Kategorie

Babski blues

  • Kod: 83-7298-512-X
  • Dostępność: Brak
  • Autor: Jong, Erica
  • Cena w naszym sklepie: 10,00 zł
    Cena detaliczna: 29,90 zł

Większość chłopców była dla mnie za słaba.
Zbyt łatwo mi się nimi manipulowało. Młoda kobieta świadoma potęgi swego seksualizmu to rzadkie zjawisko, ale zarazem istota nie do pokonania. A jeśli dodatkowo obdarzona jest finezją, talentem i szczyptą tej szalonej brawury - bo nie mogę tego nazwać pewnością siebie - którą podsyca w niej matka wariatka i ojciec alkoholik, to nic jej nie powstrzyma. Taka właśnie byłam: niezatapialna, niepokonana, niepohamowana.

W swoim przełomowym bestsellerze Strach przed lataniem Erica Jong nauczyła nas latać, w Babskim bluesie uczy nas lądować.
Leila, matka i światowej sławy artystka, jest prawdziwą kobietą swoich czasów. Dojrzewała w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy to szukała ucieczki i zapomnienia w narkotykach, romansach, markowym winie, podróżach po świecie - a nawet w małżeństwie i macierzyństwie. Teraz Leila jest obsesyjnie zakochana w znacznie młodszym od siebie mężczyźnie, który zabiera ją na wyżyny rozkoszy, lecz potem odchodzi, a ona czuje się pusta, zdradzona i bezwartościowa.
Próby uwolnienia się od erotycznego nałogu dają początek zmysłowej i duchowej odysei, która prowadzi od spotkań Alkoholików Anonimowych do brutalnego performance w ponurym nocnym klubie w East Village, od snobistycznych przyjęć w nowojorskim światku rozmaitych znakomitości, malarzy, marszandów, narkomanów i "tandetnych dzidź" do związku z antykwariuszem-milionerem. Po drodze poznaje reguły miłości i tajemnicę szczęścia.

Erica Jong jest bestsellerową autorką powieści Strach przed lataniem, Jak ocalić swoje życie, Fanny, Parachutes and Kisses i Serenissima, jak również pięciu tomików poezji, książeczki dla dzieci i kanonicznej rozprawy o czarownicach. Wraz z mężem i córką mieszka po trosze w Nowym Jorku, w Connecticut i w Vermoncie.

"Książka ważna i na czasie […], przezabawna […], Leila to najciekawsza z dotychczasowych bohaterek powieści Jong".
"Elle"

"Babski blues to odurzający koktajl seksualnej obsesji, narkomanii, alkoholizmu i autodestrukcji".
"Chicago Sun-Times"

Bestseller "New York Timesa"

"Powieść pulsująca życiem, dowcipna i szczera".
"Washington Post"

Rok wydania: 2004
Stron: 348
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 16
Tłumacz: Tomasz Bieroń

Fragment tekstu:


NOTA

Większość chłopców była dla mnie za słaba

Zbyt łatwo mi się nimi manipulowało. Młoda kobieta świadoma potęgi swego seksualizmu to rzadkie zjawisko, ale zarazem istota nie do pokonania. A jeśli dodatkowo obdarzona jest finezją, talentem i szczyptą tej szalonej brawury - bo nie mogę tego nazwać pewnością siebie - którą podsyca w niej matka wariatka i ojciec alkoholik, to nic jej nie powstrzyma. Taka właśnie byłam: niezatapialna, niepokonana, niepohamowana.


Dedykuję niemożliwemu "jemu",  który mieszka we mnie oraz M.N.B., z miłością

Szczególne podziękowania kieruję do Eda Victora, Gladys Justin Carr, Williama Shinkera, Margaret Kiley, Kena i Barbary Follett, Shirley Knight, Gerri Karetsky i Georgesa Belmonta, którzy pomogli mi bardziej, niż tego wymagał obowiązek i przyjaźń. Uściski dla Molly Jong-Fast, najwspanialszej córki na świecie, i dla Kena Burrowsa, mojego ukochanego męża, który zjawił się w moim życiu tuż po tym, jak przestałam wierzyć w ukochanych mężów.

 


Rzuć serce przed siebie i biegnij je złapać.
Przysłowie arabskie

Zamierzam wytyczyć dla siebie własne terytorium, niewielkie, ale moje. Z braku innej nazwy mianuję je - pro tem - Krainą Kopulacji.
Henry Miller

Miłość nie ma słów, które ją definiują, tak jak nie ma początku ani końca.
Maksyma Anonimowych Alkoholików

Blues to samo życie.
Willie Dixon

 

 

 

PRZEDMOWA

Okoliczności, w których przyszło mi redagować ten przedziwny rękopis, jak również te, które kazały Isadorze Wing go stworzyć, dostarczają materii dwóm nietuzinkowym historiom zawartym na tych stronicach. Waham się z nazwaniem niniejszej książki "powieścią" lub "autobiografią", ponieważ niezwykły geniusz Isadory Wing sprawił, że zatarły się granice między tymi gatunkami. Podczas redagowania Babskiego bluesa, rękopisu z konieczności fragmentarycznego i niedoskonałego, musiałam się zmierzyć z dodatkowym problemem, a mianowicie takim, że sama autorka odeszła wraz z nie dokończonym dziełem, zostawiając na marginesach brulionu zapisy sporów z samą sobą i ze swoją protagonistką. Pozwoliłam sobie umieścić te notatki (kursywą) w książce - tam, gdzie w mojej ocenie chciała je widzieć Isadora Wing. Mamy zatem jedyny w swoim rodzaju zapis autorki spierającej się ze swoim tworem, ba, krzyczącej na niego - ten twórczy dialog z pewnością toczy się w głowach wszystkich powieściopisarzy, lecz w większości przypadków nie jest nam dane być tego świadkami.
Kiedy Isadora Wing napisała Babski blues?
Wskazówki zawarte w tekście każą podejrzewać, że tekst powstał pod koniec lat osiemdziesiątych, na zamknięcie dekady zachłanności i skrajności zwanej epoką Reagana. Fakt ten harmonizowałby z kolei z tym, co wiemy na temat życia Isadory Wing: prawie zawsze pisała swoje "powieści" w odpowiedzi na dramatyczne wydarzenia ze swojego życia osobistego, a w drugiej połowie lat osiemdziesiątych usiłowała wyleczyć się z obsesji na punkcie znacznie młodszego od siebie mężczyzny, niejakiego Berkeleya Sproula III, przystojnego dziedzica fortuny anglosaskiego rodu z tradycjami, nieszczęśliwie uzależnionego od narkotyków i alkoholu.
Pierwszy rozdział "powieści" należy do najbardziej niezwykłych fragmentów literackich, jakie w życiu czytałam. Jego bezbronna nagość ociera się o literacką counterphobia*. Gdyby Isadora Wing żyła, to nie jestem pewna, czy życzyłaby sobie publikacji książki, w której tak całkowicie się obnaża. Wydaje się, że zdawała sobie z tego sprawę, ponieważ na marginesie ostatniej strony rozdziału pierwszego skierowała do swojej asystentki i amanuensis następujące słowa:

"Proszę, sprawdź na komputerze, ile razy użyłam w tym rozdziale słowa "fiut". Czuję się tak, jakbym tonęła w owłosieniu łonowym. Jeśli on jeszcze raz ją tryknie, to zacznę krzyczeć!"

Należy się chyba jeszcze jedno słowo wyjaśnienia, zanim Czytelnik da nura w śródmaciczny krajobraz Babskiego bluesa.
Niniejsza tak zwana powieść nie jest przeznaczona dla osób pruderyjnych i nadwrażliwych. Krwawi i pulsuje żywym mięsem w stopniu, który zbulwersuje nawet najbardziej zatwardziałego libertyna. Sądzę jednak, że warto ją opublikować - choćby tylko dla pokazania, jaką ślepą uliczką stała się tak zwana rewolucja seksualna i do jak wielkiej rozpaczy doprowadziła tak zwane kobiety wyzwolone w ostatnich kilku latach naszej dekadenckiej epoki.
Babski blues to baśń na miarę naszych czasów: historia kobiety pogrążonej w otchłani skrajnej przesady - seksoholiczki, alkoholiczki, bulimiczki. Isadora Wing była w trakcie pisania swojej "powieści", kiedy wynajęty przez nią samolot - de Havilland Boberek (nazwa ta musiała w niej wzbudzić śmiech) - zaginął nad południowym Pacyfikiem w pobliżu Wysp Trobrianda. (Jej ostatnia rozpaczliwa próba osiągnięcia wewnętrznej siły - przełamania strachu przed lataniem i wyprawienia się na południowy Pacyfik w poszukiwaniu utopii - wygląda jak zabawa w Gauguina, w sytuacji gdy zabawa w Emmę Goldman nie wypaliła). Do czasu powstania niniejszej przedmowy wrak samolotu nie został znaleziony.
Przez kilka lat pani Wing brała lekcje pilotażu. Licencję uzyskała w 1987 roku i uwielbiała latać swoim prywatnym samolotem, marki Bellanca, po niebie ojczystego stanu Connecticut.
Samolot ten - pełnokrwisty jednosilnikowiec, który "szybko startuje i krótko ląduje", wedle słów pani Wing - ochrzciła imieniem "Amazon I", co w moim przekonaniu miało świadomie ironiczne zabarwienie. Podobnie jak wszyscy poeci, lubiła nadawać imiona przedmiotom nieożywionym i swego czasu jeździła mercedesem z wypisanym na tablicy rejestracyjnej słowem "QUIM"1.
W tym ostatnim, tragicznym locie pani Wing towarzyszył czwarty mąż, wybitny dyrygent i kompozytor Sebastian Wanderlust, od piętnastu lat jej przyjaciel, którego niedawno poślubiła. Nie wiadomo, które z nich siedziało za sterami, lecz materiał dowodowy zawarty w jej pokaźnych dziennikach wskazuje, że ona. Przeżyła ją jedenastoletnia córka Amanda Ace, dwaj przyrodni synowie, trzy siostry, wiekowi (ale mimo przygniatającego bólu żałoby młodzi duchem) rodzice oraz ośmioro siostrzeńców i siostrzenic.
Z uwagi na nieletniość córki pani Wing pełnomocnicy jej majątku najzupełniej słusznie poszukali feministycznej uczonej o uznanym autorytecie, aby zredagowała i przygotowała do druku ostatnie dzieła zaginionej, jej "literackie szczątki", by się tak wyrazić. To smutne, lecz pasjonujące zadanie przypadło w udziale mnie.
Wielkie wrażenie wywarł na mnie pierwszy tomik wierszy pani Wing, Waginalne kwiaty, w którym od razu rozpoznałam nowy głos w kobiecej poezji, antidotum na posępne, tanatyczne wersety Sylvii Plath i Anne Sexton - oto poetka, która z werwą i joie de vivre podkreśla i celebruje swoją kobiecość. Pierwsza powieść pani Wing, Wyznanie Kandydy - skandalizujące dzieło, które zapewniło autorce sławę - jeszcze się wtedy nie ukazała, a sama pani Wing wykładała literaturę angielską na Uniwersytecie Nowojorskim. Spotykałyśmy się jako akademiczki, feministki, rówieśniczki, obie zaangażowane w walkę o równość płci, obie byłyśmy również, jeśli wolno mi tak powiedzieć, duchowymi siostrami Shakespeare'a. Zapamiętałam ją z tego czasu jako ciepłą, fascynującą blondynkę pod trzydziestkę, pełną bezlitosnej autoironii, swoistego wisielczego humoru wyrzutka społecznego, ze skłonnością do inkrustowania swoich wypowiedzi jidyszyzmami, wulgaryzmami i aluzjami literackimi. Natychmiast znalazłam się pod jej urokiem. Ale pamiętam również wielki smutek w jej oczach oraz kruchość psychiczną, która zaniepokoiła mnie i zaskoczyła.
Nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś tak bezbronnego, poza poetką Anne Sexton (kolejną naszą duchową powinowatą i w tamtym okresie gwiazdą, ku której kierowały się nasze aspiracje), a ponadto nie umiałam pogodzić zuchwałości pisarstwa pani Wing z delikatnością jej psychiki. Tak jakby dwie połówki jej osobowości jeszcze nie stopiły się ze sobą. Do dzisiaj trudno mi jest skojarzyć mimozowatą młodą pisarkę poznaną w 1973 roku ze światową kobietą, która siadała za sterami prywatnego samolotu, nie mogła się doliczyć swych kochanków i żyła równie ostro, jak pisała, przysposabiając Hemingwayowski ideał powieściopisarza dla płci żeńskiej.
Pani Wing i ja spotykałyśmy się nieczęsto, lecz przez cały czas korespondowałyśmy ze sobą, choć także nieregularnie. Po tragicznym zaginięciu pani Wing jej przyrodni syn Charles Wanderlust, wybitny znawca literatury angielskiej (specjalista od poezji preromantycznej), oraz siostra Chloe, nowojorska psychoterapeutka, poprosili mnie, żebym spróbowała ogarnąć stosy papierów zaściełające biurko pani Wing w Connecticut.
Wydaje się, że rodzina pani Wing nie ingerowała w jej spuściznę literacką, aczkolwiek jeden z byłych mężów zagroził procesem, gdyby któreś fragmenty nowej książki dotyczyły jego osoby. Na szczęście do tego nie doszło, ponieważ nazwisko tego człowieka prawie nie występuje nawet w dziennikach Isadory Wing, która nigdy nie oglądała się za siebie. Jedyne zjawy z przeszłości, które ją zajmowały, to duch dziadka Samuela Stoloffa, malarza, duch Colette, z którą poczuwała się do bliskiego pokrewieństwa duchowego, oraz duch lotniczki Amelii Earhart, której los wkrótce miała podzielić.
Wiedząc o skłonności autorki do zabierania ze sobą wszystkich manuskryptów i brulionów w nie kończące się podróże, miałam obawy, że nie znajdę nic ciekawego - że manuskrypty i bruliony poszły razem z nią na dno południowego Pacyfiku. Tymczasem znalazłam nie wygładzony i nie dokończony szkic jej ostatniej "powieści", Babski blues; kilkanaście zeszytów w marmurkowych okładkach, zawierających notatki weneckie z końca lat siedemdziesiątych, kiedy to pisała Córkę Tintoretta; skoroszyt z nowymi, niepublikowanymi wierszami, roboczo zatytułowanymi Kołysanka dla dybuka; stos niepublikowanych esejów (w tym wielu wcześniej mi nie znanych); kolejny skoroszyt z fragmentami manuskryptu zatytułowanego Praktyczny podręcznik amazonki, autorstwa Isadory Wing i Emily Quinn; teczki korespondencji literackiej z rozmaitymi autorami z całego świata; listy miłosne od zaskakująco szerokiej gamy mężczyzn i kobiet; sterty książek o sztuce i antropologii; wycinki prasowe dotyczące kobiet artystek itd. Szczególnie interesujący jest poniższy wyimek z jej notatników, datowany na październik 1987 roku, a zatem powstały w tym samym okresie, co niektóre fragmenty wstępnego szkicu Babskiego bluesa:
Od jakiegoś czasu mam ochotę napisać powieść, która zawierałaby w sobie całe tworzywo z okresu jej powstawania i która samą swoją formą czy brakiem formy ilustrowałaby proces pisania książki - zwłaszcza spory autorki ze sobą lub z bohaterką na marginesach manuskryptu. Tym, co chciałabym pokazać, jest courrant tworzenia, aby można było poczuć, jak życie walczy ze sztuką i vice versa - chaos i zamieszanie związane z wywlekaniem powieści z samej siebie.
Zawsze frapowało mnie motto Prousta (zawłaszczone przez Colette): Ce "je" qui est moi et qui n'est peut-ętre moi ("To "ja", które jest mną, a może jednak nie jest mną"). Każdy powieściopisarz zmaga się z tym paradoksem, znamy bowiem nie tylko naszego protagonistę, ale również każdą postać w każdej książce składającej się na tę tajemniczą mozaikę, którą nazywamy naszym "ja".

W odpowiedzi na tę deklarację i na inne sugestie zawarte w dziennikach i listach (w tym także uwagi do samej siebie nabazgrane na wstępnym, nie dokończonym szkicu, wskazujące, gdzie marginesowy materiał powinien być zamieszczony), pozwoliłam sobie odtworzyć ostatni manuskrypt pani Wing w takim kształcie, w jakim ona bez wątpienia chętnie by go zobaczyła.
A zatem Babski blues, konwencjonalna powieść z kluczem o artystce nazwiskiem Leila Sand (która na początku książki walczy z alkoholizmem tudzież z sadomasochistyczną obsesją na punkcie znacznie młodszego od siebie mężczyzny), punktowana jest wtrętami, w których Isadora Wing spiera się z Leilą Sand (autorka spiera się ze swoją protagonistką - słowem, z samą sobą), dając pewne wyobrażenie o życiu, które płynęło nurtem równoległym do nurtu powieści.
Podobnie jak wiele współczesnych kobiet, pani Wing najwyraźniej uważała, że tajemnicy szczęścia nie należy szukać w mirażu "idealnego mężczyzny", lecz w odkryciu siły we własnym wnętrzu. Znalazłszy tę siłę, kobieta może być szczęśliwa z partnerem lub bez niego. To tropienie wewnętrznego szczęścia stanowi wątek przewodni Babskiego bluesa. Tematem jest poszukiwanie drogi, która pozwoliłaby uciec od wpędzającej w uzależnienie miłości, a zbliżyć się do prawdziwej miłości własnej, której nie należy mylić z narcyzmem. Nie ma w tym nic zaskakującego, ponieważ pisarz z natury rzeczy "włącza w pisaną w danym momencie książkę wszystkie konflikty, które usiłuje w tym czasie rozwiązać" (Isadora Wing, w wywiadzie udzielonym w 1987 roku).
Mam nadzieję, że z niniejszej przedmowy jasno wynika moje głębokie zainteresowanie feministyczną historią literatury, podziw dla nieżyjącej pani Wing oraz moje długie i mozolne przygotowania do ciężkiego zadania, które spoczywało na mnie jako redaktorce, oficjalnej biografistce i wykonawczyni literackiej ostatniej woli tak feminalnej - by posłużyć się "wingizmem" - pisarki naszych czasów.
Wzięłam na siebie zadanie poprawienia rażących solecyzmów i adiustacji tekstu, jak również zmiany nazwisk i opisów postaci, aby zadowolić radców prawnych wydawcy i adwokatów spadkobierców Isadory Wing.
Jeżeli wbrew moim wysiłkom, które miały uczynić zadość wymogom przyzwoitości, nie kastrując (a może powinnam tutaj mówić o unieszkodliwieniu żeńskiego narządu płciowego?) przy tym literatury, dzieło pani Wing wciąż wydaje się zbyt rabelaisowskie jak na gust nadwrażliwców, to chciałabym zwrócić uwagę, że pełne wykorzystanie erotycznych mocy ciała i umysłu było nie tylko wybranym przez nią sposobem na życie, ale również jej przesłaniem dla świata. Wierzyła w jedność ciała i ducha, i przypuszczalnie pocieszająca byłaby dla niej wiadomość, że straciła je w tym samym momencie. Gdziekolwiek jesteś, Isadoro Wing, szybuj coraz wyżej i dalej!

Dr CARYL FLEISHMANN-STANGER
Szef katedry literatury angielskiej
Sophia College
Paugussett, Connecticut

 


1
Cukier w mojej filiżance

I need a little sugar in my bowl,
I need a little hot-dog between my roll.
J.C. Johnson

Jestem kobietą w sidłach obsesji. Siedzę przy telefonie (który być może jest zepsuty) i czekam, aż on zadzwoni. Nasłuchuję za jego motocyklem pryskającym spod kół kamyczkami na krętym podjeździe. Wyobrażam sobie jego ciało, jego kpiące usta na moich, jego wygiętego fiuta, i między pożądaniem a walką z pożądaniem została ze mnie ruina. Nie wiem, co jest gorsze - pożądanie czy antypożądanie. Jedno i drugie prowadzi mnie do zguby; jedno i drugie spala mnie na popiół. Nawet naziści nie wymyśliliby bardziej diabolicznego krematorium. To jest moje autodafe, moja obsesja, mój narkotyk.
Znajomi przychodzą i nalegają, żebym z nim zerwała, faszerują mnie dziesiątkami argumentów, z którymi się zgadzam. Nic to nie daje. To, co czuję, nie jest podatne na racjonalne argumenty. Starszy niż bożek Pan i mroczne bóstwa, które czają się w cieniu za jego plecami, ogień, który we mnie płonie, jest w istocie prawieczną siłą napędzającą wszechświat. Jak wyjaśnić, że postanowiłam ulokować tę siłę w blondwłosym chłopcu-mężczyźnie, który wlewa mi do ucha kłamstwa, jednocześnie wlewając nasienie w ten inny otwór? Kto uwierzy w taki nałóg, taką obsesję, taką degradację, a nawet w taką miłość? Tylko ktoś, kto poczuł w sobie ten żar. Tylko ktoś, kto spłonął w tym ogniu, tylko osoba, której skóra skwierczała jak skóra średniowiecznych męczenników.
Ogień ten jest jednak luksusem, większości kobiet nie znanym. Mnie zresztą też. Na jawie jestem kobietą sukcesu (czy w tym momencie ma znaczenie, co robię?), znaną z nieustępliwości w interesach, wnikliwego czytania umów i talentu negocjacyjnego. Wszystko, co wiem na temat życia w tamtej sferze, tutaj jest mi zupełnie nieprzydatne. Można nawet powiedzieć, że zwiększa moją bezbronność. Bo im jestem twardsza w gabinecie prawnika, tym bardziej pragnę być miękka tutaj, gdzie spopiela mnie sama myśl o jego fiucie.
Porozmawiajmy o tym narządzie. Jest szponowaty i demoniczny, istny bosak. Wygina się tam, gdzie powinien być prosty, a w stanie spoczynku osuwa się na bok, w lewo. Gdyby jego właściciel miał poglądy polityczne, kierowałyby się w przeciwną stronę. Jest on bowiem typem faszysty, brutala kopiącego w twarz. Wszyscy mężczyźni, z którymi warto pójść do łóżka, mają w sobie coś z bestii. Każdy mit nam to mówi: bożek Pan z nogami zwierzęcia i ustami człowieka; Bestia, dla której Piękna odeszła od ojca; Diabeł we własnej osobie, z dzikimi czarownicami - bachantkami z Salem - swawolącymi wokół jego pomarszczonego odbytu. I całującymi go. Atrakcyjność tego aktu częściowo wiąże się z degradacją, z faktem, że jesteśmy stworzeniami, które rodzą się pomiędzy moczem a kałem, i w najmroczniejszych chwilach przypominamy sobie ten dylemat.
Gdyby postawiono przede mną dwudziestu mężczyzn ze wzwiedzionymi członkami i w workach na głowach oraz torsach, poznałabym mojego ukochanego (czy mogę go tak nazwać?) po ugięciu fiuta. Wściekły i czerwony w erekcji, obrzezany (nie ze względów religijnych, po prostu w czasach, w których się urodził, taka była moda), zakrzywiony jak bumerang, który zawsze powraca do swego właściciela, czy jest piękny tylko dlatego, że mnie opuszcza? Czy jestem jego niewolnicą tylko dlatego, że mogę mieć go dla siebie jedynie przez krótką chwilę? Czy kochałabym go mniej, gdybym miała go cały czas pod ręką?
Absolutnie mi to nie grozi. Kocham mężczyznę, który wiecznie ucieka. Ledwo nazwie mnie swoją czarownicą, swoją bachantką, swoją panią, swoją miłością, a już musi zmykać.
Och, myślę, że to wspólna cecha wszystkich mężczyzn, nawet jeśli przybiera rozmaite formy. Tęsknota za powrotem do macicy, za byciem pochłoniętym, całkowicie biernym między ogromnymi piersiami bogini matki, jest tak silna, że jak tylko poczują, iż kapitulują przed naszą prawieczną mocą, muszą uciekać. Stąd wojna płci: kobieta chce, żeby on stale przebywał bezpieczny między jej nogami, mężczyzna, z obawy, że zechce tam zostać na zawsze, zwiewa.
Nie ma znaczenia, dokąd ucieka. Wojna, biuro, golf, kopalnie soli, tenis, przestrzeń kosmiczna, nurkowanie podmorskie, koszykówka, Las Vegas, inna kobieta - wszystko ta sama ucieczka.
Mężczyzna, którego kocham, założył w moim garażu muzeum machismo. Piła łańcuchowa. Gruszka bokserska. Motocykl. Hantle i sztangi. Kocham go po trosze za to, że nie potrafię poskromić mieszkającego w nim dzikiego stworzenia. Stosunki pomiędzy płciami trawi bowiem inny paradoks: chcemy zabić to, co kochamy w drugiej osobie.
Mój ukochany jest oszustem, naciągaczem, erotomanem, narkomanem, artystą, genialnym tancerzem, dandysem. Nie ma stałego adresu. Czasem podaje numer skrzynki pocztowej, czasem biura zleceń, czasem numer telefonu, którego nikt nie odbiera, czasem zmyślony adres. Raz słyszałam, jak mówi swojej matce, żeby napisała do niego do Paryża na adres hotelu Charles de Gaulle.
- Przecież doskonale wiesz - zaoponowałam - że w Paryżu nie ma hotelu Charles de Gaulle, tylko lotnisko Charles de Gaulle. Jak możesz tak okłamywać rodzoną matkę?
- Gdybyś znała moją matkę tak dobrze jak ja, to byś wiedziała, że zrobiłem to w obronie własnej. Nie miałem wyboru.
"Gdybyś znała moją matkę tak dobrze jak ja" i "w obronie własnej". To są kluczowe słowa. Jest bowiem przekonany (pewnością małego chłopca), że gdziekolwiek byśmy byli, to kiedy zaczniemy się grzmocić jak dzicy, jego matka nas znajdzie i wejdzie prosto przez ścianę naszego buduaru niby wampir w filmie z lat czterdziestych. Wiem zatem, że ucieka przed matką, kiedy ucieka ode mnie - mój wagabunda, mój czarodziej, mój erotoman, mój oszust, mój kowboj, mój naciągacz, mój kłamliwy ukochany. Ale wiem również, że kiedy wraca, jest równie lojalny, wierny, uczciwy, wytrwały i prawdomówny jak mały skaut, który także w nim mieszka. Oddałby życie za mnie i za moje bliźniaczki. Poszedłby za mną w ogień i popłynął przez morze kry. Wykarczowałby dżunglę gołymi rękami, odgryzłby łby jadowitym wężom, obdarłby ze skóry smoki i jeżozwierze. Słowem, jest moim mężczyzną, a ja jestem uzależniona od nektaru, który on warzy w swoich jądrach.
Ponieważ nie potrafi być dobrym człowiekiem, miałabym łatwiejsze życie, gdyby był z gruntu zły, wtedy przynajmniej mogłabym go nienawidzić. Ale jak mogę go nienawidzić, skoro to jego "zło" sprawia, że jest bardzo dobry tam, gdzie to ma znaczenie - w łóżku?
Przyjeżdża zakuty w kask jak Darth Vader. Spodnie z czarnej skóry, czarna skórzana kurtka, buty z czarnej skóry strusia z kolcami na czubkach. Na piętach prawdziwe ostrogi. Srebrne ostrogi. Błyszczące. Bierze mnie w ramiona, przytula przez chwilę, przyciska moje ciepłe ciało do schłodzonej przez wiatr gładkości czarnej skóry. Od chwili, gdy słyszę pryskające spod kół kamyczki podjazdu i wycie silnika jego motocykla, mój silnik też zaczyna ryczeć na wysokich obrotach. Serce tłucze mi się w piersiach, rozprzestrzenia się po całym ciele jak dźwięk tam-tamów w dżungli, wzbudza dźwięczne echo w tym drugim sercu między udami, nawilżając czerwone jedwabne majtki, które włożyłam specjalnie na tę okazję. (Kupiłam je w Londynie, gdzie "świński weekend" wciąż cieszy się społecznym szacunkiem, a potrzebne doń akcesoria są odpowiednio odważniejsze niż w Ameryce).
Kto potrafi opisać chuć, kiedy jest taka gorąca, taka wzburzona, taka władcza? Wymyka się słowom. Chyba tylko muzyka potrafi oddać siłę fali, która ją niesie, jej pulsujący żar. Namalowałam kiedyś obraz chuci (sprawa się rypła, teraz już wiecie, czym się zajmuję). Płótno było okrągłe, z płonącym oranżem na środku i wibrującymi ku niemu falami czerwieni i żółcieni. (Znajdowałam się w swojej tak zwanej fazie abstrakcyjnej, która nastąpiła po tak zwanej fazie figuratywnej i poprzedziła tak zwaną fazę postmodernistycznych fotosów). Te fale czerwieni i żółcieni - futurystyczna kontuzja - odczuwam teraz fizycznie w sobie, kiedy jego dłonie przebiegają po moich pośladkach, wciskają się między moje uda i rozsuwają szczelinę w jedwabnych majtkach. A ja zmieniam stan skupienia na płynny.
Ciąg dalszy każdy zna, łącznie ze mną, tyle że w tym momencie jestem oszalała z pożądania. Padamy na podłogę w przedpokoju (szerokie dębowe klepki, dywanik z frędzlami, kilka kłaków kurzu ściga się nawzajem, jakby były mierzwą unoszącą się za naszymi galopującymi w dzikim pędzie końmi) i tam na parkiecie tworzymy potwora z dwoma tułowiami, w splątaniu czarnej skóry i jedwabiu; ubrania są ściągnięte tylko na tyle, aby odsłonić części ciała zdolne do złączenia się ze sobą.
W takim stanie - oboje ubrani, on w kasku i okryty skórą kozła, pod którego znakiem kopulujemy - szczytujemy burzliwie po raz pierwszy. Ta uwertura tylko podgrzewa naszą krew przed pierwszym aktem, i teraz zaczynamy obalać bariery jedwabiu, epidermy i metalu (moje majtki, jego czarna skóra, jego kask). Wkrótce leżymy nadzy na deskach siedemnastowiecznej podłogi, otoczeni chaosem ubrań - jedynych świadków naszych poczynań.
- Moja czarownico - szepcze.
- Mój diable, mój czarnoksiężniku, mój ukochany…
Znowu jest we mnie, znowu twardy, wygięty dyszel jego fiuta harmonizuje ze skrzywionym pożądaniem, które we mnie kipi, koniuszek jego żołędzi trafia w tkwiące we mnie głęboko miejsce, które strzyka czarodziejskim płynem, czystym nektarem wszechświata.
Mam kontynuować? Jak dwoje ludzi może się tak kochać, a potem się rozdzielić? Powinni pozostać na zawsze złączeni, zjednoczeni pod uśmiechniętym szyderczo księżycem, który oświetla ich niebieskawe ciała, odziane w niebo. Do paradoksów tego rodzaju seksu należy jednak fakt, że sprzyja mu dystans. Kochankowie, którzy tak się kochają, nie powinni mieszkać razem, bo z ich obcowania zniknie magia. Tylko za taką cenę mogą mieszkać razem na tyle długo, aby ugotować owsiankę, pomalować dom, zasiać warzywa albo nowego człowieka.

Darth i ja mieszkaliśmy kiedyś razem. (Darth niewiele odbiega od jego prawdziwego imienia: Darton, po jakimś odległym przodku czarnoksiężniku). Nigdy go tak nie nazywałam. Mówiłam na niego Dart, Strzała, co doskonale do niego pasowało, bo myślał swoim fiutem i ciągle gdzieś latał. Ach, kiedy byłam młodsza, często się nabijałam z męskich hormonów i ich wpływu na zachowania mężczyzn. Uważałam kiedyś, że mężczyźni powinni spróbować trochę się upodobnić do kobiet (które miałam wtedy za bardziej racjonalne), ale teraz mam czterdzieści cztery lata i wiem, że ród męski czerpie swoją chwałę z odmienności w stosunku do kobiet - choć oczywiście doprowadza nas to do furii, zgodnie z zamysłem natury, ponieważ furia jest jednym z aspektów niepohamowanej żądzy zespolenia się.
Poznałam go w Wyoming, na ranczu-hotelu dla nostalgicznych obywateli (należącym do branży agroturystycznej, ale, jak się okazało, wykazującym także związki z seksturystyką). Ja byłam nostalgiczną obywatelką, a on kowbojem. A raczej niby-kowbojem. W rzeczywistości był zapóźnionym uczniem szkoły pomaturalnej na Wschodnim Wybrzeżu, który spędzał wakacje, udając kowboja, ale ja o tym nie wiedziałam. Na olbrzymim, ozdobionym polnymi kwiatami zielonym kobiercu przecinanym przez Snake River, u stóp Grand Tetons (czyli Wielkich Cyców, jak odważnie nazwali te góry Francuzi), wyglądał równie autentycznie jak każdy kowboj ujeżdżający swego rumaka. A w każdym razie wyglądał autentycznie w oczach tej kowbojki z przepastnych kanionów Nowego Jorku, która chciała, żeby ujeżdżał ją.
Przyjechałam w ten najpiękniejszy zakątek świata (Moose, Wyoming), gdzie łosie zrzucają rogi, aby zrzucić z siebie stary romans. On był namiętnym dwudziestopięciolatkiem, a ja jeszcze bardziej namiętną trzydziestodziewięciolatką, kłusującą na starej chabecie po polach castillei, łubinu i rudbekii owłosionej. Spojrzałam na niego - ciemnoblond włosy, zdezelowany kowbojski kapelusz, podarta kowbojska koszula, te wzruszające fioletowe powieki jak u niemowlęcia, a pod nimi te penetrujące (używam tego słowa z całą świadomością) niebieskie oczy - i złapałam się na haczyk. Później on nadział mnie na swój hak w łóżku. Zaledwie dwadzieścia pięć lat, ale wiedział, jaką ma władzę nad kobietami, i nie omieszkał tego uprzytomnić również mnie. Na domiar szczęścia bardzo mu się podobała moja twórczość. Sam miał aspiracje artystyczne i powiedział mi, że lepi z gliny westernowe rzeźby ŕ la Remington (to znaczy, kiedy nie bawi się w demiurga z kobiecym ciałem za pomocą swego dodatkowego żebra).
Kiedy minęło lato, podjęliśmy znajomość w Soho i hrabstwie Litchfield. Miał przyjaciółkę, której trzeba było się pozbyć (dwudziestotrzyletnia kretynka, pierwsza z wielu), ale potem zamieszkaliśmy razem - głównie dlatego, że nie potrafiliśmy znieść myśli o tym, że mielibyśmy spędzić bez siebie noc.
Z początku było wspaniale: szalony romans w oparach narkotyków i miłości. Dzień po dniu wino i róże, kanabinoidy i chryzantemy, kokaina i kallijki. Noc po nocy nieustanne kochanie się, nie wiadomo ile razy, bo akty miłosne nie miały początku ani końca. Kiedy podniosłam głowę, widziałam wieczność w dziurkach jego nosa. Noce trwały całe eony, epoki mierzone w czasie geologicznym, a może kilka minut, nie sposób było tego stwierdzić. Kiedy obcowaliśmy ze sobą, łańcuchy górskie wypiętrzały się i upadały, z wrzącej lawy tworzyły się skały, z ziemi wytryskiwały gorące źródła, wygasłe wulkany budziły się do życia. Przez rok nie pracowałam, on też nie. Podróżowaliśmy po świecie, zatrzymując się w kolejnych królewskich apartamentach z gigantycznymi łożami.
Wszystkie te peregrynacje obciążały cudzy rachunek. Jeździliśmy z Dokumenta na Targi Sztuki w Bazylei, z Whitney Museum do Palazzo Grassi, z Düsseldorfu do Monachium, z Wenecji do Wiednia, z Nicei do Paryża, z Madrytu na Majorkę, z Londynu do Dublina, ze Sztokholmu do Oslo, z Tokio do Hongkongu i Pekinu. Nieważne gdzie, byle w łóżku. Inni artyści, marszandzi, kolekcjonerzy, krytycy sztuki rozmywają się w mojej pamięci jak upiory w szekspirowskiej tragedii. Albo byli równie pijani i zaćpani jak my, albo my byliśmy pijani i zaćpani za wszystkich. Od czasu do czasu jako starsza, a zatem statystycznie bardziej odpowiedzialna z nas dwojga, budziłam się i zastanawiałam, czy jesteśmy już pijakami albo alkoholikami, ale w tym tłumie kto to potrafił ocenić? Wszyscy artyści pili i nadużywali. A w każdym razie tak mi się wydawało. Tylko raz się zdenerwowałam - kiedy Dart wwiózł do ZSRR trawkę, i to nie mówiąc mi nic o tym.
Przybyliśmy do okazałego hotelu w LNQJCF i mieliśmy paść na łóżko celem wznowienia naszego fundamentalnego zespolenia (w końcu minęło już siedem godzin, odkąd kochaliśmy się w Kopenhadze, i ta deprywacja wywołała u nas stan, który być może znają jeńcy wojenni), kiedy Dart uraczył mnie swoim uśmiechem pod tytułem "kochaj mnie" (ćwiczonym od dzieciństwa na matce, siostrach i innych kobietach, które spotykał na swej drodze) i wyjął spod wkładki kowbojskich butów dwa spłaszczone dżointy najczystszej gandzi z hrabstwa Humboldt. Przypomniałam sobie, gdzie jesteśmy, rozejrzałam się po ociekającym złotymi ozdobami pokoju, szukając ukrytych kamer telewizyjnych i mikrofonów, spojrzałam na mojego infantylnego kochanka i krew dosłownie się we mnie zmroziła. Nigdy wcześniej nie zwróciłam się do niego z gniewnym lub krytycznym słowem.
- Wyrzuć je - rozkazałam.
- Chcesz powiedzieć, że ich nie wypalimy?
- Wyrzuć je, i to natychmiast!
- Po jednym machu…
- Ani jednym!
Potem patrzyłam, jak spuszcza wodę w sowieckim klozecie (to lepsze, niż kiblować w łagrze, myślałam sobie). W kąciku jego niebieskiego oka zalśniła łza lamentu nad prochami - wciąż nie zdawał sobie sprawy, że mogły one dla nas oznaczać bilet w jedną stronę na Syberię.
Byłam wściekła, że tak beztrosko naraził mnie na niebezpieczeństwo i zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie skrzyczałam go jednak, i to nie tylko dlatego, że pokój był na podsłuchu. Moje serce też było na podsłuchu. Byłam tak mocno z nim złączona, ciałem i duszą, że robiąc mu scenę, skrzyczałabym małe dziecko tkwiące we mnie samej. Jakiż tworzył aliaż męskiej siły i dziecięcej naiwności! Sądził, że kiedy zapali dżointa, Gułag zniknie!
Nie kochaliśmy się tego popołudnia. Dla pary, która kochała się zaraz po przybyciu w każdym pokoju hotelowym, było to swoiste zerwanie, pierwsze z wielu. Wiązało się to z narkotykami, które wbrew temu, co sądziliśmy, rozdzielały nas, a nie łączyły - na tym oczywiście polega paradoks narkotyków.

Koleje życiowe Darta były równie biedne jak losy dziecka z getta. Urodził się w bogatej rodzinie filadelfijskiej, dorastał w kamienicy przy Rittenhouse Square wśród mebli w stylu Chippendale, chińskiej porcelany, siedemnastowiecznych fajerek do ogrzewania pościeli, wytartych orientalnych dywanów, całych pokojów nie używanych butów, stert ilustrowanych czasopism z lat trzydziestych i innych staroci. Jego matka piła sherry i nadużywała środków uspokajających. Jego ojciec pił whisky i uwodził debiutantki. Nianie piły gin i uwodziły Darta. Jak mawiała jego matka (ze swoim nikotynowo-alkoholowym śmiechem), urodził się z erekcją i od tej pory wszyscy, którzy się nim zajmowali, nie pozwalali mu zapomnieć, że uważają fiuta Darta za jego najważniejszy narząd. Swego czasu uważałam to za urocze i oryginalne, teraz jednak szalenie mnie smuci, że młodego człowieka ocenia się przede wszystkim pod kątem akcesorium, które posiadają wszyscy inni mężczyźni - nawet jeżeli nie tak duże i kształtne jak jego. Czasami, kiedy tak myślę, mam ochotę zapłakać nad Dartem, zmienić mu imię na inne, bardziej rzeczywiste - może Daniel - i dać mu prawdziwe życie, takie, jakiego bym chciała dla swojego syna.
Ale nie mam syna. Mam dwie córki bliźniaczki, Michaelę i Edwinę. Dart został moim kochankiem i synem - niebezpieczne (i może niewykonalne) połączenie.
Wanderjahr nie skończył się na Moskwie. Tokio, Tajpej, Hongkong, Kanton, Szanghaj, Pekin, Bangkok, Borobudur, Singapur, Bombaj, Delhi, Abu Dabi, Bagdad, Dżudda, Kair, Ateny, Tunis, Nicea, Lizbona, Bahia, Rio - ale życie w łóżku luksusowego hotelu (czy będzie to Okura, Ritz, Peninsula, Oriental, Shangri La, Goodwood Park, Cipriani, Bel Air, Plaza Athénée czy Vier Jahreszeiten) wszędzie jest mniej więcej takie samo.
Moja przyjaciółka Emmie zwróciła kiedyś uwagę, że luksusowy hotel jest jak szpital, ponieważ jedzenie wwozi się i wywozi na wózku, partnerzy biznesowi (lecz nigdy łóżkowi, choć bardzo byśmy tego chcieli) sumienne przysyłają kwiaty i w regularnych odstępach czasowych pojawiają się grzecznościowe bileciki lub taśmowo produkowane kartki "okolicznościowe". Obsługa zazwyczaj jest ciemnoskóra i nie mówi twoim językiem, a ponadto cechuje ją równie obojętny stosunek do twojego stanu zdrowia, niezależnie od tego, czy leżysz w łóżku i umierasz na jakąś rzadką chorobę, czy też leżysz w łóżku i umierasz pod swoim kochankiem. Dla nich wychodzi na to samo - więcej pościeli do prania.
Zaprawdę, można objechać z kochankiem świat i nie zobaczyć nic prócz grymasów jego odbytu i sylwety jego fiuta. Tak minął rok, jeden z najdłuższych lub najkrótszych (zależnie od tego, czy byłam w danym momencie zaćpana) w całym moim życiu.
W końcu jednak wszyscy kochankowie muszą wstać z łóżka. I tak zaczęły się nasze problemy.
Zainstalowaliśmy się w Roxbury, w moim domu, którego zasadnicze zręby powstały w siedemnastym wieku, a skrzydła dobudowano pierwsze w osiemnastym, drugie w dziewiętnastym stuleciu. Było też poddasze w Nowym Jorku. Dart oczywiście potrzebował samochodu, więc mu kupiłam, żeby miał czym do mnie przyjeżdżać. Naturalnie mógł też nim ode mnie odjeżdżać, ale na początku romansu myśli kierują się ku innym horyzontom. Mój Chéri nie mógł jeździć zwykłym autem, więc kupiłam mu mercedesa, wyremontowany egzemplarz pięknego klasycznego modelu z 1969 roku, kiedy to Dart miał zaledwie trzynaście lat; słowem, marzenie trzynastolatka. Na tablicy rejestracyjnej kazałam napisać DART. (Och, umiałam traktować mojego kochanka z humorem, nawet kiedy mnie spopielał!)
Uwielbiałam kupować mu prezenty: biały zamszowy strój kowbojski z długimi frędzlami i kremowobiałe buty z jaszczurczej skóry plus wielki biały kapelusz Stetson; ręczniki z monogramem DVD; biżuteria (którą zazwyczaj gubił); sprzęt elektroniczny (który zazwyczaj psuł); swetry z kaszmiru; mokasyny ze skóry krokodyla; drogie albumy o sztuce; grawerowana papeteria; jedwabne pidżamy; jedwabna bielizna. Był moją gojowską księżniczką i zasypywałam go prezentami, tak jak mój pochodzący z Odessy bogaty angielski wuj Jakob, który dorobił się jako futrzarz w biednym londyńskim East Endzie i został obywatelem ziemskim w Surrey, zasypywał prezentami tancerkę rewiową. Miałam wielki gest i natychmiast rozpoznałam w Darcie jednego z wielkich utrzymanków.
Ale czy on był człowiekiem z wielką klasą? Ani razu nie odmówił przyjęcia prezentu, ale choć bardzo lubił je dostawać, zawsze nieco wydymał dolną wargę, co wskazywało, że podarunek nie do końca spełnia jego oczekiwania. Samochód? To może jeszcze helikopter. Strój kowbojski? To może jeszcze białego konia do kompletu. Sygnet? To może jeszcze zegarek. Nigdy tego wprost nie powiedział, a gdybym go zapytała, to gwałtownie by temu zaprzeczał. Instynktownie jednak wyczuwałam, że prezent nasyci go tylko na chwilę, a potem jego głód będzie się domagał nowego pokarmu.
Dart był jak jeden z tych bogów ze starożytnej mitologii, wiecznie zgłodniały dziewic, wieńców kwiatów, wyrwanych z piersi serc, zarżniętych wołów, kielichów krwi, ofiar całopalnych… Z radością składałam to wszystko w ofierze. Co byłby wart mój sukces, gdyby nie było mnie stać na takiego mężczyznę jak Dart, którego piękno rzucało wyzwanie śmierci?
Zarządzałam swoim życiem jak mężczyzna, kierowałam swoją karierą, swoimi inwestycjami, nawet swoją ciążą, dokładnie tak samo, jak robiłby to mężczyzna (Mike i Ed urodziły się po cesarskim cięciu w wybranym przeze mnie dniu i o wybranej przeze mnie godzinie), więc wydawało mi się, że mogę również kierować Dartem. I tu pojawia się szkopuł. Natura nie tak ukształtowała mężczyzn. Im bardziej rozrywkowi w łóżku, tym trudniej utrzymać ich na wodzy. Bo źródłem rozkiełznania w łóżku jest rozkiełznanie wewnętrzne.
Bożek Pan nie kupuje kobiecie ubezpieczenia na życie ani nie przychodzi na kolację codziennie o tej samej porze. Polisę na życie mogłam kupić sobie sama, ale potrzebowałam trochę więcej spokoju, niż mogło mi go zapewnić życie z Dartem.
Ale co z miłością? - spytacie. Jak w tym wszystkim mieści się miłość? Wiem, że kochał mnie namiętną miłością. Kochał mnie tak, jak nóż kocha ranę, którą sam otworzył, jak samica tarantuli kocha samca, którego głowę pożera, jak karmiony piersią chłopczyk kocha sutek, który bierze w zęby i gryzie, aż tryśnie krwią zmieszaną z mlekiem.
Jego okrucieństwo nie było umyślne. Po prostu taką miał naturę - skorpion, który żądli konia niosącego go przez strumień (jak zażartował sobie stary Ezop w bajce o naturze skorpionów).
Kiedy byliśmy razem, przedmioty przejawiały tajemniczą skłonność do gubienia się: portfele, karty kredytowe, biżuteria. Może dlatego, że często byliśmy zaćpani, a może dlatego, że wsiedliśmy na karuzelę i nasze życie bezustannie wirowało, toteż zniknął z niego wszelki ład i struktura. Traktowałam to jako dowód miłości, bo czymże jest miłość jeśli nie zapomnieniem o sobie? A kto bardziej potrzebuje zapomnieć o sobie niż kobieta, która zawsze żyła dla dyscypliny, dla sztuki, małpując męską twardość, mimo że w jej piersiach biło kobiece serce?
Kiedy poznałam Darta, miałam za sobą trzydzieści dziewięć lat wspinania się na szklaną górę przeznaczenia artystki - chciałam jakiegoś trofeum, jakieś specjalnej nagrody za tę rozpaczliwą wspinaczkę i z początku mi się wydawało, że Dart mi tę nagrodę daje. Oprócz jego hojności w łóżku, za którą kazał płacić seksualnymi idiosynkrazjami (uważałam jednak, że jest to zasłużona kara za rzucenie bogom wyzwania i osiągnięcie sukcesu), było też jego rozpieszczanie mnie. Wprowadził się do mojego domu i wziął Leilę Sand pod swoje opiekuńcze skrzydła. Grał rolę ochroniarza, kucharza, maître d'hotel, totumfackiego. Umiejętnie trzymał świat na dystans, odstraszał natrętnych fanów, byłych mężów, byłych kochanków, niedoszłych pasożytów. Słowem, zainstalował się jako główny pasożyt, nadworny błazen, maître des plaisirs et des fętes de Sa Majesté, domowy chochlik (za którym, nie należy zapominać, zawsze kryje się awatar Diabła).
Przed nadejściem epoki Darta umiałam sobie narzucić dyscyplinę pracy. Bez tego żaden artysta do niczego nie dojdzie. Miałam atelier w hrabstwie Litchfield - coś w rodzaju srebrnego silosu ze szklanym sufitem otwartym na niebo, przez co przypominał obserwatorium - i poddasze w Nowym Jorku. Wolałam pracować na wsi, gdzie śpiew ptaków nie przeszkadzał mi w pracy, tylko mi w niej towarzyszył. Lecz kiedy zaczynałam jakiś poważniejszy projekt, nie mogłam zmieniać miejsca pobytu, ponieważ w tym okresie moje płótna były bardzo duże. Poza tym nawet najbardziej awangardowa sztuka ma w sobie coś głęboko konserwatywnego: nie lubi być przesadzana.
A zatem Dart wziął na siebie funkcję majordomusa, uzależnił mnie od swoich dobrych usług (nigdy wcześniej nie pozwoliłam sobie na bycie zależną od kogokolwiek), żeby potem zacząć znajdować preteksty do tego, by uciec. Kiedy pielęgnowałam w sobie złudzenie, że nareszcie znalazłam swojego idealnego towarzysza życia, moją pełnoetatową muzę, Maurice'a Goudeketa dla mojej Colette, Dart zaczął spędzać coraz więcej czasu w Nowym Jorku, na poddaszu, i zawsze potrafił to przekonująco uzasadnić. Musiał się spotkać z szefem galerii zainteresowanym jego twórczością; musiał kupić materiały; musiał pojechać do odlewni. Sprezentowałam mu marzenie każdego młodego artysty - stodoła do pracy, brak ograniczeń czasowych, wszystkie koszty opłacone - a on właśnie wtedy zaczął ode mnie uciekać. No chyba że uciekał przed samym sobą. Nigdy się tego nie dowiedziałam.
Na czym schodziły mu te jego długie nieobecności? Odjeżdżał z piskiem opon samochodem, który mu kupiłam, nie chciał się deklarować, że o konkretnej godzinie będzie na kolacji, nie chciał mi powiedzieć, dokąd jedzie. Wyobraźnia natychmiast podsuwała mi najgorsze możliwe podejrzenia: inne kobiety, ciemne sprawki, handel narkotykami, hazard, inni mężczyźni.
- Zadzwonię do ciebie - mówił, wsiadając do mercedesa koloru bycza krew (kupionego za moją krwawicę), i czasem dzwonił, a czasem nie.
Kiedy się na to skarżyłam, wpadał we wściekłość i mówił:
- Ale zawsze do ciebie wracam.
Albo oskarżał:
- Ty nigdy mi nie ufasz! Ty zawsze coś węszysz!
"Ty zawsze…", "ty nigdy…" Język mężczyzny skutego kajdanami.

Przechadzałam się zatem po moim silosowym atelier i próbowałam pracować, ale wewnętrzny spokój miałam zburzony. Czekałam na dźwięk telefonu, nasłuchiwałam warkotu silnika jego/mojego samochodu, zastanawiałam się, czy wróci na kolację, zastanawiałam się, czy go zapytać, gdzie był, czy też (bo to nieodmiennie jeszcze bardziej go rozwścieczało) zmilczeć sprawę. I wypijałam kolejny kieliszek wina. Zaczęłam pracować pijana. Do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło. Nie żałowałam sobie trawki, pejotlu, haszyszu, kokainy, wina, ale nigdy nie mieszałam ich z pracą. Moja praca była święta. Ale teraz silos, oczywisty symbol falliczny, przestał być przestrzenią wolności, a stał się więzieniem. Bez końca przemierzałam atelier, przywiązana do tego milczącego telefonu, jakby to było domowe bóstwo, bałam się wyjść, bo Dart mógł w każdej chwili zadzwonić, bałam się wsiąść w samochód i pojechać do Nowego Jorku, żeby przypadkiem nie zastać Darta na poddaszu z kobietą, bałam się zaprosić znajomych, bo mógł nagle wejść i chcieć mnie dla siebie, bałam się poruszyć, malować, podnieść słuchawkę i wezwać pomoc.
Czułam się jak ta dziewczyna w książce Historia  O, przykuta do kochanka wargami sromowymi, co nie pozwalało jej ani na chwilę zapomnieć o swojej niewoli, którą kochała nawet w chwilach, kiedy jej nienawidziła, bo brzęk łańcuchów wyświęcał ją na kobietę. Czy świadomie zaplanował tę redukcję, tę destrukcję? Czy też robił to instynktownie, powtarzał wyuczoną na kolanach ojca lekcję sztuki spopielania silnych kobiet?
A potem wchodził, zawsze w chwili, kiedy dałam już za wygraną i przestałam na niego czekać. I brał mnie w ramiona, nigdy nie zwracając się do mnie z ostrym słowem.
- Moja ukochana, moja czarownico, moja bachantko, mój skarbie - mruczał.
Miękkość tych słów wbijała się we mnie głębiej niż sztylet. A potem obracał mnie o sto osiemdziesiąt stopni i brał mnie od tyłu swoim twardym, diabolicznym dyszlem. A ja popłakiwałam z dzikiej ulgi, że wrócił, że nic mu się nie stało, że jest głęboko we mnie i przepieprzaliśmy (w dwóch znaczeniach tego słowa) całą noc. Nie zadawałam pytań, aż do następnego razu.