Wszystkiego najlepszego

  • Autor: Szolc, Izabela
  • Dostępność: Jest
  • 19,00 zł
Poznajcie Ankę i życzcie jej "wszystkiego najlepszego“, bo szczęście jest jej obecnie potrzebne. Bezrobotna i samotna musi pogodzić rodziców stojących na krawędzi rozwodu. Wyjść obronną ręką z romansu z serialowym gwiazdorem. Wesprzeć moralnie przyjaciółkę w błogosławionym stanie. Przede wszystkim zaś zrozumieć swoje potrzeby i pragnienia. To ostatnie okaże się najtrudniejsze. Książka wyróżniona w konkursie pod hasłem "Dziennik polskiej Bridget Jones“. "Spontaniczne życie Anki kryje świat, który trudno dostrzec w codziennym pośpiechu. Ta książka wyzwala pozytywną energię.“ Natalia Jaroszewska, projektantka mody "Dowcipny dziennik kobiety przed trzydziestką, zaprawiony sporą dawką autoironii“. Małgorzata Kożuchowska, aktorka

Rok wydania: 2003
Stron: 164
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 20

Fragment tekstu:

8 CZERWCA

Telefon zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie. Ale czego można się spodziewać po telefonach?
"Zamknij plastikowy dziób" modliłam się i nic. Dzwonił dalej.
Próbowałam nie słyszeć tego przeraźliwego driiin, które zamieniało się w driiiiiiiiin, a potem w jeszcze coś gorszego. Najwyraźniej Bóg obraził się na mnie. To, że zesłał na mnie wszystkie plagi egipskie z wyjątkiem przydatnej od czasu do czasu głuchoty, dowodziło, iż niebo jest na dobre pogniewane na moją biedną osobę. Jednak za co?
Otarłam łzy, które niagarą rozpaczy staczały się po mojej twarzy. Powiedziałam coś na próbę, aby pozbyć się chrypy i dodać sobie fasonu twardziela. Brzmiało to tak:
- Jasna cholera!
Potem sięgnęłam do potwora pana Bella.
- Halo?
- Co ty jeszcze robisz w domu?
Właśnie?! Zamartwiam się, histeryzuję, pluję sobie w brodę, rozpaczam, wylewam potoki łez, wpadam w dołek, łamię się, uprawiam czarnowidztwo. Chcę umrzeć, chcę się utopić (w tych łzach się utopię, a co!), rozdzieram szaty i posypuję głowę popiołem.
- Ogłuchłaś?!
- Niestety nie…
- Przecież czekam na ciebie!
"Już wiem, że czekasz. Żeby mi urwać głowę".
- Yyyy… Ewa? A byłyśmy dzisiaj umówione? - Przez mój piłkarski stadion przeleciał jęk kibiców gospodarzy: właśnie strzelono pięknego samobója.
- Chcesz powiedzieć, że zapomniałaś?
Otóż to. Nawet na przyjaciółkę się nie nadaję. Próbuję nie chlipać w słuchawkę.
- Miałyśmy iść do kina. Czekam pod…
Z mojego gardła wyrywa się ryk godny rannego słonia. Zwierzę uważane poniekąd za symbol szczęścia buczy:
- Ewka, nikt mnie nie kocha!

Dojechałam do kina, starając się ignorować spojrzenia towarzyszy podróży. Jedno współczujące na dziesięć zaciekawionych. Po trzech przystankach zaczęłam się zastanawiać, czy powodem tłumnego zainteresowania są moje piękne oczy:
a) czerwone jak u hodowlanego królika angory, a ja przypominam heroinę kanału Romantica;
b) przesadziłam z czarną kredką, którą chciałam zamaskować wściekły róż i teraz wyglądam jak niewolnica z haremu, a spojrzenia należą do fanów egzotyki.
Szkoda, że nie mogłam wysiąść na pierwszym przystanku.
- Wychodzisz za szejka? - spytała Ewa, nie przerywając nerwowego dreptania.
Uff! Więc jednak nie wyglądam jak fanka Trędowatej.
- Woody mawiał… - Ewka jako wieczna studentka kulturoznawstwa z gwiazdami jest po imieniu - …że jak się nie zobaczyło początku filmu, w ogóle można go odpuścić.
Pauza.
- Ale ja nigdy nie byłam jego fanką.
Pauza.
- Chodźmy. - Wzięła mnie za łokieć i wepchnęła do środka. - Chociaż… - przystanęła na moment i cmoknęła mnie w oba policzki - …poradzimy sobie.
Z życiem? Gdyby nie fakt, że obie jesteśmy zdecydowanie heteroseksualne, powinnyśmy zostać małżeństwem. Ale nawet jeśli byłybyśmy skłonne nagiąć nieco swoje seksualne przekonania, to i tak nici z tego związku. Primo: po wspólnie spędzonym dzieciństwie byłby on tak kazirodczy, że obrażone niebiosa musiałyby we mnie trafić piorunem. Secundo: Ewka wciąż jest zakochana w swoim chłopaku.
- Puścił mnie kantem. - Rumienię się, lecz nic na to nie poradzę.
- Zostało ci coś po nim?
Stanął mi przed oczami test ciążowy.
- Negatywny - mówię, starając się równocześnie nie wybić zębów na sztucznym marmurze multikina.
Ewce znowu zaczęło się bardzo śpieszyć.
Kiedy zagłębiam się w ciemną salę z dużym światełkiem w tunelu (ekranem znaczy), zaczynam płaczliwie wspominać. I żałować, że wyszła mi tylko jedna kreska. Byłaby pamiątka (chociaż nie do postawienia na półce).
- Dobrze… - Oddycha Ewa, wskazując na monstrualnie wielką butelkę coca-coli. - Wciąż są jeszcze reklamy.
- Nie mamy popcornu - jęczę głośno, gorsząc przy okazji dwa ściśle wypełnione rzędy wokół nas.
Siedzimy.
- Nie chodziło mi o dziecko, stara kretynko! - Brawo. I na który epitet się obrazić? - Czy znów sobie czegoś nie…
Aha. O to jej chodziło.
- Nie - odpowiadam z miną urażonej niewinności, która zawsze uczy się na błędach.
Miałam wtedy osiemnaście lat i byłam bardzo zakochana. Miłość znieczula (i robi inne takie); wiem że znieczula, bo heroicznie kazałam sobie wytatuować na ramieniu imię kochanka i nie uciekłam z wrzaskiem spod igły. No, może szarpnęłam się raz czy drugi… Literki wyszły trochę krzywo. Krzywizna facetowi nie przeszkadzała, bo zmył się, nim zdołałam ją na tyle wygoić, by móc mu ją pokazać.
Zostałam na lodzie, ale zyskałam legendę - obcych mężczyzn strasznie kręci taka dziara. Nadymam się na imprezach i mówię, że moja ukochana aktorka - Angelina Jolie - też wytatuowała sobie imię kochanka. Tyle, że jej tatuaż wciąż jest aktualny. Ale co w tym dziwnego? Który mężczyzna zostawiłby Angie?
Film się zaczyna.
Tytuł na ekranie informuje: DZIENNIK BRIDGET JONES.
Pięknie, Ewka, pięknie…

 

9 CZERWCA

Budzę się raniutko niczym skowronek (mały, szary ptaszek). Nie wiem co prawda, po cholerę wstaję bladym świtem, skoro nie mam nic do roboty. Nie wychodzę do pracy, bo typowej pracy nie posiadam, a żadnej fuchy na razie mi nie zlecono. Głowa boli mnie tylko troszeczkę - żaden to kac po zalaniu robaka dwoma piwami (Ewce śpieszyło się do domu, do narzeczonego). Mojego eks tak obłożyłyśmy wiedźmowato-chmielowymi klątwami, że pewnie obudził się dzisiaj z klejnotami dwunastolatka. Jako nieopierzeniec.
Film boski - dowód na to, co w pierwszej, mylącej chwili (miłość od pierwszego wejrzenia, phi!) nie wydaje się oczywiste: że doskonała książka świetnie wykorzysta kino. Ewa przez cały seans kibicowała Bridget, a ja - o zgrozo - Danielowi. Kiedy Hugh Grant wypadł z łódki, poczułam, że jestem równie mokra jak on.
- Hm, Anka… Gdybyś mogła, którego byś wybrała? - Nie mogła sobie darować przyjaciółka.
Jeśli był to test, to ja go nie przeszłam.
- Wiedziałam. - Popatrzyła mi głęboko w oczy, nim w ogóle zdążyłam się odezwać. - Zawsze wybierasz nieodpowiednich facetów.
O mamusiu, ratuj! Czy muszę dodawać, że kochaś Ewy jest prawnikiem? Nomen omen specjalizuje się w sprawach rozwodowych. To znaczy pomaga podzielić się eks-małżonkom książkami, których zawczasu przezornie nie podpisali.
- Ŕ propos facetów, co ten bileter tak się na ciebie gapi?
- Hę?
Tylko nie to. Chłopak niby to niechcący podchodzi, a potem jak nie wrzaśnie:
- Pikachu!!!
Hm.
Szczerzę się, jakbym wygrała milion u Urbańskiego, a jednocześnie przybieram kolor purpury jak ktoś, kto przyporządkował Oslo do pytania, co jest stolicą Finlandii.
- W zeszłym tygodniu byłam tu na kreskówce. No, na filmie animowanym…
- Wiem, co to jest kreskówka - mówi cierpko Ewa - ale nie wiem, co to Pikachu.
- Pokemon - wyduszam. - Mały żółty pokemon.
- Moja siostra to ogląda!
- Aha. Właściwie mój ulubiony kieszonkowy potwór to Meowth. Jest zły, ale trzeba dać mu szansę - chaotycznie zmieniam się w Marka Kotańskiego.
- Moja siostra to ogląda.
- No…
- Ale ona ma osiem lat. To o dwadzie…
- Wiem, o ile to więcej.
Wychodzimy z kina i drepczemy do najbliższego pubu.
- Z kim byłaś?!
Oho, kroi się scena zazdrości?
- Z Moniką - wyznaję. Na kłamstwie daleko się nie zajedzie. - To żona mojego eks - (paskudne słowo) - naczelnego.
- A, ta! Przecież ona jest jeszcze starsza od ciebie! - Czyżbym widziała jakiś grymas?
- Wiesz, Ewka, na starość się dziecinnieje.
- Rzeczywiście, moja babka…
U barmana zamawiam największe i najciemniejsze piwo.
- I bez piany!
*
Umyłam już zęby. Przeglądam się w lustrze: może taka sauté nie powinnam? Ech, powinnam, w końcu nie brak mi odwagi. Więc… Oto co widzę: nie za wysoka, ale i nie za niska. Blondynka - mężczyźni wolą blondynki. A blondynki wolą barbiturany…
Oczy zielone (trochę to naciągane - niech będzie, że zielone w odpowiednim świetle). Dalej idzie ciało: szyja do noszenia głowy, bynajmniej nie łabędzia. Piersi… Error, nie ma piersi. Nie ma? Muszą być! Muszą?! Dobrze, piersi… są (dwie dziecięce porcje lodów śmietankowych z rodzynką na szczycie każdej). Brzuch raczej płaski, cellulitis (patrz oczy). Pupa - najlepsza część w tej konkretnej osobie. Mała, kształtna i nabita. Za kolejną złośliwość boskiej instancji można uznać to, że nie urodziłam się z nią na twarzy. Ale miałabym rwanie - przynajmniej teoretycznie. Gorzej, że wybranek mógłby mnie nie przedstawić teściom, ale skoro i tak żaden tego nie zrobił, problem jest czysto akademicki.
Kłopot w tym, że ja całe życie chciałam wyglądać tak jak Ewka. Śniada, cycata brunetka. Ma taką figurę, jakby jej rodzice zapatrzyli się na jakiś film z Giną Lollobrigidą. Ech, życie, jak to mawiali w starych, zbuntowanych czasach. Raz się żyje - nikt nie da mi szansy na powtórne narodziny w ciele seksownej Włoszki. Jeżeli jednak reinkarnacja istnieje, to mam przynajmniej pewność, że odkąd zrezygnowałam z mięsa, nie odrodzę się po śmierci w skórze prosiaka. Najważniejsze to dbać o karmę (przepraszam - dbać o Karmę). Taaa, z okazji śniadania karmię się więc dzisiaj pomidorem. Żadne to co prawda wyrzeczenie: od pomidorów w każdej postaci jestem uzależniona (od tych w Krwawej Mary również). I tylko ta zima… Zima to dla mnie traumatyczne przeżycie - adiós pomidory! Adiós, adiós, adiós…
- Ma pani chłopaka?
- Pomidor.
- Ma pani pracę?
- Pomidor.
- Jest pani szczęśliwa?
- Pomidor.
- Jak zginęła Indira Gandhi?
- Pomidor?!
Ponieważ z braku kompana można pić do lusterka Krwawą Mary, z podobnych przyczyn mogę też jeść do lusterka kanapkę.
Stawiam wszystko na kuchennym stole i zaczynam śniadanie. Przeżuwam (kurczę, naprawdę mam takie wypchane poliki? Jak chomik!). Wysmarowałam górną wargę masłem. Pac - kawałek pomidora spadł mi na koszulkę. Muszę sobie zakonotować, aby w przyszłości - kiedy znów będę miała chłopaka - nigdy nie jadać z nim śniadań. To znaczy zaproszenia na śniadania będę oczywiście przyjmowała, ale nad ranem, kiedy mój mężczyzna będzie jeszcze spał, ja zniknę cicho i po angielsku, pozostawiając za sobą tylko dyskretny zapach perfum Gabrieli Sabatini. Faceci podobno uwielbiają takie komedie. Tylko co będzie, jak on wprosi się na śniadanie do mnie?
Co zrobić z tak doskonale rozpoczętą bladym świtem sobotą?
Odpowiedź na to pytanie przychodzi mi z łatwością: wrócić do łóżka i ją przespać.

 

10 CZERWCA

Niedziela. Słowem - Dzień Pański. Dzień, który należałoby święcić, leżąc brzuchem do góry. Dzień teoretycznie miły, lecz w praktyce największy upiór całego tygodnia. Straszący serialowymi powtórkami, wśród których prastary "Domek na prerii" traktował zmysły jeszcze najłagodniej. Dzień teleturniejów, których uczestnicy z mocno przesadzonym entuzjazmem reagują na taką wygraną jak plastikowy czajnik elektryczny. W zasadzie określenie "przesadzony entuzjazm" nie oddaje w pełni euforii gospodyń domowych, które prosto z kuchni teleportuje się do studia telewizyjnego. Cieszą się z tego, jakby objawiono im wnętrze Arki Przymierza.
Analizując dalej cienie słonecznej niedzieli: wyprawa do jedynego otwartego w pobliżu sklepu po jedną jedyną butelkę wody mineralnej (niezbędnej do ulżenia zeschniętemu, skacowanemu podniebieniu) kończy się stagnacją w niemiłosiernym ogonku do kasy supermarketu. Kolejka zakręca, wiruje i zamienia się w stugębnego potwora. Potwór komentuje, obgaduje, poucza, syczy jak sto tysięcy szerszeni i krzyczy dziecięcym głosem: Ja chcę loda! Jak można się domyślać, lody lądują na rękawie czyjejś ulubionej bluzki. Kasjerka wrzeszczy, że "ono" zjadło produkt przed zapłaceniem, a tak się nie godzi, nawet kiedy ma się sześć lat i sześcioletni apetyt. Obśliniony papier służy za dowód winy, podobnie jak i bluzka…
Kiedy wreszcie udaje ci się uiścić opłatę za łyk krystalicznie czystej wody, czeka cię jeszcze przeprawa z harcerzem, który zawzięcie pakując butelkę do foliowej torby, próbuje zarobić na obóz. Z braku drobnych dajesz mu swojego szczęśliwego grosza, by nie zasłużyć na sprawność skąpca i nie poczuć na sobie surrealistycznego spojrzenia spaniela przebranego w szary mundurek. To jednak i tak nie wszystko: w drodze powrotnej może cię potrącić srebrzysta hulajnoga lub czyjś tatuś, który za dużo wypił do świątecznego obiadu.
Świąteczny obiad! Ha! Właśnie! Niedziela to dzień zbierania błogosławieństw na cały przyszły tydzień. W tym celu można się udać w gości do Pana Boga i odwiedzić Go w kościele. Generalnie jest to jednak pójście na łatwiznę, bo Bóg jest miłością i błogosławi każdemu (no, niestety, prawie każdemu). O ileż bardziej karkołomnym (czytaj: ambitnym) zadaniem jest poprosić o to samo własną matkę.
Mama, mamusia, matula, mameńka. Krępujące samo w sobie jest już to, że cię urodziła. Chcesz czy nie chcesz, oglądałaś wyściółkę jej macicy, ona rzygała przez ciebie i sprawiłaś jej wiele bólu. A przecież te dwie ostatnie rzeczy najczęściej nie mijają wraz z porodem. Szczerość to szczerość, jakkolwiek brzmi. Ona od czasu do czasu sądzi, że albo jesteś podrzutkiem, albo musiała cię adoptować. Zapewnia to spokój duszy przynajmniej do następnej niedzieli.

Niedziela, dom rodzinny, świąteczny obiad.

Mama: Kochanie, masz coś na bluzce.
Ty: O?
Mama: Zostanie plama.
Ty (w panice): Niemożliwe! To Morgan (co prawda z wyprzedaży, ale zawsze…).
Mama: Do wyrzucenia. Dobrze, że to tylko zwykła szmatka…
Ty (przypominają ci się wszystkie koszmarne wyprawy na tekstylne zakupy z matką. Białe bluzki z koronką i spodnie dzwony. Zaraz, zaraz - czy dzwony znowu nie są modne? Są, inaczej nie miałabyś ich dzisiaj na sobie. W większym rozmiarze, rzecz jasna): podajesz z dumą cenę bluzki.
Mama: Ile za to zapłaciłaś?!
Ty: milczenie.
Mama: To plama od czekolady.
Mama: Nie powinnaś tyle tego jeść.
Mama: Tyjesz od tego.
Mama: Robią ci się pryszcze.
Ty: To nie moja czekolada!
Mama: prychnięcie.
Tato (tak, tak - masz jeszcze tatę!): Daj dziecku spokój!
Ty (znowu w głowie): Jak fajnie, że ludzie nie rozmnażają się przez pączkowanie (tu następuje wizja twoich rodziców robiących TO. Cholera, czujesz się jak podglądacz. W dodatku nie wierzysz w to, co widzisz. Chociaż to tylko oczy duszy).
Tato: Sama?
Ty: zastanawiasz się, skąd już wiedzą, że jesteś puszczona kantem, skoro ty się ciągle jeszcze nad tym zastanawiasz.
Tato: Przyszłaś bez Roberta…
Uf.
Ty (kłamiąc): Poszedł do swoich rodziców.
Tato: Powinniśmy się w końcu wszyscy spotkać razem.
Mama: My i jego rodzice.
Tato: Postanowilibyście coś…
Ty: Co?!
Mama: Latka lecą… Ja w twoim wieku już ci zmieniałam pieluchy.
Ty: Serio, mamo? A ja myślałam, że chodziłaś na wywiadówki.
Tato (dziwnie): Cóż…
Mama: A praca?
Cisza.
Tato: Zrealizuj się wreszcie, dziewczyno.
I jeszcze: Ile ci pożyczyć?
Mama: Łap Roberta, bo w końcu cię zostawi.
W tym momencie plujesz rosołem.
Tato i mama (prawie chórem): Córeczko, stało się coś, o czym powinniśmy wiedzieć?
Ty (ze świadomością, że za łganie z piekła nie wyjdziesz): To ta zupa. Mówiłam, że chcę rosół warzywny. Przecież wiecie, że nie jem mięsa.
Tato: spokojnie się pożywia.
Mama (również uspokojona): A cóż ja tutaj tego mięsa włożyłam… To jakby krówka zanurzyła tylko kopytko (zachichotała).
Cholera, kopytko! Tak w ogóle - czy krowy mają kopyta? W każdym razie Poniatowski też zanurzył jedynie oficerek, ale się utopił. Zresztą krowa również nie uszła z życiem.
Kurczę, domowe obiady zawsze psują mi karmę. Jestem współwinna morderstwa!
Tato…
Mama…
Aaaaaa!

Niedziela wieczór: hop do łóżka. Pustego.


11 CZERWCA

Niedobrze - to poranne wstawanie wchodzi mi w nawyk. W efekcie zyskuję parę dodatkowych godzin do spędzenia na niczym. Gdybym była w lepszym nastroju (lub wyciągnęła jakieś charytatywne pieniądze od rodziców - ale po co?), może napisałabym jakieś CV albo… Albo podlała paprotkę. Gdybym oczywiście miała jakieś kwiaty… Cholera, nawet pomidory się skończyły. Znowu trzeba będzie iść do sklepu.
Nie, będę głodować i schudnę. Zagłodzę się do figury modelki, a potem zacznę się frustrować, że w moim wieku nawet najchudszej nikt by nie wpuścił na żaden wybieg; z wyjątkiem takiego dla psów.
W związku z tym dzisiaj wchodzi w grę tylko wysiłek duchowy. Będę myśleć o sensie-seksie życia i mantrować. Ommm, ommm, ochchch…
Będę myśleć pozytywnie i wyobrażać sobie różne rzeczy… Wyobrażę sobie osoby, które chciałabym, żeby do mnie zadzwoniły. Robi się to tak: wyobrażasz sobie twarz kogoś takiego, a potem umieszczasz w myślach na jego czole gwiazdę i nadajesz przez nią nazwisko, albo jeszcze lepiej imię szczęśliwca. Potem bywa, że on do ciebie zadzwoni albo wejdziecie na siebie w spożywczym… Mantrowanie imienia jest lepsze od mantrowania nazwiska, bo nazwisko zawsze można przekręcić. Wiem, co mówię, nadawałam kiedyś przez gwiazdę do jednego faceta, a on ożenił się z inną kobietą. Dopiero przy odczytywaniu przysięgi ślubnej okazało się, że on nazywa się Blusz, a nie Bluszcz, jak nadawałam. Cholerna polszczyzna.
Driiiiiin.
Dzwoni?! Rozwiedli się? Niemożliwe…
Jasne, cholera, że niemożliwe!
- Halo, Anka?
- A kogo się spodziewałaś o tej porze - mówię do znajomej z dawnej redakcji. Redakcji, która kwartał temu wyciągnęła kopyta, posyłając cały zespół na zieloną trawkę.
- Pracujesz? - pyta Magda.
- A skąd ci to przyszło do głowy?
- Jest wcześnie, a ty już na nogach… - Bada sytuację.
- To tylko bezsenność. A ty?
- Właśnie w tej sprawie dzwonię. Jestem teraz w "Trzydziestolatce" i zastanawiałam się, czy nie napisałabyś nam jakiegoś tekstu. Najlepiej coś o kinie…
- Eee… Ty tak z dobrego serca?
- Pomyślałam, że zrozumiesz nasze czytelniczki.
Trochę pośpieszyła się z tymi moimi urodzinami - prezencik na trzydziestkę. Jednak lepszy wróbel w garści niż orzeł na dachu, jak mawia moja matka. Ŕ propos, czy mówiąc o wróblu, miała na myśli tatę?
- To co, wchodzisz w to?
- Tak jest! Już się melduję.
- No to tekst na piątek. Pa! - Rzuciła słuchawką.
Tak. Stęskniłam się za płynem na wrzody żołądka prawie tak samo jak za terminami. To podobno syndrom bezrobotnych - najpierw chce ci się robić absolutnie wszystko, a potem długo, długo absolutnie nic. Czytałam o tym chyba w "Forum". A teraz pani redaktor. "Trzydziestolatka". OK. OK. OK. Lakierowana okładka, duże litery (żeby do czytania nie trzeba było używać okularów) i markowe stroje w stonowanych kolorach. Jak widać, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje (prawa autorskie również powinny należeć do mojej matki). Ha! A myślałam, że oddelegowano mojego anioła stróża. Jasne, że nie wolno jeszcze popadać w euforię ani przywoływać grymasu świętej Teresy z Avila, ale… Gdyby tak jeszcze małe bzykanko? Koniecznie o smaku bananowych prezerwatyw (truskawkowe ładniej pachną, ale ja mam uczulenie na truskawki). Może jednak znowu zdać się na gwiazdę? W końcu tyle małżeństw się rozwodzi.
"Anno, zejdź na ziemię. Z ciebie jest egoistyczna i niewyżyta erotycznie świnia. Pokuta!" - twój anioł stróż.

Kupiłam pomidory. Zrobiłam to w godzinach bardzo popołudniowych, kiedy skręty pustych kiszek przypominały już skurcze wczesnoporodowe. To musiałoby być umuzykalnione dziecko (ciekawe po kim), bo z mojego brzucha autentycznie dobiegały urywane dźwięki IX Symfonii. Kłopot w tym, że kiedy usiadłam do tęte-ŕ-tęte z kanapkami, mój domofon dał głos.
Brzęknął trzy razy i uciszył się. Znałam ten szyfr. Znałam też ten warczący głos:
- Złaź na dół!
Ewa pomachała do mnie z bajeranckiej czerwonej fury swojego pana Porządnego.
- Cześć! - Uśmiechnął się do mnie, kiedy oparłam się o drzwi gestem Julii Roberts z Pretty woman.
- Poprawił ci się nastrój? - zapytała Ewka, pociągając nosem.
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że rzeczywiście. Tak jakby.
- Choroba dwubiegunowa - burknął facet bardziej do kierownicy niż do nas. I taki był zmartwiony… Oczywiście martwił się o Ewę, a nie o mnie. Hm, czy ta choroba dwubiegunowa jest zaraźliwa? Jeśli tak, to nie ma sprawy. To znaczy jest, ale znaczy to też, że to nie rak, czyli chyba trzeba się cieszyć.
- Mamy coś dla ciebie. - Uśmiechnęła się do swej drugiej połówki o imieniu… Zgadnijcie?
Jakiś Adam? Nie! Wenecjusz! Tak! Ale to nie jej wina. Nie urodził się jeszcze facet idealny.
- Co to jest? - pytam, kiedy przyjaciółka wyciąga coś z koszyka stojącego pomiędzy jej stopami.
- O rany, to żyje! - mówię. - I piszczy.
Ewka wciska mi przez samochodowe okno ciepły i jasny kłębek sierści.
- Nie mogłaś zacząć od paprotki?
- Zapewni ci towarzystwo. Będzie cię kochać.
- My też cię kochamy - odzywa się Wenecjusz. - Ale sama rozumiesz, że siebie wzajemnie kochamy bardziej.
Dostałam sunię!
Znaczy nie całkiem. Zastanawiałam się nad tym do chwili, gdy mój wzrok spotkał się ze wzrokiem tego czegoś z futra. To nie sunia, ale musiałam wypalić coś niezłego i najwyraźniej o tym zapomnieć. Cholera, trzymam na rękach ufoludka!
Jakie błękitne oczy!
Piękne!
- W poradnikach piszą - mówi Wenecjusz - że swym mruczeniem koty świetnie wpływają na psychicznie chorych…
Wielkie dzięki.
Ale mam koteczkę!
- To zapach jej mamy. - Ewa podaje mi słoiczek ze żwirkiem. - Wsyp do kuwety, to nigdy nie obszcza ci parkietu.
Zapach mamy!
O rany, ale to śmierdzi! Nieważne. Czy ten kot jest krzyżówką pumy z yeti?
- To kotka syjamska - informuje Ewka, podając jeszcze czerwoną kokardę. - Nie pozwoliła zawiązać sobie na szyi. Ma charakterek!
Zupełnie jak paprotka…
Kwiat paproci…
Strażnik kwiatu paproci…
- To prezent na urodziny. - Ewa kicha po raz pierwszy.
Wszystkim coś się śpieszy do tych urodzin, tylko nie mnie.
Wenecjusz korzystając z okazji, dziękuje mi za prezent na jego trzydziestkę - oczywiście poradnik, oczywiście Marsjanie i Wenusjanki w sypialni. Wszystko jest tak oczywiste jak i to, że ten facet zarabia osiemdziesiąt baniek w swojej firmie.
Tymczasem Ewa kicha i kicha.
- Jedź! - Trzepie narzeczonego w ramię. - Mam alergię na koty…
Wynika z tego, że zyskałam kota z Syriusza - tej "psiej gwiazdy" - a straciłam przyjaciółkę.
Kotkę nazwę Luna.

Mam mniej więcej dwumiesięcznego kota "made in Taiwan", składanego w Polsce.
Pozbyłam się tylko kokardki, łyknęłam plaster pomidora, by nie umrzeć z głodu, i pobiegłam do jedynej czynnej o tej porze (godzina dwudziesta zero zero) księgarni, to jest paru półek z książkami w hipermarkecie Tesco. Musiałam się dowiedzieć czegoś o kimś, kogo wpuszczono pod mój dach. Obsługa trochę się krzywiła, że niby ze zwierzętami do Tesco nie wpuszczają. Wtedy im odszczeknęłam, że Luna to nie zwierzę, tylko inna forma życia.
Przystojniak z biura obsługi wpuścił mnie przez służbową bramkę:
- W drodze wyjątku, agentko Scully.
Wiem już, jak wygląda podryw na kota.
W dziale "Książki" znalazłam tylko jakiś cholernie drogi album o kotach rasowych (czy broszurki dotyczą tylko dachowców?), na który nie było mnie stać, więc ustawiłam się w cieniu gospodarczej kamery i zaczęłam czytać notatkę o syjamach. Na początek mogłam porównać wściekle miauczącą Lunę ze zdjęciem przedstawiającym dorosłego kota jej rasy.
- Popatrz, kochanie, nawet jeśli będziesz grzeczna, to i tak będziesz tak wyglądać, gdy urośniesz. - Od razu zaczęłam popełniać błędy wychowawcze swoich rodziców.
Kot zamilkł.
Z fotografii patrzyło na nas zwierzę arystokratyczne do obrzydliwości. Miało mleczno-kawową sierść z ciemnoczekoladowym pyskiem i spiczastymi uszami. Dłuuugie kończyny, biczowaty ogon - orientalna piękność. Piękność, która patrzyła w obiektyw kobaltowymi, lekko zezującymi oczami. I nic na tym defekcie nie traciła. Ba! Zyskiwała! Zyskiwała tajemnicę.
Dowiedziałam się, że Luna:
- należy do najstarszej rasy hodowlanej uszlachetnionej przez człowieka… (???)
- jej praprapra(…) babki (nieuszlachetnione?!) wegetowały w ogrodach zoologicznych…
- Luna będzie miała "ognisty temperament" (w porę zmienić imię na Carmen, Scarlett, Alexis?)…
- Lunę (czy zostanie to imię?) można nauczyć aportować…
- pocieszy mnie w smutku i chorobie (bomba!)…
  …jeśli nie będę na tyle chora lub w podeszłym wieku, że harce syjamki mnie zamęczą.
Kupiłam kolorowe plastikowe miseczki (słyszałam, że aluminium jest szkodliwe, więc odpuściłam sobie wszystkie miski w kolorze srebrzystym - pasowałyby do sierści, ale kto wie, czy to właśnie nie aluminium?). Do zdobytego gdzieś na sali wózka załadowałam też kuwetę, by móc wsypać do niej "zapach mamusi". Do kompletu dodałam jeszcze potwornie ciężki worek ze żwirkiem, tuzin puszek z karmą, a także mnóstwo pudełek i pudełeczek. Na wieczku każdego z nich gościło małe kocię.
Przy kasie pomógł mi się spakować przystojny fan "Z Archiwum X".
Kiedy wyjmowałam i oglądałam każdą z zakupionych rzeczy (już w domu, w niemilknącej, drepczącej asyście Luny), znalazłam wypisany na paragonie numer telefonu. Kot wie - może się z nim umówię? Znaczy z owym mężczyzną. Z tego co pamiętam, miał kręcone włosy. Może należy się pomodlić, żeby to nie była trwała?

O północy czułam się zupełnie jak kocia mama!

Luna ślicznie je i pije, i kupkę robi!
Oczywiście od razu wpuściłam ją do łóżka. Swoją drogą myślę, że mężczyźni nie lubią, jak dzieci gramolą im się do wyrka. No, chyba że skończyły szesnaście lat i są cudzymi córeczkami… Moje kocie dziecko zostanie w moim łóżku choćby… Choćby?! Choćby?!
"Trwała" nie ma chyba nic przeciwko kotom?
Ja na pewno nie. Luna wtuliła się w moją szyję. Nie chciałam zasypiać, by nie zrobić jej krzywdy i nie zamykać oczu na piękno tego śpiącego obrazka.


12 CZERWCA

Obudził się we mnie dziwny instynkt będący połączeniem instynktu macierzyńskiego i instynktu hodowcy; jak się dobrze zastanowić, wychodzi, że to jedno i to samo. Założyłam Lunie granatową (znaczy "rasowo" wyglądającą) obróżkę, która pasuje do koloru jej oczu. Wyszczotkowałam ją czymś, co się nazywa "kocie zgrzebło" i obsypałam ładnie pachnącym (bzem?), suchym kocim szamponem. Prawdę powiedziawszy, sierść Luny jest teraz napuszona i sterczy na wszystkie strony, co bardziej pasuje do persa niż do syjama, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Na razie idę z kotką do weterynarza. Pełny przegląd!
Oooo! A to kto? Przed lecznicą zatrzymał się czerwony sportowy samochód, z którego wyskoczył istny Adonis. Facet, który wyglądał tak, eee, inaczej niż jakikolwiek dotąd znany mi facet, że w ogóle bardzo trudno byłoby mi go opisać. Użyję tylko jednego złożonego przymiotnika: nieprawdopodobnie seksowny. Mniam. Zaraz, zaraz, to zwierzę nie wyciągnęło z gabloty żadnej nieludzkiej istoty. Czyżby… Juuuuhuuuu!!! To weterynarz!
Poprzepuszczałam parę osób, aby w ostatecznym rozdaniu trafić na ten weterynaryjny ideał. Udało się, ale Luna wcale nie była zadowolona z przedłużającej się obecności w tym miejscu. Obce koty nie spuszczały z niej oczu wielkich jak spodki, a przed momentem jakiś wielki pies (dog?) wcisnął łeb do torby, w której ją przyniosłam.
- Co my tutaj mamy? - zapytał weterynarz, kiedy weszłam do gabinetu.
Już chciałam wyrecytować swój życiorys, wymiary i średnią ze studiów oraz to, że nie dotyczy mnie żadne schorzenie genetyczne (może z wyjątkiem babcinego Alzheimera), ale w porę ochłonęłam: chodziło tylko o Lunę.
- Mam kota - mruknęłam i wyjęłam małą z torby.
Jakoś dziwnie na mojego kota popatrzył.
- Syjamka.
Kiwnęłam głową.
Luna wydawała się taka malutka na wielkim metalowym stole, że wyrwało mi się z ofeliowym przydechem:
- Panie doktorze, ale czy ona jeszcze urośnie?
Roześmiał się:
- Oczywiście. Wszystko rośnie.
Czy mówiąc to, miał coś na myśli? Robię się nieprzyzwoita, odkąd romantyczności w moim życiu za grosz.
- Śliczna kotka, cudowny mądry koteczek. Obejrzymy sobie… Jaka zdrowa. Oho, chyba coś się zrobiło z uszami… Ładniutki pyszczek. I oczy ma takie niebieskie…
Mówił do Luny, a ja rozpływałam się z rozkoszy wcale niematczynej.
- Musi pani być z niej bardzo zadowolona?
- O tak. - Roztopiłam się w jego oczach, które wyglądały jak oczy Paula Newmana (tego od filmów i majonezów - na opakowaniach tych ostatnich lepiej widać jego oczy niż na starym wyblakłym fotosie), co powinnam chyba potraktować jako dobry znak.

 

13 CZERWCA

…ale nie piątek!
W liceum miałam znajomego, no, prawie chłopaka… Tak, chłopaka… Znajomego, który "na wszelki wypadek" nigdy nie przychodził do szkoły trzynastego. W ogóle nie wychodził wówczas z domu, nie gotował, nie myślał nawet o seksie. W sumie emocjonalny popapraniec. Łgał wychowawczyni, że to ja zmuszam go do wagarów, aby tylko nie przyznać się do swojego potwornego zabobonu. Bo teraz, pod koniec XX wieku, to takie passé (jego matka uczyła francuskiego). Tak czy inaczej, niekiedy - z czystego sentymentu - brakuje mi tamtego chłopaka. Ilekroć sobie o tym przypominam, specjalnie przechodzę drogę, którą przebiegł czarny kot, zamiast czekać na odczyniającego pecha łysego w okularach.
Tym razem nie zwracając uwagi na datę, pobiegłam radośnie z kocicą do lekarza. Wyniośle minęłam pielęgniarkę i jak w dym podeszłam do niego - osobistego weterynarza Luny. Po cichu zastanawiałam się, czy gdybym zaczęła miauczeć, też by się mną tak uroczo zaopiekował. W chwilę później wszystko runęło.
Kanaaał!
Dlaczego wcześniej nie dojrzałam obrączki na tym uroczym, męskim palcu?!
O żesz cholera, przecież przysięgałam sobie, że nigdy nie będę zadawać się z mężami, wyjąwszy własnych. Nie będę suką i nie odbiję mężczyzny innej kobiecie! ("Naprawdę?" - to głos wewnętrzny). Siostry! My musimy się wzajemnie wspierać! Cholera jasna, a jeśli on założył tę obrączkę, bo za bardzo się do niego przystawiałam? Co za wstyd.
Wychodzimy z gabinetu: Luna z oklapniętymi uszami, ja z oklapniętą duszą.
Postanawiam na dzisiaj:
- nie wychodzić,
- nie gotować,
- nie pisać.
Postanowień seksualnych nie podejmuję.

 

14 CZERWCA

Święto - co oznacza, że nie mogę iść z Luną do czyszczenia uszu. Z drugiej strony powinnam przełamać swoją egoistyczną postawę w obcowaniu z bliźnimi, nawet jeśli znajdują się oni na innym stopniu drabiny ewolucyjnej, w związku z czym miauczą i chodzą na czterech kudłatych łapach. Nie ma się co oszukiwać, od tego ciągłego gmerania wacikami uszy Luny rozjechały się na boki i teraz kotka wygląda jak fenek, zwany też pieskiem pustynnym.
Mrucząc, Luna przyszła do mnie do łóżka - poprzytulamy się chwilę.

Święto Bożego Ciała. Jeśli dobrze pamiętam, czternasto- lub trzynastowieczne. W katedrze Canterbury (a może była to bazylika w Cluny?) świętemu Hugonowi (Hubertowi?) podczas mszy zaczęła krzyczeć hostia. Ten fakt rychło postanowiono uczcić i czczony jest do dziś. Tylko co z tego…

Niekiedy dziwi mnie (a nie powinno!), dlaczego nie można dogadać się z rodzicami. O naiwności - przecież gdybym spróbowała porozumieć się z jakimś swoim trzynastowiecznym, naćpanym sporyszem (brak nawozów sztucznych) przodkiem, ten spaliłby mnie na stosie za mój makijaż. Ha! Trudno byłoby jednak mówić o zaskoczeniu - kiedy którejś nocy, wracając z imprezy, zaczepiłam spojrzeniem o lustro, też zaczęłam wrzeszczeć: świecące w ciemności cienie i pomadki Manhattanu to po paru drinkach ryzykowne gadżety.

W sumie lubię ten dzień i poszłabym na spacer - latarnie obwieszone kolorowymi bibułkami, ulice toną w kwiatach. Można się przekonać, dlaczego życie nie jest tańcem po płatkach róż - zbyt łatwo się poślizgnąć.
W kompleksy wpędzają mnie te ośmioletnie dziewczynki: w białych, komunijnych sukienkach wyglądają zupełnie jak ślubne oblubienice. Jasne, że koronkową bezę trzeba by wciskać na mnie siłą, ale do ołtarza jestem skłonna pobiec jak maratończyk. Co to robi z człowieka tradycyjne wychowanie…
- Włóż, kochanie, te skarpetki - cedziła moja matka, machając mi przed nosem dwoma kawałkami dzierganej bawełny.
- Nie!!! - buntowałam się z całą mocą. Nie był to jednak bunt młodzieńczy dla samej zasady zagrania starszym na nosie. Miałam już białe rajstopy.
- Będzie ci za zimno! Natychmiast proszę włożyć te skarpety!
W czasach, kiedy ja dreptałam do Pierwszej Komunii Świętej, skarpetki nałożone na rajstopy wyglądały naprawdę okropnie. Nie było jeszcze wtedy słynnego Galliano, który na Fashion TV wytłumaczyłby mi, że jest na odwrót: że to szczyt paryskiego, ciuchowego szaleństwa. Niedoinformowana więc, zaprotestowałam raz jeszcze. Wcześnie nauczona doświadczeniem nie bawiłam się już w takie niuanse, że "wszystkie dziewczynki będą się ze mnie śmiały". Nikt nie bierze pod uwagę obserwacji społecznych kogoś, kto dowolnemu mężczyźnie może przejść pod pachą.
- Anka! - matka desperowała. - Spóźnimy się do kościoła.
Milczałam.
- Anula, jak nałożysz skarpetki, to nie zakręcę ci na szczotce loczków.
Hm, ewidentne przekupstwo. Wolę wyglądać jak pudel czy jak wariatka? Takie pytanie może zaważyć na całym przyszłym życiu (głęboko wierzę, że czułam wtedy tego Galliano przez skórę)!
- Dobra, mamo. Wkładam skarpetki.
Oczywiście wszystkie dziewczynki w kościele nabijały się z mojego ubraniowego ekscesu, a problem noszenia skarpetek na rajstopy na trwale zagościł w katechetycznej świadomości. Wypływał nawet w postaci docinków po wakacjach. Nie ma to jak niewinne istotki! Ja miłosiernie odpuszczam, kiedy one dwadzieścia lat później próbują rozprostować swojego nadpalonego trwałą pudla.

Tamte skarpetki spowodowały dyskusję tak palącą, że wyparły nawet mój wcześniejszy eksces: na komunijnej próbie, odurzona zapachem kwiatów nieelegancko zaczęłam się dusić, a przez to rozpaczliwie szamotać przed samym ołtarzem. Dostałam wtedy ksywkę "Dziewczyna Egzorcysty".
"Dziewczyna Egzorcysty!" - wy ośmioletnie samotne pudlice!
Idę jednak na spacer. Z kotem!


15 CZERWCA

Ludzie dostają piętnastego wypłatę, a ja - okres. Jak ja tego nienawidzę! To znaczy, żebyśmy się jasno zrozumiały - jeszcze bardziej nienawidziłabym ciąży (przypuszczam, że moja niechęć do pierwszej fazy macierzyństwa wynika z tego, iż będąc w okresie pokwitania, o jeden raz za dużo obejrzałam Obcego - Ósmego pasażera Nostromo). Czytałam ostatnio, chyba w "ELLE", że wymyślono już tabletkę antykoncepcyjną dla wyjątkowych, zawodowo zapracowanych kobiet. Takich, co to są prezesami wielkich koncernów albo choćby firm. Menedżerami i maklerami, finansistami - takie babki pracują jak faceci i nie chcą, by co miesiąc im przypominano, że w rzeczywistości są kobietami w przebraniu ("Kobieto, puchu marny").
Chciałabym taką pigułkę.
Mój żonaty znajomy stwierdził, że taka pigułka byłaby do dupy, bo on naprawdę bardzo się cieszy, kiedy żona melduje mu o kolejnej miesiączce. "Wiesz, Anka, to taki wczesny system ostrzegania" - powiedział. Nie mogłam pojąć, czy ona jest, czy też jej nie ma? W każdym razie u niej jest. Są również odpowiednio wcześnie przygotowane tampony - najmniejszy rozmiar. Najmniejszy i z potrzeby, i ze snobizmu, i dla bezpieczeństwa. Podobno siostra tego znajomego, o którym wspomniałam wcześniej, poszła na basen, zaaplikowawszy sobie największe OB. No i jak to OB zaczęło ssać chlorowaną wilgoć, to dziewczyna mało się nie utopiła. Dno!
Nie wiem, dlaczego właśnie podczas okresu przychodzą mi do głowy takie koszmarne tematy. To pewnie hormony… Błękitna woda z reklam robi z nas bezdzietne księżniczki, a my jesteśmy tylko sfrustrowanymi samotnymi samicami. I niektórzy to widzą. A niektóre - te niesfrustrowane - nienawidzą nas za to. Nie tak dawno, kiedy spokojnie wsiadałam do jakiegoś autobusu, wtarabaniła się przede mnie młoda matka z dwojgiem dzieci. Jedno, starsze, szło przed nią i robiło przejście. Drugie niosła na rękach. To niesione popatrzyło na mnie oczami ewidentnie jeszcze z tamtej strony. Popatrzyło z obrzydzeniem i zafascynowaniem, jakbym była co najmniej kosmicznym robalem, a potem jakby nigdy nic wsadziło mi palec w oko. I nikt z całego autobusu mnie nie pożałował. Tylko fukali, że od mojego wrzasku również mały Lecterek się rozwrzeszczał. Ciekawe co by było, gdybym to ja zaczęła tak epatować i machać nad głową swoim Marvelonem.
Inna sprawa, że jeżeli dalej nic się nie zmieni w moim życiu osobistym, to z czystym sumieniem będę mogła łykać zamiast pigułki witaminę C.
Do diabła, w takich chwilach zawsze mi się przypomina moja pierwsza wizyta u ginekologa. Poszłam do niego właśnie po tabletki, bo wyraźnie miało do czegoś dojść w moim wczesnolicealnym związku. Wybrałam doktora Peonię przekonana, że musi być kobietą, bo który normalny mężczyzna pogodzi się z takim nazwiskiem. Oczywiście pomyłka na całej linii.
Peonia okazał się sympatycznym, siwym dziadkiem.
- No co, kwiatuszku? - zapytał, kiedy stałam naprzeciwko purpurowa i przerażona.
Z trudem wydukałam, o co mi chodzi.
Popatrzył raz jeszcze na to moje całe lat piętnaście i pół.
- A kwiatuszek to aby przypadkiem nie jest jeszcze dziewicą?
Głęboka purpura na mojej twarzy przeszła w inny, bliżej nieokreślony kolor.
- Spokojnie, kwiatuszku, to przechodzi - uspokoił mnie dobrodusznie doktor. Zaprosił na fotel.
- Na fotel, kochanie, nie na oparcie! - Teraz ja go wystraszyłam.
Kiedy w końcu schodziłam z tego narzędzia tortur przekonana, że jestem transseksualna, a ta trauma sprawi, że moje dziewictwo utrzyma się znacznie dłużej, niż sądzi doktor (ba! dłużej nawet, niż ja sądziłam), Peonia rzekł:
- Ale ty, kwiatuszku, masz ładne nogi.
W tamtej chwili - przynajmniej mentalnie - po raz pierwszy w życiu poczułam się kobietą.
Ale w przyszłości po recepty chodziłam do kogoś innego.

Witamina C chyba nie jest na receptę?