Szklany pałac

  • 83-7298-410-7
  • Autor: Ghosh, Amitav
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 32,90 zł 11,90 zł
  • Niedostępny

Szklany Pałac to znakomita i pełna pasji powieść o miłości i wojnie. Zaczyna się od wygnania króla Birmy i jego rodziny z Birmy do Indii przez Anglików. Na tle historycznych wydarzeń toczą się losy bohaterów.
Amitav Ghosh, którego Peter Matthiesen nazwał "wyjątkowym pisarzem", opowiada o Rajkumarze, biednym chłopcu unoszonym na fali politycznego i społecznego chaosu, który tworzy własne imperium w birmańskim lesie drewna tekowego. Podczas brytyjskiej inwazji w 1885, kiedy żołnierze zmuszają rodzinę królewską do opuszczenia Szklanego Pałacu, Rajkumar okazuje przyjaźń Dolly, kobiecie, której miłość ukształtuje jego życie. Nie może o niej zapomnieć i po latach, jako bogaty człowiek zaczyna jej szukać.
Akcja tej wielowątkowej powieści obrazująca losy trzech pokoleń toczy się w Birmie, Indiach i Malajach na przestrzeni wieku.

Rok wydania: 2004
Stron: 528
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 12
Tłumacz: Maria Zborowska

Fragment tekstu:

Rozdział pierwszy


Tylko jedna osoba przy straganie z żywnością wiedziała dokładnie, co oznacza ten huk przetaczający się przez równinę wzdłuż srebrnej krzywizny rzeki Irawadi do zachodniego muru fortu Mandalaj. Był to Rajkumar, hinduski jedenastolatek - żaden autorytet, by mu wierzyć.
Hałas był nieznany, niepokojący; daleki łomot, a potem cichsze pomruki. Czasami przypominał pękanie suchych gałązek, nagłe, nieoczekiwane. A potem nagle zmieniał się w głębokie dudnienie, aż trząsł się stragan i grzechotał garnek z gotującą się zupą. Stragan miał tylko dwie ławki i siedziało na nich pełno ludzi. Było zimno, początek krótkiej, ale mroźnej zimy w środkowej Birmie; słońce jeszcze nie wzeszło dostatecznie wysoko, by przegnać wilgotną mgłę, która przypłynęła o świcie znad rzeki. Kiedy pierwsze huki dotarły do straganu, zapanowała cisza, a potem nastąpiły pytania i wypowiadane szeptem odpowiedzi. Ludzie rozglądali się ze zdumieniem. Co to jest? Ba le? Co to może być? I wtedy odezwał się Rajkumar i swym ostrym, podnieconym głosem przeciął szum spekulacji.
- To angielskie armaty - powiedział płynnym birmańskim z obcym akcentem. - Strzelają gdzieś w górze rzeki. Celują w tym kierunku.
Zdziwienie pojawiło się na twarzach kupujących, gdy zauważyli, że to chłopak służący wypowiedział te słowa; kalaa, Hindus zza morza, z zębami tak białymi jak jego oczy i skórą barwy wypolerowanego drewna. Stał pośrodku straganu i trzymał stertę wyszczerbionych ceramicznych miseczek. Uśmiechał się trochę nieśmiało, jakby zakłopotał go ten popis dojrzałej wiedzy.
Rajkumar znaczy książę, ale w jego wyglądzie nie było nic książęcego; kamizelkę miał ochlapaną olejem, spodnie niechlujnie związane, bose stopy w grubych sandałach ukazywały zrogowaciałą skórę. Kiedy ludzie zapytali go, ile ma lat, odpowiedział, że piętnaście, chociaż czasami mówił, że osiemnaście albo dziewiętnaście; taka przesada dawała mu poczucie siły i władzy; chciał uchodzić za kogoś dorosłego i silnego zarówno pod względem fizycznym, jak i umysłowym, a tak naprawdę był jeszcze dzieckiem. Jednak mógł nawet powiedzieć, że ma dwadzieścia lat, i ludzie by mu wierzyli, gdyż był dużym, krzepkim chłopcem, wyższym i szerszym w ramionach niż wielu mężczyzn. A ponieważ miał bardzo ciemną cerę, trudno było stwierdzić, że jego podbródek był tak gładki jak jego dłonie, bez najmniejszego śladu puchu.
Przypadek sprawił, że Rajkumar znalazł się w Mandalaj tego listopadowego poranka. Jego łódź - sampan, na której pracował jako pomocnik i chłopiec do wszystkiego - wymagała reperacji po żegludze rzeką Irawadi od Zatoki Bengalskiej. Właściciel łodzi przeraził się, gdy usłyszał, że naprawa może potrwać miesiąc albo i dłużej. Nie stać go było na wyżywienie załogi przez ten czas, zdecydował więc, że niektórzy muszą znaleźć sobie inną pracę. Powiedział Rajkumarowi, by poszedł do miasta, kilka mil w głąb lądu. Na bazarze naprzeciwko zachodniego muru fortu ma zapytać o kobietę Ma Cho.
To pół-Hinduska, właścicielka małego straganu; ona może będzie miała jakąś pracę dla niego.
I tak to w wieku jedenastu lat, idąc do miasta Mandalaj, Rajkumar zobaczył po raz pierwszy w życiu prostą drogę. Jej gliniastą powierzchnię żłobiły równoległe koleiny, wyrzeźbione przez wozy ciągnięte przez woły, przez ich ciężkie koła bez szprych. Po bokach drogi stały chaty z bambusa i kryte słomą szałasy, leżały stosy śmieci i krążki łajna. Ale prostej linii drogi nie zakłócał chaos na jej poboczach: trochę przypominała groblę biegnącą przez wzburzone morze. Gdy patrzyło się na nią, widziało się miasto, jaskrawoczerwone mury fortu, odległe pagody na wzgórzu Mandalaj, lśniące jak sznur białych dzwonów na stoku.
Jak na swój wiek, Rajkumar wiele podróżował. Łódź, na której pracował, była statkiem przybrzeżnym; rzadko wypływała na otwarte wody, przemierzając jedynie odległość z Birmy do Bengalu. Rajkumar był już w Ćittagongu i w Bassein, i wielu miastach i wsiach leżących pomiędzy nimi. Ale podczas tych wszystkich podróży nigdy nie ujrzał takiej drogi jak w Mandalaj. Był przyzwyczajony do dróżek i alejek wijących się bez końca, tak że nie można było niczego dostrzec za następnym zakrętem. Tu było coś nowego: droga biegła prosto, horyzont ukazywał się pośród dzielnicy zamieszkanej przez ludzi.
Kiedy fort odsłonił się w całej okazałości, Rajkumar aż zatrzymał się na środku drogi. Twierdza stanowiła cud architektury, z murami długości mili i ogromną fosą. Wały zwieńczone blankami, mające z trzy piętra wysokości, odznaczały się strzelistą lekkością. Były czerwone i zakończone ozdobnymi furtkami. Długie, proste drogi rozchodziły się na zewnątrz murów, tworząc ładną geometryczną kratę. Tak intrygujący był ten wzór, że Rajkumar zboczył trochę, by go podziwiać. Ściemniło się, gdy chłopiec przypomniał sobie, po co przyszedł do miasta. Cofnął się do zachodniego muru fortu i zapytał o Ma Cho.
- Ma Cho?
- Ma stragan z żywnością, baya-gyaw i innymi rzeczami. Jest pół-Hinduską.
- Ach, Ma Cho. - To miało sens, że ten obdarty hinduski chłopiec szuka Ma Cho. Często zatrudniała Hindusów w swoim sklepiku. - Oto ona, ta chuda.
Ma Cho była niska, miała udręczoną twarz i kręcone włosy spadające na czoło jak zasłona z frędzlami. Skończyła trzydzieści kilka lat i wyglądała bardziej na Birmankę niż Hinduskę. Smażyła jarzyny i znad ramienia przyglądała się dymiącej oliwie. Popatrzyła na Rajkumara podejrzliwie.
- Czego chcesz?
Właśnie miał opowiedzieć o łodzi i naprawie, o pracy na kilka tygodni, gdy ona mu przerwała. Zaczęła krzyczeć:
- Co ty sobie myślisz? Że mam pracę na każde żądanie? W zeszłym tygodniu chłopak uciekł z dwoma moimi garnkami. Kto mi powie, że ty jesteś inny? - Itd., itp.
Rajkumar zrozumiał, że ten wybuch gniewu nie był skierowany bezpośrednio przeciw niemu; wywołał go kurz, pryskająca oliwa, cena jarzyn, a nie jego obecność. Spuścił oczy i stał w milczeniu, kopiąc ziemię i czekając, kiedy skończy.
Przestała krzyczeć, ciężko oddychała i przyglądała mu się.
- Kim są twoi rodzice? - spytała wreszcie, ocierając czoło rękawem przepoconej aingyi.
- Nie mam rodziców. Nie żyją.
Przemyślała tę odpowiedź, zagryzając wargi.
- Dobrze. Możesz pracować, ale pamiętaj, nie dostaniesz więcej niż trzy posiłki i miejsce do spania.
- Niczego innego nie chcę - powiedział z uśmiechem.
Stragan Ma Cho miał dwie ławki schowane pod palami bambusowej chaty. Gotowała na otwartym ogniu umieszczonym na małym stołeczku. Prócz smażonych baya-gyaw serwowała również kluski i zupę. Do zadań Rajkumara należało przynoszenie klientom miseczek z daniami. W wolnych chwilach sprzątał, pilnował ognia i kroił warzywa na zupę. Ma Cho nie pozwalała mu przygotowywać ryby czy mięsa, sama je siekała, szczerząc zęby i wołając "da!" Wieczorami chłopiec zmywał, nosząc kubły z naczyniami do fosy.
Pomiędzy straganem Ma Cho i fosą biegła szeroka, pokryta pyłem droga; okrążała fortecę, tworząc ogromny czworobok. Rajkumar musiał tylko przekroczyć tę małą przestrzeń, by się znaleźć przy fosie. Naprzeciwko straganu był most, prowadzący do jednej z mniejszych bram fortu, bramy pogrzebów. Chłopiec oczyszczał rozlewisko pod mostem, odpychając lilie wodne okrywające powierzchnię wody. Było to jego miejsce: tu zwykle mył się i kąpał - pod mostem, drewniane deski nad nim służyły mu za sufit i schronienie.
Z dala, z boku mostu były mury fortu; od wewnątrz widziało się strzelistą iglicę, uwieńczoną błyszczącą pozłacaną parasolką - wielką złotą hti birmańskich królów. Pod iglicą mieściła się sala tronowa pałacu, gdzie Thebaw, król Birmy, wraz z małżonką, królową Supayalat, przyjmowali gości na audiencji.
Rajkumara bardzo ciekawił fort, ale wiedział, że tacy jak on nie mają tam wstępu.
- Byłaś kiedyś w środku? - zapytał pewnego dnia Ma Cho. - W forcie?
- O, tak - odparła Ma Cho, kiwając z powagą głową. Przynajmniej trzy razy.
- Jak tam jest?
- Jest bardzo duży, znacznie większy, niż wygląda. To całe miasto, z długimi drogami, kanałami i ogrodami. Najpierw widzisz domy urzędników i panów wielkiego rodu. A potem znajdujesz się przed palisadą zrobioną z ogromnych słupów z drewna tekowego. Za nią ciągną się apartamenty rodziny królewskiej i służby - setki, setki pokoi ze złoconymi kolumnami i wypolerowanymi podłogami. A pośrodku jest ogromna sala z kryształowymi ścianami i lustrzanym sufitem. Ludzie mówią o niej Szklany Pałac.
- Czy król czasem opuszcza fort?
- Nie w ciągu ostatnich siedmiu lat. Ale królowa z dziewczętami czasem spacerują po wałach. Ci, którzy je widzieli, twierdzą, że są to najpiękniejsze kobiety w kraju.
- Kim są te dziewczęta?
- Młode kobiety, sieroty, wiele z nich to jeszcze dzieci. Mówi się, że sprowadzono je do pałacu z dalekich gór. Królowa je adoptowała i wychowuje, i stają się jej pokojówkami. Podobno nikomu nie ufa, tylko im, jedynie one mogą opiekować się jej dziećmi.
- Kiedy te dziewczęta spacerują przy bramach? Kiedy można na nie popatrzeć? - zapytał chłopiec. Jego oczy płonęły, a na twarzy malowało się wielkie pragnienie. Ma Cho zaśmiała się.
- Dlaczego myślisz, by tam się dostać, ty głupi Hindusie, ty czarny jak węgiel kalaa? Poznają cię na milę stąd i utną ci głowę.
Tej nocy, gdy Rajkumar leżał płasko na macie, ujrzał z daleka złoconą hti, znak pałacu. W świetle księżyca błyszczała jak latarnia morska. Niezależnie od tego, co powiedziała Ma Cho, on przejdzie przez fosę, nim opuści Mandalaj, znajdzie drogę, by tam pójść.


Stragan Ma Cho mieścił się pomiędzy palami przytrzymującymi jej bambusowe mieszkanie. Mieszkała na górze w pokoju, do którego prowadziło wąskie wejście; wspinała się do niego jak chrząszcz po chybotliwej drabinie. Rajkumar noce spędzał pomiędzy palami, w tej części, gdzie obsługiwano klientów w ciągu dnia, pod mieszkaniem Ma Cho. Ma Cho spała na macie. Podłoga była sklecona z desek nie całkiem pasujących do siebie. Kiedy zapalała lampę, by się przebrać, Rajkumar widział ją wyraźnie przez szczeliny w podłodze. Leżąc na plecach, z dłońmi splecionymi pod głową, patrzył, jak rozplątywała aingyi luźno związane dokoła piersi.
W dzień Ma Cho była rozszalałą jędzą, gnającą od jednej pracy do drugiej, krzyczącą na każdego, kto znalazł się na jej drodze. Ale w nocy, po skończonej robocie jej ruchy stawały się wolniejsze. Pieściła swoje piersi, wachlowała dłońmi; powoli przesuwała palcami pomiędzy piersiami, dotykała pępka, a potem bioder i nóg. Kiedy Rajkumar obserwował ją z dołu, powoli rozplątywał supeł spodni, sięgał do krocza.
Pewnej nocy Rajkumara nagle zbudził dźwięk rytmicznego skrzypienia desek nad nim, jęki i westchnienia. Kto mógł być z nią? Nie widział, by ktoś wchodził.
Następnego ranka Rajkumar zobaczył niskiego mężczyznę w okularach, o twarzy sowy, jak schodził po drabinie. Nieznajomy był ubrany po europejsku: miał na sobie koszulę, spodnie i hełm tropikalny. Napotykając poważne i badawcze spojrzenie Rajkumara, ceremonialnie uchylił kapelusza i zapytał:
- Jak się masz? Kaisa hai? Sub kuchh theek-thaak?
Rajkumar doskonale zrozumiał te słowa - były wypowiedziane po hindusku - ale otworzył usta ze zdumienia. Odkąd przybył do Mandalaj, spotkał wiele różnych osób, ale ten nieznajomy był zupełnie inny. Nosił się po europejsku, ale chyba znał hindustani, nie miał jednak twarzy białego człowieka ani Hindusa. Naprawdę wyglądał jak Chińczyk.
Śmiejąc się ze zdumienia Rajkumara, nieznajomy znów zdjął kapelusz, zanim zniknął na bazarze.
- Kto to był? - zapytał Rajkumar Ma Cho, gdy zeszła na dół.
To pytanie widocznie zaniepokoiło ją i spojrzała na niego tak, jakby chciała dać do zrozumienia, że woli nie odpowiadać. Ale ciekawość Rajkumara była tak wielka, że powtórzył.
- Kto to był? Powiedz mi.
- To jest… - Ma Cho zaczęła mówić krótkimi urywanymi słowy. - To jest… mój nauczyciel… mój Sayagyi.
- Twój nauczyciel?
- Tak… Uczy mnie… Zna się na wielu rzeczach.
- Jakich rzeczach?
- Nieważne.
- Gdzie się nauczył mówić w hindustani?
- Za granicą, ale nie w Indiach… on jest z Malajów, z Malakki, chyba. Powinieneś go zapytać.
- Jak się nazywa?
- Nieważne. Mów do niego Saya, jak ja.
- Tylko Saya?
- Saya John - odpowiedziała z irytacją. - Tak my do niego mówimy. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej, zapytaj jego.
Z zimnego ognia wyjęła garść popiołu i rzuciła w chłopca.
- Kto powiedział, że możesz tu siedzieć i gadać cały ranek, ty stuknięty kalaa? Zabieraj się do roboty.
Saya John nie pokazał się tej nocy ani następnej.
- Ma Cho, co się dzieje z twoim nauczycielem? Dlaczego znów nie przyszedł?
Ma Cho siedziała przy ogniu i smażyła baya-gyaw. Zerkając na olej, rzuciła krótko:
- Wyjechał.
- Dokąd?
- Do dżungli.
- Do dżungli? Po co?
- Jest przedsiębiorcą budowlanym. Dostarcza drewno tekowe do obozów. Nie ma go przez większość czasu. - Nagle chochla wypadła jej z ręki i Ma Cho ukryła twarz w dłoniach.
Rajkumar z wahaniem zbliżył się do niej.
- Dlaczego płaczesz, Ma Cho? - Pogłaskał ją niezdarnie po głowie na znak współczucia. - Chcesz go poślubić?
Dotknęła jego wystrzępionych spodni i kawałkiem materiału wytarła oczy.
- Jego żona umarła przed rokiem lub dwoma. To była Chinka z Singapuru. On ma małego synka. I mówi, że już nigdy się nie ożeni.
- Może zmieni zdanie.
Odepchnęła go od siebie gwałtownym ruchem.
- Nic nie rozumiesz, ty zakuta pało. On jest chrześcijaninem. Za każdym razem, gdy do mnie przychodzi, musi następnego dnia iść do swojego kościoła, modlić się i prosić o przebaczenie. Myślisz, że chciałabym poślubić takiego człowieka? - Podniosła chochlę z ziemi i pomachała nią. - Teraz wracaj do roboty, inaczej wysmażę twoją czarną twarz w gorącej oliwie…
Po kilku dniach Saya John wrócił. Znów powitał Rajkumara w łamanym hindustani. Rajkumar przyniósł mu miseczkę klusek i obserwował go podczas jedzenia. Wreszcie zapytał po birmańsku:
- Saya, jak nauczyłeś się języka Indii?
Saya John spojrzał na niego i uśmiechnął się.
- Nauczyłem się w dzieciństwie. Jestem jak ty sierotą, znajdą. Wychowali mnie katoliccy księża w mieście Malakka. Ci ludzie pochodzili zewsząd: z portugalskiego Makao, z Goa. Dali mi imię i nazwisko - John Martins. Wołali na mnie Joăo, ale ja zmieniłem je na John. Oni mówili wieloma językami, ci księża, i od duchownych pochodzących z Goa nauczyłem się kilku słów w hindi. Kiedy dorosłem i mogłem pracować, pojechałem do Singapuru, gdzie przez pewien czas służyłem jako ordynans w szpitalu wojskowym. Żołnierzami byli głównie Hindusi. Pytali mnie, jak to jest, że ja, który wyglądam jak Chińczyk i mam chrześcijańskie imię, mówię w ich języku. Kiedy opowiedziałem im, jak to się stało, śmiali się i oznajmili: "Jesteś dhobi ka kutta - psem praczki - na ghar ka na ghat ka - nie należysz do nikogo". I ja odparłem, że to prawda. - Wybuchnął śmiechem i jego wesołość udzieliła się Rajkumarowi.
Pewnego dnia Saya John przyprowadził swego syna, siedmiolatka. Chłopiec o bystrych oczach miał na imię Matthew, był śliczny i nad wiek opanowany. Właśnie przyjechał z Singapuru, gdzie mieszkał z rodziną matki i uczył się w znanej szkole misyjnej. Saya John kilka razy w roku sprowadzał go do Birmy na wakacje.
Był wczesny wieczór, zwykle wielki ruch panował przy straganie, ale na cześć swych gości Ma Cho postanowiła zamknąć kram. Wzięła Rajkumara na stronę i poprosiła, by zabrał Matthew na spacer, na godzinę lub trochę dłużej. Na drugim końcu fortu jest pwe i chłopcu to się spodoba.
- I pamiętaj - tu jej ruchy stały się nieskoordynowane - nikomu ani słowa…
- Nie martw się. - Rajkumar obdarzył ją niewinnym uśmiechem. - Nic nie powiem o twoich lekcjach.
- Idiota, kalaa. - Pięściami uderzała go po plecach. - Wynoś się, wynoś się stąd.
Rajkumar przebrał się w swoje jedyne dobre longyi i nałożył wystrzępioną kamizelkę, którą dostał od Ma Cho. Saya John wcisnął mu do ręki kilka monet.
- Kup coś dla was, zafundujcie coś sobie.
Po drodze do pwe zobaczyli sprzedawcę fistaszków. Matthew był głodny i nalegał, by Rajkumar kupił garść orzeszków. Usiedli przy fosie, nogi zanurzając w wodzie, i rozrzucali dokoła suche łupiny.
Matthew wyciągnął z kieszeni kawałek papieru z narysowanym na nim obrazkiem: wóz o trzech kołach bez szprych; dwa duże były w tyle, a małe na przodzie. Rajkumar popatrzył na obrazek i zmarszczył brwi: był to lekki wóz, ale bez uprzęży dla konia czy wołu.
- Co to jest?
- Wóz z motorem. - Matthew zaczął objaśniać szczegóły. - Jest tu mały silnik spalinowy, koło zamachowe. - Wyjaśnił, że ta maszyna ma prawie tyle samo siły co koń i osiąga szybkość do ośmiu mil na godzinę. Wynalazł ją tego roku, 1885, Karl Benz z Niemiec.
- Pewnego dnia - powiedział spokojnie Matthew - będę miał taki wóz.
Nie chwalił się i Rajkumar był pewien, że tak się stanie. To dziecko wywarło na nim ogromne wrażenie. Tyle wiedział o tym dziwnym przedmiocie. Potem Matthew zapytał:
- Jak się tu znalazłeś, w Mandalaj?
- Pracowałem na łodzi, na sampanie, takim jak te na rzece.
- A gdzie są twoi rodzice? Twoja rodzina?
- Nie mam nikogo. - Rajkumar zamilkł na chwilę. - Straciłem ich.
- Jak? - Matthew gryzł orzeszki.
- Wybuchła gorączka, choroba. W naszym mieście, Akyab, zmarło wielu ludzi.
- Ale ty przeżyłeś?
- Tak. Chorowałem, ale przeżyłem. W mojej rodzinie tylko ja jeden. Miałem ojca, siostrę, braci…
- I matkę?
- I matkę.
Matka Rajkumara umarła na sampanie zacumowanym przy ujściu rzeki zarośniętym namorzynami. Pamiętał kuchenkę na łodzi, przypominającej tunel, z dachem pokrytym trzciną i słomą; przy głowie matki na jednej z poprzecznych desek stała lampa oliwna. Jej migocący żółty płomień przyciemniała aureola nocnych insektów. Noc była cicha i duszna. Namorzyny ze swymi ociekającymi wodą korzeniami hamowały wiatr i kołysały łodzią zanurzoną w głębokim błocie. Jednak czuło się jakiś niepokój w wilgotnej ciemności otaczającej sampan. Co i raz Rajkumar słyszał plusk strączków z nasionami wpadających do wody i odgłos ryb ślizgających się w błocie. Na sampanie było gorąco, ale jego matka miała dreszcze. Rajkumar wynajdywał różne kawałki materiału, by ją przykryć.
W tym czasie dobrze znał tę gorączkę. Chorobę przyniósł do domu jego ojciec, który pracował w magazynie portowym. Był to spokojny człowiek; zarabiał na życie jako tłumacz i urzędnik na wschodnim wybrzeżu Zatoki Bengalskiej. Rodzina miała dom w Ćittagongu, ale jego ojciec pokłócił się z krewnymi i postanowił wyjechać; powoli dryfowali w dół wybrzeża, ojciec wykorzystywał swoją znajomość języków, i w końcu osiedlili się w Akyab, głównym porcie Arakanu - jest to ten odcinek wybrzeża, gdzie wody przypływu Birmy i Indii zderzają się, wywołując wir. Mieszkali tam kilka lat, urodziło się troje dzieci, najstarszy był Rajkumar. Dom leżał w odnodze rzeki śmierdzącej schnącymi rybami. Nazwisko rodziny brzmiało Raha i kiedy ich sąsiedzi pytali, kim są i skąd przybyli, mówili, że są Hindusami z Ćittagongu. Tylko tyle Rajkumar wiedział o historii swojej rodziny.
Rajkumar zachorował wkrótce po ojcu. Gdy odzyskał przytomność, znalazł się nad morzem z matką. Wracali do Ćittagongu, tak mu powiedziała, i tylko oni zostali, reszta zmarła.
Płynęli wolno, pod prąd, w górę rzeki. Sampan i jego załoga - khalasis - torowali sobie drogę, nie oddalając się od brzegu. Rajkumar szybko wrócił do zdrowia, ale nagle zachorowała matka. Dostała febry, gdy droga do Ćittagongu miała trwać jeszcze kilka dni. Brzeg gęsto porastały namorzyny; pewnego wieczoru właściciel łodzi wepchnął sampan do zatoczki i postanowił zaczekać.
Rajkumar przykrył matkę wszystkimi sari, jakie miała w swoim tobołku, i longyi pożyczonymi od marynarzy, a nawet złożonym żaglem. Ale jej zęby wciąż szczękały jak kostki do gry. Zawołała go do siebie, kiwając palcem. Kiedy przyłożył ucho do jej warg, czuł, że jej ciało płonie jak węgiel drzewny.
Pokazała mu supeł na końcu sari. Znajdowała się tam złota bransoletka. Wyciągnęła ją i dała mu, by schował w węzełku swego sarongu. Nakhoda, właściciel łodzi, jest uczciwym człowiekiem, można mu ufać, powiedziała mu. Rajkumar miał dać mu tę bransoletkę, kiedy dopłyną do Ćittagongu - tylko wtedy, nie przedtem. Otoczyła palcami bransoletkę; pod wpływem gorąca jej ciała metal jakby zmieniał kształt.
- Bądź zdrów - wyszeptała. - Beche thako, Rajkumar. Żyj, mój książę, bądź dzielny.
Kiedy jej głos zanikł, Rajkumar nagle usłyszał, jak ryba przesuwa się w błocie. Rozejrzał się i zobaczył, że właściciel łodzi siedzi na dziobie i pali nargile, dotykając swej cienkiej, białej brody. Członkowie załogi z zakrytymi sarongiem kolanami otaczali go i obserwowali Rajkumara. Chłopiec nie wiedział, czy ich spojrzenie oznaczało współczucie czy zniecierpliwienie.
Teraz miał tylko bransoletkę: matka chciała, by zapłacił nią za drogę do Ćittagongu. Ale matka nie żyła, a po co wracać w miejsce opuszczone przez ojca? Nie, lepiej ułożyć się z właścicielem łodzi. Rajkumar poprosił go na bok i zapytał, czy mógłby dołączyć do załogi; ofiarował bransoletkę jako dar za naukę.
Stary człowiek popatrzył na niego. Chłopiec był silny i chętny do pracy, a co więcej - przeżył śmiertelną chorobę, która spustoszyła tak wiele miast i wsi wybrzeża. Już to świadczyło o pewnych zaletach ciała i ducha. Skinął głową i wziął bransoletkę.
O świcie sampan zatrzymał się przy wale piasku; załoga pomogła Rajkumarowi zbudować stos do kremacji matki. Ręce chłopca zadrżały, gdy włożył ogień do jej ust. On, który miał tak liczną rodzinę, został sam i jedynym jego dziedzictwem było terminowanie na łodzi. Ale nie bał się, ani przez chwilę. Ogarniał go smutek i żal, że opuścili go tak wcześnie, że nie zakosztowali zamożności ani nagród, które, był tego pewien, pewnego dnia będą jego.
Rajkumar dawno nikomu nie opowiadał o swojej rodzinie. Wśród załogi rzadko o tym mówiono. Wielu z nich straciło rodziny w katastrofach często zdarzających się na tym odcinku wybrzeża. Woleli nie poruszać tego tematu. Dziwne, że to dziecko, Matthew, tak wykształcone i o takich manierach, potrafiło wydobyć to z niego. Rajkumar był wzruszony. W drodze powrotnej do Ma Cho otoczył chłopca ramieniem.
- Jak długo zostajesz? - zapytał.
- Wyjeżdżam jutro.
- Jutro? Przecież dopiero przyjechałeś.
- Tak. Miałem tu być dwa tygodnie, ale ojciec uważa, że będzie niespokojnie.
- Niespokojnie. - Rajkumar spojrzał na niego. - Dlaczego?
- Anglicy przygotowują swoją flotę do wysłania nad Irawadi. Ma być wojna. Ojciec mówi, że chcą mieć całe drewno tekowe Birmy. Król się na to nie zgadza, więc chcą wygnać króla.
Rajkumar roześmiał się.
- Wojna o drewno? Kto słyszał o czymś takim? - Pogłaskał Matthew z niedowierzaniem: chłopiec jest tylko dzieckiem mimo wiedzy o nieznanych rzeczach; chyba mu się coś złego śniło poprzedniej nocy.
Ale okazało się, że Matthew był mądrzejszy i bardziej przewidujący niż Rajkumar. Dwa dni poźniej całe miasto mówiło o wojnie. Duży oddział wojska wymaszerował z fortu i udał się do obozowiska Myingan. Zgiełk zapanował na bazarze; żony rybaków wyrzucały towar do śmieci i ruszały do domu. Rozczochrany Saya John przybiegł do straganu Ma Cho. W ręce trzymał arkusz papieru.
- To królewska proklamacja - oświadczył - z podpisem króla.
Wszyscy przy straganie zamilkli, a on zaczął czytać:

Do wszystkich poddanych i mieszkańców królewskiego imperium: ci heretycy, barbarzyńscy angielscy kalaa wystąpili z bardzo brutalnymi żądaniami, by zniszczyć naszą religię, pogwałcić nasze narodowe tradycje i zwyczaje i zdegradować naszą rasę; w tym celu czynią przygotowania, aby wywołać wojnę z naszym państwem. Odpowiedzieliśmy im zgodnie ze zwyczajami wielkich narodów, w słowach słusznych i właściwych. Jeżeli mimo to ci heretycy nadejdą i w jakikolwiek sposób będą próbować zakłócać porządek w naszym państwie, Jego Królewska Mość, który czuwa, by interesy naszej religii i naszego państwa nie ucierpiały, osobiście pomaszeruje naprzód ze swymi generałami, kapitanami i porucznikami, z dużymi siłami piechoty, artylerii, oddziałów słoni i kawalerii, lądem i morzem i siłą tej armii zetrze w proch tych heretyków i podbije, i zaanektuje ich kraje. Dla religii, dla honoru narodu, dla interesów kraju osiągniemy trzy cele: dobro religii, dobro naszego pana i dobro nas samych i uzyskamy ważny rezultat; znajdziemy się na drodze do niebiańskich regionów i do nirwany.

Saya John skrzywił się.
- Odważne słowa - powiedział. - Zobaczymy, co się stanie.
Po poprzedniej panice na ulicach szybko zapanował spokój. Otwarto bazar, żony rybaków powróciły i przetrząsały śmieci, szukając straconych towarów. Przez kilka następnych dni życie toczyło się normalnie. Jedyne, co rzucało się w oczy, to brak cudzoziemców w mieście. Liczba obcokrajowców mieszkających tutaj była dość znaczna - posłowie i misjonarze z Europy, kupcy pochodzenia greckiego, armeńskiego, chińskiego i hinduskiego, robotnicy i majtkowie z Bengalu, Malajów i wybrzeża Koromandel, astrolodzy w białych szatach z Manipuru, biznesmeni z Gudżaratu - różnorodność ludzi, których Rajkumar nigdy wcześniej nie widział. Nagle cudzoziemcy zniknęli. Mówiono, że Europejczycy wyjechali, popłynęli w dół rzeki, a inni zabarykadowali się w swoich domach.
Kilka dni później pałac wydał nowe obwieszczenie, tym razem radosne: ogłoszono, że królewskie wojska pokonały najeźdźcę niedaleko fortecy Minhla. Angielskie oddziały zostały odparte i uciekły za granicę. Królewska łódź popłynie w dół rzeki z orderami dla wojsk i ich oficerów. W pałacu ma się odbyć ceremonia podziękowań.
Na ulicy rozległy się okrzyki radości i szybko rozproszyła się mgła niepokoju wisząca nad miastem przez ostatnie kilka dni. Wszyscy z ulgą powrócili do normalnych zajęć: ponownie pojawili się kupcy i przy straganie Ma Cho było więcej ludzi niż dawniej.
Pewnego wieczoru, gdy Rajkumar biegł na bazar, by uzupełnić zapas ryb dla Ma Cho, ujrzał znajomą twarz właściciela łodzi.
- Czy łódź teraz szybko odpłynie? - zapytał Rajkumar. - Teraz, kiedy wojna się skończyła?
- Wojna jeszcze się nie skończyła. Jeszcze nie - wyszeptał tajemniczo starzec.
- Ale słyszeliśmy…
- To, co my słyszymy na nadbrzeżu, różni się od tego, o czym mówi się w mieście.
- Co ty słyszałeś? - zapytał Rajkumar.
Chociaż rozmawiali w swoim dialekcie, właściel łodzi zniżył głos.
- Anglicy będą tutaj za dzień lub dwa. Widzieli ich marynarze. Sprowadzają największą flotę, jaka kiedykolwiek płynęła tą rzeką. Mają armaty, które mogą zburzyć kamienne mury fortu; mają tak szybkie łodzie, że mogą wyprzedzić powrotną falę; ich działa strzelają szybciej, niż ty możesz mówić. Przybywają jak przypływ: nic nie stanie na ich drodze. Dzisiaj słyszeliśmy, że ich okręty zajmują pozycję dokoła Myingan. Prawdopodobnie jutro usłyszysz strzały…
I rzeczywiście, następnego ranka daleki huk dotarł do straganu z żywnością, zbliżył się do zachodniego muru fortu. Przy tych pierwszych salwach na bazarze było pełno ludzi. Żony farmerów spoza miasta przyszły wcześnie i rzędami układały na matach warzywa w wiązkach. Rybacy przywieźli z nocnego połowu świeże ryby z rzeki. Za godzinę lub dwie warzywa zwiędną, a oczy ryb zacznie powlekać mgła. Ale w owej chwili wszystko było kruche i świeże.
Pierwsze odgłosy dział wywołały tylko krótką przerwę w porannych zakupach. Ludzie patrzyli ze zdumieniem na czyste niebo, a sprzedawcy pochyleni nad towarem zadawali sobie wzajemnie pytania. Ma Cho i Rajkumar ciężko pracowali od świtu. Jak zwykle, gdy rano było chłodno, wiele osób zatrzymywało się, by coś zjeść w drodze do domu. Teraz tę ciszę posiłku przerwał nagły huk. Ludzie patrzyli na siebie zdenerwowani: co oznacza ten hałas?
To wtedy odezwał się Rajkumar.
- To angielskie armaty - wyjaśnił. - Celują w naszym kierunku.
Ma Cho zirytowana zapytała:
- Skąd wiesz, głupcze?
- Przewoźnicy je widzieli - rzekł Rajkumar. - Cała angielska flota tutaj płynie.
U Ma Cho było pełno ludzi i nie chciała, by jej jedynego pomocnika odciągał od roboty daleki huk.
- Dość tego. Wracaj do pracy.
Strzały z daleka wzmagały się, tak że miseczki grzechotały na ławkach. Klienci zaczęli panikować. Obok na rynku jakiś kulis upuścił worek ryżu; rozsypane ziarna zostały wdeptane w zakurzoną ścieżkę, gdy ludzie, popychając się, uciekali. Sklepikarze uprzątali lady, wpychali towary do worków; żony rolników wyrzucały zawartość swych koszyków do śmieci.
Nagle klienci Ma Cho poderwali się z miejsc, uderzając w miseczki i popychając ławki. Przerażona Ma Cho krzyknęła się do Rajkumara:
- Czy nie mówiłam ci, byś tyle nie gadał, ty durnowaty kalaa? Widzisz, coś narobił? Przestraszyłeś klientów.
- To nie moja wina…
- A więc czyja? Co ja zrobię z tym całym jedzeniem? Co się stanie z rybami kupionymi wczoraj? - I Ma Cho spadła ze stołka.
Za nimi, na pustym teraz bazarze, psy walczyły o kawałki mięsa, krążyły dokoła śmietniska.