Zmory z dalekiej przeszłości

  • Autor: Palliser, Charles
  • Dostępność: Brak
  • 29,00 zł 9,90 zł
  • Niedostępny

W powieść tę wplecione są trzy odrębne historie - historie morderstwa i dwulicowości. Można je nazwać opowieściami o duchach, bo zawartych w nich tajemnic nie da się rozwikłać, a ofiar i sprawców złożyć do grobu. Doktor Courtine, niepraktyczny akademik, zostaje zaproszony na Wigilię Bożego Narodzenia do starego znajomego. Minęło dwadzieścia lat od ich ostatniego spotkania. Naukowiec z ochotą przyjeżdża do domu Austina w katedrze blisko Thurchester, lecz nie ze względu na możliwość odnowienia kontaktów. Wieczorem gospodarz opowiada historię miejscowego ducha, opowieść o sięgającej dwa stulecia wstecz śmiertelnej rywalizacji i morderstwie. Tajemnica zaczyna intrygować Courtine'a, być może zgodnie z intencją opowiadającego. Jednak prawdziwym celem wizyty akademika jest próba zbadania innej nierozwiązanej, jeszcze starszej zagadki ukrytej w labiryncie katedralnej biblioteki. Sądzi on, iż jeśli odnajdzie pewien jedenastowieczny rękopis, w którego istnienie wierzy, uda mu się pozbyć arcygroźnego rywala. Usiłując rozwiązać oba rebusy, Courtine wplątuje się w serię strasznych wydarzeń…

Rok wydania: 2003
Stron: 387
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 36
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Fragment tekstu:

Dla E.R.

 


PODZIĘKOWANIA

Pragnę wyrazić wdzięczność następującym osobom, które czytały fragmenty powieści i wspomogły mnie radą w okresie jej powstawania: Helen Ash, James Buxton, Jane Dorner, Mary Dove, Roger Elliott, Lorna Gibb, John Hands, Tom Holland, Hunter Steele i Janet Todd.

 


PRZEDMOWA REDAKTORA

Niewiele książek wzbudziło ostatnimi czasy tyle kontrowersji, co opublikowana przed trzema laty Tajemnica thurchesterska. Nie raz zdarzyło mi się być świadkiem żarliwych sporów w domach znajomych, przysłuchiwać się rozmaitym, zaciekle bronionym teoriom. Zawsze zasięgano mojej opinii, ja wszakże konsekwentnie odmawiałem opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron. Chociaż w owym czasie sprawa wydawała się rozstrzygnięta, wciąż krążyły plotki, insynuacje zaś wobec osób pozostających poza wszelkim podejrzeniem z upływem dziesięcioleci nabierały coraz bardziej niedorzecznego charakteru. Niniejsza publikacja powinna położyć kres wszelkim sporom, albowiem opowieść, która stanowi lwią część tego tomu, rzuca zupełnie nowe światło na odkrycia panny Napier.
Okoliczności, w jakich Świadectwo Courtine'a stało się dostępne, można znaleźć w Posłowiu, gdzie wyjaśniam również powody, dla których przed upublicznieniem tego dokumentu musiałem wybrać się do Genewy. Było to osiem miesięcy temu: dopiero wtedy sytuacja na kontynencie ponownie pozwalała na przemieszczanie się, aczkolwiek nie bez poważnych trudności. Podróż była równie powolna, co pełna niewygód i dopiero dwa dni po wyruszeniu z domu dotarłem do celu.
Dorożka zawiozła mnie z dworca do dużego domu nad jeziorem, otoczonego ponurym sosnowym parkiem, którego posępność dodatkowo potęgowało zwiastujące burzę niebo. Zardzewiałą francuszczyzną poleciłem dorożkarzowi, aby na mnie zaczekał.
Chociaż służąca, która otworzyła mi drzwi, zdradziła swoim zachowaniem, że moje nazwisko nie jest jej obce, nie miałem pewności, czy zostanę przyjęty. Kilka dni wcześniej wysłałem z Anglii pismo, w którym zaanonsowałem się na tę właśnie godzinę, lecz pozostawiłem za mało czasu na odpowiedź. Byłem jednak nastrojony optymistycznie, gdyż mój wyważony list miał wszelkie szanse otworzyć przede mną podwoje tego wielkiego domu.
Służąca wprowadziła mnie do holu, poprosiła, bym usiadł, i zostawiła mnie samego. W rezydencji panował ziąb, co skłoniło mnie do refleksji, że tak samo jak w Anglii cierpią tu na brak opału. Pewnie dlatego ścięto niektóre drzewa w parku, pomyślałem. Kiedy kontemplowałem ponury obraz, niebo powoli zlało się z szarą połacią wody. Czekałem czterdzieści minut i prawie straciłem już nadzieję, lecz oto służąca zjawiła się ponownie i po monumentalnych schodach zaprowadziła mnie do gigantycznego pomieszczenia zakończonego olbrzymim oknem, ujmującym w ramy widok ołowianego nieba i ciemnej powierzchni jeziora. Po jednej stronie okna stał czarny fortepian z opuszczoną pokrywą. Po drugiej stronie, w odległości zapewniającej maksymalny efekt teatralny, na fotelu z wysokim oparciem siedziała jakaś postać. Podszedłem bliżej, niby zajmujący miejsce widz, i jak na komendę niebo rozcięła błyskawica.
Służąca zapaliła lampę, która stała obok jej pani, i wzięła tacę z resztkami podwieczorku. Staruszka skinęła na mnie, abym usiadł. Gdy śledziła wzrokiem służącą, miałem chwilę czasu, aby przyjrzeć się jej rysom: długi nos, jasnoniebieskie oczy osadzone w bystrej i nieufnej twarzy. Po wyjściu służącej zagaiłem rozmowę: jestem niezmiernie wdzięczny, powiedziałem, że zechciała przyjąć nieznajomego człowieka.
Przerwała mi w pół słowa, jakby się w ogóle nie odezwał:
- Czy my się znamy?
Głos miała zaskakująco mocny jak na kobietę, która przekroczyła dziewięćdziesiątkę, o basowym brzmieniu, choć tego akurat się spodziewałem. Jej pytanie wytrąciło mnie z obranej strategii. Miałem nadzieję, że przymilając się i schlebiając jej, wydobędę od niej to, co chciałem usłyszeć; teraz przyszło mi zmienić front.
- Nie, chyba nie można tak powiedzieć. Lecz miałem okazję raz panią widzieć, wiele lat temu.
- W jakich okolicznościach?
- To było w Thurchesterze.
Wbiła we mnie przenikliwe spojrzenie. Nie widać było po niej ani śladu zakłopotania.
- Myli się pan. To niemożliwe.
- Widziałem panią w dniu, w którym dała pani najlepszy występ swego życia.
Na jej ustach zaigrał uśmiech.
- Znam ten żałosny teatrzyk przy głównej ulicy. Mogę nawet powiedzieć, że kiedyś bardzo dobrze go znałam. Lecz nigdy tam nie zagrałam.
- Nie powiedziałem, że widziałem panią w teatrze.
Zmrużyła oczy.
- Pan przyszedł na świat, lekko licząc, dwadzieścia lat po moim pożegnaniu ze sceną.
- Ze sceną, owszem.
Na widok jej zaskoczonej miny dodałem:
- Zrozumie pani, kiedy dam jej to, co przywiozłem.
Serce łomotało mi w piersi, gdy mówiłem te słowa. Dowód, muszę mieć dowód! Chciałem, żeby powiedziała coś, co mnie przekona, iż rzeczywiście jest kobietą, której poszukuję. Nie chodziło mi o dowód w sensie prawnym, ten już posiadałem. W tym względzie wystarczała historia jej obrotu nieruchomościami i przeprowadzek z kraju do kraju, jaką udało mi się ustalić za okres wielu dziesięcioleci. Nie uśmierzyło to jednak mojej potrzeby dowiedzenia się, iż to naprawdę ona. Musiałem usłyszeć z jej ust coś, co by potwierdziło, że istnieje związek pomiędzy nią a tą postacią, która, choć tak krótko widziana, na trwałe zagościła w mojej pamięci.
Ostatnia uwaga wyraźnie nie przypadła jej do gustu. Jakby chcąc jak najszybciej zakończyć nasze spotkanie, pani domu powiedziała:
- Pisze pan w swoim liście, że posiada coś, co należy do mnie.
- I co chciałbym osobiście przekazać w ręce prawowitego właściciela celem naprawienia dawnej krzywdy.
Skinęła głową.
- Tak właśnie pan to ujął. O jaką rzecz chodzi? Czy oczekuje pan zapłaty?
- Nie w formie pieniężnej. I nie mam zamiaru się targować. Owa rzecz należy do pani.
Uzmysłowiłem sobie, że szybciej, niż należało, dotarłem do sedna sprawy. Po chwili wahania dodałem:
- Do pani i pani syna.
Odruchowo szarpnęła głową i po raz pierwszy spojrzała na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem, jak również, zdawało mi się, z gniewem. Chwilę później maska wróciła na twarz. Ciągnąłem dalej najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było mnie stać:
- Próbowałem go znaleźć, pragnąłem bowiem uniknąć zawracania pani głowy tą historią. Chociaż robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby się z nim skontaktować, wysiłki spełzły na niczym. Proszę mi powiedzieć, jak do niego dotrzeć, a przestanę się pani narzucać i dokończę sprawę z pani spadkobiercą.
- Moim spadkobiercą?
W jej tonie dosłuchałem się szyderstwa.
- Suponuję, że syn pani jest jej sukcesorem, czyż nie?
- Pańskie supozycje mnie nie obchodzą.
- Niezależnie od tego, czy jest pani spadkobiercą, ta sprawa dotyczy go w równym stopniu co pani.
Kiedy nie odpowiedziała, spytałem brutalnie:
- Byłaby pani łaskawa mi powiedzieć, czy jeszcze żyje?
Znowu brak reakcji. Po chwili rzuciła:
- Zechce mi pan dać, co, jak pan mówi, do mnie należy.
Wstałem i nie bez afektacji sięgnąłem do kieszeni, by wyjąć z niej kopertę i podać pani domu.
Chwyciła ją i otworzyła. Istnieje rozpowszechnione przekonanie, że ludzie starzy osiągnęli już stadium, w którym coraz bardziej oddalają się od świata małostkowych egoizmów, emocji i pożądań. Tymczasem nie odniosłem wrażenia, aby ta kobieta wycofywała się z życia; przeciwnie, kiedy z pośpiechem otwierała kopertę, ogarnęło mnie uczucie, że osiągnąłem przynajmniej część moich zamierzeń: moja wiedza na temat ludzkich pobudek i skrupułów, dotychczas bardzo ograniczona, niezmiernie się poszerzyła.
- Co to jest? Co to ma znaczyć?
Z pogardliwą miną wytrząsnęła zawartość koperty na stoliczek obok swego krzesła.
- To klucze do tajemnicy. - Pokusa udzielenia tej taniej odpowiedzi była zbyt silna. - Nie weźmie ich pani?
- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym pan mówi.
- Nie poznaje ich pani?
- A powinnam?
- To klucze do pewnego domu w Thurchesterze. Domu, który pani dobrze zna.
Jedyną emocją, jaka odmalowała się na jej twarzy, było pewne zdawkowe zainteresowanie. Spróbowałem delikatnie wbić szpilkę:
- Uratowałem je w ostatniej chwili, byłyby przepadły na zawsze.
W obliczu jej milczenia dodałem:
- Tego dnia - mam na myśli dzień, który zmienił pani życie równie gwałtownie, jak wpłynął na moje - śledziłem panią od momentu, gdy wyszła pani tylnymi drzwiami. Nie zauważyła mnie pani bądź nie uznała za niebezpiecznego.
Wciąż nie odpowiadała. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem pociągnęła za sznurek dzwonka, który miała w zasięgu ręki. Służąca musiała stać tuż za drzwiami, bo weszła prawie natychmiast.
- Pan wychodzi - powiedziała starsza pani nienaganną francuszczyzną. - Odprowadź go.
- Czy pani służąca rozumie po angielsku? - spytałem.
Puściła pytanie mimo uszu, odwracając głowę w stronę okna.
- Muszę znaleźć pani syna. Jakim nazwiskiem się posługuje?
Spojrzała na mnie z wyrazem tak nieprzejednanej wrogości, że zrozumiałem, iż moje pytania pozostaną bez odpowiedzi.
Wstałem.
- Pańska podróż zdała się na nic - zauważyła starsza pani - lecz nie może mnie pan o to winić.
- Nie powiedziałbym tego. Dowiedziałem się więcej, niż liczyłem.
Nie dała po sobie poznać, czy moja uwaga ją zaciekawiła.
- Poznanie pani pozwoliło mi zrozumieć pewne sprawy, które mnie nurtowały od bez mała pół wieku.
Już prawie doszedłem do drzwi, kiedy zawołała za mną:
- Panie Barthram! Zapomniał pan o kluczach.
Odwróciłem się i podszedłem do niej.
- Nie zapomniałem. Zapewniam panią, że nie było dnia, abym o nich nie myślał. Należą do pani i zostawiam je pani z uczuciem nieopisanej ulgi. - Zatrzymałem się około dziesięciu kroków od niej. - Czy nazwisko Perkins coś pani mówi?
Pozostała nieporuszona.
Nie zdawałem sobie sprawy, jak groźną musiała mieć minę, dopóki służąca nie spytała zmienionym głosem:
- Pójść po Pierre'a, Madame?
Nie odrywając ode mnie oczu, starsza pani uciszyła ją zniecierpliwionym machnięciem dłoni.
- Zdarza się pani myśleć o młodym człowieku nazwiskiem Eddy Perkins? - powtórzyłem.
Ku mojemu zdziwieniu uśmiechnęła się.
- Podejrzewam, że pan o nim myśli. Dlaczego pan tak długo zwlekał? - Skinęła głową w stronę stolika obok. - Gdyby pan szybciej zrobił użytek z tych kluczy, nawet najtępsze umysły zrozumiałyby całą sprawę. Może był pan zbyt bojaźliwy?
- Byłem dzieckiem - odparłem.
- Ja jako dziecko niczego się nie bałam. A może słuszniej byłoby powiedzieć, że nawet jeśli się bałam, nie powstrzymywało mnie to przed realizacją moich zamierzeń. Na tym polega różnica, prawda, pomiędzy tymi, co idą przez życie, niewolniczo powtarzając wyuczony tekst, a tymi, co wymyślają swoją rolę na gorąco.
- Była w tym pani dobra.
- Znakomita.
- Przyznaje się pani?
- Przyznaję? Młody człowieku, ja się tym chełpię. Najwybitniejsi aktorzy potrafią stworzyć pełnokrwistą postać na oczach publiczności - a nie pokazać im gotowy prefabrykat, marionetkę. Wyjść na scenę, stać się postacią, która jest w niebezpiecznej sytuacji, i nie wiedzieć, co się powie, zanim słowa wyjdą z ust! Kusić los i zwyciężyć, oto wielka przygoda, którą ofiaruje nam życie. Nieporównana przygoda. Nie pojmuje pan tego?
- Nigdy nie grałem w teatrze.
- Nie mówię wyłącznie o aktorstwie. Mówię o tym, żeby naprawdę żyć. Inaczej człowiek jest martwy, tyle że bez ostatniego namaszczenia.
- Niczego pani nie żałuje?
- Tylko tego, że teraz przyjdzie mi umrzeć.
Nic bym nie zyskał, pytając ją znowu o Perkinsa, który stracił życie, bo brakowało mu wyobraźni niezbędnej do tego, aby żyć poza chwilą obecną. Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z pokoju.
Moja podróż przyniosła bardziej konkretne korzyści. Kiedy mój pociąg powoli i z konieczności okrężną drogą zmierzał ku wybrzeżu, na tablicach zaczęły się pojawiać nazwy flamandzkich miast i wiosek, które w ciągu minionych czterech lat zyskały sobie w Anglii ponurą sławę. Pomyślałem o pogrążonych w żałobie matkach tak wielu spośród moich uczniów, dla których nie umiałem znaleźć słów pociechy. I wtedy przypomniałem sobie wzdrygnięcie się starszej pani na dźwięk słowa "syn" i kiedy wyobraziłem ją sobie obok czarnego fortepianu z opuszczoną pokrywą, zalągł się w mojej głowie pomysł na dalsze kroki.

Śmierć starszej pani, od której minęły dwa miesiące, usunęła ostatnią przeszkodę na drodze do publikacji poniższego dokumentu. Pozostaje mi jeszcze tylko przekazać, że na kopercie, w której był umieszczony, widniała taka oto uwaga (napisana na skutek mojej interwencji, choć wiadomość o tym dotarła do mnie wiele lat później):
"Właśnie się dowiedziałem, że omyliłem się co do roli Ormonde'a, który, jak teraz wiem, zmarł wiele lat przed relacjonowanymi tutaj zdarzeniami. Niemniej poniższy tekst jest wiernym zapisem tego, czego byłem świadkiem, tudzież wniosków, jakie później wyciągnąłem z moich doświadczeń - nawet jeżeli niektóre z nich okazały się błędne. E.C."

 

 


ŚWIADECTWO COURTINE'A


Wtorek wieczór

Póki mam to na świeżo w pamięci, opiszę dokładnie, co widziałem i słyszałem niecały tydzień temu, kiedy spotkałem człowieka, który szedł sobie jak gdyby nigdy nic - mimo tej przykrej okoliczności, że został brutalnie uśmiercony.
Moja wizyta zaczęła się pod złą wróżbą. Za sprawą pogody, która od dwóch dni otulała południową część kraju płaszczem mroźnej mgły, pociąg miał opóźnienie i nie zdążyłem z przesiadką. Kiedy dotarłem do celu podróży - dwie godziny po czasie - miałem za sobą długą jazdę w przedwczesnym zmroku. Siedząc samotnie w słabo oświetlonym przedziale, trzymałem przed sobą książkę, lecz prawie do niej nie zaglądałem. Zamiast tego patrzyłem przez okno na spowity całunem krajobraz, który z gęstniejącym mrokiem i mgłą stawał się coraz bardziej nieznajomy i niewyraźny. Stopniowo ulegałem wrażeniu, że pociąg niesie mnie nie do przodu, lecz do tyłu - wywozi mnie z mojego życia i czasów w przeszłość.
Zostałem ostro przywołany z powrotem do rzeczywistości, gdy z nagłym szarpnięciem pociąg zaczął zwalniać biegu i zatrząsłszy się kilkakroć, stanął w ciemnościach, przez które ledwo przebijało się światło wagonów. Byliśmy tak opóźnieni w stosunku do rozkładu, że nie miałem pojęcia, czy to moja stacja. Stojąc w drzwiach, usiłowałem znaleźć tablicę z nazwą w żółtawym blasku odległej latarni gazowej, kiedy trochę dalej inny pasażer opuścił okno i spytał głośno, czy dotarliśmy do stacji końcowej. Głos dochodzący gdzieś z peronu zaprzeczył, mówiąc, że to ostatni przystanek przed końcem, czyli mój.
Wziąłem z półki sakwojaż i wysiadłem wraz z kilkoma zaledwie podróżnymi. Zniknęli mi z oczu, gdy przejęty chłodem stałem przez kilka chwil na peronie, tupiąc nogami i bijąc się w boki, a jednocześnie próbowałem oddychać smrodliwym powietrzem, w którym gryzący zapach mrozu mieszał się z dymem tysięcy pieców węglowych w mieście.
Austin powiedział, że obowiązki nie pozwolą mu wyjść po mnie na stację, mam przeto udać się prosto do niego. Wcale mnie to nie zmartwiło, przyszło mi bowiem na myśl, że mógłbym go nie poznać i byłoby lepiej spotkać go na miejscu. Nie wiem, która perspektywa bardziej mnie przerażała: że się zmienił czy przeciwnie, że pozostał taki sam. Podejrzewam jednak, iż tak naprawdę bałem się nie tego, że mój stary przyjaciel postarzał się, lecz że jego wygląd będzie dla mnie miarą niekorzystnych zmian, jakie zaszły we mnie z upływem czasu.
Pociąg gwizdnął, odjechał i zostawił mnie dławiącego się ciężkim od sadzy dymem - ponury, mineralny odór jakby z wnętrzności ziemi. Wróciła ciemność i teraz widać było tylko rozjarzoną latarnię gazową nad - jak uznałem - bramą peronu. Skierowałem się w tę stronę. Przy wyjściu pracownik kolejowy z twarzą owiniętą szalikiem wziął mój bilet urękawicznioną dłonią.
Wyszedłszy na plac dworcowy, stwierdziłem, że moi współpasażerowie rozpłynęli się w powietrzu jak zjawy. Stała tylko jedna dorożka. Fiakier odwrócił ku mnie bulwiasty nos i zwisającą górną wargę, co w połączeniu z oddechem zalatującym piwem nie budziło zaufania. Podałem adres i dorożka szarpnęła z miejsca.
Chociaż nie znałem miasta, wiedziałem, że dworzec znajduje się około jednej mili od centrum. Przez okienko rozkołysanego wehikułu prawie nic nie widziałem, lecz poznawałem po odgłosach, że nie jesteśmy na drodze sami. Kilka minut później zaczęliśmy się wspinać na niewielką pochyłość i zgadłem, że podjeżdżamy na wzgórze, na którego wierzchołku Rzymianie wybudowali twierdzę strzegącą starożytnego skrzyżowania szlaków.
Po obu stronach drogi stały rzędy domków. W kilku oświetlonych oknach zobaczyłem rodziny zasiadające do wieczerzy. Chociaż na razie zostałem powitany dosyć chłodno, to powiedziałem sobie, że przynajmniej nie muszę spędzać tygodnia w kolegium w smętnym towarzystwie innych starych kawalerów, którzy nie zostali nigdzie zaproszeni.
Dorożka zwolniła, gdy wzgórze nabrało spadzistości, i zauważyłem ze zdziwieniem, że serce szybciej mi bije na myśl o tym, co mnie czeka za kilka chwil. Często zadawałem sobie pytanie, jaki kierunek mój przyjaciel nadał swemu życiu. Jako studenci często rozmawialiśmy o tym, że zawojujemy świat - obaj pełni zapału do nauki i spragnieni uznania. Czy żałuje tego, jaki obrót przybrało jego życie? Czy jest szczęśliwy w tym prowincjonalnym mieście? Czy znalazł inne radości? Od czasu do czasu dochodziły mnie wiadomości o nim od wspólnego znajomego, lecz nie dawałem im zbytnio wiary. Często o nim rozmyślałem i kiedy otrzymałem zaproszenie - zaskakujące po tak długim niewidzeniu - przyjąłem je bez wahania.
Dorożka osiągnęła szczyt wzgórza i przyspieszyliśmy, do wtóru stukotu kół po kocich łbach. Rozmazane aureole latarń ulicznych sączyły nikłe światło w gęstą mgłę. Chociaż byliśmy, jak się zdawało, na głównej ulicy, widziałem niewiele pojazdów na jezdni i przechodniów na trotuarze. Stukot końskich kopyt rozbrzmiewał głucho, jakbyśmy jechali przez miasto splądrowane, a potem opuszczone po oblężeniu. Nagle, bez ostrzeżenia, zaczęło mną rzucać na boki: dorożka wzięła kilka ostrych zakrętów i przejechała pod wielkim łukiem, którego sklepienie potęgowało łomot kopyt. Sądziłem już, że dorożkarz omyłkowo przywiózł mnie do gospody, lecz w tej chwili usłyszałem bicie wielkiego dzwonu czy raczej prawie zostałem nim ogłuszony. Zabrzmiał jeszcze cztery razy, a każde uderzenie zdawało się wyprzedzać poprzednie niby fale rozlewające się we mgle. Zrozumiałem, że jestem u stóp katedry i że nawet nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy tam przez zaciągnięte mgłą miasto.
Dorożka ostro skręciła po raz ostatni i znieruchomiała. Kilka jardów dalej był portal - południowe wejście do nawy poprzecznej. W rozjarzonym świetle latarni gazowej zobaczyłem stertę cegieł i desek, przykrytą papą.
- Remontują katedrę? - spytałem fiakra, zeskoczywszy na ziemię.
- A było, żeby nie remontowali?
Kiedy płaciłem za przejazd, drzwi najbliższego domu otworzyły się i pospieszyła ku mnie jakaś postać.
- Stary druhu, tak się cieszę, że cię widzę! - powiedział młodzieńczy głos, który pamiętałem tak dobrze, że przeszył mnie dreszcz.
Lecz o ile głos się nie zmienił, to stał przede mną zupełnie obcy człowiek: osoba w średnim wieku z pobrużdżonymi policzkami i wysokim czołem, nad którym rzadkie, siwiejące włosy tworzyły zakola. Austin uścisnął mnie, a gdy poczułem, jaki jest kruchy, przypomniałem sobie tę jego jakże nieangielską impulsywność i emocjonalność, której zawsze mu zazdrościłem, a jednocześnie trochę się jej bałem.
- Dziękuję ci, że przyjechałeś - powiedział, poklepując mnie po plecach. - Szczęść ci Boże, szczęść ci Boże!
Kiedy usłyszałem te słowa, ogarnął mnie głęboki żal, że stało się to, co się stało. W okresie naszej przyjaźni nie sposób było przewidzieć, że rozstaniemy się na tak długo, poróżnieni z powodu udziału Austina w najboleśniejszym zdarzeniu mojego życia. To ja później do niego napisałem, wyrażając pragnienie odnowienia przyjaźni. Dopiero jego milczenie skłoniło mnie do zadania sobie pytania, czy dręczą go wyrzuty sumienia. Zacząłem się zastanawiać, jaką właściwie rolę mu wyznaczono czy też on sam sobie wyznaczył. Mimo to nie zdarzyło się, abym nie posłał mu kartki świątecznej, a po kilku latach on zaczął mi się odwzajemniać krótszymi i mniej regularnymi życzeniami.
Dochodziły mnie wiadomości o nim przez wspólnych znajomych, lecz stawały się coraz bardziej skąpe, w miarę jak znajomi tracili z nim kontakt, wyjeżdżali za granicę lub umierali. Aż tu pewnego pięknego dnia w ubiegłym miesiącu, gdy już dawno uznałem, że nasza przyjaźń na zawsze wygasła, otrzymałem list, w którym gorąco zapraszał mnie do siebie w dowolnym terminie, nigdy bowiem nie wyjeżdżał. Obawiał się jednak, czy starczy mi "cierpliwości, by znieść towarzystwo ponurego i zrzędliwego starca, jaki się ze mnie zrobił". Z początku wahałem się: czy próba rozdmuchania popiołów rozpali je, czy przeciwnie, do reszty zgasi? Miałem jednak swoje domysły, dlaczego postanowił mnie zaprosić, odpisałem przeto, że z przyjemnością przyjadę, tym chętniej, iż pragnę pomierzyć fortyfikacje ziemne zamku Woodbury. Powiadomiłem go, że pojawię się na początku roku w drodze powrotnej od siostrzenicy i że sprecyzuję datę, jak tylko będzie to możliwe. (Ostatecznie jednak zmieniłem plany i byłem w stanie zapowiedzieć się z kilkudniowym tylko wyprzedzeniem).
Za moimi plecami dorożka manewrowała w ciasnej przestrzeni pomiędzy domami a katedrą.
Austin odsunął się, wciąż trzymając mnie za ramiona, po raz pierwszy mogłem więc mu się przyjrzeć, choć tylko w nikłym świetle odległej o kilkanaście jardów latarni gazowej. Stary przyjaciel uśmiechał się do mnie. Ten sam blask w dużych, czarnych oczach, ten sam chłopięcy zapał. Znowu się uśmiechał, a przecież, mimo okazywanej radości z mego widoku, wyczuwałem jakiś unik, jakby cień w jego spojrzeniu, które nie do końca chciało spotkać się z moim. Czy zadawał sobie to samo pytanie co ja: co z tobą zrobił upływ lat? Co dał ci w zamian za odebraną pogodną młodzieńczość?
- Drogi Austinie, wyglądasz znakomicie.
- To dlatego, że ciebie widzę, drogi przyjacielu. Wejdźmy do środka.
Wziął moją torbę i skrzywił się teatralnie pod wrażeniem jej ciężaru. Próbowałem mu ją odebrać, lecz szarpnął nią do tyłu za szybko, abym zdążył ją złapać. Przez krótką chwilę znowu byliśmy parą dokazujących studentów.
- Coś ty tam napakował? Pewnie książki?
- I prezenty świąteczne dla dzieci mojej siostrzenicy. Jest też jeden dla ciebie.
- Kapitalnie! Uwielbiam dostawać prezenty.
Zaniósł torbę pod drzwi i ruchem dłoni zaprosił mnie pierwszego do środka. Podniosłem wzrok na fasadę.
- Piękny stary dom! - powiedziałem.
Mówiąc te słowa, zauważyłem, że dom jest raczej cudaczny niż ładny. Był wysoki i wąski, a skrzynkowe okna i drzwi miał porozmieszczane tak niesymetrycznie, że wciśnięty pomiędzy dwa okazalsze budynki, przypominał pijaka podtrzymywanego za ramiona przez swoich kompanów.
- To lokal służbowy. Oni uważają to za przywilej, lecz moim zdaniem powinni mi dopłacać za mieszkanie tutaj. Najlepsze domy są przy Dolnym Okole.
Fiakier zdążył tymczasem zawrócić i usłyszałem, jak dorożka się oddala. Po przekroczeniu progu zszedłem po dwóch stopniach w dół, bowiem poziom brukowanego kocimi łbami dziedzińca podniósł się z upływem stuleci. W niedużym ciemnym holu stwierdziłem, że patrzę na schody - zresztą dom składał się głównie ze schodów, była to bowiem stara konstrukcja z dwoma tylko pomieszczeniami na każdym piętrze. Kiedy zdjąłem palto i kapelusz, Austin zaprowadził mnie do salonu od frontu. Dalej była niewielka kuchnia. W salonie - jadalni, jak nazwał to Austin, i chyba naprawdę tam jadał, sądząc po zastawionym na dwie osoby stole - było zimno, chociaż w kominku paliło się od jakiegoś czasu. W świetle latarni gazowej nareszcie mogłem wyraźnie zobaczyć Austina. Nos miał bardziej czerwony, niż pamiętałem, a skóra, wciąż blada jak papier, była teraz szorstka i pomarszczona. Pozostał równie szczupły jak za studenckich czasów. (Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o sobie). Rzecz dziwna, był wyższy niż w moim wspomnieniu. Widząc, że mu się przyglądam, uśmiechnął się do mnie, a ja do niego. Potem odwrócił się i przystąpił do sprzątania, jakby moja wizyta była niezapowiedziana.
Podczas tej krzątaniny wypytywał mnie o podróż, ja zaś dowiadywałem się o dom, o dogodność jego położenia. Usiadłem przy stole na jednym z dwóch starych foteli. Meble były nędzne i zniszczone, tapicerka lśniła tłusto. Dwieście lat dymienia świec poczerniło starą boazerię. Na deskach podłogi leżał wytarty turecki dywan. To niedorzeczne, ale serce waliło mi jak młotem. Dom był taki nędzny i zapuszczony. Pomyślałem o swoich pełnych wygód kwaterach w kolegium i o służbie, która utrzymywała wszystko w nienagannym porządku.
Austin wziął z pomocnika karafkę i nalał mi kieliszek madery. Kiedy mi go podawał, nagle opadł mnie zapach domu - gęsty, mocny, intymny. Trzymając kieliszek w dłoni, z trudem wciągnąłem powietrze przez nos. Zamknąłem oczy i pomyślałem o katedrze tuż obok, o kościach i ciałach gnijących pod płytami, o tym, co mógł kryć pod sobą ten dom stojący w cieniu wielkiej budowli. Zapach był słodki, obrzydliwy, jakby przygniatały mnie gnijące zwłoki, jakby trzymały mnie w lepkich, śliskich objęciach - nagle wydało mi się, że za chwilę chwycą mnie torsje. Udało mi się wypić łyk wina i skierować myśli na inne tory. Dolegliwości minęły. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że Austin spoziera na mnie ciekawie. Zmusiłem się do uśmiechu, po czym wypiliśmy toast za swoje zdrowie i za spotkanie.
O czym mieliśmy rozmawiać po tylu latach? Wydawało się niedorzeczne, aby gawędzić o sprawach trywialnych jak zwykli znajomi - o pogodzie, o mojej podróży, o bliskości katedry ze wszystkimi tego dodatnimi i ujemymi stronami. A jednak o tym właśnie rozmawialiśmy. Ja nie przestawałem mu się przyglądać, poszukując oznak upływającego czasu. On z pewnością zadawał sobie te same pytania, patrząc na mnie. Czy wrócimy do przyjemnych młodzieńczych stosunków, jakie nas niegdyś łączyły, czy też, co byłoby bardziej pożądane, odnowimy naszą przyjaźń na dojrzalszej stopie? A może będziemy się z zakłopotaniem szamotali pomiędzy tym dawnym, niestosownym już przywiązaniem a świadomością, że mamy ze sobą niewiele wspólnego?
- Jak dobrze cię widzieć! - powiedziałem, korzystając z przerwy w rozmowie.
Uśmiech nie schodził mu z ust, nawet gdy pił wino z kieliszka.
Poczułem, że również robię minę nieco oślej szczęśliwości.
- Ile to już lat! - rzekłem, aby wypełnić czymś milczenie.
Natychmiast pożałowałem tych niebacznych słów. To osobliwe, że kiedy postanowi się pominąć jakiś temat, często idzie on na pierwszy ogień.
Jakby moja uwaga nie rozbudziła w nim żadnych wspomnień, odstawił kieliszek i zaczął liczyć na palcach.
- Dwadzieścia.
- Dłużej. Dwadzieścia dwa. Prawie dwadzieścia dwa.
Z uśmiechem pokręcił głową.
Nie zamierzałem poruszać tego tematu, ale skoro to już uczyniłem, to chciałem, abyśmy precyzyjnie ustalili fakty i nie wracali już do tego.
- Przyszedłeś na stację w Great Yarmouth, aby mnie odprowadzić. Aby nas odprowadzić. Do tej pory mam cię przed oczyma, jak stoisz na oddalającym się peronie!
Spojrzał na mnie z wyrazem zaledwie uprzejmej ciekawości.
- Dziwne. O ile sobie przypominam, ty i ja wróciliśmy do Londynu sami.
- Ależ skąd. Widzę cię, jak stoisz i machasz na pożegnanie. To było dwudziestego ósmego lipca, w lecie miną dwadzieścia dwa lata.
- Na pewno masz rację. Przeszłość to twoja domena.
- Bardzo trudno jest poznać prawdę o przeszłości, Austinie, lecz zapewniam cię, że wydarzenia tamtego lata są głęboko wyryte w mojej pamięci.
Powiedziałem to zapalczywiej, niż zamierzałem. Kiedy podniosłem kieliszek do ust, szkło zadzwoniło mi o zęby. Nagle przeraziłem się, że Austin wypowie jedno z dwóch imion, które miały już nigdy nie paść między nami. Odstawiłem szklankę, próbując powstrzymać drżenie dłoni.
- Nie spierajmy się o to - uciął. - Nie warto.
Potem uśmiechnął się i dodał:
- A teraz porozmawiajmy o przyszłości. Możesz zostać do soboty?
- Z przyjemnością. Lecz będę musiał wyjechać wcześnie rano, bo w sobotę jest Wigilia i moja siostrzenica spodziewa się mnie po południu.
- Gdzie mieszka twoja siostrzenica?
- W Exeterze, jak wspomniałem w liście.
- Ach, tak, teraz sobie przypominam. No to uzgodnione. Będziemy spędzali ze sobą czas wieczorami, bo niestety w ciągu dnia muszę pracować.
- Ja też będę zajęty przez większość dnia.
- Tak jak napisałeś. Mam nadzieję, że to okropne zimno i mgła nie będą ci za bardzo przeszkadzały.
Uśmiechnąłem się. Uwaga dosyć osobliwa, lecz Austin zawsze miał cokolwiek zwariowane poczucie humoru. Napisałem do niego kilka dni wcześniej z pytaniem, czy zgodziłby się na zmianę planów i mój przyjazd jeszcze przed świętami. Odpisał, że będzie zachwycony. Oto co skłoniło mnie do przyspieszenia wizyty. Kiedy otrzymałem zaproszenie od Austina, przypomniałem sobie, że w bibliotece mojego kolegium znajdują się nie skatalogowane dokumenty antykwariusza nazwiskiem Pepperdine, który, jak pamiętałem, odwiedził Thurchester wkrótce po restauracji Stuartów, postanowiłem więc rzucić na nie okiem. Przeglądając te archiwalia, natrafiłem na list, z którego wynikało - jak wyjaśniłem Austinowi - że w bibliotece dekanatu i kapituły jest dokument, którego znalezienie pozwoliłoby rozstrzygnąć zadawniony spór akademicki związany z moim ukochanym okresem alfrediańskim. Tak pilno mi było rozpocząć kwerendę, że zmieniłem plany i postanowiłem odwiedzić Austina, jadąc do Exeteru, zamiast w drodze powrotnej po Nowym Roku.
- Przygotuję obiad - powiedział Austin. - Pomyślałem, że po tak długiej podróży nie będziesz miał ochoty nigdzie wychodzić.
- Jak za dawnych czasów! - zachwyciłem się. - Nie pamiętasz? Kiedy mieszkaliśmy przy Sidney Street, na zmianę smażyliśmy kotlety.
Wspomnienia opadły mnie z całą siłą i łza zakręciła mi się w oku.
Austin skinął głową.
- Pamiętasz twoje "kotlety św. Wawrzyńca", jak je nazywałeś, spalone na wzór swego imiennika? Określałeś swoje obiady jako autodafe, bo mówiłeś, że ich zjedzenie wymagało bardziej niezłomnej wiary niż ta, którą posiadały nieszczęsne ofiary inkwizycji.
Uśmiechnął się, lecz była to chyba reakcja na moją nostalgię, a nie przywołane przeze mnie wspomnienia.
- Przygotowałem kotlety jagnięce i kapary. Nabrałem od tego czasu na tyle wprawy, że obiecuję ci posiłek, który nie będzie wymagał męczeństwa.
Dziwnie było pomyśleć, że Austin sam sobie prowadzi dom. Pamiętałem, jaki był niechlujny - podłoga jego mieszkanka w kolegium usłana okruszkami, ubrania rzucone na krzesło, brudne naczynia rosnące w sterty. W pomieszczeniu, w którym teraz się znajdowałem, nie było wiele czyściej.
- Pokażę ci twój pokój - powiedział Austin. - Pewnie zechcesz się umyć, kiedy ja będę gotował.
- Zdążę rzucić okiem na katedrę? Potrzebuję rozprostować kości po całym dniu w pociągu.
- Obiad będzie gotowy za jakieś pół godziny.
- O tej porze katedra jest już pewnie zamknięta?
- Nie dzisiaj.
- Świetnie. Z wielką przyjemnością zobaczę obejście.
Austin miał zaskoczoną, a nawet osłupiałą minę.
- Sądziłem, że nigdy wcześniej tam nie byłeś?
- Ależ mój drogi, dobrze znam tę katedrę z ilustrowanych monografii. Ma jeden z najpiękniejszych ambitów w całej Anglii.
- W istocie? - spytał nieobecnym tonem.
- To wyjątkowa konstrukcja, niemal w całości zachowana.
Przypomniawszy sobie widok, jaki mnie powitał, i niewiele mówiącą odpowiedź dorożkarza, spytałem:
- Remontują ją teraz?
Uśmiechnął się.
- Podniosłeś wielką kwestię, która stała się zarzewiem najzacieklejszego sporu w całej historii miasta.
- Przynajmniej od czasów oblężenia - zauważyłem z uśmiechem. - Nie należy zapominać o tym zdarzeniu.
- Istotnie remontują i dlatego będziesz mógł ją zwiedzić o tak późnej porze.
- Co właściwie robią? Nie chodzi o tak zwaną renowację?
- Naprawiają organy.
- Nawet to może wyrządzić znaczne szkody.
- To raczej mało prawdopodobne. A organy będą dzięki temu znacznie lepiej grały. Instalują mechanizm parowy i przenoszą manuały ze starej empory na nową galerię.
Pokręciłem głową z konsternacją.
- To zupełnie niepotrzebne. Nie poprawi brzmienia.
- Ależ poprawi. Przestrajają je również na skalę temperowaną i wprowadzają znaczne ulepszenia. Obecnie organy mają małą liczbę głosów, brak im też dzwonków czy celesty.
Zaskoczyła mnie jego fachowość, chociaż przypomniałem sobie, że śpiewał i niezgorzej grał na flecie.
- Nie wiedziałem, że grasz na organach.
- Nie gram - odparł opryskliwie. - Powiedzieli mi to wszystko ludzie, którzy się na tym znają.
- Kiedy już zacznie się majstrować przy starym budynku, nie wiadomo, czym się to skończy. Wprowadzenie pary w organach kościelnych w ciągu ostatnich trzydziestu lat pociągnęło za sobą wiele zniszczeń.
- Mój drogi - powiedział Austin z tym dziwnym uśmieszkiem, który, jak sobie teraz przypomniałem, zawsze zdawał się być przeznaczony dla niego samego - jeżeli do tego, aby budynek odpowiadał obecnym potrzebom, niezbędne są modyfikacje, to należy ich dokonać. To nie mumia trzymana pod szkłem w muzeum.
Miałem odpowiedzieć, kiedy podniósł się nagle z krzesła.
- Pokażę ci twój pokój.
Austin zawsze był żywotny i pełen energii - gotów zerwać się gwałtownie i wybiec z domu, by zrealizować jakiś szalony pomysł. Równie żywy był jego umysł - chociaż może trochę za prędki i zbyt łatwo ulegający znudzeniu. Mój pracował może trochę wolniej, lecz był bardziej wytrwały i gotów głębiej podrążyć rzeczywistość - może właśnie dlatego, że nie chwytał jej tak w lot jak umysł Austina. Nie było przeto nic dziwnego w tym, że to ja zostałem uczonym, chociaż on brylował kiedyś w swojej dziedzinie.
Teraz porwał moją torbę i wielkimi krokami wyszedł z pokoju, nie zostawiając mi innego wyboru, jak tylko udać się za nim. W holu złapał za świeczkę i odpalił ją od lampy gazowej, tłumacząc, że powyżej parteru gaz nie jest doprowadzony. Potem pokonał schody po dwa stopnie naraz, podczas gdy ja mozoliłem się z tyłu w półmroku. Zaczekał na mnie na półpiętrze, gdzie duży stojący zegar przyścienny pozostawiał dla nas niewiele miejsca. Wyszliśmy na pierwsze piętro. Austin pchnął jakieś drzwi i pokazał mi przytulny pokoik z tyłu domu, którego używał jako gabinetu. Większy pokój od frontu pełnił rolę salonu, jak wyjaśnił mi mój przyjaciel z autoironicznym uśmieszkiem.
Na drugie piętro prowadziły dziwaczne stare schody. Wytarty dywan ustąpił miejsca gołym, zakurzonym deskom. Austin wpuścił mnie do sypialni od frontu ze słowami:
- Mam nadzieję, że te przeklęte dzwony nie będą ci bardzo przeszkadzały.
- Jestem do nich przyzwyczajony. Sam pomyśl, po trzydziestu latach…
Sufit od połowy opadał mansardowo, przez co pokój przypominał kabinę na statku - spadzista podłoga i maleńkie okienko potęgowały ten efekt.
Austin zostawił mnie, abym rozpakował bagaże i umył się. W pokoju, który sprawiał wrażenie od dłuższego czasu nie używanego, unosił się stęchły zaduch. Otworzyłem małe skrzynkowe okno i do środka wpadło cierpkie, zadymione powietrze. Katedra wyrastała ponad mgłę, stwarzając złudzenie, że porusza się pośród kłębów pary. Od Okołu nie dobiegał żaden dźwięk. Zadrżałem z zimna i zamknąłem okno. Małe lustro nad toaletką było zaparowane i nawet kiedy przetarłem je chusteczką, moje odbicie pozostało rozmyte. Obok toaletki leżała skórzana saszetka z inicjałami "A.F.", którą pamiętałem z czasów studenckich. Nic się nie postarzała. Podczas opróżniania sakwojażu i toalety myślałem o tym, że Austin się zmienił. Zawsze miał w sobie coś z aktora, lecz teraz odniosłem wrażenie, że to się nasiliło, jakby robił to naumyślnie. Znów zadałem sobie pytanie, czy zaprosił mnie, aby uzyskać przebaczenie za to, co się zdarzyło dwadzieścia dwa lata temu, i główkowałem, jakby mu najlepiej przekazać, że nie obarczam go winą.
Kiedy dziesięć minut później zszedłem do kuchni, zastałem Austina krojącego cebulę. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i po chwili spytał:
- Gdzie mój prezent?
- Ależ ze mnie osioł. Wyjąłem go z sakwojażu i położyłem na łóżku, żeby nie zapomnieć. Pójdę na górę i przyniosę.
- Z tym się nie pali. Idź zobaczyć katedrę. Obiad będzie gotowy za dwadzieścia minut.
Poszedłem za jego radą. Kiedy chwilę później znalazłem się na placu katedralnym, zobaczyłem dwie osoby, które pospiesznym krokiem oddalały się od wyjścia z południowego transeptu, położonego niemal dokładnie naprzeciwko domu Austina. Zapewne właśnie skończyło się wieczorne nabożeństwo. Wszedłem do katedry, pozwalając, by ciężkie drzwi wahadłowe zamknęły się za mną, zanim podniosłem wzrok, by nadelektować się wzruszeniem, jakie zawsze mnie ogarniało, gdy wchodziłem do nieznanego mi zabytku.
Jakby na mnie czekały, nagle rozległy się głosy chóru śpiewającego a cappella. Czyste soprany młodych chłopców wznosiły się ponad bardziej basowy tembr mężczyzn, składając się na obraz harmonii pomiędzy ideałem i rzeczywistością. Śpiew był stłumiony i nie miałem pojęcia, gdzie znajdują się chórzyści. Zdziwiło mnie, że próbują o tak późnej porze.
W wielkim gmachu było prawie ciemno i zimno - zimniej, wydawało się, niż na zewnątrz. Poczułem zapach stęchłego kadzidła i przypomniałem sobie, że dziekan skłania się ku Kościołowi Wysokiemu*. Ze spuszczonym wzrokiem kroczyłem po kamiennych płytach, które na środku były tak wytarte, że czułem się, jakbym szedł po płytkich miskach. Kiedy dotarłem na środek katedry, odwróciłem się i uniosłem głowę, tak że nawa główna nagle rozwinęła się przede mną na całą długość; grube filary przypominały kamienny zagajnik, którego pnie niby gałęzie przechodziły w delikatne żebra sklepienia. W oddali wielkie połacie chropawego szkła rozety na zachodnim końcu, podobne do ciemnego jeziora pod zasnutym chmurami księżycem, łapały błyski latarń gazowych. Nieliczne lampy jeszcze bardziej podkreślały ogrom strzelistych łuków. Nasyciwszy oczy tym widokiem, zadarłem głowę i spojrzałem na sklepienie wysoko w górze. Poczułem zapach świeżego drewna i pomyślałem o tym, jak siedemset pięćdziesiąt lat wcześniej dźwigano dwieście dwadzieścia stóp do góry ciężkie belki i olbrzymie ciosy kamienia. Dziwnie było sobie uświadomić, że ten sędziwy budynek kiedyś świecił nowością i wynosił się bulwersująco ponad niskie dachy miasta. Istny cud, że tyle przetrwało wojny domowe za rządów Henryka VI, zburzenie opactwa podczas kasaty zakonów i bombardowanie w czasie oblężenia w 1643 roku!
Śpiew ucichł i zaległa cisza. Odwróciłem się i mój wzrok padł na zupełną potworność: olbrzymią i obrzydliwą galerię organową panoszącą się w nawie poprzecznej. Ze swymi błyszczącymi rurami, polerowaną kością słoniową i lśniącym mahoniem organy jako żywo przypominały gigantyczny zegar z kukułką z jakiegoś koszmarnego snu.
A teraz kolejne świętokradztwo: do mych uszu dotarły ostre, donośne głosy, których źródła nie dało się umiejscowić w tej plątaninie ech. Kiedy wszedłem na stopnie prowadzące do prezbiterium, zauważyłem światła w najodleglejszym rogu. Rozległy się dalsze okrzyki, a potem dźwięczny brzęk łopat o kamień, a potężny gmach przyjmował to wszystko i powoli wchłaniał w siebie, tak jak przez niemal osiemset lat przyjmował radości i troski wiernych. Skręciwszy za róg stalli, zobaczyłem trzech ludzi zajętych pracą - a raczej dwóch pracowało, trzeci zaś nimi dyrygował. Ich oddech był widoczny w świetle dwóch lamp, jedna stała na podłodze, a druga, nieco obrazoburczo, na grobowcu biskupa.
Robotnicy, którzy zerwali sporo wielkich płyt posadzki, byli młodzi i ogoleni, starszy od nich majster miał zaś wygląd pirata, do czego przyczyniała się wielka czarna broda i gniewny, zawadiacki sposób bycia. Bardziej zaintrygował mnie jednak wysoki starzec w czarnej sutannie, który stał z boku i obserwował. Miał nie mniej niż siedemdziesiąt lat, a niewykluczone, że urodził się jeszcze w poprzednim stuleciu. Pod oczami wisiały mu wielkie worki, policzki były zapadnięte i pobrużdżone, przez co wyglądał jak człowiek, któremu wyrządzono ogromną krzywdę i który spędził całe dziesięciolecia na jej rozpamiętywaniu. Jego pokaźny wzrost i gładka, łysa czaszka kazały podejrzewać w nim jakiś zbudzony do życia - o ile to nie za mocno powiedziane - katedralny posąg. Usta, niemal idealnie poziome, miał ściągnięte w wyrazie dezaprobaty.
Podszedłem do niego i spytałem:
- Bylibyście łaskawi mi powiedzieć, co oni robią?
- Nic dobrego - odparł, pokręciwszy głową.
- Jesteście kościelnym?
- Pierwszym kościelnym, i to od dwudziestu pięciu lat - odparł z melancholijną dumą, prężąc się na całą wysokość. - A przede mną mój ojciec i dziadek. I wszyscy trzej za młodu śpiewaliśmy w chórze.
- Doprawdy? Cóż za niezwykła dynastia! A następne pokolenie?
Spochmurniał na twarzy.
- Mój syn nie chce o tym słyszeć. To takie smutne, kiedy własne dziecko odwraca się od tego, czemu człowiek poświęcił życie. Pan mnie rozumie, proszę pana?
- Potrafię sobie wyobrazić, choć sam nie mam dzieci.
- O, to zasmucające - powiedział z przejęciem. - Pan wybaczy, że się ośmielam, ale to musi być wielka zgryzota dla pana i pańskiej małżonki.
- Żony też nie mam. Kiedyś miałem, powiedzmy, że…
Urwałem.
- To też przykre. Mnie już dużo na tym świecie nie zostało, proszę pana, ale to dla mnie wielka pociecha wiedzieć, że zostawię po sobie troje pięknych wnuków. Troje wnuków i dwanaścioro prawnuków.
- To rzeczywiście powód do radości. A teraz bylibyście łaskawi mi powiedzieć, co robią ci ludzie? Pracujecie tutaj od tak dawna, że musicie dobrze znać tę katedrę.
- Znam tu każdy najmniejszy kątek, proszę pana. I boli mnie, gdy widzę, jak ją rozpruwają.
- Dlaczego to robią?
- Chodzi o te przeklęte organy. Zbudowali nową szafę w nawie poprzecznej. Na pewno pan zauważył, że to okropieństwo bardziej od czego innego przypomina lokomotywę. A teraz kładą rury powietrzne.
- Nie zamierzają chyba zerwać płyt na całej tej długości? - spytałem, pokazując ruchem dłoni.
- Właśnie że tak! Nie wiedzą, do czego mogą się dogrzebać. I nic ich to nie obchodzi.
- Ale co im się nie podoba w starym prospekcie? O ile sobie przypominam, jest to bardzo piękny instrument z początku XVII wieku.
- Otóż to, proszę pana. Ale to za mało dla Jego Ekscelencji, który ma na nich grać - a wychodzi na to, że on jest ważniejszy od tych maluczkich, co słuchają. Albo od tych, co każdego Bożego dnia będą musieli patrzeć na tę babilońską potworność.
- Mówicie o organiście?
Puścił moje pytanie mimo uszu:
- Bo widzi pan, niektórzy kanonicy chcieli mieć wielkie, ryczące organy, które stałyby na widoku, żeby bardziej zachęcić wiernych do śpiewania. Inni pragnęli zachować stare, bo tak dobrze współbrzmiały z chórem i nie zagłuszały głosów tak jak te.
- Takie dysputy pomiędzy rytualistami i ewangelikałami podzieliły kapituły w całym kraju.
- Święta prawda, proszę pana. Za moich czasów się tego nie widziało. Wtedy człowiek był albo dobrym chrześcijaninem i chodził do katedry, albo schizmatykiem czy papistą, i kropka. Teraz wszyscy chodzą do jednego kościoła i wykłócają się o szaty liturgiczne, o świece, o kadzidło, o procesje. Na mój rozum to wszystko szopka i chuligaństwo, a nie uczciwy sposób oddawania czci Wszechmogącemu.
- Ale w tej sprawie ostatnie słowo mają kanonicy Kościoła Niskiego*?
- Ano, bo patrzy na to, że on ma ich wszystkich w kieszeni. Więc ile by to nie kosztowało, ile by szkód nie narobiło, on musi mieć takie organy, jakie chce.
Sądziłem, że dalej mówi o organiście.
- Czy inni kanonicy nie sprzeciwili się?
- Doktor Locard próbował, ale siła złego na jednego. Tak samo jak w tej historii ze szkołą.
Wiedziałem, kto to jest doktor Locard.
- A co się dzieje ze szkołą? - spytałem.
Pomyślałem, że może placówka ta przeżywa kłopoty, które odbijają się na życiu Austina, i że to pomoże mi zrozumieć, skąd to nieoczekiwane zaproszenie. Zawsze był porywczy, folgował swoim zachciankom i nie troszczył się o przyszłość; tak jak dawniej mógł sobie przez to napytać biedy.
Stary kościelny chyba zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo, i mruknął:
- To się zdecyduje na następnym zebraniu kapituły. Więcej nie wiem.
- Kiedy odbędzie się następne zebranie? Kanonicy powinni rozważyć wstrzymanie tych prac.
- We czwartek rano.
- Ale to będzie za późno!
Odwróciłem się, zszedłem po schodach i przeciąwszy prezbiterium, zbliżyłem się do pracujących mężczyzn.
- Pan jest majstrem? - spytałem brodatego.
Spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tak.
Robotnicy przerwali pracę i nastawili uszu.
- Dobry człowieku, nie możecie puszczać tędy rur.
- Że niby nie mogę? Co pan powie!
Jego ton zupełnie mi się nie spodobał.
- Możecie spowodować poważne szkody.
- Robię, co mi każą.
- Posłuchajcie, pozwólcie mi…
- Przyjmuję polecenia od pana Bulmera i doktora Sistersona, od nikogo innego - uciął.
Dał znak swoim ludziom, żeby wrócili do pracy. Wymienili ubawione uśmiechy i jeden z nich znowu zamachnął się kilofem.
Wróciłem do kościelnego.
- Skoro już muszą to zrobić, to powinni poprowadzić rury drugą stroną, tam wyrządzą mniej szkód.
- Ma pan rację. Ale skąd pan to wie, proszę pana? Z całym szacunkiem, ale nie przypominam sobie, abym pana kiedyś tu widział.
- Jestem tu pierwszy raz. Lecz studiowałem konstrukcję katedr i wiele o tej czytałem.
- Którędy pana zdaniem powinni puścić rury, proszę pana?
- Nie jestem pewien. Czy mógłbym pójść na starą emporę organową? Stamtąd mógłbym to lepiej ocenić.
- Ależ jak najbardziej, proszę pana.
- Nie będzie to dla was kłopot? Jeszcze nie zamykacie?
- Żaden kłopot, proszę pana. Zazwyczaj zamykamy po nieszporach, lecz dzisiaj - i jutro też - będą pracowali do ósmej albo dziewiątej i ja muszę zostać, aby zamknąć za nimi drzwi transeptu. Zawsze zamyka się je na końcu.
- Dlaczego pracują do tak późna?
- Muszą skończyć do piątku. Po południu będzie uroczysta msza z poświęceniem organów, odprawiona przez samego biskupa. Dlatego chór próbował do tak późna.
Wziął latarnię z grobowca i udał się przede mną na drugą stronę prezbiterium do małych drzwi tuż za stallami chóru. Z konsternacją ujrzałem, że zdemontowano cały szereg starych dębowych panneau i niektóre zagradzały drogę.
- Nie pójdę z panem, bo reumatyzm rwie w stawach. Przeciśnie się pan koło tych desek? Zdjęli je do prac nad skrzynią organów.
- Ale wstawią je z powrotem?
- To tak, Bogu dzięki. Ale te drzwi prawie całkiem zatarasowali na dwa tygodnie.
Podał mi latarnię. Wszedłem na schody i znalazłem się na emporze organowej, skąd miałem dobry widok na prezbiterium. Z tej wysokości można było lepiej oszacować szkody, które mogły wyrządzić trwające prace. Dostrzegłem również mniej ryzykowny sposób na ich wykonanie.
Kiedy miałem już zejść na dół, ujrzałem jakąś osobę zbliżającą się do kościelnego od strony prezbiterium. Był to niskiego wzrostu młody jeszcze człowiek, na którego przedwczesnej łysinie migotało światło. Kiedy dotarłem na dół, rozmawiali, patrząc na pracujących robotników.
- To jest doktor Sisterson, zakrystian - powiedział stary kościelny.
Młody człowiek z życzliwym uśmiechem wyciągnął do mnie dłoń. Wyglądał na krańcowego domatora; odniosłem wrażenie, że jego żona umyła go i zapakowała niby cenną przesyłkę, zanim go wysłała. Przedstawiłem się, a ponieważ z racji zajmowanego stanowiska był on odpowiedzialny za budynek, wyjaśniłem, dlaczego poczynania robotników tak mnie zaniepokoiły.
- Sądzę, że ma pan rację - powiedział. - Niestety, Bulmer, architekt katedralny, wyjechał na kilka dni w pilnych sprawach rodzinnych. Ja sam miałem zastrzeżenia do sposobu prowadzenia prac i podejrzewałem, że majster opacznie zrozumiał jego polecenia. To, co pan mówi, potwierdza moje obawy.
Wskazałem mu inne rozwiązanie, które narzuciło mi się na galerii.
- Rury powinny iść tędy, tuż poniżej tego marmurowego nagrobka - powiedziałem, pokazując na piękny relief wysoko na ścianie.
Pochodził z siedemnastego stulecia i przedstawiał dwa rzędy klęczących postaci z profilu, wyrzeźbionych w bazalcie. Mężczyźni zwróceni byli twarzami do kobiet i każdy szereg ustawiono według wielkości, od dorosłych do dzieci. Dla większego efektu nagrobek wmurowano nie równo ze ścianą, lecz tak, że wystawał kilka cali.
- To jest tablica pamiątkowa, a nie nagrobek - poprawił mnie doktor Sisterson. - Ku pamięci Williama Burgoyne'a. Ma dosyć ciekawą historię. Wspominam o tym, bo właśnie wracam z przyjęcia wydanego przez mego kolegę, doktora Sheldricka, dla uczczenia publikacji pierwszej monografii tej historii… - Nagle urwał. - Najmocniej przepraszam. To pana z pewnością nie zainteresuje.
Pokręciłem głową.
- Wręcz przeciwnie. Sam jestem historykiem.
Uśmiechnął się.
- W takim razie rozumiem pańską troskę o zachowanie pomników przeszłości.
- I szanowny pan dobrze się zna na tych starych budynkach - powiedział główny kościelny.
- Jestem pewien, że lepiej niż ja, Gazzard - zarechotał doktor Sisterson.
Odstąpił do tyłu i z głową przechyloną na bok przez kilka chwil rozważał moją propozycję. Następnie podszedł do majstra i powiedział:
- Postanowiłem pójść za radą tego pana. Puścimy rury tędy.
Kiedy wyjaśniał brodaczowi szczegóły, ten rzucił mi przez ramię wrogie spojrzenie. Niemniej, gdy doktor Sisterson wszystko mu wyłuszczył, majster niechętnie wydał robotnikom nowe polecenia.
Dosyć zadowolony z siebie, opuściłem moich rozmówców, obszedłem ambit, który dorównał moim oczekiwaniom, i dotarłem na drugą stronę chóru, spotykając po drodze tylko młodego człowieka w sutannie, którego wziąłem za innego kościelnego.
Wszedłem do jednej z kaplic bocznych i ukląkłem. Jako dziecko byłem wierzący. Później uznałem się za agnostyka, a w Cambridge proklamowałem się ateistą. Nie wiem, czy naprawdę nim byłem, wiem wszakże, iż kilka lat później, w najtrudniejszym momencie mego życia, stwierdziłem, że nie potrafię się modlić. Katedra nie miała dla mnie żadnego znaczenia duchowego. Stanowiła piękny pomnik wielkiej, cudownej omyłki. Szanowałem moralistę z Galilei - czy kto tam wymyślił jego nauki - lecz nie potrafiłem uwierzyć, że był synem Boga.