Kowal - prawdziwa historia

  • Autor: Kowalczyk, Wojciech & Stanowski, Krzysztof
  • Dostępność: Brak
  • 29,90 zł
  • Niedostępny

Barwna autobiografia jednej z największych legend polskiego futbolu - Wojciecha Kowalczyka - piłkarza Legii i hiszpańskiego Betisu, zawodnika srebrnej jedenastki Janusza Wójcika. Kowalczyk z niespotykaną szczerością przedstawia swoją historię, blaski i cienie polskiego futbolu. Fragmenty tej książki drukowane na łamach "Przeglądu sportowego" wzbudziły liczne polemiki i oburzenie "pomnikowych postaci", odbrązowionych przez autora.
Piła nożna w tej książce jest w sumie pretekstem do pytania: co jest w życiu najważniejsze? - i z pośród kilku odpowiedzi, które daje Kowal futbol wcale nie jest na pierwszym miejscu.
Książka mówi tyle o życiu piłkarza, co głośna Futbolowa gorączka Nicka Hornby'ego o życiu kibica.

Rok wydania: 2003
Stron: 284
Oprawa: twarda
Format: 125/195
Pakowanie: 20

Fragment tekstu:

KAŻDY MA W ŻYCIU DZIEŃ, który wszystko zmienia. Ja też taki miałem, nawet pamiętam datę - 20 marca 1991 roku. Przyjechał chłoptaś na europejskie salony, w koszulce z zaklejoną reklamą, i zapakował dwie bramki. I to komu! Sampdoria to była wtedy, jeśli nie najlepsza, to jedna z najlepszych drużyn świata - zdobywca PZP, przyszły mistrz Włoch. Nikt nam, legionistom przegrywającym nawet w polskiej lidze, nie dawał szans na awans do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Gdy działacze usłyszeli, że chcemy negocjować premie za przejście Sampdorii, kpili z nas pod nosem.
- Ile chcecie? - zapytali. Gdybyśmy krzyknęli, że po milionie dolarów byłoby w porządku, to by podpisali. Rzuciliśmy sumę równie abstrakcyjną.
- Jeśli awansujemy, chcemy po dziesięć tysięcy dolarów na głowę - odpowiedział wówczas Krzysiek Budka, kapitan zespołu.
- OK - padła odpowiedź. OK, po prostu zwykłe OK. Jak gdyby nigdy nic - zgoda. OK. No, kochani, tu was mamy! Już wtedy czułem, że ta kasa będzie moja. A działacze myśleli: "No, ogórki, spinajcie się śmiało. Macie takie szanse na wygranie z Sampdorią jak Kowal na tytuł profesora!"
Ja nie mam szans na tytuł profesora.
W pierwszym meczu miałem nie grać, ale Andrzej Łatka doznał kontuzji. Wszedłem za niego, w rewanżu też wystąpiłem, już od pierwszej minuty. Nikt w zespole nie miał pretensji, że gram, bo byłem… lubiany - taki chłopak od wszystkiego, co potrafi każdą rzecz zorganizować, a i na piwo pójdzie po treningu. Lubiliśmy się wtedy spotykać, w dużej grupie. Patronat nade mną objął Darek Czykier.
Gdy przyszło już wyjść na boisko w Genui, nie miałem żadnej tremy. Nigdy przed meczami się nikogo nie bałem. Nawet trener Stachurski po latach powiedział, że traktowałem każdy mecz jak zawody szkolne i walkę 7a z 7b. Wprawdzie nigdy do siódmej klasy nie doszedłem, ale… to trafne spostrzeżenie. Tu, w Genui, może tylko była we mnie pewna rezerwa, bo rywali wcześniej oglądało się w kolorowych pismach. No i ten stadion, to było to - świetne miejsce, aby przedstawić się ludziom.
- Dzień dobry, nazywam się… - powiedziałem w 19 minucie meczu, gdy minąłem trzech Włochów i nie dałem szans Pagliuce na interwencję. - …Wojciech Kowalczyk - dokończyłem zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy "ukłułem" ponownie. Ileż razy w następnych latach słuchałem - za każdym razem, kiedy zaczynał się magazyn "Gol" w telewizji - wywołującego przyjemny dreszczyk komentarza: "Idzie środkiem Kowalczyk, ale tam dośrodkowanie do Cyzia. Jest Kowalczyk! Goooool!"
Jak mógłbym nie pamiętać tej akcji, skoro chcąc nie chcąc (chcąc!) musiałem ją oglądać przez wiele następnych lat. Poszło dośrodkowanie z prawej strony, od Leszka Pisza. Nie wiem, czy ta piłka była adresowana do mnie. W każdym razie… przyjąłem ją ręką. To znaczy bardziej ona mnie trafiła, bo nie wykonałem żadnego ruchu. Sędzia nie zareagował, a ja miałem przed sobą tylko bramkę i bramkarza. Nie miałem wątpliwości, że będzie gol. Głupio by to wyglądało, gdybym zaczął cieszyć się przed strzałem, ale w zasadzie mogłem - mając tyle miejsca, wiedziałem, że trafię. Tak! Wojciech Kowalczyk tego dnia przestał być anonimowym młokosem z rzadkim wąsem.
"Rany Boskie, przecież to wszyscy oglądają! Tata, mama, koledzy z osiedla!" - pomyślałem po minucie. 20 marca to moje piłkarskie urodziny. Dwa gole na boisku jednego z najlepszych klubów świata. Dwa gole dzieciaka promujące Legię do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. O kasie się w takich momentach nie myśli, choć miałem 10 tysięcy dolców - pieniądze wtedy niewyobrażalne dla ludzi w moim wieku - w kieszeni.
Wiadomo, jaka była końcówka tego meczu - emocji starczyłoby na cały sezon. Po golu Sampdorii na 2:2 (pierwszy mecz wygraliśmy 1:0) czerwona kartka dla bramkarza Maćka Szczęsnego - nikt nie miał do niego pretensji, bo i tak wybronił nam mecz - i obrońca Marek Jóźwiak pierwszy raz w życiu między słupkami. Beret był z siebie strasznie dumny, nawet złapał jedną piłkę.
- Jestem jedynym bramkarzem, który nie dał się pokonać w europejskich pucharach! - chwalił się.
Ja się chwalić nie musiałem. Wszyscy widzieli. To był wspaniały dzień, choć pamiętam z niego także… ból. Zostałem z nim sam, w pokoju, w miejscowości Rapallo (tej właśnie znanej z lekcji historii), gdzie byliśmy zakwaterowani. Nawet nie poszedłem na kolację, bo z powodu kontuzji musiałem leżeć. Miałem kompletnie rozwaloną nogę. Inni się bawili, choć podobno niezbyt hucznie, a ja wymiotowałem z wysiłku. W pewnym momencie ktoś zapukał:
- Kto tam?
- Ty, młody, otwieraj, bo sobie tę kasę weźmiemy!
Przyniesiono mi pięćset dolarów dodatkowej premii od Andrzeja Grajewskiego. Jedyny raz w życiu dostałem kasę od razu po meczu. Miałem dziesięć tysięcy pięćset dolarów. Nieźle, jak na chłopaka, który dopiero przedstawił się publiczności. Jakiś czas później do Warszawy przyleciał Roman Kosecki, który zimą odszedł do Galatasaray, aby pożegnać się z zespołem (wszystkim podarował po złotym łańcuszku) i kibicami. Pojechaliśmy do klubu "Remont". Kosa ze sceny oświadczył, wskazując na mnie:
- Oto mój następca. - Wyszedłem na scenę i pomyślałem: "Zobaczycie, to dopiero początek!"
Tak, to dopiero początek. Miałem barwną karierę i jeszcze barwniejsze życie. Śmiało mógłbym napisać, że wszędzie byłem i wszystko widziałem. I nie żałuję niczego. Miałem kiedyś marzenie - zdobyć medal olimpijski i napisać autobiografię. Marzyłem o sukcesach i sławie, jak każdy. Myślałem sobie, jak wspaniale byłoby, będąc starym człowiekiem, siedząc przy kominku i bawiąc się z wnukiem, sięgnąć na półkę po książkę i przypomnieć sobie lata młodości, dokładnie, ze szczegółami, opisane tak, jak wyglądały naprawdę. Ta książka jest podsumowaniem wspaniałych lat. Opisałem w niej szczerze wszystko to, co czuję, bądź czułem. Nie każdemu się to spodobało, niektórzy się obrazili. Trudno. Może to ja nie mam racji, może niektóre rzeczy mi się tylko przyśniły. Starałem się jednak odtworzyć swoją historię - prawdziwą historię także polskiej piłki - tak jak ją przez kolejne lata widziałem i zapamiętałem. Kiedy wspominałem wydarzenia sprzed wielu, wielu lat starałem się wczuć w młodego, butnego Kowala - co on wtedy myślał, co mówił? Nie każdy to zrozumiał.
Nie wszystko w tej książce napisałem. Przede wszystkim - nie cierpię nudy. Kiedy czytam nudny wywiad, tracę sympatię do osoby, która go udzieliła. Nie chciałem napisać nudnej książki. Dlatego nie zawsze znalazłem w niej miejsca na opis żmudnej codzienności, litrów potu wylewanych przez sportowca na każdym treningu, setek godzin spędzonych na kopaniu piłki, uczeniu się gry w deszczu czy w śniegu. Nie pamiętam już nudnych rozmów o futbolu i nie rajcują mnie zdania w stylu: "Piłka jest okrągła, a bramki są dwie". Ja, wbrew temu, co wielu mi zarzuca, to wszystko robiłem - trenowałem, biegałem i rozmawiałem o piłce. Zdecydowałem się jednak opisać to, co moim zdaniem było najciekawsze, wymykające się banałowi i grzecznym, wypolerowanym i wychuchanym wypowiedziom wiecznie przestraszonych kolegów z boiska. Chciałem pokazać coś, czego nie widać na co dzień. Coś innego.
Zaczęło się w Genui. Tam się urodziłem dla piłki. Skończyło… Nie, jeszcze się nie skończyło.