Zapomniana wyspa

  • 83-7298-248-1
  • Autor: O'Brian, Patrick
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 29,90 zł
  • Niedostępny

NAKŁAD WYCZERPANY. BRAK MOŻLIWOŚCI ZAKUPU KSIĄŻKI.

 

 

Mając za zadanie uratować gubernatora Bligha przed ponurą sławą "Bounty", kapitan Jack Aubrey i doktor Stephen Maturin ruszają do Australii na pokładzie "Leoparda", okrętu z ładowniami pełnymi skazańców. Wśród nich czai się uroczy, lecz niebezpieczny szpieg oraz zdradziecka choroba, gotowa zdziesiątkować załogę.
We współczesnej prozie brakuje wizji, w których groza i majestat morza zostałyby przedstawione z większą dramaturgią aniżeli w tej opowieści o emocjonującej gonitwie wśród antarktycznych sztormów, w trakcie której okręt Jacka, z brakami w załodze i uzbrojeniu, nie jest myśliwym, ale zwierzyną...
W przeciwieństwie do większości marynistów, Patrick O'Brian do perfekcji opanował żart słowny, a życie wewnętrzne bohaterów kreśli równie umiejętnie jak ich przygody. W Zapomnianej wyspie na końcu świata mamy: ciekawą historię i dbałość o realia, wątek szpiegowski i romantyczny, epidemię, katastrofę i morskie boje, które choćby ze względu na moc czającą się w warstwie słownej nie mają równych w literaturze marynistycznej.

Rok wydania: 2004
Stron: 404
Format: 125/190
Oprawa: broszura
Pakowanie: 12
Tłumacz: Marcin Mortka

Fragment tekstu:


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Spośród wszystkich pomieszczeń domu Ashgrove najradośniejszym pokojem był salonik jadalny. Budowniczowie nowego skrzydła pozostawili po sobie zwały piasku i stosy niegaszonego wapna, a wilgotne ściany nowych pomieszczeń wciąż pachniały tynkiem, lecz do saloniku wpadało mnóstwo promieni słonecznych, które odbijały się od srebrnych nakryć na stole i rozjaśniały twarz Sophie Aubrey, czekającej na swego męża. Jej przemiła, śliczna twarzyczka, z której powoli znikały ślady, pozostawione przez wcześniejsze ubóstwo, wyglądała jednak na odrobinę zaniepokojoną. Była wszak żoną żeglarza i wiedziała, że admiralicja w całej swej dobroci podarowała już jej i tak zaskakująco dużo czasu u boku męża. W zamian za swe zasługi na Oceanie Indyjskim Jack otrzymał bowiem zwierzchnictwo nad lokalnym oddziałem Sea-Fencibles*, ale Sophie czuła, że ów okres powoli zbliża się ku końcowi.
Gdy do uszu Sophie dobiegł odgłos kroków Jacka, jej niepokój ustąpił miejsca radości. Drzwi naraz stanęły otworem i słońce padło na kapitana Aubreya, na jego promieniejące, rumiane oblicze z jasnymi, niebieskimi oczyma. Sophie wystarczył jeden rzut oka, by wiedzieć z całą pewnością, że jej mąż dopiął swego i kupił konia, który mu się spodobał - równie dobrze mógł mieć to wypisane na czole.
- Jesteś, kochanie! - wykrzyknął, całując ją na powitanie i opadając na szerokie krzesło z oparciami. Mebel zaskrzypiał pod jego ciężarem.
- Kapitanie Aubrey - odezwała się Sophie. - Obawiam się, że bekon całkiem już wystygł.
- Najpierw poproszę o filiżankę kawy - odparł. - Potem bekon, w każdej ilości. Na Boga, Sophie! - zawołał, unosząc pokrywki wolną ręką. - Przecież to istny raj dla żeglarza! Jajka, bekon, kotlety, wędzone śledzie, cynaderki… Jak ząb?
Pytanie dotyczyło ich syna, George'a, którego płacz od jakiegoś czasu nie pozwalał domownikom spokojnie spać.
- Już po wszystkim! - wykrzyknęła Sophie. - Wyrżnął się w nocy i George jest spokojniutki niczym baranek, słodkie maleństwo. Obejrzysz go po śniadaniu, Jack.
Jack roześmiał się radośnie, lecz po chwili podjął rozmowę już poważniejszym tonem:
- Podjechałem rano do Horridge'a, by zagonić ich do pracy. Samego Horridge'a nie było, ale jego majster powiedział, że nie wybierają się do nas w tym miesiącu. Wapno ponoć nie jest jeszcze porządnie ugaszone, a nawet gdyby było, i tak nie ruszą, bo ich stolarz zachorował. Nie dostarczono też do tej pory rur.
- Co za bzdura! - powiedziała Sophie. - Mama przejeżdżała wczoraj obok domu admirała Hare'a i widziała, jak kładli rury! Porozmawiałaby pewnie z Horridge'em, ale ten schował się za drzewem. Murarze to banda dziwaków bez krzty poczucia obowiązku. Zapewne czujesz się zawiedziony, nieprawdaż, najdroższy?
- Cóż, wyprowadziło mnie to trochę z równowagi, muszę przyznać, tym bardziej że załatwiałem wszystko o pustym żołądku. Jednakże, skoro już tam byłem, wstąpiłem do Carrolla i kupiłem tę młodą klacz. Wytargowałem czterdzieści gwinei, co już jest znaczną oszczędnością, a przecież będziemy mieć z niej źrebaki. Będzie trenować z Obojem i Whiskers i wyciśnie z nich, co najlepsze, a potem postawię na Oboja pięćdziesiąt do jednego w wyścigach Worral Stakes.
- Nie mogę się doczekać, aż ją ujrzę - powiedziała Sophie, ale w sercu poczuła lęk. Nie przepadała za końmi, tolerując tylko te najłagodniejsze, a największą niechęcią obdarzała właśnie konie wyścigowe - od Łysego Kołka, przez Huragana, na arabie Darleyu kończąc. Nie lubiła ich z wielu powodów, ale w ukrywaniu uczuć była znacznie lepsza od męża.
- Dotrze tu dzisiejszego popołudnia - ciągnął pełen zapału, uszczęśliwiony Jack. - Jedyne, co mnie martwi, to nowa podłoga w stajni. Gdyby było tam słońce i rześki wiatr północno-zachodni, szybko by wyschła. Nie ma nic gorszego dla końskich kopyt niż wilgotne podłoże. Jak się dziś rano czuje mama?
- Wygląda na to, że wszystko w porządku, dziękuję - padła odpowiedź. - Pozostał jej lekki ból głowy, ale zjadła kilka jajek i miskę kleiku. Niebawem zejdzie na dół z dziećmi. Wizyta lekarza bardzo ją ekscytuje i ubrała się dziś wcześniej niż zwykle.
- Ciekawe, co zatrzymało Bondena - powiedział Jack, zerkając na swój zegar rufowy.
- Może znowu zleciał z konia?
- Ma Killicka do pomocy! Nie, nie, stawiam dziesięć do jednego, że siedzą sobie przy piwku pod "Brunatnym Niedźwiedziem" i rozprawiają o tym, jakimi są wspaniałymi jeźdźcami, przeklęte obiboki!
Bonden był sternikiem łodzi, a Killick stewardem kapitana Aubreya i obaj, kiedy tylko było to możliwe, przenosili się wraz z nim na jego nowe okręty. Obaj byli urodzonymi marynarzami (zarówno w przenośni, jak i dosłownie, gdyż Bonden przyszedł na świat między działami na dolnym pokładzie "Indefatigable") i podczas służby na okręcie wojennym sprawdzali się znakomicie, ale porządnie jeździć konno nie umiał żaden z nich. Przyzwoitość i dobre maniery wymagały jednak, by poczta do zwierzchnika Sea-Fencibles dostarczana była przez konnych posłańców. Tak więc Bonden i Killick codziennie przemierzali Downs na grzbiecie mocnego, przysadzistego kuca, zasiadając bezpiecznie blisko ziemi.
Nie było to jedyne mocne, przysadziste stworzenie w Ashgrove - oto bowiem do pokoju weszła pani Williams, teściowa kapitana Aubreya, a za nią w drzwiach pojawiła się niania z niemowlęciem oraz jednonogi marynarz, prowadzący dwie małe dziewczynki. Większość służby w Ashgrove pochodziła z marynarki, głównie ze względu na to, że niewiele dziewczyn służebnych było w stanie znieść pieklącą się panią Williams. Na marynarzach zaś, przyzwyczajonych do wrzeszczących bosmanów i ich pomocników, obelgi pani Willimas nie robiły wrażenia. Byli też mężczyznami, przez co wyzwiska starszej pani traciły na jadowitości, a że utrzymywali wzorowy porządek niczym na jachcie królewskim, nierzadko nie miała ona nawet powodu do strofowania. Być może nie każdemu gościowi przypadały do gustu równo uformowane grządki w ogrodzie czy pomalowane na biało kamienie, wytyczające ścieżki, ale lśniące czystością podłogi, szorowane piaskiem, cegiełkowane i suszone przed każdym wschodem słońca, błyszczące kotły w nieskazitelnie czystej kuchni, wypucowane szyby czy wciąż odnawiana warstwa farby budziły zachwyt każdego właściciela domu.
- Dzień dobry pani! - Jack powstał. - Ufam, iż widzę panią w dobrym zdrowiu.
- Dzień dobry, komodorze… To znaczy, kapitanie. Wie pan, że narzekanie nie leży w mojej naturze. Mam tu jednakże listę - zamachała kartką papieru z wypisanymi znalezionymi u siebie symptomami - która wprawi moich lekarzy w osłupienie. Ciekawe, czy fryzjer dotrze tu przed nimi… Nie o mnie powinniśmy jednak rozmawiać, komodorze, to znaczy kapitanie - oto pański syn. Wyrżnął mu się pierwszy ząb.
Pani Williams podprowadziła nianię, trzymając ją za łokieć, i naraz Jack wejrzał w malutką, różową, wesołą buzię swego synka, okoloną gęstymi, jedwabistymi włoskami. Mały uśmiechnął się, zachichotał i odsłonił ząbek. Jack wetknął palec pod kocyk i powiedział:
- I jak się miewasz, co? Dobrze? Pewnie, że dobrze, ha, ha, ha!
Dziecko naraz zmieniło wyraz twarzy na przestraszony, a nawet oszołomiony. Niania cofnęła się.
- Jak pan może tak głośno wykrzykiwać przy dziecku, kapitanie! - ofuknęła go pani Williams, patrząc nań z oburzeniem.
- Już dobrze, dobrze, moje maleństwo. - Sophie wzięła dziecko na ręce i przytuliła je, szepcząc mu do ucha.
Kobiety zgromadziły się wokół George'a, rozprawiając o czułym słuchu małych dzieci, a zwłaszcza chłopców, i o tym, jak to huk pioruna może wpędzić dziecko w nerwicę.
Przez chwilę Jack czuł ukłucie niecnej zazdrości na widok kobiet, a zwłaszcza Sophie, zalewających dziecko bezmyślną, nadopiekuńczą miłością. Nie miał jednak czasu, by pogrążyć się we wstydzie. "Za długo wszystko kręciło się wokół mnie" - pomyślał tylko, kiedy Amos Dray, poprzednio pomocnik bosmana na HMS "Surprise", przed utratą nogi należący do najsumienniej wykonujących karę chłosty w całej flocie, osłonił usta dłonią i niskim, grzmiącym głosem wyszeptał:
- Równać do linii, słoneczka.
Dwie malutkie bliźniaczki z pucołowatymi buźkami, ubrane w czyste fartuszki, podeszły do określonego miejsca na dywanie, zatrzymały się niczym na paradzie i zgodnym, piskliwym chórem krzyknęły:
- Dzień dobry, sir!
- Dzień dobry, Charlotte, dzień dobry, Fanny - odrzekł ojciec, pochylając się, by je ucałować. Skłonił się przy tym tak nisko, że aż bryczesy zatrzeszczały. - Fanny, masz guza na czole.
- Ja nie jestem Fanny! - nachmurzyła się dziewczynka. - Jestem Charlotte.
- Ale masz na sobie niebieski fartuszek!
- Bo Fanny nałożyła mój i walnęła mnie pantofelkiem, ta… wiedźma! - W głosie Charlotte znać było ledwie hamowaną wściekłość.
Jack zerknął z obawą na panią Williams i Sophie, lecz te wciąż gruchały nad George'em, a niemalże w tej samej chwili wszedł Bonden, stawiając pod ścianą skórzaną torbę z mosiężną tabliczką, na której wygrawerowano napis "Ashgrove". W torbie znajdowała się poczta. Dzieci wraz z babcią i służbą opuszczały właśnie pokój i Bonden przeprosił za spóźnienie.
- To dzień targowy, sir. Konie, bydło i takie tam…
- Zatłoczone drogi, prawda?
- Jak mało kiedy, sir. Ale znalazłem pana Meiklejohna i powiedziałem mu, że nie będzie pana w biurze w sobotę.
Bonden zawahał się przy tych słowach. Jack spojrzał na niego badawczo.
- Tak naprawdę, sir - ciągnął Bonden - to Killick dokonał zakupu. Całkiem legalnego zakupu, sir! No i chciał, żeby pan pierwszy się o tym dowiedział, wasza miłość.
- Tak? - spytał Jack, rozwiązując torbę. - Kucyka pewnie kupił, co? No, gratuluję i mam nadzieję, że będzie dobrze służył. Może go zostawić w starej oborze.
- To nie całkiem kucyk, choć też trzeba prowadzić go na postronku. Jego "zakup" ma dwie nogi i spódnicę, sir, że tak powiem. Killick żonę sobie kupił, sir.
- Na miłość boską! - wykrzyknął zaskoczony Jack. - Na co Killickowi żona?
- Cóż, sir - powiedział Bonden, rumieniąc się i odwracając spojrzenie od Sophie. - Tak naprawdę to nie wiem po co, ale w każdym razie kupił ją i to legalnie. Wygląda na to, że nie do końca zgadzała się z mężem, a ten wziął ją na postronek i przywlókł na targ. No i Killick ją kupił. Legalnie i na pniu, jak się należy. Przy świadkach przybili, sir. A były jeszcze dwie inne do wyboru.
- Przecież nie można tak po prostu sprzedać żony! - wykrzyknęła Sophie. - Nie można traktować kobiet jak bydło! Jack, to zupełne barbarzyństwo!
- Brzmi to odrobinę dziwnie, ale to tradycja, moja droga, bardzo stara tradycja.
- Ufam, iż nigdy nie będziesz aprobował czegoś tak niegodziwego!
- Cóż, wolałbym nie występować przeciwko tradycji ani prawu zwyczajowemu, chyba że będę miał wyraźne opory. Czym byłaby nasza marynarka, gdybyśmy nie przestrzegali panujących w niej zwyczajów? Niech wejdzie.
- Cóż, Killick - odezwał się, kiedy stanęła przed nimi para: steward, osobliwie onieśmielony barczysty brzydal w średnim wieku, i jego wybranka, ładniutka czarnooka młoda kobieta, potencjalny obiekt zachwytu każdego marynarza. - Cóż… Ufam, iż swej decyzji o ożenku nie podjąłeś pochopnie i bez odpowiednich przemyśleń? Małżeństwo to doprawdy poważna sprawa.
- Tak, sir. Przemyślał żem to. Bez mała z dwadzieścia minut żem myślał. Były trzy do wyboru, a ta tutaj - zerknął z aprobatą na swój zakup - była najładniejsza.
- Ale, Killick, teraz mi się przypomniało, że miałeś już jedną żonę, w Mahon. Prała moje koszule. Nie wolno ci popełnić bigamii, dobrze o tym wiesz - to byłoby przeciw prawu. Z całą pewnością miałeś żonę w Mahon.
- Tak naprawdę to dwie, sir, tę drugą w Wapping Dock, ale to były takie nieoficjalne żony. Luźne związki, wie pan. Żadnej nie kupiłem legalnie, nie było świadków ani postronka, sam pan rozumie.
- Cóż - powiedział Jack. - Podejrzewam zatem, że naprawdę chcesz się z nią pobrać. Będziesz jednak musiał pokłonić się pastorowi. Marsz do probostwa!
- Tak jest, sir! - odparł Killick. - Do probostwa!
- Na Boga, Sophie - westchnął Jack, gdy ponownie pozostali sami. - To ci dopiero zamieszanie… - Otworzył torbę. - Jeden list od admiralicji, drugi od Rady do spraw Chorych i Rannych Marynarzy i jeszcze jeden do mnie. Prawdopodobnie od Charlesa Yorke'a. Tak, to od niego. To jego pieczęć. Pozostałe dwa są dla Stephena - zaopiekujesz się nimi?
- Wolałabym wpierw zaopiekować się samym Stephenem. Biedaczek. - Sophie zerknęła na pocztę. - To znowu listy od Diany.
Położyła je na stoliczku, tam, gdzie już leżał list, zaadresowany "Wielce Szacowny lekarz medycyny Stephen Maturin" tym samym śmiałym, zdecydowanym charakterem pisma. Przez chwilę patrzyła na wszystkie trzy w milczeniu.
Diana Villiers była kuzynką Sophie, kobietą odrobinę od niej młodszą i zdecydowanie bardziej śmiałą. Była pięknością o ciemnoniebieskich oczach i czarnych włosach. Mężczyźni poświęcali jej znacznie więcej uwagi niż obecnej pani Aubrey. Dawno temu, przed ich ślubem, Jack i Stephen byli gotowi wskoczyć w ogień, by tylko zdobyć względy Diany, wskutek czego Jack o mało co nie zrujnował swej kariery i szans na małżeństwo. Stephen zaś, gdy jakiś czas później był już pewien, że pobierze się z Dianą, został okrutnie skrzywdzony jej niespodziewanym wyjazdem do Ameryki pod opieką niejakiego pana Johnsona. Bolesny zawód sprawił, że Stephen niemal stracił chęć do życia. Rozum podpowiadał mu co prawda, że kobieta o jej pozycji, urodzie, dumie i ambicji nie mogłaby dzielić życia z nieślubnym synem pewnej katalońskiej damy oraz irlandzkiego oficera na służbie Jego Katolickiej Mości. Stephen był przecież zwykłym człowiekiem, którego widoczny status ograniczał się jedynie do pozycji lekarza okrętowego, lecz swe serce oddał Dianie bez reszty. Serce zaś szybko podporządkowało sobie również umysł, co Stephena miało później wiele kosztować.
- Zanim usłyszeliśmy, że Diana przybyła do Anglii, wiedziałam, że znów coś go trapi. Biedny Stephen! - powiedziała Sophie. Już chciała dorzucić kilka dowodów na poparcie swej tezy, jak choćby to, że Stephen nabył nową perukę, nowe płaszcze i coś około tuzina batystowych koszul, ale się powstrzymała. Mało który brat doświadczył takiej miłości, jaką ona darzyła Stephena, i nie mogła pozwolić sobie na słowa, które mogłyby go ośmieszyć. - Jack, dlaczego nie znajdziesz mu jakiegoś porządnego służącego? Killick nawet gdyby złożyła go najgorsza z niemocy, na pewno nie pozwoliłby ci wyjść z domu w koszuli nie pranej od dwóch tygodni, dziwacznych rajstopach i tym okropnym starym płaszczu! Dlaczego Stephen nigdy nie znalazł dla siebie uczciwego, odpowiedzialnego sługi?
Jack doskonale znał powody, dla których Stephen nigdy nie zatrudnił na stałe służącego, który mógłby przywyknąć do jego ekscentryczności i pomagać mu na każdym kroku - jeśli doktor Maturin przyjmował ludzi do posługi, najchętniej wybierał niepiśmiennych żołnierzy piechoty morskiej, chłopców okrętowych lub półgłówków z podwachty bezanu. Był on bowiem jednym z najbardziej cenionych agentów wywiadu admiralicji i jego życie, życie wielu jego agentów na ogromnym, kontrolowanym przez Bonapartego obszarze, a także sukces wykonywanych przez niego misji zależały tylko i wyłącznie od zachowania tajemnicy. Jack uświadomił sobie to wszystko w trakcie ich wspólnej służby, lecz nie miał zamiaru dzielić się tą informacją z nikim, nawet z Sophie.
- Cóż, Sophie - odparł wymijająco. - Stephen nie chce tego i już. Dobrze wiesz, że wystarczy nieco wytężonej pracy, by stado najgłupszych, najbardziej upartych mułów zmieniło swe przyzwyczajenia, ale nie istnieje na świecie siła, zdolna odmienić styl życia Stephena.
- Diana potrafiłaby to zrobić - odparła Sophie. - Wystarczy, że machnęłaby wachlarzem.
Jej twarz nie była stworzona do wyrażania złości, lecz teraz pojawił się na niej odcień wyraźnego rozdrażnienia. Była oburzona na Stephena i niezadowolona z powodu jego odnawiającego się problemu, czuła też dezaprobatę wobec Diany, a nawet zazdrość - ów szczególny rodzaj zazdrości kobiet, których umysłem libido rządziło w stopniu nieznacznym, względem tych, u których było wprost przeciwnie. Jej negatywne emocje poskramiała jednak wrodzona niechęć do formułowania nieuprzejmych słów, a nawet myśli, i Sophie nie dodała już ani słowa.
- Pewnie by potrafiła - powiedział Jack. - A gdyby mogła go w ten sposób uszczęśliwić, błogosławiłbym dzień, w którym by to się stało. Kiedyś myślałem, że trzymanie ich z dala od siebie jest słusznym pomysłem, a także moim obowiązkiem jako jego przyjaciela - ciągnął, patrząc przez okno. - Byłem wtedy przekonany, że Diana jest zła do szpiku kości, że jest córką diabła i narzędziem zniszczenia. Bałem się, że doprowadzi Stephena do marnego końca. Teraz już jednak nie jestem pewien niczego. To zbyt delikatne sprawy, by człowiek mógł się w nie mieszać, ale z drugiej strony, kiedy widzi się przyjaciela, który z zawiązanymi oczami maszeruje w kierunku przepaści… Rozum mi podpowiadał, że działałem w dobrej wierze. Być może jednak nie był to najlepszy pomysł, jaki przyszedł mi do głowy.
- Jestem pewna, że słusznie czyniłeś. - Sophie pocieszająco dotknęła jego ramienia. - W końcu przecież Diana okazała się… Cóż, okazała się… No, jak to ująć…? Kobietą frywolną.
- Cóż, jeśli o to chodzi, to im starszy się robię, tym mniej myślę o takich wybrykach. Ludzie różnią się przecież pod tym względem, a to samo tyczy kobiet. Istnieją kobiety traktujące te sprawy równie swobodnie jak mężczyźni, kobiety, dla których pójście z mężczyzną do łóżka oznacza niewiele. Nie mają wielkich skrupułów, by to uczynić, a sam akt nie czyni z nich dziwek. Wybacz, najdroższa, że używam przy tobie takich słów.
- Czy uważasz zatem - zapytała Sophie, nie zwracając uwagi na ostatnią uwagę swego męża - że istnieją ludzie, dla których złamanie któregoś z przykazań jest błahostką?
- Wygląda na to, że zaczynam poruszać się po cienkim lodzie - odparł Jack. - Mam na myśli to, że… Cóż, dobrze wiem, o co mi chodzi, ale ujmowanie myśli w słowa nie jest moją mocną stroną. Stephen umiałby to znacznie lepiej wytłumaczyć.
- Mam nadzieję, że ani Stephen, ani ktokolwiek inny nigdy nie zdoła mi wytłumaczyć, że łamanie więzów małżeńskich jest błahostką!
W tym momencie pośród pozostawionego przez budowniczych pobojowiska pojawiło się osobliwie wyglądające zwierzę. Było to niskie, szarawe stworzenie, które mogłoby być osłem, gdyby miało uszy. Na swym grzbiecie dźwigało małego mężczyznę i wielkie, kwadratowe pudło.
- Oto fryzjer! - wykrzyknął Jack. - Choler… Okropnie się spóźnił! Wygląda na to, że twoja matka zostanie ufryzowana dopiero po wizycie lekarskiej. Doktorzy mają tu być za dziesięć minut, a przecież według sir Jamesa można zegarek regulować.
- Nawet pożar w domu nie nakłoniłby matki do pojawienia się wśród ludzi bez odpowiedniej fryzury - odparła Sophie. - W tym czasie pokażesz im nasz ogród, a poza tym trzeba będzie poczekać na Stephena, który i tak się spóźni.
- Mogłaby przecież włożyć czepiec.
- Oczywiście, że włoży czepiec. - Sophie spojrzała na męża z politowaniem. - Miałaby przyjmować wizytę obcych dżentelmenów bez nakrycia głowy? To przecież nie do pomyślenia. Włosy jednak tak czy owak muszą być ułożone - pod czepcem.
Konsultacja w domu Ashgrove, w której mieli wziąć udział doktor James i doktor Maturin, dotyczyła stanu zdrowia pani Williams. Matkę Sophie poddano wcześniej operacji usunięcia niewielkiego guza, którą przyjęła z hartem ducha zaskakującym nawet dla Stephena, a on przecież nawykł do towarzystwa twardych, nie mających w zwyczaju narzekać marynarzy. Wkrótce po operacji panią Williams ogarnęła depresja i znacznie podupadła na duchu. Sophie i Jack mieli nadzieję, że wizyta tak znamienitych lekarzy nakłoni ją do skorzystania z leczniczych źródeł w Bath, Matlock Wells czy nawet dalej na północy.
Wkrótce przed domem Ashgrove zatrzymał się powóz doktora Lettsome'a, z którego wysiadł on sam oraz sir James. Obaj medycy zdecydowanie nie mieli ochoty na proponowany przez kapitana Aubreya spacer po ogrodzie, tak więc Jack, odciągnięty na stronę przybyciem jego klaczy wraz z koniuchem, pozostawił ich przy karafce wina.
Doktorzy wcześniej uważnie przyjrzeli się nowym skrzydłom domu Ashgrove, podwójnej powozowni, długiej ścianie stajni i stojącej w pewnej odległości wieży, zwieńczonej błyszczącą kopułą obserwatorium astronomicznego. Teraz ich badawcze spojrzenia przesuwały się po ścianach saloniku śniadaniowego, taksując ewidentny zbytek - przede wszystkim nowe, ciężkie meble oraz obrazy okrętów i bitew morskich autorstwa Pococka i innych wybitnych malarzy. Wśród płócien znajdował się portret samego kapitana Aubreya, wykonany przez Beecheya - Jack został uwieczniony w mundurze galowym kapitana mianowanego, z czerwoną wstęgą Orderu Łaźni opasującą szeroką pierś. Doktorzy z rozbawieniem zwrócili również uwagę na wybuchający pocisk moździerzowy, ozdobiony herbem Aubreya wraz z udostojnieniem w postaci dwóch głów Maurów. Powodem udostojnienia herbu były ostatnie zwycięstwa Jacka na Oceanie Indyjskim, w efekcie czego korona brytyjska wzbogaciła się o Mauritius i La Réunion. Eksperci z Akademii Heraldycznej mieli jednak dość mgliste pojęcie na temat nowych nabytków terytorialnych Anglii, tak więc głowy Maurów nie wzbudziły ich zastrzeżeń. Medycy rozglądali się, popijając wino łyczkami, i z widoczną satysfakcją szacowali swoje przyszłe honoraria.
- Drogi kolego, proszę pozwolić, bym nalał panu jeszcze szklaneczkę - powiedział sir James.
- Jest pan nader uprzejmy - powiedział doktor Lettsome. - To doprawdy znakomita madera. Wygląda na to, iż kapitanowi dopisało szczęście w pryzowym, nieprawdaż?
- Słyszałem, że odbił z rąk wroga dwa albo trzy statki Kompanii Indyjskiej przy La Réunion.
- Gdzie jest La Réunion?
- To ta wyspa, którą kiedyś zwano Ile Bourbon. Przy Mauritiusie, wie pan.
- Och! Doprawdy? - skwitował doktor Lettsome, po czym obaj przeszli do tematu pacjentki. Ich rozmowa dotyczyła krzepiących właściwości żelaza, zadziwiających skutków ubocznych podawanej w dużych dawkach kolchicyny, bezużyteczności waleriany oraz wpływu ciąży na te oraz większość innych przypadków. Obaj zgadzali się co do skuteczności przykładanych powyżej ucha pijawek i omówili oddziaływanie środków uśmierzających na śledzionę. Rozmawiali również o sposobie zbijania temperatury poprzez wypicie przez pacjenta pół litra wody na pusty żołądek, o zastosowaniu główek maku w usypianiu chorych oraz o połączeniu ścisłej diety ze środkami przeczyszczającymi. Doktor Lettsome wspomniał również swe sukcesy przy zastosowaniu opium w podobnych przypadkach.
- Opium sprawi, że największa nawet megiera rozkwitnie niczym róża - stwierdził, zadowolony z użytego sformułowania. - Rozkwitnie niczym róża - powtórzył głośniej i wyraźniej.
- Pewnie ma pan rację, jeśli chodzi o użycie sporadyczne - sir James zachmurzył się. - Kiedy jednak pomyślę o niebezpieczeństwie nadużycia i następnie uzależnienia, przez co pacjent staje się niewolnikiem owej substancji, przychodzi mi do głowy, że najlepszym miejscem dla główek maku jest jednak łąka. Znam pewnego bardzo zdolnego człowieka, który nadużywał opium w formie laudanum. Jego dzienne dawki rzadko były mniejsze niż osiemnaście tysięcy kropel - to połowa takiej karafki. Wyrwał się z nałogu, ale ostatni kryzys w jego życiu prywatnym sprawił, że znów do niego powrócił. Jak dotąd nie doprowadził się jeszcze do odurzenia narkotykiem, ale mam informacje z wiarygodnego źródła, że trzeźwym również nazwać go nie można. Doszło do tego, że przez dwa tygodnie… Och, doktorze Maturin, jak się pan miewa? - wykrzyknął, widząc otwierane drzwi. - Zna pan naszego kolegę Lettsome'a, jak przypuszczam?
- Sługa uniżony, panowie - powiedział Stephen. - Mam nadzieję, że nie czekaliście na mnie zbyt długo?
- Ależ skąd! - padła odpowiedź. - Nasza pacjentka nie jest jeszcze gotowa. Czy skusi się pan na szklaneczkę wspaniałej madery?
- Owszem - odparł Maturin. - Ceny zwłok poszły mocno w górę - powiedział, popijając wino. - Jestem zaskoczony! Targowałem się o jedne dziś rano, a ci wieśniacy mieli czelność zażądać czterech gwinei! Londyńskiej ceny za zwykłe, prowincjonalne zwłoki! Próbowałem im wytłumaczyć, że ich chciwość hamuje rozwój nauki, ale na próżno. Musiałem zapłacić tyle, ile chcieli!
Był jednak zadowolony z zakupu - nabył świeże zwłoki kobiece z intrygującym przypadkiem pseudozwapnienia rozcięgna dłoniowego, co rzadko dotąd widywał
- Właściwie jestem zainteresowany jedynie dłońmi - stwierdził na zakończenie. - Czy któryś z panów chciałby może zabrać jakiś organ?
- Będę panu wdzięczny za świeżą, zdrową wątrobę, którą będę mógł pokazać moim studentom - powiedział sir James. - Przewiozę ją w bagażniku powozu.
Z tymi słowami wstał, gdyż znów otwarły się drzwi i do pokoju weszła pani Williams, otoczona zapachem przypalonych włosów.
Konsultacje lekarskie potoczyły się zwykłym, nużącym rytmem i Stephen, pozostający nieco na uboczu, widział, że poważni, dokładnie badający swą pacjentkę medycy w istocie zasługiwali na swoje wynagrodzenie, jakkolwiek wygórowane miałoby się ono okazać. Obaj byli też niezwykle utalentowani, jeśli chodzi o teatralną stronę medycyny, na czym on, Stephen, nie znał się zupełnie. Zauważył również, że umiejętnie radzili sobie z gadatliwością pani Williams, zastanowiło go jednakże, jak w jego obecności pani Williams może wygadywać takie kłamstwa:
- Jestem bezdomną wdową - mówiła - a od czasu zdegradowania mojego zięcia bardzo niechętnie pokazuję się w towarzystwie.
Nie była bezdomna. Zastaw hipoteczny, ciążący na jej wielkiej posiadłości Mapes, został spłacony dzięki łupom, które Jack zdobył na Mauritiusie, lecz pani Williams wolała ten fakt pomijać w rozmowach. Degradacja jej zięcia również była bzdurą. Podczas akcji w rejonie Mauritiusa Jack dowodził dywizjonem okrętów wojennych, mając tymczasową rangę komodora, i z chwilą zakończenia kampanii i rozwiązania dywizjonu naturalną koleją rzeczy powrócił do rangi kapitana. Tłumaczono to już pani Williams setki razy i z pewnością najprostsze fakty zrozumiała. Skoro jednak matka Sophie, kobieta władcza, twarda, lecz niezbyt mądra, wywlekała swe fantazje w jego obecności, wiedząc, że zna on prawdę, wyglądało na to, że zależy jej nie na aprobacie, ale na współczuciu.
Z czasem jednak głos pani Williams stał się bardziej ochrypły, a zachowanie sir Jamesa bardziej autorytatywne. Pora obiadowa zbliżała się wielkimi krokami, Sophie raz po raz zaglądała do pokoju, a sama konsultacja wkrótce dobiegła końca.
Stephen wyszedł, by wyciągnąć Jacka ze stajni. Spotkali się w połowie drogi, pośród parujących stosów wapna.
- Stephen! - wykrzyknął Jack, chwytając jego ramiona i patrząc nań z wielką życzliwością. - Tak się cieszę, że cię widzę! Jak się miewasz?
- Badania zakończone - odparł Stephen. - Sir James jest nieugięty. Trzeba zawieźć panią Williams do Scarborough, w przeciwnym razie nikt z nas nie będzie odpowiadał za konsekwencje. Pacjentka powinna odbyć podróż pod opieką pomocnika doktora Lettsome'a.
- Cóż, cieszę się, że starsza pani jest w tak dobrych rękach - zachichotał Jack. - Wejdź i rzuć okiem na mój ostatni zakup.
- To piękne zwierzę, bez wątpienia - stwierdził Stephen, oglądając prowadzoną po podwórzu klacz. Wierzchowiec był w istocie piękny, chyba nawet zbyt piękny. Stephen zauważył jednak, że jego pęciny odrobinę przypominały owcze, było też coś nie w porządku z lędźwiami, co zapewne oznaczało nieprawidłową budowę zadu. Z ułożenia uszu i spojrzenia wyczytał wrodzoną złośliwość zwierzęcia.
- Pozwolisz mi jej dosiąść? - zapytał.
- Nie będzie na to czasu - odparł Jack, patrząc na zegarek. - Zaraz zadzwonią na obiad. Ale - ciągnął, spoglądając za siebie, kiedy szybko prowadził Stephena w kierunku domu - czyż to nie cudowne stworzenie? Wręcz stworzona, by wygrać wyścigi w Oaks.
- Niezbyt znam się na koniach - powiedział Stephen. - Zaklinam cię jednak, Jack, nie stawiaj na nią pieniędzy, póki nie minie przynajmniej sześć miesięcy, a ty nie zapoznasz się dokładnie z jej umiejętnościami.
- Niech Bóg ma cię w swej opiece, Stephen! Jeśli wszystko się ułoży, to za sześć miesięcy już dawno będę na morzu, a ty ze mną, mam nadzieję. Otrzymałem wspaniałe wieści. Powiem ci wszystko, kiedy doktorzy sobie pojadą. Zaraz będzie obiad! Pędźmy!
Wpadli do domu, obaj ciężko dysząc.
- Twój bagaż jest oczywiście w twoim dawnym pokoju! - krzyknął jeszcze Jack, wskakując na schody i biegnąc na górę, by zmienić ubranie. Z chwilą, gdy oznajmiający nową godzinę zegar uderzył po raz pierwszy, pojawił się na dole i zaprosił gości do zajęcia miejsc przy stole jadalnym.
- Jedną z wielu rzeczy, które doceniam w Marynarce Wojennej - powiedział sir James w połowie pierwszego dania - jest to, iż uczy właściwego szacunku dla czasu. W towarzystwie marynarzy człowiek zawsze wie, o której godzinie zasiądzie przy stole, a organy trawienne są za ową punktualność niezwykle wdzięczne.
"A ja bym chciał, by człowiek też wiedział, kiedy od stołu wstać" - pomyślał Jack dwie godziny później, kiedy to organy trawienne sir Jamesa wciąż wykazywały wdzięczność za porto i orzechy włoskie. Aż kipiał z niecierpliwości, by opowiedzieć Stephenowi o swym nowym dowództwie i by zachęcić go do kolejnej wspólnej podróży. Chciał mu też wyznać sekret swego niezwykłego bogactwa, a także usłyszeć o ostatnich wydarzeniach w jego życiu. O powody jego ostatniej nieobecności nie miał zamiaru pytać, gdyż na temat swej tajnej działalności Stephen milczał jak grób - korciło go jednak, by dowiedzieć się czegoś nowego w sprawie Diany Villiers i listów, które zostały zaniesione do pokoju Stephena.
- Stephen, tak nie można! - powiedział głośno. - Naszą karafkę zaraz pokryje kurz!
Słowa Jacka były głośne i wyraźne, lecz Stephen nie drgnął, póki nie zostały powtórzone. Naraz rozejrzał się, widocznie wyrywając się z zamyślenia, i podał karafkę dalej. Obaj lekarze nie spuszczali zeń wzroku. Jack, który znał go znacznie lepiej, nie zauważył żadnych wyraźnych zmian. Stephen był co prawda blady i nieobecny i częściej popadał w zadumę, lecz poza tym jego stan wydawał się nie odbiegać zbytnio od normy. Tak czy owak, Jack poczuł niezwykłą ulgę, gdy obaj doktorzy grzecznie odmówili wypicia filiżanki herbaty, zawołali swego lokaja i w ślad za Stephenem poszli do powozowni. Tam przez chwilę zajmowała ich wstrząsająca dla zwykłych śmiertelników sesja z piłą, po czym pewne zawiniątko wylądowało z tyłu powozu. Było tam już wiele jemu podobnych - zarówno lokaj, jak i koń byli świadkami wielu sekcji zwłok. Sir James i doktor Lettsome wyszli na zewnątrz, pożegnali się z gospodarzem, zainkasowali swe wynagrodzenie i odjechali.
Kiedy w końcu Stephen i Jack weszli do salonu, Sophie siedziała tam samotnie z imbrykiem i dzbankiem do kawy.
- Powiedziałeś już Stephenowi o okręcie? - zapytała.
- Jeszcze nie, kochanie, właśnie miałem to uczynić. Pamiętasz "Leoparda", Stephen?
- Przeklętego starego "Leoparda"?
- Ale z ciebie ziółko, mój drogi. Najpierw zrzędzisz na temat mojej nowej klaczy, najpewniejszej zwyciężczyni wyścigów w Oaks, jaką kiedykolwiek na oczy widziałem - a pomnij, Stephen, iż z całą skromnością mogę się uważać za największego znawcę koni w marynarce - a teraz…
- Nie podaję twego doświadczenia w wątpliwość, mój drogi. Konie w marynarce… Cóż, zdarzają się konie w marynarce, ha, ha, ha! Sam kilka widziałem - akurat poruszali na czworakach, a skoro żaden przedstawiciel świata zwierząt nie chciał się do nich przyznać, pewnie należałoby ich nazwać końmi! - Stephena rozbawił własny dowcip i przez krótką chwilę wydawał z siebie ów skrzekliwy, ochrypły odgłos, który u niego zastępował śmiech. - Wyścigi w Oaks, w rzeczy samej!
- A teraz mówisz "przeklęty stary "Leopard"". Pewnie, za czasów, kiedy dowodził nim Tom Andrews, było to pudło… stare, beznadziejne pudło. Okręt poszedł jednak do stoczni na długotrwały i dokładny remont. Założono brasy Snodgrassa, nowe poszycie nadburcia, wzmocnione żelazem węzłówki Robertsa na całej długości kadłuba… No, oszczędzę ci szczegółów - w tej chwili to najlepszy okręt pięćdziesięciodziałowy na służbie, może poza "Grampusem"! Z całą pewnością to najwspanialszy okręt czwartej klasy w marynarce!
Zapewne była to prawda, lecz Jack dobrze wiedział, że okręty czwartej klasy odchodziły do lamusa, z wolna wypierane przez inne klasy, a z grona okrętów liniowych wyłączono je jakieś pół wieku temu. "Leopard" zaś nigdy nie świecił przykładem nawet pośród jednostek sobie podobnych. Jack znał jego wady równie dobrze jak każdy inny żeglarz. Stępkę pod "Leoparda" położono w 1776 roku, lecz zaawansowaną budowę przerwano i na wpół wykończony kadłub przez około dziesięć lat niszczał pod gołym niebem. Potem przetransportowano okręt do Sheerness, gdzie ostatecznie zwodowano go w 1790, by rozpoczął zwykłą, niczym nie wyróżniającą się karierę. Jack przyglądał się jednak jego ostatniemu remontowi bacznym okiem profesjonalisty i choć wiedział, że swymi osiągami okręt nigdy wyróżniać się nie będzie, jego właściwości morskie były wystarczająco dobre. Marzył zresztą o tym okręcie ze względu nie na jego osiągi, lecz kierunek, w którym miał on się udać - nieznane morza i Wyspy Korzenne.
- "Leopard" miał kilka pokładów, o ile dobrze pamiętam - powiedział Stephen.
- Tak, to okręt czwartej klasy, jest zatem dwupokładowcem. To przestronna jednostka, niemalże tak przestronna jak liniowiec. Będziesz miał mnóstwo miejsca dla siebie, Stephen - możesz zapomnieć o ciasnocie fregaty. Przyznaję szczerze, że choć raz admiralicja załatwiła wszystko tak, jak chciałem.
- Myślę, że powinni ci dać okręt pierwszej klasy - powiedziała Sophie. - I tytuł para.
- Zaoferowali mi wybór między "Ajaxem", nowym siedemdziesięcioczterodziałowcem, który jest jeszcze w budowie, a "Leopardem" - stwierdził Jack, uśmiechając się do żony z miłością. - "Ajax" będzie wspaniałym okrętem, ale przejęcie na nim dowództwa oznaczałoby służbę na Morzu Śródziemnym, pod wodzą admirała Harte'a, a tam trudno dziś o wyróżnienie, o wzbogaceniu się nie mówiąc.