Prowincja

  • Autor: Kosmowska, Barbara
  • Dostępność: Brak
  • 29,00 zł
  • Niedostępny

Nowa książka autorki znanego już szerokiemu gronu czytelników Terenu prywatnego, powieści laureatki nagrody głównej w ogólnopolskim konkursie literackim pod hasłem "Dziennik polskiej Bridget Jones". Hanka, bohaterka Prowincji, znudzona bezczynnością i marazmem życia w stolicy, opuszcza Warszawę jak kłopotliwego kochanka, trochę na przekór sobie, trochę na złość innym. Kaprys posmakowania innej rzeczywistości stawia samotną dziennikarkę wobec nieprzewidywalnego, bo dyktowanego przez życie scenariusza. Aby mu sprostać, Hanka musi dokonać koniecznych przewartościowań. Zrozumieć siebie i swych bliskich. Spojrzeć na świat z nowej perspektywy. Takiej, która pozwala na wędrówkę w głąb samego siebie. Jaką kartę własnej tożsamości odkryje Hanka? Co zdoła ocalić, a z czym trzeba będzie się rozstać? Wreszcie jak poradzi sobie z najtrudniejszą kwestią, jaka ją nurtuje: z myśleniem, że wszystko można zacząć od nowa. Czy rzeczywiście można? Czy życie bywa aż tak łaskawe? Te pytania zostały wpisane w pozornie zabawną opowieść, gdzie śmieszność miesza się z szyderczą grą losu. To one towarzyszą Hance w jej dramatycznym poszukiwaniu prawdy.
Powieść ma w sobie dwie melodie. Jedna przypomina radosne napastliwe disco polo, które często zanika, wówczas w tle rozbrzmiewa subtelnie Mocartowskie Requiem. Ta muzyka, tworząca swoisty dysonans, składa się z dźwięków życia. Prowincja jest doskonałą lekturą, opowieścią nie tylko dla kobiet. Poprzednia powieść Kosmowskiej wywołała gro komentarzy czytelników, jeden z nich brzmiał następująco: "Jestem zafascynowany i zdumiony poziomem tej książki! Po raz pierwszy zdarzyło mi się, że kupiłem żonie prezent, który przeczytałem od początku do końca". Historia Hanki z pewnością ma duże szanse na podobne recenzje.

Rok wydania: 2002
Stron: 256
Oprawa: broszura
Format: 125/183
Pakowanie: 20

Fragment tekstu:


1

Siedziałam w bujanym fotelu, mocno zużytym przez pierwszego właściciela - wuja Freda. Wprawiłam mebel w wahadłowy ruch, nieznacznie rozlewając bezcenne krople Ballantine's, i zaczynałam rozumieć, dlaczego wuj Fred regularnie "zachlewał się w trzy dupy" - jak niewybrednie mawiała ciotka Miłka, kierowniczka myjni butelek. Otóż wuj się zachlewał, gdyż było to jedyne zajęcie pozwalające mu komfortowo przetrwać czas, który nazywał "zejściem z afisza".
Tylko raz wspomniał o tym nieszczęsnym "afiszu". Trzeba wiedzieć, że wuj Fred urodził się aktorem, o czym praktyczna i pozbawiona wyczucia artystycznego ciotka Miłka nie miała pojęcia. Zgarnęła cały jego talent na własny użytek, co spowodowało, że wuj, chciał nie chciał, został najpierw księgowym, a potem emerytowanym księgowym. Traktował to zajęcie jako upokarzającą życiową konieczność, a w wolnych chwilach grał w tajemnicy przed ciotką i całym światem swą pierwszoplanową rolę amanta-męża. Nawet podczas obliczania sald, robienia bilansu i listy płac dla miejskich zakładów gazowniczych wytrwale ćwiczył sceniczne gesty i dykcję. Aż pewnego dnia, gdy starannie obmyślał monolog powitalny i miał świetną koncepcję zagrania sceny, w której obrzuci udręczoną pracownicę myjni płatkami dzikich róż, tuż przed finałem, czyli w momencie, gdy ciotka wchodziła na piętro, zrozumiał, że ona od wielu lat zupełnie go nie dostrzega. Że traktuje swojego Freda, niespełnionego w aktorskiej furii, jak jeszcze jedną brudną butelkę wymagającą umycia i napełnienia. Ewentualnie odstawienia na półkę w kredensie.
- Odkryłem w tym momencie, droga Haniu - mówił mi wuj Fred mocno przemęczonym głosem - potężną pustkę, jaka pozostaje po marzeniu. To tak, jakby bilans istnienia ujawnił, że jeszcze się nie urodziłem. Ot, nie ma mnie - zapewnił tubalnym głosem, pozostając w tym twierdzeniu w niezgodzie z własnym ciałem wciśniętym w wiklinowy fotel. - A i minione lata - dodał - też były jednym wielkim zmyśleniem… - I zapłakał dramatycznie.
Rozumiałam, co musi czuć księgowy, który spada z afisza, nawet jeśli ów afisz tkwił przez pół wieku tylko na psychicznym filarze wuja aktorskiej wyobraźni. Pomiędzy gabinetem młodszego księgowego a biurową toaletą.
Ciotka myła setki butelek, nadając swej pracy charakter mocno społeczny. Brała nadgodziny, które - jak lubił komentować wuj Fred - polegały na braniu ciotki Miłki przez wyższy personel na tejże linii, uwolnionej już od szkła. Wuj w tym czasie bujał się na wspomnianym fotelu, popijając jarzębiak (nigdy nie było go stać na zagraniczne wódki). Z tego, co wiem, nie ubolewał nad pracowitością małżonki, bo tak naprawdę wcale za ciotką Miłką nie przepadał. Wolał swój fotel, na którym skwapliwie planował, że któregoś dnia podniesie jeden z wypominanych mu przez ciotkę tyłków i wyruszy w świat. Tym ambitnym planom stawały na przeszkodzie kolejne jarzębiaki.
Byłam wówczas na ostatnim roku studiów. Mieszkałam kątem u wujostwa, drżąc, że jeśli nie zdam kolejnego egzaminu, i ja trafię na taśmę, gdzie koneksje ciotki znacznie przekraczały zwyczajowe znajomości. Groziło mi to, z wiadomych powodów, angażem do końca życia. Moje ciche istnienie w zbyt dużym mieszkaniu wujostwa polegało na regularnym zaliczaniu kolejnych semestrów i wynoszeniu butelek po jarzębiaku do zsypu. Wujowi trzeba przyznać jedno - skwapliwie dbał o to, aby oczy ciotki odpoczywały od widoku brudnego szkła. Pozostały czas przeznaczałam na analizę przyszłości małżeńskiej, której ucieleśnieniem były losy wuja Freda, kiwającego się tępo w bujaku, i ciotki Miłki, wracającej z popołudniowej zmiany z rozmazanym makijażem, w niecnie podartej pończosze i z rozbieganymi jak dwa nienasycone charty oczami.
A teraz sama wykupiłam dożywotni karnet na fotel (ciotka Miłka usunęła go z mieszkania dwa dni po pogrzebie wuja Freda, bo stwierdziła, że wciąż widzi na nim kiwającego się białego jak kreda wuja) i otoczona mocno sfatygowaną wikliną, czułam pewnie to samo co marzący o rejteradzie Fred.
Nie dzieliłam do końca jego niedoli. Mój mąż, Włodzimierz, oraz moja córka, Linda, a także nasz kot, Blondyn, nieustannie krążyli obok mnie i przy odrobinie artystycznej wyobraźni wuja można byłoby uznać, że pewne elementy rodzinności w codziennym natykaniu się na siebie funkcjonowały jak sprawdzone, pasujące do siebie puzzle. Najrzadziej bywał w domu Włodzimierz, wraz z którym subtelnie ulatniał się mdły, ale stanowiący gwarancję dobrego gustu zapach diora. W drzwiach miał zwyczaj jurnie zakrzyknąć do Lindy i kota: "Zajmijcie się mamuśką!" i odchodził do swojej produkcji w telewizyjnym kanale trzecim. Producent, reżyser, niespożyty meloman. Taki napis powinien być na jego nagrobku - orzekałam, ilekroć Ballantine's kierował moją uwagę w coraz bliższe mi rejony myślenia o ziemskim przemijaniu.
Rzecz ciekawa - o własnym nagrobku nie miałam żadnych wyobrażeń, choć wcale nie było mi obojętne, jakie dane osobowe na mój temat odczyta z zimnego marmuru spacerująca po cmentarzu ludzkość. Obawiam się, że wiele moich cnót zdominuje w sposób stanowczy określenie "mamuśka", ironicznie wyróżnione złotą literą. A przecież miałam swoje imię i zawód. Były osiągnięcia i daty, które wyznaczały początki i końce moich życiowych tragedii czy fars. Pełniłam kilka typowych funkcji, nie mówiąc już o tym, że jako spadkobierczyni sporego pola w pobliżu Warszawy stałam się potencjalną ziemską właścicielką. I mogłabym wcale nie pracować od czasu, gdy Gmina Miasta Stołecznego Warszawy uznała moje areały za działki budowlane, na które było coraz więcej bogatych amatorów.
Co do Włodka, to trzeba uczciwie powiedzieć, że najwięcej sukcesów odniósł jako producent. Akurat to jego zajęcie z pewnych przyczyn przywodziło mi na myśl taśmę produkcyjną w zakładach ciotki Miłki i - jak sądzę - obie te produkcje w jakiś magiczny sposób przylegały do siebie niczym etykietka do butelki.
W miejscu, które przy odrobinie uporu można było nazwać naszym rodzinnym domem, dużo uwagi poświęcał mi jedynie Blondyn. Zwłaszcza gdy był głodny. Bo Linda zajmowała się głównie sobą, robiąc to, co ja przed laty. Wciskała na uszy słuchawki pozwalające osiągnąć złudzenie samotności w naszym zbyt dużym mieszkaniu i kończyła swoją archeologię. Mnie pozostawało niebezpieczne przesiadywanie w tym cholernym fotelu i tępe spoglądanie w bliżej nieokreśloną przyszłość. Tym razem już nie małżeńską.
W naszym związku o żadnej przyszłości nie mogło być mowy, gdyż zawdzięczaliśmy swe trwanie wyłącznie subtelnemu koleżeństwu. Ceniłam sobie ten rodzaj łączącego mnie z Włodkiem uczucia, bo koleżeństwo okazywało się zawsze silniejsze od jego uczuciowych burz i mojej jednej, za to dość długotrwałej i pełnej komplikacji zawieruchy serca. W przeciwieństwie do sprawcy tej uczuciowej awantury trudno było zarzucić Włodkowi jakiekolwiek nadużycia. Może poza nazywaniem mnie "mamuśką". Włodek bowiem od wielu lat nie korzystał ani z mojej seksualnej energii, ani z dość pokaźnego wkładu finansowego na wspólnym koncie, do którego przyczynił się spadek po wuju Fredzie. Nie zmuszał mnie do gotowania, bo miał zwyczaj jadać w eleganckich restauracjach. W dodatku beze mnie. Nie tropił z detektywistyczną zajadłością coraz wyraźniejszych śladów wpływu czasu na moją cerę i figurę. Zdawał się w ogóle nie zauważać mojej cery i figury, jakbym była uosobieniem pożytecznych cech uniwersalnej kobiety, której jedynym słusznym określeniem była owa wspomniana "mamuśka".
Minionej zawieruchy - tej, co zrobiła ze mnie podlotka (ale tylko pod względem intelektualnym) i przemieniła szatynkę w blondynkę, a także skłoniła do śmiałych inwestycji finansowych (dwie zagraniczne wycieczki na mój koszt) - Włodek też nie dostrzegł. Trzeba przyznać, że nie należał do mężczyzn drobiazgowych, a ponadto w tym samym czasie pomagał kolejnej nadziei na współczesną Modrzejewską zrobić karierę.
Zawieruchy i burze przemijały bez echa - jak film z ową "Modrzejewską", która miała defekt zgryzu przegapiony przez Włodka.
- Nie przejmuj się - pocieszałam go po lekturze pierwszych recenzji. - Gdyby nie to seplenienie, nie napisano by o niej ani słowa. A sam mówisz, że zła krytyka to też reklama.
- Za mało z nią pracowałem! - ubolewał Włodek, najwyraźniej zapominając, że czas, jaki spędził z gwiazdą, wystarczyłby naszemu Blondynowi na biegłe opanowanie nieskazitelnej polszczyzny. Bo Blondyn, w przeciwieństwie do innych kociaków Włodka, świetnie prezentował się na ekranie, nie seplenił i miał już za sobą dość pozytywnie dostrzeżony debiut.
- Znowu popijasz? - Linda przystanęła obok, aby stwierdzić fakt.
Nie doszukałam się w jej głosie żadnej nagany. Też nie była drobiazgowa.
- Idę na siłownię. Gdyby dzwonił Paweł… - rozpoczęła i poszła.
Rozumiałyśmy się bez słów. Fenomen naszej rodzinności polegał na sprawnym odczytywaniu nie dokończonych komunikatów. Więc jeśli zadzwoni telefon, wystarczy, gdy powiem, że ona jest na siłowni. Tajemniczy i bliżej nie znany mi Paweł wyciągnie z tego skąpego wyjaśnienia odpowiednie wnioski. W przeciwieństwie do mnie będzie wiedział, gdzie, jak i o której godzinie może spotkać moją córkę. Prawdopodobnie jego wiedza o Lindzie przekracza moją o niej wiedzę. Zapewne zdążył już się zorientować, co Linda czyta, czego słucha, jakie kwiaty ją roztkliwiają… Zaraz, zaraz… Linda nigdy nie wzruszy się na widok żadnej badylarskiej wiąchy, bo jest praktyczna. Kiedyś mi powiedziała, że kwiaty, których nie można zjeść, są pasożytniczym wymysłem idiotek. W myśl tej zasady Linda chyba uznaje tylko kwiat kalafiora. Swoją drogą byłoby zabawnie, jakby z randek wracała z dorodnym kalafiorem…
Telefon.
- Jest na siłowni - mówię głosem Janis Joplin, bo wpadł mi do gardła kawałek chipsa.
Zdążyłam jeszcze zabulgotać w słuchawkę i już ciągły sygnał. Swoją drogą te wszystkie dzisiejsze Pawły są niewychowane. Fakt, nie narobiłam się przy tym telefonie, ale jakieś sympatyczne "dziękuję" byłoby jak najbardziej na miejscu. Chyba że mój bulgot trochę go przeraził. Eeee, zięciem i tak nie będzie. Zięcia to sobie Linda przytarga z jakichś wykopalisk. W sensie archeolog, ma się rozumieć, nie mumia.
Kończę swojego drinka i czuję się jak mała dziewczynka, która przygotowuje swemu otoczeniu niezwykłą niespodziankę. Ciekawe, komu za parę dni Linda rzuci odwieczne pytanie "Znowu popijasz?". Do kogo Włodek skieruje swoje "Czołem, mamuśka" i które z nich nakarmi Blondyna? Przy Blondynie trochę spuszczam z tonu i satysfakcja z planowanej hecy traci swój smaczek. Zwłaszcza że on jeden nie tylko mnie zauważa, ale często dowodzi, że jestem mu absolutnie potrzebna do życia. Nawet do przeżycia.
- Biorę cię z sobą, Blondyn - decyduję heroicznie, a Blondyn patrzy na mnie sennie. Nie znajduję na jego przebiegłej mordce żadnego grymasu ulgi czy przejawu radości, choć właśnie przed chwilą uratowałam mu życie. - Gdybyś tu, durniu, został - tłumaczę mu cierpliwie trochę rozwlekłym głosem - Linda odkryłaby po dwóch miesiącach twoje sponiewierane szczątki u drzwi lodówki… I sądziłaby, że to kawałek jakiegoś faraona. Włodek w najlepszym razie po upływie miesiąca zapytałby Lindę "Nie wiesz, przypadkiem, gdzie jest Blondyn?", a nasi sąsiedzi zatykaliby nosy, sądząc po cichu, że ten obrzydliwy fetor śmierci ma ścisły związek z moimi zwłokami. I właśnie dlatego, aby tak nie myśleli, pojedziesz do Bączków ze mną.
Wstałam trochę chwiejnie. Fotel wuja Freda skrzypnął, jakby się przestraszył, że jest skazany na bezużyteczne dożywocie w mieszkaniu, które stało się dla członków mojej rodziny jedynie miejską sypialnią.
- I fotel też weźmiemy - obiecałam Blondynowi, nie zważając na to, że towarzyszy mi już tylko cieleśnie, mrucząc przez sen. Gdybym zwracała uwagę na takie drobiazgi, odkryłabym wiek temu, że jedyną słowną formą mojego istnienia we własnym domu są już od dawna wyłącznie monologi. I może to głupie, ale od pewnego czasu nie opuszczało mnie przekonanie, jakże bliskie wujowi Fredowi… Że oto i ja, nie wiadomo kiedy, tak po prostu i bez większego huku, też spadłam z afisza. Tego samego, który jeszcze niedawno zapowiadał tłustym drukiem mój wielki talent w poruszaniu się po scenie życia. Pewnie dlatego tak chwiejnie przemykam teraz po deskach błyszczącego parkietu, nie czekając na oklaski i aplauz. Mój film, choć krótki i tylko ze mną w roli głównej, rwie się na senne kawałki. A gdy wpadam w pachnącą pościel, wiem, że nad ranem nie będę pamiętała ani jednej kwestii. Tylko ból głowy i ciężkie powieki uświadomią mi, jak ciężkie było życie wuja Freda dźwigającego w swym sercu samotność przesiąkniętą wonią jarzębiaku.

 

2

O Bączkach przeczytałam w gazecie. Zawsze zastanawia mnie fenomen zbiegu okoliczności, tego jednorazowego doznania, które potrafi w ciągu sekundy i bez szczególnych przygotowań odmienić całe nasze życie. Jechałam do pracy tramwajem i tylko dlatego kupiłam tę nieszczęsną gazetę. Pod płachtą gazety można w tramwaju ukryć wiele: swoją samotność, niestaranny makijaż, zaniepokojenie z powodu spóźnienia, niechęć do ustępowania innym miejsca. Ja należałam do tych pasażerek, które coraz rzadziej miały okazję odstąpić jakiejś babuleńce swój fotelik, więc pod gazetą skwapliwie ukrywałam samotność. Wkraczałam w komunikaty jak na teren okupowanego przez setki sensacji miasta. Cieszyłam się, że to nie mój mąż jest ujętym gwałcicielem, że nie łączą mnie więzy krwi z ibn Ladenem, że to nie nasza awionetka utknęła na środku Pacyfiku… Cieszyłam się z tego, że nie Lindy ciało zostało wyłowione z Wisły i że nie moje kości znaleziono w plastikowej torbie na wysypisku śmieci. Martwiłam się spadkiem czytelnictwa i wzrostem cen nawozów sztucznych, wodziłam współczującym wzrokiem po nekrologach. Potem w pośpiechu opuszczałam tramwaj, aby we własnej redakcji przygotować dla innych podobne menu, złożone z ludzkiego życia i śmierci. Tym razem było inaczej. Zamiast wejść na terytorium triumfów i dramatów, przedstawionych lapidarną polszczyzną, utknęłam przy drobnym ogłoszeniu - ofercie pracy. W zasadzie miałam co robić, więc moje zainteresowanie anonsem było od samego początku niewytłumaczalne. Powiedziałabym nawet - mistyczne.
Gdy następnego dnia dzwoniłam do redakcji "Naszych Wiadomości", nie miałam pojęcia, w którym rogu mapy leżą wyróżnione w ogłoszeniu grubą czcionką Bączki.
- Proszę do nas przyjechać - kusił mnie głos jednego z redaktorów. - Tu, na miejscu, omówimy dokładnie warunki pracy.
- Przyjadę na pewno! - powiedziałam bez zastanowienia. Miałam wrażenie, że przez całe dotychczasowe życie oddychałam, jadłam i pracowałam tylko po to, aby zdobyć się na odwagę powiedzenia zupełnie obcemu człowiekowi: "Przyjadę na pewno!".
To nieprawda, co mówił wuj Fred, że można zamknąć oczy i być w podróży. Ilekroć zamykał oczy, zawsze zaczynał chrapać i nawet jeśli w tym czasie podróżował, była to wycieczka zaledwie wirtualna. Wprawdzie raz zamknął oczy skutecznie, nie wydając z siebie żadnych dźwięków, i być może teraz wędruje po wszystkich zakamarkach swoich marzeń. Ale ja nie chciałam czekać na tę ostateczną, duchową peregrynację. W przeciwieństwie do wuja dysponowałam pieniędzmi, które on uskładał na moje wojaże. No i nie musiałam liczyć się z głosem rozsądku ciotki Miłki, śmiejącej się z planów wuja.
- Niedługo zamienisz się w jarzębinę, ty śmierdzący ochlapusie - mawiała, fachowo myjąc butelki po jarzębiaku i kieliszki, które przegapiłam. Nawet w domu nie potrafiła przejść obojętnie obok brudnego szkła.
- A wyjeżdżaj choćby teraz! - odpowiadała na jego nieskładny plan dotyczący opuszczenia i jej, i fotela - tylko najpierw stań na nogi, moczymordo skończona!
Właśnie z tym wstawaniem wuj miał największy problem. Ja też przez kilka ostatnich miesięcy z trudnością dźwigałam się z fotela, trochę przybita pewnymi analogiami żywota wuja i własnej egzystencji. Bez wątpienia te analogie i pojawienie się owych Bączków na mapie mojej wyobraźni skłoniły mnie do czynu.

W redakcji, którą przed dwudziestu laty tworzyłam, a teraz, zdaniem nowych szefów, burzyłam, z radością przyjęto moje wypowiedzenie.
Najbardziej cieszyła się pani Monika, dwudziestoletnie dziecko z poprawnym zgryzem, stworzone w sam raz na Włodka scenę, ale nie do redakcyjnego komputera. Pani Monika nie mogła mi wybaczyć błędów ortograficznych, które z benedyktyńską cierpliwością zaznaczałam na marginesach jej nieudolnych artykulików. Zachowywała się tak, jakbym to ja robiła te błędy, żeby jej dokuczyć. Szybko też uruchomiła instynkt samozachowawczy i obrabiała mi tyłek w sytuacjach, gdy naczelny obrabiał jej tyłek. Tyle że on nie w przenośni.
Lista szczęśliwców po mojej rezygnacji była większa, niż się spodziewałam. Pani Alina z sekretariatu, od sześciu lat walcząca o indeks prywatnej uczelni, odetchnęła z ulgą. Zrozumiałam, że najbardziej zaciążył na naszej znajomości mój własny indeks, który z każdym rokiem pogłębiał frustrację pani Aliny, choć przecież wyszczególniona w nim średnia przekonałaby każdego o mojej uczelnianej przeciętności. Odchodząc, poczułam się jak rektor, który sam wyjeżdża z uczelni taczką, aby zadokumentować swą winę wobec konsekwentnie usuwanej z listy studentów pani Aliny. Trzech dupków z działu marketingu i sprzedaży na wieść o moim odejściu zacierało radośnie ręce i równie radośnie ślady mojego istnienia w piśmie. Nic dziwnego, teraz będą mogli spokojnie śledzić w godzinach pracy internetowe strony ze swoimi "blondynkami, które lubią wszystko" i sprawdzać "kąski pod spódniczką rudej laleczki", nie mówiąc już o całodziennym uwodzeniu nastolatek metodą www.gadu-gadu.
Trochę zdziwiła mnie chłodna reakcja Beaty, która moją decyzję przyjęła z westchnieniem ulgi. A przecież to właśnie ja pomogłam jej dostać tę pracę, a i potem byłam cierpliwym uchem zbierającym w największej tajemnicy jej miłosne zawirowania, usuwane ciąże i problemy, jakie miała z niewydarzonym synem - pewnie jedyną ciążą, której usunięcie nie byłoby śmiertelnym grzechem. Tymczasem Beata wyraźnie się ucieszyła, że jej sekrety zostaną zapakowane w emigrującą walizę i ulotnią się na zawsze wraz z moim niepotrzebnym już miłosierdziem.
Na szczęście poza entuzjazmem mój wyjazd na prowincję przyjęto także szczerą łzą rozpaczy. Płakała Olka - ta, co podobnie jak ja, burzy redakcję, którą, podobnie jak ja, stworzyła. Płakał nasz goniec, pan Antoni, starszy od gmachu, w którym przepracowałam całe życie. No i pani Kazia. Pani Kazia była wprawdzie specjalistką od sprzątania, ale też nikt lepiej od niej nie wiedział, jakie decyzje zapadają u naczelnego. Łzy pani Kazi miały swe źródło głównie w rozgoryczeniu, gdyż obdarzała mnie, podobnie jak Beata, całkowitym zaufaniem. Komu teraz opowie o zużytych w godzinach wieczornych prezerwatywach, które, nie wiadomo jakim sposobem, trafiały zawsze w rejony palmy pana prezesa i wdzięcznie zwisały na dolnych konarach drzewka.
- Zdradź chociaż, w jakiej gazecie będziesz pracowała. - Olka przecierała oczy trzecią chusteczką higieniczną. Ostatnio płakała tak intensywnie, gdy opuszczał ją mąż, więc poczułam się trochę jak ten jej niegodziwiec. Tyle że ja zostawiałam ją dla prowincjonalnego pisma, a on, z tego, co mi wiadomo, dla prowincjonalnej gęsi.
- W "Naszych Wiadomościach" - odpowiedziałam z dumą, widząc już siebie wpisaną w zaimek "nasze".
- Co za idiotyczna nazwa - chlipnęła, gotowa cierpliwie zniechęcać mnie do powziętego zamiaru.
- Przeciwnie! - Nagle odkryłam w sobie gorącą krew człowieka z Bączków. - W tej nazwie przejawia się dbałość o pewną… powagę. A nawet szacunek. Bo niby jak ma się nazywać główna prasa w Bączkach? "Kurier Bączków"? "Gazeta Bączkowska"? "Ekspres Bączkowski"? Są "Nasze Wiadomości" i wszystko jasne. Jak jesteś z Bączków, to te "Wiadomości" są twoje, a jak nie, to nie czytaj… - Spojrzałam na nią wzrokiem kobiety z Bączków i zrozumiałam, że Olka nigdy, ale to nigdy nie będzie czytała "Naszych Wiadomości". Nie była bowiem stamtąd, kiedy ja, siedząc na kancie wciąż jeszcze mojego biurka, nie byłam już stąd…

- Wyjeżdżam, Włodku - powiedziałam następnego dnia przy kolacji. Na kolację zrobiłam lasanię, ale Włodek nie zauważył, gdyż po raz kolejny delektował się transmisją z wręczania Oscarów skwapliwie nagraną na jednej z tysiąca podobnych taśm. Przedtem co nieco zjadł, jak twierdził, w towarzystwie dwóch dyrektorów reklamy (należy przypuszczać, że dyrektorzy noszą stringi, są wydepilowani w całości i marzy im się drugoplanowa rólka w serialu Włodka "Zmierzchy i poranki" przewidzianym na antenie czasu polskiego w liczbie ośmiuset zmierzchów i tyluż poranków). - Wyjeżdżam, Włodku - powtórzyłam.
Uśmiechnął się mile i pomyślałam, że mimo wszystko Włodek zbyt spokojnie odnosi się do mojego projektu. Nawet jak na męża-kolegę.
- Ojciec ma słuchawki - oświadczyła Linda, przerywając tę nieszczęsną próbę małżeńskiego dialogu. Jadła już drugą porcję lasanii.
- I co z tego? - nie zrozumiałam. - Ja też mam słuchawki - pochwaliłam się głupio.
- Ale ojciec ma je na uszach i nie słyszy, że wyjeżdżasz - wyjaśniła.
Podziękowałam jej wdzięcznym spojrzeniem, zapominając na moment, że ona jednak słyszała, więc może powinna też, choćby grzecznościowo, zainteresować się sprawą mojego wyjazdu.
Linda energicznie ściągnęła z głowy ojca słuchawki i ryknęła:
- Mamuśka wyjeżdża!
Włodek spojrzał na mnie z ogromną sympatią.
- Wróciłaś do reportażu? - Zbyt szybko się ucieszył. Wycieczki po kraju zawsze kojarzyły mu się ze złotym okresem mojego pisania. Nazywano mnie wówczas "mocną damą reportażu", który to tytuł dziś brzmiał bardziej ironicznie, niż gdyby okrzyknięto mnie "miss kobiecej prasy".
- Gratuluję… gratuluję - mruknął. - Wiedziałem, że jeszcze naczelny sobie przypomni, komu magazyn zawdzięcza najlepsze lata. Oni jednak cię doceniają…
- Doceniają, ale w Bączkach - powiedziałam z pełnymi ustami. - I tam wyjeżdżam.
- A kiedy wrócisz? - zainteresował się grzecznie, wciąż tkwiąc na scenie, pomiędzy rozradowanymi aktorami. Odbierał wraz z nimi Oscara za Piękny umysł.
- Nie wiem. Zobaczymy. Jadę na… parę miesięcy… A może na zawsze? - sondowałam studnię rodzinnego przywiązania. Była płytka.
Zatopiłam we Włodku niebieskie spojrzenie. Kiedyś je dostrzegał i podziwiał. Potem okazało się, że był daltonistą przez miesiące zakochanym w moich zielonych oczach. Do dziś nie umiem ocenić, kto w tej sytuacji miał większego pecha: Włodek czy ja.
- Na zawsze? - Przez chwilę miałam wrażenie, że powrót Włodka z Hollywood do salonu z telewizorem i stołem z resztkami lasanii wyznaczy nową erę w naszym małżeństwie. Ale nie. To było tylko wrażenie. - Na zawsze, to chyba jednak trochę za długo - ocenił z ociąganiem i odwrócił się do srebrzystego ekranu. - Gdybym ja kiedyś zrobił taki film… - powiedział nazbyt głośno, z powodu słuchawek odgradzających go od dźwięków życia.
- To co? - zapytałam.
Pytanie skierowałam do łysiejącego tyłu mężowskiej głowy, która, choć niegdyś reżysersko tęga, nie otrzymała w genetycznym darze pięknego umysłu. Za to mnóstwo złudzeń i powodów do kompleksów. Włodek nigdy nie potrafił cieszyć się tym, co osiągnął.
Częściowo go rozumiałam. Bo cóż takiego zdobył w tej swojej gonitwie po kolejne trofea losu? Dziewczynę o zielonych oczach, która z biegiem lat okazała się niebieskooką ponurą kobietą ze skłonnością do popijania mocnych alkoholi… Dwa identyczne imiona albo nazwiska… Jak kto woli. Bo moi teściowie, Klara i Zenon Włodkowie, z nieznanych bliżej powodów dali mu również Włodek na imię. Pewnie dlatego, że matka Włodka miała słabą pamięć, a takie imię wykluczało zapomnienie nazwiska. I odwrotnie. Wprawdzie ojciec Włodka, Zenon Włodek, twierdził, że wszystko to wina pijanego księdza, ale przecież nie ksiądz rejestrował mojego męża w urzędzie jako piąte dziecko Włodków, niemowlę płci męskiej, zdrowe na ciele i umyśle…
Poza wątpliwym urozmaiceniem we własnym nazewnictwie Włodek dorobił się córki zamiast upragnionego syna.
Kiedy jeszcze nieświadomi grożących nam obowiązków rodzicielskich przemierzaliśmy w miłosnym pląsie wytarte materace w kawalerkach kolegów Włodka, mój nienasycony wówczas kochanek targał z sobą potężny magnetofon ZK 145 z pełną dyskografią Beatlesów. Twierdził, że może się kochać wyłącznie przy muzyce chłopców z Liverpoolu. Nie ukrywał, że najlepsze wyniki osiąga przy Żółtej łodzi podwodnej, prawdopodobnie ze względu na rytmiczność utworu, i pewnie dlatego więcej czasu przeznaczał na przewijanie taśmy niż miłosne harce. Cierpliwie czekałam, kiedy żółta łódź przybije do bram mojego pragnienia i na fali żądzy uniesie mnie w oczekiwane rejony spełnień. Nagrodą za tę niezwykłą cierpliwość była równie niezwykła ciąża. Włodek nie przejął się nią zbytnio, ale postawił warunek: musi być syn.
"Pewnie, że musi" - myślałam, namawiając ciążę, aby przekształcała się zgodnie z wymaganiami swego twórcy w urodziwego malca. Po dziewięciu miesiącach, podczas których żółta łódź już na dobre zacumowała w porcie znudzenia, urodziłam zdrową dziewczynkę, a Włodek po raz pierwszy upił się ze zmartwienia do nieprzytomności.
- Jest tak ładna jak McCartney - płakał wraz z oseskiem - ale przecież nie mogę jej dać jego imienia!
- Może Linda? - Szukałam w danych osobowych rodziny McCartneyów, ratując w panice córkę przed grożącym jej odrzuceniem.
Włodek skrzywił się z niesmakiem (zawsze zarzucał narzeczonej idola rozbicie kapitału światowej muzyki), ale świadomość, że jego kości i krew funkcjonowałyby jako Yoko Ono, wydała mu się wówczas jeszcze bardziej nieznośna.
- Niech będzie Linda - zgodził się, nie przypuszczając, że w ten prosty sposób nasze dziecko, nawet jeśli nie zostanie godną następczynią wszystkich Beatlesów, to przynajmniej będzie się uczciwie kojarzyła ze świetlaną kartą polskiej kinematografii.
Wracając do skąpej listy sukcesów Włodka, trzeba uczciwie powiedzieć, że najjaśniejszym w niej punktem jest Blondyn. Bo to Włodek przywiózł go z jakiegoś filmowego planu, gdzie Blondyn został zlany wodą utlenioną, aby udawać albinosa. Ówcześni właściciele Blondyna stwierdzili, że ta wersja kota wcale im się nie podoba, a ponadto cała wieś się z nich śmieje, że mają w chałupie stukniętego aktora.
Inna sprawa - Blondynowi na planie odbiło. Przestał polować na myszy, gdyż trzeci reżyser karmił go cielęciną. Miał własnego weterynarza, przyzwyczaił się do regularnych pieszczot i wszystkie te fanaberie czyniły go zwierzęciem bezużytecznym w dotychczasowym środowisku. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że furory filmowej Blondyn nie zrobił. Był zbyt leniwy i osowiały. "Zagrał" poprawnie, doczekał się dwóch pozytywnych recenzji, ale zaproszenia na inne castingi już nie otrzymał. I choć Włodek dość szybko stracił kontakt z Blondynem, kot w magiczny sposób przyrósł do naszego zbyt dużego i zbyt pustego mieszkania. I w przeciwieństwie do Włodka wciąż potrafił odnaleźć w tym pustym domu moje kolana. A nawet wpaść na nie z kilkuminutową wizytą, aby opowiedzieć kocim językiem, jak źle być niedocenionym aktorem na scenie własnego życia.
- Wychodzę na basen. - Nade mną stała Linda. - Gdyby dzwonił Piotr…
- Lindo! - powstrzymałam ją na sekundę. - Powiedz, proszę wszystkim Piotrom tego świata, że w następnym tygodniu będą rozmawiać z automatyczną sekretarką, bo wyjeżdżam - przypomniałam jej delikatnym tonem, jak uczą podręczniki pediatrii. Nie wiem, czego oczekiwałam. Czy tylko minuty ciszy nad grobem naszej rodzinności, czy też konkretnego pytania, które kazałoby mi się zastanowić nad opuszczeniem Lindy w trudnym okresie fascynacji Piotrami.
- OK - załatwiła sprawę krótko. Zaakceptowała mój pomysł w rodzimym języku Beatlesów i nucąc Yesterday, zniknęła w drzwiach.
"Szkoda, że Włodek nie słyszy tej skazy ciążowej" - pomyślałam z przekąsem, bo wciąż miał na uszach słuchawki i zastanawiał się pewnie, co zrobiłby z takim Oscarem, gdyby ktoś się jednak uparł, aby mu go dać…