Wystarczy czekać!

  • Autor: Robinson, Frank M.
  • Dostępność: Brak
  • 35,00 zł
  • Niedostępny

Są wśród nas. Są wśród nas od bardzo dawna - czekają. Mogą natchnąć miłością. Mogą zgładzić. Pewien mieszkaniec San Francisco, Arthur Banks, zaczyna wyłuskiwać ich z tłumu. Niemal natychmiast jego życie - i życie jego rodziny - staje w obliczu niebezpieczeństw. Ale to tylko nieśmiały początek. Już wkrótce Banks będzie zmuszony podjąć walkę o byt i przetrwanie gatunku ludzkiego. Frank M. Robinson napisał powieść chłodną jak lód, wywołującą dreszcze i gorzki smak niepewności - napisał powieść przyszłości. Mojej i Twojej. Dwa miliony lat ewolucji człekoształtnych prowadzi do jednej, niewątpliwej i nieuniknionej konkluzji - właśnie o niej pisze Frank M. Robinson, wciągając w swoją historię wielu czytelników. Autor Płonącego wieżowca, jednego z najpopularniejszych filmów lat siedemdziesiątych oraz powieści The Power, klasyki lat pięćdziesiątych, tym razem obdarza nas niezwykłą książką o zagrożeniu, jakie kryje w sobie nie przyszłość, nie współczesność, ale dzień dzisiejszy. Wystarczy czekać! to towar niezwykle rzadko goszczący na półkach, baśń grozy, która powoli ukazuje kolejne odsłony, stopniowo ujawniając zręcznie splecioną intrygę.

Rok wydania: 2003
Stron: 364
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 36
Tłumacz: Paweł Laskowicz

Fragment tekstu:

PODZIĘKOWANIA

Proszę, by podziękowania za pomoc i cenne uwagi podczas pracy nad powieścią zechciały przyjąć następujące osoby:
doktor Mark Hall z Departamentu Antropologii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley za informacje na temat życia człowieka pierwotnego,
Pam i Terry Floyd za dogłębne objaśnienia dotyczące funkcjonowania szpitalnego ambulatorium oraz ogólnej tematyki medycznej i lekarskiej,
Randy Alfred, który wie bardzo dużo na każdy temat, a zwłaszcza na temat pracy w studiu telewizyjnym,
Richard Lupoff, przyjaciel po piórze i niezwykły cudotwórca kulinarny, za nieocenione sugestie odnoszące się do zawiązywania wątków, charakterystyki postaci, stawiania przecinków i innych tajemnic sztuki literackiej,
mój wydawca David Hartwell - choć wymieniam go na końcu, to jest osobą nie mniej ważną, która sprawiła, że książka w mojej opinii dobra stała się jeszcze lepsza.
Ostatnie słowa chciałem skierować do tych spośród moich czytelników, którzy zachodzą w głowę, co każe pisarzowi chwycić za pióro: lubię opowieści dydaktyczne. Książki, które przekazują wiedzę, a jednocześnie (mam przynajmniej taką nadzieję) bawią. I jeszcze coś: owszem, wiele ze stworzonych przeze mnie postaci odzwierciedla różne strony mojej osobowości. Ty sam, drogi czytelniku, zgadnij, które to mogą być postacie. A czy ja osobiście wierzę w główny wątek powieści Wystarczy czekać…?
Bez wątpienia.
FRANK M. ROBINSON
San Francisco
sierpień 1998

 

 

 

 


POCZĄTEK

Bieg…
Shea wciągnął głęboko powietrze w płuca. Poczuł w trzewiach przenikliwy, wieczorny chłód i rwanie pooperacyjnej rany. Właściwie biegł, odkąd wyszedł ze sklepu Macy's. Już na stacji Embarcadero, pierwszej stacji BART-a w San Francisco, zaraz po wyjściu z pociągu zaczął podejrzewać, że ktoś go śledzi. Podskórnie odczuł to nawet w Berkeley, kiedy wsiadał do pociągu. To śmieszne, i zupełnie niemożliwe, zresztą rozglądał się kilkakrotnie i nikogo nie zauważył.
Początkowo nic właściwie się nie działo. Trawiła go jedynie niepewność. Powoli rosnąca. Ledwie rozpoznawalne poczucie, że ktoś za nim chodzi. Ruchomymi schodami wyjechał z metra koło hotelu Hyatt Regency i postanowił napić się czegoś w jego wewnętrznym ogródku. Do spotkania w restauracji Soriano pozostało czterdzieści minut; nikt tam jeszcze na niego nie czekał, a pomysł, by samemu siedzieć nad kieliszkiem przy klaustrofobicznym barze wydawał mu się szczególnie nieznośny.
Kiedy dopijał drugą whisky z wodą sodową, przyłapał się, że patrzy dociekliwie w kierunku galerii na piętrach, gdzie, jak mu się zdawało, widzi kogoś ukrywającego się za zwisającymi z balkonów zielonymi winoroślami. Dostrzegł tylko smukłą postać sprzątaczki na szóstym piętrze, pchającej przed sobą wózek z wiadrami i szmatami, kilku hotelowych gości wprowadzających się do pokojów i nielicznych wychodzących na obiad czy do teatru, z parasolem pod pachą lub płaszczem przewieszonym przez ramię.
Uśmiechnął się do siebie. Lata lecą, starzeje się. Jednak przeczucie go nie opuszczało. Ktoś idzie za nim krok w krok, aż od Berkeley, a teraz ukrywa się w hotelowym atrium i patrzy na niego. Temu wrażeniu nie potrafił się oprzeć. Próbował zapomnieć, ale niepokój wracał. Być może prześladowca zachowuje się jak złodziej samochodów, nie odstępuje na krok swej ofiary i czeka na odpowiedni moment, by uderzyć, gdy będzie sama i wystawiona na ciosy.
Skręcił w Larkin Street. Zatrzymał się w pierwszej bramie dla złapania tchu. Był w Tenderloin, niesławnej dzielnicy nocnych uciech, do tego w najmniej chwalebnej jej części, znaczonej nieczystościami, plwocinami, wymiocinami, schnącymi plamami moczu, cuchnącymi alejkami i zaułkami. Wiatr podnosił płachty zmiętych gazet i owijał je nieznośnie wokół nóg. Szklane odłamki rozbitych butelek zaśmiecały mokre rynsztoki. Wrodzona ciekawość kazała mu sprawdzić, jakie wina pija się dzisiaj na ulicy.
"Cisco"? Może "Dziką Różę Irlandzką"?
Za drzwiami usłyszał człapanie po schodach i przezornie usunął się na ulicę, nerwowo rzucając wzrokiem na boki. Ktoś zamykał sklep, gdzieś dalej mała grupka ludzi śpieszyła do jednej z tanich, nędznych restauracji, jakich tu nie brakowało. Nikt na niego nie patrzył. Nikt go nawet nie zauważył.
Mimo to wiedział, że ktoś go obserwuje. Wiedział to z taką samą pewnością, z jaką pod koniec dnia pracy w szpitalu wiedział, że za pięć minut minie piąta i że przebadał już wystarczająco dużo zwężonych arterii.
- Masz pan trochę drobnych?
Zaskoczył go pijacki bełkot. W nerwach nie zauważył obdartego lumpa, stojącego chwiejnie w bladym świetle latarni. Potrząsnął głową i oddalił się pośpiesznie, słysząc za sobą mrukliwe "chuj z tobą…"
Z hotelu Hyatt przeszedł pod sklep Macy's. Z ulgą wmieszał się w barwny tłum uliczny, później wszedł do sklepu i ruszył między oblężone przez kupujących, olbrzymie regały ze sprzętem gospodarstwa domowego. U stóp ruchomych schodów grupka odświętnie ubranych dzieci w wieku szkolnym śpiewała kolędy. Strach przed krzywdą z rąk obcego z wolna ustępował. Szczyt sezonu; wszyscy z zajęciem kręcili się wokół bożonarodzeniowych witryn sklepowych.
Jak gdyby nigdy nic zaczął przyglądać się kompletom naczyń i rondli kuchennych. Odkąd dwaj jego chłopcy zaczęli dorabiać do kieszonkowego zmywaniem naczyń, śniadaniowe miseczki do płatków owsianych w ich domu uległy solidnym obtłuczeniom. Wtedy wydało mu się nagle, że ktoś przypatruje mu się zza środkowego regału.
Aż podskoczył; o mało nie strącił na podłogę stosu obiadowych talerzy. Ale nie dostrzegł nikogo poza kobietami drepczącymi wśród miedzianych patelni i piekarników do chleba i stojącymi za nimi, znudzonymi facetami.
Odtąd było coraz gorzej. W sklepie coś się czaiło, i to coś czaiło się na niego.
Ogarnęła go panika. Przepchnął się do ruchomych schodów i chwilę później był już z powrotem na ulicy. Powiew wieczornego chłodu wdarł się pod płaszcz. Poczuł, jak koszula lepi mu się do pleców. Na miękkich ze strachu nogach minął kilka przecznic, biegnąc Geary Street, potem skręcił na północ w Larkin Street, oglądając się przez ramię co pięć kroków i przeklinając w duchu, bo nikogo nie widział, a głowę dałby sobie uciąć, że ktoś za nim idzie.
Podczas krótkiej przerwy w bramie zdołał odsapnąć i trochę się uspokoić. Mógłby zatelefonować do restauracji - zbliżała się szósta. Mitch, Artie i inni powinni już tam być. Złapie taksówkę, a może ktoś po niego przyjedzie.
Czy jednak nie powinien zawiadomić policji…? Powie, że nazywa się Lawrence Shea, doktor Lawrence Shea, że jest poważanym obywatelem szanującym prawo, że łazi za nim jakiś typ niewiadomej maści i że nie ma pojęcia dlaczego. Pomyślą, że jest szurnięty albo pijany, ale to lepsze niż szalony bieg.
Tuż przy alejce zauważył kabinę telefoniczną, skoczył w jej stronę, przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu ćwierćdolarówki. Wrzucił monetę i drżącą ręką wybrał numer. Najpierw restauracji, a potem policji.
Dopiero po długim czasie zorientował się, że w słuchawce panuje głucha cisza i że opleciony metalową spiralą kabel, wyrwany siłą z aparatu, zwisa luźno ze słuchawki. Patrzył przez chwilę na rozbujaną metalową końcówkę, nie czując nawet, jak spod brwi napływają mu do oczu strużki potu.
Słodki Jezu…
Stał i ściskał w dłoni słuchawkę, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Pragnął jednego: by podeszli i pokazali się wreszcie.
Gdy to pomyślał, serce zaczęło walić mu gwałtownie. W piersiach poczuł miażdżący ucisk, jakby znalazł się w łapach szarego niedźwiedzia. Koszula pod pachami zaczęła nasiąkać potem niczym ręcznik kąpielowy. Jako lekarz domyślał się, że doznał prawdopodobnie ataku panicznego strachu. Ale jednocześnie nie potrafił nie pomyśleć o pacjentach, którzy umierali nagle, nigdy wcześniej nie chorując na serce. Był lekarzem, umiał rozpoznać symptomy, ale cóż z tego; nerwy miał napięte, niemal słyszał, jak trzeszczą, w klatce piersiowej czuł kłujący ból.
Rzucił słuchawkę i puścił się biegiem w dół Larkin Street, z ulgą czując, jak ustępuje ciężar w piersiach, a praca serca nabiera miarowego rytmu. Zwolnił. Spojrzał we własne odbicie w witrynie mijanego antykwariatu. Zobaczył swoją twarz ujętą w ramy starych numerów "Look" i "The Saturday Evening Post"; bladą twarz przestraszonego mężczyzny po czterdziestce, przybierającego już na wadze, z przerzedzonymi, ciemnymi włosami, zapadniętymi i przerażonymi oczami, zębami zaciśniętymi na wargach.
Chyba ktoś pomylił święta. Boże Narodzenie, a w witrynie widać upiorną maskę rodem z Halloween.
Zrozumiał, że opuszczenie tłumu w centrum miasta było złym pomysłem i błędem, że w zatłoczonej okolicy Larkin Street i Post Street byłby bezpieczniejszy. Trudno się spodziewać, by ktokolwiek zechciał kupować prezenty pod choinkę w sex shopie lub portierni agencji towarzyskiej, a okoliczne tajskie i wietnamskie restauracje gościły niewielu świątecznych biesiadników.
Zawrócił do Union Square. Tam zgubi się w tłumie, tam się ulotni. Tam, wśród rzeszy kupujących, nic mu nie może grozić.
Przyspieszył kroku. Kiedy skręcił na południe w Larkin Street, raz jeszcze serce mu załomotało. Odwrócił się. I pobiegł na oślep przed siebie, na północ, nie bacząc na bawiące się dzieci, które patrzyły na niego zamarłe szeroko rozwartymi oczyma, zanim z piskiem rozpierzchły się na boki. Próbował się uspokoić, myśleć logicznie i spokojnie, odgadnąć, kto za nim podąża i dlaczego.
Nawet nie przyszło mu do głowy, że osacza go sfora głodnych wilków.

Zapadł zmrok. Ulice szybko pustoszały. Ludzie znikali w domach, uciekając przed zimnem i pierwszymi kroplami mroźnego, zacinającego deszczu. Wypadł z formy; sam nigdy nie stosował się do zaleceń, by rzucić palenie i częściej się gimnastykować, którymi zamęczał własnych pacjentów.
Mógłby wślizgnąć się do restauracji. Wśród ludzi będzie bezpieczniejszy. Ale gdy tylko o tym pomyślał, poczuł raptowny skurcz w klatce piersiowej i zrozumiał, że jeśli wpadnie w tłum, jego serce znowu zacznie walić jak oszalałe. Był zbyt przerażony, by uzmysłowić sobie, że porusza się ostatkiem sił.
Jednak zachował na tyle przytomności, aby pomyśleć, że skoro trudno mu biec, to przynajmniej powinien się schować w jakimś ciemnym, dalekim kącie, gdzie nikt go nie znajdzie. Minął biegiem jeszcze dwie przecznice i skręcił w wąską alejkę. Na jej końcu przysiadł na paru stopniach prowadzących na zaplecze sklepu. Dyszał ciężko ze zmęczenia i ze strachu, nerwowo próbując opanować oddech, by nie zdradziło go głośne sapanie. Czekał.
Nic.
Nikt nie pokazał się u wylotu alei. Jedynie szczury harcowały hałaśliwie w śmietniku stojącym dziesięć metrów dalej, na tyłach jednej z restauracji. Uspokoił się, ale ciągle myślał, gdzie mógłby się dobrze ukryć. Zmrużył oczy, patrząc w głąb wąskiej alei, oświetlonej blado małymi żarówkami wiszącymi nad wejściami na zaplecza kawiarń, sklepów i magazynów.
Po drugiej stronie spękanego betonu alejki, kilka metrów od miejsca, w którym przykucnął, stał przy ceglanej ścianie wielki transportowy kontener. Shea odczekał chwilę, rozejrzał się ostrożnie i powoli, na czworakach podczołgał się do żelastwa. Kontener leżał na boku, pokrywa była odchylona na pół metra. Wślizgnął się do środka.
Natychmiast poczuł się raźniej i pewniej. Uznał, że nawet jeśli ktoś go śledził, to albo stracił trop, albo dał za wygraną. Rozluźnił się całkowicie, gdy nagle znieruchomiał. Na karku poczuł zimne krople potu. Wcale nie siedział na klocu drewna; było to raczej coś miękkiego, jakiś stary, gnijący dywan; jego, przeciwny koniec, co gorsza, niemal zasłonił teraz wejście, przez które wcisnął się przed chwilą do środka.
Nie był sam.
Sięgnął nerwowo do kieszeni, gdzie w breloczku przy pęku kluczy miał małą latarkę. Skąpym snopem światła rozjaśnił wnętrze. Nie mylił się. Dno kontenera pokrywał stary dywan. Na drugim końcu dostrzegł legowisko i rozpostartą niebieską folię, która miała służyć za stolik. Krok dalej siedział stary mężczyzna opatulony w zabrudzony, dziurawy płaszcz i dwa długie szale. Światło latarki padło na jego ogorzałą i pomarszczoną twarz, pokrytą trzydniowym zarostem, i na spoglądające tępo, mętne oczy. Miał około sześćdziesięciu lat, może więcej, opaloną skórę, ciemne zakola pod oczami, małe kępki włosków wystające spomiędzy morza zmarszczek.
"Sama rzeczywistość", pomyślał Shea. Nic przyjemnego, co prawda, ale też nic nadzwyczajnego. Człowiek, którego może dotknąć i obejrzeć. Poradzi sobie.
- Bardzo przepraszam - wymamrotał na początek. - Nie chciałem…
Urwał w połowie zdania, dostrzegając obok mężczyzny pustą butelkę. Shea podczołgał się i błysnął mu w oczy latarką; pod wpółprzymkniętymi powiekami źrenice ledwie zareagowały. Stary pijaczyna stracił już poczucie rzeczywistości; jeden z rzeszy bezdomnych zatykających arterie miasta. Widać ich w centrum, widać na peryferiach, żebrzą przy bankomatach, potrząsając głośno plastikowym kubkiem, na którego dnie brzęczy kilkanaście monet, plączą się przy restauracjach, hotelach i wszędzie, gdzie spotkać można turystów. Z nastaniem nocy wielu z nich chroni się w miejskich noclegowniach, ale większość szuka legowiska na ulicach, w bramach, pod wiaduktami lub w kontenerach, takich jak ten.
Shea już prawie odzyskał równowagę. Lekko trzęsącymi się dłońmi zapalił papierosa. Usiłował zapanować nad myślami i odgadnąć, dlaczego ogarnęła go nieuzasadniona panika. Przecież wystraszyło go coś ledwie wyczuwalnego i absolutnie niewidzialnego. Dał się ponieść wyobraźni. Jego emocje wpadły w spiralę błędnego koła. Ilekroć pomyślał, że ktoś idzie jego tropem, wzrastało w nim napięcie, a im bardziej się denerwował, z tym większym przekonaniem sądził, że ktoś go śledzi. Strach przed myślą, że ktoś dybie na jego życie, wzmacniał pewność, że tak było rzeczywiście.
Mitch jest psychiatrą w ich klubie, z pewnością wyjaśniłby mu ten mechanizm.
Na razie tu zostanie. Deszcz na niego nie padał, zimno mu nie było, nie ma powodu do narzekań. Oparł latarkę o jakiś karton; jej mdły blask czynił kontener odrobinę przytulniejszym. Przeczeka tu, uspokoi się, dojdzie do siebie, potem znajdzie gdzieś telefon i zadzwoni do restauracji - będą tam na niego czekać. To był dziwny i dość niecodzienny zbieg okoliczności. Minie trochę czasu, zanim wybaczy sobie tę bezsensowną panikę, ale…
Nagle spojrzał na mężczyznę i poczuł na czole zimne krople potu. Wpatrywał się w starego żebraka i siódmym zmysłem wiedział, że coś jest nie w porządku, ale zajęty własnymi myślami nie zauważył co.
W ciągu ostatnich kilku minut staruch musiał przestać oddychać.
Shea zbliżył się do niego na czworakach i dotknął go palcami pod brodą, szukając tętnicy szyjnej. Nie wyczuł pulsu. To musiało stać się dosłownie przed chwilą: przysiągłby, że kiedy pierwszy raz zaświecił mu latarką w oczy, mężczyzna żył. Jednak alkoholizm, intoksykacja, zimno - wszystko możliwe.
Nie bez trudności zaczął zdejmować płaszcz w ciasnym wnętrzu. Zdenerwował się. Wyczuł, że sam oddycha coraz głębiej i coraz nierówniej. Małe szanse, ale powinien spróbować reanimacji. Jezu, przecież nikt mu nigdy nie uwierzy…
Nagle zamarł w częściowo zdjętym płaszczu. Znowu wyczuł w pobliżu czyjąś obecność. Było to dokładnie takie samo piorunujące wrażenie, jakiego doznał w sklepie Macy's. Tym razem dotyczyło czegoś tuż za ścianą kontenera. Coś tam stało. I wiedziało, że on jest w środku. Że się ukrywa.
- Boimy się, małpko?
Szeleszczący szept dochodził nie z zewnątrz, lecz z wnętrza kontenera! Oschły, nieco zachrypnięty i starczy, ale wyraźny, absolutnie zrozumiały. Jakaś jego niewielka część - ta drobna, której jeszcze nie ogarnął strach - spostrzegła, że słowa nie brzmiały ani wyzywająco, ani pogardliwie, a ledwie stwierdzały fakt.
- Kto tu, kto…? - jęknął.
Jego głos odpłynął gdzieś w dal.
Nagle z przerażeniem pomyślał, że pęcherz może nie wytrzymać napięcia i zaledwie o tym pomyślał, naturalnie natychmiast się zmoczył. Przemawiał do niego stary człowiek otulony dziurawym płaszczem i szalami. Przecież to niemożliwe, był martwy. Może nie znalazł jego pulsu? To jedyne rozsądne wytłumaczenie. Jednak wpółprzymknięte oczy nie dawały znaku życia, ani drgnęły, ani błysnęły.
- Komu zdążyłeś już powiedzieć?…
Tym razem Shea dostrzegł poruszające się wargi mężczyzny. Serce przestało pracować, ale śmierć nerwów mózgowych zabiera więcej czasu, co mogło oznaczać, że ktoś wykorzystuje ciało starca jako medium, tak jak brzuchomówca używa do wydawania dźwięków mięśni brzucha.
- Co powiedziałem? - Shea patrzył tępo w trupa. - Czego ode mnie chcecie!?
Był zbyt przerażony, by wstydzić się zmoczonych spodni.
- Robiłeś notatki… musiałeś… jesteś z tych…
Shea kręcił głową, jakby chciał zaprzeczyć wszystkiemu.
- Nie wiem, o czym mówisz…
- Kłamiesz… ale nie wiesz, że kłamiesz.
Nagle gdzieś dalej trzasnęły żelazne drzwi i dał się słyszeć brzęk metalowych puszek, a potem okrzyk:
- Hej! Ty tam! Przy kontenerze! Co tu robisz, do diaska, hę?
Cisza.
Jeszcze jeden szept.
- Żegnaj, małpko…
Poczuł, jakby ktoś lub coś się wycofywało. Stary pijaczyna bezwładnie zwalił się na twarz. Shea patrzył na niego tępo przez chwilę, potem podczołgał się i znowu dotknął jego tętnicy szyjnej. Nic. Żadnego pulsu. Trup.
Siedział nieruchomo przez dobre kilka minut, bojąc się ruszyć, bojąc się wyjść, a nawet dotknąć martwego ciała, by podjąć jakąkolwiek reanimację. Myśli wirowały mu w głowie, nie umiał odgadnąć, co zapędziło go w ten ślepy zaułek i czego od niego chciano. Olśnienie nie przyszło od razu. Ale kiedy nabrał pewności, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, doznał szoku. "Słodki Jezu", mruknął do siebie. Kiwnął się bezwiednie w przód i w tył, okrył własną pierś ramionami, jakby chcąc się osłonić przed potężnym strachem i tnącym, ostrym zimnem. Minęło dobre pół minuty, zanim zorientował się, że coś drapie w dywan okrywający wejście do kontenera.
Odwrócił się w jednej sekundzie, na tyle szybko, by osłonić dłońmi twarz, ale nie gardło. Jego krzyk nigdy nie wydostał się z krtani. Walczył z furią w ciemności, lecz był zbyt wystraszony i bardzo już osłabiony, a ich była trójka i każdy się na niego rzucił, każdy zaciekły i ogromny jak tur. Nie opierał się długo. Jako lekarz wiedział, jak szybko i łatwo przychodzi śmierć. Zdziwił się nawet, że aż tak łatwo. Jego ostatnią myślą było pełne tęsknoty, choć tylko półświadome, wspomnienie Cathy, Jamesa i Andy'ego oraz nagłe głębokie przekonanie, że śledzono go, bo posiadał coś, co pragnął mieć ktoś inny.
Gdyby olśnienie nastąpiło dużo wcześniej, może ktoś zdążyłby z nim porozmawiać i dowiedzieć się, gdzie Shea pozostawił to, co posiadał.

 

 

ROZDZIAŁ 1

To był ulubiony sen Artiego.
Leży na trawiastej równinie, obnażony, wpatrzony w puchate chmurki płynące po wiszącym nad głową błękitnym niebie. Jest ciepło, ale chłodny wietrzyk muska go delikatnie w twarz i czesze opadające na ramiona włosy. Podnosi głowę i wpatruje się w pasmo gór na horyzoncie, lekko zamglone w dali, potem opuszcza głowę, wolno przymykając oczy. Nawet nie odwracając się, wie, że o rzut kamieniem za nim znajdują się jaskinie, a przed nim rozpościera się nieskończona równina.
Jest tak przyjemnie, że nie ma ochoty się ruszyć; chce tylko leżeć wśród długich źdźbeł trawy, czując pod plecami i pośladkami miękką ziemię, i wpatrywać się w firmament nieba, nie myśląc o niczym. Wyczuwa za sobą obecność innych, ale nie ciekawi go, kim są. Przede wszystkim odurza go woń kwiatów. Tysięcy kwiatów. Widzi je kątem oka, wyłaniające się z zieleni, małe motki purpury, czerwieni, żółci i różu.
Piękny dzień lata, a on młody i silny. Słońce przygrzewa coraz mocniej, ale na to nie zważa.
Wyrazisty, czysty sen. Niektórzy z jego medytujących przyjaciół mówili, że często miewają podobne sny, lecz on, Arthur Banks, miał tylko ten jeden. Niewykluczone, że sen coś znaczył, ale Artie się obawiał, że nigdy więcej mu się nie przyśni, kiedy pozna jego sens. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się w tym śnie, ale to było bez znaczenia. Liczyły się ciepło, błękit nieba, woń kwiatów i bezwstydne podniecenie fizyczne.
Tym razem nad jego głową krążyły ptaki, co było czymś nowym, nawoływały do siebie, czyniły hałas przypominający odgłos odległych kurantów. Raptem obraz zamazał się, wyblakł i do jego uszu doszedł podniesiony głos: "…wypadek na Bay Bridge, na zachodniej nitce mostu, ruch jest zablokowany na obu pasach drogi… korek sięga…"
Sen prysł jak bańka mydlana. Artie ziewnął szeroko i po omacku wyciągnął rękę do radiobudzika wmontowanego w obudowę łóżka. Dlaczego ten sen śnił mu się zawsze rano? Dlaczego nie wcześniej? Miałby więcej czasu, dowiedziałby się, kto z nim przebywa i gdzie się znajduje. Wzruszył ramionami. Do diabła z tym. Młodzieńczy sen. Był już za stary na poranne erekcje.
Spuścił nogi przez krawędź łóżka i jeszcze raz ziewnął przeciągle. Przeczesał palcami zmierzwione włosy, oblizał suche wargi i dopiero wtedy zerknął na miejsce, gdzie zwykle leżała owinięta kołdrą Susan. Świeciło pustką. Patrzył bezmyślnie w zmięte prześcieradło, usiłując dojść do siebie. Wreszcie przypomniał sobie, że tego dnia Susan miała wyjechać do Willow. Jej matka dzwoniła późnym wieczorem. Z ojcem nie było najlepiej. Chciała zabrać ze sobą Marka, ale chłopak ubłagał ją, by dała mu spokój - do przerwy świątecznej pozostało jeszcze parę dni szkoły. Artie obiecał, że przyjedzie, jeśli stan ojca się pogorszy. Na tym w końcu stanęło. Co prawda Susan nie wyglądała na zadowoloną, ale Artie uważał, że to najlepsze rozwiązanie. Nie utrzymywał z teściami zbyt zażyłych stosunków; jej ojciec otwarcie demonstrował wobec niego wrogość i nieraz zwykła pogawędka stawała się ciężkim kieratem.
Opadł znowu na łóżko, obrócił się, wtulił twarz w poduszkę Susan i wchłonął głęboko jej zapach i ciepło. Przytulił się do ogrzanego prześcieradła. Że też musiała wyjść z łóżka na koniec takiego snu! Sen działał jak afrodyzjak i nie czuł po nim wstydu, jak i w samym śnie.
Za to Susan, oczywiście, nigdy nie odczuwała wstydu. Po piętnastu latach małżeństwa uważał to nawet za nie lada osiągnięcie z jej strony, ale rzecz jasna nie miał zamiaru narzekać. Co prawda, niekiedy wydawała mu się kobietą odległą i mało zrozumiałą, trudną do rozwikłania zagadką.
Ale nie w łóżku. Nigdy nie w łóżku.
Przeciągnął się. Poczuł zapach świeżej kawy i tostów. Usłyszał brzęczenie kuchenki mikrofalowej oznajmiającej, że bekon jest już ciepły. Czas na szybki prysznic i śniadanie, nim Susan zniknie z domu na trzy dni.
Poczłapał korytarzem do łazienki, przystając z ręką na klamce przy drzwiach do sypialni Marka. Kiedy przed tygodniem wszedł do jego sypialni bez pukania, Mark zastygł w łóżku nieruchomo, wyraźnie na czymś przyłapany, zmarszczył brwi i powiedział: "Okres dojrzewania płciowego mam już za sobą, powinieneś był zapukać, Artie". Artiego najbardziej martwił u Marka całkowity brak zahamowań. Ale z drugiej strony on miał ich dość za obu.
Zastukał w drzwi, zmusił się do uśmiechu i pohałasował klamką.
- Mama zaraz wyjeżdża, Mark. Masz okazję spałaszować z nią jeszcze trochę śniadania.
- Zaraz będę, Artie, daj mi minutkę - rozległ się stłumiony, cichy głos.
"Mów mi Ishmael", pomyślał z przekąsem Artie. Gdzie, do diabła, podział się "tato"? Faktycznie, chłopak przechodzi jakiś okres. Może tak się równoważą pokoleniowe różnice? Słuchał przez chwilę skrzypienia łóżka i wyobraził sobie Marka, jak ostrożnie przesiada się na wózek inwalidzki.
Ten obraz, jak zawsze, ranił. Ile lat minęło od wypadku?… Pięć? Mark skończył wtedy dwanaście. Samochód prowadziła Susan. Na skrzyżowaniu uderzył w nich rozpędzonym wozem pijany kierowca. Susan na szczęście nic się nie stało, ale Mark wyszedł z wypadku sparaliżowany od pasa w dół. Dzięki pomocy wybitnego specjalisty, którego znalazła gdzieś Susan, Mark częściowo odzyskał czucie - dowodem niech będzie tamta poranna wizyta pod jego drzwiami - jednak odtąd chłopiec poruszał się wyłącznie na wózku.
Artie czuł się winny. Ożenił się z Susan, kiedy Mark miał dwa latka. Nie zawiązały się między nimi dobre stosunki i Artie nigdy nie pozbył się poczucia odpowiedzialności za niepowodzenia i nieszczęścia, jakie spotkały chłopca.
Wszedł do kabiny natryskowej i zatrząsł się z zimna, gdy bosymi stopami dotknął zimnej, kafelkowej posadzki. Odkręcił ciepłą wodę. Co się z nim dzieje? Jedną swoją połową kochał i cenił rodzinę, druga połowa czuła się nią przytłoczona. A może wynikało to z coraz silniejszego poczucia niedostosowania? Wrażenia, że nie spełnia ich oczekiwań? Do diabła z jego oczekiwaniami.
W przypływie złości zbyt gwałtownie odkręcił kurek ze stylowym napisem "zimna" i odskoczył spod niespodziewanego strumienia chłodnej wody. Co za gówno, przebudzić się z ukochanego snu i wpaść w codzienne, poranne frustracje. To wpływ pogody, nie Marka i nie Susan. Nieustająca mżawka, która każdej zimy wisi ciężką chmurą nad San Francisco, wpędziłaby w depresję nawet najbardziej wytrwałych.

- …no więc, o czym Larry miał wam opowiadać?
Artiemu chodziło to po głowie od rana, ale właściwie nie zastanawiał się nad tym głębiej, dopóki Susan głośno nie postawiła pytania.
- Nie przyszedł. Tak swoją drogą, wszyscy żałowali, że i ciebie nie było.
Susan siedziała wygodnie oparta na krześle. Dłońmi obejmowała kubek z kawą, którą popijała małymi łyczkami.
- Jak to? Larry się nie pokazał? Dlaczego?
Artie poczuł się lekko zirytowany. Nie pytaniem Susan, lecz nieobecnością Larry'ego.
- Zabij mnie, a ci nie powiem. Dzwoniliśmy do niego, ale odpowiadała automatyczna sekretarka. Niewykluczone, że wezwano go na ostry dyżur do szpitala.
Susan dokończyła kawę, wstała i włożyła pusty kubek do zlewozmywaka. Artie patrzył na nią spod przymrużonych powiek. Bywały dni, gdy Susan była tylko gospodynią domową; kobietą po czterdziestce, tu i ówdzie przyprószoną siwym włosem, kosmetykami kryjącą zmarszczki i wymyślającą przeróżne diety. Ale nie tego ranka. Dziś miała na sobie zwykły, beżowy kombinezon, na twarzy dyskretny makijaż, a ułożone włosy nabrały czystej, jasnobrązowej barwy. Dziś wyglądała na trzydziestkę, tak około. Jak to się jej udało, do diabła? A może tylko jego oczy taką ją widziały? Była trochę przy kości - "puszysta", mówiła z uśmiechem - ale właściwie, o ile nie patrzył na nią krytycznym okiem, a rzadko to czynił, nigdy tego nie dostrzegał.
- Cathy powinna była być w domu, a przynajmniej któryś z chłopców.
- Pewnie poszli po zakupy. Boże Narodzenie już za pasem.
Wyglądało, jakby usprawiedliwiał Larry'ego, tymczasem prawda była taka, że po pierwsze trochę się o Larry'ego martwił, a po drugie potężnie na niego wściekał. Owszem, mogli go wezwać do szpitala. Ale wiedział, że mają spotkanie w Soriano i mógł zadzwonić. Powinien zadzwonić.
Mark sięgnął po kolejnego tosta i posmarował go dżemem truskawkowym.
- O czym miał opowiadać Larry?- spytał.
Ubrany był w szorty i bawełnianą koszulkę. Artie poczuł jednocześnie żal i dumę. Czuł się szczęśliwy z Susan i Markiem. Z Susan, bo była piękna i inteligentna, i miała dobrą posadę na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Stanowego w San Francisco, o czym mógł myśleć tylko z wdzięcznością: opieka nad Markiem była niezwykle kosztowna. Choć jej rodzice okazali się bardzo pomocni, dochody Susan, a nade wszystko jej znajomości, stały się bezcenne. To, że Mark dostał się do prywatnej szkoły dla niepełnosprawnych, zawdzięczał wyłącznie jej.
Ale był też szczęśliwy z Markiem. Mimo paraliżu chłopak był silny i zdrowy. Artie patrzył na niego przez chwilę. Z pewnym zdumieniem uświadomił sobie, jaki przystojny z niego mężczyzna. Przez lata dzieciaki widzi się przez zabrudzone ręce, siniaki, zadrapania, trądzik i pouczenia: "Prostuj plecy!", "Rusz się!", aż nagle któregoś dnia taki młokos staje się powodem do dumy: jasna, żywa twarz, korona ciemnych włosów i czarne brwi zbiegające się nad nosem. Uderzająca twarz o nieodpartej urodzie, nieco zmąconej (w poczuciu Artiego) starym kolczykiem w prawym uchu, który Susan podarowała mu w spadku po kimś z rodziny; "Co za styl", triumfował radośnie Mark. Powyżej bioder był znakomicie umięśniony, zresztą także jego nogi, choć bezwładne, nie straciły normalnego wyglądu. Jak na siedemnastolatka, robił wrażenie silnego i krępego chłopaka. Dzięki systematycznym ćwiczeniom nie pozwalał mięśniom zwiotczeć i, co warte odnotowania, ani razu nie upadł. Wnosząc zaś po liczbie telefonów, jakie odbierał każdego dnia, był chyba najpopularniejszą osobą w szkole.
- Co tak na mnie patrzysz? - Mark poprawił się w wózku nieco zakłopotany.
- Nic takiego… - skłamał szybko Artie.
- No więc o czym miał mówić Larry?
Mark spoglądał na niego wyczekująco szeroko otwartymi oczyma, co denerwowało Artiego. Mark go prowokował. Ostatnio często to robił, nieustannie wynajdywał odzywki na wszystko, co Artie robił lub mówił: mało subtelna wojna pokoleń, a może odpłacał mu za tę nieszczęsną, poranną wizytę bez pukania?
- Ileż razy wracałem ze spotkań i opowiadałem ci, a ty w ogóle nie słuchałeś. - Artie natychmiast pożałował tych słów; gdy sam był nastolatkiem, też nigdy nie słuchał, co mówił do niego ojciec. - Nie mam pojęcia, o czym zamierzał opowiadać Larry. Na tym polega sens spotkań naszego klubu. Każdy opowiada o najnowszych wydarzeniach w swoim życiu, w pracy, w zawodzie. Nikt z góry nie zna tematów. - Wrócił do smarowania tosta masłem i burknął: - Nałóż sobie płatków.
Mark, raczej bez entuzjazmu, napełnił talerz płatkami, zalał je mlekiem i rzucił na wierzch parę łyżek dżemu. Artie się uśmiechnął; w wieku Marka równie dobrze mogłoby to jeszcze być masło orzechowe. Zazwyczaj bunt młodzieży zaczyna się przy stole śniadaniowym. Kończy w łóżku. Czy raczej odwrotnie?
- Też mi klub. Dziwactwo.
- Nie aż takie wielkie. To współczesna wersja dziewiętnastowiecznych spotkań salonowych we Francji. Poza tym dzięki nim jestem stale dobrze poinformowany, a jak ci wiadomo - zniżył głos i wygłosił znany slogan stacji KXAM - "Informacja to moja specjalność".
Mark patrzył na niego sztywno, nieporuszony.
- Żartowałem, synu - westchnął ciężko Artie.
Przepaść między pokoleniami. Najpierw zaczęła się ujawniać w odmiennym poczuciu humoru. Mark uważał, że dowcipy Artiego są płytkie i ciężkie. Z kolei na dowcipy powodujące wybuch śmiechu Marka, Artie kręcił głową z dezaprobatą. Widać, każda generacja musi mieć własną muzykę, własne kino i własne dowcipy. Do licha, a kiedyż to wywoływał u niego salwy śmiechu Bob Hope, ulubiony aktor komediowy jego ojca? Albo Milton Berle? Czy w ogóle któryś z nich jeszcze żyje? Sam przepadał za filmami z Billem Murrayem i Chevym Chase'em; tymczasem Marka bawią Jim Carrey i Robin Williams.
- Muszę pędzić. - Susan nagle poderwała się znad stołu. - Ty też masz już niewiele czasu. - Nachyliła się do Marka i cmoknęła go w policzek.
Mark odwzajemnił buziaka.
- Pozdrów babcię i dziadka.
Artie poczuł bolesne ukłucie zazdrości. Matka i syn. Wydawało się, że łączy ich więcej niż jego z każdym z nich. W następnym wcieleniu musi się ożenić z kobietą, która ma także córkę. Bez dwóch zdań.
Odprowadził Susan do samochodu, objął ją czule w pasie, specjalnie mocno, i pocałował namiętnie, nim usiadła za kierownicą.
- Znowu ten sen? - zapytała z uśmiechem.
- Tak. Szkoda, że musisz wyjechać tak nagle.
- Ja też żałuję, ale mama nalegała, żebym zdążyła na kolację. Wpisałam ci do notesu jej nowy numer telefonu. Jeśli będziesz się musiał pilnie skontaktować.
- Zabrałaś prezenty?
- Są w bagażniku. Nie zapomnij zatelefonować do Larry'ego. Cathy wspominała, że może urządzą małe przyjęcie po świętach.
Znowu Larry. Już wyleciał mu z głowy.
- Zatelefonuję, gdy tylko wejdę do domu - zapewnił i objął się rękami. - Zimno jak diabli - mruknął.
- Dbaj o Marka. Wiem, że to nie najlepsza pora roku na wyjazdy, ale ojciec… - Nagle dziwnie poważnie dodała: - Bardzo wiele dla mnie znaczysz, Artie.
Zadrżał, może trochę wzruszył ramionami.
- Też cię kocham. Uważaj na drodze. W niektórych miejscach tiulowa mgiełka potrafi się zamienić w nieprzeniknione mleko.
Wrzuciła bieg. Artie przyglądał się, jak stare, zielone volvo zjeżdża powoli Noe Street, w kierunku Market Street i wjazdu na autostradę. To nie był dobry dzień na jakikolwiek wyjazd. Mżawka, mgła i przejmujący chłód i, co najgorsze, nastrój; miasto utraciło czar, jaki zwykle zyskiwało podczas zimna, mgły i deszczu. Od lat San Francisco jest niczym Bagdad. Brudne, zapuszczone, zaniedbane, starte na obcasach - niczym podstarzała paniusia, która z pewnością pamiętała lepsze dni. Znakiem czasu były graffiti wymalowane na podgniłych, drewnianych ścianach, armie żebrzących bezdomnych, podsuwających proszące dłonie pod sam nos i tłusta, stara baba, którą widział wczoraj, sikająca prosto do ulicznego kanału.
Świat schodzi na psy. Już jego ojciec tak mawiał. Od tygodni nie potrafił wyzbyć się tych słów, nieustannie chodziły mu po głowie. Przerażające było to, że tamte dni sprzed trzydziestu lat miały prawdopodobnie być tymi "dobrymi, starymi czasami". Powinni byli przenieść się do Seattle albo Portland. Albo do Tucson w Arizonie, gdzie słońce świeci przez całą zimę, tak się przynajmniej mówi.
Na dole wzniesienia volvo skręciło w prawo i wmieszało się w gęsty ruch Market Street. Przez chwilę odprowadzał wzrokiem auta, patrząc w punkt, w którym zniknął zielony samochód, z dojmującym poczuciem tęsknoty i żalu. Gdy Susan mówiła, że bardzo wiele dla niej znaczy, wiedział, że jej uczucia sięgają głębiej niż słowa. Ale kiedy mówiła mu, że go kocha? W ogóle mu to kiedyś powiedziała? Pewnie tak, tyle że nie pamiętał kiedy. Zawsze uważał, że Susan jest dla niego odrobinę za dobra, i gdzieś podskórnie tliła się w nim obawa, że pewnego dnia sama to zauważy. Potrzebował wsparcia, wiary w siebie, ale Susan nigdy mu tego nie ofiarowała. Oczywiście, trudno ją o to obwiniać - nigdy nie dał nic po sobie poznać. Poza tym czuł się winny; to uczucie często mu towarzyszyło, gdy myślał o Susan. Może nie była święta, ale, przynajmniej w jego mniemaniu, nie miał prawa narzekać. Poznanie jej w klubie było najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się przytrafić. Życie niektórych mężczyzn zaczyna się i kończy w pracy. Dla niego praca była ważna, ale przede wszystkim liczyła się rodzina. Za Marka i Susan oddałby życie. Ale nie są to sprawy, o których mówi się głośno, i nigdy nie był pewien, czy się tego domyślają.
Przebiegł go dreszcz zimna, odwrócił się i ruszył do domu. Nagle zatrzymał się w napięciu, wytężając wszystkie zmysły. Słyszał skrzypienie drzew na wietrze. Pod bamboszami czuł nierówny, szorstki beton ścieżki. Docierała do niego nawet słaba woń piżma z miejsc, gdzie kot znaczył swoje terytorium.
Nie zwracał uwagi na zimne podmuchy wiatru podwiewające mu koszulę ani na smagające go po twarzy lodowate krople deszczu. Odwrócił się. Popatrzył na zaparkowane na ulicy samochody i gęste krzewy przed frontem domu.
Dziwne uczucie. Jakby ktoś go obserwował z ukrycia.
Ale w pobliżu nie zobaczył nikogo. Nikt nie siedział na krawężniku ani w żadnym z samochodów. Nikt nie schylał się po poranną gazetę, rzuconą jak zwykle gdzieś między krzaki. Nikt też nie podpatrywał go zza wpółzasuniętych żaluzji sąsiednich domów, a przynajmniej nikogo nie udało mu się dostrzec.
Przejął go chłodny dreszcz. Zaszczękał z zimna zębami i podreptał szybkim krokiem do domu.
Mark już się ubrał i spakował do szkoły. Czekał na szkolną furgonetkę, która rozwoziła na lekcje niepełnosprawne dzieci. Jedna ze znajomych Susan poleciła im Akademię Bayview. Jak się okazało, była to nader trafna wskazówka.
- Ostatnie dni przed przerwą świąteczną. Sport?
- Tak. Mamy nie będzie przez trzy dni?
- Może więcej. Dziadek nie czuje się najlepiej. Być może zechce zostać przy nim trochę dłużej.
- Będzie więc sporo okazji, żeby ci włoić w szachy.
Mark uśmiechnął się szelmowsko, przypominając tym samym Artiemu, że wygrał dwanaście ostatnich partii. Z drugiej strony była to afirmacja więzi między synem a ojcem, co Artiego cieszyło.
Kiedy rozległo się głośne trąbienie klaksonu, Mark otworzył drzwi i zjechał wózkiem na chodnik przy ulicy. Artie przyglądał się z okna, jak chłopak manewruje wózkiem, wjeżdża na windę i zostaje wciągnięty do busika. Moja wina, pomyślał Artie. Gdybym ja prowadził, może by do tego nie doszło. Ale tak wciągnął go któryś tam odcinek Cheers, że Susan zaofiarowała się przywieźć Marka z meczu koszykówki.
Kiedy popijał drugą filiżankę kawy, przypomniał sobie o Larrym. Zatelefonował do jego biura.
- Niestety, nie ma jeszcze pana Shei. Czy mam mu coś przekazać?
Kiedy zadzwonił do domu Larry'ego, odezwała się tylko automatyczna sekretarka.
Nikt nie podniósł słuchawki.