Kategorie

Powiedziałem coś nie tak?

  • Kod: 83-7298-561-8
  • Dostępność: Jest
  • Autor: Block, Valerie
  • Cena w naszym sklepie: 29,90 zł
    Cena detaliczna:

         Jak w Nowym Jorku dwoje ludzi może znaleźć miłość? Barry i Justine poznają się w samolocie nad lotniskiem LaGuardia tuż przed Bożym Narodzeniem. Barry jest kierownikiem działu promocji produktów spożywczych, który od roku nie umówił się z żadną dziewczyną. Mieszka w mieszkaniu po swoich rodzicach na Upper West Side, do którego przyjął zepsutego i bogatego współlokatora, mającego po trzy dziewczyny na raz, za to zawsze zalegającego z czynszem. W pracy wszyscy koledzy Barry'ego są żonaci, podobnie jak jego przyjaciele - i większość ma dzieci. Barry naprawdę pragnie znaleźć "tę jedyną".
Justine jest piękną, bystrą i ambitną prawniczka, z poważnymi widokami na zastanie wspólniczką w przebojowej nowojorskiej firmie specjalizującej się w fuzjach i przejęciach. Ma powyżej uszu umawiania się z facetami, tym bardziej, że ostatnio szczęście jej w tym względzie nie dopisuje. Znajomi i przyjaciele nie ustają w usiłowaniach znalezienia jej partnera, jej cierpliwość jednak zaczyna się wyczerpywać. Woli raczej spędzać czas w swoim mieszkaniu, w towarzystwie psa, popijając sos do sałatek na kolację i oglądając Dźwięki muzyki na wideo.
Tych dwoje spotyka się w nad wyraz niebezpiecznych, absurdalnych i jednocześnie niezwykle romantycznych okolicznościach. Czy jednak zrozumieją, że są dla siebie stworzeni?
Valerie Block, w jednej z najlepszych debiutanckich powieści ostatnich lat, opowiada ich historię z tak cierpkim humorem i przepełnionym słodyczą smutkiem, że nie sposób się od niej oderwać. A kreślony przez nią obraz życia w pojedynkę w swej prawdziwości wprost rozdziera serce.

Valerie Block urodziła się, wychowała i mieszka na Manhattanie. Ukończyła studia licencjackie na uniwersytecie Barnarda, tytuł magistra sztuk pięknych otrzymała na Columbia University. Pisze dla New York Observer i Art. News. Jej opowiadania ukazują się w "Glimmer Train", "Cream City Review" i "Mississipi Review".

Rok wydania: 2004
Stron: 420
Oprawa: broszua
Format: 183/125
Pakowanie: 32
Tłumacz: Katarzyna Petecka- Jurek

Fragment tekstu:

Podziękowania

Jestem dozgonną dłużniczką wszystkich tych, którzy nie szczędzili w mojej sprawie wysiłków i obdarzyli mnie wotum zaufania. Są to: Melanie Fleishman, Laura Hruska i Juris Jurjevics z Soho Press, a także Gail Hochman i Marianne Merola z Brandt & Brandt.

Proszę, by podziękowania za entuzjazm i konstruktywną krytykę przyjęli: Peter Cameron, Pamela Christman, Aimee Garn, Sally Higginson, Abby Knopp, Stephen Koch i Richard Locke.

A za pomoc od strony technicznej: Elaine Brasch, David Christman, Pam Gannon, Valerie Hartman Levy, Sharon Lesser, Robert Lobell, Ed Lord, Andrew J. Nussbaum, David Roethgen, Suzanne Sloane i Michael Uchitel.

ROZDZIAŁ 1

Żeby go tylko nie aresztowali

O siódmej trzydzieści Barry Cantor jechał Saw Mill River Parkway, słuchając puszczonej na cały regulator Abbey Road Beatlesów. Do Bożego Narodzenia zostało pięć dni. Od ośmiu miesięcy nie udało się Barry'emu umówić dwa razy z tą samą dziewczyną, seksu nie uprawiał od ponad roku. Coś niesamowitego.
Barry pracował, czytał "Timesa", oglądał telewizję; grał na pierwszej bazie w drużynie Przypraw i Sosów. Mając trzydzieści dwa lata, zdobył nagrodę Brammy za najlepszą promocję konsumencką. Rok później odremontował przypominające labirynt siedmiopokojowe mieszkanie po swoich rodzicach, w którym się wychował. Trzy miesiące temu zatrudnił kucharkę, by dwa razy w tygodniu mu gotowała. Jeżeli nie narozrabia, za rok zostanie kierownikiem produktów grupowych. Istnieje raczej nikłe prawdopodobieństwo, by kiedykolwiek nauczył się włoskiego; w chwilach szczerości wobec samego siebie przyznawał, że tak naprawdę nie zna francuskiego.
Skręcił w drugi zjazd do Tarrytown. Wszyscy przyjaciele Barry'ego byli żonaci, a większość została już ojcami; spotykał się z nimi w weekendy, gdy objuczeni rodzinami taszczyli różne rzeczy. Być może coś z nim jest nie tak. Od przedostatniego roku studiów w Dartmouth zaczął systematycznie łysieć. Z drugiej jednak strony był wyższy od większości znanych mu mężczyzn. Na dodatek każda poznana ostatnio kobieta miała jakiś poważny defekt. Jack Kennedy ożenił się dopiero, kiedy skończył trzydzieści sześć lat.
Skręcił na oblodzony parking, odczuwając mdłości od tych rozmyślań o sobie. Zupełnie jak gdyby Cynthia nigdy nie istniała, jak gdyby druga osoba nigdy obok niego nie spała. Czemu niby miałoby się to zmienić? Nikt już od nikogo niczego nie chciał.
Nieprawda, Vince Anspacher spotykał się z trzema kobietami jednocześnie. Barry trwał w stanie permanentnego podziwu, dopóki nie zostały mu one przedstawione: wszystkie jak jedna okazały się egocentrycznymi zgryźliwymi neurotyczkami, Kiki zaś była dziewczyną, która bez mapy zgubiłaby się w windzie. Choć przyznać trzeba, że jeśli chodzi o wygląd, prezentowały się całkiem nieźle.
Barry poznał Vince'a w lipcu, na ślubie. Zdawało się, że Vince jest na fali, choć może nie do końca na miejscu; jego ojciec był zawdzięczającym wszystko wyłącznie sobie magnatem, o którego imperium gazety rozpisywały się codziennie. We wrześniu Vince spytał, czy nie mógłby się wprowadzić, póki nie znajdzie czegoś odpowiedniego, a Barry zgodził się bez namysłu, łudząc się nadzieją, że wspólne mieszkanie z Vince'em otworzy mu drzwi klubów, o których dotąd nawet nie słyszał. Uznał poza tym, iż miło będzie mijać się z kimś w przedpokoju.
Tak jak można było przewidzieć, wspólne mieszkanie doprowadziło do tego, że stała obecność Vince'a przypominała jedynie Barry'emu o tym, czego jemu samemu brakowało, i dlaczego. Wczoraj wieczorem, gdy szedł spać, zauważył, że drzwi do pokoju Vince'a są otwarte. Na łóżku leżała Renée, prawdopodobnie naga. Barry nie miał nic przeciwko temu, by Vince sprowadzał sobie kobiety - niby czemu miałby mieć? Czy jednak współlokator musiał prowadzić swoje życie intymne przy otwartych drzwiach? Na szczęście Vince nieustannie podróżował.
Barry zaparkował na swoim miejscu i zgasił silnik, gdy z głośników po raz kolejny popłynęło Come Together. O czym śpiewał ten John Lennon i czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Na długo przed morderstwem Barry miał wrażenie, że jest upośledzony, nie potrafił bowiem zdobyć się na większe uwielbienie Johna. John był zbyt krnąbrny; Barry zawsze czuł, że czegoś mu brakuje, a on nie był dość cool, by wiedzieć, w czym tkwi problem. Paul natomiast pozwolił Lindzie grać w swoim zespole - tak spolegliwy, że aż śmieszny. Cóż, dżentelmen. Teraz i tak za późno było już na jakąkolwiek krytyczną dyskusję.
Barry zamknął samochód i ruszył przez oblodzoną Plaza na spotkanie dnia. Do dyrekcji Maplewood Acres w Tarrytown zawitało Boże Narodzenie. Nastąpiło to jeszcze w listopadzie, gdy na trawniku pojawił się renifer. Zakończy się w styczniu, wraz z zielonym tuńczykiem na czerwonych bułeczkach w kantynie. Biura uginały się od ciężaru girland, światełek i ustawionych na biurkach szopek. Każdego roku świąteczne szaleństwo zaczynało się coraz wcześniej i niezmiennie każdego roku przyprawiało Barry'ego o mdłości.
Z delikatesów wychynęła Maggie Fahey, uderzająco piękna asystentka szefa promocji produktu, i minęła go bez słowa.
- Dobry, panienko - zawołał za nią Barry.
Uniosła do góry kubek z kawą, nawet się nie obracając, by odpowiedzieć na powitanie.
Milutka. Żeby go tylko nie aresztowali.
Barry pogawędził chwilę z gościem od kawy, który zawsze miał dla niego gotową jego dużą/słabą/z trzema kostkami cukru, jeszcze zanim zdążył dotrzeć do lady. Uwielbiał tego faceta. Przystrojoną ostrokrzewem windą wjechał na piąte piętro i przemierzając korytarz, nieomal zderzył się z grupką ludzi podlizujących się Johnowi Rheineckerowi, wiceprezesowi do spraw marketingu, człowiekowi, dzięki któremu Susie Strudel ponownie znalazł się na rynku, co uważane było za dzieło prawdziwego geniuszu. Barry nienawidził widoku płaszczących się przed nim ludzi równie mocno, jak nienawidził Rheineckera za to, że wprost się tym rozkoszował.
- Dzień dobry, Cantor - rzucił Rheinecker oschłym, pogardliwym tonem, nie zaszczycając Barry'ego spojrzeniem. Jego twarz kolorem i fakturą przypominała skórkę różowego grejpfruta.
- Wasza Wysokość - powiedział Barry i wykonując wdzięczny piruet, skręcił do swojego gabinetu.
Uznawanie autorytetów zawsze sprawiało mu trudność. I co z tego? Na jego biurku wciąż jeszcze tkwiły pozostałości piątkowej traumy: Rada postanowiła sprzedać Peggy's Pickles, uroczą markę, mającą wiernych zwolenników w Nowej Anglii. Nie rzucało się to cieniem na stanowisko Barry'ego, choć nie da się ukryć, że działało mu na nerwy.
Emily King, jego domniemanej asystentki, nie było. Zdjął pokrywkę ze swojego kubka z kawą. Na biurku wciąż leżała ankieta sprawdzająca morale w Maplewood Acres, nie wypełniona. Gwarancja anonimowości zapewniona na początku to wierutna bzdura - i tak wszystko mieli zakodowane. Pozostali jak jeden mąż natychmiast wypełnili i zwrócili ankietę, kłamiąc w niej jak zaprogramowane roboty (wymagane seminarium na temat etykiety w poczcie elektronicznej było bardzo ważne, bezpłatna opieka dentystyczna to gest nadzwyczaj szlachetny). Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział Barry'emu, że najpierw dwa razy się zastanowi, nim zdobędzie się na otwarte wyrażenie szczerej krytyki, roześmiałby się głośno.
Mimo wszystko: Henry Ford stworzył Detroit Automobile Company, dopiero mając trzydzieści sześć lat, Ford Motor Company w wieku lat czterdziestu, a Model T wypuścił na rynek już jako mężczyzna czterdziestopięcioletni. Z drugiej strony nie wolno zapominać, że George Gershwin zmarł, mając lat trzydzieści dziewięć. Ale nigdy się nie ożenił. Nieustannie jednak kręciły się wokół niego kobiety.
Barry przejrzał ostatnie notowania Nielsena dotyczące sprzedaży Parson's Creek Salad Dressings. W sierpniu notowania musztardy Dijon Garlic spadły na łeb na szyję w całym kraju. Caesar With Bacon całkiem nieźle radził sobie na rynku próbnym w Rochester. Zadzwonił telefon Barry'ego.
- Nie pożyczaj swojemu ojcu pieniędzy - zachrypiał w słuchawce głos jego matki.
- Ale to mój ojciec - powiedział Barry, czując, jak podłoga usuwa mu się spod nóg. Dwa lata temu ojciec dostał od niego $7000, by jakoś przeżyć do czasu, gdy otrzyma odszkodowanie za łódź zniszczoną przez huragan Carl. W głębi duszy Barry doskonale wiedział, że Ira nie ma żadnego ubezpieczenia, mimo iż nieustannie utyskiwał na biurokrację, tony papierków i mentalną higienę inspektorów.
- Świetnie. Jak sobie chcesz - oświadczyła Rose. - Więcej ich nie zobaczysz.
Jego rodzice byli rozwiedzeni od dwudziestu dwóch lat. Rose wciąż prowadziła zakład produkujący podpinki do płaszczy w maciupkiej fabryczce przy 36 Ulicy. Ojciec natomiast żył na łodzi w Queens z Kateriną, Albanką, którą sprzątała jego sklep z męską odzieżą, zanim zbankrutował po raz drugi.
- Słowo daję, ma facet jaja, zwracając się do ciebie - powiedział Barry.
- Nie do mnie, tylko do twojej siostry. Właśnie z nią rozmawiałam. - Barry zanotował sobie w pamięci, by zbesztać Karen za donoszenie matce na ojca. - Słuchaj, zobaczymy się wieczorem - matka przekrzykiwała hałas. - Zalegają mi z dwoma dostawami nici. Muszę to wyjaśnić, zanim wsiądę do samolotu.
Barry udał się do swojego bezpośredniego przełożonego, Williama Plasta.
- Jak weekend? - spytał od progu.
- Sprzątałem garaż - odparł Plast z ponurą satysfakcją, gestem zapraszając go do środka. - Byłem z dzieciakami na aukcji w kościele. A u ciebie?
Barry rozsiadł się na krześle dla interesantów, przypadkiem strącając jednego z Trzech Króli.
- Oglądałem golfa - odparł i podniósł figurkę, by umieścić ją w żłóbku.
- Ach, stare dobre czasy - westchnął Plast z miną udręczonego ojca. - Już nie pamiętam, jak to jest tak po prostu siedzieć sobie i oglądać golfa.
Rozmowa potoczyła się o roku w sosach do sałatek. Barry był też na drugim ślubie swojego współlokatora z college'u, gdzie swymi względami zaszczyciła go korpulentna, tleniona na platynowy blond dama, która wiosen musiała sobie liczyć co najmniej ze czterdzieści. Niewątpliwie miał Barry na swoim koncie najdłuższy celibat odnotowany poza murami klasztoru franciszkanów. Może jednak po powrocie z pracy powinien udać się na drugi koniec korytarza, do mieszkania Rozwódki i przedstawić się. Barry Cantor: Wygoda. Rozrywka. Dyskrecja. Lecz znudziło mu się już pieprzenie z byle kim i byle gdzie. Miał co prawda na swoim koncie mnóstwo intryg, ale tylko z Cynthią wyszedł poza fazę wstępnych złośliwości.
Wskazując na ilustracje musztardy Dijon Garlic, Plast zapytał:
- Czy jest jakiś sposób, żeby spotęgować dramatyzm klęski?
- Niby czemu miałbym to robić?
- Żeby przyciągnąć uwagę.
- Niby czemu miałbym to robić?
Plast zrobił minę, jakby przyłapał Barry'ego na ściąganiu podczas klasówki z matmy. Miał czterdzieści trzy lata, mierzył metr osiemdziesiąt pięć. Jego sylwetka przywodziła na myśl gąbczastą piłkę do futbolu, a spontaniczny i żywiołowy był jak zimna owsianka. Myśl, że mógł się regularnie pieprzyć, doprowadzała Barry'ego do szału.
- Słuchaj, nie mamy co liczyć w przyszłym roku na większe fundusze promocyjne, jeśli będziemy ściągać gacie i prosić, żeby Rheinecker spuszczał nam manto.
Korytarzem przechodził właśnie Stu Eberhart i Plast przewrócił kosz na śmieci, stając na jego widok na baczność. Widząc dyrektora naczelnego, Barry zawsze się dziwił, że jest tak niewysokiego wzrostu - malutki facecik, metr pięćdziesiąt pięć, góra metr sześćdziesiąt. Odkąd został naczelnym, przeżył trzy bajpasy, podobnie jak nieustanne zakusy Rheineckera na zajmowane przez siebie stanowisko. Trzy lata temu Eberhart wymienił dwudziestoośmioletnią żonę na nowszą wersję modelki w identycznym stylu, cycatą popielatą blondynę rodem z przedmieścia. W zeszłym roku u drugiej pani Eberhart pojawił się niespodziewanie zupełnie nowy garnitur imponujących piersi.
Plast skupił uwagę na projekcie etykiety autorstwa Barry'ego.
- Nie podoba mi się ta eksplozja za "Oszczędzasz pięćdziesiąt centów" - stwierdził ponuro. Miał tłustą, mizdrzącą się żonę, która zgadzała się z każdym jego zdaniem.
- Cóż, nie czuję się z nią związany osobiście - westchnął Barry.
Brakowało mu Johna Hearne'a. Hearne był najlepszym szefem, jakiego kiedykolwiek miał. Nie, nie najlepszym - jedynym dobrym. W ciągu dwóch lat, działając zespołowo, bez zbędnych formalności, podnieśli zyski przynoszone przez Maplewood Jam o trzynaście procent. Gdy Barry został szefem promocji produktu, Hearne'owi powierzono utworzenie działu zajmującego się mrożonymi przystawkami o niskiej zawartości cholesterolu. Od czasu bajpasów Eberharta, Hearne miał zielone światło na rozszerzanie każdego asortymentu.
- Podoba mi się kółko, nie eksplozja - zdecydował ostatecznie Plast. - I niech będzie w poziomie, jak zawsze. To się sprawdza.
Gdy Barry wrócił do siebie, zastał Emily King krzątającą się po swoim boksie. Od jakiegoś miesiąca, a dokładnie od momentu, kiedy Barry zaprosił ją na drinka, wytworzyło się pomiędzy nimi napięcie, Emily bowiem błędnie zinterpretowała jego propozycję. Skąd pomysł, że mógłby się interesować kimś wiecznie utyskującym, o końskiej twarzy i na dodatek niekompetentnym? Sprawa nabrała rumieńców, gdy zwierzyła mu się, że jej siostra ma zamiar zostać akuszerką, co on skwitował stwierdzeniem, że to najbardziej idiotyczna rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszał. Okazało się, że Emily również uczy się na akuszerkę. Czy ona w ogóle miała siostrę? Emily: groteskowa.
- Sprawdź mi, proszę, te dane - rzekł Barry i wręczył jej notowania Nielsensa, gdy weszła do jego gabinetu. - Muszę je mieć przed lunchem.
We wzroku, którym go zmierzyła, bezczelność mieszała się z uległością i nienawiścią do samej siebie.
- Jak, do ciężkiej cholery, mam z tym zdążyć przed lunchem?!
- Może zacznij przychodzić przed dziewiątą, jak wszyscy?
Chciała coś powiedzieć, ale zachowała to dla siebie, wzięła dyskietkę i odpłynęła - tak, odpłynęła było jak najbardziej adekwatnym określeniem - do siebie. Wciąż jeszcze miała na sobie płaszcz: nie powinien oglądać jej drobnego, żylastego ciała. Boże, doprawdy była jak wrzód na dupie.
Barry podreptał do gabinetu Johna Hearne'a.
- Moja asystentka cierpi na napięcie przedmiesiączkowe cztery tygodnie w miesiącu - zaczął Barry i rozsiadł się na krześle, opierając nogi na biurku Hearne'a, a jednocześnie zrzucając na podłogę kolekcję kartek ze świątecznymi pozdrowieniami. - Mój szef przez cały weekend kombinował, jak by tu ulepszyć moją etykietę. Mój współlokator sprasza sobie kobiety i nie zamyka drzwi do sypialni. I sprzedają moje pikle - dodał, ustawiając po kolei pocztówki w rządku na biurku. - Czy powinienem traktować to jako osobiste zniewagi?
- Nie - odparł rozsądnie Hearne, spoglądając na niego ze szczerym rozbawieniem. - Ale pokaż generałom, że choć trochę się ich boisz, Barry. Zyskasz ich uwielbienie - dodał jak sprzedawca.
- Fuj - powiedział Barry i wyszedł.
Od początku znajomości Hearne pełnił rolę życiowego doradcy Barry'ego. Był jednym z nielicznych ludzi w firmie, dzięki którym Barry nie tracił nadziei. Lecz to on właśnie wpadł na pomysł przeprowadzenia ankiety na temat morale, był zaś zbyt naiwny, by dostrzec, że posługują się nią jako narzędziem wywiadu i kontroli umysłów. A w zeszłym tygodniu Barry słyszał, jak przyjaciel rozmawiał z żoną tonem, którego on nie użyłby nawet wobec nieposłusznego psa. Cierpiał na myśl, że być może jednak mylił się w swej ocenie Hearne'a.
Gdy wrócił na górę, zastał Emily w ozdobionej lametą kuchence, kompletnie pogrążoną w intymnej rozmowie z ponętną Maggie Fahey.
- Położyłam wielki kawałek kwarcu na sercu - powiedziała Emily tonem użalającym się nad sobą. Do płaskiego biustu przyczepiła podobiznę Świętego Mikołaja z czerwonego filcu.
- Ja śpiewam moim kryształom - oświadczyła z dumą Maggie.
- Był taki ciężki i czułam się wspaniale, bo moje serce też jest ciężkie - ciągnęła Emily z tragizmem. - A różowy kolor ma moc uzdrawiającą.
- Z bólem przychodzi mi przerwać tę uroczą pogawędkę… - zaczął Barry, one jednak nie zaszczyciły go nawet przelotnym spojrzeniem.
- Niektóre noszę - mówiła dalej Maggie - a niektóre trzymam przy oknie, żeby miały świeże powietrze.
- …ale naprawdę muszę mieć te dane jak najszybciej, bo inaczej nie zdążę na samolot.
Jeśli uda mu się wyruszyć na lotnisko przed drugą, uniknie podpisywania listy produktów przez kontrolę jakości.
Emily spojrzała na niego, jak gdyby żywcem wyszarpywał jej serce, i wymaszerowała krokiem obrażonej gwiazdki z wieczornej opery mydlanej.
- A to ŕ propos złej energii - powiedziała z obrzydzeniem Maggie.
Bywały dni, gdy Barry przypominał Jeffa Keeleya, szefa Raisin Bread, którego zwolnili, gdy ktoś przyłapał go na załatwianiu się do kosza na papier. Był też legendarny Gary Tobias - wywalili go, bo dostał szału na zebraniu w sprawie napojów i wyzwał Rheineckera od dupków, gdy ten ośmielił się odrzucić jego pomysł na kawową wodę sodową. Według Barry'ego, były dni Keeleya i dni Tobiasa. Nie ma się co czarować, dzień Emily zbliża się wielkimi krokami.

Na lotnisku LaGuardia kłębił się tłum udręczonych grudniowych podróżników. Barry nienawidził Świąt. Tłumów, wymuszonego sentymentalizmu, obowiązkowych zakupów, przygotowań, rozczarowań, budynków udekorowanych całym tym śmieciem. Każdego roku w charakterze antidotum jeździł do Miami, po świeżą dawkę gorąca i zrzędliwych Żydów, co także przyprawiało go o mdłości. Za parę godzin będzie oglądał przy basenie ciastowate nogi swojej matki - blade jak u ducha, poznaczone sinoniebieskimi poskręcanymi guzłami żył. Wcale nie miał na to ochoty. Pomysł, że prędzej tam niż tutaj kogoś spotka, był śmieszny sam w sobie, Barry jednak niczego nie wykluczał. Jak co roku.
W kolejce przed nim stała wyjątkowa kobieta. Miała gęste, pięknie ukształtowane czarne brwi i proste czarne włosy z równo obciętą grzywką. Ubrana była w czarny, porządny płaszcz. Walizka, dopasowana kolorystycznie, wyglądała równie schludnie. Patrzył na tył jej głowy i czuł, jak się w nim zakochuje, nie mogąc oderwać wzroku od miejsca, gdzie profesjonalnie przycięte włosy układały się w charakterystyczny łuk. Jedna ręka kobiety tkwiła w kieszeni.
Wciąż wpatrywał się w jej włosy. Co mógłby jej powiedzieć: Jestem Barry. Przeleć mnie? Podczas gdy się nad tym zastanawiał, przeklinając samego siebie za tchórzostwo, kobieta podeszła do kontuaru.
Oparta o sięgającą piersi ladę, prosiła o zmianę rezerwacji na pierwszą klasę w ramach promocji dla często i daleko latających klientów. Pozbawiona wszelkiej uległości zachowywała się z wdziękiem, była energiczna i piękna. Rękę wciąż trzymała w kieszeni. Leciała o trzeciej czterdzieści pięć do Phoenix. Obróciła się i popatrzyła na Barry'ego. Twarz miała żywą i ciemną. "Byliśmy małżeństwem w poprzednim życiu", mówił jej wzrok. "Nie czujesz tego?"
Zgodnie z życzeniem, udało jej się załatwić zmianę rezerwacji. Podnosząc walizkę, raz jeszcze obrzuciła Barry'ego spojrzeniem, które tym razem powiedziało: "Przedtem wcale na ciebie nie patrzyłam. Poza tym jestem z Park Avenue, więc nie zaczynaj ze mną".
Znikła za gromadką rozbrykanych dzieciaków, lecz po chwili dostrzegł ją ponownie, gdy ruchomymi schodami jechała w górę. Czy żąda zbyt wiele, mając nadzieję, iż ta kobieta, którą kochał, tak jest, kochał, spojrzy na niego raz jeszcze? Lotnisko tętniło. Barry czuł bicie własnego serca jednocześnie w gardle i w żołądku. Ze wznoszących się coraz wyżej schodów patrzyła w dół, na niego.
Nadeszła jego kolej.
- Chcę zamienić ten bilet na lot o trzeciej czterdzieści pięć do Phoenix - powiedział, z trudem oddychając i zlewając się potem.
- Tego biletu nie można zwrócić.
- Żyjemy w wolnym kraju, mogę sobie kupić nowy - warknął. Do odlotu zostało szesnaście minut, a jego żona z poprzedniego życia znikała w suficie.
Urzędnik podniósł na Barry'ego wzrok.
- Pierwsza klasa czy turystyczna?
- Pierwsza. - Barry nachylił się ku niemu. - Chcę siedzieć obok tej kobiety, która przed chwilą zmieniała rezerwację.
Urzędnik o ziemistej cerze zmierzył go ostrym spojrzeniem.
- Wiem, ale jestem porządnym facetem - Barry zaczął się kajać. - Robię to po raz pierwszy w życiu. - Urzędnik walił wściekle w klawiaturę swojego komputera. Co to mogło oznaczać? Że Barry będzie musiał się tłumaczyć przed jego przełożonym? - Może w takim razie chociaż po drugiej stronie przejścia? - Nie miał odwagi się rozejrzeć. - Błagam! Przecież daję wam zarobić podwójnie.
- Ona ma miejsce 3A. Pan 3B. Macie państwo miejsca obok siebie - powiedział automatycznie pracownik WorldWide. - Następny proszę.
Barry Cantor ruszył energicznie ku wyjściu. Odwrotu już nie było.

Gdy dotarł do swojego miejsca, nieznajoma przygotowywała się już do lotu, rozkładając rzeczy.
- Cześć - powiedział Barry, chcąc wydać się uprzejmym.
3A popatrzyła na niego z niedowierzaniem, po czym z zapałem zaczęła grzebać w swoich torbach, wyciągając z nich pliki papierów do czytania; chyba dawała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby jej przeszkadzał.
Gdy oboje już siedzieli, odważył się spojrzeć na nią wprost. W odpowiedzi wykrzywiła usta w grymasie, który miał uchodzić za uśmiech, i odwróciła się do okna.
Nic nie szkodzi. Droga do Phoenix była długa; prędzej czy później będzie musiała wyjść do toalety. Tymczasem uspokajał się. Miło mu było, że może po prostu koło niej siedzieć. Miała jakieś dwadzieścia osiem - trzydzieści osiem lat. Idealnie. Pachniała hiacyntami, mandarynkami, wiórkami ołówka - mocno, dziwnie.
- O wielki Boże - odezwał się siedzący za nim mężczyzna i sięgając po coś na ziemi, stuknął w oparcie Barry'ego.
Może gdy ona otworzy usta, okaże się koszmarna. Miałby za swoje. Podeszła brzydka stewardesa, by zapytać, czy chcą się czegoś napić przed startem.
- Poproszę sok pomidorowy - powiedziała. - Bez lodu.
Niemożliwy do zlokalizowania akcent, głos uroczy.
- Dla mnie piwo imbirowe - rzekł Barry z rosnącą pewnością siebie.
Udawał, że czyta "Progressive Grocer". Zaprosi tę kobietę do siebie, na obiad przygotowany przez jego osobistą kucharkę. Zrobi na niej wrażenie.

Kiedy wczoraj wieczorem Barry wrócił do domu, Pippy nie było, ale zapach rozchodził się fantastyczny. Na kuchence stała zupa minestrone domowej roboty, a na blacie leżał kawałek gąbczastego sera. Barry skosztował odrobinę. Smakował jak zakurzona cementowa podłoga w wilgotnej francuskiej piwnicy. Barry był w siódmym niebie.
- Widziałam niesamowity film - powiedziała Pippa, wchodząc do kuchni z jego praniem, które odebrała z pralni. - Widziałeś go? Łowca jeleni?
- Hm, wydaje mi się, że tak - chyba jest dźwiękowy?
Miała paskudną cerę, rozmazany tusz na rzęsach i koszmarną fryzurę. Była niechlujna i wyglądała na wiecznie zmęczoną, a gdy przed pięcioma tygodniami zgłosiła się na spotkanie kwalifikacyjne, spojrzał na jej skórzaną kurtkę i wściekle pomarańczowe włosy i przyszło mu do głowy, że musi być na prochach. Lecz jej intensywnie niebieskie oczy błyszczały żywo, a gdy mówiła, cały czas się uśmiechała. Usta jej się nie zamykały. Studiowała na przedostatnim roku na Uniwersytecie Columbia, rozdarta między prawem a architekturą. Z początku nie miała wątpliwości, że interesuje ją architektura, teraz już nie była tego pewna.
- O rany, ile tu tego - zachrypiała na widok dwóch talerzy w poza tym kompletnie pustej szafce.
Barry wściekły był na siebie za tę myśl o narkotykach. Na miłość boską, oto najlepszy dowód, że zbliża się do wieku średniego. Pippa była wspaniałą osobą, przechodziła tylko trudny okres. Jedzenie przygotowała fantastyczne - nie mógł się wprost nadziwić. Od razu ją zatrudnił, odwołując spotkania z dwoma innymi pełnymi nadziei kandydatkami, które odpowiedziały na jego ogłoszenie w "Timesie".
Miał wrażenie, że kobieta z 3A lubi jeść. Zaprosi ją na kolację i poprosi Pippę, aby przygotowała coś wyjątkowego. W drugim tygodniu pracy u niego, w ciągu jednego wieczoru upiekła od początku do końca  napoleonki. Przyglądał się, jak wałkowała ciasto. Nawet nie wiedział, że jest w posiadaniu wałka.

- Jesteś Żydem - powiedziała jego kucharka z przesadną swobodą, posypując ciasto mąką.
Odwieczny problem.
- Tak jest, proszę pani, jestem.
Udawała, że czyta coś w książce kucharskiej.
- A Vince?
- Vince jest w połowie Żydem. Najgorsze, co może być: uważa się za lepszego od wszystkich. - Przyglądał się, jak rozważa tę informację. - A ty?
- Ja jestem nikim. A tata Vince'a jest grubą rybą…
- Wielkim chrześcijańskim nic? - przerwał jej.
- Mój ojciec był katolikiem, matka prezbiterianką - powiedziała, przekładając płachtę ciasta, by rozwałkować ją w drugą stronę. - Jeszcze w college'u zostali kwakrami, walcząc ze wszystkim, co było zorganizowane.
Vince krążył po mieszkaniu w szlafroku i ze szklanką szkockiej w ręku. Wyglądał jak marnotrawiący czas w Oksfordzie syn księcia z serialu telewizyjnego. Pippa rzucała mu nieśmiałe spojrzenia. Wyraźnie czuła do niego miętę. Bardzo to było irytujące.
- Hej - zwrócił się do niego Barry. - Jak tam sprawy z panienkami?
Vince na wpół przymknął powieki.
- Nie pomyślałeś, że przydałoby się wrzucić trochę na luz? Mógłbyś przez jakiś czas pobyć sam, zastanowić się, czego tak naprawdę chcesz.
- Sam - powtórzył Vince, jakby to było słowo w obcym języku. - Odkąd skończyłem siedemnaście lat, chyba nie byłem sam… - zamyślił się na chwilę - dłużej niż przez tydzień.
Cóż za niezwykłe oświadczenie.
- Może w takim razie najwyższa pora, żebyś spróbował.
- Czy w twoim przypadku to się sprawdza? - spytał znudzony Vince.
- No, no, nieładnie nabijać się z chorego - odparł zdenerwowany nieco Barry.
Pippa rumieniła się nad zlewem, gdzie dodawała do ciasta roztopione masło. No i co z tego, Vince miał koneksje, był bogaty i przystojny. Zwykły kutas.
- Czy te damy wiedzą o sobie nawzajem? - spytał Barry.
- W zasadzie nie. - Vince ziewnął i usiadł przy stole. - Wiedzą, że spotykam się z innymi. Tak jak one spotykają się z innymi facetami.
- Laura to numer jeden, mam rację? - chciał się upewnić Barry. Vince wzruszył ramionami. - Nie przeszkadza ci, że spotyka się z innymi? Dla ścisłości: kiedy mówimy "spotyka się", mamy na myśli "pieprzy się" - czy tak?
Vince uniósł dłonie ze stołu.
- Tak.
- I to ci nie przeszkadza?
- Cóż, może niekoniecznie chciałbym przy tym być, ale nie, nie przeszkadza mi.
Zdumiewające. Są tylko dwa rodzaje sytuacji, z którymi mężczyzna może sobie poradzić: albo sprawa jest poważna, albo chodzi o czysty seks. Wszystko pomiędzy oznacza kłopoty. Stąd wniosek, że Vince je ma. Z drugiej jednak strony Barry zazdrościł Vince'owi jego zdolności zabawiania się z dziewczyną tylko dlatego, że jest akurat pod ręką. On sam nie potrafił spędzić wieczoru z kimś, kto nie interesowałby go na poważnie.