Młody Budda

  • 83-7298-692-4
  • Autor: Koja, Kathe
  • Dostępność: Brak
  • szt.
  • 15,90 zł
  • Niedostępny

Nakład wyczerpany. Nie ma możliwości zakupu książki.

 

I znów mam to wspomnienie przed oczyma. Widzę go, jak biegnie lekko w górę schodów, ubrany w starą, czerwoną koszulkę ze smokiem, wielką niczym żagiel. Któż dziś nosi takie rzeczy? Nikt, tylko Jinsen. Biegnąc odwraca głowę i śmieje się z tego, co ktoś właśnie powiedział. Do niego? O nim? Trudno powiedzieć. Raz McManus nazwał go latającym dywanem, a on śmiał się z tego przez cały dzień.
Dostrzegł mnie, gdy przechodziłem u dołu schodów, i zamachał ręką.
- Zobaczymy się później! - Zawołał. - Wszystko ci opowiem!
I opowiedział mi, co się wydarzyło, ale przecież ja to wszystko wiedziałam już wcześniej.
Karma, wszystko to karma. Tylko nie pytaj, co to właściwie oznacza.

Dzieciaki w Szkole Wyższej im. Edwarda Ruchera przezywają Jinsena "Młody Budda" i uważają go za świra. Jinsen zaś, który nosi zbyt duże koszulki ze smokami, goli głowę i nigdy nie przestaje się uśmiechać, na domiar złego zaczyna żebrać w stołówce. Kiedy zatem Justin otrzymuje go za partnera do pracy nad projektem z ekonomii, ma nadzieję jak najszybciej zakończyć ową współpracę i powrócić do swej bezpiecznej niszy społecznej. Odkrywa jednak niezwykły talent artystyczny u Jinsena, a jednocześnie zaczynają go ciekawić jego przekonania religijne. Niemniej przyjaźnić się z Młodym Buddą nie jest łatwo i Justin wkrótce staje między nim, a bandą szkolnych awanturników, którym nie podoba się zarówno sam Jinsen jak i jego prace.
Kate Koja przedstawia postać niezapomnianego, młodego człowieka, który przypomina czytelnikowi o prawdziwym znaczeniu słowa przyjaźń i pokazuje, jak czerpać siłę od drobnych bogów, którzy mieszkają wewnątrz każdego z nas.

Kathe Koja jest autorką powieści Włóczęga. Mieszka obecnie pod Detroit wraz z mężem i nastoletnim synem.

"Włóczęga to piękna, rozdzierająca książka dla młodych czytelników. Główny wątek powieści, z postaciami o silnych charakterach, bogactwem szczegółów i wspaniale zarysowanymi emocjami, przeplata się przejmującym opowiadaniem autorstwa Rachel, by dać w efekcie potężną opowieść, która na pewno zdobędzie rozgłos wśród nastolatków."
"Booklist"

Główna bohaterka, mimo swego wyalienowania, okazuje się być osobą zarówno nieugiętą jak i współczującą. Opowiadając swą historię, Koja odsłania zakamarki mrocznej duszy Rachel, która jednak rozbawia czytelnika swym ponurymi skojarzeniami, a także pokazuje, jak zachować ludzkie oblicze oraz pogodzić miłość z zaufaniem.
"Publishers Weekly"

Rok wydania: 2005
Stron: 101
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 30
Tłumacz: Marcin Mortka

Fragment tekstu:

I znów mam to wspomnienie przed oczyma. Widzę go, jak biegnie lekko w górę po schodach, w starej czerwonej koszulce ze smokiem, wielkiej niczym żagiel. Kto dzisiaj nosi takie rzeczy? Nikt, tylko Jinsen. Biegnąc, odwraca głowę i śmieje się z tego, co ktoś właśnie powiedział. Do niego? O nim? Trudno powiedzieć. Raz McManus nazwał go latającym dywanem, a on śmiał się z tego przez cały dzień.
Dostrzegł mnie, gdy przechodziłem u dołu schodów, i pomachał ręką.
- Zobaczymy się później! - zawołał. - Wszystko ci opowiem!
I opowiedział mi, co się wydarzyło, ale przecież ja to wszystko wiedziałam już wcześniej.
Karma, wszystko to karma. Tylko nie pytaj, co to właściwie znaczy.

SZKOŁA WYŻSZA IM. EDWARDA RUCHERA, TU KSZTAŁTUJE SIĘ DUMA głoszą wielkie czerwone litery na ścianie sali gimnastycznej, nad którymi czuwa czerwony lew. Gdybyś nie zauważył tego napisu, mógłbyś pomyśleć, że stoisz przed budynkiem więzienia. Twoim oczom ukaże się bowiem bezduszny, dwupiętrowy monolit z rzędami czarnych, przyciemnianych okien, w całości zbudowany z beżowej cegły, zupełnie jakby był to najtańszy dostępny rodzaj budulca. Jednakże w środku wszystko jest drogie i nowoczesne: zarówno komputery w Centrum Mediów, jak i boazeria na korytarzach czy też lśniące kafelki na basenie olimpijskim. To ten typ szkoły, gdzie największym problemem uczniów jest miejsce parkingowe, bo każdy ma już samochód (oczywiście nowy), kartę kredytową i mnóstwo kasy na balangi w Stodole.
Ja do Stodoły nie chodzę, karty kredytowej też nie mam. Zamiast chodzić do McDonalda czy "Pizzy u Raya", jadam posiłki w stołówce. Zapewne byłoby nas na to wszystko stać - lub przynajmniej na część owych atrakcji - ale Audrey, moja mama, uważa, że to wszystko jest zbędne. Miłość, przyroda i muzyka (zwłaszcza jazz) - oto niezbędne rzeczy, według niej. Ale adidasy za fortunę czy ferie zimowe w Cancún? Zapomnij. Zdaniem mamy, większość dzieciaków w naszej szkole jest już poważnie skrzywiona, zatem robi wszystko, co możliwe, bym przypadkiem nie poszedł w ich ślady.
- A mógłbym być choć odrobinę skrzywiony? Na tyle, by zafundować sobie nowy samochód?
- To nie jest zabawne, Justin. Te biedne dzieciaki mają źle w głowach.
Część z nich z całą pewnością, przyznaję. Ich problemem są jednak nie tyle pieniądze, ile raczej to, co pieniądze z nimi robią. Jeśli możesz sobie pozwolić na "nie wiadomo co", w pewnym momencie zaczynasz myśleć, że wolno ci "nie wiadomo co". Weźmy na przykład McManusa i jego ekipę: Magnura, Josha Winstona i Hooksa. Oto królowie naszej szkoły, którzy dumnie kroczą po jej korytarzach niczym bohaterowie filmów akcji. To twardziele i równiachy, obwiesie, których wszyscy podziwiają, którym każdy zazdrości. No bo kto by nie chciał być taki jak McManus, co nie? Powinieneś czuć wdzięczność, jeśli McManus cię zauważy, wysępi od ciebie papierosa czy palnie jakiś głupi tekst o twoich ciuchach.
- Justin, stary, masz odlotowy sweter! Sam żeś go udziergał?
Staram się go ignorować wraz z tymi jego dowcipami, szkolną hierarchię i układy "kto-się-liczy-a-kto-nie" również, ale nie zawsze jest to możliwe. Przypominają one bowiem system prawny, którego musisz przestrzegać, choć nie ty go układałeś i zupełnie się z nim nie zgadzasz. Ów system określa, z kim wolno ci się kumplować, z kim możesz rozmawiać, kogo zignorować lub jakie będą konsekwencje, jeśli sam zostaniesz zignorowany, o ile  nie gorzej. Nasza mała paczka - kumplujemy się z Jakobem i Megan od podstawówki - zawsze znajdowała się jakoś pośrodku tego wszystkiego. Nigdy nie zapraszano nas na największe imprezy sezonu, ale banitami w szkolnym światku też nie byliśmy. Taka pozycja jest wygodna i bezpieczna. Gdyby nie pojawił się Jinsen, pewnie byłbym tam do dziś.

- A to co? - Megan wrzasnęła głośno, jak to ma w zwyczaju. Tym razem jednak jej uwagę przykuło naprawdę dziwne zjawisko. Przez salę szedł jakiś łysy chudzielec w T-shircie rozmiaru XXXL albo większym. Co chwila zmieniał kierunek i zatrzymywał się to tu, to tam, przez co przypominał królika kicającego przez autostradę, choć wypchany w kilku miejscach plecak wisiał mu na plecach niczym skorupa żółwia.
- Pewnie kolejny uczeń z wymiany. Tym razem z Marsa.
- Nie, ci z wymiany zjawiają się tu jesienią - powiedział Jakob, biorąc moją frytkę. - W zeszłym roku była tu taka dziewczyna. Zaraz, skąd ona była? Z Łotwy? Estonii?
- Pewnie masz na myśli tę z warkoczykami. - Megan wzdrygnęła się, udając obrzydzenie. - Raz na sali gimnastycznej robiła salta do tyłu i jej warkocze zahaczyły o… Justin, na co się gapisz?
- Próbuję dojść do tego, co ten gość wyczynia.
Nie przesadzałem, gdyż w zachowaniu tego człowieka nie dostrzegałem najmniejszego sensu. Chodził od stołu do stołu i przez chwilę myślałem, że o coś pyta, ale gdziekolwiek podszedł, ludzie gapili się na niego ze zdziwieniem i głośno się śmiali. Jeden koleś z ekipy McManusa rzucił czymś w niego, ołówkiem albo słomką, a łysy, ku ich ogromnej radości, sięgnął po to i przyniósł im z powrotem. Przez moment sądziłem, że jest to dzieciak specjalnej troski, ale przypomniałem sobie, że klasy specjalne miały lunch o innej porze. Co więcej, im przecież prawie nikt nie dokuczał.
Gdy podszedł bliżej, przyjrzałem się uważniej jego twarzy. Nie, z pewnością nie był to nikt z klasy specjalnej. Nieznajomy wyglądał na człowieka całkowicie normalnego, z jednym wyjątkiem, był uśmiechnięty. Nie był to nerwowy uśmiech ani też grymas zaciśniętych ust, jaki pojawia się na twarzy po doznanym upokorzeniu, do którego nie chcemy się przyznać. Nic z tych rzeczy. Był to najnormalniejszy w świecie, szeroki, szczęśliwy uśmiech, który oznaczał, że koleś albo był stuknięty, albo na haju. Albo też…
Był coraz bliżej i szedł w stronę naszego stołu. Widziałem już, że ma duże uszy oraz lekko skośne, zaspane oczy. Upewniłem się też, że nie jest łysy, a jedynie krótko ostrzyżony - jego czaszkę pokrywał jasny meszek. Wiedziałem zatem, że nie mam przed sobą żadnego skinheada czy innego czubka, ale po prostu… Po prostu kogoś dziwnego, w ten sam sposób, w jaki jest dziwny dziobak czy rośliny głębinowe, machające półprzezroczystymi palcami z dna oceanu.
- Przepraszam - odezwał się bardzo uprzejmie. - Macie może jakieś drobne?
- Co? - wyrwało się Megan. Natychmiast odwróciła wzrok, przerażona tym, że się odezwała i że w ogóle dostrzegła chłopaka, który stał przy naszym stole z wyciągniętą dłonią. Nawet najwięksi szkolni wyłudzacze nie zbierali pieniędzy tak jawnie.
- Co się stało? - spytałem. - Zapomniałeś kasy na lunch?
Jego uśmiech stał się szerszy. Przez chwilę skojarzył mi się  z Humptym Dumptym, wielką łysą głową, szczerzącą się gębą od ucha do ucha.
- Nie, coś ty - odpowiedział. - Ja żebrzę. Wiesz, jak ci mnisi.
- Jak kto? - zapytałem, ale w tym momencie Megan obdarzyła mnie spojrzeniem, które mogłoby stopić metal. "Nie gadaj z tym dziwakiem!", mówił jej wzrok. "Przestań w tej chwili! Wszyscy patrzą się na nas!" W istocie, ludzie patrzyli w naszym kierunku i chichotali. Pogrzebałem w kieszeni i wyciągnąłem dolara.
- Masz - powiedziałem, podając mu banknot.
- Dzięki - odparł i ruszył w kierunku sąsiedniego stołu, gdzie siedział jakiś osiłek ze szkolnej drużyny koszykówki z puszką Mountain Dew w ręku. Zapewne musiał nią parę razy mocno wstrząsnąć - w chwili gdy chłopak wystawił swoją dłoń, koleś otworzył puszkę tuż przed jego twarzą. Spieniony napój opryskał całą koszulę nieznajomemu, a ludzie wokół stołu ryknęli śmiechem. Milczałem, gdyż mnie jakoś to nie rozbawiło. Przecież mógł po prostu powiedzieć, że nie ma kasy.
- Co za dupek - stwierdziłem.
- Otóż to. - Megan pokiwała głową, krzyżując ramiona. - Wszyscy, dosłownie wszyscy na nas patrzą. Nigdy więcej nie rób tego.
Wyszedłem ze stołówki tuż przed dzwonkiem i popędziłem do sali, gdzie odbywały się zajęcia z ekonomii. Musiałem dokończyć wczorajsze sprawozdanie na temat rezerw federalnych. Wątpię, czy istnieje coś bardziej nudnego od sprawozdań czy ekonomii w ogóle. Może jedynie przyglądanie się, jak półkę pokrywa kurz. Gdy ludzie zaczęli się schodzić do klasy, zadanie było prawie skończone.
- Hej - odezwał się Tim Elder, który siedział za mną i zawsze śmierdział mentolowymi papierosami. - Patrz, to ten kosmita! Widziałeś, co wyczyniał podczas lunchu?
Miał rację. Łysy chłopak mnich w przemoczonej koszulce rozmawiał właśnie z panią Keller, która podała mu jakąś książkę i wskazała krzesło w sali. Wtedy rozległ się dzwonek, który właściwie nie jest dzwonkiem, ale sygnałem, podobnym do tych, jakie mają w więzieniach. Przechodząc obok, łysy uśmiechnął się do mnie delikatnie. Nie był to jednak uśmiech przeznaczony dla ludzi przelotnie poznanych, jak choćby listonosza czy sprzedawcy w 7-Eleven, ale dla nieoczekiwanie spotkanego dobrego kumpla. Chłopak uśmiechał się, jakby chciał powiedzieć: Hej, cześć, nie miałem pojęcia, że tu będziesz!
A ja niespodziewanie poczułem, że mam ochotę ów uśmiech odwzajemnić. Powstrzymałem się jednak w ostatniej chwili, bo Megan oczywiście miała rację. Nie ma sensu zaprzyjaźniać się z kimś takim, nie ma nawet sensu tworzyć pozorów. Pochyliłem się więc nad moim sprawozdaniem, aż nieznajomy minął moją ławkę, i zapomniałem o nim do końca lekcji.
- Hej, Justin - odezwał się Jakob, siedząc w ciemnych okularach za kierownicą szarego minivana swego ojca. Wyjeżdżaliśmy wolno z uczniowskiego parkingu. Dziś Jakob rozwoził nas do domów. - Idzie twój kumpel. Ten Młody Budda.
Rzeczywiście. Kroczył wśród kałuż błota z rękami w kieszeniach, a jego plecak wydawał się jeszcze większy niż wcześniej. Zupełnie jakby wepchnął do środka całe swoje życie.
- Tylko spójrzcie na niego - odezwała się Megan takim tonem, jakby nagle odkryła najlepszy dowód na jego dziwactwo. - Jest zimno jak diabli, a on nawet nie włożył kurtki!
- Jak go nazwałeś? Młody Budda?
- Tak go przezywa McManus.
Gdy go mijaliśmy, zerknąłem na niego ukradkiem, ale Młody Budda nawet nie spojrzał w naszym kierunku. Patrzył przed siebie, tam, dokąd zmierzał.
- Może mnisi nie noszą płaszczy - powiedziałem.
- On nie jest mnichem! - odezwała się Megan, kładąc nacisk na każde słowo. - To jakiś czubek. Łysy czubek. Skoczmy do Cuppa Jane's, co? - rzuciła w stronę Jakoba, gdy włączaliśmy się do ruchu. - Muszę się napić cappuccino.

Pani Keller - nazywana przez ludzi pani Killer - ma długie, smukłe palce i jeszcze dłuższe paznokcie, które lakieruje na zabójczy róż. Kiedy podczas lekcji wskazuje na ciebie, czujesz to całym ciałem. Gdy zaczęła wybierać grupy do pracy nad nowym "twórczym" projektem, przestałem gryzmolić w zeszycie i wytężyłem słuch.
- Andy będzie pracować z Luis, Laura z Kelly i Leah, Justin z Timem i… i Michaelem Martinem. - Nauczycielka skinęła w kierunku mnicha kosmity.
- Stary, słyszałeś? Po moim trupie! - Tim Elder szturchnął mnie w plecy. Powiedział to stanowczo za głośno, ale zgadzałem się w pełni. Nie przepadałem za Mentolowym Timem, ale przynajmniej obaj byliśmy po tej samej stronie niewidzialnej barykady między normalnymi a… cóż, wszystkimi odbiegającymi od normy, wyrzutkami i dziwakami, jak choćby Młody Budda. Należało jednak uczciwie przyznać, że w całej szkole nie było kogoś takiego jak on. Młody Budda, w koszulce ze smokiem złuszczonym od zbyt wielu wizyt w pralce, wydawał się jedynym przedstawicielem osobnego gatunku.
- Musisz jej coś powiedzieć! - szeptał natrętnie Tim. - Musisz nas z tego wykręcić!
- Dlaczego ja? A ty nie możesz z nią pogadać? - próbowałem protestować, ale Tim nie dał mi szansy. Po prostu wypchnął mnie przed biurko pani Keller niczym manekina i zostawił, bym odwalił za niego brudną robotę. Nie miałem pojęcia, jak jej wytłumaczyć, że nie chcemy pracować z Młodym Buddą.
- On jest… no, on jest nowy i… - wydukałem, choć sam czułem, że to kiepska wymówka. - No i nie wie, co robimy na lekcjach…
- Zrozumie podczas pracy nad projektem - odpowiedziała nauczycielka. - A wy we dwójkę możecie mu pomóc.
Spojrzałem na Tima, ale on gapił się na podłogę.
- Niektórzy uczniowie prześladowali go i znęcali się nad nim, ponieważ jest… cóż, jest nieco inny od reszty - ciągnęła pani Keller. Jej wzrok był chłodny i pozbawiony uczuć, przez co jej długie, ostre paznokcie wydawały się jeszcze dłuższe i groźniejsze. - Jestem jednak pewna, że wy dwaj nie pójdziecie w ich ślady.
W tłumaczeniu na język codzienny jej słowa oznaczały mniej więcej: "Wiem dokładnie, o co wam chodzi, i nie mam zamiaru wam współczuć". Pokornie wróciliśmy zatem do ławek, a ja przez resztę lekcji siedziałem w milczeniu i wypisywałem KURWA na marginesie zeszytu. Po przeciwnej stronie Młody Budda kreślił coś pracowicie w swoim zeszycie - robił notatki czy rysował? Słyszał, po co poszliśmy do nauczycielki? Kto wie. Nie spojrzałem na niego aż do końca lekcji, a gdy rozległ się dzwonek, poderwałem się z miejsca, by ruszyć ku drzwiom. Niespodziewanie Młody Budda wyrósł przy mojej ławce. Stał niczym bezpański pies, który nie chce od ciebie odstąpić, i patrzył na mnie.
- Justin? - odezwał się tym samym uprzejmym głosem. - Wygląda na to, że mamy razem pracować?
- Chyba. Na to wygląda.
Wyciągnął listę projektów.
- Co powiesz na to tu, na tę grę planszową? Brzmi chyba nieźle.
"Opracuj grę planszową przedstawiającą jedną z podstawowych zasad ekonomicznych i dołącz do niej instrukcję (3 strony)". Rzeczywiście, super.
- Jasne - odparłem. Miałem nadzieję, że nikt na nas nie patrzy, i modliłem się, by zszedł mi z oczu, ale Młody Budda był równie uprzejmy jak uparty. Chciał jeszcze ustalić czas i miejsce spotkania.
- Może być jutro? - spytałem. - U ciebie?
Istniała duża szansa, że jeśli to ja pójdę do niego, nikt znajomy mnie nie zauważy. Wyjątkiem był tylko Tim Elder, który się akurat ulotnił. Tymczasem Młody Budda/Michael Martin naszkicował mapkę, jak do niego dotrzeć, i zapisał mi adres.
- Będę w domu około piątej. Na razie.
- Jasne - powiedziałem znów, jakby to było jedyne znane mi słowo. - Przyjdziemy na piątą.
Mojego dobrego kumpla Tima Eldera znalazłem w końcu w ubikacji, gdzie robił sobie przerwę na papierosa.
- Nie ma mowy - oznajmił, gdy przedstawiłem mu sytuację. - W życiu tam nie pójdę.
- Musisz. Słyszałeś Keller, mamy z nim pracować.
- Nie - Tim wydmuchnął kłąb dymu - to ty masz z nim pracować. Ja biorę pałę, co mi tam. I tak wychodzi mi czwórka z plusem. Jedna pała mi nie zaszkodzi.
O sobie tego powiedzieć nie mogłem. Ekonomia szła mi kiepsko, w najlepszym razie wychodziła mi trója, a Audrey nigdy nie pozwoliłaby mi zawalić tego przedmiotu.
- Wielkie dzięki! - rzuciłem i wypadłem z ubikacji, trzaskając drzwiami. Byłem już prawie spóźniony na zajęcia ze sztuki.
Zaczniemy cały ten projekt, myślałem, biegnąc pustoszejącym korytarzem. Potem wezmę go do domu, sam dokończę i nigdy więcej nie będę musiał rozmawiać z tym kolesiem. Z Timem też.