to jedyna i ostatnia wskazówka, jaką mógł się kierować.
Opisane przez mniszkę położenie grobowca było bardzo przybliżone. Zapisujący historię mnisi, aby oznaczyć położenie, posługują się punktami orientacyjnymi, gdyż wiedzą aż nazbyt dobrze, że sztuczne granice ustanowione przez ludzi mają tendencję do przemieszczania się wraz z odpływami i przypływami politycznymi. W tym wypadku kraina przed dwustu laty zwana Dunkargą nosiła obecnie nazwę Karnu, po tym, jak wojna domowa rozdarła naród.
Mniszka opisała górę w kształcie ptasiego dzioba na zachód od ogromnej rzeki płynącej na północ i południe, a znajdującej się na zachód od Smoczej Góry. Miejsce pochówku bahka leżało gdzieś w tamtym rejonie, między rzeką a górą. Gustav uznał, że rzeką musi być Deverel. Opierając się na wskazówkach historyczki, które mówiły na przykład "w cieniu dziobu góry w południe" oraz "siedemnaście dni drogi od podnóża góry", dotarł do miejsca, które prawdopodobnie odpowiadało opisowi.
Gustav wydedukował, że dawne obozowisko musiało być gdzieś w pobliżu źródła wody, gdyż pecwae, powszechnie uważani za najbardziej leniwych mieszkańców Loerem, nigdy nie wpadliby na pomysł wykopania studni lub zbudowania akweduktu.
Rzeka Deverel stanowiła granicę między Imperium Vinnengael i królestwem Karnu. Gdyby Gustav podróżował przez któreś z przygranicznych miast, ujrzałby po obu stronach przewężeń zbrojne straże patrzące na siebie z nienawiścią, a może nawet wypuszczające znienacka, w nadziei na celne trafienie, chyżą strzałę, gdyż oba ludzkie królestwa znajdowały się obecnie, choć nieoficjalnie, w stanie wojny. Gustav badał jednak dzikie tereny, na których prawdopodobnie żadna cywilizowana rasa nie zamieszkiwała od czasu, gdy przed stu laty wyprowadzili się stąd pecwae.
Jako Vinnengaelczyk z urodzenia, spotkałby się z jawną wrogością albo i gorzej, gdyby został odkryty na ziemiach Karnu i gdyby jego tożsamość wyszła na jaw. Nie bał się, że zostanie spostrzeżony. Rycerz Kurwi Syn miał talent, pielęgnowany w ciągu długich lat życia na ulicach i w zaułkach Nowego Vinnengael, który pozwalał mu pozostać niezauważonym we wrogich miastach i miasteczkach. Kiedy chciał, potrafił być zwykłym samotnym staruszkiem drepczącym po nieuczęszczanych uliczkach, starającym się umknąć przed śmiercią. Nikt, kto na niego spoglądał, nie wziąłby go za Lorda Dominium.
Rozbiwszy obóz mniej więcej milę od brzegu rzeki, Gustav rozpoczął poszukiwanie grobowca bahka. Zabrał się do tego niewdzięcznego zadania metodycznie. Najpierw podzielił cały teren na kwadraty, a potem poświęcał dnie na obejście wszystkich kwadratów w ustalony sposób. Sto kroków na północ. Skręcić na wschód, sto kroków. Sto kroków na południe. Skręcić na zachód. Sto kroków do punktu wyjścia. Kiedy obszedł jeden kwadrat, zaczynał następny.
Trzy dni. Dotąd nic nie znalazł, ale nie tracił otuchy. Miał jeszcze cztery wyznaczone kwadraty, cztery kwadraty do spenetrowania. Gdyby mu się nie powiodło tutaj, zamierzał przenieść się o dziesięć mil na południe wzdłuż rzeki i zacząć od nowa.
Przez cały ten czas ktoś go obserwował.
Rankiem czwartego dnia Gustav obudził się z płytkiego snu, który nie pokrzepił go zbytnio. W nocy budził się aż trzy razy, gdyż zdawało mu się, że coś słyszy na zewnątrz namiotu. Za każdym razem, kiedy się budził, był zmuszony wyjść i ulżyć sobie. Słaby pęcherz, jedna z dolegliwości podeszłego wieku. Zaspany rycerz wygramolił się z namiotu i stwierdził, że dzień zapowiada się ładnie, bezchmurnie i słonecznie. Było wczesne lato, pora, kiedy listki są jeszcze lśniąco zielone, a nie zakurzone od suszy, przywiędłe od upału i ponadgryzane przez robactwo. Gustav przyjrzał się uważnie ziemi wokół namiotu, ale nie dostrzegł żadnych śladów poza swoimi.
Poszedł do rzeki, obmył się i popływał w orzeźwiającej wodzie, aby przegonić z głowy mgłę snu. Wzdłuż rzeki nie zauważył żadnych śladów. Zaniósł wody koniowi, upewnił się, czy zwierzę jest uwiązane w miejscu, gdzie ma obfitość słodkiej trawy i koniczyny, po czym wyruszył na dzisiejsze poszukiwanie.
Gdy tak szedł przez zarośla, rozkoszując się ciepłem słońca na karku, nagle się zatrzymał. Zdjął jeden but, zajrzał do niego z irytacją, odwrócił go do góry obcasem i potrząsnął, jakby podejrzewał, że w nocy znalazło się w nim jakieś niepożądane towarzystwo. W trakcie tej czynności nadstawiał uszu i ukradkiem rozglądał się na prawo i lewo.
Ptaki śpiewały wesoło, pszczoły brzęczały wśród ziół, muchy przelatywały wokół niego z bzyczeniem.
Gustav nałożył but z powrotem i ruszył w dalszą drogę. Na poszukiwania zabrał z sobą miecz, czego zazwyczaj nie robił, a gdy wpatrywał się w ziemię, szukając śladów starego obozowiska pecwae, rozglądał się też, czy nie dostrzeże zgniecionej trawy albo strzępu odzienia, zaczepionego o kolce jeżyn. Słuch miał tak wyostrzony, że kiedy sto jardów od niego zaskrzeczała wiewiórka, rozzłoszczona, że ktoś jej zakłóca spokój, usłyszał ją.
"Dzięki bogom, że mimo siódmego krzyżyka zachowałem słuch, całkiem dobry wzrok i zęby" - pomyślał, uśmiechając się.
Jeśli nie liczyć jego wymuszonych nocnych przechadzek w krzaki, podeszły wiek obszedł się z nim łagodnie. Widział nieco gorzej, nie na odległość, ale z bliska. Kiedy skończył czterdzieści lat, musiał przysuwać książkę do nosa, żeby ją przeczytać. Pewien żeglarz ork sprzedał mu niezwykły wynalazek - dwa kawałki szkła powiększającego, ujęte w drucianą oprawę, którą umieszczało się na nosie; z jego pomocą znów mógł czytać. To osłabienie wzroku było jedynym dokuczliwym objawem zaawansowanego wieku, no i pewna sztywność stawów, gdy budził się rano; zwykle wystarczył dziarski spacerek, aby ją usunąć.
Właśnie myślał, że największe szczęście miał z zębami - widywał wielu starców siorbiących strawę z miski - kiedy natknął się na ślad, jakiego szukał.
Mimo podniecenia i wdzięczności rycerz nie przestał wsłuchiwać się w odgłosy lasu, nadal starał się wyodrębnić dźwięk do nich nie pasujący. Nie słyszał nic podejrzanego, więc pochylił się i obejrzał swoje znalezisko - kamienny krąg osmalony ogniem.
Umiejscowiony pośrodku kępy świerków krąg znajdował się tu od bardzo, bardzo dawna, tak długo, że na kamieniach porosły chwasty i zielsko. Mógłby sądzić, iż to twór natury, ale natura nie układała kamieni w taki okrągły wzór. Kamienie zostały ułożone rękami. Także ręce zbudowały ogniska, które osmaliły głazy. Ręce pecwae? Gustav potrzebował więcej wskazówek.
Poszerzył obszar poszukiwań o teren wokół kamiennego kręgu. Pecwae mają niewiele rzeczy osobistych, a to, co posiadają, zabierają z sobą, gdy się wynoszą. Dlatego uradował się, gdy kilka jardów od ogniska natknął się na odłamki stłuczonego glinianego garnka. Po złożeniu kawałków przekonał się, że garnek był niewielki, akurat pasujący do małych dłoni.
Gustav cierpliwie przeszukiwał każdą piędź ziemi i w końcu został wynagrodzony. W pewnej chwili zauważył błysk metalu. Na klęczkach, posługując się sztyletem, ostrożnie wydłubał błyszczącą rzecz z ziemi, w której była częściowo zagrzebana. Wydobył małą srebrną obrączkę, która pasowałaby na rękę ludzkiego dziecka. Nie miał jednak wątpliwości, że to pierścionek pecwae, ponieważ był w nim osadzony turkus; pecwae cenią te kamienie wyżej od złota, gdyż przypisują im magiczną moc.
Jakim sposobem tak wartościowa rzecz została zagubiona, zastanawiał się Gustav, obracając pierścionek w palcach. Czy ktoś ją odrzucił podczas kłótni kochanków? Upuścił podczas panicznej ucieczki przed wrogiem? Czy może zostawili ją tu bogowie, jako znak dla niego? Zamknął skarb w dłoni i wrócił do poszukiwań.
Choć nie znalazł nic więcej, pierścionek przekonał go, że oto jest w obozowisku pecwae. Ale czy to ten sam obóz, który odwiedziła mniszka? Pozostawało tylko poszukać kurhanu. Gustav jął obchodzić obozowisko w kółko, za każdym okrążeniem odsuwając się coraz dalej. Drzewa rosły tu rzadko, co mogło świadczyć o tym, że w dawnych czasach ziemia została wykarczowana pod uprawy. Pecwae nie byli rolnikami, ale możliwe, że ludzie z rodu Trevenici, którzy ich ochraniali, zaorali ziemię, pozostawiając po sobie ślad. Na skraju pokrytego darnią prostokąta, który niegdyś mógł być poletkiem zboża albo kukurydzy, natrafił na spory pagórek porośnięty trawą.
Spojrzał na słońce. Zostało jeszcze kilka godzin dnia. Obszedł pagórek dookoła, wspominając opis mniszki.
"Gdy już złożyli ciało bahka w środku, pecwae zamknęli wejście do grobowca kamieniami ułożonymi jeden na drugim, po czym pokryli je warstwą ziemi".
I oto był. Prymitywny kamienny mur. Gustav zatrzymał się jak wryty, nie tyle z radości wywołanej znaleziskiem, ile z niepokoju.
Według historyczki pecwae przykryli kamienie ziemią. W ciągu lat, które upłynęły od tamtej pory, trawa i zielsko musiałyby wyrosnąć na ziemi i zasłonić kamienny mur. Gustav powinien odnaleźć go z największym trudem, a jednak mur był wyraźnie widoczny.
Trawa i chwasty zostały wyrwane i odrzucone na bok. Zauważył drobne grudki ziemi, do których przylgnęły źdźbła trawy, podniósł więc jedną z nich i dokładnie obejrzał. Trawa była jeszcze zielona, dopiero zaczynała więdnąć. Ktoś tu był przed nim.
Gustav dokładnie zbadał kamienie w murze. Ślady wskazywały, że je wyjęto, a potem ułożono z powrotem, tak żeby wyglądały na nienaruszone. Ale rycerz wiedział, że było inaczej. Pecwae nie są budowniczymi. Ledwo zdobyłyby się na to, aby zrzucić bryłki na stertę, a już na pewno nie pomyślałyby o wypełnieniu szczelin spoiwem. Między kamienie wpełzłby brud wieków. Powinno się między nimi roić od pająków, robaków, mrówek.
Te kamienie nie były zabrudzone. Owady i inne żyjątka zostały usunięte.
Gustav zaklął. Przede wszystkim przeklął sam siebie, przeklął swoją metodyczną, upartą naturę. Podczas gdy on wędrował po swoich głupich kwadratach i liczył kroki, ktoś inny odnalazł grobowiec. I otworzył go.
Usiadł na trawie, aby odpocząć, napić się z bukłaka i zastanowić się nad niespodziewanym rozwojem wypadków. Ktoś odkrył grobowiec bahka zaledwie kilka dni przed nim.
Zbieg okoliczności? Grobowiec przez sto lat pozostawał nietknięty, niezauważony. Oczywiście istniała możliwość, że ktoś powziął zamiar przeszukania tego odległego rejonu i odnalezienia grobu w tym samym czasie, co on, ale uważał to za wysoce nieprawdopodobne.
Ktoś wiedział, że on tu przybędzie.
Gustav wrócił myślą do wszystkiego, co mówił i czynił w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Nigdy nie robił tajemnicy ze swych poszukiwań Kamienia Władzy. Lecz trzymał się raczej na uboczu, był zamknięty w sobie. Nie leżało w jego naturze opowiadać o swoich sprawach każdemu nieznajomemu napotkanemu w piwiarni. Mnisi ze Smoczej Góry wiedzieli, że zamierzał zlokalizować grobowiec. Lecz oni zapisują historię, nie tworzą jej. Gdyby któryś z nich chciał mu towarzyszyć w podróży, dołączyłby do niego razem ze świtą małomównych, oddanych strażników. Gustav nie żądał od mnichów, by trzymali cel jego wyprawy w sekrecie. Nie widział takiej potrzeby, mogli więc go wyjawić, jeśli ktoś pytał.
Ktoś otworzył grobowiec i prawdopodobnie wszedł do niego. Hieny cmentarne? Wątpił w to. Zwykły rabuś uciekłby z łupem, pozostawiając grobowiec otworem. Tu ktoś zadał sobie wiele trudu, poświęcił dużo czasu i wysiłku, aby z powrotem poukładać kamienie.
- Ktoś nie chce, żebym się zniechęcił do poszukiwań - mruknął. - Kimkolwiek jest, chce, żebym myślał, iż grobowiec jest nienaruszony. Boi się, że kiedy odkryję, iż został otwarty, odejdę, nie zajrzawszy do środka. Dowodzi to tylko, że ten człowiek nie zna mnie zbyt dobrze. - Gustav uśmiechnął się, choć był to uśmiech raczej ponury. - Przez cały ten czas czekał, aż znajdę grób. Uważał, żeby pozostać w ukryciu. Chce, żebym wszedł do środka. Dlaczego? Oto jest pytanie. Dlaczego?
Nie potrafił dać na to rozsądnej odpowiedzi. Jedno było pewne. Ktokolwiek to był i czegokolwiek chciał, Gustav nie miał zamiaru go rozczarować. Zaczął rozbierać kamienny mur.
Nie zabrało mu to dużo czasu. Kamienie układano na powrót w pośpiechu i były obluzowane. Wkrótce usunął je z wejścia.
Z pagórka wionęło chłodne, wilgotne powietrze o piżmowym zapachu świeżo poruszonej ziemi. Słońce pozwoliło mu zajrzeć kawałek w głąb i przekonał się z przyjemnym zaskoczeniem, że mimo upływu lat tunel jest wciąż nietknięty. Sądził, że wykopany w ziemi przez pecwae, którzy na pewno nie wzmocnili go drewnianymi palami, musiał się zapaść krótko po wybudowaniu. Ten tunel o gładkich ścianach był wysoki na około pięć stóp, szeroki na cztery i ginął w mroku.
Czy obserwator wchodził do tunelu? Jeśli tak, powinien pozostać jakiś ślad. Kucając przy wejściu, Gustav zbadał podłogę i ściany, szukając odcisków stóp.
Znalazł je - odciski drobnych, bosych stóp pecwae. Było ich mnóstwo, przechodziły w obie strony, tak że tylko kilka śladów blisko ściany tunelu wyraźnie się odcisnęło. Błoto na dnie wyschło i stwardniało, ślady dobrze się zachowały. Były to ślady tych, którzy zbudowali tunel, nie żadnych rabusiów.
Gustav wyobrażał sobie pecwae ćwierkających w podnieceniu cienkimi głosami. Poczuł z nimi łączność w czasie i był rad, że lojalnie oddali cześć temu, który służył im wiernie aż do końca.
Wstał i wyszedł z powrotem na słońce. Rozejrzał się, nadsłuchiwał uważnie, ale nic nie usłyszał, nikogo nie zobaczył. Jak zwykle poczuł czyjeś obserwujące go oczy. Położył plecak na ziemi i wyjął z niego rzeczy, które nie będą mu potrzebne w kurhanie - żywność, mapę. Pozostawił je na zewnątrz. Zatrzymał małą lampkę oliwną, hubkę i krzesiwo do rozpalenia, wytrychy oraz wodę.
Pewien, że ma wszystko, czego może potrzebować, nasunął na ramiona pasy plecaka, ułożył go sobie wygodnie na plecach i przygotował się, aby wejść do pagórka. Na progu rycerz zatrzymał się. Odwracając się, wiele mówiącym gestem położył rękę na głowni miecza i posłał za siebie jedno długie, znaczące spojrzenie.
- Wiem, że tu jesteś - powiedział do niewidzialnego obserwatora. - Jestem przygotowany. Nie myśl sobie, że zdołasz mnie zaskoczyć.
Nie czekał na odpowiedź.
Odwrócił się, schylił i wszedł do kurhanu.

 

2.

Gustav zrobił zaledwie krok wewnątrz kurhanu, kiedy wyczuł magię.
Sam nie był biegły w tajemnej sztuce, czego gorzko żałował w dzieciństwie, kiedy to mylnie sądził, że magia pozwoliłaby rozwiązać wszystkie jego kłopoty, złagodzić smutki, wszystko naprawić. Lata dały mu mądrość i lepsze zrozumienie magii oraz ofiar, jakie muszą ponieść ci, którzy ją uprawiają. Lata dały mu także magię w postaci zaczarowanej zbroi, jaka jest darem bogów dla Lordów Dominiów, tych świętych rycerzy, wybrańców bogów, poddawanych Transfiguracji.
Kiedy Lord Dominium przechodzi ten cud, oddaje się bez reszty bogom. Jego ciało przekształca się w żywioł związany z jego rasą. U ludzi Lordowie Dominiów zamieniają się w kamień. Elfy oddają się powietrzu, orkowie wodzie, a krasnoludy ogniowi. Po dokonaniu się cudu Lord Dominium wraca do swej postaci cały i zdrowy, pełen uniesienia, gdyż został dotknięty przez bogów. W nagrodę za swą wiarę, ku pomocy potrzebującym Lord Dominium otrzymuje cudowną, magiczną zbroję.
Zbroja sprowadza na Lorda Dominium liczne dary - dar magii, siły, mądrości i przenikliwości. Dary są zależne od osobowości Lorda Dominium i tak dobrane, aby odpowiadały jego umiejętnościom i życiu, jakie zamierza odtąd prowadzić. Bogowie wiedzą o człowieku więcej niż on sam, wglądają w jego serce, toteż dary mogą z początku wydawać się niezrozumiałe. Bogowie wiedzieli o poszukiwaniach Gustava długo przed nim. Dali mu zdolność wyczuwania obecności magii; umiejętność tę posiadają tylko ci, którzy kształcili się na magów. Zbroja nie dawała mu jednak możliwości posługiwania się magią, gdyż nie miał po temu zdolności.
Ale choć Gustav nie mógł używać innej magii niż ta, którą dawała mu czarodziejska zbroja, potrafił ją wyczuwać, podobnie jak żeglarz ork potrafi wyczuć nadciągający sztorm, czy pies - zbliżające się trzęsienie ziemi. Gustav przystanął, żeby zapalić knotek w lampce oliwnej. Określana mianem ślepej latarki, popularna wśród złodziei, lampka miała przesuwaną płytkę, którą można było podnieść, aby światło wydobywało się na zewnątrz lub opuścić, aby je zasłonić. Poświecił sobie dookoła, lecz nic nie zobaczył.
Kosztował magii, smakował ją językiem - tylko tak umiał opisać uczucie, którego doznawał, kiedy był w jej sąsiedztwie. Smak nie był nieprzyjemny. Nie zalał mu zmysłów gorzką żółcią, jak to się zdarzyło, kiedy znalazł się w bezpośredniej bliskości przeklętej magii Próżni. Jednak czaiła się w nim jakaś groźba. Ostrzegano go, żeby sobie poszedł, żeby nie wdzierał się na zakazany teren.
Unosząc lampkę, Gustav ostrożnie postąpił kilka kroków naprzód, oświetlił ściany tunelu, przesunął promieniem od sufitu do podłogi. Pecwae biegle posługują się magią ziemi, zwłaszcza magią kamieni, i często osłaniają swe namioty, otaczając je kamieniami ochronnymi i broniącymi wstępu. Mogli wbudować takie kamienie w ściany tunelu lub wtopić je w podłoże.
Badanie jednak nic nie ujawniło. Ściany zbudowano z ziemi i niczym ich nie ozdobiono. Nawet jednym kamykiem. W takim razie to nie magia pecwae.
W miarę jak Gustav zagłębiał się w tunel, uczucie zagrożenia wzrastało, aż dobył miecza. Może duch martwego bahka nadal tu przebywał, niezdolny opuścić tajemniczy przedmiot, który stworzenie tak długo hołubiło. A może to wcale nie był duch bahka, tylko coś o wiele bardziej złowrogiego. Stare cmentarzyska przyciągały inne istoty - niektóre obdarzone żywym, ukrwionym ciałem, a inne nie.
Rycerz pozostawił blask słońca za sobą. Światło dawała mu jedynie latarka. Tunel rozciągał się przed nim dalej, niż przypuszczał, dalej, niż było to możliwe, biorąc pod uwagę wielkość pagórka. Albo tunel rozszerzał się w pieczarę, albo też magia wpływała na zmysły. Na szczęście przy swoim bólu pleców Gustav nie musiał się już schylać. Mógł stać wyprostowany.
Nagle spadła na niego ciemność, gęsta, miękka i ciężka niczym jakieś wielkie, niezdarne zwierzę. Przestał cokolwiek widzieć. Macając ręką, sprawdził, czy przypadkiem nie zasunął płytki w latarce i nie odciął światła, chociaż wiedział doskonale, że nie dopuścił się tak nierozważnego czynu. Będąc dzieckiem ulicy, zmuszonym do zarabiania na życie występkiem, opanował posługiwanie się ślepymi latarkami już jako dziesięciolatek.
Chcąc ponownie zapalić lampkę, Gustav zawrócił do słońca.
Zobaczył, że drogę zatarasowała mu gładka ziemna ściana.
Poczuł niepokój, ale także ciekawość, raczej ciekawość niż strach. Dzięki bogom miał znakomite poczucie kierunku. Doszedł tu w linii prostej. Nie zboczył z drogi, nie zmylił kroku. Tunel za nim powinien być otwarty. A jednak nie był.
Po omacku, w gęstej ciemności zdołał rozpalić lampkę, po czym ją podniósł, żeby obejrzeć dokładnie ścianę.
Była zrobiona z ziemi.
Postawił latarkę na podłodze, aby oznaczyć miejsce. Przy niej położył plecak, po czym poszedł wzdłuż ściany, która nagle się pojawiła, wodząc po niej dłońmi i licząc kroki. Po dwudziestu krokach jeszcze nie natrafił na żadną szczelinę. Próbował rozgrzebać ścianę palcami. Ziemna ściana była tak mocna, jakby została zbudowana z cegieł.
Tunel zamknął się za nim. Teraz on został pogrzebany.
Gustav w ciągu swych siedemdziesięciu lat już nieraz stawał twarzą w twarz ze śmiercią. Walczył z ludźmi, potworami, smokami i duchami - wszystkie je pokonał. Przeżył kilka wypadków, jedno niemal utonięcie oraz usiłowanie morderstwa. Poznał rozpacz i przerażenie. Poznał strach. Co najważniejsze, poznał, jak posłużyć się strachem dla własnej korzyści. Strach jest ostrogą, która pobudza do życia.
Gustav poznał strach, ale nie panikę. Panikę zaś poznawał teraz, kiedy wyobraził sobie, jak będzie umierał - powoli, udręczony, odwodniony, sam w tej gęstej, unicestwiającej ciemności.
W ustach mu zaschło. Dłonie się spociły. W kiszkach zaburczało, poczuł skurcz w żołądku. Nerw w szczęce zaczął dziko przeskakiwać. Już-już miał przywołać magiczną zbroję Lorda Dominium, kiedy odzyskał panowanie nad sobą, i to tak dalece, że dostrzegł śmieszność sytuacji. Przywołać magiczną zbroję - to tak, jakby dziecko schowało się pod koc przed piorunem. Zbroja nie wspomagała jego zdolności myślenia. Musiał wymyślić sposób na uniknięcie niebezpieczeństwa.
- Musi być jakieś wyjście - mruknął do siebie, zły, że stracił panowanie nad sobą. - Tylko jeszcze go nie znalazłeś i nie znajdziesz, jeżeli stracisz rozum, który dali ci bogowie.
Wówczas ciemność się rozjaśniła i ujrzał oczy. Małe oczy, płonące czerwienią, blisko ziemi, zbliżające się wśród pisków, szelestów i potupywania niezliczonych łap z pazurkami. Kiedy pierwsze ze stworzeń znalazło się w kręgu światła latarki, zobaczył, że to szczury - setki, tysiące szczurów. Podłoga grobowca ruszała się i falowała czarnym futrem, sunęła ku niemu. Na wpół zagłodzone, oszalałe z głodu szczury za moment ogołocą jego kości z ciała.
Gustav pobiegł do miejsca, gdzie zostawił lampkę, pochwycił ją i zamachnął się na gryzonie, aby je odpędzić. Wystraszone jasnym światłem szczury cofnęły się, błyskając czerwonymi ślepiami, niczym armia oczekująca rozkazu do ataku.
W uszach zabrzęczał mu przenikliwy dźwięk i niemal natychmiast Gustav poczuł na policzku drobny, piekący ból. Przyłożył rękę do twarzy, zgniótł w palcach komara. W tej samej chwili dziesięć innych jęło go żądlić we wszystkie odkryte części ciała - twarz, szyję. Kolejna ich chmara zaatakowała go od tyłu, żądląc i ssąc. Czuł, jak wciskają mu się pod skórzaną czapkę i boleśnie gryzą w skórę głowy. Pospiesznie schował miecz, postawił latarkę u stóp, aby odstraszać szczury, i zaczął tłuc komary. Skakał wokół, wymachiwał rękami i nogami, starając się je strząsnąć. Gdyby ktoś go zobaczył w tym makabrycznym tańcu, pomyślałby, że rycerz zwariował.
W trakcie tej udręki coś schwyciło go za prawe ramię. Gustav odwrócił się prędko. Nie trzymała go żadna ręka. Ramię znajdowało się w uścisku ogromnego korzenia drzewa, które oplotło mu się wokół łokcia. Inny korzeń niczym wąż owinął się wokół kostki. Trzeci złapał za lewe ramię.
Otoczyła go prawdziwa chmara komarów, cięły dosłownie wszędzie. Był zmuszony zacisnąć powieki, aby ochronić oczy przed owadami. Armia szczurów ruszyła do ataku. Nie zważając na płomień latarki, zaroiły się wokół jego stóp, piszcząc, szeleszcząc i drapiąc. Korzenie zaczęły odcinać mu krążenie krwi w żyłach. W desperackim wysiłku Gustav wyrwał się z uścisku. Wymachując ramionami, potykając się, ruszył do tyłu.
Ściana znikła.
Gustav wycofał się z tunelu. Chmara komarów przerzedziła się. Nadal słyszał brzęczenie ich skrzydełek, ale rój nie ciągnął za nim. Szczury także zaprzestały napaści. Obejrzał się przez ramię. Latarka pozostała na podłodze z tyłu i w jej świetle zobaczył to, czego nie dostrzegł, kiedy był w grobowcu.
Latarka oświetlała dużą pieczarę, bez wątpienia kryptę grobową. Jego dręczyciele ustawili się przed nią, obserwując jego odejście. Szczury nie podążyły za nim. Korzenie drzew zwisały bezwładnie z powały. Komary brzęczały, ale nie ścigały go.
Gustav zrozumiał.
Został ostrzeżony. Nie będzie mu wolno wejść do krypty grobowej.
- To tak, jakby sama Ziemia strzegła grobowca - mruknął, drapiąc bąble po komarach i tłukąc te, które jeszcze pozostały w jego odzieży. Nagle przestał się drapać, nie czując użądleń. - Sama Ziemia strzeże grobowca - powtórzył. - Oczywiście! Magia Ziemi! Nic innego nie mogłoby przywołać legionów Ziemi. Szczury, owady i drzewa zagroziły mi, ale nie zabiły. Na razie dostałem ostrzeżenie. Przy następnej okazji zabiją mnie. Co takiego ochraniają? - Domyślał się odpowiedzi. - Czy to możliwe? - zapytał sam siebie z przejęciem. Serce nabrzmiało mu radością, aż zaczęło bić nierównym rytmem. Nagle osłabły, oparł się o ścianę, próbując się uspokoić. - Czyżbym naprawdę znalazł to, czego szukam od tylu lat?
Chyba niczego innego Ziemia nie starałaby się tak walecznie ochronić.
Kamień Władzy. Każda część świętego kamienia odpowiadała innej mocy: częścią należącą do elfów rządziła magia Powietrza, częścią krasnoludów - magia Ognia, częścią orków - magia Wody. Należącą do ludzi częścią kamienia rządziła magia Ziemi. Magia Ziemi, która chroniła błogosławiony kamień przed tymi, którzy nie mieli do niego żadnego prawa.
Jak na przykład ten ktoś, kto go śledził.
Ów musiał wejść do grobowca i spotkać się z tym samym śmiertelnym zagrożeniem, na które natrafił Gustav. Zmuszony do odwrotu obserwator czekał teraz, by się przekonać, czy jemu powiedzie się lepiej.
Rycerz wyprostował się. Serce znów biło normalnie. Zawrócił w głąb tunelu, w stronę światła lampki - promyka w ciemności. Szczury zaskrzeczały na niego ze złością i zaczęły rosnąć, aż osiągnęły wielkość psów. Komary zmieniły się w potwory. W jednym wyłupiastym oku widział swoje stukrotne odbicie. Korzenie drzew skręciły się w pętle, gotowe pojmać go za szyję i udusić. Za sobą usłyszał spadające z hukiem grudy ziemi. Tunel został zamknięty, a on uwięziony.
Przedtem było ostrzeżenie. Teraz Ziemia zamierzała go zabić.
Gustav wygładził swoje delikatne, ręcznie szyte rękawice, po czym podnosząc ręce do góry, klasnął w nie. Klaśnięcie odbiło się w krypcie grzmotem tak potężnym, że ogłuszył kilka szczurów, aż przewróciły się na bok, i sprawił, że część komarów spadła na ziemię. Korzenie drzew zadrżały i zwiotczały.
Magiczna moc Lorda Dominium spłynęła z rękawic na całe ciało Gustava niczym rtęć. W czasie krótszym, niż potrzebował na zrobienie dwóch głębokich oddechów, został od stóp do głów odziany w srebrzyście lśniącą w świetle lampki zbroję z hełmem.
Podniósł przyłbicę i przemówił pełnym głosem.
- Jestem Gustav, znany jako Rycerz Kurwi Syn - oznajmił. - Zostałem mianowany Lordem Dominium z łaski króla Vinnengael, Giowina Drugiego. Przeszedłem Transfigurację w roku sto czterdziestym dziewiątym po Upadku. Zostałem wówczas obdarowany błogosławioną zbroją i powołaniem Lorda Poszukiwań. Wierny powołaniu, długo studiowałem i daleko podróżowałem, aby odszukać to, co zaginęło przed dwustu laty. Poszukuję owej części Kamienia Władzy, którą bogowie dali królowi Tamarosowi, a potem powierzyli pod opiekę jego starszemu synowi, księciu Helmosowi, Lordowi Smutku.
Gustav przerwał, chcąc sprawdzić, czy i jaką reakcję wywołały jego słowa, a co ważniejsze, jak magia Ziemi zareagowała na błogosławioną zbroję Lorda Dominium.
Czerwone ślepia szczurów mrugały i migotały, jakby z powątpiewaniem. Ich wściekłe piski ucichły. Korzenie drzew na powrót zwisły miękko, choć same ich końce drgały. Komary bzyczały tuż przy nim, ale nie atakowały. Jego słuchacze nadal byli wrogo nastawieni, lecz przynajmniej go słuchali.
Gustav postąpił krok do przodu, aby pokazać, że się nie boi i całym sercem wierzy, iż ma prawo tu być. Zrobił jeszcze krok i kolejny, i znalazł się wśród szczurów. Nie potrzebował światła latarki. Zbroja świeciła własnym blaskiem, czystym i promiennym. Gryzonie rozstąpiły się przed nim, pozwoliły mu iść dalej, lecz same szły w ślad za nim. Komary brzęczały w pobliżu. Korzenie bujały się złowieszczo, muskając go, gdy przechodził, dając mu do zrozumienia, że tajemnicza siła strzegąca tego miejsca nie jest jeszcze całkiem przekonana.
- Po co przyszedłem? Poszukuję błogosławionego Kamienia Władzy - powiedział tej sile. - Nie dla siebie. Jestem już stary. Moje dni są policzone. Moja śmierć zbliża się nieuchronnie. Przychodzę w imieniu ludzkości. Elfy, krasnoludy, orkowie - każda rasa ma swą część Kamienia Władzy, która udziela błogosławieństwa ich ludowi i daje moc ich Lordom Dominiów. Pozbawieni naszej - my, ludzie - musieliśmy zadowalać się resztką magii pozostałą w skrytce po kamieniu, którą znaleziono na ciele króla Helmosa. Mamy Lordów Dominiów, ale ich liczba maleje. Niewielu młodych przechodzi Transfigurację. Mądrzy obawiają się, że jeśli wkrótce nie odzyskamy Kamienia Władzy, my - obecni ludzcy Lordowie Dominiów - będziemy ostatnimi.
Gustav zamilkł, czekając i nasłuchując.
Nic się nie poruszyło, ale wszystko go obserwowało.
Dobył miecza (o nazwie Gorzko-Słodkie Wspomnienie) z pochwy. Szczury zapiszczały gniewnie, korzenie zwinęły się w pętle, gotowe wystrzelić. Ciemność pogłębiła się, tak że nawet blask roztaczany przez magiczną zbroję przybladł.
Gustav nie uczynił żadnego groźnego ruchu. Klęknąwszy na ziemi, podłożył dłonie pod klingę miecza poniżej głowni i podniósł go w górę w geście ofiary.
- Strażnicy Kamienia Władzy, wejrzyjcie w me serce i odczytajcie prawdę. Szukałem kamienia przez większą część mojego życia. Powierzcie mi go. Przysięgam, że będę go strzegł i oddam za niego życie. Dostarczę go bezpiecznie mojemu ludowi, który nigdy bardziej nie potrzebował jego błogosławieństwa.
Niewidzialna dłoń odsunęła zasłonę ciemności. Przed nim spoczywało dobrze zachowane ciało bahka, leżące na kolorowym pledzie; wyglądał, jakby został pochowany zaledwie wczoraj, a nie sto lat temu. Bahk był ogromny, jeden z największych, jakie Gustav kiedykolwiek widział. Musiał mierzyć ze dwadzieścia pięć stóp od dwóch olbrzymich łap po rogatą głowę. Pecwae najwyraźniej dbali o swojego obrońcę, pilnowali, żeby go dobrze karmić. Wydatny ryjek bahka i rozwarta paszcza pełna ostrych jak brzytwa zębów zachowały wyraz, który sprawiał, że wielkie stworzenie zdawało się niegroźne, w przeciwieństwie do innych osobników jego rodzaju. Większość bahków ma pyski wykrzywione okrucieństwem i nienawiścią. Ten się uśmiechał, jakby umarł z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Bahki, przytłaczająco wielkie, niezdarne bestie, były na Loerem od niedawna, przybyły - jak uważała większość uczonych - kiedy roztrzaskane, magiczne Portale otworzyły się na inne lądy, może nawet inne światy. Te groźnie wyglądające stworzenia o przygarbionych ramionach, o grzbietach okrytych kościstym pancerzem, są dzikie, drapieżne oraz - jak sądziła większość ludzi - okrutne i złośliwe, nie kochają niczego z wyjątkiem magii i zabijania.
Tu wszakże był bahk zwany Strażnikiem, który przeżył wiele lat wśród łagodnych pecwae i umarł otoczony szacunkiem i miłością.
Gustav poczuł przelotne zawstydzenie na myśl o wszystkich braciach bahka, których bez litości zabił. Jak większość pozostałych ras na świecie, uważał dotąd, że bahki to bezduszne potwory. Oto miał dowód, że jest inaczej.
Wokół ciała piętrzyły się najrozmaitsze kamienie. Turkus polśniewał błękitno w srebrzystym świetle, bursztyn żarzył się odcieniem złota, skrzyła się mika, błyszczał kwarc. Żaden z tych kamieni nie był Kamieniem Władzy, świętym skarbem, którego Gustav poszukiwał, ale i nie spodziewał się go znaleźć pośród nich. Odłożył miecz na ziemię i wstał. Powoli, ze złożonymi w geście szacunku rękami, zbliżył się do ciała. Szczury podreptały za nim. Słyszał skrobanie ich pazurków o podłoże. Komary zabrzęczały w pobliżu. Korzenie drzew zadrżały.
Na piersi bahka spoczywała srebrna szkatułka. Była dziełem pecwae, mierzyła tyle, co dłoń Gustava, i była tak szeroka jak jego dłoń z rozstawionymi palcami. Pokrywały ją wyobrażenia ptaków i zwierząt, kwiatów i pnączy, wygrawerowane w srebrze. Każde ze zwierząt miało oczy z turkusa. Drogie kamienie tworzyły płatki kwiatów: czerwony jaspis, fioletowy fluoryt, lapis lazuli, wieczko szkatułki zaś ozdabiał największy turkus, jaki Gustav kiedykolwiek widział. Srebrne żyłki oplatały go niczym pajęczyna. Szkatułka sama w sobie była cudownie pięknym dziełem. Wieczko umocowane na zawiasach przytrzymywał zameczek, który można było otworzyć jednym pstryknięciem palca. Zameczek był dość zużyty. Widocznie bahk wielokrotnie otwierał pudełko, aby podziwiać swój skarb.
Gustav powoli wyciągnął rękę, chcąc dotknąć szkatułki. Nagle zawahał się.
Ta skrzyneczka jest ostatnim strażnikiem - zrozumiał.
Magia była niezwykle silna. Czuł jej wibracje. Zabiłaby zwykłego złodzieja, gdyby wymknął się pozostałym strażnikom grobowca.
Złodzieja takiego jak on sam. Takiego, jakim kiedyś był.
Gustav wyrzekł się dawnego życia przed wielu laty. Od tamtej pory każdego dnia towarzyszyły mu wyrzuty sumienia za niegdysiejsze grzechy. Zrobił, co było w jego mocy, aby za nie odpokutować. Ale jeśli to się nie liczyło?
Magia szkatułki była zabójcza. Ta magia nie zawaha się zabić tego, kogo uzna za niegodnego zabrania błogosławionego skarbu.
Jego dłoń zadrżała nad srebrną szkatułką i nagle się uśmiechnął.
- Tak więc, Gustavie - powiedział, nabrawszy w ciągu długich lat samotnego podróżowania zwyczaju rozmawiania z sobą samym - poświęciłeś czterdzieści lat na szukanie tego, a teraz boisz się go dotknąć. Ależ Adela by się śmiała, gdyby cię teraz zobaczyła. Muszę pamiętać, żeby jej o tym opowiedzieć. Jeżeli przeżyję…
Jego dłoń zamknęła się na szkatułce.
Lekki prąd, niby chłodna woda, przepłynął przez całe jego ciało. To wszystko. Nic więcej.
Powoli, z respektem, uniósł olbrzymią głowę bahka i ostrożnie zdjął z jego szyi ozdobny srebrny łańcuch, do którego przymocowana była szkatułka. Trzymając ją w dłoniach, zbadał zameczek, delikatnie, żeby go nie uszkodzić. Palce mu się trzęsły tak mocno, że musiał próbować kilka razy, zanim zameczek odskoczył. Otworzył szkatułkę, zajrzał do środka i zamarł, zdjęty głębokim podziwem i zachwytem.
Kamień Władzy był trójkątnym klejnotem o czterech płaszczyznach, uformowanym w kształt klina. Gładki, twardy, w dotyku zimny jak lód kryształ łapał światło i rozszczepiał je w tęczę oślepiających kolorów. Według zapisków pozostawionych przez świętej pamięci króla Tamarosa, wszystkie części kamienia wyglądały identycznie, a kiedy złożyły się w jedno, tworzyły piramidę.
Padłszy na kolana, Gustav zaniósł gorącą modlitwę do bogów.
- Dziękuję, że mi go powierzyliście. Wiernie dotrzymam przysięgi. Zaklinam się na me życie, na mą duszę. - Z emocji głos uwiązł mu w gardle. W oczach stanęły łzy.
Przez długie chwile napawał się euforyczną radością ze swego triumfu, przejęty zachwytem, że oto spełnił zadanie swojego życia. Nie mógł odwrócić oczu od Kamienia Władzy. Jeszcze nigdy nie widział nic tak wyjątkowego, tak promiennego, tak cudownego. Zaprawdę, wierzył, że to dar od bogów. Wyobraził sobie twarz króla Tamarosa, uśmiechającego się i błogosławiącego go.
W końcu Gustav westchnął głęboko i z ostatnią modlitwą włożył Kamień Władzy z powrotem do srebrnej szkatułki, po czym zamknął wieczko. Wsunął szkatułkę za napierśnik zbroi. Poczuł jednak, że nie może odejść. Coś przyciągnęło go z powrotem do bahka, dziwnego i niezwykłego strażnika Kamienia Władzy.
Jak bahk wszedł w posiadanie kamienia? To było tajemnicą bogów, tajemnicą, która prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyjaśniona. Kamień Władzy przez te wszystkie lata spoczywał w sekretnym, dobrze strzeżonym miejscu. Może Gustav sobie to tylko wyobraził, ale zdawało mu się, że ciało bahka bez szkatułki wygląda na smutne i osamotnione. Jego duch wciąż tu mieszkał i choć nie sprzeciwił się prawu Gustava do Kamienia Władzy, bahk tęsknił za swoim skarbem, tak jak dziecko tęskni za ukochaną zabawką.
Rycerz sięgnął dłonią do piersi i ujął klejnot, który nosił na złotym łańcuchu. Był to szafir, w kolorze oczu jego żony, dar miłości, pierwszy, jaki mu podarowała. Ponieważ zamierzał go nosić zawsze, w testamencie pozostawił instrukcje, żeby pochowano go razem z wisiorem. Szybko, mocno szarpnął za łańcuch.
Łańcuch zerwał się. Gustav przybliżył klejnot do ust, ucałował go, po czym wolno, z szacunkiem złożył na piersi bahka.
- Przebacz mi, że zabieram to, co dla ciebie najcenniejsze, Strażniku. W zamian zostawiam ci to, co najcenniejsze dla mnie. Ze względu na ciebie chciałbym, żeby był magiczny - dodał miękko. - Ale jedyną magią, jaką zawiera ten klejnot, jest jej miłość do mnie i moja do niej. Żegnaj, Strażniku. Niech twój duch znajdzie spoczynek po długim i wiernym czuwaniu.
Klejnot zalśnił w świetle jego zbroi. Może znowu zadziałała wyobraźnia, ale Gustavowi wydało się, że bahk się uśmiechnął.