Kategorie

Drżący Klub z Cove

  • Kod: 83-7298-669-X
  • Dostępność: Jest
  • Autor: Curtin, Michael
  • Cena w naszym sklepie: 29,90 zł
    Cena detaliczna:

Wszystko zaczęło się w Wielki Piątek 1955 roku, kiedy dziesięcioletni Junior Nash i Dunstan Tucker przepłynęli zatokę w obie strony, rzucając wyzwanie zimnej wiosennej wodzie Atlantyku i dzięki temu zostali członkami Drżącego Klubu z Cove. Zasady były proste: nie wolno sikać do wody i nie wolno przyprowadzać kobiet. Po latach członkowie klubu zbierają się ponownie, żeby postanowić, co zrobić z kobietą, która złamała zasady, a właściwie - z nowoczesnością w ogóle.
Pełen niespodziewanych, komicznych zakrętów akcji, Drżący Klub z Cove daje świadectwo niesamowitego wyczucia komicznego absurdu jego autora oraz jego głębokiego, ciepłego zrozumienia większości moralnych potknięć człowieka.

Michael Curtin napisał wcześniej cztery powieści humorystyczne: The Sself-Made Man, The Replay, The League Against Christmas oraz The Plastic Tomato Cutter, wydanych przez wydawnictwo Fourth Estate. Pisarz mieszka w Limerick.

"Skrzy się dowcipem… przezabawna i bardzo, bardzo ludzka powieść."

Roddy Doyle


"Błyskotliwie napisana i pełna ciepła… duże odkrycie."

Kalejdoskop, radio BBC 4


"Michael Curtin to jeden ze skarbów narodowych Irlandii, doskonały autor zabawnych powieści, który zasługuje na znacznie większy rozgłos… Jego humor przenika przez bezbłędnie wybrane, najbardziej poruszające chwile, nawet tragiczne."

"Sunday Express"


"Skrząca się dowcipem, pełna bohaterów i wersów, których oczekują jego wielbiciele… przezabawna i bardzo, bardzo ludzka powieść."

Roddy Doyle


"Prawdziwa powieść komiczna, bez jednej nużącej chwili."

"Times Educational Supplement"


"Błyskotliwy klejnot."

"Scotland on Sunday"

"Doskonała powieść komiczna."

"Belfast Telegraph"

Rok wydania: 2005
Stron: 332
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 32
Tłumacz: Katarzyna Krawczyk

Fragment tekstu:

Dla Jasona, Michaela, Sarah i Andrew

 


CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1

Okładki moich książek opowiadają zwykle te same historie: urzędnik, kontroler biletów, pracownik fabryki, pracownik budowlany, barman, ciężar dla społeczeństwa. Ale jeśli kiedykolwiek usłyszę o północy pukanie do drzwi i szczekliwe: "Kto ty jesteś?", odruchowo odpowiem: "Junior Nash" - i natychmiast dodam: "pływak".
Kiedyś wszyscy pływaliśmy, ale większość z tego wyrosła i wyszła z wprawy, gdyż uważają pływanie za sport dla ubogich. Jasne, pływają za granicą, na Kanarach, Majorce, a także w domu, w podgrzewanych przez okrągły rok basenach; to pływanie, które ma oznaczać osiągnięcie sukcesu życiowego. Dałbym im spokój, bo oni na własną prośbę odeszli z wolnego stowarzyszenia tych, którzy wciąż pływają, tak jak robiliśmy to w dzieciństwie, w zimnej wodzie - choć wielu z tych najwierniejszych ma teraz siwe włosy, lub w ogóle już ich nie ma, przeżyli operacje bypasów i wszczepienia sztucznych stawów biodrowych. Jednak my zachowaliśmy jeszcze uczucie uniesienia, jakie daje pływanie, to samo, które odczuwaliśmy jako dzieci, i na znak tej wierności nigdy nie zmieniamy stylu pływania ani życia.
Rzeka w mieście była długa, szeroka i łatwo dostępna. Nauczono nas pływać bardzo wcześnie, często wysyłano na słońce i świeże powietrze, które łącznie z łyżką tranu miało nas zabezpieczyć przed gruźliczymi zimami, które dziesiątkowały dorosłych, włączając w to oboje moich rodziców. Dzisiaj niewielu już pływa w rzece, gdyż jej kiedyś najpiękniejsze miejsca zaśmiecono tablicami ostrzegającymi przed zanieczyszczeniem wody, podpisanymi "Z polecenia korporacji". Ci, którzy wciąż jeszcze skaczą do wody, to idealiści, których słońce, świeże powietrze i tran uodporniły na rzeczywistość.
Wychowano nas także na mężczyzn: nauczono otwierać drzwi kobietom, nie przeklinać w ich obecności, iść po zewnętrznej stronie drogi, jeśli towarzyszyło im się w spacerze, nieść im parasol, ustępować miejsca w autobusie i - w poważnym wieku - podnosić kapelusz, kiedy przechodziło się obok kościoła albo damy. Męskość, do jakiej dążyliśmy, obejmowała szacunek dla kobiet, naukę palenia i picia oraz mnóstwo innych zasad, już dzisiaj niemodnych. W tamtych czasach żaden mężczyzna nie chodził z niemowlęciem uwieszonym u szyi ani nie zmywał naczyń.
Mój wujek, Budge Griffin, był pływakiem. Mieszkał z nami. Choć na równi z moją matką był współwłaścicielem domu, nie narzucał się, użytkował tylko swój pokój i pub. Zamieszkał rok po odejściu z pierwszej linii drużyny rugby. Niewykształcony, postanowił cieszyć się tyloma wieczorami w barze, na ile tylko pozwalały mu kawalerskie zarobki. Był typem, który nigdy się nie żeni - za bardzo lubił zabawę, picie, może też był za łagodny na trudy narzeczeństwa i małżeństwa. Tacy trafiają się w każdym pokoleniu, współczesne czasy są dla nich zbyt twarde, oni należą do wcześniejszej szkoły kurtuazji.
Kiedy oboje rodzice zostali przewiezieni do sanatorium, Budge Griffin przypalił mi bekon w plastrach i kiełbaski na kolację. Usiadł przy kominku i słuchał radia, kiedy ja odrabiałem lekcje. Potem umył mi ręce, twarz i kolana, na plecach zaniósł mnie na górę i słuchał, kiedy odmawiałem pacierz. Pocałował mnie, a potem przesunął dłonią po głowie, zanim wyszedł z pokoju. Jego świat rozciągał się poza domem, na budowie w dzień i w pubie wieczorem, na meczu rugby w sobotę i w pubie na stypie; na mszy w niedzielę, a potem w pubie w niedzielę rano, po południu i wieczorem. Kiedy tak siedział przed kominkiem na parterze i słuchał radia, Budge Griffin poświęcił dla mnie swój świat. Nie pił nawet na żadnym pogrzebie.
Pierwszym skutkiem jego abstynencji był rower Raleigh z trzema przerzutkami. W weekendy i w czasie dwutygodniowego urlopu dla budowlanych w czerwcu Budge zawoził mnie nim na każdą plażę nad rzeką: Lagunę, Zakątek, Piaszczystą Plażę - idylliczne miejsca nazwane tak przez dzieci. W 1913 pewien filantrop, sir Sylvester Barriscale postawił nasze domy, przeznaczając je dla ubogich, i wynajął je za niewielki czynsz. Nasza warstwa społeczna nie wyjeżdżała na wakacje, chyba że komuś trafił się krótki i przejściowy okres względnej zamożności. Dzięki dziwacznemu wytrzeźwieniu Budge'a po raz pierwszy zobaczyłem morze w Wielki Piątek 1955 roku. Budge zamontował na ramie roweru piankowe siodełko, żeby złagodzić mi sześćdziesięciomilową podróż. O piątej zjedliśmy po gotowanym jajku i z kanapkami z jajkiem, butelką herbaty oraz ręcznikiem na bagażniku ruszyliśmy w drogę. Stary kumpel z pubu i z pracy, Tom Tucker, nasz sąsiad z domu obok, wyruszył później, z moim kolegą Dunstanem na ramie. Nie jechaliśmy razem, gdyż, jak stwierdził Budge: "On nie wstanie na czas".
Samochody zaczęły nas wyprzedzać jakieś dziesięć mil od morza; morris minor, w którym siedział fotograf pan Dennison oraz jego syn Dessie; ojciec Ab Sheehan, jezuita, pan Butler, kierownik miejscowego banku, oraz burmistrz. Niektóre samochody Budge rozpoznawał, ale większości nie znał, gdyż nie pochodziły z jego klasy: tłumek prawników, książęta handlu, ogólnie - zamożni ludzie. Rozpoznawał jedynie tych, których widział kiedyś na zdjęciach w gazecie.
Po sześciu godzinach i czterech przystankach po raz pierwszy zobaczyłem ją przed sobą: zatoka w kształcie podkowy, przypływ, opustoszała wieś poza sezonem, kiedy tylko w Wielki Piątek kilku fanatyków przyjeżdżało na rytualną kąpiel. Na bulwarze Budge skręcił w prawo i powoli podjechał pod górę obok szopy na łodzie, klubu golfowego, w końcu wjechał do Cove. Rozprostowaliśmy nogi spacerem ścieżką wzdłuż klifu, aż doszliśmy do schodów. Większość pływaków była tam już wcześniej; powitały nas okrzyki i wiwaty. To było poczucie wspólnoty, pływackie ciepło, wszystko razem. Krzyczałem i klaskałem razem z najlepszymi, kiedy Tom Tucker i Dunstan przystanęli na szczycie schodów - zaledwie dwadzieścia minut później.
Poszliśmy wzdłuż skał, żeby ocenić odległość między drabinkami schodzącymi do wody. Dessie Dennison, którego wtedy poznałem, powiedział: "To łatwe". Za dziesięć dwunasta pan Dennison zawołał:
- Panowie, proszę bardzo; ci, którzy do dwunastej nie wejdą do wody, nie mogą wziąć udziału w głosowaniu!
W tych latach dzieci dałyby wszystko za to, żeby być dorosłymi. Szybko się rozebraliśmy, gotowi do pokazu. Wielkanoc, choć to święto ruchome, nigdy nie przypada dopiero w sierpniu, kiedy woda w morzu się nagrzewa; teraz, według określenia używanego w Cove, woda była "orzeźwiająca". Dla nas, chłopaków pływających nago po raz pierwszy w życiu, była wyjątkowo orzeźwiająca.
Przepłynęliśmy przez zatokę i z powrotem. Pan Dennison wypisał na dyplomach nasze nazwiska. Kiedy się wytarliśmy i ubraliśmy, a mężczyźni symbolicznie zanurkowali po razie, pan Dennison wezwał ustępującego prezesa klubu, żeby zaczął prezentację. Na moim dyplomie było napisane:

Osiągnąwszy wiek dziesięciu lat oraz pomyślnie przepłynąwszy Cove, JUNIOR NASH niniejszym zostaje mianowany członkiem DRŻĄCEGO KLUBU Z COVE oraz otrzymuje prawo do głosowania W WYBORACH PREZESA

Pływające stowarzyszenie z Cove liczyło sobie około stu lat, ale pierwszy prezes wielkopiątkowego Drżącego Klubu z Cove został wybrany dopiero w 1950 roku. Była to część kopniaka w tyłek, jaki powojennej surowości wymierzyli miejscowi notable, kiedy już wyrwali się sześćdziesiąt mil za miasto z zamkniętymi pubami, kinami i salami do tańca oraz muzyką poważną w radiu. Po kilku latach uznali siebie za elitę i wybrali sobie prezesa. Masochistyczna praktyka przetrwała aż do 1957, kiedy dogadano się, że najlepszym rozwiązaniem będą wybory w lipcu. Kilku najtwardszych zawodników wciąż przyjeżdżało nad morze w Wielki Piątek, filozofowie ze szkoły wspomnień "Kiedy byłem młody, to…"
Wynik wyborów w 1955 był z góry przesądzony. Ojciec Ab Sheehan rywalizował z panem Butlerem z Banku Prowincjonalnego tylko dla zasady.
- Ci, którzy głosują za ojcem Sheehanem - obwieścił pan Dennison - na tę stronę. Ci za Ronnim Butlerem na drugą stronę!
Kapłan, który nie mógł głosować na siebie samego, przeszedł na drugą stronę, porywając po drodze dwóch innych, żeby dołożyć głosów Ronniemu Butlerowi. Następnie wybuchły wiwaty na cześć jezuity, który zwyciężył w wyborach, oraz wszyscy ustawiliśmy się do zdjęcia. Ja sam z Dunstanem oraz Dessiem Dennisonem przyklęknęliśmy na jednym kolanie na przedzie, nowy prezes w drugim rzędzie pomiędzy swoim poprzednikiem a burmistrzem, reszta ustawiła się tak, jak im pasowało, oprócz tych, którzy udawali, że nie chcą stanąć obok przedsiębiorcy pogrzebowego. Ronnie Butler otoczył ramieniem Toma Tuckera. Jako że wszyscy mieli zamiar kupić odbitkę w ramce, w Wielki Piątek nad morzem fotograf robił niezły interes.
Ojciec Ab Sheehan odjechał natychmiast, żeby zdążyć na uroczystość wielkopiątkową w domu. Zjedliśmy tyle kanapek z jajkiem, na ile pozwalał post, a potem poszliśmy do kościoła na trzygodzinną męczarnię. Po mszy pan Dennison podszedł do nas i zaproponował:
- Może chcielibyście wrzucić rowery do mnie na bagażnik i wracać z nami? Chłopcy mogą siedzieć na kolanach.
Tom Tucker spojrzał na Budge'a.
- Dziękuję, panie Dennison, wolę poćwiczyć. Ale to bardzo miło z pana strony.
- W takim razie mogę zabrać chłopców, nie będziecie musieli nikogo wieźć.
Budge położył rękę na moim ramieniu.
- Młody człowieku, chciałbyś się przejechać samochodem do domu?
Bez trudu odczytałem z jego twarzy, co myśli.
- Wolałbym jechać z Budge'em, panie Dennison. Dziękuję.
- Wszyscy pojedziemy z Budge'em - włączył się Tom Tucker. Ci dwaj stracili sporo z tego, co mieli wspólnego - picie - ale Tom Tucker nie zniósłby wygody jazdy samochodem, gdyby Budge heroicznie napawał się obolałym tyłkiem. Dessie Dennison po raz pierwszy spojrzał na mnie jak na swego rodzaju indywidualistę, a kiedy wracaliśmy do rowerów, Dunstan syknął do mnie:
- Ty frajerze.


Tego lata po raz pierwszy spędziłem wakacje w miejscowości Seaside - dwa tygodnie w sierpniu, w pensjonacie Morski Widok. W czerwcu Budge listownie dostał potwierdzenie rezerwacji pokoju, ale powiedział mi o tym dopiero w ostatni czwartek lipca. Może chcąc podkreślić swoją niezależność, Budge od czasu, kiedy wytrzeźwiał, sporo spraw zatrzymywał dla siebie. Może coś wiedział. Dunstanowi powiedziałem dopiero wtedy, kiedy niemal dojeżdżaliśmy do domu znad Laguny. Bo ja też coś wiedziałem. Wiedziałem, że idąc do szkoły, dostawałem pensa na słodycze, a Dunstan czasami nic nie dostawał. Słodyczami się dzieliliśmy. Odczekałem, aż znajdziemy się kilka kroków od domu, i dopiero wtedy zacząłem:
- Wiesz co, zapomniałem ci powiedzieć, w sobotę jadę z Budge'em nad morze na dwa tygodnie. Powiedział mi o tym dopiero dzisiaj rano.
Urażony Dunstan walnął mnie w ramię.
- Świnia - powiedział tylko.
Graliśmy na drodze w piłkę, ale Dunstan siedział na ścieżce i przyglądał się nam.
- Dla mnie za wcześnie na kolację - uznał. Mieszkaliśmy obok siebie, więc kiedy resztę dzieci zawołano do domu, zostaliśmy chwilę przy furtce.
- Junior, wiesz, ile kosztuje ten cały pensjonat?
Nie wiedziałem.
- A możesz zapytać Budge'a?
Wiedziałem, że nie mogę, bo dostałbym w ucho. Ale wiedziałem jeszcze jedno: musiałem zapytać Budge'a. Słuchał akurat radia.
- Po co chcesz to wiedzieć?
- Dunstan poprosił, żebym cię zapytał.
- Jeśli Tom Tucker chce wiedzieć, ile płacę za wakacje, niech przyjdzie i sam zapyta.
Dunstan czekał w korytarzu, choć zwykle wchodził do mojego domu jak do siebie.
- Sześć funtów piętnaście szylingów i piątaka za ciebie na tydzień. Dwadzieścia trzy dziesięć - to była równowartość niemal trzytygodniowych poborów.
- Junior, chodź ze mną do ojca.
Czekałem na zewnątrz pubu. Wyszli po jakichś dziesięciu minutach, Dunstan miał na ustach maliny. Tom Tucker trzymał dłoń na ramieniu syna. Zwichrzył mi włosy.
- Straszliwe bliźnięta, co? Macie tutaj do spółki, kupcie sobie chipsy albo co… - Ale Dunstan był na krawędzi płaczu.
- Proszę, tato…
- Nie masz pojęcia, czego chcesz. Zaczekaj no, mam nadzieję, że to nie Budge cię na mnie napuścił?
- Budge nic nie wie, tato. Junior zapytał go tylko, ile to kosztuje.
Tom Tucker położył obie dłonie na ramionach Dunstana.
- Słuchaj, wyjaśniłem ci już w środku. Nawet gdyby mama powiedziała, że możemy jechać we dwójkę, nawet gdybyśmy przekonali dziewczynki, naprawdę miałbyś sumienie zostawić mamę i dziewczynki w domu? Zresztą i tak nie mamy pieniędzy!
- Tylko w tym roku, tato… Za rok mama może jechać z dziewczynami, a my zostaniemy!
- Ale nie mamy pieniędzy! Słuchaj no, piwo mi się grzeje. Nie rozumiesz, Dunstan? Wyjaśnij mu, Junior, nie możesz wycisnąć mleka z kamienia!
- Gdybyś poprosił pana Butlera…
- Kogo?
- Pana Butlera… gdyby dał ci pożyczkę…
- Co on gada? Jaki pan Butler? Nie znam żadnego Butlera!
- Pan Butler z banku, znasz go, tato, na zdjęciu obejmuje cię ramieniem.
Dunstan był blondynem, ale Tom Tucker miał gęstą czarną czuprynę zaczesaną do tyłu i nasmarowaną brylantyną. Dostał ataku śmiechu, potem czkawki pijackiej i w końcu papierosowego kaszlu. Kiedy starał się odzyskać dech, spadły mu z czoła ułożone włosy. Ale im głośniej się śmiał, tym bardziej Dunstan nastawał.
- Tato, idź, proszę cię, tylko w tym roku, możesz spróbować, on cię objął ramieniem…
Tom Tucker objął ramieniem nas obu i przyciągnął do siebie.
- Oj, chłopcy. Chłopcy, chłopcy, chłopcy… idźcie już do domu. Zachowujcie się, no już, zmykajcie.
- Tato, proszę, proszę cię, błagam, tato…
- Moje piwo… no dobrze, biegnijcie, już was tu nie ma. Chryste… czekajcie… słuchaj, skocz do Budge'a i powiedz mu, że wpadnę, jak tu zamkną. A teraz zmykajcie!


Mimo że Budge wychodził do pracy za piętnaście ósma, ja wylegiwałem się w wakacje do dziesiątej. O dziewiątej Dunstan zaczął walić w drzwi. Trzeba było do południa wyprasować garnitur i koszulę Toma Tuckera i znaleźć jego spinki, bo Tom nie chciał marnować dwóch sekund na ich szukanie.
I nowe ostrze marki Mac Smile… trzeba było ogolić się w środku dnia. Zamiast obiadu. Tom wrócił do domu dziesięć po pierwszej, przed wpół do drugiej staliśmy już przed bankiem.
- Czekajcie tutaj - polecił. Przez szklane drzwi wejściowe widzieliśmy wnętrze. Tom podszedł do biurka i zapytał o coś siedzącą w pomieszczeniu kobietę. Kobieta wskazała mu krzesło, zapukała do drzwi i weszła. Po chwili wyszła, powiedziała coś do Toma, po czym znów zapukała do drzwi i weszła do pokoju. Kiedy tym razem wyszła, był z nią pan Butler. Uścisnął rękę Toma, położył mu rękę na ramieniu i wskazał biuro. Wychodząc, pan Butler obejmował Toma Tuckera jak na zdjęciu.
Idąc z powrotem do miasta, Tom Tucker wyjaśnił:
- Początkowo nie skojarzył, kim jestem, póki nie opowiedziałem jego sekretarce o Cove. Wtedy od razu zrobił się milutki. Obiecał, że się zgodzi. Problem jedynie w tym, że będzie musiał przesłać moje podanie do centrali. Może dostać wiadomość około czwartej, bank będzie już zamknięty, ale ktoś może odebrać list w drzwiach z boku. Powiedziałem mu, że chcielibyśmy jechać jutro, ale tutaj się nie śpieszą. Jeśli dostaniemy cokolwiek, to najwcześniej w poniedziałek… te wszystkie papiery…
Tom Tucker przebrał się w swoje drelichy i wrócił do pracy. Pani Tucker odebrała pismo, które Tom miał otworzyć o wpół do szóstej. Poszliśmy popływać na Piaszczystą Plażę.
- Będziemy się kąpać trzy razy dziennie, nawet jak będzie padało, no nie, Junior? Chcesz? - zapytał Dunstan. A potem, rozciągnięty na trawie po pływaniu, dodał: - Spróbujemy się trochę opalić, żebyśmy nie byli tacy biali przy wszystkich ludziach na plaży, no nie?
Pomagałem Budge'owi przy kolacji. Budge zmywał, a ja wycierałem, potem się spakowaliśmy. Przez cały czas, przy kolacji, zmywaniu, wycieraniu i pakowaniu, odzywałem się co chwilę:
- Muszę pójść i zobaczyć, jak się udało panu Tuckerowi.
Podczas kolacji Budge powiedział:
- Najpierw skończ jedzenie.
Potem:
- Najpierw pozmywamy.
I jeszcze:
- No to się spakujmy.
I wreszcie:
- Wytrzymaj chwilę, może Tom się goli.
- Ogolił się w południe - odpowiedziałem.
- Nie możesz poczekać, aż Dunstan przyjdzie ci powiedzieć?
W końcu, kiedy zacząłem nudzić, czy mogę iść - poddał się i włączył radio z poczuciem, że zrobił wszystko, co było w jego mocy.
Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz, co latem było dziwne. Otworzyła mi pani Tucker. Pani Tucker, która zawsze mnie tuliła, pieszczotliwie szczypała w uszy, okazywała mi troskę jak własnemu synowi.
Przez półotwarte drzwi niewiele widziałem, zwłaszcza że pani Tucker blokowała widok.
- Dunstan jest w łóżku, przeziębił się - powiedziała. Pod jej zgiętym łokciem, przytrzymującym zasuwkę, dojrzałem Toma Tuckera siedzącego przy stole w kuchni z brodą opartą na rękach.
Następnego poranka, kiedy wyszliśmy z walizkami przed dom, Tom Tucker stał przy bramie.
- Wesołych wakacji, Budge - powiedział i wcisnął mi w rękę trzy pensy. - Masz, Junior, tylko nie wydaj wszystkiego w jednym sklepie.
Poszliśmy na dworzec autobusowy, a Dunstan spędził tę ostatnią godzinę z głową na kolanach matki, obejmującej go i pozwalającej mu się wypłakać.


Rany na młodej duszy goją się szybko, zwłaszcza jeśli to cudze rany. Otrząsnąłem się z rozczarowania Dunstana. Było to fantastyczne lato - codziennie po śniadaniu pływaliśmy w Cove. Szliśmy tam także po kolacji. Wieczorem wychodziłem na plażę, a Budge siadał na skraju bulwaru, jedząc ślimaki. Ja włóczyłem się po okolicy z Dessiem Dennisonem i innymi dzieciakami, których nie znałem z domu, a spotykałem tylko na wakacjach. Pan Dennison co roku wynajmował pensjonat na lipiec i sierpień. Pływaliśmy przy pomoście przystani dla jachtów, nurkowaliśmy ze skał na przylądku Gilligan, graliśmy w piłkę na plaży, dopóki się nie ściemniło, lub szliśmy do kina. Ale przede wszystkim pływaliśmy, wygrzewaliśmy się na słońcu i nabieraliśmy opalenizny. Wieczorami na ganku pensjonatu Morski Widok Budge abstynent uczył nas grać w karty.
Pewnego popołudnia, w połowie pierwszego tygodnia, kiedy wygrzewałem się na słońcu, usłyszałem głos Budge'a wybijający się ponad szum tłumu, który bawił się w najlepsze.
- Wystarczy! Jeszcze raz o tym wspomnisz, a wybiję w skarpie dziurę twoim łbem!
Cove nie było przyzwyczajone do tak wojowniczych słów. Pogwarki ścichły, odwróciły się głowy. Przez całą resztę popołudnia panowała napięta atmosfera, czerwony na twarzy Budge nie poruszył się, dopóki cała reszta nie odeszła. Ostatniego dnia wakacji, kiedy Budge pakował nasze rzeczy i płacił za pensjonat, poszedłem po raz ostatni wskoczyć do wody w Cove; wtedy to niechcący podsłuchałem kogoś, kto opowiadał, jak kilka sekund po wyjściu Toma Tuckera z banku podjechało do niego dwóch mężczyzn w białych prochowcach.
Tom Tucker nawiedzał nasz dom w listopadzie i w czasie postu, a przez ten czas w banku pocztowym rosły oszczędności na wakacje nad morzem. Budge mówił mu, że świetnie wygląda i że trzeźwość chyba mu służy, ale szczerze mówiąc, Tom Tucker bez alkoholu był wrakiem człowieka. Jego życiem był pub, w którym stawał się rubaszny, ogorzały, roześmiany, z którego wracał do domu w pijackim szczęściu, na powitanie ściskając żonę na oczach dzieci. Odłożył tyle, że mógł wynająć pokoje w pensjonacie dla całej rodziny. Latem zapoznałem Dunstana z codzienną rutyną w Cove, na plaży, na pomoście dla łodzi, przylądku Gilligan, piłką po kolacji, kinem, partią kart na ganku pensjonatu Morski Widok. Wizyta Toma Tuckera w banku nigdy nie poszła w zapomnienie, zawsze znalazł się ktoś, kto o niej przypomniał, ale Tom przyjmował to z dobrodusznością pijaka i sam opowiadał tę historię, nie wybielając siebie. Jak jego ojciec, Dunstan też był nadwrażliwcem…


Brat Chuckey górował nad klasą. Mieliśmy po dwanaście lat. Nikt nie odważył się nawet mrugnąć.
- Hm, hałastra… - powiedział brat Chuckey.
Byliśmy śmietanką szkoły.
- Nash. Który to Nash? - Podniosłem rękę. Brat Chuckey usiadł na mojej ławce. - Nie cierpię recydywy. Czym jesteś, Nash?
- Nie rozumiem, bracie Chuckey.
Brat Chuckey uderzył mnie, właściwie trzepnął knykciem w bok głowy.
- Recydywista. Czym jesteś, Nash?
- Recydywistą, bracie Chuckey.
- Drugi w egzaminach zimowych i trzeci w letnich. Chuligan. Młody recydywista. Jesteś chuligan, Nash. Czym jesteś?
- Chuliganem.
Brat Chuckey złapał moje włosy w garść, zakręcił je, aż z bólu uniosłem głowę i całe ciało z krzesła.
- Czym ty jesteś?
- Jestem chuliganem! - Brat Chuckey puścił moje włosy, żeby podsunąć mi pod usta swoją dłoń. - Jesteś chuliganem… i co dalej?
- Jestem chuliganem… proszę brata!
To był mój dzień, byłem osobistością. W ciągu tygodnia brat Chuckey zamienił całą klasę w zbiór osobistości.
- Hmm… wyglądasz, jakby przydało ci się potrząśnięcie, chyba jesteś senny. Co jesteś?
- Jestem senny, proszę brata.
- Hmm, niesubordynacja. Nie jesteś senny, rozwydrzony łobuzie. Czym jesteś?
- Jestem przytomny, proszę brata, auuu… jestem rozwydrzonym łobuzem, jestem senny, znaczy, jestem przytomny… jestem chuliganem… jestem chuliganem, proszę brata.
W tamtych czasach tak wpajano dzieciom grzeczność w szkole. Budge, Tom Tucker ani żaden z rodziców nigdy nie spotkali się z naszymi nauczycielami. Nie było wywiadówek czy komitetów rodzicielskich. Nigdy nie odsyłano nas do domu z uwagą w dzienniczku, że źle się zachowywaliśmy. Była to złota epoka kar cielesnych. Za bardzo drżeliśmy o nasze nędzne życie, żeby się źle zachowywać. A w tamtych czasach starszym ludziom wolno było zagadnąć obcego chłopca, który sam wracał do domu przez park. Wycierając sobie zimowe łzy chusteczkami poplamionymi tabaką, starsi panowie powtarzali nam z namaszczeniem: "To najszczęśliwszy czas w waszym życiu, zapamiętajcie to sobie, chłopcy, najszczęśliwszy czas w waszym życiu".
Brat Chuckey terrorem wbił nam do głów już teraz od dawna zapomnianą i nie nauczaną wiedzę tajemną: rzeki Rosji, zagłębia węglowe Europy, ośrodki przemysłu w Wielkiej Brytanii, każde jezioro, rzekę, kałużę, pagórek, osadę, górkę, miasteczko targowe i bocznicę kolejową w Irlandii, jednostki miar, dzielenie pisemne, datę urodzin i egzekucji każdego patrioty, strukturę gramatyczną angielskiego, irlandzkiego i łaciny, Stary Testament, Ewangelie, katechizm, Dzieje Apostolskie, poezję…
Kiedy przeszliśmy do szkoły średniej, brat Chuckey nadal nas uczył. Pod koniec trzeciego roku wspólnej nauki dowiedzieliśmy się o jego przeniesieniu. W całym kraju nie brakowało chuliganów ani recydywy, a po trzech latach nie musiał nas tak często przywoływać do porządku, chyba że było to absolutnie konieczne…
Był pierwszy tydzień czerwca. Brat Chuckey wyglądał przez okno, a my ze spuszczonymi głowami pisaliśmy wypracowania. Wiedzieliśmy, że miał oczy z tyłu głowy, bo nam powiedział, ale i tak byłem zaskoczony, kiedy skrzypienie piór po zeszytach przerwał jego głos:
- Tucker! Tucker? Dlaczego płaczesz, Tucker?  
Czoło Dunstana spoczywało w rozwidleniu między jego kciukiem a palcem wskazującym, kiedy siedział skulony nad kartką. Trzymał w ręce pióro, ale nie pisał.
- Tucker, ogłuchłeś? Dlaczego płaczesz, Tucker?
Brat Chuckey stanął nad Dunstanem i powiedział, jak na siebie, dość łagodnym głosem:
- Co się dzieje? Co się stało, Tucker?
Potem próbował jeszcze kilka razy, uciekając się do starego, wypróbowanego: "Tucker, ty chuliganie! Czym jesteś? Odpowiedz!"
W końcu musiał uderzyć Dunstana półotwartą pięścią, niemal zwalając go na podłogę. Dunstan siedział skulony w ławce, z zamkniętymi oczami, łzy spływały mu po policzkach. Brat Chuckey kopnął go w łydkę.
- Przestań płakać, Tucker, ty gnojku! Czym jesteś? Odpowiedz! - Podniósł go za włosy, zawlókł na środek klasy i potrząsnął. - Dla-cze-go pła-czesz!? Tucker! Hm? Nie chcesz nam powiedzieć, czy to ładnie? - uderzył głową Dunstana o tablicę. - Nash, zabierz go na boisko.
Wyciągnąłem Dunstana z klasy i poprowadziłem korytarzem, pytając cały czas:
- Co się stało, Dunstan?
Ale on wciąż się mazał, a kiedy wyszliśmy na boisko, strząsnął z siebie moją rękę, oparł głowę na balustradzie, w końcu wytarł oczy rękami.
- Ten sukinsyn… - powiedział w końcu.
- Jeszcze tylko trzy tygodnie.
Roześmiał się z pogardą.
- Chuckey? Nie, na Chuckeya mam zwis, to idiota. Boże, i stu Chuckeyów… tak mnie naszło znikąd…
Nawet po pięciu latach nie musiałem więcej pytać.
- Będziesz musiał mu coś powiedzieć, jak wrócimy.
- No przecież nie powiem mu prawdy, nie?
- Będziesz musiał mu coś powiedzieć. Jak nie wciśniesz mu czegoś, dostaniemy wszyscy wpieprz. Zatrzyma nas w szkole i każe pisać jakieś wypracowanie typu: "Nie wolno mi niczego ukrywać". Wymyśl coś, dobrze?
W klasie staliśmy przez minutę przy drzwiach, gdyż stopa brata Chuckeya, w czarnym bucie, szybko się wyrywała do przodu, jeśli ktoś usiadł za szybko i bez pozwolenia. Brat Chuckey znów wyglądał przez okno, zwrócony plecami do nas, trzymając nas tak przez bardzo długą minutę, zanim wreszcie się odezwał, wciąż odwrócony tyłem:
- Dlaczego płakałeś, Tucker?
- Bo…
- Tak, Tucker?
- Bo…
- No mów. Nikt cię nie zje.
- Bo brat odchodzi, proszę brata.
Nawet klasowe tchórze zachichotały nerwowo. Zanim brat Chuckey się odwrócił, odstąpiłem krok od Dunstana. Brat Chuckey najpierw spojrzał na klasę, wskutek czego nawet najodważniejsi natychmiast się zamknęli, potem przez szerokość pomieszczenia zlustrował wzrokiem Dunstana.
- Siadaj, Nash.
Wyjął rękę z kieszeni sutanny i kiwnął palcem na Dunstana. Kiedy stali naprzeciwko siebie, brat Chuckey spojrzał na Dunstana, który patrzył w podłogę. Podniósł mu brodę do góry.
- Będziesz za mną tęsknił, Tucker?
- Tak, proszę brata.
- Ja też będę za tobą tęsknił, Tucker. Pewnego dnia wszyscy za sobą zatęsknimy.
Kiedy na pożegnanie dawaliśmy bratu Chuckeyowi pióro i ołówek marki Conway Stewart, do wręczania wybraliśmy Dunstana.


Tamte lata i wakacje nad morzem szybko minęły; w wieku osiemnastu lat nikt już nie chciał jeździć na wybrzeże. Co tam było do roboty, jak już się wyszło z wody? Albo wieczorem? Miejscowość była pełna dzieci. Nikt nie miał ochoty znów tam przyjeżdżać, póki sam się nie ożenił i nie dorobił własnego potomstwa. Tak było od zawsze.
Pływaliśmy więc w rzece, latem nad morzem, potem zaszywaliśmy się w domach, żeby poczytać, uczyć się, posiedzieć przy kominku, posłuchać radia. Byliśmy pierwszym pokoleniem z naszej klasy społecznej, które mogło liczyć na dostęp do wykształcenia na poziomie średnim, i ostatnim pokoleniem, dla którego takie wykształcenie było wystarczające. Bez trudu dostawaliśmy pracę w urzędach, w administracji oraz biurowej części przemysłu. Teraz bez dyplomu wyższej uczelni ludzie sprzedają polisy ubezpieczeniowe, bez stałej pensji, jedynie za prowizję. Byliśmy ostatnim pokoleniem, które odebrało wykształcenie religijne i pierwsi niemal w całości straciliśmy wiarę. Dzisiejszy niewierzący nie mają pojęcia, z czego właściwie zrezygnowali wskutek sceptycyzmu. Nie wiedzą, czym jest dzień święty, którego już nie święcą.
Spóźniony lament? Zwykły jęk wszystkich, którzy widząc wypadające włosy, w nadchodzącej ciemności rozpaczliwie szukają norm dnia wczorajszego? Może. Jednak my, pływacy zimnej wody, posiadaliśmy coś, choćby nawet było to tylko pływanie w zimnej wodzie, moralność, czytanie, muzyka z radia nie skomplikowanego wyszukaną techniką, szacunek dla kobiet. Nasze przygotowanie do świata rwącego się, by zatańczyć wokół złotego cielca, odbywało się w zaciszu i nie obejmowało żadnych praktycznych umiejętności. Chwiejnie staliśmy na nogach, szczęśliwi w naszej niewinności nie mogliśmy przewidzieć upadku pewników. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, iż nasza moralność była jedynie produktem wieku zamknięcia i miała się rozpaść pod naciskiem oświecenia; że czytanie książek stanie się łatwym łupem dla pierwszego błysku telewizji; że będziemy musieli z rezygnacją patrzeć, jak do naszego świętego Gangesu wpływają szczyny, łajno, cement i trucizny. Nie byliśmy wszechwiedzący, nie wiedzieliśmy, co nadejdzie, ale kiedy już nadeszło, nauczyliśmy się z tym żyć, chociaż z opuszczonymi głowami.

 


Rozdział 2

Jestem łysy, ale mam czarnosiwą brodę. Jeżyk Dessiego Dennisona jest stalowosiwy.
- Co u niego, Dessie?
Siedzieliśmy w Kropli Rosy, niedaleko Chalk Farm Road, w jednym z piętnastu londyńskich pubów należących do Dessiego. Pan Dennison wysłał syna do jezuitów, żeby nauczył się gry w rugby i dostał w przyszłości dobrą pracę. Gdyby nie wyjazdy nad morze, w ogóle byśmy się nie poznali. Za namową ojca Ab Sheehana oraz Ronniego Butlera Dessie poszedł do banku. Grał w Dublinie dla Lansdowne. Ludzie mówili, że mógłby dostać się do reprezentacji, gdyby nie jego upodobanie do mówienia różnym starym piernikom z klubowych komisji, żeby się odwalili. Podczas jednego ze strajków Dessie odpracował pikietę w barze w Londynie; prowadzenie baru bardzo mu się spodobało. Wsiąkł na dobre, został w Londynie i dołączył do londyńskich Irlandczyków, którzy zachęcili go, żeby znalazł jakieś bardziej odpowiednie zajęcie dla byłego członka Sunbury, czyli w domyśle - zajęcie bardziej snobistyczne. Klub znalazł dla niego pracę: sprzedaż kopiarek. Dessie dzwonił z ofertą przede wszystkim do tych, z którymi popijał po meczach w szatni. Trzy lata z rzędu zdobywał nagrodę dla najlepszego sprzedawcy - wakacje na Majorce - ale zawsze wymieniał ją na gotówkę i pobyt w Cove. W wieku osiemnastu lat nie przebywał tylko w towarzystwie rówieśników; nie zatracił wiary w Cove. Kolejnym etapem kariery stało się założenie własnego interesu z artykułami wyposażenia biura, kiedy po meczach rugby zaczął przesiadywać w barach jeszcze dłużej. Wycofał się z interesu w samą porę, przed kryzysem paliwowym, a także dlatego, że nie mógł pozbyć się myśli, iż cały świat coś pije, choćby była to woda w butelkach, oraz że nie wymyślono jeszcze rządu, który umiałby opodatkować zupę i kanapki.
Na początek Dessie kupił zrujnowaną budę w Stoke Newington, zwaną Świnia i Gwizdek, zamknął ją do remontu, przemianował na Wędkarskie Wyro oraz przywiózł kolegów wagi ciężkiej z Sunbury, żeby nadzorowali wyrzucenie lumpów. Jego pierwszy kierownik miał kiedyś spory pub na południu Dublina i duży dom, niemal pałac, na wzgórzach Wicklow, ale wszystko stracił przez hazard. Żona go rzuciła, facet żył z zasiłku w komunalnej kawalerce, kiedy Dessie dał mu szansę rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Dessie poznał go w czasie pracy w banku. Kierownik zaczął chodzić na spotkania Anonimowych Hazardzistów i szło mu tak dobrze, że po czterech latach mógł znów otworzyć swój pub w Dublinie. Dessie, niesłychanie dumny ze swojego wyboru pracownika, odtąd już zawsze zatrudniał tych, którzy potrzebowali drugiej szansy - czy szło o barmana, kierownika, sprzątacza, kominiarza czy wykidajłę. Bardzo rzadko się na nich zawodził i to tylko na tych, którzy nie mogli nic poradzić na to, że wciąż się częstowali tym, co było w pobliżu. Duży Dave, który podał nam kilka kufli i poszedł spać, grał na drugiej linii w Bristolu; miał na sumieniu zegarki i pieniądze ginące z szatni.
- Co u niego? Myślisz, że mnie to interesuje? Śmiali się ze mnie, kiedy budowałem domy na wybrzeżu po czterech bardzo kiepskich sezonach, kiedy przez całe trzy miesiące trzymali w oknach koperty i nie mogli znaleźć klientów oprócz członków Drżącego Klubu. Ale ja wiedziałem, że w tym jest interes, niebieska flaga, świeże powietrze, czysta woda, Cove… Co u niego? Wali mnie to! Mam piętnaście pubów. Kiedy chciałem budować te domy, miałem jedenaście, od tego czasu sieć się powiększyła. Ile domów? Bankier powiedział, że banki bardzo się boją niekorzystnej pogody, co w tym nowego? Ile domów, chciał wiedzieć. Powiedziałem, że na działce pomieści się dwanaście. Bankier powiedział, że to pechowa liczba, może by tak postawić trzynaście? To właśnie rzeczywistość: w moim trzynastym domu za friko pomieszkuje sobie bankier. Akty własności są na nazwisko jego teściowej. A ty pytasz mnie o Dunstana marzyciela, który zmarnował sobie życie, usiłując okradać tych ludzi…