Bogobójca

  • 83-7298-598-7
  • Autor: Green, Simon R.
  • Dostępność: Jest
  • 19,90 zł 7,00 zł

Trzeci tom cyklu "Strażnicy Przystani", gatunkowo stanowiącego połączenie przygodowej fantasy i kryminału.
Bogowie przychodzą i odchodzą. Ulicę Bogów znajdującą się w centrum Przystani "zamieszkują" istoty warte więcej, a zarazem mniej niż człowiek; istoty budzące podziw i uwielbienie, strach i trwogę - i marzenia o niezmierzonej potędze. Nikt nie wie, kim ani czym są. Istniały, nim człowiek wybudował ulicę Bogów, będą istnieć, gdy pozostaną po niej już tylko zgliszcza i wspomnienia. Niektórzy mówią, że bóstwa stanowią ucieleśnienie pewnych rzeczywistości; są abstrakcjami ubranymi w formę przez ludzkie pragnienia i lęki, a niekiedy po prostu przez czasy. Inni twierdzą, że to stworzenia nadprzyrodzone, przybyłe z innych wymiarów. Ale tak naprawdę nikt tego nie wie. Są rzeczywiste i nierzeczywiste; a właściwie ani takie, ani takie. Wzbudzają cześć i strach. Są istotami obdarzonymi mocą, a ulica Bogów należy wyłącznie do nich.
Ale teraz, ktoś lub coś uśmierca te istoty, jedną po drugiej.
I oto Hawk i Fisher otrzymują zadanie specjalne… na ulicy, na której tak naprawdę nie działa żadne z praw natury… i przestrzegane jest zaledwie kilka praw Przystani…
Hawk i Fisher to dwoje twardych stróży porządku w mieście magii i występku. Hawk używa topora w obronie prawa, Fisher zaś niezwykle zręcznie włada sztyletem. Razem są doskonałymi pogromcami zbrodni… wspieranymi tchnieniem magii.

Rok wydania: 2004
Stron: 208
Oprawa: broszura
Format: 115/183
Pakowanie: 20
Tłumacz: Iwona Michałowska

Fragment tekstu:


Prolog
Bogowie przychodzą i odchodzą. Ulicę Bogów zamieszkują istoty warte więcej, a zarazem mniej niż człowiek, istoty budzące podziw i uwielbienie, strach i trwogę - i marzenia o niezmierzonej potędze. Nikt nie wie, kim ani czym są. Istniały, nim człowiek wybudował ulicę Bogów, będą istnieć, gdy pozostaną po niej już tylko zgliszcza i wspomnienia. Niektórzy mówią, że bóstwa stanowią ucieleśnienie pewnych rzeczywistości, że są abstrakcjami ubranymi w formę przez ludzkie pragnienia i lęki, a niekiedy po prostu przez czasy. Inni twierdzą, że to stworzenia nadprzyrodzone, przybyłe z innych wymiarów. Ale tak naprawdę nikt tego nie wie. Są rzeczywiste i nierzeczywiste, a właściwie ani takie, ani takie. Są istotami obdarzonymi mocą, a ulica Bogów należy wyłącznie do nich.
Przychodzą i odchodzą.


Zabójca na wolności
Zima wcześnie zawitała do Przystani, przynosząc wyjące wichry, śnieg z deszczem i przenikliwe zimno. Na dachach i murach miasta zalegały grube warstwy śniegu, a ściany pokrywał szron. Na ulicach pierwsi poranni przechodnie przedzierali się przez pośniegowe błoto, ślizgając się i przeklinając bezgłośnie. Lodowaty wiatr przenikał nawet przez najgrubsze futra, a mróz wgryzał się żarłocznie w bezbronne ciała. Zima zaatakowała Przystań, szczególnie dając się we znaki słabym i niedołężnym.
Był wczesny ranek i czerwona kula słońca powoli wyłaniała się z mroku bezgwiezdnej nocy. Lampy uliczne, niczym bursztynowe wysepki na tle nieskończonej otchłani, odważnie rozświetlały ciemność. Na koniach i powozach pozawieszano czerwone latarnie podskakujące wśród nocy jak rozżarzone węgielki. W tej scenerii przez chłód i mrok przedzierali się kapitanowie straży miejskiej Hawk i Fisher. Gdzieś pośród wąskich uliczek i alejek Północnej Dzielnicy leżał trup. Nie było jeszcze wiadomo, dlaczego jest trupem. Posterunkowi zajmujący się tą sprawą mozolnie usiłowali dociec prawdy.
Morderstwo nie było w Północnej Dzielnicy niczym nadzwyczajnym. Podobnie jak każde inne miasto, Przystań miała swoje ciemne zaułki. Była mrocznym miastem, najbardziej zdemoralizowanym w całych Dolnych Królestwach, a w Północnej Dzielnicy mord i korupcja panoszyły się otwarcie, napędzane chciwością, nienawiścią i potworną biedą. Każdego dnia ginęli tu ludzie. Niekiedy motywem były uczucia, kiedy indziej rozpacz, a czasem po prostu interesy. Mimo to dzisiejsze zabójstwo, ostatnie z serii krwawych mordów, wstrząsnęło nawet nawykłymi do takich wieści mieszkańcami dzielnicy. Straż wysłała więc na miejsce Hawka i Fisher. Byli dość odporni na wstrząsy.
Hawk był wysoki, śniady, niegdyś przystojny. Na prawym oku nosił czarną przepaskę z jedwabiu, a twarz po tej stronie miał pooraną starymi bliznami. Był ubrany w długą, futrzaną kurtkę, spodnie i czarny płaszcz stanowiący mundur straży. Wyglądał dość niepozornie. Nie był umięśniony - raczej szczupły, choć solidnej konstrukcji, z lekko zarysowanym brzuszkiem. Czarne włosy sięgały ramion; nosił je zaczesane do tyłu i spięte srebrną klamrą. Skończył dopiero trzydzieści lat, lecz w jego włosach można było dostrzec pasemka siwizny. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykły najemnik mający już za sobą najlepsze lata, przy bliższym wejrzeniu dostrzegało się jednak nieustępliwy, niemal złowrogi wyraz twarzy. Gdy ludzie przechodzili obok niego, starali się mówić cicho i spokojnie. Zamiast szabli strażnik nosił przy prawym boku topór o krótkim trzonku. Był mistrzem we władaniu tą bronią. Przez pięć lat służby miał mnóstwo okazji, by się wprawiać.
Towarzyszka i małżonka Hawka, Izabela Fisher, bez trudu dotrzymywała mu kroku. Znali się tak długo, że ich ruchy były niemal synchroniczne. Izabela liczyła co najmniej sześć stóp wzrostu, miała zgrabną, umięśnioną sylwetkę, nosiła długi, gruby blond warkocz sięgający do pasa i ozdobiony u dołu kulką z polerowanej stali. Miała nieco ponad dwadzieścia pięć lat i określenie "interesująca" pasowało do niej bardziej niż "piękna". Surowa, koścista twarz silnie kontrastowała z intensywnym błękitem oczu i wydatnymi ustami. Wyglądała jak ktoś, z kogo przeżycia wypłukały wszystkie ludzkie słabostki. Podobnie jak Hawk miała na sobie standardowy zimowy mundur, a przy lewym biodrze przytroczony miecz, na rękojeści którego swobodnie trzymała dłoń.
Nad ulicą wciąż unosiła się lekka mgiełka, mimo iż czarodzieje pogodowi od wielu godzin bezskutecznie pracowali nad jej usunięciem. Bezlitosny chłód przenikał Hawka do kości i strażnik zamaszyście wbijał nogi w błoto, by się rozgrzać. Dłonie wewnątrz rękawiczek zacisnął w pięści, ale nawet to niewiele dawało. Nienawidził zimna. Wysysało z niego całe ciepło i życie. Szczególnie zaś nienawidził przebywać na mrozie w ciemnościach o tak nieprzyzwoitej godzinie. Ale tę zmianę opłacano najlepiej, a on i Fisher potrzebowali pieniędzy, więc… Hawk z irytacją wzruszył ramionami, usiłując poprawić sobie płaszcz, by lepiej mu się szło. Płaszcza też nienawidził: przeszkadzał w walce. Ale wychodzenie na mróz bez okrycia było mniej więcej tak rozsądne jak kąpanie się nago w basenie pełnym aligatorów: można było stracić parę ważnych części ciała. Hawk nosił więc płaszcz, strasznie na niego utyskując. Raz jeszcze wzruszył ramionami i ukradkiem zaczął szarpać połę.
- Zostaw ten płaszcz w spokoju - rzekła Fisher, nawet na niego nie spojrzawszy. - Dobrze wygląda.
Hawk prychnął.
- Ale ja nie czuję się w nim dobrze. Zresztą podobno w dzień ma być cieplej. Jeśli mgła się podniesie, zrzucę go gdzieś i zabiorę z powrotem pod koniec zmiany.
- Nawet o tym nie myśl. Dobrze wiesz, że łatwo się przeziębiasz i łapiesz grypę. Nie mam zamiaru znowu przy tobie skakać. Parę stopni gorączki i już ci się zdaje, że umierasz.
Hawk gapił się przed siebie, udając, że nie słyszy.
- A tak w ogóle, to gdzie jest to ciało, któremu niby mamy się przyjrzeć? - spytał.
- Na Srebrnej. Tu niedaleko, kawałek w lewo. Z tego, co mówili, widok może być dość makabryczny. Myślisz, że będzie podobny do tych poprzednich?
- Mam nadzieję - odparł Hawk. - Wolę nie myśleć, że po naszym rewirze może grasować więcej niż jeden maniakalny zabójca.
Fisher kiwnęła ponuro głową.
- Nienawidzę maniaków. Nie trzymają się reguł. Kiedy próbuję dociec ich motywów, sama jestem bliska szaleństwa.
Hawk uśmiechnął się lekko, ale szybko spoważniał. Jeśli trup będzie wyglądał równie źle jak poprzednie, nie będzie to przyjemny widok. Pierwsze ciało jeden z posterunkowych znalazł w pobliżu Diabelskiego Haka. Zwisało z latarni ulicznej na sznurze zrobionym z własnych jelit. Drugie było rozrzucone na całej długości alei Hawthorne'a. Przy trzecim, znalezionym na ulicy Węgorzowej, zabójca wykazał się większą inwencją. Ręce zostały przybite do ściany, głowa pływała w beczce na deszczówkę, a genitaliów nie było wcale.
Hawk i Fisher skręcili w Srebrną i natknęli się na tłum, który zdążył się zebrać mimo wczesnej pory. Nie ma lepszego lepu na tłumy niż dobry mord. Hawk przez chwilę zastanawiał się, co u diabła wszyscy ci ludzie robią na ulicach o tej godzinie, ale wiedział, że nie ma sensu pytać. I tak by skłamali. Północna Dzielnica nigdy nie spała. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał dobić targu i ktoś, kto chciał go oszukać.
Przedzierali się przez tłum. Niektórzy z gapiów złością reagowali na odpychanie, szybko jednak uspokajali się, rozpoznając tę dwójkę. Wszyscy w Północnej Dzielnicy znali Hawka i Fisher. Hawk zatrzymał się na chwilę przed grubą linią z niebieskiego pyłu kredowego, usypaną przez lekarza straży w celu odcięcia drogi tłumowi, po czym wziął głęboki wdech i szybko ją przekroczył. Srebrna bransoletka na nadgarstku, jego legitymacja służbowa, chroniła przed czarem odpychającym, ale zawsze nerwowo reagował na niebieską linię. Pewnego razu przeszedł przez nią bez bransoletki, której zapomniał włożyć, i przez prawie godzinę cierpiał z powodu potwornych skurczy mięśni. To dlatego tłum, choć zgromadzony tuż przy linii, nie próbował jej przekroczyć, dzięki czemu miejsce zbrodni pozostało nietknięte i lekarz mógł spokojnie wykonywać swoją pracę.
Obok niego, w przyzwoitej odległości od ciała, stał posterunkowy. Miał na sobie ciemnoczerwony płaszcz i tunikę, wyglądające na tle śniegu niemal krzykliwie. Skinął przyjaźnie w kierunku Hawka i Fisher. Doktor klęczał w zakrwawionym śniegu obok ciała, na widok oficerów wstał jednak i powitał ich krótkim skinieniem głowy. Był niskim, delikatnym mężczyzną o bladej twarzy, jasnych oczach i dużych, sprawnych dłoniach. Przepisowy płaszcz był na niego za duży i wyglądał jak odziedziczony po starszym bracie. Lekarz sprawiał jednak, typowe dla przedstawicieli swojej profesji, wrażenie spokojnego i pewnego siebie.
- Kapitanie Hawk, kapitan Fisher, cieszę się, że państwa tu widzę. Jestem doktor Jaeger. Nie zdążyłem jeszcze dokładnie zbadać ciała. Mogę tylko powiedzieć, że zabójca nie używał żadnej broni. Zrobił to wszystko gołymi rękami.
Hawk spojrzał na ciało i z trudem zmusił się do zachowania obojętnego wyrazu twarzy. Ręce zostały oderwane od tułowia. Sam tułów był rozerwany od gardła aż po krocze, a wnętrzności wyszarpnięte i rozrzucone na śniegu. Nogi były doszczętnie połamane; przez rozharataną skórę przebijały postrzępione fragmenty kości. Nigdzie nie było widać śladu głowy.
- O, do diabła. - Hawk próbował sobie wyobrazić, ile potrzeba siły, by tak doszczętnie zniszczyć ciało, i przyszła mu do głowy niepokojąca myśl. - Doktorze, czy istnieje prawdopodobieństwo, że zabójcą nie jest człowiek? Może zrobił to wilkołak, wampir, upiór?
Jaeger stanowczo pokręcił głową.
- Nie wygląda na to, by wyssano ofierze krew: sami widzicie, ile jest jej wszędzie wokół. Nie ma też śladów zębów ani pazurów, które wskazywałyby na wilkołaka. Nikt też nie pożarł ciała. Oprócz głowy niczego nie brakuje. Nie, kapitanie, najprawdopodobniej jest to typowy maniakalny zabójca o wyjątkowo makabrycznych upodobaniach.
- Świetnie - powiedziała Fisher. - Po prostu super. Kiedy dotrze tu czarodziej medycyny sądowej?
Jaeger wzruszył ramionami.
- Dobre pytanie. Został już wezwany, ale dobrze pani wie, jak bardzo nienawidzi wstawać ze swego ciepłego łóżeczka o tej porze.
- Tak czy owak - rzekł Hawk - nie możemy czekać, bo ślady nam się zatrą. Bierzmy się do roboty, doktorze. Co może pan zrobić?
- Niewiele - przyznał Jaeger. - Sądowy, gdy już dotrze, być może zdoła odtworzyć cały przebieg morderstwa. Ja mogę jedynie przywołać na moment twarz mordercy.
- To więcej, niż uzyskaliśmy w przypadku trzech poprzednich zbrodni - odparł Hawk.
- Tym razem mieliśmy szczęście - rzekł Jaeger. - Śmierć nastąpiła najwyżej pół godziny temu. Jest duża szansa, że uda nam się odtworzyć twarz.
- Chwileczkę - odezwała się Fisher. - Sądziłam, że potrzebna jest głowa ofiary, żebyśmy mogli zobaczyć zabójcę jej oczyma.
Jaeger uśmiechnął się pobłażliwie.
- Magia medyczna to coś więcej niż stare zabobony, pani kapitan. - Przykląkł obok ciała, krzywiąc się na widok zakrwawionego błota brudzącego mu ubranie, i pochylił się nad tułowiem. Mrucząc pod nosem jakieś krótkie, gardłowe słowa, poruszał wolno palcami lewej ręki, rysując skomplikowany wzór. Nagle z szyi ofiary trysnął strumień krwi, tworząc na ziemi kałużę. Jaeger wykonał szybki gest i krew przestała płynąć. Na powierzchni kałuży pojawiły się fale, jakby coś mąciło ciecz od spodu. Hawk i Fisher przyglądali się urzeczeni, jak w lustrze krwi powoli pojawia się twarz. Miała ostre, posępne, dość oryginalne rysy. Strażnicy pochylili się i uważnie studiowali widok, by jak najlepiej go zapamiętać. Nagle obraz zniknął, a krew znów była tylko krwią. Hawk i Fisher wyprostowali się. Jaeger wstał. Hawk z szacunkiem skinął mu głową.
- Czy coś jeszcze mogę dla państwa zrobić?
- Chyba nie. Sądząc po układzie plam krwi, ofiara nie miała zbyt wiele czasu, by się bronić. Większości okaleczeń, jeśli nie wszystkich, dokonano zatem po śmierci.
- Przyczyna zgonu? - zapytała Fisher.
Jaeger wzruszył ramionami.
- Do wyboru, do koloru. Każda z tych ran mogła być śmiertelna.
Hawk gestem przywołał posterunkowego. Był to ciemnowłosy, dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce, z dwudziestoletnią gwiazdą na mundurze. Miał spokojny, zrezygnowany wyraz twarzy wytrawnego strażnika, który wszystko już widział i nic nie zrobi na nim wrażenia. Zerknął na ciało i stanął obok niego z kamienną twarzą.
- Kapitanowie, melduje się posterunkowy Roberts.
- Kto znalazł ciało? - zapytał Hawk.
- Dwójka dzieciaków z rodzin kupieckich. Wracały z imprezy. Postanowiły przejść się na skróty przez Północną Dzielnicę i znalazły trochę więcej, niż się spodziewały. Mój partner zabrał ich na herbatę do tego domu naprzeciwko. Herbata pomaga na wstrząsy.
- Widziały coś jeszcze?
- Wygląda na to, że nie, panie kapitanie.
- Tak czy owak, chcielibyśmy zamienić z nimi słówko. Proszę spróbować rozgonić ten tłum. Wkrótce przybędzie tu czarodziej medycyny sądowej, a on nienawidzi widowni.
Posterunkowy kiwnął głową; Hawk i Fisher ruszyli w kierunku wskazanego domu, omijając, o ile było to możliwe, plamy krwi.
- Wiesz - rzekła cicho Fisher - w takich chwilach poważnie się zastanawiam nad zmianą roboty. Myślisz, że widziałeś już każdą ohydę, jaka mogłaby się przytrafić w Północnej Dzielnicy, a tu nagle zdarza się coś takiego. Jak ludzie mogą robić sobie nawzajem takie rzeczy?
Hawk już miał wzruszyć ramionami, ale się powstrzymał. To było poważne pytanie.
- Narkotyki. Emocje. Opętanie. A może po prostu szaleństwo. Przez tę dzielnicę przewalają się najróżniejsze typy. Jeśli ktoś ma w duszy choć odrobinę ciemności, to miejsce wydobędzie ją z niego. Nie bierz tego sobie tak do serca, Izabelo. Widzieliśmy już gorsze rzeczy. Skup się na wskazówkach, które pozwolą nam przyskrzynić drania.
Młodzi ludzie, którzy znaleźli ciało, nadal przebywali w budynku, zbyt wstrząśnięci i zdezorientowani, by przyszło im do głowy robić awanturę o to, że są przetrzymywani. Ich stroje jednoznacznie wskazywały na przynależność do klasy kupieckiej, a wygląd sytuował ich w jej dolnej strefie. Wydawali się bardzo nie na miejscu w tej zadymionej, ciemnej kuchni, pod troskliwą opieką praczki. Pilnujący ich posterunkowy rozsiadł się swobodnie przy kominku. Miał dziesięcioletnią gwiazdę, wyglądał jednak na kogoś, kto większość z tych lat spędził w biurze. Skinął przyjaźnie Hawkowi i Fisher, ale ani myślał wstać. Kupczyk wyglądał na jakieś osiemnaście lat, jego koleżanka była odrobinę młodsza. Hawk przysunął sobie krzesło, usiadł obok nich i zaczął przesłuchiwać chłopaka, dziewczyna bowiem była półprzytomna w wyniku wstrząsu i wyczerpania emocjonalnego.
- Nazywam się Hawk, jestem kapitanem straży miejskiej. A to moja partnerka, kapitan Fisher. A ty, kolego, jak się nazywasz?
- Fairfax, proszę pana. Calvin Fairfax.
- W porządku, Calvin. Opowiedz nam, jak znaleźliście ciało.
Fairfax przełknął ślinę i sztywno skinął głową.
- Szliśmy Wełnianą i nagle usłyszeliśmy szybkie kroki, jakby ktoś uciekał. Potem Belinda zauważyła na ziemi krople krwi, ciągnące się aż na sąsiednią ulicę. Nie chciała się w to mieszać, ale ja postanowiłem rzucić okiem, na wypadek gdyby ktoś był ranny i potrzebował pomocy. Przeszliśmy kawałek ulicą i… i wtedy zobaczyliśmy ciało.
- Czy na Srebrnej był ktoś oprócz was? - zapytała Fisher.
- Nie. Tylko my. Belinda krzyczała, nikt jednak nie przyszedł z pomocą. Parę osób wyjrzało przez okno, ale nie chciały się mieszać. W końcu posterunkowi straży usłyszeli krzyk i przyszli zobaczyć, co się dzieje.
Fisher skinęła głową na znak, że rozumie.
- O której to było?
- Około trzeciej. Na chwilę przedtem słyszałem, jak zegar wybija godzinę. Kiedy tylko posterunkowi zobaczyli ciało, zajęli się wszystkim, a nas przysłali tutaj. Czy możemy już iść? Jest późno. Rodzice na pewno się martwią.
- Jeszcze chwila - rzekł Hawk. - Czarodziej medycyny sądowej będzie chciał z wami porozmawiać, gdy wreszcie tu dotrze. Potem będziecie wolni. Musicie złożyć oświadczenie u koronera, ale to może poczekać. A w przyszłości trzymajcie się z dala od Północnej Dzielnicy. To nie jest zbyt bezpieczne miejsce na spacery, szczególnie o trzeciej nad ranem.
- Bez obaw - odparł z powagą Fairfax. - Do końca życia moja noga tu nie postanie. Zresztą w ogóle byśmy tu nie przyszli, gdyby Luther nie namówił nas do przejścia obok domu Bode'a.
Hawk nadstawił uszu. Dom Bode'a. Coś mu to mówiło, ale nie wiedział co.
- To jakiś szczególny dom?
Fairfax wzruszył ramionami.
- Podobno w nim straszy. Ludzie widują i słyszą różne rzeczy. Spodobał nam się ten pomysł. - Skrzywił się gorzko. - Miało być wesoło…
Hawk przez chwilę go pocieszał, po czym w towarzystwie Fisher opuścił dom. Szli wzdłuż Srebrnej. Po wyjściu z ciepłej kuchni, zimno poranka wydawało im się jeszcze bardziej przenikliwe.
- Dom Bode'a… - Hawk zmarszczył brwi w zamyśleniu. - Gdzieś już słyszałem tę nazwę.
- Powinieneś - odparła Fisher. - Od trzech nocy wspomina się o nim na odprawach. Istnieją poszlaki, że dom może być nawiedzony. Sąsiedzi skarżą się na dziwne światła i dźwięki, a lokatora nie widziano od wielu dni. Ponieważ Bode jest alchemikiem i czarodziejem, na razie nikt nie traktuje sprawy zbyt poważnie, ale sąsiedzi są naprawdę zdenerwowani.
- Jak ty możesz to wszystko spamiętać? - zdziwił się Hawk. - Ja na początku zmiany ledwie potrafię się powstrzymać przed zamykaniem oczu. Naprawdę budzę się dopiero po godzinie przebywania na ulicach.
- Myślisz, że nie zauważyłam? - zakpiła Fisher.
- Gdzie się znajduje ten dom?
- Kawałek dalej, za rogiem.
Hawk przystanął i spojrzał na nią.
- Zbieg okoliczności?
- Może.
- Nie wierzę w zbiegi okoliczności. Na wszelki wypadek lepiej tam zajrzyjmy.
- Najpierw pogadajmy z posterunkowym Robertsem - odparła Fisher. - To jego rewir, może wie o czymś istotnym.
Hawk spojrzał na nią z aprobatą.
- Jesteś dziś w dobrej formie, mała.
Fisher uśmiechnęła się szeroko.
- Jedno z nas musi.
Posterunkowy Roberts nie miał im wiele do powiedzenia.
- Niestety, nie wiem o tym domu nic pewnego. Słyszałem to i owo, ale o domach czarodziejów zawsze krążą plotki. Bode to dość spokojny gość, prowadzi samotny tryb życia. Od pewnego czasu nikt go nie widział, ale to jeszcze nic nie znaczy. Często podróżuje. Ponieważ nikomu nic się nie stało i nie ma dowodów na istnienie niebezpieczeństwa, zostawiam dom w spokoju. Bode nie byłby zadowolony, że mieszam się w jego sprawy, a ja nie mam zamiaru wkurzać czarodzieja bez wyraźnego powodu.
Hawk zacisnął usta. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. W Przystani każdy dbał przede wszystkim o własne interesy; nawet strażnicy. Zwłaszcza strażnicy.
- W porządku, posterunkowy. Chyba mimo wszystko tam zajrzymy. Proszę tu zostać do czasu przybycia czarodzieja medycyny sądowej i mieć oko na wszystko. Morderca może nadal być w pobliżu.
Wypytawszy Robertsa o drogę, Hawk i Fisher przepchnęli się przez topniejący tłum i ruszyli wzdłuż ulicy. Dom czarodzieja znajdował się niedaleko, na końcu rzędu dobrze utrzymanych kamienic. Nie był szczególnie okazały, ale jak na tę okolicę całkiem niezły. Wszystkie okiennice były szczelnie zamknięte i nigdzie ani śladu światła. Hawk próbował wychwycić aurę odmienności, ale na próżno: albo było mu zbyt zimno, albo nie działo się tu nic niezwykłego. Zdjął prawą rękawiczkę i włożył dłoń pod koszulę, by dotknąć zawieszonego na srebrnym łańcuszku amuletu z grawerowanej kości. Był to typowy element wyposażenia strażnika, zdolny wykryć obecność magii w pobliżu. Tym razem jednak ani drgnął, było to co najmniej dziwne: w domu czarodzieja powinno się roić od czarów obronnych. Hawk puścił amulet i szybko naciągnął rękawiczkę, zginając odrętwiałe palce, by odpędzić chłód.
- Masz kamień tłumiący? - zapytał cicho.
- Wiedziałam, że o to spytasz - odparła Fisher. - Nie możesz się doczekać wypróbowania go, co?
Hawk wzruszył niewinnie ramionami. Kamienie tłumiące były najnowszym wynalazkiem kręgu czarodziejów rady miejskiej. Nie weszły jeszcze w skład wyposażenia, ale kilkoro strażników zgłosiło się na ochotnika, by je przetestować. Na ulicach Przystani każde przydatne urządzenie było dla straży na wagę złota. Teoretycznie kamień tłumiący mógł zneutralizować całą magię w zasięgu swojego działania. W praktyce ów zasięg był bardzo ograniczony, kamień czasem działał, a czasem nie, w dodatku nie było pewności co do ewentualnych skutków ubocznych. Hawk bardzo chciał go wypróbować. Uwielbiał nowinki.
I dlatego to Fisher sprawowała pieczę nad kamieniem.
- Wielki, przerośnięty dzieciak - mruknęła pod nosem.
Hawk uśmiechnął się, podszedł do głównych drzwi i przyglądał im się sceptycznie. Wyglądały dość normalnie. Wisiała na nich zabawna, mosiężna kołatka, Hawk jednak nie zrobił z niej użytku. Prawdopodobnie była zaczarowana. Czarodzieje to podejrzliwy lud. Nagle strażnik zauważył coś i przykląkł. Najwyraźniej ktoś niedawno korzystał z żelaznej skrobaczki do butów. Było na niej błoto, mokry śnieg i odrobina krwi. Hawk uśmiechnął się, wstając. Prędzej czy później każdy z nich popełniał błąd. Wystarczyło trochę spostrzegawczości, by go zobaczyć. Zerknął na Fisher, a ona skinęła głową na znak, że też to widzi. Oboje dobyli broni. Hawk dwukrotnie walnął w drzwi rączką topora. Dźwięk rozniósł się głośnym echem, ale pozostał bez odpowiedzi.
- W porządku - rzekł strażnik. - W razie wątpliwości wybieraj najprostszą drogę. - Uniósł topór, by roztrzaskać drzwi, ale Fisher go powstrzymała.
- Czekaj. Może nie mamy racji. Jeśli czarodziej przypadkiem wrócił do domu, tylko nie spieszy mu się z otwarciem drzwi, nie będzie zadowolony, że mu je rozwaliliśmy. A jeśli to nie on tam jest, po co dawać ostrzeżenie, że wchodzimy? Mam lepszy pomysł.
Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni i wyjęła komplet wytrychów. Pochyliła się nad zamkiem, przez chwilę manipulowała przy nim z wprawą, po czym cicho uchyliła drzwi. Hawk był pod wrażeniem.
- Widzę, że się szkoliłaś.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Nigdy nie wiadomo, kiedy coś takiego może się przydać.
Hawk otworzył drzwi. Oczom strażników ukazał się ciemny, pusty hall. Wpatrując się w mrok, stali w miejscu, z gotową do użycia bronią.
- Na pewno zastosował jakiś czar bezpieczeństwa, aby odpędzać obcych - powiedziała Fisher. - Wszyscy magowie tak robią.
- Użyjmy więc kamienia - rzekł Hawk. - Przecież do tego służy.
- Nie tak szybko. Gdybym była czarodziejem, zaprojektowałabym czar bezpieczeństwa w taki sposób, żeby się bronił przed antyczarami.
Hawk zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Coś takiego wymagałoby użycia skomplikowanej magii, a Bode, zdaniem posterunkowego, jest czarodziejem niższej kategorii.
- Dotknij jeszcze raz amuletu.
Hawk mocno zacisnął amulet w dłoni, ten jednak ani drgnął. Najwyraźniej nie wykrywał w pobliżu żadnej magii. Strażnik z niecierpliwością pokręcił głową.
- Tracimy czas. Po prostu wejdźmy tam i już.
- Niech ci będzie.
- Idź pierwsza.
- Dobrze, mój bohaterze.
Powoli, jedno za drugim, wkroczyli do ciemnego hallu. Na moment przystanęli w drzwiach, nic jednak się nie stało. Hawk znalazł we wnęce ściennej lampę i zapalił ją. W bladozłocistym świetle ujrzeli długi, wąski korytarz, otwarty, ale nieszczególnie zachęcający. Ściany były gołe, podłoga zrobiona z matowych desek. Po prawej stronie mieli zamknięte drzwi, przed sobą, na końcu korytarza, schody. Fisher po cichu podeszła do drzwi, przez chwilę nasłuchiwała, po czym nacisnęła klamkę. Hawk stał skoncentrowany, z dłonią na trzonku topora. Fisher czubkiem buta otworzyła drzwi i z uniesionym mieczem wkroczyła szybko do środka. Hawk ruszył za nią, unosząc lampę, by oświetlić pomieszczenie. Było puste i wyglądało całkiem zwyczajnie. Meble, dywan, obrazy i gobeliny na ścianach. Niedrogi, ale przytulny wystrój. Strażnicy wrócili na korytarz, bezszelestnie zamykając za sobą drzwi, i ruszyli w stronę schodów.
- Coś tu się stało - rzekł cicho Hawk. - Amulet nie wykrywa żadnej magii, choć dom powinien być nią naszpikowany. Co jak co, ale czary obronne powinny wisieć w każdym kącie. Szpiegostwo przemysłowe jest wśród magów na porządku dziennym. Ciągle próbują sobie podkradać tajemnice.
Ruszyli w górę po schodach. Od czasu do czasu jakaś deska skrzypnęła pod ich ciężarem, rozdzierając ciszę. Podskakująca w ręku Hawka lampa nie na wiele się zdawała. Gdy dotarli na piętro, odkryli wąski korytarzyk z trojgiem zamkniętych na cztery spusty drzwi. Stali, nasłuchując, ale wśród ciszy rozbrzmiewały tylko ich oddechy. Hawk wciągnął powietrze.
- Czujesz coś?
- Hm… tak, coś czuję. Ale nie mam pojęcia, co to takiego i skąd dochodzi.
Najbliższe drzwi otworzyły się gwałtownie, z ogłuszającym hukiem uderzając o ścianę. Hawk i Fisher natychmiast przybrali postawę bojową. W pierwszej chwili Hawk sądził, że mają przed sobą jakieś zwierzę, i dopiero po chwili uświadomił sobie, że to człowiek odziany w futra. Był najwyżej średniego wzrostu, ale niemal niewyobrażalnie umięśniony. Ciemne i poplamione futra nosiły wyraźne ślady zakrzepłej krwi. Twarz i ręce także miał w niej powalane. Mimo karykaturalnie wyszczerzonych zębów mężczyzny, Hawk bez trudu rozpoznał twarz, którą doktor Jaeger ukazał mu w kałuży krwi. Zabójca niósł coś w prawej ręce. Była to urwana głowa, którą trzymał za włosy. Hawk przeniósł spojrzenie na twarz mordercy, wciąż zniekształconą nienaturalnym uśmiechem. Zabójca wlepił w niego dziki wzrok. Zachowywał się groźnie, ale nie próbował ich atakować. Narkotyki? Opętanie? Szaleństwo? Hawk mocno zacisnął dłoń na trzonku topora. Pamiętał, co ten człowiek gołymi rękoma zrobił na Srebrnej.
- Jesteśmy kapitanami straży miejskiej - rzekł spokojnie. - Aresztujemy pana.
- Nie powstrzymacie mnie - wydyszał zabójca w podnieceniu. - Jestem Ciemną Stroną.
Z furią cisnął w Hawka urwaną głową i odruchowo odskoczył w bok. Głowa uderzyła w ścianę i odbiła się, pozostawiając krwawą plamę. Fisher zrobiła krok naprzód, unosząc miecz. Człowiek nazywający siebie Ciemną Stroną odepchnął dłonią ostrze i tym razem rzucił głową w Fisher. Ta uchyliła się, a zabójca wskoczył z powrotem do pokoju. Hawk i Fisher wpadli tam za nim, ale nie znaleźli nikogo. Fisher zaklęła krótko.
- Jak on to, u diabła, zrobił? Przecież wbiegł tu najwyżej dwie sekundy przed nami.
- Tu pewnie aż się roi od tajnych drzwi i tuneli - rzekł Hawk. - Teraz możemy go szukać po całym domu.
- Albo poza nim.
- Nie, nie sądzę. Widzieliśmy jego twarz. Wie, że musi nas uciszyć. Wróci. A tymczasem rozejrzyjmy się po pokojach. Może znajdziemy jakąś wskazówkę, która pomoże nam zrozumieć, co się tu dzieje.
- Optymista - powiedziała Fisher.
Znajdowali się w małej, przytulnej sypialni. Łóżko było posłane, ale puste. Pościel wydawała się chłodna i lekko wilgotna w dotyku. Na meblach zalegała warstewka kurzu. Hawk i Fisher przez chwilę zaglądali w różne miejsca, nie znaleźli jednak nic ważnego. Wrócili więc na korytarz, wciąż dzierżąc w dłoniach nagą broń.
Następny pokój okazał się czymś w rodzaju laboratorium. Były tam szklane przyrządy i probówki, ceramiczne miseczki i rzędy fiolek z chemikaliami. Panował porządek, ale i tu wszystko pokrywała warstwa kurzu. W odległym krańcu pomieszczenia znajdowało się proste biurko z dwiema zamkniętymi na klucz szufladami. Fisher otworzyła je. W środku było mnóstwo papierów pokrytych skomplikowanymi równaniami, których za grosz nie pojmowali. Hawk odłożył je na miejsce, po czym zamarł i wciągnął powietrze. Zapach wydawał się teraz silniejszy i strażnik miał nieprzyjemne uczucie, że go rozpoznaje.
Trzecie i ostatnie pomieszczenie okazało się niewielką, schludną pracownią. Pod jedną ze ścian stały regały pełne oprawionych w skórę książek o różnych rozmiarach. Było też szerokie, funkcjonalne biurko usłane papierami. A nad wszystkim unosił się dławiący zapach śmierci i rozkładu. Na krześle przy biurku spoczywał bowiem bezwładnie, z głową przy piersi, trup w czarnym stroju czarodzieja. Nie żył już od dłuższego czasu.
- No, przynajmniej wiemy, co stało się z Bode'em - odezwała się Fisher. - I dlaczego w tym domu nie ma magii. Czary obronne musiały przestać działać, gdy umarł.
- Nie sądzę - odparł Hawk. - Czary obronne nie zachowują się w ten sposób.
- Wygląda na to, że nie były zbyt dobre. Nie powstrzymały mordercy.
- Tak - przyznał Hawk. - Ciekawa sprawa.
- Jak zginął?
- Dobre pytanie - rzekł Hawk. - Nie widać żadnych ran. - Postawił lampę na biurku ostrożnie ujął czarodzieja za włosy i uniósł jego głowę. Omal jej nie upuścił, ujrzawszy twarz. Była to twarz Ciemnej Strony.
- To niemożliwe - powiedziała Fisher. - To nie on. Ten facet nie żyje od wielu dni.
Hawk skinął głową, puszczając trupa.
- Z kim więc walczyliśmy? Z duchem?
Zaczął wycierać palce o płaszcz i zamarł, uświadamiając sobie, co powiedział. Przez chwilę patrzeli na siebie.
- Mówią, że dom jest nawiedzony - przypomniała Fisher.
- Duchy zwykle nie rzucają w ludzi urwanymi głowami - zaoponował stanowczo Hawk. - Chyba że własnymi. No i nie wyglądają jak ciężarowcy. - Przeniósł wzrok z powrotem na ciało, uświadamiając coś sobie. - Spokojnie, Izabelo. To z pewnością nie jest Ciemna Strona. Budowa się nie zgadza. Ten facet wygląda jak wróbelek. Nawet dziwki z Pijawkowej mają bardziej rozwinięte muskuły.
- Twarz ma tę samą - odrzekła Fisher. - Może to bliźniacy.
Hawk zmarszczył brwi.
- To byłoby zbyt oczywiste. A nic, co dotyczy magów, nie bywa proste.
Pochylił się do przodu, ignorując odór, i dokładnie zbadał ciało w poszukiwaniu przyczyny zgonu. Nie musiał długo szukać. Nieco poniżej mostka znalazł wąską ranę kłutą. Ktoś dźgnął czarodzieja w serce. Hawk poprawił ubranie Bode'a i odsunął się z marsem na twarzy. Jedno pchnięcie - prosto w serce. Zabójca musiał być ekspertem. Albo szczęściarzem. Ale nawet w tym drugim wypadku, jakim sposobem udało mu się podejść tak blisko ofiary? Nawet czarodziej niższego rzędu, taki jak Bode, powinien dysponować dostatecznym zasobem magii, by pokonać zwykłego zamachowca, gdyby ten jakimś cudem przedostał się przez czary obronne. A Bode musiał mieć czary obronne. Inaczej konkurencja już dawno by go rozniosła. W dziedzinie magii panowała ogromna rywalizacja. Zwłaszcza w Północnej Dzielnicy.