Kategorie

Babunia

  • Kod: 83-7298-414-X
  • Dostępność: Brak
  • Autor: O'Carroll, Brendan
  • Cena w naszym sklepie: 8,50 zł
    Cena detaliczna: 19,90 zł

Historia pełna ludzi i życia, siarczystego humoru i wspaniałych postaci.
Agnes Browne w zupełnie nowej roli - i coraz więcej wyzwań przed rodziną, która nie ustępuje!
Od trzynastu lat szczęśliwie owdowiała Agnes Browne wkracza w lata osiemdziesiąte z francuskim kochankiem i szóstką dzieci, z których pięcioro pokończyło już dwadzieścia lat.
Młodzi Browne'owie zaczynają układać dorosłe swe życie, przynosząc matce radość i ból - wesele, wnuki, więzienie, sukces literacki i złamane serca, złamane relacje i emigrację.
Rodzina zaczyna się rozpadać i wydaje się, że nic, nawet żelazna wola matki, nie zdoła przywrócić rodzinnej jedności.
Ale Agnes Browne nigdy nie można spisywać na straty!

"Urodzony gawędziarz."
"The London Independent"
"Powieść pełna powalającego śmiechu."
"Books Ireland"

"Bohaterowie tej książki wprost wyskakują ze stronic w czasie lektury… Tę książkę musisz kupić."
"Sunday World"

"Pełna żywego, poruszającego humoru."
"Leinster Express"

Rok wydania: 2004
Stron: 160
Format: 125/183
Oprawa: broszura
Pakowanie: 30
Tłumacz: Paweł Laskowicz

Fragment tekstu:

By powitać Sarah-Mary Browne
i pożegnać Ritę Fitzsimons.
Brak mi Ciebie bardziej, niż mogą to wyrazić słowa.

 

Wstęp
Czyżby mnie ktoś gdzieś kochał? Radość, jakiej doznałem, widząc książkę Urwisy na pierwszym miejscu list bestsellerów, mogła się tylko równać radości na widok Mamuśki tuż za nimi, na drugim miejscu. Dziękuję Wam z całego serca! Dzień przed wydaniem Urwisów zadebiutowałem jako dramaturg, reżyser teatralny i aktor w jednej osobie, w sztuce The Course, w Tivoli Theatre przy Francis Street. Nie sposób opisać, ile ciężkiej pracy włożyłem w to przedstawienie. Kiedy Dubliński Festiwal Teatralny odrzucił sztukę, poczułem się nagle wypalony i pusty. Usiadłem i parokrotnie przeczytałem tekst. Był naprawdę zabawny. Usiłowałem znaleźć w sztuce coś, co zaważyło na braku jej akceptacji, ale nic nie dostrzegłem. Mimo bijących w ponure bębny ostrzeżeń ze strony tych, którym wydawało się, że znają Wasze gusta, postanowiliśmy nie zrażać się i wystawić sztukę w teatrze. Od tamtego czasu wygrała wszelkie rankingi popularności. Czyżby mnie ktoś gdzieś kochał? Nie. To nie "ktoś gdzieś". To TY. Nie inaczej, to Twoja sprawka, drogi Czytelniku.
Mam nadzieję, że nigdy nie zapomnę i nie zmarnuję tego ogromu pracy i wielkiej pomocy, które otrzymałem wówczas od wspaniałych ludzi wokół siebie - Tommy'ego Swarbrigga, Toma Bluetta, Shay Fitzsimons, Dermota O'Neilla, Evelyn Conway, Mary Cullen, Jimmy'ego Stauntona, Ashley Browne, Alana Kelly'ego, Dorothy Yelverton, Jenny Gibney, Brendana Morrisseya, Esther Doorley, Nialla Murraya, Annette Dolan i Mike'a Patta. Każdy z nich potrafił przemierzyć pół świata, i jeszcze trochę, gdy chodziło o postawienie dekoracji na scenie, czy choćby znalezienie kłębka wełny na pączek kwiatu. Niech będzie mi tu wolno powiedzieć, jak bardzo, dzięki wam, wzbogaciło się życie moje i mojej rodziny; dzięki wam i waszemu zaangażowaniu w to przedsięwzięcie. Kocham was.
Zachowałem tu oczywiście szczególne miejsce dla Gerry'ego Browne'a. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym on sam napisze książkę. A jeśli nie, to ja opiszę jego historię. Będziecie mieli okazję poznać człowieka wielkiego serca, pełnego ciepła i życzliwości, potrafiącego ciężko pracować i myśleć o innych, tak wspaniałego, że z dumą przy nim trwam i mogę go nazywać  swoim przyjacielem.
Ostatni akapit pozostawiłem dla mojej małżonki Doreen. Chcę powiedzieć tylko tyle: popełniłem w swoim życiu tyle błędów, że trudno byłoby je zliczyć. Ale z całą pewnością nie było błędem poproszenie Cię do tańca na zabawie przed dwudziestoma czterema laty. Dziękuję Ci za wszystko, czym mnie obdarzyłaś.

Brendan O'Carroll
lipiec 1996

 


Część pierwsza

Rozdział 1
Dublin 1980
Szpital Położniczy "Rotunda"

Poród nie był dla Agnes Browne niczym nowym. W ciągu czternastu lat pożycia z Redserem, nieżyjącym już mężem, Agnes wydała na świat siedmioro dzieci. Jednak wszystko to działo się między jej dwudziestym a trzydziestym czwartym rokiem życia, gdy była piękna, młoda i silna. Teraz, mając czterdzieści siedem lat, nie potrafiła podołać tej roli. Zaciskając powieki i pięści, głęboko nabierała powietrza w płuca i wypuszczała je wolno, z krótkimi stęknięciami: "yyh, yyh, yyyyeeh…" - kończąc długim, lekkim westchnieniem.
Dermot, jeden z jej bliźniaków, owoc czwartego porodu - dziś bez mała dwudziestopięciolatek - nachylił się nad nią.
- Mamuś, kurza twarz, przestań wreszcie! - szepnął jej do ucha.
- Łatwo ci mówić, Dermot. Ty nie masz pojęcia, czym jest poród! - wyrzuciła z siebie Agnes przez zaciśnięte zęby.
- Powiedzmy, że wierzę ci na słowo, dobra? A teraz, daj już spokój, ludzie się gapią!
Dermot miał rację. Poza Agnes i jej synami, Rorym, Dermotem i Trevorem, oraz córką Cathy, w poczekalni siedziało dziesięć zupełnie obcych osób. I dziesięć par oczu ze zdumieniem wpatrywało się w kobietę w ciemnym szalu i trenczu, kurczowo trzymającą na kolanach wielką torbę z owocami i demonstrującą ruchy porodowe.
Słysząc słowa Dermota, Agnes szybko otworzyła oczy i ze strachem rozejrzała się po nieznajomych twarzach. W jednym momencie wszystkie pary oczu znalazły sobie jakieś bardzo ważne i odległe punkciki do oglądania, na suficie, ścianach lub podłodze. Agnes wyprostowała się i poprawiła na krześle. W tej chwili z jej torby na kolanach wysunął się sążnisty melon i z głuchym stuknięciem spadł między jej nogi. Wszyscy aż podskoczyli. Zapadła krótka cisza. Każdy ze zdziwieniem patrzył na kulisty owoc. Raptem jednak, zupełnie spontanicznie, w poczekalni wybuchł wesoły śmiech.
- Gratuluję, mamuś! Nazwiemy go Pip, dobrze? - odezwał się Dermot, wzbudzając jeszcze większe rozbawienie.
Nagle otworzyły się drzwi od sali porodowej i śmiech zamarł. Zza drzwi wychyliła się głowa siostry oddziałowej, Mary Sheridan. Siostra potoczyła groźnym wzrokiem po poczekalni. Wszyscy szybciutko spuścili oczy, rozpaczliwie próbując przyjąć jak najbardziej niewinne pozy. Oddziałowa pokręciła głową i bez słowa zamknęła drzwi.
- Mój Jezu, widzieliście to spojrzenie? - Agnes rzuciła to pytanie wszystkim w poczekalni, jednak nikt nie odpowiedział. - Powiedziałabym, że kobieta w ogóle nie musi kupować kefiru, wystarczy, że kupi mleko i popatrzy na nie przez dłuższą chwilę.
Znowu wszyscy zanieśli się śmiechem, ale tym razem zakrywali dłońmi usta i prychali przez nos, by nie robić więcej hałasu. Kiedy śmiech zamarł, nastała cisza. Po kilku minutach Agnes wstała.
- Nikt ci nic nie powie w tym cholernym szpitalu - obwieściła głośno.
- Mamuś, siadaj. Będą mieli coś do powiedzenia, to powiedzą - uspokajał ją Rory Browne.
Agnes myślała przez dłuższą chwilę.
- Sama się dowiem. To w końcu żona mojego syna i mam prawo wiedzieć - oświadczyła z determinacją. I wyszła z poczekalni.
*
Mark Browne delikatnie przykładał wilgotną chusteczkę do czoła żony. Betty leżała nieruchomo z zamkniętymi oczami. Właśnie odpoczywała między dwoma silnymi skurczami. Zwłaszcza ostatni był szczególnie długi i bolesny. Czując na czole i policzkach chłodny, przyjemny dotyk, Betty otworzyła oczy. Zobaczyła nad sobą uśmiechniętego, zapatrzonego w nią Marka. Uścisnęła jego rękę.
- Chyba nie idzie mi najlepiej, prawda? - zapytała słabym głosem.
- Idzie ci wspaniale - odpowiedział szybko Mark.
- Dzięki.
Mark jeszcze raz zamoczył chusteczkę w zimnej wodzie, wyżął ją lekko i znowu zaczął przecierać żonie twarz.
- W poczekalni są wszyscy poza Simonem, który czeka w domu twojej mamy.
Matka Betty wybrała się tego dnia na pielgrzymkę do Knock. Modliła się o krótki i łatwy dla córki poród oraz o… narodziny dziewczynki.
Betty uśmiechnęła się na myśl o całej rodzinie Browne'ów za drzwiami.
- Dziwne, że twoja mama nie sforsowała jeszcze tych drzwi i nie przyszła mnie pocieszać - powiedziała.
Zaśmiali się oboje. Ledwie Betty skończyła zdanie, drzwi za plecami Marka uchyliły się nieznacznie. Po chwili nieśmiało wyjrzała zza nich Agnes Browne w chustce na głowie. Rozejrzała się czujnie, jakby chciała przeszyć wzrokiem wszystkie zasłony zaciągnięte wokół łóżek.
- Jezu… - szepnęła Betty, odwracając szybko głowę, ale było już za późno. Agnes ją dostrzegła.
- Hejo, Betty! Przyniosłam ci trochę owocu! - zawołała cicho, ze śpiewną, radosną nutą.
Mark odwrócił się.
- Mamo! Na Boga, wyjdźże stąd! - rzucił zły. - Nie wolno ci tu wchodzić.
Nie dokończył nawet zdania, a przed Agnes, jak spod ziemi, wyrosła oddziałowa, Mary Sheridan, która całkowicie zasłoniła Agnes widok na łóżko i salę.
- Wynocha - powiedziała bez ogródek.
- Ale kochanieńka, ja tylko patrzę, czy…
- Wynocha!
- Niech tylko dziewczyna wie, że tu jestem, ja…
- Wynocha!
Siostra Sheridan jedną ręką otworzyła szerzej drzwi, a drugą chwyciła Agnes za płaszcz i stanowczo wyciągnęła ją z sali na korytarz. Oczywiście, Agnes zdążyła pomachać do Betty i dać jej jedną dobrą radę.
- Nie przyj, dopóki ci nie powiedzą kiedy. Do zobaczenia!
Na korytarzu Agnes wyrwała się dumnie siostrze Sheridan, która nie spuszczała z niej oka, i demonstracyjnie wygładziła poły płaszcza.
- Chciałam tylko tego, no… wesprzeć ją mortalnie… - wyjaśniła.
- To na pewno ją ucieszy. Pani Browne, proszę nie wchodzić do sali porodowej, czy to jest jasne? - Siostra Sheridan odwróciła się i ruszyła z powrotem do sali.
- Siostro! - zawołała za nią Agnes. - Jak ona się czuje? Tak serio…
Choć swoim niespodziewanym najściem Agnes mocno zirytowała Mary Sheridan, to siostra oddziałowa trochę złagodniała, wyczuwając w pytaniu niepokój i troskę.
- Czuje się dobrze. Wszystko przebiega normalnie. Troszkę to jeszcze potrwa, ale z drugiej strony, ma już siedem centymetrów… - siostra uśmiechnęła się lekko i wyszła, zostawiając Agnes z otwartą buzią, całkowicie zaskoczoną.
Po chwili Agnes wróciła do poczekalni i z podniesioną głową, i zadufaną miną, usiadła na swoim miejscu. Wszyscy z uwagą śledzili każdy jej ruch i czekali, co powie. Agnes usiadła jednak i milczała.
- No? - nie wytrzymał Dermot.
- Co "no"? - odparła Agnes, patrząc z wyższością.
- No… co z Betty?
- O… Jestem z niej zadowolona. Dziewczyna świetnie sobie radzi - odpowiedziała Agnes, jakby osobiście przebadała synową. - Troszkę to potrwa, ale ma już siedem litrów…
- Siedem litrów? Niby czego? - dopytywał się Dermo.
- Och, Dermot, to termin ginekologiczny, nie zrozumiesz tego - Agnes zbyła pytania i wyjęła z torebki paczkę papierosów.
Dwie godziny później nadal nie było żadnych wiadomości. Dermot wyszedł do kiosku po drugiej stronie ulicy i wrócił z talią kart. Teraz, razem z Trevorem, Rorym i jednym z mężczyzn czekających tu od dobrych paru godzin, siedzieli w kącie poczekalni i grali w dona*.
Agnes z uwagą śledziła młodego człowieka po przeciwnej stronie, który od dłuższego czasu nerwowo obgryzał paznokcie. Agnes myślała z obawą, że jeśli jego żona nie urodzi zaraz dziecka, to facet odgryzie sobie rękę. W tym momencie mężczyzna podniósł głowę i jego wzrok napotkał spojrzenie Agnes. Uśmiechnął się niepewnie. Agnes też się uśmiechnęła.
- Pana pierwszy raz? - zapytała.
- Tak…
- Cudownie. Długo już tam jest? - Agnes znacząco skinęła w kierunku drzwi sali porodowej.
- Cztery godziny.
- Nie ma się co martwić, chłopcze. Pierwszy raz wszystko trwa najdłużej. Och, aż strach wspomnieć! Poród mojego pierwszego dziecka, Marka… teraz sam będzie tatą, jest z żoną w sali, więc ten poród trwał dziewięćdziesiąt sześć godzin.
Przyszły ojciec otworzył szeroko oczy i jęknął ciężko.
Z kolei mężczyzna, który z trzema braćmi Browne'ami grał w kącie w karty, mruknął cicho pod nosem: "Dziewięćdziesiąt sześć pieprzonych godzin".
- Niech pan nie zwraca uwagi na to, co ona mówi - poradził Dermot, uśmiechając się. - Kiedy pierwszy raz słyszałem tę śpiewkę, mówiła o szesnastu godzinach. Jezu, kiedy ja będę czekał na swojego dzieciaka, to pewnie będzie mówiła, że jej pierwszy poród trwał tak długo, że Mark urodził się z wąsami.
Cała czwórka roześmiała się, a Agnes obrzuciła ich podejrzliwym spojrzeniem.
Wreszcie otworzyły się drzwi i stanął w nich blady, wymęczony Mark Browne. Jego niebieskie oczy błyszczały radośnie, a uśmiech od ucha do ucha rozjaśniał mu twarz. Wszyscy w poczekalni zamarli. Mark spojrzał na matkę i jego oczy ożyły, jakby nagle się przebudził. Wyczytał w jej spojrzeniu nie wypowiedziane pytanie.
- To chłopiec - powiedział tylko.
Agnes i Cathy rzuciły mu się na szyję, wycałowały go i wyściskały, płacząc przy tym wielkimi łzami. Trevor, Rory i Dermot zerwali się na równe nogi, rzucając w powietrze karty. Najpierw gorąco pogratulowali bratu, a potem, rzecz jasna, sobie. W tym momencie do poczekalni weszli Simon i pani Collins, mama Betty.
- To chłopiec! - krzyknęli równocześnie wszyscy Browne'owie.
Pół godziny później cała rodzina ciasnym półkolem otaczała maleńki becik u stóp Betty i ze szczęściem w oczach, i dumą, przypatrywała się nowiutkiemu Browne'owi, który właśnie przyszedł na świat. Betty siedziała wsparta na paru poduszkach i popijała gorącą herbatę. Była zachwycona swoją latoroślą i podniecona, że taki mały człowieczek przyniósł tak olbrzymią radość tylu ludziom. Śmiała się radośnie. Agnes patrzyła na Betty i na jej twarzy też pojawił się uśmiech. Betty mrugnęła do niej okiem.
- Gdzie Mark? - zapytała Agnes.
- Poszedł do łazienki - odpowiedziała Betty.
- Chyba też muszę iść. Trudno wytrzymać z tego podniecenia…
Dotarła do drzwi damskiej toalety w chwili, kiedy z przeciwnej strony wychodził właśnie Mark.
- Mamo! Dobrze się czujesz?
Agnes odwróciła się i spojrzała na swego pierworodnego syna, dumna z niego jak zawsze. Podeszła do niego i położyła dłonie na jego ramionach.
- Wspaniale, Mark. Tak się cieszę z waszego szczęścia, synku.
- A ja z twojego… babuniu! - Mark uśmiechnął się, pocałował mamę i ruszył z powrotem na salę porodową.
Agnes stała przez chwilę na korytarzu. Babuniu? Babunia!
To słowo spadło na nią jak wór pełen węgla. Poczuła nagle, jak jej ramiona się zapadają, a kręgosłup gnie się pod ciężarem. Dotychczas, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, w ogóle tak nie myślała. Podniosła rękę. Zobaczyła pomarszczoną skórę i bruzdy. Ślubna obrączka na serdecznym palcu zdawała się wnikać w fałdki skóry. Po raz pierwszy w życiu Agnes poczuła się staro.
Rozdział 2
Wytwórnia Mebli Lekkich "Senga" i jej nowy dyrektor, Mark Browne, okazywali sobie na wzajem wielkie serce. W ciągu kilku lat po śmierci założyciela i poprzedniego właściciela fabryki, Benjamina Wise'a, Mark nie tylko dokonał reorganizacji pracy, ale też zmodernizował fabrykę i wyposażył ją w nowe technologie. Znikły stare pilarki taśmowe i świdry napędzane łańcuchem. Hala fabryczna zapełniła się nowoczesnymi urządzeniami wysokiej jakości, szybkimi, niezawodnymi i niezwykle dokładnymi. Nowa maszyneria okazała się niezbędna, by fabryka mogła zacząć produkować meble w liczbie, jakiej nawet Mark wcześniej nie przewidywał. Lista klientów Wytwórni Mebli Lekkich "Senga" wyglądała jak leksykon Kto jest kto Irlandii i Zjednoczonego Królestwa. Smykałka do projektowania, pilność Marka i ciężka praca wynagrodzone zostały pięknym bliźniakiem w Baldoyle, domem usytuowanym nieco ponad kilometr od złocistych wybrzeży dublińskich. Może to dziwne, ale Mark jako jedyny z rodziny Browne'ów pracował w Wytwórni Mebli "Senga". Jego bracia, a także Cathy, mimo świetnie prosperującej fabryki, postanowili pójść własnymi drogami i gonić własne marzenia. Ot, silne poczucie niezależności odziedziczone po matce, Agnes Browne.

Siedem dni po narodzinach dziecka Mark zajechał przed szpital "Rotunda" służbowym fordem Cortiną, by zabrać Betty i maleństwo do cichego zwykle domu. Zwykle, ale nie dzisiaj! W domu czekał na nich cały klan Browne'ów i jeszcze na dodatek pani Collins. Różowiutki bobas o brązowych oczkach powitany został chórem nie kończących się "ochów" i "achów", a dziesięć par oczu śmiało się do niego i mrugało filuternie.
Coś, co miało być ciepłym powitaniem nowego członka rodziny, przemieniło się w huczne świętowanie, a wczesnym wieczorem w hałaśliwe, spore przyjęcie. Tak hałaśliwe, że Betty i pani Collins postanowiły wymknąć się z dzidziusiem. W ten sposób swoją pierwszą w życiu noc poza szpitalem dziecko spędziło u babci Collins, a rozradowany ród Browne'ów bawił się do białego rana.
W ciągu całego tygodnia od dnia narodzin każda rozmowa Browne'ów przemieniała się w dysputę dotyczącą imienia dla pierwszego wnuka w rodzinie. Agnes upierała się przy Gerardzie, imieniu, które chciała dać Markowi, kiedy się urodził, a od którego odwiódł ją jej mąż Redser. Dermot upodobał sobie imię James; jak przekonywał, po znanym piosenkarzu soulowym Jamesie Brownie. Wśród pozostałych członków rodziny różnym stopniem popularności cieszyły się takie imiona, jak Jason, Peter, William czy, wybrane przez Rory'ego imię, Gabriel. Oczywiście ostateczna decyzja należała wyłącznie do Betty i Marka, więc można się było spodziewać czegoś zupełnie innego. Następnego ranka podczas śniadania, dzień po przybyciu dziecka do domu, Agnes stała w kuchni i patrzyła na Dermota z wyrazem bezgranicznego zdumienia.
- Arrow*?! Kurza twarz! Chyba nie mówią poważnie?
Rewelacja Dermota niemal zwaliła ją z nóg. Nalewając wody do czajniczka, powtarzała bezwiednie dziwne imię. W głowie huczało jej jeszcze po wieczornym cydrze. Dwa razy schodziła w nocy do kuchni, by łyknąć parę haustów wody z butli, którą trzymała zawsze w lodówce. Gdy otwierała lodówkę, zapalająca się żaróweczka raziła ją jak punktowy reflektor na więziennym spacerniaku, aż rozbolała ją głowa. Jednak o wszystkich nieprzyjemnych dolegliwościach zapomniała natychmiast, gdy Dermot poruszył problem imienia dla dziecka.
- No, tak powiedział mi Mark - oświadczył Dermot.
- Przecież nie można tak po prostu dać dziecku na imię… Strzała! Co on, jakiś świrnięty Apacz, czy co? Na litość boską, odbiło im! - Agnes ciągle nie dawała wiary temu, co słyszy.
Oboje siedzieli przez kilka chwil w milczeniu. Grzałka w czajniczku powoli się nagrzewała, a otaczająca ją woda zaczęła żałośnie zawodzić. Agnes jeszcze raz wypowiedziała pełne niepokoju myśli.
- Strzała Browne. W szkolnym dzienniku będzie zapisany jako Browne Strzała! Jezu, Jezu, Jezu… Strzałę to jakiś sfajdany kowboj może znaleźć we własnej dupie!
Dermot zaśmiał się, lecz Agnes skarciła go wzrokiem. Wcale nie było jej do śmiechu. Znowu więc nastała cisza. W tym momencie do kuchni wszedł Rory.
- Co się stało? - zapytał.
- Betty i Mark dali brzdącowi na imię Strzała - odpowiedział Dermot.
- Ha! To świetnie! Jak podrośnie i ożeni się z Bo Derek, będziemy mieli w rodzinie… Złamaną Strzałę - zażartował Rory.
Obaj młodzieńcy wybuchnęli śmiechem.
- To wcale nie jest śmieszne - Agnes ucięła żarty. - Strzała Browne! Co sobie ludzie pomyślą? Wyobrażacie sobie chrzest? Ksiądz kropi dziecko wodą święconą i mówi: "Chrzczę ciebie, Strzało…" Chyba padnę trupem!

Chrzest był wielkim wydarzeniem. Po ceremonii w kościele wszyscy ruszyli do śródmieścia, do baru Foleya, w którym Browne'owie od dwudziestu siedmiu lat świętowali bodaj wszystkie najważniejsze wydarzenia rodzinne. Pan Foley przygotował koktajlowe kiełbaski na słodko i półmisek koreczków serowych. Wszyscy byli w odświętnych ubraniach. Po finezyjnym wstępie wieczór przerodził się w festiwal piosenki. Agnes zaśpiewała Cud ciebie, ciągle wytykając kapeli, że przygrywa z trzytaktowym opóźnieniem. Starzy znajomi i sąsiedzi z Jarro, gdzie wychowywali się Browne'owie, bawili się świetnie. Mark przysiadał się do kolejnych stołów, dziękując gościom za przybycie i śliczne podarunki. Dumnie zerkał na mamę. Kiedy podeszła do baru, by kupić drinka sobie i swemu facetowi Pierre'owi, podszedł do niej i zagadnął.
- Mamo!
Agnes obróciła się gwałtownie, słysząc głos najstarszego syna.
- Och, Mark! - Uściskała go serdecznie i obdarowała wielkim całusem.
- Jak się bawisz? - zapytał, powstrzymując śmiech.
- Dobrze… Skąd ten śmiech? - Agnes uniosła brwi.
- Chodzi o imię bobasa i… o ciebie - Mark szczerze się roześmiał.
Agnes zaczerwieniła się lekko.
- Ach… to… ee… No więc, jak tam daliście mu na imię?
- Aaron! To imię biblijne!
- Aaron… Z Biblii, mówisz. To cudownie!
Agnes rzeczywiście była zachwycona. Wszystko, tylko nie Strzała! W tej chwili gdzieś obok nich rozległ się głośny dźwięk szklanki stukającej o blat. Mark i Agnes zobaczyli, że Pierre wstaje i podniesioną ręką prosi o ciszę.
- Kurza twarz… znowu jakieś pieprzone ględzenie - mruknęła Agnes.
- Niech mówi. On to lubi - zaśmiał się Mark.
W lokalu zapanowała cisza.
- Chciałbym wygłosić przemówienie - zaczął po prostu Pierre, choć ta preambuła zabrzmiała: "ciałbych wygłosić pszemawianie".
W jego angielskim ciągle dawało się słyszeć francuski. Niemniej wystąpienie przyjęto gorącą owacją. Kiedy ucichł harmider, Pierre kontynuował:
- Wszyscy dzisiaj winszowaliśmy Betty, nowej mamie, Markowi, nowemu tacie, i oczywiście Aaronowi, nowemu dzieciakowi w rodzinie Browne'ów.
Znowu sala przerwała, nagradzając brawami pierwsze zdanie. Pierre jeszcze raz uniósł rękę.
- Tym razem ja chciałbym jednak wznieść tost!
Gruby odwrócił się do Dermota.
- Co on pieprzy? Jaki tost?
- Chodzi o toast, baranie, zamknij się i słuchaj.
Gruby uciszył się, a Pierre mówił dalej.
- Zdrowie pięknej Agnes Browne!
Szklanice wzniosły się ku górze, rozbrzmiały wiwaty, gwizdy i śpiewy, a na twarzy Agnes pojawił się promienny uśmiech. Ale Pierre jeszcze nie skończył.
- Witamy… babunię!
Owacje jeszcze się wzmogły. Agnes nadal się uśmiechała, ale przez zaciśnięte zęby szepnęła groźnie do Pierre'a: "Siadaj, palancie, i zamknij się!"
Pierre usiadł, ale jednocześnie chwycił rękę Agnes i uniósł ją na znak, że babunia dziękuje za toast. Agnes wzniosła szklankę i rozejrzała się dookoła. Byli wszyscy. Wszystkie sierotki Agnes. Teraz już dorosłe. Cała jej trzódka poza biednym Frankiem - ale tego wieczoru Agnes nie chciała oddawać się smutnym myślom o jedynej swej zbłąkanej owieczce, synu, którego życie zwiodło na manowce. Mark się ustatkował, ożenił z Betty i doczekał pięknego syna; Rory ciągle był ze swym przyjacielem Dinem i obaj stanowili parę uznanych stylistów w salonie fryzjerskim "Loczek"; Trevor od nowego roku szkolnego rozpoczynał studia artystyczne w college'u, a w przyszłości miał zostać artystą grafikiem; Simon w szpitalu St Patrick awansował na szefa portierów; obok siedziała Cathy z narzeczonym, Mickiem O'Learym; a dalej Dermot z… nagle Agnes zachmurzyła się. W tej samej chwili usłyszała jednak gromkie: "Niech żyje babunia! Zdrowie babuni!" Wszyscy wznieśli szklanki. Ten krótki zgiełk i toast pozwoliły Agnes skryć swój niepokój.
Zmartwienie na jej twarzy spowodowane było tym, że Dermot siedział z Mary Carter. Agnes aż nadto dobrze znała Carterów - Jack Carter, ojciec Mary, pewnego ranka, dziesięć lat temu, zostawił rodzinę przy Townsend Street i nikt go więcej nie widział. Helen Carter zapiła się na śmierć, a dzieciaki wychowywały się na ulicach Dublina. Agnes żałowała rodziny, zwłaszcza dzieci pozostawionych samym sobie, ale litość ta nie była aż tak wielka, by pod swój dach przyjąć Mary Carter, znaną w okolicy narkomankę, a nawet - jak podejrzewała - dealerkę narkotyków. Już kilka tygodni wcześniej przestrzegała Dermota, a on zapewnił ją, że to tylko przelotna znajomość, nic poważnego.
Dermot zauważył zmianę wyrazu twarzy mamy i gdy tylko ich spojrzenia się zetknęły, uśmiechnął się i mrugnął, jakby dając do zrozumienia, że nie ma się czym martwić i wszystko jest w porządku. Agnes przyjęła to za dobrą monetę i odwzajemniła uśmiech.
Minorowy nastrój Trevora pierwszy zauważył Dino Doyle, przyjaciel Rory'ego. Kiedy powiedział o tym Rory'emu, ten odszukał brata. Chciał dowiedzieć się, co go gryzie. Znalazł Trevora przed wyłączonym telewizorem, samego, milczącego, opartego o automat z papierosami.
- Cześć, Trevor, niezła zabawa, hm?
- Tak… niezła.
- Wszystko w porządku, Trevor? Coś cię gryzie?
Trevor rozpromienił się troszkę.
- Mnie? Nie. Wszystko w porządku, Rory. Może jestem trochę zmęczony. Wiesz, niedługo egzaminy…
- Przynieść ci drinka?
- Nie, Rory, dziękuję. Wracaj do Dina. Chyba nie chcesz, żeby sam kręcił się po knajpie, zaraz ktoś ci go poderwie!
- Nie radzę… oczy wykłuję… Obaj będą chodzić o białej lasce.
Bracia parsknęli śmiechem. Rory ucałował Trevora w policzek i wrócił szukać Dina. A Trevor myślami wrócił do Marii Nicholson.
Trevor pod każdym względem był cichszym i najbardziej nieśmiałym z Browne'ów. Wprawdzie w sztuce potrafił wyrazić wszystko, lecz kiedy stawał wobec konieczności komunikacji werbalnej - zwłaszcza w sytuacji jeden na jeden - myśli uciekały mu nie wiadomo dokąd, język mu się plątał, wargi sztywniały i wówczas Trevor błyskawicznie dawał nogę. Dawniej nie stanowiło to dla niego dużego problemu, ponieważ zadowalał się wyłącznie własnym towarzystwem. Jednak z biegiem czasu ta cecha stawała się coraz bardziej i coraz częściej uciążliwa. I bolesna. Tym razem źródłem bólu była Maria Nicholson.
Maria pojawiła się w szkole sztuk pięknych i projektowania, do której uczęszczał Trevor niespełna rok wcześniej. Przyjechała aż z Vancouver w Kanadzie. Choć tak naprawdę to była Irlandką, urodzoną w niedalekim Limerick. Jej ojciec, architekt, projektował mosty i jeździł po całym świecie. A dokąd jechał tato, tam jechała cała rodzina. Marię podniecał powrót do ojczyzny i choć przyjęto ją na ostatni, czwarty rok nauki, najwyraźniej szybko została zaakceptowana przez innych uczniów. Trevor Browne spotykał ją tylko na dwóch lekcjach: historii sztuki i grafice. Ale kiedy pierwszy raz spojrzał na Marię Nicholson, natychmiast wiedział, że jest w niej zakochany po uszy. Kilkakrotnie usiłował ją zagadnąć, jednak nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Zwykle pochylała głowę, uśmiechając się, dotykała jego ramienia i mówiła: "Wiesz, porozmawiamy później, okej?" I odchodziła.
Chłopak podjął więc decyzję. Będzie się z nią komunikował przez sztukę. Któregoś dnia, podczas zajęć wolnych, Trevor przygotował sobie większy kawałek płótna i podzielił go na czternaście kwadracików, każdy wielkości sześć na sześć centymetrów. Potem w domu naciągnął pierwsze płócienko na blejtram, umieścił na sztaludze i zaczął malować farbami olejnymi. Postanowił namalować czternaście miniaturowych kopii dzieł wielkich malarzy i każdą miniaturkę sygnować pierwszą literą nazwiska artysty. Ostatecznie litery ze wszystkich obrazków miały składać się na imię i nazwisko Marii Nicholson. Praca nad jedną miniaturą zajmowała mu dwa tygodnie. Potem oprawiał ją, ładnie pakował i podrzucał w miejscu, w którym miał pewność, że Maria łatwo ją znajdzie. Do paczuszki dołączał malutką kartkę z napisem: "Dla ciebie, Mario".
Do dnia chrztu małego Aarona Trevor namalował już miniatury dzieł Moneta, Albersa, Rembrandta, Ingresa, Allstona, Neela, Israelsa, Constable'a, Hockneya, O'Keeffe'a i Lancreta. Pozostały mu jeszcze trzy, a właściwie dwie i pół, bo w połowie ukończył już kopię obrazu Klacze i źrebaki osiemnastowiecznego malarza George'a Stokesa. Trevor miał nadzieję, że Maria rozpozna autora prac i sama go znajdzie. Maria rzeczywiście szukała. W czasie zajęć przechadzała się czasem od stołu do stołu i przyglądała się pracom poszczególnych chłopaków, usiłując rozpoznać rękę swego adoratora. Ale nigdy do głowy jej nie przyszło, by spojrzeć na prace Trevora Browne'a.
Z głębokiego zamyślenia wyrwało Trevora silne klepnięcie w plecy. Był to podchmielony już mocno Dermot.
- Tu cię mam, Trevorku! Niezły jubel, hm? - Dermot mocno się chwiał, a razem z nim, przyczepiony do niego jak rzep, Patrick Brady.
Dermot rozłożył szeroko ramiona, by uściskać Trevora. Zawsze po kilku drinkach Dermot uwielbiał wszystkich ściskać i całować, a braci ze szczególną pijacką estymą.
Z końca pokoju Agnes obserwowała synów i uśmiechała się ciepło. Także Pierre widział obu chłopców i zauważył pełną radości twarz Agnes.
- Jesteś szczęśliwa, Agnes, prawda? - zapytał.
- Jestem. Nie może być inaczej. Calutka rodzina w jednym pokoju - pociągnęła duży łyk cydru i uśmiechnęła się jeszcze radośniej.
Agnes Browne nie wiedziała jeszcze, że tego wieczoru po raz ostatni widzi swoją rodzinę w komplecie. Koleje losu i tragiczny splot wypadków, jakie miały nastąpić, rozpędzą trzódkę na cztery strony świata.